Autor: admin

  • Fuzja jądrowa coraz bliżej. To osiągnięcie zbliża nas o krok od przełomu

    Fuzja jądrowa coraz bliżej. To osiągnięcie zbliża nas o krok od przełomu

    Firma American Fusion ogłosiła osiągnięcie ekstremalnego ciśnienia w impulsowym układzie Texatron, co udało się również powtórzyć. Wartości na poziomie 32,6 GW wyglądają imponująco, jednak pochodzą one z jednego mikrosekundowego impulsu, a nie z pomiaru mocy elektrycznej ani dodatniego bilansu energii.

    W ciągu ostatnich dni do ośrodka montażowego American Fusion dotarła przenośna komora próżniowa, która ma na celu rozszerzenie programu eksperymentów z Texatronem. Platforma bada zjawisko tzw. impulsowej kompresji magnetycznej plazmy, która ma być docelowo wykorzystywana w reakcjach deuteru z helem-3. Dotychczasowe testy pozwalały na osiągnięcie ciśnienia rzędu 100 tysięcy atmosfer, jednak brakowało pomiarów temperatury docelowej oraz energii uzyskanej z samej fuzji. Ogłoszone równolegle wyniki dla układów 500 kW i 5 MW są obliczeniami opartymi na przyjętych warunkach założeniowych. Niemniej jednak, wyniki te są obiecujące.

    Mikrosekundowy ścisk

    Tokamaki dążą do utrzymania bardzo gorącej, rozrzedzonej plazmy w toroidalnej komorze za pomocą silnych pól magnetycznych. Czas, przez który plazma jest uwięziona, jest kluczowym parametrem determinującym wynik reakcji. Texatron natomiast, zamiast długich okresów utrzymywania plazmy, koncentruje się na ścisłej plazmie, kompresowanej krótkim impulsem elektromagnetycznym. Docelowa faza maksymalnej kompresji ma trwać około jednej mikrosekundy. W tym czasie pole magnetyczne powstaje dynamicznie jako część samego impulsu, co oznacza, że konstrukcja nie wymaga stałego układu magnesów działających na pełne wartości pola.

    Przy ciśnieniu 100 tysięcy atmosfer współczynnik beta wynosi jeden, co oznacza, że ciśnienie plazmy równa się ciśnieniu magnetycznemu, odpowiadającemu polu około 160 tesli. To uproszczony rachunek i nie wskazuje na montaż klasycznego magnesu o takiej indukcji przy komorze. Konkretne wymagania zależą od takich czynników, jak geometria pola, prąd plazmy, stopień kompresji oraz przebieg impulsu. Najtrudniejsze jest jednak osiągnięcie odpowiedniej temperatury, gęstości i czasu uwięzienia przy jednoczesnym zachowaniu stabilności plazmy.

    Gigawaty? Tak, ale tylko przez chwilę

    Firma porównała dwa warianty Texatronu przy tej samej temperaturze 700 milionów kelwinów, ciśnieniu 100 tysięcy atmosfer oraz mikrosekundowym czasie uwięzienia. Pierwszy z modeli, oznaczony jako 500 kW, korzysta z komory o średnicy około 28 cm oraz kolumny plazmy o średnicy 25,4 mm. Aktywna objętość 445 cm³ pomieściłaby około 1,88 x 10^20 jonów paliwa. Obliczenia wskazują, że w trakcie impulsu dochodzi do 1,3 x 10^15 reakcji, co daje łączną energię brutto na poziomie 3,9 kJ.

    Czytaj dalej poniżej

    Zamiast oddawać butelkę do kaucjomatu, będziesz mógł ją... zjeść

    Większy wariant 5 MW ma komorę o średnicy około 58 cm oraz kolumnę plazmy o średnicy 50,8 mm i objętości 3720 cm³. Model zakłada 1,57 x 10^21 jonów, 1,1 x 10^16 reakcji oraz 32,6 kJ energii brutto w jednym impulsie. Przerażające 32,6 GW powstaje przez podzielenie tej energii przez jedną mikrosekundę, co opisuje jedynie chwilowe tempo jej wydzielania. Bez znajomości częstotliwości impulsów, energii zużywanej przez sprzęt oraz sprawności konwersji nie można określić ani średniej mocy, ani bilansu całego układu, dlatego na razie możemy tylko spekulować.

    Nowa komora ma pomóc zbadać próg zapłonu

    Wysokie ciśnienie samo w sobie nie wystarcza do wykazania zapłonu reakcji deuteru z helem-3. Kryterium Lawsona łączy ze sobą: gęstość plazmy, jej temperaturę oraz czas uwięzienia, a wszystkie te parametry muszą uzyskać odpowiednią kombinację w tym samym, szczególnym momencie. Energia generowana w reakcjach powinna przekraczać straty związane z promieniowaniem hamowania, transportem ciepła oraz niestabilnościami plazmy. Tylko wówczas można uzyskać samopodgrzewanie paliwa, a później szukać dodatniego bilansu w całości. Jak dotąd brakuje danych diagnostycznych i niezależnej weryfikacji wyników, ale wiadomo, że Texatron mógł być bliski osiągnięcia tych parametrów. Jednak pytanie, jak blisko znajdował się naprawdę, pozostaje otwarte.

    Czytaj również: Fuzja jądrowa bliżej, niż myślimy. Oto nasz najnowszy sprzymierzeniec w walce o czystą energię.

    Nowy układ próżniowy ma umożliwić badanie zachowania plazmy w zakresie 50–200 keV, co odpowiada temperaturze około 580 milionów do 2,3 miliardów kelwinów. Zespół zamierza sprawdzić, czy kompresja w ramach impulsów pozostaje wystarczająco stabilna, gdy zmieniają się warunki związane z temperaturą, gęstością i czasem uwięzienia. Analiza obejmie zarówno przewidywaną produkcję energii z fuzji, jak i promieniowanie hamowania oraz inne główne kanały strat. Następnie pomiary reakcji, energii wyjściowej i całkowitego kosztu energetycznego impulsu wskażą, czy Texatron może wyjść poza fazę eksperymentalną. Jesteśmy na dobrej drodze, ale do uzyskania pełnej informacji o tym, jak bardzo nam się udało, czeka nas jeszcze długa i kręta ścieżka.

  • Samsung udostępnia aktualizację funkcji dla Galaxy S26 w wersji beta One UI 9 – Samsung

    Samsung udostępnia aktualizację funkcji dla Galaxy S26 w wersji beta One UI 9 – Samsung

    Samsung Wprowadza Aktualizacje dla Użytkowników Beta One UI 9 na Serii Galaxy S26

    Samsung rozpoczął wdrażanie aktualizacji funkcji dla użytkowników wersji beta One UI 9 na smartfonach z serii Galaxy S26. Nowe rozwiązania są udostępniane uczestnikom programu beta od 28 sierpnia, a wiele z nich zostało wcześniej zaprezentowanych w najnowszej serii Galaxy Z.

    My FanCam w Serii Galaxy S26

    Jedną z innowacyjnych funkcji wprowadzonych w ramach aktualizacji jest My FanCam. Technologia ta wykorzystuje sztuczną inteligencję do śledzenia wybranej osoby oraz automatycznego dopasowywania proporcji nagrania do wymogów platform społecznościowych. Funkcja ma na celu uproszczenie procesu rejestrowania oraz szybkiego udostępniania ważnych chwil, szczególnie w dynamicznych sytuacjach, w których ręczne kadrowanie mogłoby być utrudnione.

    Now Brief z Bardziej Spersonalizowanymi Kartami

    Aktualizacja wprowadza również funkcję Now Brief, która gromadzi cenne informacje i rekomendacje w dostosowanych kartach. Karty te mają być dostosowywane do codziennej rutyny, zainteresowań i bieżących potrzeb użytkowników. Now Brief oferuje także wgląd w kwestie dotyczące bezpieczeństwa i prywatności, wskazując potencjalne zagrożenia i sugerując działania ochronne.

    Ulepszenia Funkcji Now Nudge

    Samsung zapowiada również usprawnienia w funkcji Now Nudge. Po aktualizacji ma ona oferować bardziej inteligentne i kontekstowe podpowiedzi, co znacznie ułatwi użytkownikom poruszanie się między codziennymi zadaniami i interakcjami.

    Nowości są dostępne dla uczestników programu beta One UI 9 dla serii Galaxy S26. Użytkownicy rozpoczną otrzymywanie powiadomień o możliwości pobrania aktualizacji od 28 sierpnia.

  • iPhone w promocji! Orange robi wielką wyprzedaż

    iPhone w promocji! Orange robi wielką wyprzedaż

    W oczekiwaniu na nowe telefony od Apple, warto rozważyć zakup iPhone’a 17 Pro oraz innych modeli w promocji. Orange rozpoczęło wyprzedaż.

    Orange zdecydowało się na wprowadzenie atrakcyjnej promocji na telefony Apple. Nowy iPhone jest dostępny po niższej cenie, co stanowi doskonałą okazję do zakupu ubiegłorocznych modeli, jeśli nie planujecie jeszcze zakupu nadchodzącego modelu 18, który będzie prezentowany wkrótce.

    Promocja na iPhone’a od Orange

    Z okazji nadchodzącej konferencji Apple oraz prezentacji nowych modeli iPhone, Orange przygotowało specjalny zestaw promocji dla entuzjastów urządzeń z logo nadgryzionego jabłka. W ofercie znajdziemy wiele modeli w obniżonych cenach, w tym ubiegłoroczny model 17 Pro. Niższe ceny dotyczą sprzętu od operatora, który nabywamy wraz z planem abonamentowym. Postanowiłem przeanalizować kilka propozycji z oferty i przedstawić, ile trzeba będzie zapłacić za dany model oraz co otrzymamy w pakiecie usług.

    iPhone Air 256 GB – 3204 zł (obniżka o 811 zł)

    To prawdopodobnie największa obniżka na iPhone’a oferowana przez Orange, jaką możemy obecnie znaleźć. Smartfon kosztuje 3204 zł, co można rozłożyć na 36 rat po 89 zł, a przy wyborze abonamentu L (internet bez limitu) za 100 zł miesięcznie, nie musimy ponosić kosztów opłaty początkowej. Promocja obejmuje również specjalną ofertę Orange na darmowy abonament – w przypadku pakietu L otrzymujemy aż 7 miesięcy za 0 zł, co stanowi jedną z najbardziej atrakcyjnych ofert abonamentowych na rynku w tej chwili.

    Czy promocja na model Air jest opłacalna? Zdecydowanie warto rozważyć tę ofertę – cena samego urządzenia jest niższa niż w przypadku wielu sklepów oferujących raty 0%, a także niższa niż u konkurencyjnych operatorów. Warto jednak pamiętać, że skorzystanie z tej promocji wiąże się z wyborem abonamentu L; w przypadku mniejszego pakietu (np. M za 80 zł miesięcznie) całkowity koszt telefonu wynosi już 3479 zł. To nadal korzystna oferta, jednak wyraźnie droższa niż w przypadku abonamentu L.

    Czytaj dalej poniżej


    Nawet pół roku bez opłat w Orange. Sieć zaskoczyła klientów

    iPhone 17 Pro 256 GB – 5 339 zł

    W przypadku wersji Pro ubiegłorocznego modelu 17, Orange ogłasza obniżkę ceny o 612 zł, co sprawia, że produkt jest obecnie wyceniony na 5399 zł (36 rat po 140 zł oraz opłata na start – 299 zł). Ostateczna oferta składa się z abonamentu L (100 zł miesięcznie, z 7 miesiącami za darmo), 36 rat po 140 zł oraz jednorazowej płatności w wysokości 299 zł. Jest to korzystna propozycja. Początkowo myślałem, że opłata w wysokości 299 zł to dodatkowy koszt, jednak jest ona wliczona w całkowitą cenę telefonu. To naprawdę dobra propozycja w porównaniu z konkurencją, ponieważ u innych operatorów ten sam smartfon w abonamencie kosztuje:

    • Plus – 5948,64 zł (przy 36 ratach)
    • T-Mobile – 5599 zł
    • Play – 5589 zł (w przybliżeniu, bo wyliczenie ceny zawiera już abonament)

    W efekcie mamy do czynienia z bardzo przyzwoitą ofertą od Orange, którą warto rozważyć, jeśli potrzebujemy abonamentu na telefon i jesteśmy zainteresowani sprzętem Apple. Warto zaznaczyć, że cena na stronie Orange jest niższa od tej sugerowanej przez samo Apple. Możliwość płacenia w ratach również stanowi korzystne rozwiązanie, które pozwala nam na uniknięcie jednorazowego wydatku.

    Abonament z internetem, ale bez telefonu

    Jeżeli natomiast szukacie samego abonamentu i nie jest wam koniecznie potrzebny smartfon, to niedawno przygotowałem specjalne zestawienie ofert największych operatorów w Polsce. Sprawdziłem, którzy oferują jakie pakiety z internetem oraz który z nich rzeczywiście są opłacalne, a które warto unikać z uwagi na niekorzystny stosunek oferowanych usług do finalnej ceny. Podpowiem jedynie, że choć Orange znalazło się w czołówce ze swoją ofertą, to zwycięstwo przypadło w udziale zupełnie innemu operatorowi!

  • Nietypowy trik na PC. Tysiące graczy zachwyconych

    Nietypowy trik na PC. Tysiące graczy zachwyconych

    Pewien gracz odkrył niecodzienny trik, który może przyczynić się do lepszej ochrony każdego komputera PC. Okazuje się, że to metoda znana od lat.


    Komputery stacjonarne towarzyszą nam od lat, i chociaż często ustępują miejsca laptopom, widok peceta stojącego na biurku wciąż nikogo nie dziwi. A co by się stało, gdyby tak położyć nasz komputer na płasko? Pewien gracz postanowił to zrobić i odkrył prawdziwy „pro-move”. Co więcej, to nie jest nowatorski pomysł, ale technika znana od dawna.

    PC powinien leżeć, a nie stać?

    Od lat nasze pecety umieszczamy w podobny sposób – ustawiamy je obok biurka lub na nim. Kluczowym słowem jest „stawianie”, ponieważ obudowy typu tower wymuszają pionową pozycję urządzeń. Węższe, ale wyższe, pecety dumnie piętrzą się w pomieszczeniu, często wzbogacone oświetleniem RGB. Obudowy te są zaprojektowane tak, aby pomieścić wszystkie podzespoły, oferować odpowiednią gamę portów oraz zapewnić właściwy przepływ powietrza, nie przeszkadzając wentylatorom w ich pracy. Wydaje się jednak, że nie jest to najbardziej optymalna pozycja dla naszego komputera. O tym przekonał się jeden z graczy, który postanowił wyjść naprzeciw trendom i spróbować czegoś innego – choć nie nowego.

    Użytkownik Reddita (UFCFan918) wywołał niemałe zamieszanie na forum, dzieląc się nową pozycją swojego komputera. Urządzenie to leży na podłodze pod biurkiem, co wzbudziło wiele pytań i wątpliwości wśród innych użytkowników Reddita. Skąd taki pomysł i jak ma to pomóc? Otóż cel jest dość konkretny – poziome ustawienie komputera ma odciążyć wewnętrzny „szkielet” i chronić podzespoły przed wyginaniem się, a co za tym idzie – uszkodzeniami, szczególnie w przypadku coraz większych i cięższych kart graficznych.

    Choć całość wygląda dość niekonwencjonalnie, to w rzeczywistości ma sens. Główną zaletą jest eliminacja zjawiska znanego jako GPU Sag, czyli wyginania się slotu PCIe oraz samej karty graficznej pod własnym ciężarem. To także nostalgiczne nawiązanie do dawnych czasów, gdy pecety często wyglądały właśnie tak – z uwagi na konstrukcję obudowy, która była na ogół pozioma i stawiana na biurku. Nie jest to jednak scenariusz idealny, który uwalnia nas od wszystkich bolączek współczesnych komputerów.

    Czytaj dalej poniżej


    Nigdy nie wrócę do zwykłej myszki. Test Razer Naga V3 Pro

    Choć konstrukcja jest rzeczywiście mniej obciążona, może być narażona na osadzanie się większej ilości kurzu i pyłu. Obudowy pionowe mają opracowane systemy wentylacji wnętrza, a nagła zmiana orientacji może zakłócić cyrkulację powietrza. Warto mieć to na uwadze przed położeniem obudowy płasko na podłodze pod biurkiem. Istnieje również ryzyko całkowitego zablokowania wentylacji, co może prowadzić do przegrzewania się sprzętu. Należy upewnić się, że każdy istotny otwór wentylacyjny i wentylator mają wystarczająco dużo miejsca do działania. Wreszcie, trzeba bardzo uważać na podłogę. Poziomo umiejscowiony komputer to zdecydowanie łatwy cel, by przypadkowo go kopnąć lub na niego nadepnąć.

    Alternatywy? Zrób to sam z klocków LEGO

    Głównym powodem, dla którego ktoś mógłby zdecydować się na poziomy układ komputera, jest wspomniany ciężar karty graficznej. Zamiast kłaść PC na ziemi, lepiej skorzystać z domowej roboty wsporników, które zadbają o odpowiedni montaż podzespołu i zapobiegną wyginaniu się portu na płycie głównej. W tym celu można wykorzystać elementy z zestawów LEGO, które są idealnymi komponentami do konstrukcji. To zdecydowanie mniej inwazyjne i ryzykowne rozwiązanie, które równie dobrze rozwiązuje problem.

  • Sensacja na Marsie. Wykryto gigantyczną anomalię

    Sensacja na Marsie. Wykryto gigantyczną anomalię

    Czerwona Planeta od dekad fascynuje naukowców. Jej właściwości przypominają te ziemskie, jednak z jakiegoś powodu jest ona jałowa i niemal pozbawiona atmosfery. Badacze dążą do odkrycia historii Marsa, a odkrycie asymetrii termicznej może znacząco przyczynić się do tego celu.

    Wyobraźmy sobie Ziemię, w której biegun południowy jest cieplejszy od równika o kilkaset stopni. Brzmi to absurdalnie, ale na Marsie to codzienność. Najnowsze badania opublikowane w prestiżowym czasopiśmie „Nature” ujawniają, że Czerwona Planeta kryje w swoim wnętrzu termiczny paradoks. Południowa część Marsa jest cieplejsza od północnej nawet o 400 stopni Celsjusza.

    Dysproporcja temperatur na Marsie: Prawdziwa anomalia

    Wszystko zaczęło się od badań grawitacyjnych. Zespół pod kierownictwem Alexandra Berne’a z Uniwersytetu w Arizonie przeanalizował dane zbierane przez trzy sondy kosmiczne krążące wokół planety przez ostatnie szesnaście lat. Wykorzystując subtelne zmiany prędkości tych orbiterów, naukowcy zrekonstruowali pole grawitacyjne Marsa z niespotykaną dotąd precyzją. Zastosowana przez nich metoda, znana jako tomografia pływowa (ang. tidal tomography), umożliwiła spojrzenie pod powierzchnię planety.

    To odkrycie może stanowić brakujący element układanki w zrozumieniu historii Marsa. Wewnętrzna asymetria termiczna planety pomaga wyjaśnić tajemnicę jej geologicznej dychotomii. Z jednej strony mamy niziny i równiny na północy, a z drugiej górzyste i kraterowe południe. Co więcej, anomalia temperaturowa rzuca nowe światło na magnetyczne właściwości południowej półkuli oraz na sposób, w jaki energia sejsmiczna rozchodzi się pod powierzchnią.

    Dla poszukiwaczy życia pozaziemskiego to przełomowa wiadomość. Różnica temperatur między półkulami mogła wpłynąć na hydrologię planety, czyli kształtowanie się zbiorników, gdzie kiedyś najprawdopodobniej znajdowała się woda. Badacze rozważają trzy scenariusze powstania tej anomalii: gigantyczne uderzenie, spontaniczną konwekcję w płaszczu planety, lub grubą, południową skorupę, która zatrzymała ciepło niczym kosmiczny koc termiczny. Obecnie trudno ocenić, która z tych teorii ma największy sens, ale z pewnością kolejne badania rzucą więcej światła na tę sprawę.

    Czytaj dalej poniżej


    Chińczykom rakieta złamała się w trakcie lotu. Ale to dobra wiadomość

    Grafika: depositphotos.com

  • Niski jitter, wysoka prędkość przesyłania i brak utraty pakietów, czyli trzy cechy idealnego internetu

    Niski jitter, wysoka prędkość przesyłania i brak utraty pakietów, czyli trzy cechy idealnego internetu

    Dobre łącze powinno dostarczać pakiety (czyli, w uproszczeniu, dane, które wysyłamy i otrzymujemy) w równym tempie, nie gubić ich „po drodze” i zapewniać zapas pasma dla wysyłania. Owe parametry wspólnie określają nasz komfort korzystania z sieci.

    Diabeł tkwi w szczegółach: tak naprawdę nie jeden parametr decyduje o tym, czy prowadzona przez nas rozmowa, gra czy wysyłanie np. kopii zapasowej do chmury, mogą działać jednocześnie bez wzajemnych zakłóceń. Pierwszym krokiem do uczynienia naszego połączenia naprawdę harmonijnym powinno być sprawdzenie oferty Vectry dostępnej w naszej okolicy, takiej, która będzie dostosowana do naszych potrzeb. Niedoszacowanie naszych potrzeb może prowadzić do problemów.

    Jakość łącza to nie tylko „megabity”

    W zasadzie każdy test prędkości dostępu do Internetu eksponuje przede wszystkim pobieranie: to ono odpowiedzialne jest za tempo pobierania wszystkich danych z Internetu. Wysoki wynik zawsze powinien Was cieszyć, ale wcale nie mówi Wam w oderwaniu od reszty, czy występują opóźnienia ani czy część danych znika po drodze. Żeby lepiej to zobrazować, posłużmy się przykładem.

    Dane łącze może szybko pobrać duży plik i jest to zawsze dobra wiadomość, ale jednocześnie może powodować niewielkie „przycięcia” w rozmowie wideo lub zakłócenia podczas jednoczesnej gry online. Oznacza to, że mogą występować problemy z innymi parametrami, czyli utratą pakietów, jitterem oraz prędkością wysyłania.

    Czytaj dalej poniżej


    Dwie elektryczne Toyoty w czołowej szóstce. Norweski test nie zostawia złudzeń

    A co, jeśli podejrzewamy problemy z jitterem, prędkością wysyłania lub utratą pakietów? Wtedy pomiary należy wykonać w różnych porach: np. rano, w „godzinach szczytu”, po południu i/lub wieczorem. Oprócz pobierania warto sprawdzić upload (tj. prędkość wysyłania), ping (opóźnienie), jitter (zmienność tego opóźnienia) oraz utratę pakietów (liczba określająca, ile pakietów „gubi się” na trasie od miejsca docelowego do naszego komputera). Najlepiej przeprowadzić te testy zarówno przewodowo, jak i bezprzewodowo, dla lepszego porównania.

    To zazwyczaj pomaga rzetelnie ustalić, gdzie występuje problem. Nie zawsze zależy to od samego łącza: trudności mogą wynikać z:

    • domowej sieci bezprzewodowej (np. ustawienie routera może być nieoptymalne dla wszystkich urządzeń, bądź też znajduje się blisko sprzętu generującego zakłócenia),
    • routera (może mieć problem z obsłużeniem dużej liczby urządzeń lub wymagać aktualizacji oprogramowania),
    • ewentualnie chwilowego przeciążenia w wyniku normalnego użytkowania.

    Vectra w swoim poradniku wyjaśnia szerzej, co wpływa na stabilność internetu, dzięki czemu surowe wyniki łatwiej przekształcić w użyteczną diagnozę.

    Niski jitter to jak równość marszu dla kroczącej piechoty

    Ping mówi nam, ile czasu zajmuje pakietowi dotarcie do celu i powrót, natomiast jitter opisuje zmienność tego opóźnienia. Jitter jest nieco bardziej „ezoteryczną” wartością niż przyjemnie prosty ping, ale można go przyrównać do wspomnianych żołnierzy, którzy wykonują marsz. Tak, jak piechota powinna utrzymać wspólne dla wszystkich tempo, tak samo jest z danymi: wysoki jitter wskazuje na dużą „niestabilność” opóźnień, co może sugerować, że w momencie zwiększonego zapotrzebowania na dane, dostęp do Sieci może generować pewne „przycięcia”.

    Średni ping może wtedy być w porządku, ale poszczególne odpowiedzi z serwerów pojawiają się w bardzo nierównych odstępach. Objawy tego stanu rzeczy to „rwanie się” głosu podczas rozmów audio i wideo, dla treści z serwisów streamingowych nagłe spadki jakości i buforowanie, a dla gracza: opóźnione reakcje podczas dynamicznej rozgrywki.Niski jitter zapewnia usłudze, z której korzystamy, niezależnie od tego, czy jest to gra, komunikator czy platformy jak YouTube lub Netflix, przewidywalny „strumień” danych, co sprawia, że obraz, dźwięk i kontrola postaci w grze pozostają płynne.

    Jak podaje Vectra, wartości od 1 do 2 ms są uznawane za oznakę stabilnego, naprawdę komfortowego łącza, natomiast skoki przekraczające 5 ms mogą implikować pewne poszarpywanie obrazu w grach online. Warto jednak zaznaczyć, że końcowy wynik zależy od konkretnej aplikacji i serwera, ponieważ liczy się także cała trasa między nami a serwerem. Istotna jest przede wszystkim powtarzalność pomiarów oraz to, czy skoki występują w czasie normalnego obciążenia domowej sieci.



    Utrata pakietów to jak sytuacja z posłańcem, który gubi się po drodze

    Dane przesyłane przez sieć dzielone są na pakiety, które powinny dotrzeć do miejsca docelowego. Utrata pakietów informuje, jaki odsetek z nich został utracony po drodze, dlatego pożądanym wynikiem jest 0 proc. i tu nie ma żadnych wyjątków. W przypadku transmisji wykorzystujących mechanizmy kontroli takiego stanu, brakujący fragment może zostać wysłany ponownie, ale to już zużywa czas i część przepustowości.

    W grach i rozmowach przez komunikatory, jedna utrata pakietu często nie opłaca się odzyskiwać, bo spóźniona informacja nie ma już znaczenia. Liczy się, by informacja dotarła do celu w czasie rzeczywistym.

    Utrata pakietów na poziomie powyżej 0,1 proc. powoduje już odczuwalne problemy, a powyżej 1 proc. zasadniczo uniemożliwia korzystanie z danej usługi, zwłaszcza takiej, która jest wrażliwa na niedogodności tego rodzaju.

    Co dzieje się w momencie utraty pakietów „ponad normę”? To bardzo łatwo wyczuć i usłyszeć: głos traci pewne sylaby lub „łamie się”, obraz może utracić szczegóły, a postać w grze „przeskoczyć” w czasie, zamiast poruszać się płynnie. Gdy coś pobieramy, wygląda to zgoła inaczej: tutaj protokół może ponowić transmisję, jednak mimo wszystko efektywna prędkość spadnie.Zerowa utrata pakietów oznacza, że nasza komunikacja z Internetem odbywa się bez zakłóceń.

    Nie tylko prędkość pobierania. Wysyłanie jest nie mniej istotne

    Kwestię pobierania rozumie się wręcz intuicyjnie. Upload z kolei określa, jak szybko dane opuszczają naszą domową sieć, i jest to szczególnie istotne podczas wysyłania plików, tworzenia kopii w chmurze, rozmów wideo i audio oraz prowadzenia transmisji na żywo, na przykład gdy streamujecie.

    Odpowiednia prędkość wysyłania zapewnia sygnałowi wideo i audio przestrzeń, jakiej potrzebują, bez zajmowania całego pasma. Jest to parametr analogiczny do pobierania, tyle że w tym przypadku chodzi o szybkość na trasie od naszego urządzenia w stronę Internetu.

    Liczy się także dostosowanie parametrów do realnego obciążenia. Osoba pracująca z dokumentami w biurze ma inne potrzeby niż dom, w którym równocześnie odbywają się kilka rozmów, wysyłanie dużych plików i granie online.

    Dobrze jest również uwzględnić inne urządzenia działające w tle (np. system inteligentnego domu), ponieważ wszystko, co jest połączone z routerem, może wymieniać dane bez wyraźnych oznak. Zapas uploadu zmniejsza ryzyko, że jedna, wymagająca pod tym kątem operacja zapełni kolejkę na routerze i podniesie opóźnienia dla każdego, kto łączy się z naszą siecią domową.

    Jak sprawdzić, czy internet spełnia te trzy warunki?

    Najbardziej miarodajny test należy rozpocząć od komputera, który jest podłączony do routera przewodem. Należy zamknąć aplikacje przesyłające dane w tle, wykonać kilka pomiarów i zapisać parametry: download, upload, ping, jitter oraz packet loss. Następnie ten sam test można powtórzyć przez Wi-Fi w miejscu, gdzie Internet jest używany najczęściej lub tam, gdzie korzysta z niego każdy z domowników.Jeśli wyniki „po kablu” są stabilne, a bezprzewodowe są wyraźnie gorsze, to problemy należy szukać albo w konfiguracji, albo zasięgu sieci domowej.

    Pomiary warto powtórzyć: rano, wieczorem i podczas typowego obciążenia. Przy wyborze usługi trzeba zwracać uwagę na prędkość wysyłania równie uważnie jak na pobieranie oraz ocenić jakość pracy routera i pokrycie mieszkania sygnałem.

    Zestaw parametrów: upload, jitter i brak utraty pakietów stanowi znacznie lepszy opis świetnie działającego dostępu do Internetu niż tylko samotna liczba megabitów w umowie lub reklamie, a wszystkie te wskaźniki wspólnie decydują o tym, jak korzysta się z łącza. Warto o tym pamiętać!

    Artykuł powstał we współpracy z firmą Vectra

  • To nie jest zwykły smartfon. Szkoda, że nigdy nie trafi do Polski

    To nie jest zwykły smartfon. Szkoda, że nigdy nie trafi do Polski

    Czy smartfony mogą nas jeszcze czymś zaskoczyć? HONOR Robot Phone stara się to udowodnić

    HONOR Robot Phone udowadnia, że smartfony nie muszą różnić się od siebie wyłącznie wyglądem wyspy aparatów i kilkoma punktami w benchmarkach. Po kilku chwilach spędzonych z tym urządzeniem trudno nie żałować, że jego pierwsza generacja pozostanie wyłącznie w Chinach. A szkoda, bo zainteresowanie nim jest naprawdę spore i można tylko mieć nadzieję, że kolejne jego modele trafią na rynki zagraniczne.

    Jeszcze kilka miesięcy temu Robot Phone był tylko ciekawostką technologiczną, która przyciągała uwagę mediów na targach, ale nigdy nie trafiała do sklepów. HONOR zaprezentował go szerzej podczas tegorocznego MWC, jednak przez dłuższy czas nie wiedzieliśmy, co dalej z jego produkcją. To wszystko zmieniło się kilka tygodni temu, kiedy odbyła się oficjalna premiera Robot Phone’a w Chinach. Miałem okazję zobaczyć smartfon z bliska i przez kilkadziesiąt minut korzystać z niego podczas wyjazdu do Chin na zaproszenie producenta. I choć to zdecydowanie za mało na pełną recenzję, wystarczyło, by zrozumieć, że określenie „Robot Phone” to coś więcej niż nazwa.

    Robot Phone zaskakuje przy pierwszym kontakcie. Takich rozwiązań nie znajdziemy u konkurencji

    Na pierwszy rzut oka Robot Phone nie wyróżnia się specjalnie na tle konkurencji. Smartfon waży około 248 gramów i ma 9,6 mm grubości, co sugeruje, że nie mamy do czynienia z najcieńszym urządzeniem na rynku. Nie oznacza to jednak, że jest niewygodny w trzymaniu. Wręcz przeciwnie – jest całkiem wygodny, ergonomiczny i dobrze leży w dłoni. Skoro Robot Phone wygląda jak grubsza wersja standardowego flagowca, to gdzie kryje się ta rewolucja? Wystarczy go obrócić. Z wyspy na aparaty wysuwa się niewielkie robotyczne ramię z 200-megapikselowym obiektywem głównym. Konstrukcja ramienia pozwala mu na swobodne obracanie i pochylanie, co jest wygodne przy nagrywaniu materiałów wideo i robieniu zdjęć z różnych ujęć.

    HONOR wykorzystał mechaniczny, trzyosiowy gimbal pracujący w systemie 4DoF, który składa się z ponad 100 elementów, a sam silnik waży zaledwie 2,6 grama. Brzmi nieco jak gadżet, który wygląda świetnie na materiałach promocyjnych, ale w praktyce najciekawsze jest to, że mechanizm rzeczywiście działa. Po uruchomieniu aparatu można sterować nim ręcznie z poziomu ekranu, ale znacznie większe wrażenie robi automatyczne śledzenie. Kamerka na ramieniu potrafi rozpoznać wybraną osobę lub obiekt i utrzymywać go w kadrze, obracając oraz pochylając się odpowiednio do ruchu. Działa to podobnie jak w przypadku urządzeń DJI czy Insta360, ale tutaj dodatkowego urządzenia po prostu nie trzeba mieć przy sobie – wystarczy sięgnąć do kieszeni.

    HONOR stawia na ewolucję. Potrzebujemy takich smartfonów

    Obecność ramienia z gimbalem zmienia także sposób korzystania ze smartfona na co dzień. Robot Phone ustawiony na biurku może sam podążać za użytkownikiem podczas wideorozmów, transmisji na żywo czy nagrywania wideo. Dzięki rozpoznawaniu kierunku źródła dźwięku pozwala kamerze reagować na osobę, która zaczyna mówić. Sterowanie gestami umożliwia uruchomienie wybranych funkcji bez dotykania ekranu. W systemie MagicOS całość spięto z funkcją YOYO Robot Mode, która łączy rozpoznawanie gestów, analizę obrazu i kontekstu z fizycznym ruchem aparatu. HONOR nazywa to Embodied AI, czyli sztuczną inteligencją, która przestaje ograniczać się do tego, co dzieje się na ekranie. Tego jednak nie udało mi się przetestować, gdyż rozwiązania AI są zarezerwowane wyłącznie na rynek chiński.

    HONOR Robot Phone stawia przede wszystkim na nagrywanie wideo, a współpraca z firmą ARRI – znaną z produkcji profesjonalnych kamer filmowych – dodatkowo to wspiera. Robot Phone obsługuje wiele filtrów ARRI, a także ARRI LogC3, ARRI Wide Gamut 3 i profile ARRI Looks. Tryb ARRI CINEMA daje dostęp do narzędzi dla osób, które chcą później obrabiać materiał w programach takich jak DaVinci Resolve. Za część przetwarzania odpowiada opracowany przez HONOR układ H1, co pokazuje, dla kogo kierowany jest ten smartfon: dla twórców wideo, vlogerów i tych, którzy nagrywają dużo filmów.

    Zamiast przyczepiać smartfon do gimbala, cały mechanizm dostajemy w obudowie. Pomysł jest prosty, a jego realizacja robi wrażenie. Praktyka pokazuje jednak, że nie wszystko jest idealne – nagrywane na szybko filmiki kamerką na ramieniu nie powalały jakością, a stabilizacja nie zawsze zdawała egzamin. Być może to kwestia testowego egzemplarza i zbyt mało czasu, by zapoznać się ze wszystkimi rozwiązaniami Robot Phone’a. Nie da się jednak ukryć, że potencjał w nim drzemie ogromny i warto śledzić dalsze działania HONOR w rozwijaniu swojej nowej linii smartfonów.

    Flagowiec, który wreszcie robi coś inaczej

    Poza innowacyjnym ramieniem z gimbalem, Robot Phone jest pełnoprawnym flagowcem. Snapdragon 8 Elite Gen 5, akumulator krzemowo-węglowy o pojemności 7060 mAh, ładowanie przewodowe 120 W i bezprzewodowe 50 W oraz 6,31-calowy ekran OLED o rozdzielczości 1216 x 2640 pikseli o dynamicznym odświeżaniu od 1 do 120 Hz sprawiają, że także od strony technicznej prezentuje się doskonale. To bardzo mocny smartfon, do którego HONOR dołożył rozwiązania niespotykane u konkurencji. 200-megapikselowa matryca aparatu umieszczonego na ramieniu wspierana jest przez peryskopowy teleobiektyw 200 Mpix z zoomem optycznym 2,7x oraz aparat ultraszerokokątny 50 Mpix o polu widzenia 122 stopni, które umieszczone są na tradycyjnej wyspie.

    Robot Phone w oficjalnej sprzedaży w Chinach dostępny jest w dwóch wersjach: wariant z 12 GB RAM i 512 GB pamięci kosztuje 9999 juanów (około 5516 zł), a wersja 16 GB + 1 TB wyceniona jest na 12 999 juanów (około 7173 zł). Regularna sprzedaż rozpoczęła się 18 sierpnia i pierwsze egzemplarze z pewnością trafiły do użytkowników. Niestety, oficjalnie potwierdzono, że Robot Phone nie opuści Chin. Przedstawiciele firmy przyznali, że pierwsza generacja jest zarezerwowana wyłącznie na lokalny rynek. Niewykluczone jednak, że z kolejnymi modelami uda się rozszerzyć dostępność na inne kraje, pod warunkiem że będzie odpowiednio duże zainteresowanie.

    Od kilku lat premiery smartfonów przestały elektryzować fanów elektroniki. Szybszy procesor, cieńsza obudowa, nowy kolor obudowy i kolejne zestawy zaawansowanych funkcji AI. Ciekawostkami są składane smartfony, ale i te przestały robić większe wrażenie. HONOR Robot Phone przypomina jednak, że w sprzęcie wciąż jest miejsce na eksperymenty. Być może za kilka lat wbudowane ramiona z wysuwanymi kamerkami staną się standardem. Może konkurencja podchwyci pomysł i zrobi to jeszcze lepiej. Pierwsza generacja ma kilka oczywistych kompromisów, a dopiero dłuższe użytkowanie pozwoliłoby odpowiedzieć na pytania o trwałość całej konstrukcji. Na razie jednak HONOR osiągnął coś ważnego – stworzył telefon, który po wzięciu do ręki budzi zwykłą ciekawość. To sprzęt, którym chce się pobawić, sprawdzić jego możliwości i wymyślić dla niego nowe zastosowania.

    Wyjazd redaktora Antyweb na premierę HONOR Robot Phone w Chinach odbył się na koszt i zaproszenie firmy, która nie miała wpływu na treść ani wcześniejszego wglądu w powyższy artykuł.

  • Na Netflix wraca uwielbiany serial, a Disney+ ma ekstra niespodziankę

    Na Netflix wraca uwielbiany serial, a Disney+ ma ekstra niespodziankę

    Drugi sezon „Dżentelmenów” nareszcie zadebiutuje na Netflix, a ten tydzień przynosi również nowe odcinki mało znanego, ale niezwykle sympatycznego serialu z hollywoodzką gwiazdą Glenem Powellem.


    Tony



    Film „Tony” zabiera nas do połowy lat 70., kiedy młody Anthony „Tony” Bourdain jest jeszcze studentem, a nie słynnym szefem kuchni i podróżnikiem, którego wszyscy dzisiaj znają. Chłopak wybiera się na letnie wakacje do Cape Cod, aby zbliżyć się do dziewczyny, w której się podkochuje, ale szybko odkrywa, że ma już innego partnera. Zamiast wracać z niczym, Tony podejmuje pracę jako zmywacz w małej, nieco zaniedbanej restauracji prowadzonej przez ekscentrycznego szefa kuchni. W rolach głównych występują Dominic Sessa jako Tony, Antonio Banderas jako jego mentor, oraz Emilia Jones, Leo Woodall, Dagmara Domińczyk i Rich Sommer.

    W kinach od 4 września

    Nie patrz w dół 2



    To kontynuacja głośnego hitu o ludziach uwięzionych wysoko nad ziemią, tym razem z zupełnie nowymi bohaterkami. Jax wciąż nie może pogodzić się ze śmiercią swojej siostry Hunter i szuka ukojenia w ekstremalnych sportach. Wraz z Luce, bliską przyjaciółką zmarłej, postanawia wyruszyć w niebezpieczną podróż do Tajlandii, gdzie kobiety chcą pokonać słynną, zawieszoną wysoko trasę na górze Kwan. Jax i Luce zostają uwięzione na wąskiej, niestabilnej platformie setki metrów nad ziemią. Główne role zagrały Harriet Slater jako Jax i Arsema Thomas jako Luce.

    W kinach od 4 września

    Czytaj dalej poniżej


    Yellowstone jakiego jeszcze nie było. Taki projekt to prawdziwa petarda!

    Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma

    Kris, młoda, niebinarna reżyserka uznawana za odważną i intelektualną twórczynię, zostaje zatrudniona do wyreżyserowania kolejnej części słynnej, ale mocno już wyeksploatowanej serii slasherów o obozie Miasma. Nie chce jednak powielać starych schematów, dlatego wyrusza do odizolowanego terenu, gdzie kręcono pierwszy film, licząc na spotkanie z Billy Presley – legendarną „ostatnią dziewczyną” z oryginału, która od lat żyje w odosobnieniu niczym gwiazda z minionej epoki. W międzyczasie wciąż czai się tajemniczy morderca znany z filmowej serii. W obsadzie: Hannah Einbinder jako Kris, Gillian Anderson jako Billy oraz Amanda Fix.

    W kinach od 4 września

    Dżentelmeni 2. sezon

    To kontynuacja serialu Guya Ritchiego. Eddie Horniman i Susie Glass wciąż zarządzają przestępczym imperium należącym do jej ojca, Bobby’ego Glassa, ale tym razem ich działania nabierają międzynarodowego charakteru. Duet opuszcza angielską prowincję i przenosi swoje interesy do słonecznych Włoch, gdzie stara się nawiązać ryzykowne relacje z lokalną mafią. Nowe otoczenie oznacza nowych sojuszników, ale także znacznie bardziej bezwzględnych przeciwników, z którymi negocjacje są znacznie trudniejsze niż z brytyjskimi gangsterami znanymi z pierwszej serii. Główne role ponownie odegrają Theo James jako Eddie Horniman, Kaya Scodelario jako Susie Glass i Ray Winstone jako Bobby Glass.

    Na Netflix od 3 września

    Chad Powers 2. sezon

    Russ Holliday, dawniej obiecujący, ale wykluczony z boiska futbolista, wciąż prowadzi podwójne życie jako Chad Powers, ekscentryczny, utalentowany zawodnik drużyny South Georgia Catfish, ukryty pod charakteryzacją zmieniającą jego wygląd. Choć na boisku odnosi coraz większe sukcesy, poza nim zaczyna zwracać na siebie zbyt dużą uwagę, a jego dziwaczne zachowanie wzbudza rosnące podejrzenia trenera Jake’a Hudsona oraz rywala o miejsce w składzie, Gerry’ego. W rolach głównych występują Glen Powell jako Russ/Chad, Perry Mattfeld jako Ricky oraz Frankie A. Rodriguez jako Danny.

    Na Disney+ od 3 września

    Udręki serca



    Meksykański serial historyczny osadzony na przełomie XIX i XX wieku, w burzliwym okresie poprzedzającym rewolucję meksykańską. Główną bohaterką jest Emilia Sauri, młoda kobieta wychowana w liberalnej rodzinie, która wbrew ograniczeniom narzucanym kobietom marzy o zostaniu lekarką. Emilia musi jednak podjąć jedną z najtrudniejszych decyzji w swoim życiu, ponieważ kocha dwóch bardzo różnych mężczyzn: Daniela Cuencę, awanturniczego rewolucjonistę, który od dziecka rozpalał jej wyobraźnię, oraz Antonia Zavalzę, spokojnego lekarza, szukającego ukojenia mimo wojennego chaosu. W obsadzie znaleźli się Renata Vaca jako Emilia, Juan Pablo Fuentes jako Daniel oraz Iván Amozurrutia jako Antonio.

    Na Netflix od 2 września

     

     

  • Przy 20% czy 1%? Kiedy naprawdę powinieneś ładować telefon

    Przy 20% czy 1%? Kiedy naprawdę powinieneś ładować telefon

    Jak to w końcu jest z tym ładowaniem smartfona? Rozwiewamy wątpliwości.


    Wokół ładowania smartfonów narosło wiele mitów, które utrudniają ustalenie, które zalecenia rzeczywiście są korzystne dla baterii, a które to jedynie przeżyte porady. Jednym z najczęściej zadawanych pytań jest: przy jakim poziomie baterii najlepiej rozpocząć ładowanie telefonu? Czy rzeczywiście trzeba czekać, aż wskaźnik spadnie do 1%, czy może lepiej podłączyć ładowarkę znacznie wcześniej?

    W przypadku nowoczesnych akumulatorów litowo-jonowych odpowiedź jest stosunkowo prosta. Nie ma żadnych korzyści związanych z regularnym rozładowywaniem telefonu niemal do zera. Optymalnym momentem na rozpoczęcie ładowania jest poziom naładowania wynoszący około 20-30%.

    Źródło: Depositphotos

    Czy ładowanie od 20% naprawdę jest lepsze?

    Nowoczesne baterie wymagają innego traktowania niż starsze technologie. Nie ma potrzeby czekać na niemal całkowite rozładowanie, aby następnie naładować urządzenie do pełna. Wręcz przeciwnie, częste doprowadzanie baterii do bardzo niskiego poziomu może powodować jej szybsze zużycie. Dlatego jeśli Twój smartfon pokazuje 20 lub 30%, jest to odpowiedni moment, aby podłączyć ładowarkę. Producenci, tacy jak Sony, również wskazują przedział 20-80% jako korzystny z punktu widzenia trwałości akumulatora.

    Czytaj dalej poniżej


    IKEA ma genialne rozwiązanie problemu, z którym każdy walczy

    Nie oznacza to jednak, że każde zejście poniżej 20% jest szkodliwe. Jeżeli pewnego dnia telefon rozładuje się do 5%, nie oznacza to nagłego uszkodzenia baterii. Problem pojawia się głównie wtedy, gdy regularnie doprowadzamy urządzenie do skrajnie niskiego poziomu naładowania.

    Podobnie wygląda sytuacja z ładowaniem do 100%. Pełne naładowanie samodzielnie nie zniszczy akumulatora. Jeśli potrzebujesz maksymalnego czasu pracy, bez obaw możesz naładować smartfon do pełna. Jeśli jednak zależy Ci przede wszystkim na długiej żywotności baterii, utrzymywanie jej w przedziale 20-80% na co dzień będzie bardziej korzystnym rozwiązaniem.

    Największym wrogiem baterii jest temperatura

    Interesującym faktem jest to, że znacząco większym problemem niż okazjonalne ładowanie przy niskim poziomie baterii może być wysoka temperatura. Pozostawienie telefonu na słońcu, ładowanie go w rozgrzanym samochodzie lub przykrywanie urządzenia podczas ładowania może powodować większe obciążenie ogniwa niż rozpoczęcie ładowania przy niskim poziomie akumulatora.

    Warto też pamiętać, że nowoczesne smartfony dysponują systemami kontroli temperatury oraz mocy ładowania. Urządzenie samodzielnie ogranicza prąd, gdy osiąga określone wartości, dlatego stosowanie odpowiedniej ładowarki jest znacznie ważniejsze niż pilnowanie konkretnej liczby na wyświetlaczu.

    Prosta zasada, która… po prostu działa

    Jeśli chcesz jak najdłużej cieszyć się dobrą kondycją baterii, nie czekaj na 1%. Podłącz telefon, gdy poziom naładowania spadnie do około 20-30%, a jeśli nie potrzebujesz pełnej pojemności, zakończ ładowanie w okolicach 80%.

    Najważniejsze jest jednak zachowanie zdrowego rozsądku. Bateria smartfona jest elementem eksploatacyjnym i z czasu będzie się zużywać, niezależnie od naszych przyzwyczajeń. Nie ma więc potrzeby, aby wartość na poziomie naładowania telefonu stała się codzienną zagadką. Regularne unikanie skrajnych poziomów i przegrzewania urządzenia będzie wystarczające, by stworzyć korzystniejsze warunki dla długotrwałej pracy baterii.

  • Bank Pekao wprowadza nowe opłaty. Wchodzą od września

    Bank Pekao wprowadza nowe opłaty. Wchodzą od września

    Czy posiadasz konto w Banku Pekao? Od września czekają na Ciebie nowe opłaty.

    Już wkrótce Bank Pekao wprowadzi zmiany w zakresie wpłacania gotówki przez swoich klientów za pomocą wpłatomatów sieci Euronet. To oznacza koniec bezpłatnych transakcji, ponieważ nowe opłaty wejdą w życie już od września. Oto szczegóły dotyczące tych zmian.

    Źródło: Depositphotos

    Nowe opłaty w Pekao już od września

    Często znalezienie urządzenia należącego do naszego banku może być uciążliwe. Dlatego klienci doceniali możliwość bezpłatnego korzystania z innych sieci, takich jak wpłatomaty Euronet, które są dostępne w wielu lokalizacjach. Do tej pory klienci Banku Pekao mogli korzystać z nich całkowicie za darmo — nie musieli szukać brandowanych wpłatomatów ani udawać się do placówki banku. Niestety, ta sytuacja niebawem ulegnie zmianie, ponieważ bank ogłosił wprowadzenie nowych opłat za deponowanie gotówki w tych urządzeniach, które wejdą w życie od 1 września 2026 roku.

    Jak informuje strona internetowa banku Pekao, nowe opłaty za wpłatę pieniędzy w wpłatomatach Euronet będą wynosić prowizję w wysokości 0,2% kwoty transakcji (z minimum 1 złotych) przy użyciu standardowej karty debetowej. Natomiast posiadacze złotej karty debetowej będą mogli cieszyć się z bezpłatnych wpłat, ponieważ w ich przypadku prowizja wyniesie 0 złotych. Nowy cennik będzie obowiązywał od 1 września 2026 roku do 31 sierpnia 2027 roku — po upływie tego okresu wpłaty w Euronet będą płatne zgodnie z obowiązującą taryfą banku.

    Dlaczego bank pobiera opłatę za wpłacanie gotówki?

    Kiedy wpłacamy pieniądze przy użyciu własnej karty, de facto deponujemy te środki na swoim koncie bankowym. Dlaczego więc w niektórych przypadkach bank nalicza opłatę za taką operację? Otóż korzystając z urządzenia zewnętrznego operatora (takiego jak Euronet), sytuacja jest jasna. Nasz bank płaci prowizję za każdą tego rodzaju operację, ponieważ operator ten utrzymuje sieć urządzeń, zapewnia ich serwis oraz transport gotówki. To wiąże się z dodatkowymi kosztami, które mogą być przenoszone na klienta. Do tej pory Bank Pekao nie pobierał takiej opłaty, jednak od 1 września nastąpią zmiany.

    Czytaj dalej poniżej


    Pekao gasi światło. Masz czas do 1 lipca albo pożegnaj się z aplikacją

    Dodatkowym powodem wprowadzenia takich opłat jest zachęcanie klientów do korzystania z urządzeń danej instytucji, odwiedzania placówek lub korzystania z odpowiednich wpłatomatów i bankomatów. Dla klientów jest to usługa całkowicie darmowa, a bank nie ponosi wówczas kosztów. Przy okazji klienci są również motywowani do wybierania wyższych pakietów, takich jak karta debetowa. W przypadku Banku Pekao, jak i innych instytucji, posiadacze złotej karty debetowej nie muszą się martwić o opłaty za wypłaty, co jest oczywistą korzyścią i jednym z powodów, dla których wyższy standard może być opłacalny. Dla banku z kolei jest to dodatkowy zysk, ponieważ klienci płacą za dodatkowe pakiety, czy to miesięcznymi kosztami, czy spełniając określone warunki.

    Ostatecznie, czynnikiem wpływającym na koszty transakcji poza bankomatami własnego banku jest również konieczność utrzymania obiegu gotówki. Przemieszczanie pieniędzy wiąże się z koniecznością transportu, co w obliczu rosnących kosztów, na przykład paliwa, staje się coraz droższe. Ostatecznie, najkorzystniejszym rozwiązaniem dla klienta pozostaje skorzystanie z placówki swojego banku, w której transakcje są bezpłatne, a ryzyko poniesienia dodatkowych kosztów przy wpłatach znikome. Choć nie zawsze jest to najwygodniejsze, to przynajmniej pozostaje bezpłatne.