Autor: admin

  • Policzyłem koszt wszystkich VOD w Polsce. Cena zwala z nóg

    Policzyłem koszt wszystkich VOD w Polsce. Cena zwala z nóg

    Ile kosztują wszystkie subskrypcje VOD dostępne w Polsce? Postanowiłem to zbadać, a wyniki mogą być szokujące.


    Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, ile tak naprawdę kosztują wszystkie subskrypcje VOD dostępne w Polsce? Ja to zrobiłem, a wyniki są uderzające! Koszty są ogromne!

    Prime Video

    Polacy uwielbiają VOD

    Większość z nas ma subskrypcję przynajmniej jednej platformy VOD. Niezależnie od tego, czy mówimy o Netflixie, HBO Max, Disney+ czy innych, to fakt, że kochamy oglądać filmy i seriale, staje się coraz bardziej oczywisty. Rynkowe możliwości się powiększają, ale niestety również koszty. Ceny subskrypcji ciągle rosną, a czasy tanich ofert bezpowrotnie minęły. Aby zrealizować subskrypcję wszystkich opcji dostępnych obecnie, warto mieć nie tylko solidne zasoby finansowe, ale również wydolność w racjonalnym zarządzaniu swoimi wydatkami.

    Postanowiłem dokładnie sprawdzić koszty związane z subskrypcjami VOD dostępnymi w Polsce, zarówno na podstawie miesięcznych, jak i rocznych opłat. Analizę podzieliłem na kilka wariantów, co pozwoliło mi uwzględnić opcje dla osób oszczędnych oraz tych, które pragną maksymalnego dostępu do treści. Przygotujcie swoje portfele, bo zbliżamy się do wysokich kwot!

    Wariant 1: ultra-budżetowy – jak płacić najmniej i na rok

    To opcja idealna dla tych, którzy chcą zaoszczędzić. Decydujemy się na opłacanie subskrypcji z góry na rok, ignorując wszelkie ograniczenia, a jakość obrazu w ogóle nie jest dla nas istotna. Udostępniam podsumowanie:

    Czytaj dalej poniżej


    Ten serial wrócił, żeby pozamiatać. Nowy sezon blisko 100% pozytywnych recenzji
    • Amazon Prime Video: 69,00 zł / rok (5,75 zł/mies.)

    • TVP VOD (Pakiet 365 dni): 59,99 zł / rok (około 4,99 zł/mies.)

    • SkyShowtime (Standard z reklamami rocznie): 199,99 zł / rok (około 16,67 zł/mies.)

    • Player (Bez reklam rocznie): 225,00 zł / rok (18,75 zł/mies.)

    • Max (Podstawowy z reklamami rocznie): 299,00 zł / rok (około 24,92 zł/mies.)

    • Disney+ (Standard rocznie): 349,90 zł / rok (około 29,16 zł/mies.)

    • Megogo (Maksymalny rocznie): 467,85 zł / rok (około 38,99 zł/mies.)

    • Crunchyroll (Plan Mega Fan rocznie): 250,00 zł / rok (około 20,83 zł/mies.)

    • WP Pilot (Lajt z reklamami): 9,99 zł / mies. (119,88 zł/rok)

    • FilmBox+: 14,99 zł / mies. (179,88 zł/rok)

    • YouTube Premium Lite: 17,99 zł / mies. (215,88 zł/rok)

    • Canal+ online (Entry+): 19,00 zł / mies. (228,00 zł/rok)

    • Apple TV+: 34,99 zł / mies. (419,88 zł/rok)

    • Netflix (Podstawowy 720p): 37,00 zł / mies. (444,00 zł/rok)

    Najtańsza opcja to koszt 2 801,62 zł na rok, co daje średnio 233,47 zł miesięcznie. Szczerze mówiąc, nie jest to dramatyczna kwota, biorąc pod uwagę, że pakiety telewizji cyfrowej nie odbiegają znacząco od tych cen, oferując jednak znacznie mniej treści.

    Wariant 2: podstawowy i elastyczny

    W tym przypadku mamy do czynienia z bardziej elastycznym pakietem, dzięki rozliczeniu miesięcznemu. Oznacza to, że możemy zrezygnować z usług w razie potrzeby:

    • WP Pilot (Lajt z reklamami): 9,99 zł / mies.

    • TVP VOD (30 dni): 12,99 zł / mies.

    • FilmBox+: 14,99 zł / mies.

    • Megogo (Startowy): 14,99 zł / mies.

    • Amazon Prime Video: 15,50 zł / mies.

    • YouTube Premium Lite: 17,99 zł / mies.

    • Canal+ online (Entry+): 19,00 zł / mies.

    • Polsat Box Go (Lovers): 20,00 zł / mies.

    • Crunchyroll (Plan Fan): 20,00 zł / mies.

    • SkyShowtime (Standard z reklamami): 24,99 zł / mies.

    • Player (Bez reklam): 25,00 zł / mies.

    • Max (Podstawowy z reklamami): 29,99 zł / mies.

    • Disney+ (Standard): 34,99 zł / mies.

    • Apple TV+: 34,99 zł / mies.

    • Netflix (Podstawowy): 37,00 zł / mies.

    Średni miesięczny koszt tego pakietu wynosi 331,40 zł, co w skali roku wyniesie nas 3 976,80 zł. Takie wydatki stają się już bardziej zauważalne.

    Wariant 3: Full HD i bez reklam

    Pakiet przeznaczony dla osób z solidnymi zasobami finansowymi, które preferują roczne płatności tam, gdzie to możliwe. W ten sposób zapewniamy sobie wysoką jakość obrazu, oszczędzając jednocześnie kilka złotych w porównaniu do miesięcznego abonamentu.

    • Amazon Prime Video: 69,00 zł / rok (15,50 zł/mies.)

    • TVP VOD (Pakiet 365 dni): 59,99 zł / rok (12,99 zł/mies.)

    • Player (Bez reklam rocznie): 225,00 zł / rok (25,00 zł/mies.)

    • SkyShowtime (Standard rocznie): 279,99 zł / rok (34,99 zł/mies.)

    • Disney+ (Standard rocznie): 349,90 zł / rok (34,99 zł/mies.)

    • Max (Standardowy rocznie): 399,00 zł / rok (39,99 zł/mies.)

    • Crunchyroll (Mega Fan rocznie): 250,00 zł / rok (25,00 zł/mies.)

    • FilmBox+: 14,99 zł / mies. (179,88 zł/rok)

    • WP Pilot (Startowy bez reklam): 19,99 zł / mies. (239,88 zł/rok)

    • Canal+ online (Seriale i Filmy): 29,00 zł / mies. (348,00 zł/rok)

    • YouTube Premium (Indywidualny): 29,99 zł / mies. (359,88 zł/rok)

    • Apple TV+: 34,99 zł / mies. (419,88 zł/rok)

    • Megogo (Optymalny): 34,99 zł / mies. (419,88 zł/rok)

    • Polsat Box Go (Premium): 35,00 zł / mies. (420,00 zł/rok)

    • Netflix (Standardowy Full HD): 55,00 zł / mies. (660,00 zł/rok)

    Przy płatności rocznej, całkowity koszt wyniesie 4 277,63 zł (średnio 356,47 zł na miesiąc). Gdybyśmy jednak woleli miesięczne rozliczenie, to wydatki wyniosą 426,41 zł.

    Wariant 4: maksimum możliwości bez kompromisów

    W tej opcji nie ma miejsca na kompromisy – wybieramy tylko najwyższej jakości usługi, bez ograniczeń dotyczących jakości obrazu:

    • Amazon Prime Video: 69,00 zł / rok (15,50 zł/mies.)

    • TVP VOD (Pakiet 365 dni): 59,99 zł / rok (12,99 zł/mies.)

    • Player (Bez reklam rocznie): 225,00 zł / rok (25,00 zł/mies.)

    • SkyShowtime (Premium 4K rocznie): 398,99 zł / rok (49,99 zł/mies.)

    • Disney+ (Premium 4K rocznie): 599,90 zł / rok (59,99 zł/mies.)

    • Max (Premium 4K + Pakiet Sport rocznie): 679,00 zł / rok (64,99 zł/mies.)

    • Crunchyroll (Mega Fan rocznie): 250,00 zł / rok (25,00 zł/mies.)

    • FilmBox+: 14,99 zł / mies. (179,88 zł/rok)

    • Apple TV+: 34,99 zł / mies. (419,88 zł/rok)

    • WP Pilot (Maksymalny): 54,99 zł / mies. (659,88 zł/rok)

    • Polsat Box Go (Premium Sport): 55,00 zł / mies. (660,00 zł/rok)

    • YouTube Premium (Rodzinny): 59,99 zł / mies. (719,88 zł/rok)

    • Canal+ online (Super Sport): 69,00 zł / mies. (828,00 zł/rok)

    • Netflix (Premium 4K UHD): 75,00 zł / mies. (900,00 zł/rok)

    • Megogo (Maksymalny): 79,99 zł / mies. (959,88 zł/rok)

    Koszt całkowity w przypadku rocznej płatności wynosi aż 7 717,49 zł (średnio 643,12 zł miesięcznie). Jeśli preferujemy elastyczność płatności miesięcznych, to wydatki wyniosą 761,40 zł miesięcznie.

    Co zatem najlepiej się opłaca? Trudno wskazać jedną konkretną usługę, ponieważ każdy pakiet generuje znaczne koszty, oferując jednocześnie trochę więcej. Czy ktoś jest w stanie wykorzystać wszystkie te subskrypcje? Prawdopodobnie jest to mało realne. Jednak w zakresie kosztów, zdecydowanie wyróżnia się Amazon Prime Video, kosztujące jedynie 69 zł za rok – to doskonała oferta, nawet po niedawnych podwyżkach. Warto również rozważyć pakiet Apple One za 39,99 zł, który nie tylko oferuje Apple TV, ale również Apple Music, Arcade i przestrzeń w iCloud.

  • Idiotyczna decyzja Microsoftu. Wyrzuca do kosza jedno z najlepszych narzędzi, jakie stworzył

    Idiotyczna decyzja Microsoftu. Wyrzuca do kosza jedno z najlepszych narzędzi, jakie stworzył

    Gdy Microsoftowi wszystko idzie zbyt dobrze, zaczyna podejmować dziwne decyzje. W najnowszej wersji Edge (152) zdecydowano się na usunięcie Dropa — prostego, ale zaskakująco skutecznego i przyjemnego modułu do przesyłania plików oraz notatek pomiędzy komputerami a telefonami. Załączniki w formie plików pozostaną dostępne na OneDrive, natomiast niezapisane teksty, które nie zostały wyeksportowane przed usunięciem funkcji, praktycznie nie będą do odzyskania. Tak się dzieje, gdy wszystkie zasoby kieruje się na rozwój mniej popularnych funkcji, takich jak Copilot.

    Jak Microsoft uzasadnia to w changelogu? Chce „uprościć przeglądarkę”, co dotyczy zarówno Androida, Windowsa, Linuksa, macOS, jak i iOS. Jednak nie ma żadnego ograniczonego następcy tej funkcji. Była to bardzo użyteczna opcja, która mogła konkurować z natywnymi rozwiązaniami Apple, głównie z AirDropem. Trudno mi wskazać inne narzędzie, które tak dobrze symulowałoby sposób działania tej funkcji znanej z „sadu”. Microsoft stracił jeden z mocniejszych argumentów na rzecz korzystania z Edge’a. Działał międzyplatformowo, oferując użytkownikom namiastkę ścisłej konwergencji między urządzeniami, bez konieczności płacenia haraczu za dostęp do ekosystemu Apple.

    Edge Drop był znakomity

    Microsoft wpadł na pomysł, który choć nie jest nowy, został skutecznie zaadaptowany: Drop był swoistym „autokomunikatorem” przeznaczonym do przechowywania plików oraz tekstów. Użytkownicy mogli w panelu przeglądarki wklejać długie partie tekstu, przeciągać zrzuty ekranu lub przesyłać różne pliki. Funkcja obsługiwała także duże pliki, w tym obrazy dysków w formacie ISO. Wszystko pojawiało się na ekranie przypominającym czat, a inne urządzenia mogły nawet wyświetlić powiadomienia o nowej zawartości w „schowku”. Wystarczyło, że uruchomiono przeglądarkę Edge i zalogowano się na to samo konto Microsoft, by móc korzystać ze zgromadzonych danych.

    Rozwiązanie działało na wszystkich istotnych platformach desktopowych i mobilnych: było integralną częścią przeglądarki, a także wyjątkowo przydatnym narzędziem. Za przechowywanie zgromadzonych danych odpowiadał OneDrive, a pliki pozostawały w chmurze do momentu ich ręcznego usunięcia. Wykorzystane miejsce wliczało się do limitu konta, a w bezpłatnej wersji, jak wszyscy zapewne wiedzą, użytkownicy mieli do dyspozycji 5 GB. Absolutnie współczułem wszystkim, którzy korzystali z takich „przerzutek” z np. Slacka czy Messengera. Edge Drop był doskonały do szybkiego przenoszenia treści między urządzeniami. Dziś byłby mi mniej potrzebny, ponieważ wszystkie kluczowe urządzenia działają w obrębie ekosystemu Apple: AirDrop jest dla mnie priorytetem.

    Inna sytuacja z tekstami

    Microsoft ostrzegał przed wyłączeniem Dropa, chociaż informacja ta z dziwnych powodów umknęła większości mediów, co mnie szczerze zaskakuje. O ile pliki w formie obrazków, dokumentów i innych typów będą czekały w OneDrive, o tyle sytuacja z tekstami w tym miejscu wygląda zupełnie inaczej. Stąd też, gigant w obliczu wyłączenia Dropa pozwalał na wcześniejsze wyeksportowanie notatek do pliku TXT. Kto nie zdążył wykonać tej eksportacji nie ma już dostępu do historii tekstów przechowywanych w Dropie po aktualizacji.

    Czytaj dalej poniżej


    Microsoft mówi „dość”. Authenticator może nie działać na twoim smartfonie

    Drop dołącza tym samym do listy funkcji, które w ostatnich wydaniach Edge zostały usunięte lub ograniczone. Wcześniej Microsoft wycofał Kolekcje, a w wersji Edge 151 zlikwidował listę aplikacji paska bocznego dla użytkowników firmowych, co nie dotknie przeciętnego konsumenta. Z drugiej strony, wydanie 152 wprowadza nową politykę administracyjną dla Copilot Cowork, co również dla większości użytkowników pozostaje bez zmian.

    Czytaj również: Microsoft płaci użytkownikom za używanie Edge’a. Cóż za desperacja.

    A zatem: użytkownicy tracą funkcję, która była realnie przydatna i lubiana, a w zamian dostają wsparcie dla Copilota, który przypuszczalnie cieszy się głównie zainteresowaniem masochistów, entuzjastów kultury korporacyjnej oraz twórców raportów na temat DNA marki „Polska”. Osoby, którym ta zmiana przeszkadza, zapewne znajdą zamienniki od niezależnych twórców, które umożliwiają łatwe przesyłanie plików i tekstów między urządzeniami, w tym także w różnych systemach operacyjnych. Drop był istotnym elementem: jednym z niewielu argumentów do zamiany, powiedzmy, Chrome’a na Edge’a, ponieważ oba działają na podstawie Chromium i mają do zaoferowania wiele podobnych możliwości.

    Microsoft zepsuł coś, co działało i naprawdę spełniało swoje zadanie, tylko po to, by promować coś nielubianego, niechcianego i mającego wręcz negatywny odbiór w branży. Korporacje rządzą się jednak swoimi prawami, a ich paradygmaty często opierają się na Excelu oraz jego tabelach i wskaźnikach. Użytkownicy często są jedynie jedną ze zmiennych. Cóż.

  • Ferrex – co to za marka? Kto produkuje narzędzia z ALDI?

    Ferrex – co to za marka? Kto produkuje narzędzia z ALDI?

    „Parkside z ALDI” – Przyjrzyjmy się marce Ferrex

    Wiertarki, szlifierki, pilarki, kosiarki czy myjki ciśnieniowe – urządzenia marki Ferrex regularnie teoretyzowane są w sklepach sieci ALDI. Marka ta może budzić skojarzenia z Parkside’em, oferowanym przez Lidla, a nie jest to przypadkowe. W obu przypadkach mamy do czynienia z marką własną dużych sieci handlowych, pod którą dostępne są różnorodne narzędzia. Zbadaliśmy, czym dokładnie jest Ferrex i kto odpowiada za produkcję sprzętu oznaczonego tym logo.

    Ferrex – Kim jest ta firma?

    Zacznijmy od kluczowej informacji: Ferrex to marka własna ALDI, a nie konkretna nazwa jednego producenta elektronarzędzi. Pod tym szyldem sieć oferuje sprzęt do majsterkowania, prac remontowych oraz ogrodowych, jak również różnorodne akcesoria.

    Oznacza to, że logo Ferrex na urządzeniu nie wskazuje na jedną firmę, która fizycznie wyprodukowała dany sprzęt. Za poszczególne modele mogą odpowiadać różni zewnętrzni dostawcy.

    Ferrex zyskuje na popularności w Polsce. W maju 2026 roku ALDI wprowadziło specjalną ofertę elektronarzędzi tej marki we wszystkich swoich placówkach, co ogłoszono w gazetkach promocyjnych. Oferta ta obejmowała m.in. wiertarki, szlifierki, narzędzia wielofunkcyjne oraz sprzęt do prac ogrodowych.

    Czytaj dalej poniżej


    Aldi przecenia elektronarzędzia Ferrex. Parkside ma problem

    Podobna akcja z promocją akcesoriów remontowych i ogrodowych planowana jest na 29 sierpnia.

    Kto produkuje narzędzia Ferrex?

    Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi, ponieważ Ferrex to marka ALDI, a nie konkretna nazwa jednego producenta odpowiedzialnego za wszystkie oferowane urządzenia.

    Jednym z producentów sprzętu Ferrex, do jakiego udało się dotrzeć, jest Walter Werkzeuge. Firma ta prowadzi własny serwis części i akcesoriów do produktów Ferrex, które zostały przez nią wyprodukowane. Można tam znaleźć m.in. akumulatory, ładowarki oraz inne elementy przeznaczone do konkretnych modeli.

    Nie oznacza to jednak, że Walter Werkzeuge jest odpowiedzialna za całą produkcję sprzętu Ferrex; udało mi się zidentyfikować kilka innych firm, które również są powiązane z tą marką. Należą do nich Conmetall Meister, Scheppach, Merotec oraz Batavia.

    Co to za firmy?

    Nazwy tych przedsiębiorstw mogą nie być znane szerokiemu gronu, ale w dobie Internetu łatwo można się z nimi zapoznać.

    Walter Werkzeuge to austriacka firma działająca w branży narzędziowej, oferująca zarówno elektronarzędzia, jak i narzędzia ręczne oraz sprzęt ogrodowy. Oprócz produktów pod własnym logo współpracuje z sieciami handlowymi, dostarczając sprzęt oznaczony markami własnymi detalistów.

    Conmetall Meister to niemiecka firma należąca do grupy Würth, która specjalizuje się w dostarczaniu produktów dla marketów budowlanych i sklepów. Jej oferta obejmuje m.in. narzędzia ręczne, elektronarzędzia oraz artykuły ogrodowe. Co istotne w kontekście Ferrex, Conmetall Meister określa siebie jako specjalista od marek własnych, oferując kompleksową obsługę – od rozwoju produktu po kontrolę jakości.

    Na liście tej najbardziej rozpoznawalną nazwą może być prawdopodobnie Scheppach, którego historia sięga 1927 roku. Firma ta, począwszy od maszyn rolniczych i pilarek do drewna, z biegiem lat wyspecjalizowała się w produkcji maszyn do obróbki drewna. Obecnie ich oferta obejmuje znacznie szerszy asortyment, w tym elektronarzędzia, urządzenia warsztatowe, kompresory oraz maszyny budowlane.

    Merotec to niemiecka firma z siedzibą w Willich, działająca głównie jako dostawca elektronarzędzi i sprzętu ogrodowego. Ich nazwa często pojawia się w dokumentacji urządzeń sprzedawanych pod markami własnymi sieci handlowych, w tym w dokumentacji technicznej sprzedawanych maszyn Ferrex.

    Batavia, z kolei, to holenderska firma specjalizująca się w elektronarzędziach oraz sprzęcie do prac domowych, warsztatowych i ogrodowych. Oprócz własnej marki Batavia, firma współpracuje z sieciami handlowymi przy produktach oferowanych pod różnymi markami, a nazwa Batavia B.V. także znajduje się w dokumentacji niektórych urządzeń Ferrex.

    Wszystko to pokazuje, że w przypadku Ferrex trudno mówić o jednym „rzeczywistym producencie”. ALDI korzysta z usług różnych przedsiębiorstw z branży narzędziowej, co oznacza, że odpowiedzialność za produkcję konkretnego modelu sprzętu Ferrex może się różnić w zależności od modelu, kategorii produktu, a nawet rynku czy okresu jego wprowadzenia do sprzedaży.

    Aby ustalić, która firma odpowiada za konkretny model, warto sprawdzić instrukcję, deklarację zgodności oraz oznaczenie na tabliczce znamionowej urządzenia. Należy pamiętać, że jednostka wskazana w dokumentacji nie musi koniecznie oznaczać fabryki, w której sprzęt został fizycznie wyprodukowany, gdyż znaczna część produkcji odbywa się w Azji.

    Uwaga na polską firmę Ferrex

    Szukając informacji o Ferrex, można natknąć się na polskie przedsiębiorstwo o tej samej nazwie. Nie ma ono jednak związku z elektronarzędziami oferowanymi przez ALDI.

    Ferrex Sp. z o.o. z Poznania to firma działająca w branży odlewniczej, produkująca odlewy z żeliwa szarego i sferoidalnego. Została założona w 1989 roku i nawiązała działalność po Poznańskiej Fabryce Maszyn Żniwnych.

    Zbieżność nazw w żadnym wypadku nie oznacza, że poznańska spółka produkuje wiertarki czy kosiarki Ferrex dla ALDI.

    Jakie urządzenia oferuje Ferrex?

    Oferta Ferrex jest szeroka i obejmuje przede wszystkim elektronarzędzia, sprzęt warsztatowy oraz narzędzia ogrodowe.

    Wśród produktów oferowanych przez ALDI znaleźć można m.in. wiertarko-wkrętarki, wiertarki udarowe, wyrzynarki, pilarki tarczowe oraz szlifierki. Oferta ogrodowa obejmuje m.in. kosiarki, podkaszarki, nożyce do żywopłotu oraz urządzenia do usuwania liści.

    Poszczególne produkty Ferrex są dostępne w czasowych akcjach promocyjnych ALDI, dlatego dostępność konkretnych modeli może się zmieniać.

  • Android Auto przekombinowało. Kierowcy są bezlitośni

    Android Auto przekombinowało. Kierowcy są bezlitośni

    Miało być lepiej, a… nie jest.


    Kilka miesięcy temu Google zastąpiło swojego klasycznego, nieco przestarzałego Asystenta Google nowym rozwiązaniem opartym na sztucznej inteligencji – Gemini. Nowa technologia zaczyna być szeroko dostępna na platformie Android Auto, oferując zaawansowane funkcje internetowego giganta. Pierwotne założenia mówiły o większej intuicyjności, naturalności i wygodzie. Niemniej jednak, coraz więcej kierowców zgłasza, że Gemini w samochodzie jest mniej przewidywalne od swojego poprzednika, co może wpływać na bezpieczeństwo na drodze.

    Gemini – Nowe możliwości, ale nie zawsze satysfakcjonujące działanie

    Google reklamuje Gemini jako znacznie bardziej zaawansowanego asystenta głosowego, zdolnego do prowadzenia bardziej naturalnych rozmów, zadawania złożonych pytań, wysyłania wiadomości, korzystania z Gmaila, a także modyfikowania tras w Mapach Google. Wszystko to jest możliwe za pomocą poleceń głosowych, bez potrzeby sięgania po telefon.



    Jednakże problemy zaczynają się, gdy użytkownik oczekuje od systemu czegoś bardzo prostego. W trakcie jazdy kierowca woli wydać polecenie, na przykład zadzwonić do kogoś lub odtworzyć utwór muzyczny, i otrzymać natychmiastową, przewidywalną reakcję. Z Gemini to jednak nie jest aż tak proste, co dostrzegają liczni użytkownicy. Asystent często nie rozpoznaje polecenia, wykonuje inny czynność lub wymaga dodatkowego doprecyzowania. W samochodzie każda niepotrzebna interakcja może oznaczać utratę cennego czasu, który powinien być poświęcony na skupienie się na drodze.

    Brak przewidywalności – największym zmartwieniem kierowców

    To właśnie brak przewidywalności wydaje się najbardziej irytować kierowców. Asystent używany podczas jazdy powinien być przede wszystkim prosty i niezawodny. Generatywna sztuczna inteligencja, jaką jest Gemini, ma zupełnie inny charakter niż tradycyjne systemy komend głosowych. Pomimo że potrafi rozumieć kontekst i prowadzić swobodne rozmowy, jego odpowiedzi mogą być mniej przewidywalne. W kontekście jazdy samochodem, nie jest to zaleta… i nie tylko w tym przypadku, ponieważ interakcje z Gemini w urządzeniach Smart Home również nie wzbudzają entuzjazmu większości użytkowników.

    Czytaj dalej poniżej


    Właściciele popularnych modeli będą zachwyceni. Aktualizacja do Androida 17 na ich smartfonach zabłyśnie jak nigdy

    Google, wprowadzając Gemini, podkreślało, że nowa usługa w Android Auto ma umożliwiać realizację wielu czynności poprzez naturalne polecenia. System jest zdolny między innymi do dodawania przystanków, podsumowywania wiadomości czy wspomagania w wyszukiwaniu miejsc na trasie.



    Czy Gemini naprawdę zwiększa ryzyko wypadków?

    W tej kwestii należy zachować ostrożność. Obecnie nie ma dowodów na to, że przejście z Asystenta Google na Gemini spowodowało wzrost liczby wypadków. Opinie kierowców są wskazówką dotyczącą ich doświadczeń użytkowników, a nie naukowym dowodem na gorsze bezpieczeństwo. Problem ten jest jednak ciekawy i zdecydowanie wart uwagi. Jeśli asystent samochodowy regularnie wymaga powtarzania poleceń, korekt czy prowadzenia dłuższych dyskusji, może to zwiększać obciążenie kierowcy. Z tego powodu w kontekście systemów używanych podczas jazdy, bardziej zaawansowana sztuczna inteligencja nie zawsze oznacza lepsze rozwiązanie.

    Google musi znaleźć odpowiedni balans. Obecnie sytuacja nie jest dobra

    Gemini ma ogromny potencjał w Android Auto, zwłaszcza jeśli jego zdolność do rozpoznawania poleceń i integracji z aplikacjami będą się systematycznie poprawiać. Niemniej jednak kierowcy oczekują przede wszystkim niezawodności. Sztuczna inteligencja może być doskonałym asystentem podczas podróży, ale za kierownicą powinna działać tak, aby minimalizować potrzebę interakcji, a nie zachęcać do dłuższych rozmów. Jeśli Google skutecznie zoptymalizuje ten aspekt, Gemini może rzeczywiście stać się wartościowym następcą Asystenta Google. Na chwilę obecną jednak wielu użytkowników uważa, że w samochodzie prostota starszego rozwiązania miała swoją ogromną wartość.

  • Wiedźmin 3 wraca, GTA VI zachwyca, a Xbox strzela PlayStation do pustej. Co słychać w branży gier?

    Wiedźmin 3 wraca, GTA VI zachwyca, a Xbox strzela PlayStation do pustej. Co słychać w branży gier?

    Nadchodząca jesień to czas premier technologicznych, oczekiwany przez graczy. W nowym odcinku podcastu Antyweb Po Godzinach przyglądamy się, co dzieje się w branży gier na zakończenie obecnej generacji konsol.

    Gamescom już za nami, a tegoroczna edycja tego święta gier bez wątpienia została zdominowana przez 11-letnią grę z Polski. „Wiedźmin 3: Dziki Gon” wraca na dwóch frontach – w zremasterowanej wersji, dostępnej za darmo dla posiadaczy podstawowej edycji, oraz w płatnym dodatku „Pieśń przyszłości”, który zabierze nas do rodzinnych stron Jaskra. W cieniu zapowiedzi od CD Projektu znajdują się również takie tytuły jak „Metro 2039”, „Exodus” czy „The Blood of Dawnwalker”, jednak wszystkie one bledną w porównaniu do GTA VI, które miało swój oficjalny pokaz na… Netfliksie.

    Rockstar w GTA VI zaleca grać na PlayStation, które aktualnie przechodzi przez wizerunkowy kryzys, sprytnie wykorzystywany przez Xboxa. Obóz zielonych posiada bowiem przemyślany plan, który ma na celu połączenie entuzjastów wydań pudełkowych z cyfrową przyszłością. O tych wszystkich tematach opowiada Patryk Koncewicz.

    https://w.soundcloud.com/player/?url=https%3A//api.soundcloud.com/tracks/soundcloud%253Atracks%253A2390887965&color=%23ff5500&auto_play=false&hide_related=false&show_comments=true&show_user=true&show_reposts=false&show_teaser=true&visual=true" width="100%" height="300" frameborder="no" scrolling="no

    https://open.spotify.com/embed/episode/6aIA1r6TBohtXVyEDJLq9y?utm_source=generator&si=d7b402adefb8461c" width="100%" height="152" frameborder="0" allowfullscreen="allowfullscreen" data-testid="embed-iframe" style="border-radius: 12px;

    Podcast Antyweb Po Godzinach możecie wysłuchać w:

  • Claude usunął mu 700 GB danych. Fatalna pomyłka sztucznej inteligencji

    Claude usunął mu 700 GB danych. Fatalna pomyłka sztucznej inteligencji

    Jak wiele jeszcze razy należy podkreślać, że korzystanie ze sztucznej inteligencji do porządkowania danych na dysku może zakończyć się tragicznie? Test Sébastiena Guillemota w tej kwestii zakończył się usunięciem jego katalogu domowego i dużej części niezapisanej pracy. Claude zawiódł i wykonał tak „gruntowne” sprzątanie, że po prostu opadły mu ręce.

    Sébastien Guillemot, główny bohater tej opowieści oraz deweloper mocno związany z tematyką sztucznej inteligencji, skarżył się na boty, które w sposób masowy pozostawiały pełen folder /tmp, mimo że zlecał im pełne sprzątanie. Wobec powyższego, poprosił Claude’a Fable 5 o napisanie skryptu, który przydzielałby każdemu agentowi osobny obszar roboczy, a następnie usuwałby go po zakończeniu pracy. Kluczowym wymogiem było identyfikowanie aktywnych procesów, by nie ingerować w efekty ich pracy. Jednakże, skrypt, zamiast usunąć pliki z katalogu /tmp, skasował około 700 GB z jego katalogu domowego.

    „Miałeś tylko jedno zadanie!”

    Uwielbiam ten mem, który można przetłumaczyć na polski jako: „Miałeś tylko jedno zadanie…!”. I rzeczywiście, sytuacja potoczyła się w tym kierunku. Pierwsza propozycja Fable 5 zawierała mechanizm identyfikacji aktywnych agentów oraz odroczenie porządków do momentu zakończenia ich działań. Deweloper uznał jednak powstały kod za zbyt skomplikowany i poprosił o coś prostszego. Skrypt miał trwale usuwać pliki, więc model zainicjował analizę kontradyktoryjną: zwyczajnie poszukiwał niebezpiecznych elementów w tym, co wygenerował samodzielnie. W trakcie tej analizy uruchomiona została kolejna instancja agenta. System bezpieczeństwa zakwalifikował operację jako ryzykowną i przekazał zadanie dalszym agentom.

    Sesja przeszła najpierw na Opusa 5, a następnie na 4.8. Ten ostatni model sprawdzał, czy cel polecenia usuwającego nie pokrywa się z katalogiem /tmp ani z katalogiem domowym użytkownika. Oba te miejsca zostały poprawnie zidentyfikowane jako cele, których skrypt nie powinien kasować. Błąd ujawnił się dopiero w odpowiednim teście, podczas sprzątania danych utworzonych na potrzeby tego procesu. Kod ponownie wykorzystał tę samą nazwę zmiennej, przez co polecenie czyszczące skierowało się do… prawdziwego katalogu domowego.

    Bezpiecznik zadziałał, ale pacjent i tak zmarł

    Następnie miała miejsce sytuacja kuriozalna, ale… całkiem powszechna. Agent (w tym przypadku jako mechanizm weryfikacji) zauważył ryzyko związane z kodem, przeprowadził kontrolę procesu i poprawnie zidentyfikował chronione ścieżki, po czym zignorował swoje własne ustalenia z powodu… kolizji zmiennych. Kod przekroczył swoje zadanie jako element do przeglądania i sam uruchomił się w środowisku z prawdziwymi danymi użytkownika.

    Czytaj dalej poniżej


    ChatGPT zapowiada nową erę w sztucznej inteligencji. Przełom jeszcze w tym roku

    Znaczną winę ponosi przełączanie się między modelami podczas realizacji zadania. Zabezpieczenia Fable 5 mogą blokować część nieszkodliwych zadań programistycznych i kierować je do Opusa 4.8. Wiadomo jednak, że krytyczny fragment zadania wykonał inny model, potencjalnie bardziej ograniczony (również w zakresie tzw. guardrails) niż ten, z którym Guillemot rozpoczął pracę.

    Dane udało się częściowo odzyskać, a folder tymczasowy… pozostał na swoim miejscu

    Polecenie zdążyło usunąć jego katalog domowy, ale gdy tylko zauważył, w którą stronę to zmierza, zakończył jego pracę. Z komputera zniknęły dane o łącznej objętości około 700 GB, w tym rezultaty mniej więcej tygodnia pracy. Większość tej zawartości udało się później odzyskać z repozytoriów Git, deklaratywnych konfiguracji Nix, zapisów sesji i innych źródeł. A co najciekawsze, katalog /tmp, od którego zaczęły się całe problemy, ostatecznie nie został sprzątnięty. To naprawdę kuriozalna sytuacja.

    Czytaj również: Dlatego nie można ufać AI. Absurdalna pomyłka policji mogła doprowadzić do tragedii.

    Wprawdzie istnieją pewne problemy związane z vibecode’owaniem, z których wielu z pewnością nie zdaje sobie sprawy. Wszystko może wyglądać dobrze, ale wystarczy, że wydarzy się coś nieoczekiwanego, a będziecie tego żałować przez długi czas. Rutynowe uruchamianie sprzątania przez agenta programistycznego to operacja tak ryzykowna, że nie warto jej przeprowadzać codziennie i w pełnej krasie. Niezwykle ważne są także backupy, które należy robić wręcz w sposób paranoiczny, uwzględniając nawet najmniej prawdopodobne scenariusze. Wraz z rosnącą rolą AI w korzystaniu z naszych domowych urządzeń, ta kwestia stanie się jeszcze bardziej istotna, mimo że możliwości sztucznej inteligencji się zwiększają. Wręcz przeciwnie, z powodu tego rozwoju warto głęboko przemyśleć, czy jesteśmy bezpieczni „w razie wu”.

  • Dziś określono dalsze losy części świata Linuksa. Oto rezultat głosowania

    Dziś określono dalsze losy części świata Linuksa. Oto rezultat głosowania

    Temat generatywnej sztucznej inteligencji (AI) był ostatnio dyskutowany na Antywebie, więc warto omówić, jak przebiegło głosowanie dotyczące przyszłości AI w legendarnej dystrybucji Linuxa – Debianie. Znamy już wyniki: Debian nie zakazuje korzystania z generatywnej sztucznej inteligencji przy tworzeniu kodu, pakietów i dokumentacji. Wybór opcji, która zdobyła największe poparcie, wskazuje jednak, że pełna odpowiedzialność za wyniki pracy narzędzi spoczywa na człowieku.

    Głosowanie nad zmianą w General Resolution miało miejsce w dniach od 15 do 28 sierpnia 2026 roku i obejmowało osiem propozycji polityki dotyczącej modeli językowych, w tym możliwość całkowitego odrzucenia ich użycia. Propozycje były skrajnie różne, od całkowitego zakazu wkładów tworzonych przy pomocy LLM-ów po warianty dopuszczające AI w określonych warunkach. Ostatecznie opublikowane wyniki wykazały zwycięstwo opcji nr 5, nazwanej Odpowiedzialne Wykorzystanie Generatywnej AI. Debian postanowił w ten sposób przyjąć neutralną postawę wobec narzędzi AI i zachować pełną odpowiedzialność za wkłady prezentowane w projekcie.

    Dowiedz się więcej z naszego poprzedniego tekstu na ten temat: Ważą się losy AI w Linuksie. Na stole jest osiem propozycji.

    Debian stanął okrakiem i… to chyba najmądrzejsza decyzja

    W opublikowanej uchwale zwyciężyli „centryści” w kwestii AI. Debian nie promuje generatywnej sztucznej inteligencji, ale także jej nie zakazuje w kontekście rozwijania i utrzymywania oprogramowania, przygotowywania pakietów, dokumentacji ani innych materiałów publikowanych w ramach projektu. Autorzy uchwały podkreślają, że odpowiedzialnie wykorzystywane narzędzia mogą zwiększyć produktywność wolontariuszy, a zaoszczędzony czas można przeznaczyć na zadania wymagające typowo ludzkich umiejętności. Samo używanie modelu nie zwalnia jednak z konieczności przestrzegania obowiązujących reguł.

    Kod lub dokumentacja stworzone przy wsparciu AI muszą spełniać te same standardy jakości, poprawności i zgodności z prawem, co każdy inny wkład. Debian nie wprowadza zatem modelu hybrydowego dla oceny takich wkładów, a także nie nakłada dodatkowych restrykcji na materiały tylko ze względu na wykorzystane narzędzie. Ostateczny rezultat pracy, niezależnie od wykorzystania sztucznej inteligencji, pozostaje w zgodzie z rozsądkiem w Debianie.

    Czytaj dalej poniżej


    Niespodzianka od ChatGPT dla fanów Linuksa. Będziecie zachwyceni!

    Autor ponosi odpowiedzialność

    Uchwała wymaga, aby osoba wprowadzająca wkład z AI do Debiana posiadała odpowiednią wiedzę, przejrzała, przetestowała i, w razie potrzeby, poprawiła go. Ślepe stosowanie odpowiedzi z LLM-u lub przesyłanie wygenerowanych materiałów bez namysłu zostało uznane za sprzeczne z ustalonymi zasadami pracy projektu. AI ma być pomocnikiem, nie automatycznym dostawcą treści.

    Debian świadomie nie podejmuje się rozwiązywania sporów dotyczących praw autorskich, zasadniczego autorstwa, licencjonowania ani możliwości reprodukcji fragmentów danych treningowych. Status prawny treści generowanych przez AI pozostaje niejasny, a Debian odsuwa się od tego „taktycznie”: jasne jest jednak, że w przyszłości będzie konieczne odnalezienie odpowiedzi na te kwestie. Co więcej, uchwała nie nakłada obowiązku ujawniania pracy ze sztuczną inteligencją, jednak zaleca to z dużą determinacją.

    A co z „sekretami Debiana”?

    Uchwała precyzuje również, czego nie wolno robić, zwłaszcza w kontekście chmurowych rozwiązań opartych na AI. Informacji poufnych, prywatnej korespondencji, danych związanych z infrastrukturą, kluczy kryptograficznych oraz danych logowania nie powinno się przesyłać do zewnętrznych usług: jest to oczywiste. Należy zachować szczególną ostrożność wobec niepublicznych informacji dotyczących luk bezpieczeństwa, które są objęte embargiem. Wyjątek wymaga uzyskania odpowiednich upoważnień oraz zgodności z zasadami bezpieczeństwa i prywatności Debiana.

    Czytaj również: To może być oficjalnie „rok Linuxa”. Wcale mnie to nie dziwi.

    Debian przewidział również zabezpieczenia dla działań na dużą skalę: chodzi tutaj na przykład o masowe zgłaszanie błędów i łatek oraz automatyczne zmiany dotyczące wielu pakietów. Ich autorzy powinni najpierw omówić swoje zamiary na odpowiednich kanałach projektu i uzyskać zgodę, niezależnie od tego, czy operacja jest zautomatyzowana przez sztuczną inteligencję, czy jedynie „prostą” automatyzację. Odpowiedzialność w tym zakresie spoczywa wyłącznie na człowieku.

    Debian nie będzie regulował tego, co jest dozwolone, a co nie. Przypomina jedynie o zasadach, które powinny obowiązywać w tej kwestii, ustanawiając oczekiwane zachowania wszystkich wolontariuszy. Jak będzie realizowane przestrzeganie tych zasad oraz jak Debian planuje je egzekwować… to już sprawy, na które musimy jedynie poczekać.

  • ChatGPT odpala petardę. Na to czekaliśmy!

    ChatGPT odpala petardę. Na to czekaliśmy!

    ChatGPT nareszcie wysłuchał użytkowników. O taką zmianę prosili od dawna.

    ChatGPT dąży do tego, by stać się coraz bardziej przydatnym asystentem w codziennej pracy. Najnowsza aktualizacja eliminuje jedno z ograniczeń, które mogło być szczególnie uciążliwe dla wielu użytkowników, zwłaszcza tych korzystających z kilku kont Google. ChatGPT i Codex umożliwiają teraz podłączenie wielu kont Gmail oraz Kalendarza Google, a obsługa obejmuje także Kontakty.

    Koniec z wybieraniem jednego konta Google dla ChatGPT

    Do tej pory użytkownicy mogli integrować z danym rozwiązaniem jedynie jedno konto Google. W praktyce sprawiało to wiele trudności zwłaszcza osobom, które oddzielają życie prywatne od zawodowego, korzystając z oddzielnego Gmaila do pracy i prywatnej korespondencji. Dzięki najnowszej aktualizacji, możliwe jest dodanie więcej kont. OpenAI potwierdziło wprowadzenie obsługi wielu kont dla Gmaila, Kalendarza Google oraz Kontaktów Google.

    Ta z pozoru drobna zmiana może znacząco zwiększyć możliwości ChatGPT. Sztuczna inteligencja może teraz korzystać z informacji znajdujących się na różnych kontach, co ułatwia analizowanie wiadomości, wydarzeń i kontaktów bez konieczności ciągłego przełączania profili.

    Jak dodać kolejne konto?

    Proces dodawania nowych kont został zaprojektowany w sposób prosty i intuicyjny. W ChatGPT należy przejść do sekcji Pluginy, wyszukać Gmail, Kalendarz Google lub Kontakty Google, a następnie otworzyć ustawienia już podłączonej usługi za pomocą ikony koła zębatego. W tym miejscu pojawia się możliwość dodania kolejnego konta i przeprowadzenia standardowej autoryzacji Google. Dzięki temu można mieć osobne konta do różnych zastosowań, zachowując dostęp do nich z poziomu jednego asystenta.

    Czytaj dalej poniżej

    ChatGPT odpala petardę. Tę rzecz wreszcie zrobi za Ciebie

    Dlaczego to przydatne? Dzięki tym integracjom ChatGPT może lepiej rozumieć kontekst

    Główna zaleta nowej funkcji nie polega jedynie na przechowywaniu kilku połączeń, lecz na możliwości łączenia informacji z różnych źródeł. Na przykład użytkownik może poprosić ChatGPT o przygotowanie podsumowania dnia, które uwzględnia zarówno prywatne wydarzenia w Kalendarzu, jak i służbowe spotkania oraz wiadomości otrzymane na różnych kontach Gmail. To zresztą kierunek, w którym rozwijają się współczesne narzędzia AI: zamiast odpowiadać wyłącznie na pojedyncze pytania, mają coraz lepiej rozumieć kontekst pracy użytkownika i wykonywać zadania wymagające dostępu do wielu usług.

    Warto jednak pamiętać o pewnych ograniczeniach. Nie wszyscy użytkownicy będą mieli identyczny dostęp do nowych opcji. Dostępność połączonych kont zależy między innymi od planu subskrypcyjnego, uprawnień aplikacji oraz ustawień organizacyjnych. W środowisku firmowym administrator może dodatkowo ograniczyć możliwość korzystania z określonych integracji. Przed podjęciem decyzji o takich integracjach, warto mieć na uwadze, że podłączenie konta Gmail czy Kalendarza oznacza przyznanie ChatGPT odpowiednich uprawnień do danych znajdujących się w tych usługach. Dlatego przed zaakceptowaniem dostępu dobrze jest dokładnie sprawdzić, jakie uprawnienia są wymagane.

    Nie zmienia to jednak faktu, że nowa funkcja jest istotnym krokiem w rozwoju ChatGPT. Dla osób posiadających oddzielne konta prywatne i służbowe zniknęła jedna z najbardziej zauważalnych barier w korzystaniu z integracji Google, a sam asystent może stać się znacznie bardziej praktycznym narzędziem do organizowania codziennych obowiązków.

  • Nowy komputer ze starym procesorem. Na to musisz uważać przy zakupie

    Nowy komputer ze starym procesorem. Na to musisz uważać przy zakupie

    Pamiętacie czasy, gdy oznaczenia procesorów były jasne i zrozumiałe? Przez wiele lat sytuacja na rynku była czytelna, ale niestety, to już przeszłość.

    Na przykład, linia procesorów Intel Core dzieliła jednostki na powszechnie znane kategorie wydajności: Core i3 dla podstawowych zadań, Core i5 dla średniego segmentu, a Core i7 oraz i9 dla najbardziej wymagających użytkowników. Dodatkowo, cztery cyfry, z których pierwsza lub pierwsze dwie jednoznacznie wskazywały generację procesora, pozwalały na szybki i prosty wybór sprzętu. Nawet osoba niezaznajomiona z branżą technologiczną mogła w kilka sekund ocenić, czy dany laptop korzysta z nowoczesnego układu, czy z jednostki sprzed kilku lat. Obecnie ta intuicyjność stała się jedynie wspomnieniem, a marketingowe manewry producentów sprawiły, że zakup nowego komputera przypomina poruszanie się po polu minowym.

    Od pewnego czasu Intel oraz AMD preferują nazewnictwo, które potrafi zmylić nawet najbardziej doświadczonych entuzjastów. Największym problemem jest zjawisko „rebrandingu”, w ramach którego starsza architektonicznie technologia jest pakowana w nowe opakowania i otrzymuje nowoczesne oznaczenia numeryczne. Dla nieświadomego konsumenta oznacza to, że wydając od kilku do kilkunastu tysięcy złotych na nowego laptopa, może tak naprawdę zakupić procesor, którego premiera miała miejsce 3 lub 4 lata temu. Na przykład w najnowszych serii układów mobilnych AMD Ryzen 200 czy 8000 można znaleźć architekturę Zen 4 z początku 2023 roku, podczas gdy w najnowszych premierach z serii Ryzen 100 stosowana jest architektura Rembrandt (Zen 3 Plus), której korzenie sięgają 2022 roku. Choć wykorzystanie sprawdzonej i wydajnej technologii nie jest problemem, kłopot pojawia się, gdy taki sprzęt jest wyceniony jak nowość rynkowa.

    Niegdyś AMD publikowało specjalne grafiki „dekodujące”…

    Skomplikowane oznaczenia i rzeczywiste konsekwencje

    Nazewnictwo procesorów AMD stało się mało zrozumiałe nawet dla specjalistów. Zamiast ułatwiać wybór, nazwa procesora często maskuje to, co naprawdę znajduje się pod maską komputera. Konsument, widząc w sklepie układ oznaczony jako „Ryzen 200”, może przypuszczać, że otrzyma najnowsze rozwiązanie. Tymczasem często kryją się pod nim te same rdzenie, które napędzały laptopy w poprzednich generacjach. Taka sytuacja prowadzi do absurdalnych różnic cenowych. W sprzedaży bez problemu można znaleźć laptopy wyceniane na kwoty powyżej 3000 zł, które posiadają kilkukrotnie odświeżany układ, podczas gdy nowocześniejsze konstrukcje z aktualną architekturą mogą być dostępne za znacznie niższą cenę.

    Konsekwencje takiego zakupu sięgają znacznie dalej niż tylko poczucie przepłacenia za stare komponenty. Starzejąca się architektura procesora oznacza gorszą efektywność energetyczną, krótszy czas pracy na baterii oraz słabsze wsparcie dla nowoczesnych instrukcji i algorytmów sztucznej inteligencji. Choć producenci chętnie chwalą się obsługą funkcji AI w odświeżonych modelach, ich rzeczywista wydajność często nie spełnia współczesnych standardów. Co więcej, nabywając starszą technologię ukrytą pod nową nazwą, skracamy żywotność naszego komputera. Przykładem z przeszłości jest historia wprowadzenia systemu Windows 11, w której komputery wyposażone w starsze, aczkolwiek sprawne procesory, zostały pozbawione możliwości instalacji nowej wersji systemu z powodu braku wsparcia dla pewnych funkcji bezpieczeństwa. Decydując się dziś na jednostkę opartą na technologii sprzed czterech lat, narażamy się na szybkie zaprzestanie otrzymywania aktualizacji oraz na technologiczne przestarzałość sprzętu.

    Czytaj dalej poniżej

    Apple szykuje najmniejszy komputer od lat

    Współczesne laptopy zachwycają nowoczesnym wzornictwem, doskonałymi ekranami oraz wysoką jakością wykonania. Łatwo ulec urokowi estetyki i jasnego wyświetlacza o wysokim odświeżaniu, zapominając o dokładnej weryfikacji specyfikacji. Dlatego warto, kupując nowy komputer, nie ograniczać się tylko do cyfrowych oznaczeń w nazwie procesora. Zawsze przed podjęciem decyzji zakupowej warto sprawdzić, na jakiej mikroarchitekturze (np. Zen 3, Zen 4, Zen 5 w przypadku AMD czy Raptor Lake, Meteor Lake, Lunar Lake w przypadku Intela) zbudowany jest dany układ. Tylko w ten sposób możemy uniknąć rozczarowania i upewnić się, że nasze pieniądze zostały zainwestowane w nowoczesną technologię, a nie w dobrze zamaskowany produkt z przestarzałym wyposażeniem.

  • Najlepszy abonament na rynku? Zwycięzca was zaskoczy

    Najlepszy abonament na rynku? Zwycięzca was zaskoczy

    W gąszczu ofert od operatorów komórkowych łatwo się pogubić. Dlatego sprawdziłem wszystkie największe sieci w poszukiwaniu najlepszego, najbardziej opłacalnego abonamentu na telefon. Ma być z dużym zapasem internetu, możliwie bez limitów, a także w atrakcyjnej cenie.

    Jaki jest najlepszy abonament na telefon?

    Operatorzy komórkowi prześcigają się w dostarczaniu klientom nowych opcji – na kartę, MIX, eSIM, umowy z telewizją, a możliwości jest naprawdę sporo. Dziś nikogo już nie dziwi pakiet VOD w Plusie czy darmowe gigabajty rozdawane w ramach programów lojalnościowych. Ale co, jeżeli interesuje nas po prostu klasyczny abonament? Chcemy mieć dostęp do wszystkiego bez limitów, a z uwagi na dużą liczbę ofert, proces wyboru może być skomplikowany.

    Postanowiłem więc zweryfikować oferty czterech największych operatorów w Polsce: Plus, Orange, T-Mobile oraz Play. Scenariusz jest prosty – szukam abonamentu miesięcznego (jako nowy klient) bez dodatkowych urządzeń ani płatnych pakietów. Zobaczmy, co dla nas przygotowali.

    Plus – jaki abonament się opłaca?

    W ofercie Plusa znajdziemy aktualnie trzy pakiety abonamentowe oznaczone literami S, M oraz L, co odpowiada zarówno cenie, jak i zawartości. Najmniejszy pakiet S kosztuje 40 zł miesięcznie (50 zł bez zniżek) i oferuje jedynie 6 GB internetu – to zdecydowanie zbyt mało na współczesne standardy i wydaje się, że już na starcie jest do odrzucenia.

    Nieco lepiej przedstawia się oferta M, która w cenie 60 zł (70 zł bez rabatów) zwiększa limit internetu do 60 GB, z dodatkowym pakietem w roamingu UE wynoszącym 20,61 GB. Oczywiście, w każdy z pakietów są nielimitowane SMS-y i MMS-y, ale to już żadna nowość. Czy ten pakiet jest opłacalny? Z uwagi na obowiązującą promocję, zdecydowanie nie.

    Okazuje się, że Plus ma specjalną ofertę, w ramach której abonament L przez 24 miesiące jest dostępny w cenie M. To oznacza, że po rabatach płacimy 60 zł za pakiet bez limitu gigabajtów. Dopóki ta opcja jest dostępna, oferty M i S są praktycznie niewybieralne, bo L jest zdecydowanie bardziej korzystny. Warto jednak pamiętać o końcu umowy, ponieważ od 25. miesiąca abonament kosztować będzie już 95 zł z rabatami.

    Orange – nie tylko abonament

    W przypadku Orange ofert jest znacznie więcej, bo całkowicie mamy do wyboru pięć różnych opcji. Na pierwszy rzut oka wyróżnia się plan XS za 45 zł miesięcznie (z dodatkową opłatą aktywacyjną w wysokości 60 zł). Efektywny średni koszt miesięczny to 47,50 zł, a w ramach pakietu otrzymujemy 20 GB internetu miesięcznie. To dość mało, więc przechodzimy do kolejnych planów.

    Plan S oferuje 150 GB za 70 zł (pierwsze dwa miesiące są aktualnie za darmo). Łączny koszt średni wyniesie 66,67 zł miesięcznie. Z kolei w planie M, przy niewielkim wzroście ceny, uzyskujemy 500 (!) gigabajtów internetu. Pierwsze cztery miesiące również są darmowe, a po tym okresie za packę płacimy 80 zł. Średni miesięczny koszt to 69,17 zł – to znacząca różnica, zwłaszcza że M może z powodzeniem służyć jako dodatkowy internet do domu.

    Najwięcej darmowego abonamentu – aż 7 miesięcy – dostępne jest w pakiecie L. Średni koszt miesięczny wynosi 73,33 zł, a po darmowym okresie miesięcznie płacimy 100 zł. Oczywiście, w tym najdroższym pakiecie nie trzeba martwić się ograniczeniami, co oznacza, że internet jest bez limitu.

    Pozostaje również subskrypcja (nie abonament), czyli Orange Flex. To jednak zupełnie coś innego, niż abonament, dlatego subskrypcjami zajmiemy się innym razem.

    T-Mobile i przegląd skromnej oferty

    W przypadku T-Mobile oferta abonamentowa nie jest zbyt różnorodna. Aktualnie na stronie sieci znajduje się jedynie jeden pakiet, którego opłacalność wzrasta przy dokupieniu drugiego numeru. To dobra opcja, gdy poszukujemy abonamentu dla siebie oraz dla członka rodziny. Jeden numer kosztuje 75 zł miesięcznie z rabatami, co gwarantuje nielimitowany internet, jednak z ograniczeniem prędkości do 150 Mb/s.

    Ponadto drugi numer to już koszt tylko 45 zł na tych samych warunkach. Zakup jedynie jednego abonamentu wydaje się mało opłacalny, zwłaszcza biorąc pod uwagę oferty konkurencji.

    Play i 4 abonamenty

    Na koniec przedstawiamy sieć Play, która oferuje cztery różne abonamenty: S, S+, M oraz L. W przypadku abonamentu S otrzymujemy 20 GB internetu za 45 zł miesięcznie, co daje średni koszt 47,08 zł. Podobnie prezentuje się pakiet S+, w którym za średnio 63,33 zł uzyskujemy 140 GB. Co z pakietem M? Średni koszt wynosi 62,08 zł, a oferowane 500 GB sprawia, że cena jest korzystniejsza niż w S+, co wynika z trzech darmowych miesięcy w pakiecie.

    Abonament L zapewnia internet bez limitu i ograniczeń prędkości, ale kosztuje średnio 100,41 zł. Dodatkowo mamy dostęp do telewizji Play NOW. Na koniec zostawiliśmy ofertę HOMEBOX, która jest specyficzna. W tym przypadku, za średnio 130,41 zł miesięcznie otrzymujemy jedną kartę z nieograniczonym dostępem do internetu oraz drugą z internetem bezprzewodowym (SIM), przeznaczoną do domowego routera. To zatem nie jest typowy abonament na jeden numer telefonu.

    Wybór pakietu M z Play wydaje się być najbardziej korzystny – aktualna promocja z 3 miesiącami gratis zaniża średni koszt do 62,08 zł. Oferując setki gigabajtów internetu, pakiety poniżej M nie są już opłacalne.

    Kto wygrywa? Oto najlepszy abonament na telefon z internetem

    Wniosek z naszego 'śledztwa’ jest dosyć oczywisty – promocje typu „kilka miesięcy abonamentu gratis” są skutecznym sposobem na niższą średnią miesięczną cenę. Jeżeli jesteśmy w stanie zaakceptować nieco wyższy koszt po kilku miesiącach, warto skorzystać z darmowego okresu. Finalnie, zyskujemy, a w wielu przypadkach wyższy i lepszy pakiet staje się tańszy niż teoretycznie najtańsze opcje.

    Podsumowując, które abonamenty są najbardziej opłacalne? Oto mój ranking:

    1. Play M – 500 GB za 62,08 zł oraz Plus L (nielimitowany internet) za 60 zł + 30 zł opłaty aktywacyjnej.
    2. Orange M – 500 GB za 69,17 zł.

    Dlaczego dwie oferty znalazły się na tym samym, pierwszym miejscu? Uznałem je za równorzędne – różnica wynosi jedynie 2 zł, a w Play limit internetu wynosi aż 500 GB, co w większości przypadków nie różni się niczym od prawdziwego braku limitu w Plusie. Dodatkowo Play ma 6 miesięcy gratis! Trzecie miejsce zajmuje oferta Orange, gdzie za mniej niż 70 zł mamy również 500 GB internetu.