Autor: admin

  • Zrzucili iPhone’a 17 Pro z 30 km. Przy okazji pobili rekord Guinnessa

    Zrzucili iPhone’a 17 Pro z 30 km. Przy okazji pobili rekord Guinnessa

    Producent akcesoriów dla smartfonów, firma RhinoShield, w ramach współpracy z Sent Into Space, postanowił w spektakularny sposób udowodnić wytrzymałość swojego najnowszego etui AirX.

    Pod koniec czerwca, iPhone 17 Pro został wysłany balonem na wysokość ponad 30 kilometrów nad szwedzką miejscowością Kiruna, a następnie zrzucony na Ziemię. To osiągnięcie zaowocowało przyznaniem firmie oficjalnego rekordu Guinnessa za najwyższy zrzut telefonu komórkowego w etui na ukształtowanie terenu. Choć na papierze brzmi to niezwykle, a założyciel firmy, Eric Wang, forsował ten ekstremalny pomysł, odrzucając mniej widowiskowe testy, warto jednak przyjrzeć się całej akcji krytycznym okiem.

    Fizyka czy marketing?

    W materiałach promocyjnych wyczyn robi ogromne wrażenie, ale z technicznego punktu widzenia, cały rekord wydaje się nieco naciągany. Przede wszystkim, w stronę Ziemi nie spadł wyłącznie sam smartfon w pokrowcu. Aby uwiecznić ten upadek na wideo, telefon był częścią bardziej skomplikowanej konstrukcji z kamerami, dodatkowo stabilizowanej spadochronem typu „drogue”. Jego zadaniem było utrzymanie odpowiedniego kierunku spadania i zapobieganie chaotycznemu koziołkowaniu. Z tego powodu proces powrotu na powierzchnię trwał aż 25 minut.

    Do rozważań wkraczają również nieuchronne prawa fizyki. Przedmioty spadające w atmosferze nie przyspieszają w nieskończoność. Opór powietrza wprowadza limit prędkości opadania, znany jako prędkość graniczna, która zazwyczaj osiągana jest na długo przed uderzeniem o ziemię. Biorąc pod uwagę gęstsze powietrze, prędkość telefonu raczej nie przekroczyła 160 km/h. Pod kątem siły uderzenia, upadek z 30 kilometrów nie różni się drastycznie od upadku z wysokości kilku kilometrów. Potwierdza to przypadek z 2024 roku, kiedy inny iPhone wypadł z samolotu linii Alaska Airlines z wysokości niemal 4900 metrów i również przetrwał bez szwanku.

    Kto jest prawdziwym bohaterem tego testu?

    Nie można jednak odmówić akcji, że była ona niezwykle rygorystycznym testem dla elektroniki. Przed lądowaniem, sprzęt musiał przetrwać skrajne wahania temperatur, od mrożących krew w żyłach -60 stopni Celsjusza w wyższych partiach atmosfery, do około 20 stopni na powierzchni Ziemi. Po uderzeniu i ponad pięciogodzinnym poszukiwaniu, przedstawiciele Księgi Rekordów Guinnessa potwierdzili, że ekran jest nienaruszony, a urządzenie działa, można z niego dzwonić i robić zdjęcia.

    Czytaj dalej poniżej


    Koniec taniego Apple TV. Drożeje abonament

    Wobec tego stajemy przed kluczowym pytaniem. Projektanci RhinoShield podkreślają, że to obudowa AirX, wykonana z materiału nadającego się do recyklingu i wyposażona w system komór powietrznych, który amortyzuje upadek, umożliwiła smartfonowi przetrwanie tej próby. Jednakże, zastanawiam się, czy to naprawdę zasługa innowacyjnego etui, czy może wytrzymałości iPhone’a 17 Pro? Odpowiedź prawdopodobnie leży gdzieś pośrodku. RhinoShield zyskało znakomity materiał promocyjny oraz certyfikat rekordu, ale krytyczne spojrzenie ujawnia, że prawa fizyki szybko obnażają magię spektakularnych liczb.

  • Nawigacja od Google z fajnymi nowościami. Oto co zmienia się dla kierowców

    Nawigacja od Google z fajnymi nowościami. Oto co zmienia się dla kierowców

    Waze przygotowuje zestaw interesujących nowości. Kierowcy mają na co czekać.

    Waze od wielu lat cieszy się ogromną popularnością, pozostając jedną z najczęściej używanych darmowych aplikacji nawigacyjnych dla kierowców. Cenią ją szczególnie ci, którzy pragną unikać korków i szybko reagować na utrudnienia na drodze. Mimo że Google nieustannie udoskonala swoje flagowe Mapy, firma także pamięta o Waze, wprowadzając szereg znaczących zmian, które mają na celu uproszczenie, zwiększenie intuicyjności oraz poprawę bezpieczeństwa korzystania z aplikacji.

    Waze mocniej wykorzysta sztuczną inteligencję

    Jedną z kluczowych nowości będzie szersze zastosowanie sztucznej inteligencji oraz uczenia maszynowego. Dzięki temu, Waze będzie mogło efektywniej analizować informacje przekazywane przez kierowców i szybciej reagować na zmiany w sytuacji na drogach. Jest to szczególnie ważne w przypadku korków, wypadków, zamkniętych ulic czy innych nieprzewidzianych zdarzeń. Zamiast polegać wyłącznie na pojedynczych zgłoszeniach użytkowników, system będzie mógł analizować większą ilość danych i dokładniej oceniać sytuację.

    Google zamierza również uprościć sposób raportowania zdarzeń na drodze. Kierowcy nie powinni być zmuszeni do przechodzenia przez wiele ekranów, aby poinformować innych użytkowników o korku, przeszkodzie czy wypadku. Waze rozwija więc rozwiązania zapewniające możliwość przekazywania informacji w sposób bardziej naturalny. W przyszłości prawdopodobnie wystarczy krótkie polecenie głosowe, aby aplikacja zrozumiała, co wydarzyło się na trasie. Ta zmiana z pewnością wpłynie na bezpieczeństwo, ponieważ mniej czasu spędzonego na obsłudze telefonu podczas prowadzenia samochodu jest korzystniejsze.

    Waze planuje również poprawić sposób informowania o potencjalnych utrudnieniach. Aplikacja będzie wzbogacona o funkcje umożliwiające wcześniejsze ostrzeganie kierowców o problemach, które mogą wynikać z nietypowego natężenia ruchu czy zmian organizacji ruchu. W praktyce oznacza to bardziej kontekstową nawigację, a nie tylko wyznaczanie najszybszej trasy pomiędzy punktami A i B. System ma lepiej rozumieć, co dzieje się wokół kierowcy i odpowiednio reagować.

    Czytaj dalej poniżej


    Brak miejsca w Zdjęciach Google? Te trzy ustawienia rozwiążą problem bez kasowania fotografii!

    Waze nie chce być „zwykłą” nawigacją

    Waze nieustannie się zmienia i ewoluuje, stając się platformą wymiany informacji pomiędzy kierowcami. To właśnie społeczność pozostaje największą przewagą Waze nad Mapami Google. Miliony użytkowników przekazują informacje o sytuacji na drogach w czasie rzeczywistym, co pozwala aplikacji na szybszą reakcję na zdarzenia niż tradycyjne systemy nawigacyjne. Gigant technologiczny zamierza jeszcze bardziej wykorzystać ten potencjał. Połączenie danych społecznościowych, sztucznej inteligencji oraz informacji o ruchu może sprawić, że Waze będzie w stanie podejmować trafniejsze decyzje dotyczące tras.

    Kierowcy mogą na tym dużo zyskać

    Jeżeli zapowiadane zmiany zostaną wdrożone zgodnie z planem, użytkownicy zyskają aplikację, która będzie szybciej reagować na sytuację na drodze i wymagać będzie mniej ręcznej obsługi. W przypadku nawigacji stosowanej podczas prowadzenia pojazdu, prostota i bezpieczeństwo mają kluczowe znaczenie. Wykorzystanie sztucznej inteligencji w sposób, który wspiera kierowcę, a jednocześnie nie skomplikuje elementów, które przez lata były największą zaletą aplikacji, będzie stanowić istotne wyzwanie dla programistów pracujących nad Waze. Mamy nadzieję, że wszystkie rozwiązania zostaną zaimplementowane w sposób, który nie wpłynie negatywnie na funkcje samej nawigacji…

  • Zmień to jedno ustawienie w telewizorze, a obraz będzie lepszy

    Zmień to jedno ustawienie w telewizorze, a obraz będzie lepszy

    Zmiana jednego ustawienia w telewizorze może znacząco poprawić jakość obrazu.


    Nie ma potrzeby inwestowania w nowy sprzęt, aby poprawić jakość wyświetlanego obrazu na telewizorze. Wystarczy dostosować jedno ustawienie, z którego wiele osób nie zdaje sobie sprawy. Różnica w jakości obrazu jest ogromna!

    Zmień to ustawienie w TV – obraz od razu się poprawi

    Telewizor to stosunkowo proste urządzenie. Wystarczy je kupić, podłączyć do prądu, uruchomić i zacząć korzystać. Zazwyczaj konfiguracja ogranicza się do zalogowania do sieci Wi-Fi i uruchomienia wybranego serwisu streamingowego lub kanału telewizyjnego. Choć jest to wygodne, takie pobieżne podejście sprawia, że nie wykorzystujemy pełni potencjału naszego ekranu. Okazuje się, że na domyślnych ustawieniach nawet najlepszy telewizor działa daleko od swoich możliwości.

    Producenci często sugerują różne tryby obrazu, które nie zawsze są dostosowane do codziennych potrzeb użytkowników. Przykładem może być tryb ECO, który obniża zużycie energii, ale jednocześnie mocno ogranicza jakość wyświetlanego obrazu. Z kolei ustawienia domyślne w sklepach mogą być przesadzone, z nienaturalnym nasyceniem kolorów i kontrastu, co ma na celu przyciągnięcie uwagi klientów. W obu przypadkach mamy do czynienia z nieoptymalnymi ustawieniami, które warto szybko zmienić, aby poprawić komfort oglądania i w pełni wykorzystać możliwości ekranu.

    W wielu przypadkach wystarczy włączyć tryb FILMMAKER MODE, zwany też trybem filmowca, aby znacząco poprawić jakość obrazu. Ten tryb wyłącza zbędne ulepszenia obrazu i dostosowuje temperaturę barwową do oglądania filmów. Warto jednak pamiętać, że obraz może początkowo wydawać się nieco dziwny, być może z żółtawym odcieniem. Nasze oczy przyzwyczają się do nowego ustawienia, a komfort oglądania poprawi się po kilku godzinach.

    Czytaj dalej poniżej

    Dwa najgorsze miejsca na telewizor w domu — technicy radzą ich unikać

    Podczas dostosowywania ustawień telewizora warto upewnić się, że tryb ECO (oszczędzania energii) jest wyłączony. Tryb ten sprawia, że obraz jest nieco ciemniejszy, co może być uciążliwe, szczególnie w jasne dni.

    Tych ustawień unikaj – psują obraz

    Warto wiedzieć, że telewizory oferują wiele trybów reklamowanych jako korzystne, które w rzeczywistości mogą pogarszać jakość obrazu. Należy unikać funkcji takich jak upiększanie ruchu i wygładzanie (Motion Smoothing i Interpolacja). Te opcje sztucznie generują dodatkowe klatki, co prowadzi do efektu „mydlanej opery,” przez co filmy i seriale tracą swój charakter. Dodatkowo, podczas szybkich scen mogą pojawiać się nieestetyczne smugi i flary.

    Również tryb wyostrzania może być problematyczny. Choć domyślnie sądzimy, że ostrzejszy obraz oznacza lepszą jakość, w rzeczywistości sztuczne wyostrzanie wprowadza fałszywe kontury, które w niczym nie poprawiają jakości. Ponadto powinno się unikać prób poprawy jakości obrazu poprzez sztuczne podkręcanie ustawień, co może skutkować zniekształceniami. Lepiej zrezygnować z tego trybu, ponieważ nie przyniesie on oczekiwanych efektów.

  • WhatsApp wprowadza opłaty za niektóre wiadomości. Kogo to dotyczy?

    WhatsApp wprowadza opłaty za niektóre wiadomości. Kogo to dotyczy?

    Za kilka tygodni korzystanie z WhatsAppa może stać się droższe… na szczęście dla większości użytkowników zmiany te pozostaną bez znaczenia.


    Od 1 października Meta wprowadza opłaty za część wiadomości wysyłanych przez firmy za pośrednictwem platformy WhatsApp Business. Dla przedsiębiorstw obsługujących tysiące klientów każdego dnia może to oznaczać istotny wzrost kosztów, jednak wielu z nich nie ma obecnie możliwości uniknięcia tych zmian.

    Koniec z darmowymi odpowiedziami dla firm

    Nowe zasady dotyczą głównie wiadomości usługowych, czyli odpowiedzi wysyłanych przez firmę w odpowiedzi na pierwszy kontakt ze strony klienta. Dotychczas takie komunikaty były bezpłatne w ramach 24-godzinnego okresu wsparcia klienta. Od października sytuacja ta ulegnie zmianie, a Meta wprowadzi opłaty za każdą dostarczoną wiadomość tego typu. Podobne zasady będą dotyczyć wiadomości narzędziowych, które są wysyłane w odpowiedzi na kontakt ze strony użytkowników. Przykłady to informacje dotyczące zamówień, płatności, kont czy dostaw. Choć 24-godzinny okres wsparcia pozostanie, nie będzie już oznaczać wyłącznie bezpłatnej komunikacji.

    Kogo obejmą nowe opłaty?

    „Zwykli” użytkownicy WhatsAppa mogą odetchnąć z ulgą. Zmiany te dotyczą wyłącznie firm, dlatego dla milionów użytkowników korzystających z aplikacji WhatsApp pozostanie ona bezpłatna. Meta nie wprowadza opłat za prywatne wiadomości wymieniane między użytkownikami. Nowe zasady odnoszą się do przedsiębiorstw korzystających z platformy WhatsApp Business, która jest przeznaczona głównie dla firm prowadzących komunikację na dużą skalę. Z narzędzia tego korzystają m.in. banki, sklepy internetowe, operatorzy telekomunikacyjni, firmy logistyczne oraz duże sieci handlowe. Ważne jest również to, że standardowa aplikacja WhatsApp Business, używana przez małe firmy do ręcznych odpowiedzi na zapytania klientów, również nie ulegnie zmianie. Przedsiębiorcy prowadzący niewielką działalność z poziomu telefonu nie powinni zatem obawiać się nagłych rachunków za każde wysłane wiadomości.

    Firmy będą musiały dokładniej liczyć wiadomości

    Nowy model może mieć szczególne znaczenie dla przedsiębiorstw korzystających z automatyzacji. Jeśli firma co miesiąc wysyła setki tysięcy wiadomości, nawet niewielka opłata za jeden komunikat może prowadzić do znacznego wzrostu kosztów. Meta konsekwentnie zmierza w kierunku rozliczania komunikacji biznesowej na podstawie poszczególnych wiadomości, zamiast stosowanego dotąd modelu opartego na całych rozmowach. Firmy będą więc musiały lepiej planować swoje działania komunikacyjne i ograniczać zbędne wiadomości.

    Czytaj dalej poniżej

    WhatsApp chce zachwycić użytkowników. Nowa funkcja to ogromna zmiana na plus!

    WhatsApp nadal pozostanie darmowy dla użytkowników

    Dla większości osób korzystających z WhatsAppa na co dzień, nowa zmiana będzie praktycznie niezauważalna. Nie wprowadza się abonamentu za wysyłanie wiadomości do rodziny czy przyjaciół, a korzystanie z podstawowej wersji komunikatora pozostaje bezpłatne. Obecny abonament oferuje jedynie kilka ulepszeń i kosmetycznych dodatków, które nie mają nic wspólnego z opłatami za same wiadomości. Nowe zasady są przede wszystkim kolejnym etapem monetyzacji WhatsAppa jako narzędzia komunikacji biznesowej. Meta dąży do uzyskania zysku od firm, które korzystają z platformy do obsługi klientów, jednocześnie pozostawiając zwykłym użytkownikom darmowy dostęp do komunikatora. Dla dużych przedsiębiorstw październik może oznaczać konieczność przeliczenia dotychczasowych kosztów. Od 1 października każda dodatkowo płatna wiadomość będzie miała znaczenie, zwłaszcza tam, gdzie WhatsApp stał się jednym z podstawowych kanałów kontaktu z klientami.

  • Prawo do naprawy w UE — które sprzęty naprawisz taniej i od kiedy

    Prawo do naprawy w UE — które sprzęty naprawisz taniej i od kiedy

    Unia Europejska dąży do tego, aby uszkodzone smartfony, pralki czy telewizory były częściej naprawiane niż trafiały na wysypiska elektrośmieci. W Polsce jednak na pełne wdrożenie nowych przepisów będziemy musieli jeszcze poczekać.

    Prawo do naprawy stanowi kluczowy element unijnej polityki mającej na celu wydłużenie żywotności elektroniki oraz sprzętu AGD. Bruksela podkreśla, że przedwczesne pozbywanie się elektroniki, która nadaje się do naprawy, generuje miliony ton odpadów, prowadzi do niepotrzebnego zużycia surowców oraz zwiększa emisje, co negatywnie wpływa na środowisko. Dyrektywa weszła w życie 30 lipca 2024 roku, jednak państwa członkowskie miały czas do 31 lipca tego roku na implementację przepisów w krajowym prawodawstwie. Z informacji wynika, że Polska do tego terminu nie zdążyła. Projekt nowelizacji ustawy o prawach konsumenta, przygotowany przez UOKiK, wciąż oczekuje na zatwierdzenie przez Radę Ministrów, które planowane jest dopiero na III kwartał 2026 roku. Dopiero po tym projektem będzie mógł przejść dalszą drogę legislacyjną.

    Naprawa musi być bardziej opłacalna

    źródło: Apple

    Nowe przepisy mają na celu wyeliminowanie jednej z głównych bolączek współczesnej elektroniki, czyli sytuacji, w której naprawa po okresie gwarancyjnym jest na tyle kosztowna lub skomplikowana, że bardziej opłaca się kupić nowe urządzenie, a stare wyrzucić. Z unijnej dyrektywy wynika, że producenci objęci regulacjami muszą umożliwiać naprawę w rozsądnym czasie i za rozsądne pieniądze oraz zapewniać dostęp do części zamiennych i informacji niezbędnych do serwisowania. Niektóre firmy, takie jak Apple, Samsung czy Google, już zaczęły udostępniać części zamienne w ramach „prawa do naprawy”.

    Co istotne, nowe przepisy zakładają, że wymogi te dotyczą nie tylko napraw w pierwszych latach od zakupu. Obowiązek naprawy dotyczy określonych urządzeń, które według unijnych norm technicznych nadają się do naprawy, również po zakończeniu okresu odpowiedzialności sprzedawcy. Jeśli konsument zdecyduje się na naprawę, okres odpowiedzialności sprzedawcy zostanie przedłużony co najmniej o 12 miesięcy od momentu naprawy.

    Prawo do naprawy już obowiązuje. Polska musi nadrobić zaległości

    Lista urządzeń objętych nowymi przepisami obejmuje m.in. smartfony, tablety, telewizory i monitory, pralki, pralko-suszarki, suszarki bębnowe, zmywarki, lodówki, zamrażarki oraz odkurzacze. Regulacje dotyczą także serwerów, zewnętrznych nośników danych oraz akumulatorów używanych w rowerach i hulajnogach elektrycznych. Przepisy mają także poprawić sytuację niezależnych serwisów. Ułatwienie dostępu do części, narzędzi i odpowiednich informacji ma zwiększyć konkurencję i dać klientom większy wybór, gdzie naprawić urządzenie – nie tylko w autoryzowanych punktach. W zależności od sprzętu części mają być dostępne przez wiele lat; dla niektórych pralek i lodówek nawet przez 10 lat, a dla smartfonów przez siedem lat po zakończeniu sprzedaży danej serii na rynku UE.

    Czytaj dalej poniżej

    Chcesz latać dronem? W 2026 roku musisz pamiętać o kilku zasadach

    Pomocna ma być także europejska platforma napraw, której uruchomienie jest planowane na 2027 rok. Wprowadzony zostanie również ujednolicony formularz informacji o naprawie, co ma ułatwić klientom porównanie cen, zakresu prac oraz przewidywanego czasu realizacji usługi. Niedotrzymanie terminu 31 lipca nie oznacza jednak automatycznego wprowadzenia nowych zasad w Polsce. Obecnie nie wiadomo, kiedy przepisy wejdą w życie. Wszystko zależy od tempa, w jakim rządzący przeprowadzą nowelizację przez wszystkie etapy legislacyjne.

    Stock image from Depositphotos

  • Wyciek danych prawie 19 mln Polaków. Sprawdź, czy twój PESEL jest na liście

    Wyciek danych prawie 19 mln Polaków. Sprawdź, czy twój PESEL jest na liście

    Już teraz na stronie bezpiecznedane.gov.pl można sprawdzić, czy nasze dane znalazły się w bazie danych firmy MyDr, które kilkanaście dni temu wyciekły do sieci.

    Od kilkunastu dni jednym z najgłośniejszych tematów związanych z cyberbezpieczeństwem w Polsce jest poważny wyciek danych z systemów firmy MyDr. Spółka potwierdziła, że doszło do nieuprawnionego dostępu do historycznych informacji pochodzących z gabinetów lekarskich oraz placówek korzystających z jej oprogramowania. Incydent obejmuje dane gromadzone w systemach do kwietnia 2024 roku, a jego potencjalna skala sprawia, że może to być jeden z największych przypadków tego typu w sektorze medycznym w Polsce.

    Źródło: Depositphotos

    Według oficjalnych informacji problem może dotyczyć nawet 18,8 miliona osób oraz ponad 12 tysięcy placówek medycznych. Tak duża liczba poszkodowanych sprawia, że sprawa szybko wykroczyła poza działania samej firmy i przykuła uwagę administracji państwowej, głównie ze względu na charakter przechowywanych informacji. Dane medyczne obejmują znacznie bardziej wrażliwe informacje niż te, które mogą trafić w ręce cyberprzestępców podczas typowych wycieków z serwisów internetowych czy sklepów.

    Kilka dni temu do sprawy odnieśli się także przedstawiciele rządu. Zapewniono, że incydent jest analizowany przez odpowiednie służby i instytucje, a działania prowadzone są równocześnie na wielu poziomach. W sprawę zaangażowane zostały między innymi: Ministerstwo Cyfryzacji, Ministerstwo Zdrowia, Urząd Ochrony Danych Osobowych, Prokuratura Krajowa oraz Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości. Zadaniem służb będzie teraz nie tylko ustalenie dokładnej skali wycieku, ale również określenie, jakie konkretne informacje zostały przejęte, kto odpowiada za włamanie oraz czy pozyskane dane trafiły już do dalszego obiegu.

    Dane z MyDr już w serwisie Bezpieczne dane. Sprawdź, czy jesteś w bazie

    Rządzący zapowiedzieli, że w momencie, gdy służby i eksperci ustalą dokładnie, jakie informacje zostały przejęte przez cyberprzestępców, dane o wycieku zostaną dodane do serwisu bezpiecznedane.gov.pl. I tak się właśnie stało. Logując się do serwisu, możemy sprawdzić, czy nasz PESEL znalazł się w bazie pochodzącej z MyDr. Odwiedzając stronę, szybko dowiadujemy się, że jest ona przeciążona z powodu ogromnego zainteresowania. Należy uzbroić się w cierpliwość i „odstać swoje w kolejce”, aby sprawdzić, co z naszymi danymi. Czas oczekiwania zazwyczaj trwa kilka minut. Po przeniesieniu do serwisu należy się do niego zalogować – na przykład za pomocą aplikacji mObywatel. Dopiero po weryfikacji tożsamości można sprawdzić, czy nasze dane wyciekły.

    W firmie MyDr doszło do nieuprawnionego dostępu do bazy danych systemu, z którego korzystają m.in. przychodnie i gabinety lekarskie. Fakt przełamania zabezpieczeń firmy MyDr jest potwierdzony, służby nie stwierdziły, jak dotąd, upublicznienia tych danych, z uwagi na dobro obywateli – prewencyjnie przekazujemy jednak informację, czyje numery PESEL znalazły się w wycieku.

    Co robić, jak żyć? Przede wszystkim nie panikować. Choć nie mamy żadnego wpływu na to, co potencjalnie może dziać się z naszymi danymi, które mogły trafić w niepowołane ręce, możemy utrudnić oszustom posługiwanie się nimi. Najważniejszym krokiem powinno być zastrzeżenie numeru PESEL. Najłatwiej zrobić to z poziomu aplikacji mObywatel – dostępnej na smartfony z systemem Android i iOS. Od zeszłego roku różne instytucje (w tym banki) mają obowiązek sprawdzania statusu zastrzeżenia PESEL np. przy próbach zaciągania pożyczek lub kredytów.

    Z podobnych procedur muszą korzystać operatorzy komórkowi, do których zgłaszają się osoby ubiegające się o wydanie duplikatu karty SIM. Zastrzeżenie PESEL można w każdej chwili cofnąć – na czas nieokreślony lub na określony czas (np. gdy załatwiamy konkretną sprawę wymagającą weryfikacji numeru). Co ważne, przy każdej próbie sprawdzenia PESEL przez zewnętrzne podmioty, aplikacja mObywatel wyświetli specjalny komunikat informujący o takiej procedurze.

  • Żegnajcie słuchawki Bluetooth: dlaczego wracamy do kabla

    Żegnajcie słuchawki Bluetooth: dlaczego wracamy do kabla

    Słuchawki przewodowe wracają do łask – ich popularność rośnie. Czy to tylko chwilowa moda?


    W ciągu ostatnich lat bezprzewodowe słuchawki Bluetooth zdominowały rynek. Ich brak kabli, niewielkie etui oraz wygoda użytkowania w połączeniu ze smartfonem sprawiły, że tradycyjne modele przewodowe zaczęły być postrzegane jako relikt przeszłości. Obecnie sytuacja powoli się zmienia. Słuchawki przewodowe znów pojawiają się na ulicach, a ich powrót nie jest tylko rezultatem retro trendów czy zainteresowania ze strony pokolenia Z. Posiadają one wiele praktycznych zalet.

    Brak potrzeby ładowania

    Jedną z najbardziej oczywistych zalet słuchawek przewodowych, a jednocześnie jednym z największych utrudnień modeli bezprzewodowych, jest ich niezależność od baterii. Wystarczy podłączyć je do urządzenia, aby cieszyć się muzyką. W przypadku słuchawek Bluetooth konieczne jest pamiętanie o ładowaniu zarówno samych słuchawek, jak i etui. Jeżeli bateria rozładuje się w najmniej odpowiednim momencie, nawet najdroższy model staje się bezużyteczny. Słuchawki przewodowe nie mają tego problemu, co przyczynia się do ich długowieczności – nie występują tu także problemy z degradacją (niewymiennych) akumulatorów.

    Kabel to mniej komplikacji

    Brak elektroniki odpowiedzialnej za bezprzewodową komunikację sprawia, że konstrukcja słuchawek przewodowych jest prostsza. Nie ma potrzeby ich parowania, wyszukiwania na liście urządzeń Bluetooth ani zastanawiania się, dlaczego połączenie nagle zostało przerwane. To szczególnie istotne w sytuacjach, w których nie możemy pozwolić sobie na problemy z łącznością. Wystarczy podłączyć słuchawki i od razu działają.

    Odpowiednia cena może być kluczowa

    Słuchawki przewodowe dysponują kolejnym atutem: korzystną ceną. Modele bezprzewodowe wymagają dodatkowych komponentów, takich jak akumulator, moduł Bluetooth, układy sterujące oraz systemy zarządzania energią. Wszystko to wpływa na ostateczny koszt produktu. W efekcie, za relatywnie niewielką kwotę, można nabyć słuchawki przewodowe oferujące przyzwoitą jakość dźwięku. Oczywiście nie oznacza to, że każdy tańszy model przerośnie swojego bezprzewodowego odpowiednika, lecz stosunek ceny do możliwości potrafi być bardzo korzystny.

    Czytaj dalej poniżej


    Masz w domu stary pilot? To prawdziwy skarb: zobacz, do czego się przyda!

    Jakość dźwięku: wisienka na torcie

    Połączenie przewodowe posiada również potencjalną przewagę techniczną. Sygnał audio nie musi być przesyłany bezprzewodowo ani kompresowany w ramach konkretnego kodeka Bluetooth. Odpowiedni zestaw słuchawek przewodowych może zapewniać bardziej bezpośrednią transmisję dźwięku. Należy jednak pamiętać, że nie każde słuchawki na kablu automatycznie oferują lepsze brzmienie. Na jakość dźwięku wpływa przede wszystkim zastosowanie przetworników, ich konstrukcja oraz źródło dźwięku.

    Powrót do korzeni z sensownym uzasadnieniem

    Powrót słuchawek przewodowych jest zatem prawdopodobnie czymś więcej niż chwilową modą. Dla niektórych użytkowników jest to świadomy wybór: brak potrzeby ładowania, prostota użytkowania, korzystna cena oraz brak komplikacji. Należy pamiętać, że współczesne smartfony w dużej mierze nie dysponują złączem mini-jack. Dlatego, oprócz kabla do słuchawek, często potrzebna jest odpowiednia przejściówka (najczęściej USB-C), która umożliwi ich podłączenie.

  • Zapewnił internet na wsi. Teraz grozi mu więzienie

    Zapewnił internet na wsi. Teraz grozi mu więzienie

    Mężczyzna postanowił podłączyć wieś do internetu. Teraz może za to trafić za kratki.

    Pewien mężczyzna miał dosyć cyfrowego wykluczenia, które dotknęło jego wieś. Wziął sprawy w swoje ręce i zapewnił mieszkańcom dostęp do internetu. W rezultacie grozi mu więzienie, mimo że sprawę zdecydowanie oprotestowała lokalna społeczność oraz część prawników.

    Do więzienia za dostęp do internetu na wsi

    Cyfrowe wykluczenie pozostaje poważnym problemem, z którym borykają się miliony ludzi na całym świecie. Niedostateczna infrastruktura (lub jej całkowity brak) występuje nawet w dobrze zaludnionych regionach. W 2026 roku dla wielu osób taki stan rzeczy jest po prostu nie do przyjęcia. Swój sprzeciw wobec braku internetu postanowił wyrazić 39-letni mieszkaniec Indonezji, Yogi Gilang Arya Setia, lokalny przedsiębiorca oraz właściciel firmy PT Mentawai Network Provider na Sumatrze Zachodniej. Zdecydował się na zapewnienie dostępu do sieci dla mieszkańców wysp Pagai Utara i Pagai Selatan, wykorzystując popularne urządzenia Starlink.

    Warto zadać sobie pytanie, dlaczego lokalne władze nie zająły się tą kwestią. Okazuje się, że obszar, w którym działał przedsiębiorca, to niemalże zapomniane terytoria Indonezji, charakteryzujące się słabo rozwiniętą infrastrukturą. W obliczu takich problemów Starlinki wydają się być idealnym rozwiązaniem. Władze natomiast postanowiły pozwać mężczyznę, co skutkuje groźbą kary pozbawienia wolności za niedostosowanie się do panującego prawa oraz brak uzyskania odpowiednich zezwoleń i licencji na świadczenie takich usług mieszkańcom.

    Obrońca mężczyzny zwraca uwagę, że kluczowym problemem w tej sprawie jest właśnie brak stosownych zezwoleń. Uzyskanie ich w wyspiarskich warunkach jest niezwykle trudne, a sama sprawa powinna być traktowana przez władze jako szansa na rozwój i edukację, zamiast jako przykład „demonstracyjnego” działania przeciwko przedsiębiorcy. Nurul Fajri, wykładowca prawa konstytucyjnego z Uniwersytetu Andalas, podkreślił, że podłączenie Starlinków było w zasadzie przysługą wykonaną na rzecz lokalnych władz, a także dodaje, że Minister ds. Komunikacji i Cyfryzacji opowiada się za pomocą w dopełnieniu formalności, by mieszkańcy mogli dalej korzystać z internetu.

    Starlink po kosztach, czy dla zysku?

    Poszukując informacji o sprawie na portalu X, natrafiłem na komentarz, który rzucił nowe światło na sytuację, wskazując na opłaty pobierane przez Indonezyjczyka. W komentarzu przedstawiono kwoty, jakie mężczyzna pobierał za podłączenie do internetu za pomocą Starlinka, oraz ceny dostępnych pakietów danych. Choć na pierwszy rzut oka mogłoby to sugerować chęć szybkiego zysku z pozycji monopolisty, w rzeczywistości potwierdziły się domysły, że mężczyzna chciał naprawdę pomóc mieszkańcom.

    Opłata za instalację (w przeliczeniu na złotówki) wynosiła około 210-315 zł. Każdy użytkownik miał możliwość zakupu pakietów internetu zamiast podpisywania umowy. Ceny pakietów były ustalone na poziomie około 1 zł za 1 GB. Miało to swoje uzasadnienie w lokalnych warunkach rynku, jednak po przeliczeniu całości, Yogi Gilang Arya Setia nie zarabiał zbyt wiele – raczej w granicach przeciętnej pensji, ponieważ sam ponosił koszty abonamentu Starlink i zakupu niezbędnego sprzętu. Ostatecznie można uznać to działanie za odciążenie władz w zakresie cyfryzacji regionu, co z pewnością cieszyło mieszkańców. Komentarze w mediach społecznościowych pełne są głosów rozczarowanych Indonezyjczyków, które narzekają na rząd, który lekceważy kwestie rozwoju ogromnych obszarów kraju, w którym mieszka prawie 290 milionów ludzi.

  • Hit z Action za niewielkie pieniądze. Warto go mieć

    Hit z Action za niewielkie pieniądze. Warto go mieć

    Action oferuje fantastyczną promocję dla osób zapominalskich. Lokalizatory Fresh ’n Rebel są teraz dostępne w atrakcyjnej cenie!

    Kiedy Apple wprowadziło na rynek AirTag, szybko pojawiły się opinie, że koncern z Cupertino po raz kolejny stara się sprzedać użytkownikom prosty i nieprzydatny gadżet w wygórowanej cenie. Niewielki lokalizator, którego głównym zadaniem jest pomoc w odnajdywaniu kluczy, plecaka, walizki czy innych przedmiotów, szybko udowodnił jednak, że zapotrzebowanie na tego typu rozwiązania jest znacznie większe, niż początkowo zakładała konkurencja. AirTag stał się popularnym akcesorium, a jego sukces zainspirował kolejnych producentów do stworzenia własnych odpowiedników.

    Początkowo wiele z tych urządzeń miało jednak poważne ograniczenia. Wykorzystywały własne aplikacje, co znacznie ograniczało ich możliwości lokalizacyjne. Zmiana nastąpiła, gdy Apple otworzyło swoją sieć Find My dla akcesoriów innych producentów. Dzięki temu niewielkie lokalizatory konkurencyjnych firm mogą korzystać z ogromnej sieci, co umożliwia im oferowanie podobnych rozwiązań w zakresie odnajdywania zagubionych przedmiotów. To szczególnie istotne dla osób, które nie pragną wydawać wysokiej kwoty na oryginalnego AirTaga. Produkt ten wciąż pozostaje stosunkowo drogi, zwłaszcza jeśli chcemy zakupić lokalizatory dla kilku różnych przedmiotów. W Polsce za pojedynczą „pastylkę” w oficjalnym sklepie Apple trzeba zapłacić 149 zł, co sprawia, że zakup zestawu do kluczy, plecaka, walizki czy samochodu szybko staje się dużym wydatkiem. Nic dziwnego, że znacznie tańsze zamienniki współpracujące z siecią Find My zyskują dużą popularność.

    Action z hitem. Lokalizatory Fresh ’n Rebel w super cenie

    I właśnie w odpowiedzi na oczekiwania tych osób Action wprowadza weekendową promocję, w ramach której klienci mogą skorzystać z fantastycznie wycenionych lokalizatorów Fresh ’n Rebel. Te urządzenia, dostępne za przysłowiowy ułamek ceny AirTagów, oferują naprawdę wiele.

    Znajdź swoje rzeczy w mgnieniu oka dzięki inteligentnemu lokalizatorowi. Przymocuj go do kluczy, torebki lub walizki, a nigdy już ich nie zgubisz.

    Lokalizator Fresh ’n Rebel jest uniwersalny i działa zarówno ze smartfonami z systemem Android korzystającymi z aplikacji Google „Znajdź moje urządzenie”, jak i z urządzeniami iOS oraz aplikacją Apple „Znajdź”. Dostępnych jest wiele wersji kolorystycznych tego akcesorium, jednak w zestawie znajdują się trzy identyczne: Niebieski, Szary, Fioletowy, Różowy i Biały.

    Czytaj dalej poniżej


    Action rozpieszcza fanów taniej elektroniki. Hity w niskich cenach

    Warto jednak pospieszyć się z zakupem. Zestaw trzech lokalizatorów Fresh ’n Rebel jest dostępny za jedyne 44,90 zł przez ten weekend – do 30 sierpnia (w najbliższą niedzielę sklepy Action będą normalnie otwarte, jednak warto sprawdzić godziny dla konkretnej lokalizacji). To doskonała okazja, aby nabyć je dla siebie lub swoich bliskich, zwłaszcza przed zbliżającym się powrotem do szkół, późnymi urlopami czy wyjazdem służbowym, a także w codziennym życiu, na przykład jako lokalizator do kluczy. Trzy lokalizatory za mniej niż 50 zł to świetna alternatywa nie tylko dla AirTagów, ale także w standardowej ofercie Fresh ’n Rebel w Action, gdzie pojedynczy lokalizator kosztuje w normalnej cenie 29,95 zł.

  • Czy współczesny uczeń potrzebuje drukarki w domu? Odpowiedź zaskakuje

    Czy współczesny uczeń potrzebuje drukarki w domu? Odpowiedź zaskakuje

    Usługi cyfrowe towarzyszą nam w wielu czynnościach życia codziennego, co prowadzi do stopniowego wygaszenia użycia papieru. Tradycyjne dokumenty podobnie jak papierowa gotówka stały się rzadkością — spotykamy je w naszych rękach jedynie okazjonalnie. Jak wygląda jednak sytuacja w polskich szkołach? Czy w 2026 roku uczniowie i studenci będą mogli zrezygnować z posiadania własnej drukarki? Wspólnie z marką Canon postanowiliśmy to zbadać.

    Usługi cyfrowe w edukacji? To wciąż przyszłość

    Rozważając, jak cyfryzacja wpływa na polskie szkoły, pierwsze skojarzenie to elektroniczne dzienniki. Kilka lat temu zniknęły one w formie papierowej, co pozwala rodzicom na bieżąco śledzić postępy swoich dzieci za pośrednictwem internetu. Forma cyfrowa przyjęła również katalogi bibliotek czy plany zajęć, które łatwo znaleźć na stronie internetowej danej placówki edukacyjnej. Legitymacja szkolna? Elektroniczna, dostępna w aplikacji mObywatel. Bilet na komunikację miejską? W wielu miastach także trafił do smartfona. Czy to oznacza, że uczniowie całkowicie porzucili użycie papieru? Niestety, nie.

    Podręczniki w zdecydowanej większości pozostają w formie papierowej. Zeszyty? Oczywiście, również papierowe. Do tego dochodzi mnóstwo różnorodnych dokumentów i pomocy naukowych, które wciąż są dalekie od cyfryzacji. Skoro tak, przydałoby się urządzenie, które pozwoli na tworzenie i kopiowanie treści w formie papierowej. Tylko czy naprawdę warto kupować je na własność? A może wystarczą punkty świadczące komercyjnie usługi drukowania w mieście? Zbadajmy, ile tak naprawdę drukują polscy uczniowie, a odpowiedź będzie oczywista.

    Drukarka w domu: niepotrzebny wydatek czy niezbędne narzędzie w edukacji?

    Wrzesień zbliża się wielkimi krokami, co oznacza rozpoczęcie nowego roku szkolnego. Co to zmienia w kontekście naszych rozważań? Konieczność posiadania licznych dokumentów w formie papierowej. Plan zajęć? Owszem, dostępny w przeglądarce, ale znacznie wygodniej mieć go na papierze w zasięgu ręki. Do tego wyprawka, etykiety na zeszyty, podręczniki itd. Co jeszcze? Cała masa formularzy i dokumentacji wymaganych przez szkołę. Jako rodzic mogę wymienić zgłoszenia korzystania ze stołówki, zapisy do świetlicy, upoważnienia do odbioru ucznia, zgody na przetwarzanie danych osobowych, deklaracje udziału w zajęciach dodatkowych, a także ewentualne wnioski o dofinansowanie. Łącznie kilkadziesiąt stron niezbędnej dokumentacji.

    Czytaj dalej poniżej


    Zamiast biurowego, fotel gamingowy dla każdego


    Ma wszystko, czego potrzebujesz - iRobot Roomba Plus 415 Combo

    To jednak nie koniec drukowania. Mnóstwo pomocy naukowych, projekty, zadania domowe, dokumenty ad hoc, takie jak zgody na uczestnictwo w szkoły organizowanych wydarzeniach i wycieczkach. W praktyce okazuje się, że mimo pozornej cyfryzacji w szkołach, drukarka ma za zadanie pracować przynajmniej kilka razy w tygodniu. To zdecydowanie zbyt często, aby polegać na usługach drukowania dostępnych gdzie indziej.

    Koniec roku szkolnego? Kolejna porcja dokumentów do wydrukowania. Nie potrzebujemy więcej argumentów, by udowodnić, że drukarka jest po prostu niezbędna dla polskiego ucznia. A skoro tak, czas wybrać odpowiedni model. Wspólnie z marką Canon przygotowaliśmy rekomendację sprzętu, który oferuje ważne funkcjonalności w korzystnej cenie.

    Canon PIXMA TS7550i – odpowiedź na potrzeby współczesnego ucznia i rodzica

    Urządzenie, o którym mówimy w tym materiale, można znaleźć w popularnych sklepach z elektroniką za mniej niż 400 złotych. Mimo niewygórowanej ceny, mamy do czynienia z wielofunkcyjnym urządzeniem, które w codziennej eksploatacji zaskakuje intuicyjną obsługą oraz przydatnymi rozwiązaniami, które znacząco ułatwiają pracę z dokumentami.

    Na początek warto zaznaczyć, że drukarka Canon PIXMA TS7550i została wyposażona w funkcję druku dwustronnego (dupleks), co eliminuje potrzebę ręcznego przekładania papieru po wydrukowaniu jednej strony. To wygodne rozwiązanie, minimalizujące pomyłki związane z załadowaniem papieru w nieodpowiednią stronę. O oszczędności papieru podczas druku dwustronnego w porównaniu do jednostronnego nie trzeba nawet wspominać. Jakie jeszcze funkcje oferuje Canon PIXMA TS7550i?

    Okazuje się, że równie sprawnie radzi sobie ze skanowaniem, dzięki automatycznemu podajnikowi dokumentów ADF. Jak to działa w praktyce? Kopiując lub skanując dokumenty, nie musimy zajmować się każdą kartką osobno. Wystarczy załadować je do podajnika, a drukarka wykona całą pracę za nas — tak jak profesjonalny sprzęt biurowy, tyle że w domowym zaciszu.

    Wspominając o funkcjonalności Canon PIXMA TS7550i, nie sposób pominąć łączności bezprzewodowej, która pozwala na obsługę urządzenia za pośrednictwem wygodnej aplikacji Canon Print z poziomu smartfona. Co istotne, aplikacja towarzyszy nam już na początku użytkowania drukarki, znacząco ułatwiając jej instalację i konfigurację, która sprowadza się do zeskanowania kodu QR i przejścia przez prosty proces konfiguracji.

    Drukarka nie tylko do nauki i dokumentów

    Choć w większości przypadków drukarkę wykorzystujemy do pracy i spraw urzędowych, może również znaleźć zastosowanie przy innych zadaniach, które nie są bezpośrednio związane z obowiązkami edukacyjnymi. Canon PIXMA TS7550i pozwala na druk bez obramowania oraz w bardzo wysokiej jakości, co oznacza, że doskonale nadaje się do wydruku zdjęć z wakacyjnych podróży czy imprez rodzinnych, które wspólnie celebrujemy. Z własnego doświadczenia wiem, że drukarka to również sposób na dostarczanie dzieciom kreatywnych zadań, jak ich ulubione kolorowanki czy wykreślanki, bez konieczności kupowania ich w sklepie. Kreatywna zabawa zawsze dostępna, dzieląc się ulubionymi motywami naszych dzieci, na przykład postaciami z bajek.

    Materiały eksploatacyjne – zawsze dostępne

    Pytaniem, które często zadają sobie rodzice szukający drukarki do domu, jest to o dostępność materiałów eksploatacyjnych. Jest to szczególnie ważne, gdy mówimy o drukarce atramentowej z klasycznymi kartridżami, jak Canon PIXMA TS7550i. Producent zapewnia łatwy dostęp do pojemników z tuszem czarnym i kolorowym w dwóch wariantach – standardowym i XL, który pozwala na wydrukowanie większej liczby dokumentów w korzystniejszej cenie. Tusze standardowe oferują około 180 wydruków (zarówno w czerni, jak i kolorze), podczas gdy tusze XL umożliwiają do 300 wydruków.

    Warto mieć własną drukarkę

    Drukarka w domu to sprzęt, który znacząco ułatwia życie ucznia w polskim systemie edukacji. Mając na uwadze ceny zakupu urządzenia oraz możliwości, jakie oferuje model Canon PIXMA TS7550i, zdecydowanie nie opłaca się polegać na punktach drukarskich czy sąsiedzkiej pomocy. To jeden wydatek, który daje wiele możliwości. W związku z tym warto rozważyć zakup drukarki podczas kompletowania wyprawki na nadchodzący rok szkolny. Życzymy wszystkim uczniom powodzenia, a rodzicom cierpliwości i wytrwałości.

    Materiał opracowany we współpracy z marką Canon