Autor: admin

  • YouTube to ściek. Nie próbuj oglądać shortsów bez zalogowania

    YouTube to ściek. Nie próbuj oglądać shortsów bez zalogowania

    YouTube od dłuższego czasu zapowiada walkę z niskiej jakości treściami, szczególnie tymi wygenerowanymi przez sztuczną inteligencję. Do tej pory jednak nie zauważono żadnych znaczących efektów.


    Problem z treściami generowanymi przez AI narasta. Niestety, nawet najbardziej wytrawne oko nie jest w stanie wychwycić wszystkich produktów sztucznej inteligencji, a realia wskazują na to, że ta trudna sytuacja staje się naszą codziennością. Z każdym dniem przybywa algorytmów AI, a możliwość rozpoznawania ich tworów maleje.

    YouTube już od kilku miesięcy zapowiada kroki w celu uporządkowania zalewu treści generowanych przez sztuczną inteligencję, jednak dotąd nie zaobserwowano żadnych zmian, które dostrzegłby przeciętny użytkownik. Platforma może prowadzi testy albo wprowadza oznaczenia, ale w praktyce Shorts bez konta przypomina cyfrowe wysypisko, na które ktoś wylewa całe pokłady niskiej jakości treści. To, co zobaczyłem kilka tygodni temu, przekroczyło jednak moje najśmielsze oczekiwania.

    YouTube zalany treściami AI, jeśli nie masz konta

    Podczas wakacyjnej podróży z rodziną, gdzie w busie znajdowało się 9 osób, a jazda trwała ponad 10 godzin, nic dziwnego, że młodsi pasażerowie zaczęli się nudzić i przeglądać YouTube na swoich telefonach. Jednak to, co mnie zaskoczyło, to treści, które się pojawiały w YouTube Shorts. Kiedy sam przeglądam Shorts, najczęściej widzę aktualności i ciekawostki z świata technologii, czasem rankingi anime, czy dziwne sytuacje z gier wideo. Mój algorytm zdaje się być dobrze wytrenowany i wie, co mogłoby mnie zainteresować.



    Źródło: Depositphotos

    Jednak w przypadku użytkowników bez konta, filmy AI najniższej jakości dominowały. Mamy na myśli produkcje, w których autorzy nawet nie starają się ukryć sztuczności tych wideo. Mowa o filmach, w których gadająca marchewka w niskiej rozdzielczości przygotowuje obiad i opiekuje się chorym chlebem. Nie żartuję. To nie były pojedyncze, dziwne klipy, ale cała seria, która ukazywała się jeden po drugim, jakby ktoś uruchomił generator bezsensu i zapomniał go wyłączyć.

    Czytaj dalej poniżej


    Sprawdź, zanim kupisz iPhone'a Duo. Oto, dlaczego powinieneś się zastanowić

    Trudno mi było w to uwierzyć. Pomyslałem, że trzeba mieć naprawdę specyficzne zainteresowania, by tak wyglądał Twój feed. Szczególnie, że to nie był jeden short, ale całe serie. Postanowiłem samodzielnie wejść na YouTube w trybie incognito, aby zobaczyć, czy również zostanę zalany przez niskiej jakości treści AI. Okazało się, że tak. Nie pojawiła się od razu masa filmów o śpiewających psach czy kotach jeżdżących na motocyklach, ale wszystko zaczęło się niewinnie: najpierw pojawił się jakiś głos AI, następnie animacja, aż w końcu każdy kolejny filmik przesuwał granicę na coraz to niższy poziom. Nie musiałem nic klikać ani lajkować. Wystarczyło, że otworzyłem stronę. Algorytm nie miał żadnych danych o mnie, więc serwował treści, które uznaje za uniwersalnie angażujące. YouTube bez konta nie wie, kim jesteś. Nie ma żadnego sygnału, żadnej historii ani preferencji. Zamiast więc personalizować doświadczenie, prezentuje to, co globalnie przyciąga kliknięcia. A co najczęściej generuje kliknięcia? Treści dziwne, szybkie, tanie i często całkowicie pozbawione sensu.

    YouTube od miesięcy zapowiada, że podejmie działania przeciwko niskiej jakości treściom generowanym przez AI. Mówi się o etykietowaniu takich materiałów, większej przejrzystości oraz narzędziach dla twórców. Problem polega jednak na tym, że jak dotąd zapowiedzi te pozostają jedynie obietnicami, szczególnie na poziomie Shorts bez konta. Wciąż można napotkać filmy, które wyglądają jak wygenerowane przez model z 2022 roku, w niskiej rozdzielczości, z dźwiękiem brzmiącym, jakby był nagrany przez kalkulator.

  • Garmin CIRQA Pro już w przygotowaniu. Szykuje się spora zmiana

    Garmin CIRQA Pro już w przygotowaniu. Szykuje się spora zmiana

    Garmin nie zwalnia tempa i już pracuje nad kolejną generacją swojej inteligentnej opaski, która przybierze nazwę CIRQA Smart Band Pro.

    Pierwsze konkretne wzmianki na temat kolejnego urządzenia z rodziny CIRQA zostały odnalezione w kodzie aplikacji Garmin Connect. Nie wyglądają one na przypadkową pomyłkę, ponieważ nazwa z dopiskiem Pro występuje w plikach aplikacji obok podstawowego wariantu CIRQA Smart Band. Biorąc pod uwagę sukces rynkowy pierwszej wersji, Garmin raczej nie będzie kazał nam zbyt długo czekać, a wycieki z aplikacji stanowią mocny sygnał, że prace nad nowym sprzętem są już na zaawansowanym etapie.

    Dwa przyciski, komunikaty głosowe i wbudowany głośnik?

    Najciekawsze informacje płynące ze szczegółowej analizy kodu dotyczą fizycznej konstrukcji i funkcjonalności nadchodzącej opaski. Podstawowy model CIRQA Smart Band dysponuje tylko jednym przyciskiem, natomiast w materiałach instruktażowych wersji Pro wyraźnie mowa jest o użyciu „któregokolwiek z przycisków” do wyciszania lub wyłączania budzika. Sugeruje to obecność przynajmniej dwóch dedykowanych kontrolerów: przycisku aktywności (odpowiadającego za start, pauzę i zatrzymanie treningu) oraz przycisku sterującego (służącego do wywoływania dodatkowego menu czy funkcji ratunkowych). Co więcej, wpisy w kodzie wskazują na regulację głośności oraz odczytywanie podsumowań aktywności czy komunikatów stanu. Tego typu rozwiązania mogą oznaczać, że Garmin zdecyduje się na zintegrowany głośnik lub wsparcie np. dla słuchawek, co w urządzeniu bez wyświetlacza znacznie podniosłoby wygodę obsługi bez konieczności ciągłego spoglądania na smartfon.

    Niestety, na ten moment trudno powiedzieć, jakie jeszcze zmiany mogą zostać wprowadzone w specyfikacji technicznej. Naturalnym krokiem w rozwoju wersji Pro byłoby dodanie wbudowanego modułu GPS, który pozwoliłby na precyzyjne śledzenie tras bez potrzeby zabierania ze sobą telefonu. W swojej recenzji opaski wskazywałem to jako jedną z największych wad obecnej wersji. Choć nie znamy jeszcze oficjalnej daty premiery, rosnąca liczba odniesień w najnowszych kompilacjach Garmin Connect sugeruje, że rynkowy debiut Garmin CIRQA Smart Band Pro może być bliżej, niż mogłoby się wydawać.

    źródło: Gadgets&Wearables

    Czytaj dalej poniżej


    Urodzinowa wyprzedaż Garmina. Takich obniżek jeszcze nie było

  • Blizzard wraca z przytupem. Diablo V i nowy StarCraft zapowiedziane!

    Blizzard wraca z przytupem. Diablo V i nowy StarCraft zapowiedziane!

    BlizzCon 2026 z pewnością zaskoczył wielu fanów, ponieważ Blizzard nie tylko wskrzesza StarCrafta i zapowiada Diablo V, ale także przedstawia plany dotyczące Warcrafta, Overwatcha, Hearthstone’a i innych swoich ikonicznych marek.

    Największym zaskoczeniem podczas ceremonii otwarcia BlizzConu 2026 była niewątpliwie oficjalna zapowiedź Diablo V. Na premierę tego tytułu przyjdzie jednak jeszcze długo poczekać, ponieważ nowa odsłona serii ma trafić do graczy dopiero wiosną 2029 roku. Zgodnie z zapowiedziami, gra ma charakteryzować się mrocznym i tajemniczym klimatem oraz ogromnym rozmachem. Sanktuarium upadło, Diablo zwyciężył, a gracze wejdą do postapokaliptycznego świata, w którym niebezpieczeństwo czai się na każdym kroku. Głównym bohaterem będzie dziedzic Zachodniej Marchii, który przemieszcza się po zniszczonej krainie wraz z rozwijaną przez siebie karawaną ocalonych. Wśród pierwszych klas postaci, które zostały zapowiedziane, znajdą się Łowca Demonów oraz Mnich, a nowością będzie Rycerz Plagi.

    System przedmiotów ma nawiązywać do Diablo II. W grze powróci również rozbudowany system wytwarzania przedmiotów, inspirowany podejściem z Lord of Hatred. Dodatkowo, będziemy mieli do czynienia z runami i runicznymi słowami, które będą czerpały z tradycji Diablo II. Na tym jednak nie koniec atrakcji związanych z Diablo. Już 15 września Diablo IV otrzyma jubileuszowy Sezon Dziedzictwa Piekła, a gra zadebiutuje także na Nintendo Switch 2. W pierwszej połowie 2027 roku do klas dostępnych w grze dołączy Amazonka. Blizzard potwierdził również, że współpracuje z Netfliksem przy produkcji animowanego serialu osadzonego w uniwersum Diablo, jednak prace nad nim dopiero się rozpoczęły, więc na premierę będziemy musieli jeszcze poczekać.

    Wielki powrót StarCrafta. Na ten moment czekało wielu

    Drugą dużą niespodzianką wczorajszego wieczoru okazała się zapowiedź wielkiego powrotu StarCrafta, rodziny gier, która swoją ostatnią pełną odsłonę otrzymała w 2017 roku w postaci StarCraft: Remastered. Nie będzie to jednak oczekiwany przez wielu fanów StarCraft III. Nowa produkcja nosi tytuł po prostu STARCRAFT (zapisanym wielkimi literami) i będzie… strzelanką z otwartym światem, w której gracze wcielą się w żołnierza walczącego z powracającymi Zergami. Za projektem stoi Dan Hay, wcześniej związany z serią Far Cry. Niestety, szczegółów odnośnie tej produkcji nie ujawniono, pokazano jedynie mroczny teaser, który nie zdradza wiele poza faktem, że klimat ma być naprawdę ciężki. Na premierę również przyjdzie nam trochę poczekać – ta wstępnie zaplanowana jest na wiosnę 2030 roku.

    Warcraft i Overwatch nie dają o sobie zapomnieć. Gratka dla fanów

    Bardzo dużo miejsca poświęcono także serii Warcraft. Blizzard zapowiedział World of Warcraft: Forever, czyli trzecią, rozwijaną równolegle do współczesnego WoW-a i jego wersji Classic. Nowa produkcja wykorzysta fundamenty pierwszych odsłon popularnego MMORPG, ale jednocześnie zaoferuje nowe historie i miejsca do odkrycia. Na start zaplanowano ponad 1000 nowych zadań, dziewięć podziemi, dwa rajdy, trzy nowe regiony oraz grywalną rasę Skyborne. Beta rozpocznie się już 17 września, a premiera zaplanowana jest na 4 listopada 2026 roku. Zademonstrowano także World of Warcraft: The Last Titan, który zakończy sagę Worldsoul. Dla miłośników klasycznego Warcrafta przygotowano natomiast Warcraft III: Reforged, który doczeka się pierwszej nowej kampanii od ponad dwóch dekad – Forsaken Kingdom. Wraz z nią pojawi się aktualizacja 3.0, która znacząco przebudowuje zarówno oprawę, jak i edytor świata.

    Czytaj dalej poniżej


    Wolverine na PS5 to średniak? Oceny budzą spore wątpliwości

    Blizzard nie zapomniał także o Overwatch. Gra otrzyma nowego bohatera wsparcia o imieniu Doctrine, nową mapę Watchpoint: Grimsvötn oraz znaczące zmiany w postaciach Sombry i Roadhoga. Hearthstone wzbogaci się o rozszerzenie Reign of the Black Empire, które zadebiutuje 20 października, a w marcu 2027 roku do gry dołączy nowa klasowa postać – Mnich. Dla fanów Heroes of the Storm także szykuje się niespodzianka. 28 września do Nexusa trafi Xal’atath, co będzie pierwszą nową postacią od sześciu lat.

  • Aktualizacja Windowsa 11 psuje audio. Microsoft potwierdza istnienie błędu

    Aktualizacja Windowsa 11 psuje audio. Microsoft potwierdza istnienie błędu

    Microsoft nie ma ostatnio najlepszej passy, szczególnie jeśli chodzi o Windows 11. Potwierdzono kolejny błąd wywołany najnowszą aktualizacją.

    Uruchamiasz komputer, włączasz muzykę i… cisza. Sprzęt audio jest podłączony, lecz z jakiegoś powodu nie odtwarza dźwięku. Zanim zdecydujesz się na zakup nowego głośnika, musisz wiedzieć, że problem nie leży w Twoim urządzeniu, lecz w ostatniej aktualizacji Windows 11. Wrześniowe uaktualnienie KB51240008 miało na celu załatanie wielu krytycznych luk, a Microsoft zachęcał użytkowników do szybkiej instalacji, jednak okazało się, że wprowadza ono równie wiele błędów, co naprawia.

    Aktualizacja Windowsa 11 psuje audio. Nie wyrzucaj głośnika, bo ten pewnie nadal działa

    Microsoft oficjalnie potwierdził, że w najnowszej łatce z 8 września, która dotyczy wersji systemów Windows 11 24H2 i 25H2, występuje błąd, który może całkowicie wyłączyć dźwięk. Problem ten nie ogranicza się jedynie do braku jakiegokolwiek efektu audio. W niektórych przypadkach mikrofon przestaje działać, a panel ustawień dźwięku wiesza się na tyle, że trudno cokolwiek naprawić na poziomie systemu. W Menedżerze urządzeń pojawia się niepokojący komunikat: „To urządzenie nie może zostać uruchomione (kod 10)”. Brzmi to jak typowy problem ze sterownikiem, jednak ponowna instalacja nic nie pomoże, ponieważ źródło problemu leży w aktualizacji systemu.

    Microsoft sugeruje, że potwierdzony błąd jest powiązany z urządzeniami USB Audio Class 1.0. To jednak nie koniec złych wiadomości. Użytkownicy zgłaszają również problemy z mikrofonami oraz dźwiękiem wielokanałowym. Szczególnie jeśli korzystasz z konfiguracji 8-kanałowej, efektów 3D audio lub bardziej zaawansowanych ustawień, po aktualizacji może się okazać, że dźwięk z Twojego komputera całkowicie zniknął.

    Jak na razie nie ma trwałej poprawki. Microsoft przyznaje, że pracuje nad rozwiązaniem, ale nie podał terminu. Tymczasowym rozwiązaniem może być przełączenie dotkniętego urządzenia w tryb 2-kanałowy. Jeśli to nie pomoże, pozostaje podłączenie innego sprzętu audio. Pocieszający jest fakt, że według dotychczasowych doniesień, urządzenia bezprzewodowe nie wydają się być dotknięte tym problemem. Jeśli problem u Ciebie nie wystąpił, to możliwe, że dlatego, że korzystasz z połączenia Bluetooth.

    Czytaj dalej poniżej

    Po pięciu latach Windows 11 przywraca uwielbianą funkcję z dziesiątki

    Niestety, to nie jedyne problemy, z jakimi w tym miesiącu boryka się znaczna część użytkowników Windowsa 11. Wcześniej pojawiały się doniesienia o awariach Explorer.exe, problemach z Historia plików, usterkach zdalnego pulpitu, a także kłopotach z GPU na niektórych komputerach z procesorami AMD. Problemy z dźwiękiem są jednak szczególnie dotkliwe, ponieważ dotyczą niemal każdego użytkownika.

  • Dlaczego Google celowo wysyła kierowców dłuższą drogą?

    Dlaczego Google celowo wysyła kierowców dłuższą drogą?

    Google przeprowadziło interesujący eksperyment, który na pierwszy rzut oka może wydawać się nietypowy, ale w praktyce okazuje się być bardzo skuteczny!

    Dłuższe trasy w Mapach Google nie zawsze oznaczają błąd w nawigacji. Firma zrealizowała eksperyment, w ramach którego część kierowców była kierowana nieco bardziej okrężnymi drogami. Cel był zaskakujący: nie chodziło o to, aby pojedynczy kierowca dotarł do celu szybciej, lecz o poprawę płynności ruchu w całym mieście.

    Najszybsza droga może być problemem

    Wyobraźmy sobie tysiące samochodów kierujących się w tym samym kierunku. Jeśli system nawigacyjny wszystkich użytkowników prowadzi na tę samą trasę jako najbardziej optymalną, naturalnym skutkiem będzie jej przeciążenie. W pewnym momencie droga, która wcześniej była najszybsza, może zamienić się w korek. Google postanowiło zbadać, czy można temu zapobiec poprzez niewielkie rozproszenie ruchu. Eksperyment przeprowadzono w 10 dużych amerykańskich miastach. Zamiast kierować wszystkich użytkowników na najbardziej oczywisty wariant, system częściowo przekierowywał samochody na alternatywne, nieco dłuższe trasy.

    Kilka procent może zrobić ogromną różnicę

    Pomysł wydaje się prosty, ale wyniki okazały się zaskakujące. Nawet niewielkie przesunięcie części ruchu na inne drogi pozwoliło zmniejszyć obciążenie najbardziej zatłoczonych arterii. W badaniu średnia prędkość na najbardziej obciążonych miejskich odcinkach wzrosła o ponad 2%. Jeszcze lepiej wyglądały wyniki dla odcinków autostradowych, gdzie średnia prędkość ruchu zwiększyła się o niemal 5%. To dowodzi, że w przypadku miejskich korków nie zawsze konieczne są nowe pasy ruchu czy budowa kolejnych dróg. Czasami wystarczy skuteczniej wykorzystać istniejącą infrastrukturę.

    Dłuższa trasa może pomóc wszystkim

    Z perspektywy indywidualnego kierowcy dodatkowe kilometry mogą wydawać się frustrujące. Jednak jeśli dzięki nim główna arteria nie zostanie całkowicie zablokowana, bilans korzyści może okazać się pozytywny dla… wszystkich uczestników ruchu. Należy jednak pamiętać, że Google musi postępować z należytą ostrożnością. Zbyt duże przekierowanie samochodów mogłoby spowodować korki w innych rejonach. Dlatego kluczowe jest subtelne zarządzanie ruchem, a nie masowe wysyłanie kierowców na objazdy.

    Czytaj dalej poniżej


    Mapy Google z irytującym błędem na Android Auto. Kierowcy muszą uważać

    Mniej korków to także mniejsza emisja

    Płynniejszy ruch ma znaczenie nie tylko dla czasu podróży. Samochody utknęły w korkach, zużywają paliwo i emitują spaliny, podczas gdy sprawniejsze przemieszczanie się może ograniczyć ten problem. Eksperyment Google ukazuje interesujący kierunek rozwoju nawigacji. W przyszłości Mapy Google mogą pełnić nie tylko funkcję osobistego przewodnika, ale również narzędzia do zarządzania ruchem w całych miastach. To koniec myślenia wyłącznie o tym, jaka trasa jest najlepsza dla jednego samochodu. Czasami najlepszym rozwiązaniem dla wszystkich jest kierowanie części kierowców w kierunku drogi, która na mapie wydaje się gorsza. Najkrótsza trasa nie zawsze musi być najlepsza. Google z dużą starannością podchodzi do tego zagadnienia. Choć na firmie spoczywa ogromna odpowiedzialność, jeżeli uda jej się wdrożyć tę funkcję, może to przynieść znacznie więcej pozytywnych zmian na drogach, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.

  • Sony pobiło rekord. Wolverine z najgorszą średnią gier first-party

    Sony pobiło rekord. Wolverine z najgorszą średnią gier first-party

    W sieci pojawiły się oceny gry Marvel’s Wolverine, która okazała się najgorzej ocenianą produkcją wewnętrznego studia Sony na PS5.


    W końcu poznaliśmy oceny najnowszej gry od Sony – Marvel’s Wolverine. Niestety, nie jest to sukces równoznaczny z osiągnięciami Spider-Mana czy God of War, ponieważ reakcje (sądząc po ocenach) są… rozczarowujące. Sony ustanowiło kolejny rekord, jednak nie jest to dobra wiadomość.

    Marvel’s Wolverine przyjęty niezbyt ciepło

    O jakim rekordzie mowa, skoro nie mamy jeszcze danych dotyczących sprzedaży? Mówię tu o średniej ocenie dla gry opracowanej przez wewnętrzne studio (first-party) w erze PS5. Jak się okazuje, na podstawie aktualnych danych z Metacritic, Marvel’s Wolverine to „najgorsza” gra studia Sony na PS5. Tytuł może pochwalić się średnią oceną na poziomie 77 punktów, co plasuje go poniżej Sackboy: Wielka Przygoda (79 punktów). Dla porównania God of War: Ragnarok, z wynikiem 94 punktów, zajmuje pierwsze miejsce. To jednak tylko część historii – warto skupić się na premierze i zastanowić, co nie zagrało w nowym Wolverine od Insomniac Games.

    Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na ogromny rozrzut ocen na Metacritic. Tylko w kilku miejscach znajdziemy oceny 9 i 10, uznające grę za niemal doskonałą, podczas gdy inne, większe serwisy traktują ją jako przeciętną, bez większego entuzjazmu. Najczęściej słyszy się zarzut, że nowa odsłona na PS5 jest mało porywająca – sprawia wrażenie, jakby twórcom brakowało inspiracji. Co więcej, niektórzy recenzenci zwracają uwagę na irytujące archaizmy, które przypominają gry TPP z początku XXI wieku. A to wszystko za pełną cenę 70 dolarów, co jedynie średnio może budzić uzasadnienie.

    Czy można stwierdzić, że gra ze średnią oceną 77 nie jest warta naszej uwagi lub zawodzi? Z jednej strony brzmi to dziwnie – z pewnością powinniśmy przemyśleć, jak definiujemy dobrą grę oraz jakie mamy oczekiwania. Nie możemy podchodzić do gier wideo z nadzieją, że każda kolejna zmieni nasze życie i będzie absolutnym ideałem, bo potrzebujemy także gier „OK” i „niezłych”. Takich małych przyjemności na kilkanaście godzin, które być może nie przedefiniują gatunku, ale przyniosą nam radość. Jednak w przypadku Marvel’s Wolverine sprawa ma nieco inny wymiar, ponieważ mówimy o produkcji AAA, której cena przekracza 300 zł, wobec której oczekiwania były ogromne. A wyszło… tylko średnio.”

    Czytaj dalej poniżej


    Chce kupić PlayStation dla tej gry. Wolverine wygląda obłędnie!

    To również podkreśla, z jakimi problemami zmaga się studio Insomniac Games. Genialny pierwszy Spider-Man oraz spin-off Miles Morales wprowadziły gry akcji z superbohaterami na zupełnie nowy, dotąd nieznany poziom. Druga odsłona nie zrewolucjonizowała tego stanu rzeczy, ale utrzymała wysoką jakość – teraz, w przypadku Wolverine’a, mamy dowód na wyczerpanie formuły, która zaczyna przypominać rutynę i przestała zachwycać. Ileż tego samego możemy znieść jako gracze? W ostatnich latach nasze nadzieje względem kolejnego superbohatera na konsolach Sony były ogromne i oczekiwaliśmy czegoś nowego, odmienionego w porównaniu do przygód Petera Parkera (i Milesa), a jednak dostaliśmy produkt, który na tle poprzedników wypada średnio, co jest bardzo niepokojące.

  • Powraca kultowy serial. Nowa wersja może niektórych zszokować

    Powraca kultowy serial. Nowa wersja może niektórych zszokować

    Niektórzy tęsknią za tym serialem, inni mają dopiero przed sobą fascynujący seans, ponieważ mogli być za młodzi, by poznać „Prison Break”.

    Znany w Polsce jako „Skazany na śmierć”, serial stał się globalnym fenomenem. Po latach nieobecności na ekranach (choć kilkukrotnie został wznawiany), jedna z najbardziej rozpoznawalnych produkcji ostatnich dwóch dekad powraca. „Prison Break” w połowie lat 2000. był świeżym i zaskakującym doświadczeniem, jednak tym razem nie mamy do czynienia z kontynuacją ani miękkim restartem, lecz z rebootem zatytułowanym „Prison Break: Black Creek”. Produkcja została już uruchomiona, a pierwsze materiały promocyjne sugerują, że twórcy nie zamierzają iść na łatwiznę.

    Prison Break: Black Creek – o czym opowiada?

    „Prison Break: Black Creek” osadzony jest w tym samym uniwersum co oryginał, ale nie kontynuuje losów Michaela Scofielda i Lincolna Burrowsa. W centrum fabuły znajdą się zupełnie nowi bohaterowie, w tym była żołnierka, która podejmuje pracę jako strażniczka w jednym z najniebezpieczniejszych więzień w Stanach Zjednoczonych: Black Creek Penitentiary. Jej motywacja jest prosta, ale niebezpieczna: pragnie uratować osobę bliską, co zmusi ją do działań przypominających te, które podejmował Michael Scofield.

    Z opublikowanej zapowiedzi wynika, że nowa wersja serialu będzie znacznie mroczniejsza od pierwowzoru. Twórcy nie kryją, że „Black Creek” ma być bardziej brutalne, realistyczne i pozbawione elementów, które w oryginale mogły budzić skojarzenia z kinem akcji. Takie podejście może zaskoczyć wielu fanów, ale jeśli przyniesie ciekawe efekty, to nie mamy nic przeciwko. W zapowiedzi widnieje również intrygujący szczegół: tatuaż na dłoni głównej bohaterki z napisem „Love Less” – nawiązanie do kultowych tatuaży Michaela Scofielda, które zawierały plan ucieczki.

    W obsadzie znaleźli się m.in. Emily Browning, Lukas Gage, Drake Rodger oraz Clayton Cardenas. Za produkcję odpowiadają osoby związane z oryginałem, w tym Paul Scheuring – twórca pierwszego „Prison Break”. Data premiery na Hulu (oraz Disney+ poza USA) nie została jeszcze ustalona, ale produkcja już trwa.

    Czytaj dalej poniżej

    Wielkie powroty i mocne premiery - tych nowości nie przegapcie!

     

     

     

  • ChatGPT idzie po finanse. Czy jest branża, której nie opanuje?

    ChatGPT idzie po finanse. Czy jest branża, której nie opanuje?

    Istniała możliwość nazwania nowego produktu BankGPT, jednak zdecydowano się na bardziej formalną nazwę: „ChatGPT for Financial Services”. W tym rozwiązaniu GPT-6 Astra zderzy się z danymi finansowymi oraz narzędziami do analiz, które zostały dostosowane do tych potrzeb. W jednorodnym środowisku analitycy będą mogli m.in.: badać spółki, przygotowywać wyceny oraz weryfikować źródła danych wykorzystanych w swoich kalkulacjach. Należy jednak zauważyć, że produkt ten nie jest przeznaczony do zarządzania domowymi finansami, co sprawia, że nie każdy będzie mógł z niego skorzystać.

    Będzie to wersja ChatGPT Work, przeznaczona do sektora regulowanego, dostępna jedynie dla odpowiednich instytucji. Skupia się głównie na bankowości inwestycyjnej oraz analizach spółek notowanych na giełdzie. Morgan Stanley i Evercore wspierały OpenAI w opracowywaniu tego produktu, wskazując między innymi na najbardziej uciążliwe etapy pracy analityków. OpenAI ma na celu rozwiązanie wielu aktualnych problemów finansistów: zapewni dostęp do wiarygodnych danych i przygotuje pakiet użytecznych materiałów dla zespołów oraz klientów. Zaczynamy ciekawą rywalizację na rynku IT: OpenAI wyraźnie stara się pozyskać klientów biznesowych, rozpoczynając od branży bankowej.

    Wszystko w jednym miejscu

    Obecne zbiory danych obejmują sprawozdania finansowe, transkrypcje rozmów o wynikach oraz informacje o prywatnych spółkach. Crunchbase, uznawany serwis w branży, dostarcza danych na temat finansowania firm, inwestorów oraz przejęć. Istotną zaletą jest to, że instytucje finansowe dzięki OpenAI nie będą musiały renegocjować osobno warunków dostępu do informacji, gdyż wszystko będzie dostępne w ramach jednego pakietu. OpenAI gromadzi i przechowuje te dane we własnej bazie. Wyszukiwanie informacji o firmach ma być znacznie szybsze i bardziej harmonijne, co potwierdza twórca ChatGPT.

    Osobno rozwijane będą integracje związane z abonamentami, które instytucje już wykupują i które nie są częścią umowy na „bankowy ChatGPT”. OpenAI pracuje nad rozpoznawaniem uprawnień z S&P Capital IQ, LSEG, MSCI, Dow Jones Factiva i Moody’s, dzięki czemu użytkownicy zyskają automatyczny dostęp do danych objętych ich innymi subskrypcjami. Stworzony zostanie również ekosystem oparty na istniejących konektorach, umożliwiający podłączenie różnych usług, z których korzystamy, a które zawierają istotne dla nas informacje.

    Analiza z określonym źródłem

    Każda liczba i stwierdzenie będą miały swoje źródło, co zminimalizuje ryzyko niedomówień. W trakcie analizy skorygowanego wyniku finansowego użytkownicy będą mogli określić, jakie koszty zostały wyłączone z obliczeń. Analitycy będą mieć dostęp do wyjaśnień dotyczących korekt oraz będą mogli zdecydować, jak interpretować te dane w kontekście danego modelu wyceny. Zasadniczo to do analityka należy ocena poprawności interpretacji danych oraz weryfikacja sensowności przyjętych założeń. OpenAI obiecuje dalsze dostosowywanie modeli, aby minimalizować błędy oraz poprawiać jakość pozyskiwanych danych z różnych źródeł, a także odpowiednio je oznaczać.

    Czytaj dalej poniżej


    Microsoft chce, żebyś potężną sztuczną inteligencję miał w domu. Oto, jak chce to zrobić


    OpenAI wspiera się testem OfficeQA Pro w ramach startu produktu, w którym GPT-6 Astra uzyskał 69,9% poprawnych odpowiedzi. Wynik GPT-5.6 Sol wyniósł 60,2%, co wskazuje na wyraźną, aczkolwiek niewielką różnicę. Test ocenia zdolność wyszukiwania oraz analizowania informacji zawartych w biuletynach Departamentu Skarbu USA, w tym tabele, wykresy oraz objaśnienia.

    Analiza kończy się arkuszem i prezentacją

    Za pracę na dokumentach oraz tworzenie plików odpowiedzialny będzie, oczywiście, najnowszy model: Astra. Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ Astra już dzisiaj sprawdza się w zakresie złożonych analiz, więc z łatwością poradzi sobie również z danymi finansowymi. Gigant obiecuje wytwarzanie wycen oraz notatek analitycznych na wysokim poziomie, jak od doświadczonego analityka. Użytkownicy będą mieli dostęp do interaktywnych wykresów, które umożliwią weryfikację danych wejściowych oraz ich źródeł. Kontynuowane będą również prace nad kolejnymi modelami, które będą sukcesywnie dodawane do finansowego ChatGPT.

    Ciekawe jest to, że po skonfigurowaniu szablonów i wytycznych stylistycznych, system będzie w stanie generować materiały w formacie preferowanym przez klienta oraz wykorzystywać jego identyfikację wizualną. Dotyczy to także pitchbooków. Niektórzy mogą dostrzegać w tym szansę dla wielkich instytucji finansowych, aby ograniczyć zatrudnienie osób, które mają niewiele do czynienia z analizami spółek, a skupiają się głównie na przygotowywaniu estetycznych i czytelnych szablonów. Zapewne tak właśnie będzie, a celem stanie się szybkie przygotowanie prezentacji przez mniejszy zespół ludzi.

    Czytaj również: GPT-6 Astra zdiagnozowała problem z ChatGPT i wysłała e-mail do działu wsparcia, w moim imieniu.

    Co z poufnością danych?

    Dostęp do tej sfery oparty jest na zabezpieczeniach ChatGPT Enterprise, które obejmują m.in. jednorazowe logowanie, zarządzanie kontami oraz zaawansowane zarządzanie uprawnieniami. OpenAI zaznacza, że domyślnie nie wykorzystuje danych biznesowych klientów do trenowania modeli. Dane są szyfrowane zarówno podczas przesyłania, jak i przechowywania, a instytucje mają możliwość określenia czasu ich przechowywania: po tym okresie będą niszczone. Oddzielne przestrzenie robocze pozwolą na segregację zespołów zajmujących się różnymi projektami. Wygląda na to, że OpenAI stara się z impetem zdobywać nowe branże i… nie zamierza się zatrzymywać.

  • HUAWEI FreeBuds Neo – recenzja. Za 449 zł oferują zaskakująco dużo

    HUAWEI FreeBuds Neo – recenzja. Za 449 zł oferują zaskakująco dużo

    HUAWEI FreeBuds Neo to jedne z najciekawszych słuchawek TWS w swoim zakresie cenowym. Charakteryzują się niesamowitą lekkością, komfortem użytkowania oraz redukcją szumów, która z powodzeniem może konkurować z droższymi modelami.

    Marka HUAWEI od kilku lat konsekwentnie udowadnia, że w kategorii słuchawek bezprzewodowych potrafi dostarczyć produkty mogące konkurować z czołowymi markami. Jako codzienny użytkownik iPhone’a i AirPodsów, zawsze podchodzę do różnych modeli TWS z pewnym dystansem, wynikającym z przyzwyczajenia do wygody oferowanej przez urządzenia Apple. FreeBuds Neo nie są jedynie kolejną iteracją FreeBuds Pro, ani też nie są ulokowane w budżetowej linii SE HUAWEI. Producenci zdecydowali się stworzyć dla Neo osobną linię, która ma zająć pozycję między prostymi słuchawkami do codziennego użytkowania a najdroższymi konstrukcjami wypełnionymi różnymi funkcjami. W przypadku tego modelu otrzymujemy atrakcyjną cenę i możliwości, które po kilku tygodniach użytkowania ukazują, że to rozsądny wybór.

    Małe i zaskakująco wygodne

    Pierwszą cechą wyróżniającą FreeBuds Neo na tle konkurencji są ich kompaktowe wymiary i niska waga. Pojedyncza słuchawka ma zaledwie 23,2 mm długości i waży tylko 4,8 g. Ich niewielkie wymiary przekładają się również na małe, owalne etui. Już przy pierwszym założeniu słuchawki sprawiają wrażenie, że nic nie mamy w uszach (co jest dużym plusem, ale i potencjalnym problemem, gdyby nagle wypadły i nie zauważylibyśmy tego). Dzięki czterem rozmiarom silikonowych końcówek możemy je dostosować do swoich uszu, co zapewnia pewne ich ułożenie w kanale słuchowym. Dodatkowo funkcja „wykrycia upadku” sprawia, że słuchawki rozpoczną odtwarzanie dźwięku, gdy wypadną z ucha.

    Huawei twierdzi, że kształt słuchawek został opracowany na podstawie danych dotyczących różnych anatomii ucha, co pomaga w równomiernym rozkładzie nacisku, eliminując ryzyko wypadania. Słuchawki są wygodne nawet po kilku godzinach noszenia i nie wymagały ode mnie ciągłego poprawiania, a przy tym dobrze trzymają się podczas szybkiego marszu czy biegu (u mnie na standardowych końcówkach). Niewielkie etui bez problemu zmieści się w kieszeni i także nie daje odczuć swojej obecności, gdyż waży tylko 31 g.

    FreeBuds Neo dostępne są w czterech wersjach kolorystycznych: srebrnej, białej, czarnej oraz różowej z zielonymi gradientowymi akcentami. Szczególnie efektownie prezentuje się błyszcząca wersja srebrna, która sprawia wrażenie produktu droższego, niż sugerowana cena. Osobiście testowałem słuchawki w kolorze czarnym, które wyglądają naprawdę atrakcyjnie, a ich dodatkową zaletą jest to, że nie przyciągają odcisków palców.

    ANC jako duża niespodzianka

    Jednym z najsilniejszych atutów FreeBuds Neo jest aktywna redukcja hałasu (ANC). System korzysta z układu trzeciej generacji, który według HUAWEI analizuje otoczenie nawet 400 tysięcy razy na sekundę. Dwukanałowa konstrukcja z tunelem w kształcie litery C ma zapewniać średnią redukcję hałasu sięgającą 30 dB. Muszę przyznać, że w warszawskim metrze byłem pozytywnie zaskoczony, gdyż hałas pociągu w tunelu był przyjemnie wyciszony. Niestety, czasami miałem wrażenie, że przy dynamicznej redukcji hałasu, która automatycznie dostosowuje się do warunków otoczenia oraz postawy noszenia, słuchawki gubiły się w poprawnym odcinaniu hałasu zewnętrznego.

    W aplikacji mobilnej HUAWEI Audio lub HUAWEI AI Life, która jest niezbędna do komfortowego korzystania z słuchawek, mamy kilka opcji ANC do wyboru. Nawet zmiana na opcję „najwyższy” nie poprawiła tego nieco dziwnego zachowania (może to kwestia oprogramowania, co będę monitorował przy kolejnych aktualizacjach). FreeBuds Neo oferują również funkcję „świadomość”, która przepuszcza dźwięki otoczenia, zwiększając naszą czujność na ruch uliczny, komunikaty na dworcu czy rozmowy. Przydatna jest również funkcja adaptacyjnego dźwięku, która pozwala na prowadzenie rozmów bez konieczności zdejmowania słuchawek. Automatycznie przechodzą one w tryb świadomości, gdy zaczynamy mówić. Nie miałem jednak możliwości przetestowania słuchawek w samolocie, gdzie ANC jest dla mnie jedną z kluczowych funkcji, ale zakładam, że także w tym przypadku odcięcie hałasu powinno być na przyzwoitym poziomie.

    Muzyka na najwyższym poziomie

    Odtwarzanie audio w słuchawkach HUAWEI FreeBuds Neo zapewnia nowy, 11-milimetrowy dynamiczny przetwornik z wieloma otworami wyrównawczymi, który oferuje częstotliwości od 10 Hz do 48 kHz. FreeBuds Neo obsługują LDAC z transmisją do 990 kb/s, a użytkownicy sprzętu HUAWEI mogą skorzystać z L2HC i transmisji dochodzącej do 2,3 Mb/s przy 48 kHz/24 bitach, co z pewnością docenią miłośnicy muzyki w bezstratnej jakości dźwięku. Jednak jedno z ograniczeń tych słuchawek polega na tym, że najlepsze parametry transmisji są zarezerwowane dla ekosystemu HUAWEI. Nie oznacza to jednak, że przy użyciu smartfona innej marki, słuchawki tracą sens. LDAC nadal pozwala na osiągnięcie wysokiej jakości na wielu urządzeniach z Androidem. Niestety, na iPhonie tego nie uświadczymy. Na otarcie łez pozostaje funkcja niskiego opóźnienia dźwięku, która automatycznie przełącza się podczas uruchamiania gier, zmniejszając opóźnienie wpływające na jakość rozgrywki.

    W modelu tym dostępny jest także korektor graficzny (efekty dźwiękowe) z różnymi predefiniowanymi ustawieniami oraz możliwością własnych modyfikacji, co pozwala na dopasowanie dźwięku do własnych preferencji. Już przy standardowych ustawieniach jakość dźwięku jest przyjemna. Bas jest mocny, ale nie dominuje pozostałej części pasma, wokale brzmią wyraźnie, a ogólna scena dźwiękowa charakteryzuje się dobrą separacją, nawet w bardziej złożonych utworach. Nie jestem specjalistą w dziedzinie dźwięku i nie potrafię dostrzegać drobnych różnic między różnymi modelami słuchawek, ale po kilku godzinach z FreeBuds Neo mogę śmiało stwierdzić, że muzyka brzmi w nich bardzo dobrze.

    Dla entuzjastów nowoczesnych rozwiązań dostępny jest również dźwięk przestrzenny 360 stopni z możliwością śledzenia ruchu głowy. Działa on również poza telefonami HUAWEI, jednak muszę zaznaczyć, że AirPods Pro wypadają lepiej przy odtwarzaniu muzyki z Apple Music w trybie Dolby Atmos. Nieco lepiej sprawdza się to przy oglądaniu filmów i w niektórych grach, włączenie tej opcji rzeczywiście zwiększa poczucie przestrzeni, ale w przypadku słuchania muzyki, dźwięk stereo wypada bardziej naturalnie.

    Same plusy, gdzie minusy?

    FreeBuds Neo korzystają z technologii Bluetooth 6.0 i oferują wygodne połączenie z dwoma urządzeniami jednocześnie, co ułatwia przełączanie między nimi. To istotna zaleta dla osób korzystających na przykład z telefonu i laptopa różnych producentów. Aplikacja mobilna działa zarówno na Androidzie, jak i iOS, pozwalając na zarządzanie ANC, korektorem i gestami. Sterowanie obejmuje dotknięcia, przytrzymanie i przesuwanie palcem – można więc regulować głośność bez konieczności sięgania po telefon. Umożliwia ona także wykonywanie gestów głową. Sama obsługa dotykowa jest wygodna, jednak napotkałem pewne trudności przy dłuższym przytrzymywaniu palca na słuchawce w celu zmiany trybu ANC (przy przewijaniu utworów lub zmianie głośności wszystko działa bez zarzutu). Kolejnym minusem jest brak obsługi bezprzewodowego ładowania etui – w przypadku tego typu urządzeń powinno to być standardem.

    Słuchawki są zgodne z normą IP55, co oznacza, że trening czy lekki deszcz nie powinny stanowić problemu, choć odporność ta nie obejmuje etui. Czas pracy na jednym ładowaniu również wypada pozytywnie. Do 10 godzin (realnie około 8 godzin) muzyki bez ANC oraz 6,5 godziny z włączoną redukcją hałasu. Razem z etui wartości te rosną odpowiednio do 40 i 24 godzin.

    HUAWEI FreeBuds Neo – czy warto?

    Rekomendowana cena FreeBuds Neo w Polsce wynosi 549 zł. Do 18 października 2026 roku obowiązuje promocja premierowa, która obniża tę kwotę do 449 zł. W tej cenie słuchawki są niezwykle atrakcyjne. Oferują bardzo dobry komfort noszenia, skuteczny ANC, mocne brzmienie, LDAC, multipoint, długi czas pracy oraz dodatkowe funkcje w aplikacji. To wszystko sprawia, że trudno znaleźć na rynku słuchawki w podobnej cenie z taką jakością. Minusy? Brak ładowania bezprzewodowego, część najlepszych funkcji zarezerwowana dla sprzętu HUAWEI oraz dźwięk przestrzenny, który może być ciekawostką dla niektórych użytkowników. Są to kompromisy, które w tym przedziale cenowym można łatwo zaakceptować. FreeBuds Neo udowadniają, że nie musimy wydawać blisko tysiąca złotych, aby cieszyć się wysokiej jakości słuchawkami dousznymi z funkcją ANC.

    HUAWEI FreeBuds Neo



    plusy

    • Atrakcyjna cena (promocja na start)
    • Lekkie i komfortowe
    • Skuteczne ANC
    • Długi czas pracy na baterii


    minusy

    • Funkcje zarezerwowane wyłącznie dla smartfonów HUAWEI
    • Brak ładowania bezprzewodowego

    Urządzenie na potrzeby recenzji udostępnił producent. Firma nie miała wglądu ani wpływu na treść artykułu przed publikacją.

  • Dodali jeden składnik do baterii. Efekt przerósł wszelkie oczekiwania

    Dodali jeden składnik do baterii. Efekt przerósł wszelkie oczekiwania

    Nowe nadzieje dla akumulatorów

    Masz dość noszenia ze sobą powerbanka oraz nieustannego ładowania swojego kilkuletniego smartfona? Wkrótce może się to zmienić. Japońscy naukowcy opracowali nowy związek chemiczny, który pozytywnie wpływa na żywotność akumulatorów.

    Rewolucyjny związek chemiczny

    Wyniki badań wskazują, że nowa substancja może znacznie wydłużyć czas działania baterii, co jest szczególnie istotne w dobie rosnącej liczby urządzeń mobilnych. Współczesne smartfony i inne urządzenia elektroniczne coraz bardziej obciążają akumulatory, co często prowadzi do ich szybkiego wyczerpywania się.

    Korzyści dla użytkowników

    Dzięki temu przełomowemu odkryciu, użytkownicy smartfonów mogą oczekiwać znacznie dłuższej pracy na jednym ładowaniu, co z pewnością poprawi komfort codziennego użytkowania. Możliwość korzystania z urządzeń bez ciągłego poszukiwania źródła zasilania to tylko jeden z wielu potencjalnych atutów.

    Przyszłość technologii akumulatorowej

    Opracowanie tego związku to krok w kierunku znaczącej poprawy technologii akumulatorowej. Wielu ekspertów wskazuje, że takie innowacje mogą zrewolucjonizować rynek elektroniki użytkowej, otwierając drzwi do bardziej efektywnych i długotrwałych rozwiązań energetycznych.

    Podsumowując, badania japońskich naukowców dają nadzieję na poprawę żywotności akumulatorów, dzięki czemu korzystanie z technologii stanie się jeszcze bardziej wygodne.