Autor: admin

  • Internet chce cofnąć się o 10 lat. Dlaczego wszyscy tęsknią za 2016?

    Internet chce cofnąć się o 10 lat. Dlaczego wszyscy tęsknią za 2016?

    Rok 2016 powraca po dekadzie. Ten trend opanował TikToka

    Filtr z psimi uszami na Snapchacie, Pokémon GO, Mannequin Challenge, mocno nasycone zdjęcia rodem ze starego Instagrama oraz zapomnianego serwisu Vine – internet w 2026 roku niespodziewanie zatęsknił za estetyką sprzed dekady. Pod hasłem „2026 to nowe 2016” oraz tagiem #BringBack2016 użytkownicy zaczęli publikować stare zdjęcia, odtwarzać popularne dawne trendy i przywracać charakterystyczny styl tamtych lat. Nostalgia za 2016 rokiem pomoże zrozumieć, jak wyglądał internet przed erą generatywnej AI, algorytmizacji i nieustannej walki o uwagę internautów.

    Nowy trend: „2026 to nowe 2016”? Skąd się wziął?

    Pierwsze wzmianki o tym, że „2026 będzie nowym 2016”, pojawiały się już latem 2025 roku. Jesienią liczba podobnych wpisów zaczęła rosnąć, a fraza „2026 is the new 2016” zyskała na popularności szczególnie w grudniu. Trend eksplodował z początkiem 2026 roku. Użytkownicy TikToka i Instagrama zaczęli publikować zdjęcia sprzed dekady, porównywać swoje zdjęcia z 2016 i 2026 roku oraz tworzyć nowe materiały w stylu estetyki tych czasów.

    Skala zainteresowania szybko rosła. Według danych TikTokaczęstotliwość używania hashtagu #2016 wzrosła w USA o ponad 450 proc. Zyskał również na popularności efekt TikToka nazwany po prostu „2016”, który naśladuje mocno nasyconą, ciepłą kolorystykę kojarzoną z filtrami Instagrama sprzed dekady.

    Nostalgia objęła także świat muzyki, co potwierdzają dane Spotify, które pokazują, żeliczba playlist nawiązujących do 2016 roku wzrosła o 71 proc. względem 2024 roku.

    Czytaj dalej poniżej

    Ten trend opanowuje świat. Po co wkładać liść laurowy do etui telefonu?

    Czym wyróżniał się rok 2016?

    Z perspektywy internetowej, rok 2016 był pełen zjawisk, które łatwo dziś rozpoznać. Świat opanowało Pokémon GO, a ulice i parki zapełniły się ludźmi polującymi z telefonami na wirtualne stworki. Internet podbił Mannequin Challenge, a Bottle Flip Challenge pokazał, że do stworzenia globalnego fenomenu wystarczy zwykła butelka.

    Złoty czas Snapchata i koniec Vine’a

    Snapchat był wówczas znany przede wszystkim z charakterystycznych filtrów – w tym z psem, który przyciągał uwagę użytkowników całego świata. Instagram również wyglądał zupełnie inaczej niż dzisiaj. Wysokosaturacyjne kolory, wyraźne filtry i mniej wyretuszowane zdjęcia codziennego życia tworzyły estetykę tamtego okresu.

    W 2016 roku istniał również Vine, platforma z krótkimi, sześciosekundowymi filmami, która miała ogromny wpływ na mniej poważną część internetu. Paradoksalnie, w tym samym roku Twitter ogłosił decyzję o jego zamknięciu.

    Rok 2016 w popkulturze

    Rok 2016 przyniósł także wiele znaczących wydarzeń w świecie muzyki i popkultury. Premierę miał pierwszy sezon „Stranger Things”, do kin trafiły m.in. „Deadpool”, „Captain America: Civil War” oraz pierwszy spin-off „Gwiezdnych Wojen” – „Rogue One”.

    Na światowych listach przebojów królowały utwory Drake’a, Justina Biebera oraz The Chainsmokers. W Polsce był to czas powrotu Agnieszki Chylińskiej i rosnącej popularności Dawida Podsiadły.

    W 2016 roku ukazała się również płyta „Life Of Pablo” Kanye Westa, a kontrowersyjny utwór „Famous” przywrócił konflikt z Taylor Swift, który zaskoczył opinię publiczną kilka lat później.

    Great Meme Reset: internet miał zostać „zresetowany”

    Moda na rok 2016 nie powstała przypadkowo. Jeszcze jesienią 2025 roku na TikToku zaczęły pojawiać się wzmianki o „Great Meme Reset of 2026”, czyli o „wielkim resecie memów”. Zainteresowani uzgodnili, że od 1 stycznia 2026 roku rozpoczną ponowne publikowanie starych memów oraz wykorzystywanie popularnych formatów sprzed lat, jednocześnie odchodząc od trendów uznawanych za „brainrot”.

    Pomysł był odpowiedzią na zmęczenie współczesnymi memami, które były odbierane jako wymuszone, powtarzalne i niesmieszne. Równolegle z rozwojem nostalgii za rokiem 2016, trend ten wykraczał daleko poza wąski internetowy humor – użytkownicy zaczęli wracać do zdjęć, muzyki, mody, filtrów i elementów popkultury sprzed dekady.

    Internet ma dość… internetu

    W nostalgicznej narracji rok 2016 stał się synonimem „starego internetu”. Nie oznacza to, że sieć była wtedy wolna od algorytmów, reklam czy goniących za zasięgami mediów społecznościowych, które stały się gigantycznym biznesem.

    Różnica polega na tym, jak pamiętamy korzystanie z mediów społecznościowych. Internet z 2016 roku kojarzy się ze spontanicznym publikowaniem niedoskonałych zdjęć, przypadkowymi myślami i obrazkowymi memami, a nie dynamicznymi rolkami. Pokolenie milenialsów ma oczywiście podobne wspomnienia z lat 2005-2008 (czasy świetności MySpace’a) oraz 2009 (początki Facebooka), ale dla wielu przedstawicieli pokolenia Z rok 2016 stał się wyznacznikiem czasów zwrotnych.

    Nie muszę przekonywać, że obecne platformy raczej kojarzą się z treściami dostosowanymi do algorytmów, powtarzalnymi trendami oraz z monetizacją kontentu. Uczestnicy internetowej kultury często czują, że ich interakcje z różnymi platformami są ściśle monitorowane i sterowane przez technologię.

    Sztuczna inteligencja przelała czarę goryczy

    Istnieje jeszcze jedna znacząca różnica. W 2016 roku generatywna sztuczna inteligencja nie była powszechnie dostępna dla użytkowników internetu. Dziś w sieci odnajdziemy obrazy, filmy, muzykę i teksty tworzone lub modyfikowane przez AI. W kontekście powrotu do estetyki internetu sprzed dekady, coraz częściej słyszymy o zmęczeniu „AI slopem” – masowo produkowanymi treściami o niskiej jakości generowanymi przez sztuczną inteligencję.

    Ta tendencja sprawia, że coraz bardziej zatęskniamy za internetem, który był spontaniczny, niedoskonały i bardziej ludzki. W takim kontekście nawet nieudane selfie z psim filtrem ze Snapchata zaczyna budzić nostalgię – zwłaszcza gdy regularnie dostajemy „śmieszne piosenki” wygenerowane przez AI od krewnych.

    Dlaczego akurat rok 2016?

    Odpowiedź na to pytanie jest prosta – obecnie internautom doskwiera pragnienie zmiany, a odliczanie dziesięciu lat wstecz wydaje się bardziej oczywiste niż inne okresy. To wystarczająco długi czas, by estetyka stała się retro, a jednocześnie wystarczająco krótki, by duża część użytkowników mediów społecznościowych dobrze pamiętała ten okres.

    Dla przedstawicieli pokolenia Z nostalgią kojarzy się to z ich dzieciństwem lub czasami nastoletnimi. Wspomnienia Snapchata, początku Pokémon GO czy muzyki tamtych lat są silnie związane z doświadczeniami szkoły i relacjami ze znajomymi. Trudno oddzielić tę tęsknotę za dawnym internetem od pragnienia powrotu do młodości, szczególnie jeśli ten internet był integralną częścią ich dorastania.

    Rok 2016 wcale nie był taki idealny

    Aby zobaczyć drugą stronę medalu, warto zwrócić uwagę, że #BringBack2016 często przedstawia przeszłość w różowych okularach. Rok 2016 nie był bowiem czasem wolnym od problemów. To okres Brexitu, wyboru Donalda Trumpa na prezydenta USA (który rozpoczął kadencję dopiero w 2017 roku), tragicznego zamachu w klubie Pulse w Orlando oraz wielu innych wydarzeń, które nie pasują do obrazu beztroskiego roku. W Polsce wówczas trwał spór dotyczący Trybunału Konstytucyjnego, a społeczne protesty KOD zajmowały centrum uwagi, szczególnie w jesieni, gdy Czarny Protest stał się symbolem oporu. Przypomnę także, że w 2016 roku pożegnaliśmy dwie wielkie muzyczne ikony – Prince’a oraz Davida Bowie.

    Wyidealizowana wizja 2016 roku szybko doczekała się kontrreakcji. Część internautów zaczęła wskazywać na wydarzenia, które zdecydowanie nie pasują do idealnego obrazu roku, wpisując się w narrację o #BringBack2016. W pewnym sensie to doskonały przykład działania internetu: jeden trend niemal natychmiast wywołuje odpowiedź, parodię lub kontrę, a użytkownicy zaczynają dodawać własną narrację do istniejącego kontekstu.

    Kiedyś to było, a teraz to nie ma

    #BringBack2016 mówi prawdopodobnie więcej o roku 2026 niż o 2016. Nie tyle pragniemy, aby powróciły filtry psów ze Snapchata, czy Mannequin Challenge, ale po prostu tęsknimy za internetem, który byłby bardziej spontaniczny, niedoskonały i niezależny od algorytmów.

    Jest duża szansa, że w 2016 roku ja także tęskniłem za rokiem 2006 w podobny sposób, w jaki pokolenie Z tęskni dzisiaj. W ciągu ostatniej dekady przeskok stał się wyraźny. Algorytmy coraz silniej decydowały o tym, co było widoczne w sieci, a generatywna AI dołożyła do tej zmiany nową warstwę. To realna zmiana, której trudno nie dostrzegać. Myślę jednak, że nawet bez tego i tak odczuwalibyśmy tęsknotę za dawnym internetem. Taki już jest urok nostalgii – „kiedyś to było, a teraz tego nie ma”.

    Obrazy: ChatGPT Images 2.0, Unsplash, Depositphotos

  • Ładować telefon do 80% czy 100%? Oto co naprawdę służy baterii

    Ładować telefon do 80% czy 100%? Oto co naprawdę służy baterii

    Jak dbać o baterię smartfona, aby służyła jak najdłużej?


    Wokół ładowania smartfonów narosło wiele mitów. Niektórzy twierdzą, że optymalne jest zatrzymywanie ładowania na poziomie 80 procent, inni zaś bez obaw pozostawiają telefon podłączony do ładowarki do pełna. Rzeczywistość jest jednak bardziej złożona. W przypadku współczesnych baterii litowo-jonowych liczy się nie tylko poziom naładowania, ale także temperatura, sposób użytkowania i czas spędzany na wysokim poziomie naładowania.

    Czy 80 procent to rzeczywiście najkorzystniejszy poziom?

    Obecne smartfony zazwyczaj wyposażone są w akumulatory litowo-jonowe lub litowo-polimerowe, które naturalnie tracą pojemność z biegiem czasu. Im bliżej pełnego naładowania, tym wyższe napięcie panuje w ogniwie, co może przyspieszać degradację baterii. Dlatego długotrwałe utrzymywanie poziomu naładowania blisko 100 procent może negatywnie wpływać na jej żywotność.

    Źródło: Depositphotos

    Z tego powodu producenci telefonów coraz częściej wprowadzają limity ładowania do 80-85 procent. Takie ustawienie może efektywnie wydłużyć żywotność akumulatora, jednak nie można go traktować jako sztywnej zasady. To raczej kompromis między ochroną baterii a czasem pracy urządzenia.

    Jeżeli większość dnia spędzasz w domu lub biurze i masz łatwy dostęp do gniazdka, ograniczenie ładowania może być mądrym rozwiązaniem. Inaczej jest w przypadku podróży lub intensywnego korzystania z telefonu, gdzie dodatkowe 20 procent pojemności może oznaczać wiele godzin działania bez potrzeby szukania ładowarki. Naładowanie telefonu do 90 lub 100 procent od czasu do czasu nie prowadzi do nagłego zużycia baterii, jednak kluczowe jest, aby pełne naładowanie nie było połączone z długotrwałym przegrzewaniem urządzenia.

    Czytaj dalej poniżej


    iPhone Duo: cena smartfona mnie nie zszokowała. Ale inne koszta: owszem

    Temperatura ma większe znaczenie niż 80 procent

    Wysoka temperatura jest jednym z najważniejszych czynników wpływających na kondycję baterii. Smartfon może nagrzewać się podczas ładowania, grania, korzystania z wymagających aplikacji, a także gdy pozostaje w rozgrzanym samochodzie. Regularne narażanie akumulatora na takie warunki może znacząco obniżyć jego żywotność.

    Nie ma również potrzeby, aby specjalnie rozładowywać telefon do zera przed ponownym ładowaniem. Nowoczesne ogniwa nie wymagają pełnych cykli rozładowania, a częste doprowadzanie baterii do całkowitego wyczerpania może wręcz szkodzić jej kondycji.

    Czy ładowanie telefonu przez całą noc jest bezpieczne?

    Współczesne smartfony są wyposażone w zaawansowane układy zarządzania energią, które regulują proces ładowania po osiągnięciu wysokiego poziomu naładowania. Pozostawienie telefonu podłączonego do ładowarki na noc nie oznacza więc nieustannego ładowania ogniwa.

    Najlepiej korzystać z dostępnych funkcji ochrony baterii, unikać narażenia na wysokie temperatury i dostosować poziom ładowania do własnych potrzeb. Osiągnięcie 80 procent może przyczynić się do długotrwałej kondycji akumulatora, ale pełne naładowanie również jest normalnym i bezpiecznym wyborem, gdy zależy nam na maksymalnym czasie pracy. Warto mieć to na uwadze i pamiętać, że niezależnie od tego, jak bardzo dbamy o naszą baterię, z czasem i tak zacznie ona tracić pojemność i nie będzie tak wydajna jak w dniu zakupu.

  • GTA VI za 349 czy 429 zł? Oto, co dostaniesz kupując droższą wersję gry

    GTA VI za 349 czy 429 zł? Oto, co dostaniesz kupując droższą wersję gry

    Premiera GTA VI zbliża się wielkimi krokami. Gra będzie dostępna w dwóch edycjach – Standard oraz Ultimate. Czy warto zainwestować w droższy wariant? Przyjrzyjmy się bliżej.


    Standard czy Ultimate – którą wersję GTA VI wybrać?

    Premiera GTA VI zbliża się dużymi krokami. Gra zadebiutuje już 19 listopada 2026 roku na PlayStation 5 oraz Xbox Series X|S. Zamówienia przedpremierowe już się rozpoczęły, a wraz z nimi pojawił się dylemat: którą wersję wybrać – Standard czy Ultimate? Przyglądamy się, czym różnią się poszczególne edycje GTA VI, jakie są ich ceny oraz na której konsoli najlepiej zagrać w ten długo wyczekiwany tytuł.

    GTA VI Standard – co zawiera i ile kosztuje?

    Standardowa edycja GTA VI jest dostępna w polskim PlayStation Store oraz sklepie Xbox w cenie 349 zł. W tej kwocie otrzymujemy pełną wersję gry. Osoby, które zdecydują się na zakup przed 20 listopada 2026 roku, otrzymają dodatkowo Pakiet Vintage Vice City.

    W skład pakietu wchodzą Vapid Stanier Sedan ’55 oraz garaż, dodatkowe stroje i fryzury, a także ekskluzywny wzór broni. Przy zakupie wersji cyfrowej przed 20 listopada będzie można także skorzystać z bezpłatnego miesiąca GTA+. Jest to płatna subskrypcja od Rockstara, która oferuje dodatkowe korzyści, w tym cykliczne bonusy oraz dostęp do wybranych elementów, które są niedostępne dla innych graczy. Należy jednak pamiętać, że po zakończeniu darmowego okresu subskrypcja odnawia się automatycznie, o ile nie zostanie wcześniej anulowana.

    GTA VI Ultimate – za co dopłacamy 80 zł?

    Ultimate Edition kosztuje 429 zł, co oznacza, że jest droższa o 80 zł w porównaniu do wersji Standard. Rockstar nie zapowiedział w tej edycji osobnego dodatku fabularnego ani dodatkowych misji. Różnice w cenie dotyczą przede wszystkim bonusowych pojazdów, broni, elementów personalizacji oraz innych dodatków powiązanych z historią Jasona i Lucii.

    Czytaj dalej poniżej

    To najdziwniejsza reklama Ikei. Mod do Skyrima z podążającą szafą Kallax

    Wśród dostępnych bonusów znajdują się m.in. Grotti Cheetah ‘95, rewolwery Hawk & Little Morgan, specjalne warianty broni, dodatkowe stroje oraz inne elementy personalizacji postaci. W pakiecie znajdziemy także pojazdy ukryte w kryjówce Jasona, łódź Shitzu Squalo oraz kolekcję klasycznych samochodów. Dodatkowo obejmuje wyniki prac związanych z warsztatami Rideout Customs, One-Eyed Willie’s, salonem Sara’s Unisex Salon, Electric Fang Tattoo Parlor i sklepem Stock 305.

    Warto zaznaczyć, że bonusy nie będą dostępne od razu po rozpoczęciu gry. Zostaną one wplecione w historię Jasona i Lucii, a kolejne elementy będziemy odkrywać wraz z postępami w fabule.

    Standard czy Ultimate? Nie trzeba decydować od razu

    Dla wszystkich, którzy zastanawiają się nad wyborem edycji, oto istotna wiadomość. Posiadacze wersji Standard będą mogli dokupić pakiet Ultimate później.

    Ulepszenie kosztuje obecnie 80 zł, co jest równowartością różnicy cenowej pomiędzy obiema wersjami. Zatem rozpoczęcie od edycji Standard, z możliwością późniejszego przejścia na Ultimate, nie wiąże się z dodatkowymi kosztami.

    Dla większości graczy wariant Standard wydaje się być najbardziej optymalnym wyborem. Za 349 zł otrzymujemy pełną wersję gry, a jeśli dodatkowe elementy, takie jak pojazdy czy broń, będą warte dopłaty (co niebawem zweryfikujemy po premierze, gdy w sieci pojawią się materiały wideo), będziemy mogli je odblokować później.

    GTA VI na PS5 czy Xbox Series X?

    Cena nie pomoże w rozstrzygnięciu tego dylematu. Zarówno edycja Standard, jak i Ultimate kosztują na PlayStation oraz Xbox tyle samo.

    Jednak na korzyść PS5 przemawia kilka dodatkowych argumentów. GTA VI wykorzystuje adaptacyjne triggery oraz efekty dotykowe oferowane przez kontroler DualSense, a także jego wbudowany głośnik i technologię Tempest 3D AudioTech. Gra została również oznaczona jako PS5 Pro Enhanced, chociaż na razie nie przedstawiono szczegółowych informacji na temat ulepszeń dla PS5 Pro.

    Na oficjalnej stronie GTA VI widnieje także oznaczenie „Plays Best On PlayStation 5”. Nie oznacza to jednak, że potwierdzono wyższą rozdzielczość lub płynność w porównaniu do Xbox Series X. Jak na razie wiadomo jedynie, że wiąże się to z opisanymi wcześniej funkcjami – wsparciem dla adaptacyjnych triggerów, wbudowanego głośnika kontrolera oraz Tempest 3D AudioTech, czego nie zapewni wersja na Xbox.

    A co z Xbox Series S?

    GTA VI trafi również na Xbox Series S. Rockstar oficjalnie wymienia tańszą konsolę Microsoftu obok Series X jako jedną z obsługiwanych platform.

    Nie wiadomo jednak jeszcze, jakie będą różnice w grafice i wydajności. Brak oficjalnych danych, które pozwalają na rzetelne porównanie wersji na Series S, Series X, PS5 i PS5 Pro.

    Pudełko GTA VI bez płyty

    Rockstar przygotował również nietypowe „wydanie fizyczne” swojego flagowego tytułu. Wielu graczy może być rozczarowanych, gdyż w pudełku nie znajdziemy żadnej płyty. Wygląda na to, że kopię GTA VI nie będzie można więc odsprzedać, pożyczyć ani kupić z drugiej ręki z działającą licencją. Zamiast płyty otrzymamy kod umożliwiający pobranie cyfrowej wersji gry. Sprzedaż ruszy 12 listopada, czyli tydzień przed premierą, aby umożliwić wcześniejsze pobranie danych.

    Pudełko będzie dostępne wyłącznie w edycji Standard. Po wykorzystaniu kodu będzie jednak możliwe dokupienie cyfrowego ulepszenia do wersji Ultimate. Mimo fizycznego opakowania, sama gra pozostaje produktem cyfrowym i wymaga pobrania po aktywowaniu odpowiedniego kodu.

    GTA VI Standard czy Ultimate – którą wersję kupić?

    Większość graczy prawdopodobnie zdecyduje się na GTA VI Standard za 349 zł (chyba że niedoceniam pasji fanów serii Grand Theft Auto i wszyscy będą rzucać się na dodatkowe bonusy). To po prostu rozsądniejszy wybór, zwłaszcza że po premierze wciąż będzie można dokupić dodatki, wydając dokładnie tę samą sumę pieniędzy.

    Wariant Ultimate ma sens przede wszystkim dla najbardziej oddanych fanów gry, którzy już teraz wiedzą, że muszą mieć dodatkowe samochody, broń, ubrania i inne elementy zawarte w tej edycji.

    Wybór między PS5 a Xbox Series X jest mniej oczywisty. Ceny i podstawowa zawartość są identyczne. PS5 wyróżnia się wykorzystaniem funkcji DualSense, Tempest 3D oraz oznaczeniem PS5 Pro Enhanced. Z oceną różnic w grafice i wydajności najlepiej jednak poczekać na rzetelne testy obu wersji.

  • 9 filmów, dla których tej jesieni warto wybrać się do kina

    9 filmów, dla których tej jesieni warto wybrać się do kina

    Na co warto wybrać się do kina jesienią 2026 roku? Od września do listopada czekają nas wielkie powroty, głośne polskie produkcje, horrory oraz naprawdę mocne blockbustery.


    Na co iść do kina? Jesień 2026 – największe premiery od września do listopada

    Jesienna aura zachęca do spędzenia kilku godzin w zaciemnionej sali kinowej zamiast na spacerach. Dla miłośników mainstreamowych filmów najbliższe dwa miesiące przyniosą wiele premier, które warto mieć na uwadze. Od września do listopada na ekranach polskich kin zobaczymy m.in. nową odsłonę „Resident Evil”, kolejny film na podstawie „Lalki” Bolesława Prusa, najnowszą produkcję Alejandro G. Iñárritu, horror osadzony w uniwersum DC, kontynuację „Godzilli Minus One” oraz nowe „Igrzyska śmierci”.

    Zapoznaj się z premiery kinowe, które szczególnie warto obserwować w jesieni 2026 roku.

    Totalna magia 2 – 11 września

    Milenialsi będą w szoku! Sandra Bullock i Nicole Kidman po niemal trzech dekadach ponownie wcielają się w Sally i Gillian Owens. „Totalna magia 2” kontynuuje historię filmu z 1998 roku.

    Reżyserką jest Susanne Bier, a wśród aktorów obok Bullock i Kidman występują m.in. Joey King, Maisie Williams oraz Lee Pace. Powracają także ciotki grane przez Dianne Wiest i Stockard Channing. Magia, rodzinne klątwy i jesienna atmosfera sprawiają, że to idealny czas na powrót tej serii.

    Resident Evil – 18 września

    Uniwersum Resident Evil przechodzi kolejny reset. Nowy film nie jest kontynuacją serii z Millą Jovovich ani „Resident Evil: Witajcie w Raccoon City”. Powracamy do początku historii o wirusie uwolnionym w laboratoriach Umbrella. Za kamerą stanął Zach Cregger, reżyser takich produkcji jak „Barbarzyńcy” i „Zniknięcia”.

    Głównym bohaterem filmu jest Bryan, kurier medyczny grany przez Austina Abramsa, który podczas jednej z nocnych dostaw zostaje uwikłany w koszmar epidemii. Sony zapowiada zupełnie nową historię osadzoną w świecie Resident Evil, co stanowi jedną z najbardziej oczekiwanych premier września dla fanów horroru.

    Lalka – 30 września

    Jedna z najgłośniejszych polskich premier roku zobaczy światło dzienne tuż przed końcem września. Nową ekranizację powieści Bolesława Prusa reżyseruje Maciej Kawalski. Rolę Stanisława Wokulskiego zagra Marcin Dorociński, a Izabelę Łęcką – Kamila Urzędowska. Po 16 latach nieobecności na ekranie wraca także Marek Kondrat, który wciela się w Ignacego Rzeckiego.

    Lista znanych nazwisk jest długa. W obsadzie pojawiają się także Andrzej Seweryn, Agata Kulesza, Krystyna Janda, Maja Komorowska, Borys Szyc i Dawid Ogrodnik. Co interesujące, dwa tygodnie wcześniej na Netflixie zadebiutuje serial „Lalka”, co sprawia, że październik upłynie pod znakiem nieustannej dyskusji na temat tej adaptacji.

    Digger – 9 października

    Muszę przyznać, że nie od razu poznałem go w zapowiedzi, ale nie możemy zapominać, że Tom Cruise ma już 64 lata, a my wciąż pamiętamy go z „Mission: Impossible” i „Top Guna”. W filmie Alejandro G. Inarritu zobaczymy go w zupełnie innej roli. Samo połączenie tego aktora z tym reżyserem sprawia, że „Digger” znajduje się na liście najbardziej intrygujących premier tej jesieni.

    Cruise wciela się w Diggera Rockwella – wpływowego człowieka, który stara się przekonać świat, że może uratować ludzkość przed katastrofą, którą sam wywołał. Film łączy dramat z komedią, a obok Cruise’a występują Sandra Huller, Riz Ahmed, Jesse Plemons i John Goodman.

    The Social Reckoning – 9 października

    Tego samego dnia na ekrany trafi „The Social Reckoning: W sieci konsekwencji”. Aaron Sorkin powraca do tematu Facebooka 16 lat po „The Social Network”, za który otrzymał Oscara za najlepszy scenariusz adaptowany.

    Fabuła koncentruje się na Frances Haugen, byłej pracownicy Facebooka oraz dziennikarzu „The Wall Street Journal”, Jeffie Horwitzu, który ujawnia tzw. Facebook Files. Mikey Madison gra Haugen, Jeremy Allen White wciela się w Horwitza, a Jeremy Strong jako Mark Zuckerberg. To nie tyle sequel „The Social Network”, co nowy rozdział historii o Facebooku i jego wpływie na społeczeństwo, inspirowany prawdziwymi wydarzeniami.

    Clayface – 28 października

    Pod koniec października DC podejmuje ryzyko, prezentując coś mniej oczywistego niż klasyczne superbohaterskie widowisko. „Clayface” to horror, którego głównym bohaterem jest Matt Hagen – mężczyzna przechodzący makabryczną przemianę w tytułowego Clayface’a.

    Toma Rhys Harries w roli głównej. Polska premiera zaplanowana jest na 28 października, zaledwie trzy dni przed Halloween, co z całą pewnością nie jest przypadkowym terminem.

    Godzilla Minus Zero – 6 listopada

    Jeśli „Godzilla Minus One” przypadła Wam do gustu, to 6 listopada warto ponownie odwiedzić kino. „Godzilla Minus Zero” jest bezpośrednią kontynuacją japońskiego hitu, który zdobył Oscara za efekty specjalne.

    Za scenariusz i reżyserię znów odpowiada Takashi Yamazaki. Powracają Ryunosuke Kamiki jako Koichi Shikishima i Minami Hamabe jako Noriko Oishi. Akcja rozgrywa się dwa lata po wydarzeniach z poprzedniego filmu, przenosząc nas ponownie do powojennej Japonii.

    Ebenezer Scrooge. Opowieść wigilijna – 13 listopada

    Połowa listopada to idealny moment na wprowadzenie świątecznego klimatu do repertuaru kin. Jedną z największych premier tego okresu będzie nowa adaptacja „Opowieści wigilijnej” Charlesa Dickensa.

    Ebenezera Scrooge’a gra Johnny Depp, a reżyserem jest Ti West, znany z horrorowej trylogii „X”, „Pearl” i „MaXXXine”. W obsadzie znajdują się także Ian McKellen, Daisy Ridley, Rupert Grint i Andrea Riseborough. Nowa „Opowieść wigilijna” z tak gwiazdorską obsadą i reżyserem bez wątpienia może zaskoczyć.

    Igrzyska śmierci: Wschód słońca w dniu dożynek – 20 listopada

    To prawdopodobnie największa blockbusterowa premiera listopada. „Igrzyska śmierci: Wschód słońca w dniu dożynek” przenosi nas o 24 lata wstecz względem wydarzeń znanych z pierwszej części serii i pokazuje młodość Haymitcha Abernathy’ego. Po „Balladzie ptaków i węży” trudno przewidzieć sukces, ale z pewnością film również zostanie obejrzany.

    Haymitch zostaje wybrany do udziału w 50. Głodowych Igrzyskach, na które trafi dwukrotnie więcej trybutów. W głównej roli wystąpi Joseph Zade, a młodszego Coriolanusa Snowa zagra Ralph Fiennes. Ponownie za kamerą stanie Francis Lawrence, odpowiedzialny za większość wcześniejszych filmów z serii.

  • Takiego urządzenia w ofercie Apple jeszcze nie było. Ten ruch ma sens

    Takiego urządzenia w ofercie Apple jeszcze nie było. Ten ruch ma sens

    Apple przez lata trzymało Beats w cieniu, ale wygląda na to, że wreszcie znalazło dla marki nową rolę. Jej charakterystyczne „B” może wkrótce pojawić się na gamingowym akcesorium.


    Od momentu przejęcia Beats przez Apple następował powolny downgrade tej niegdyś niezwykle popularnej marki. Za rządów Tima Cooka urządzenia Beats kojarzyły się głównie ze średniopółkowymi słuchawkami i ewentualnie z głośnikami. Apple dokładało wszelkich starań, by utrzymywać Beats na kroplówce w taki sposób, aby z jednej strony nie dać o niej zapomnieć, a z drugiej, by nie kanibalizować priorytetowych urządzeń z nadgryzionym jabłkiem. Wygląda jednak na to, że Apple w końcu obrało strategię i ma plan dla Beats. Być może wkrótce zobaczymy gamingowe akcesorium z charakterystycznym „B”.

    Beats zmienia swoją rolę w ekosystemie Apple

    Przełom w podejściu do marki Beats pojawił się w 2024 roku, kiedy to Apple wypuściło serię etui do iPhone’a 16. Rok później do oferty Apple dołączyły różne rodzaje etui dedykowane kolejnej generacji smartfonów, a towarzyszyły im kolorowe, plecione przewody USB-C. Stało się jasne, że Beats ma być dla Apple powiewem luźnego, lifestylowego, być może nawet nieco młodzieżowego powietrza. To pozytywny kierunek, ponieważ pozycję muzycznych flagowców Apple zajmuje seria słuchawek AirPods, a dla Beats w tym kontekście po prostu brakuje miejsca.



    Oczywiście nie oznacza to, że nie zobaczymy już żadnych słuchawek od Beats – wręcz przeciwnie. Na horyzoncie majaczą już niezapowiedziane jeszcze, ale noszone między innymi przez Lamine’a Yamala czy Antonee Robinsona słuchawki w różnych, kolorowych wariantach. To potwierdza teorię, że Beats ma być marką młodego pokolenia, które pasjonuje się grami mobilnymi. A skoro uwielbiają oni granie na smartfonie, to pojawiłoby się zapotrzebowanie na dedykowany kontroler. Mark Gurman twierdzi, że wkrótce zostanie on zaprezentowany pod marką Beats.

    Kontroler do gier od Apple? To możliwe

    Apple od lat stara się przełamać stereotyp, że sprzęt z nadgryzionym jabłkiem nie nadaje się do grania. Deweloperzy wypuszczają coraz więcej gier skrojonych pod macOS i chipy z serii M, a iPhone’y są już w stanie uruchomić produkcje takie jak Death Stranding czy Assassin’s Creed Mirage. Pozostaje jednak kwestia dedykowanych akcesoriów, którymi Apple dotychczas się nie interesowało. Na oficjalnej stronie producenta można zakupić takie urządzenia jak SteelSeries Nimbus Dual-Mode Cloud, czyli dwutrybowy kontroler do gier, ale to wciąż akcesorium zewnętrznej firmy. Mark Gurman w najnowszym wydaniu newslettera podkreśla, że Apple chce wprowadzić własny kontroler – co potwierdza wcześniejsze przecieki.

    Czytaj dalej poniżej


    Słuchawki open ear to wybawienie. Przerzuciłem się pół roku temu i nie zamierzam wracać


    Razer Kishi / Źródło: Apple

    Informacje te nie pojawiły się znikąd – w kodzie wersji beta systemu macOS znaleziono dane dotyczące dwóch kontrolerów (oznaczonych jako T6502 i T1057), wyposażonych w krzyżak, analogi oraz silniki haptyczne – wspomniano również o możliwym akcelerometrze i żyroskopie. Gurman wskazał, że nad projektem pracują osoby związane z marką Beats, jednak na tym etapie to wszystkie dostępne informacje.

    Można przypuszczać, że kontrolery będą przeznaczone do urządzeń mobilnych – ich konstrukcja może przypominać Razer Kishi, czyli szeroko rozstawione uchwyty z miejscem na smartfona pośrodku. Jeśli chodzi o klasyczne kontrolery, trudno będzie konkurować z DualSense czy padami do Xboxa, które są kompatybilne z urządzeniami Apple i często są promowane jako domyślne dla wszystkich graczy aplikujących się do mobilnego grania.

    Możliwe, że projektowany kontroler będzie miał hybrydową konstrukcję, podobną do SteelSeries Nimbus Dual-Mode Cloud, co pozwoliłoby na wykorzystanie gamingowego potencjału nowego Apple TV, które powinno zadebiutować jeszcze tej jesieni. Na razie to jednak tylko spekulacje, ale jedno jest pewne – marka Beats nie idzie w zapomnienie. Z dotychczasowego brandu stricte muzycznego przekształca się w narzędzie, które pozwoli Apple dotrzeć do szerszej grupy odbiorców.

  • Niespodzianka. Oto, jak zainstalować Windows 11 bez Internetu i konta Microsoft

    Niespodzianka. Oto, jak zainstalować Windows 11 bez Internetu i konta Microsoft

    Jedno z dostępnych miejsc w instalatorze systemu Windows umożliwia stworzenie konta lokalnego bez konieczności logowania się na konto Microsoft. Udało się to zrealizować w wersji Home, jednak na chwilę obecną nie wiadomo, czy metoda ta będzie działać we wszystkich wariantach „okienek”.

    Entuzjasta systemu Windows, Bob Pony, opisał interesującą metodę na pominięcie konta Microsoft podczas uruchamiania nowego komputera. Wystarczy jedynie wybrać konkretny odsyłacz, aby kreator przeszedł do konfiguracji lokalnej. Cały proces odbywa się w interfejsie pierwszego uruchomienia, zwanym OOBE. Metoda jest na tyle prosta, że nie wymaga użycia skryptów ani wpisywania skomplikowanych poleceń, jak miało to miejsce wcześniej. Fascynujące jest to, że Microsoft, pomimo licznych poprawek, wciąż pozwala na takie rozwiązania. Co więcej, użytkownicy mają możliwość skonfigurowania systemu bez logowania do konta Microsoft oraz bez potrzeby dostępu do Internetu.

    Jak zainstalować Windows 11 bez połączenia z Internetem i logowania do konta Microsoft?

    Wspomniany OOBE to kreator, który prowadzi użytkownika od momentu uruchomienia instalatora do pełnego pierwszego uruchomienia Windows 11, w tym konfiguracji konta. W opisywanej metodzie należy dotrzeć do ekranu logowania i znaleźć odsyłacz „Dowiedz się więcej”, umieszczony pod dostępnymi opcjami. To jedna, bardzo prosta rzecz, która otwiera drogę do dalszej konfiguracji z lokalnym kontem, bez podawania danych konta Microsoft.

    Trudno powiedzieć, czy ta metoda będzie działać w Windows 11 Pro, dlatego na razie możemy traktować ją jako ciekawostkę. Należy przyznać, że ta furtka jest na tyle prosta, że aż szokująca. Dziwi, że dowiadujemy się o tym dopiero teraz.

    Microsoft wciąż wymaga konta podczas konfiguracji

    Informacja ta obiegła świat Windowsa po nacisku oraz wprowadzeniu serii zmian, które utrudniały pomijanie logowania podczas pierwszego uruchomienia Windows 11. Wcześniejsze metody polegały m.in. na korzystaniu z poleceń w wierszu poleceń, których działanie Microsoft z czasem ograniczał. Firma wielokrotnie zapowiadała eliminację możliwości tworzenia kont lokalnych, przedstawiając nieco niejasne powody, takie jak obawy, że obejścia mogą prowadzić do pominięcia ważnych ekranów ustawień, zostawiając urządzenie nie w pełni skonfigurowanym lub zabezpieczonym.

    Czytaj dalej poniżej

    Microsoft szykuje rewolucję. Aż 9 poprawek jednej funkcji

    Obecnie wymagania systemu Windows 11 wskazują m.in. na konieczność połączenia z Internetem oraz użycia konta Microsoft podczas pierwszej konfiguracji wersji Home oraz Pro dla komputerów osobistych. Stawiam na to, że Microsoft wkrótce ograniczy również tę wymóg.

    Konto lokalne – dla wielu użytkowników to Graal

    Nie dziwi mnie to. Jako użytkownicy powinniśmy mieć kontrolę nad tym, co Microsoft wie o nas. Telemetria powiązana z kontem w infrastrukturze firmy umożliwia jej zbieranie danych. Konto lokalne jest pewnym kompromisowym rozwiązaniem. Natomiast konto Microsoft ułatwia synchronizację ustawień i plików oraz korzystanie z usług firmy na różnych urządzeniach. Nie każdy z tego korzysta i ma do tego prawo.

    Czytaj również: Windows 11 z gigantyczną luką po jednym dniu od rekordowej aktualizacji. Witajcie w przyszłości

    Nie wszyscy są zadowoleni z tego, że Microsoft umożliwia przejście na konto lokalne w ustawieniach, ale dopiero po wcześniejszym zalogowaniu się do konta w jego infrastrukturze w OOBE. Odkrycie Boba Pony’ego przywraca coś, co w Windows 11 powinno być dostępne od samego początku i nie powinno być nikomu odbierane. Niestety, Microsoft określił, że chce zwiększyć liczbę kont Microsoft poprzez Windows 11 i używa do tego różnych kontrowersyjnych metod, które są źle odbierane przez użytkowników.

  • Skąd astronauci wezmą domy na Marsie? Z drukarki 3D

    Skąd astronauci wezmą domy na Marsie? Z drukarki 3D

    Zaledwie odrobina piasku, żelatyny oraz zmodyfikowanych drożdży po liofilizacji już daje wytrzymałość na ściskanie porównywalną z niskiej klasy betonem – aczkolwiek wciąż pozostaje to betonem. Naukowcy dążą teraz do zastosowania tej technologii do druku 3D na Marsie, choć dotychczas udało im się wyprodukować jedynie prototypy wielkości korka do wina.

    Naukowcy z Uniwersytetu Nauki i Technologii w Hongkongu opracowali nowatorski materiał budowlany, w którego utwardzaniu wykorzystywane są składniki, które zazwyczaj utrudniają proces budowy. Tworzywo to opiera się na połączeniu ziaren mineralnych z biologicznym spoiwem oraz wykorzystaniu mrozu i niskiego ciśnienia do usunięcia wody. Wyniki tych badań zostały już opublikowane w czasopiśmie Chem Circularity, a jak na razie jest to jedynie demonstrator, który pozwala ocenić potencjał receptury oraz możliwość drukowania małych konstrukcji.

    Od drożdży do ziaren piasku

    Surowiec w formie ziaren, takich jak piasek, zapewnia odpowiednią masę i strukturę, ale do utrzymania kształtu wymaga skutecznego kleju (szczególnie w warunkach marsjańskich). Na Marsie użycie tradycyjnych materiałów budowlanych nie jest proste. W recepturze zastosowano odpowiednie ilości żelatyny oraz zmodyfikowanych drożdży, na powierzchni których rozwijają się silnie przyczepne białka. Niektóre z tych białek inspirowane są rozwiązaniami znanymi z organizmów morskich, takich jak małże, które potrafią przylegać do skał pod wodą. Biologia często stanowi doskonałe źródło inspiracji dla naukowców.

    Jaką rolę odgrywa żelatyna? Stanowi ona spoiwo, które łączy składniki oraz zapewnia komórkom środowisko sprzyjające wzrostowi. Dzięki temu lokalne ziarna piasku mogłyby zastąpić materiały transportowane z Ziemi, co jest nie tylko kosztowne, ale i logistycznie skomplikowane. Na Marsie liczy się każdy zaoszczędzony kilogram.

    Badacze inspiracje czerpali także z natury. Na przykład, owoce po liofilizacji stają się twardsze. Proces ten polega na suszeniu zamrożonego materiału w niskim ciśnieniu, co powoduje sublimację lodu na parę wodną, omijając stan ciekły. Wilgotna masa przechodzi przez dyszę drukarki 3D, a następnie zamarza i traci wodę, tworząc materialne struktury z mikroskopijnymi porami, co sprawia, że gotowy produkt przypomina lekką, sztywną piankę. Na Ziemi konieczne są zaawansowane urządzenia do wytworzenia takich specyficznych warunków, natomiast marsjańskie środowisko może naturalnie dostarczyć części z nich.

    Czytaj dalej poniżej

    Naukowcy przewidzą trzęsienia Ziemi. Oto nasz nieoczekiwany sprzymierzeniec

    Nie przypomina szklanych domów

    A tak czasem wyobrażano sobie nasze życie na Marsie. Rzeczywistość obecnie jest nieco bardziej przyziemna i mniej spektakularna. Dotychczasowe prototypy mają jedynie 45 mm wysokości i 30 mm szerokości, co oznacza, że są to niewielkie konstrukcje – porównywalne z końcówką małego palca. Testy druku przeprowadzono w temperaturze -30°C i ciśnieniu około 1 kPa, co odpowiada około 1/100 ciśnienia atmosferycznego na poziomie morza. Materiał osiągnął wytrzymałość na ściskanie wynoszącą 10-12 MPa, co odpowiada wytrzymałości niskiej klasy betonu. Jednak ten parametr opisuje jedynie odporność na zgniatanie i nie świadczy o ogólnej wytrzymałości budowli.

    Naukowcy zauważają, że taka wytrzymałość wystarczyłaby do wzniesienia na Ziemi budynku o jednej lub dwóch kondygnacjach. Przy słabszej grawitacji na Marsie możliwe byłoby także budowanie konstrukcji wielokondygnacyjnych. Mniejsza masa własna, za sprawą słabszej grawitacji, nie rozwiązuje jednak wszystkich problemów. Ważne jest, aby sprawdzić szczelność konstrukcji oraz jej odporność na promieniowanie. Nie wiemy na razie, czy taki porowaty materiał w ogóle zapewni odpowiednią ochronę. Można przypuszczać, że nie podoła temu zadaniu samodzielnie.

    Energia na Marsie ma kluczowe znaczenie

    Autorzy badania zwracają uwagę na kolejny istotny aspekt: nie ma potrzeby podgrzewania mineralnego surowca do bardzo wysokich temperatur, aby proces spajania przebiegł pomyślnie. Część konkurencyjnych metod budowy na Księżycu czy Marsie wymaga bowiem technologii, które są niezwykle energochłonne. Biorąc pod uwagę niskie temperatury panujące na Marsie, warunki mrozu i niskiego ciśnienia mogą być wykorzystane, aby uzyskać trwały materiał bez kosztownego procesu energetycznego. Potencjalne oszczędności są nie zbiedne, biorąc pod uwagę wyzwania związane z budowaniem baz na Marsie. Osoby przybywające na tę planetę będą musiały stawić czoła problemom z pozyskiwaniem energii. Niemniej jednak: same drukarki i procesy wspierające wzrost drożdży również będą potrzebować energii, choć w mniejszych ilościach niż generowanie ciepła.

    Czytaj również: Sensacja na Marsie. Wykryto gigantyczną anomalię

    Użycie biologicznego spoiwa otwiera również możliwości recyklingu niepotrzebnych elementów budowlanych. Odzyskane żywe drożdże mogłyby być namnażane w bioreaktorach i wykorzystywane w kolejnych budowach. Nie mamy jednak pewności, czy zastosowane mikroorganizmy przetrwają w trudnych warunkach marsjańskich. Istotne pytanie brzmi, czy uda się osiągnąć złożoną skalę druku 3D na tyle, aby stworzyć dom, nawet jeśli miałby przypominać nieco brzydkie gniazdo os. Zdecydowanie lepszy taki dom niż żaden, szczególnie w tak nieprzyjaznym otoczeniu, jakim jest marsjańska powierzchnia.

  • Skradziono ci telefon? Tak zabezpieczysz dane i konta przed złodziejem

    Skradziono ci telefon? Tak zabezpieczysz dane i konta przed złodziejem

    Jak zabezpieczyć telefon przed kradzieżą? Te sposoby ochronią nasze dane.

    Po kradzieży telefonu, gdy nie są skonfigurowane odpowiednie zabezpieczenia, możliwości ochrony naszych danych są znacznie ograniczone. Jak zatem zadbać o to, żeby nasz telefon i informacje były bezpieczne w razie попадnięcia w niepowołane ręce? Istnieje kilka funkcji, które mogą okazać się niezwykle pomocne w takiej sytuacji.

    Włącz to teraz. Złodziej nie przejmie telefonu

    Współczesne telefony mogą działać jak cyfrowe twierdze, skutecznie broniąc dostępu osobom nieupoważnionym, w tym potencjalnym złodziejom. Paradoksalnie, nie chodzi jedynie o wartość samego urządzenia, lecz o to, co kryje jego pamięć. Mowa tu o rozmaitych loginach, prywatnych informacjach, danych dostępowych do banków, mediów społecznościowych, a nawet tokenach weryfikacyjnych do istotnych aplikacji i kont. W dzisiejszych smartfonach znajduje się mnóstwo danych niezbędnych w codziennym życiu, zarówno osobistym, jak i zawodowym. Warto więc poświęcić chwilę na skonfigurowanie wszystkich dostępnych zabezpieczeń. Inwestycja czasu, nawet 15 minut, może zaowocować w przyszłości, jeśli ktoś spróbuje uzyskać dostęp do naszego urządzenia.

    Jak dochodzi do kradzieży? Okazuje się, że coraz mniej przestępców decyduje się na kradzież telefonu „w ciemno”, więc wprost z dłoni czy kieszeni przypadkowo napotkanej osoby. Częściej stosują obserwację, która ma na celu poznanie kodu PIN służącego do odblokowania ekranu. Dopiero po zdobyciu tej kombinacji, złodziej może uzyskać dostęp do samego urządzenia. Dlatego niezwykle istotne jest korzystanie z dodatkowych zabezpieczeń, jak biometryka. Skanowanie twarzy, siatkówki czy odcisku palca to naprawdę solidna blokada.

    Jakie zaawansowane systemy antykradzieżowe znajdziemy w popularnych systemach operacyjnych?

    Czytaj dalej poniżej

    Jak nie dać się oszukać? Blokada transakcji to tylko jeden sposób

    Android

    • Blokada po wykryciu kradzieży – sztuczna inteligencja i sensory ruchu w telefonie są w stanie wykryć nagły ruch wskazujący na przejęcie urządzenia przez osobę niepożądaną. Wówczas dochodzi do natychmiastowej blokady ekranu;
    • Blokada offline – włączenie autentycznej blokady urządzenia w sytuacji braku połączenia z internetem (np. po wyjęciu karty SIM lub uruchomieniu trybu samolotowego);
    • Zdalna blokada numerem telefonu – możliwość zdalnego, na przykład przez serwis internetowy, zablokowania urządzenia przy pomocy zaufanego numeru telefonu;
    • Weryfikacja tożsamości w określonych miejscach – zmiany ustawień, dostęp do konkretnych aplikacji czy wykonanie określonych działań mogą wymagać dodatkowej weryfikacji (weryfikacja dwuetapowa), na przykład konieczności użycia odcisku palca – sam PIN może okazać się niewystarczający;

    iOS

    • Biometria przy wyświetlaniu wrażliwych danych – na przykład przed wyświetleniem pęku kluczy i innych istotnych informacji;
    • Opóźnienie zabezpieczające – zmiana hasła Apple ID, wyłączenie lokalizatora czy zmiana kodu blokady z zaufanej lokalizacji wymaga autoryzacji biometrycznej;

    Podstawowa higiena cyfrowa w telefonie

    Przed wystąpieniem najgorszego, warto odpowiednio przygotować swój telefon na ewentualną kradzież. Oto kilka kluczowych kwestii, o których należy pamiętać:

    • PIN do karty SIM – warto go ustawić, ponieważ uniemożliwi korzystanie z karty po jej przełożeniu do innego telefonu;
    • Ukrywanie treści powiadomień na zablokowanym ekranie – aby nie ujawniać kluczowych informacji (np. kodów weryfikacyjnych) bez odblokowania telefonu;
    • Unikanie 4-cyfrowych PIN-ów – lepiej korzystać z 6-cyfrowych lub, jeszcze lepiej, z zaawansowanych haseł oraz biometrii i uwierzytelniania dwuetapowego;
    • Korzystanie z konta umożliwiającego zlokalizowanie zgubionego lub skradzionego telefonu;

    Lepiej zapobiegać, niż później żałować. W dzisiejszych czasach nasze telefony zawierają mnóstwo wrażliwych danych, dostępów do aplikacji i haseł, które są wykorzystywane online. Sam telefon, nawet drogi, nie jest wartościowym łupem dla złodzieja. Liczą się płatności zbliżeniowe i dane dostępowe. Ich utrata może nas kosztować krocie.

  • Odzyskaj 8 GB w telefonie. Prosty trik ratuje pamięć

    Odzyskaj 8 GB w telefonie. Prosty trik ratuje pamięć

    Jak zdobyć dodatkowe gigabajty miejsca na telefonie? Ten trik zwolni nawet 8 gigabajtów pamięci.

    W przypadku telefonów, które nie obsługują kart pamięci, każdy gigabajt przestrzeni staje się cenny. W dzisiejszych czasach nowoczesne systemy operacyjne zajmują wiele pamięci, ale istnieją skuteczne metody, aby zwolnić kilkanaście gigabajtów miejsca. W tym artykule przedstawiamy prosty trik, który pozwoli odblokować nawet 8 GB na Twoim urządzeniu. Co istotne, działa to zarówno na systemie Android, jak i iOS.

    Adrien; Unsplash

    Funkcje, które pożerają pamięć w smartfonie

    Współczesne telefony to prawdziwe arcydzieła technologii, pełne różnorodnych funkcji. Niemniej jednak, w porównaniu do starszych modeli, istnieją poważne ograniczenia, takie jak brak możliwości rozszerzenia pamięci za pomocą kart microSD. Pomimo że fabrycznie zainstalowana pamięć jest szybka, jej ograniczenia mogą być dość frustrujące. Kupując telefon, jesteśmy skazani na wybór wariantów pamięciowych oferowanych przez producenta, co oczywiście ma wpływ na cenę urządzenia. Zwykle możemy zdecydować się na wersję 128 lub 256 GB, podczas gdy wariant 512 GB może być poza naszym zasięgiem. Dodatkowo, aplikacje, aktualizacje systemowe oraz różnorodne funkcje domyślne zdecydowanie absorbują sporo przestrzeni.

    Jednym z głównych „pożeraczy” pamięci jest rosnąca popularność lokalnych narzędzi sztucznej inteligencji. Na przykład Android, z aktualizacją Gemini od Google, zdecydowanie wprowadza wiele przydatnych funkcji, ale tym samym zajmuje sporo miejsca. Często, nawet nieświadomie, tracimy cenne gigabajty – co staje się problematyczne, zwłaszcza w modelach z minimalną pamięcią. Na przykład systemowy komponent AI Core w Androidzie, odpowiedzialny za tłumaczenia, transkrypcje i korekty, może zająć aż około 6 GB. Jak to wygląda w systemie iOS? Według danych portalu 15min.lt, testy wykazały, że lokalne modele AI (np. dla Narzędzi pisarskich i Siri) mogą zajmować do 7.58 GB.

    Brakuje miejsca w telefonie? Zmień to ustawienie

    Na szczęście nie musimy godzić się na regularne zmniejszanie dostępnej przestrzeni przez lokalne funkcje sztucznej inteligencji. W końcu, pozbycie się 7 czy 8 gigabajtów w telefonie z 128 GB pamięci to poważna strata. Wystarczy zmienić jedno proste ustawienie, aby odzyskać tę przestrzeń. Dla użytkowników Androida (wersja od 14 w górę) polecamy:

    • Wejść w Ustawienia
    • Odnaleźć opcję Aplikacje
    • Aktywować opcję „Pokaż aplikacje systemowe”
    • Znaleźć AICore
    • Kliknąć „Wymuś zatrzymanie”, następnie „Wyłącz”, a w menu trzech kropek wybrać „Odinstaluj aktualizacje”

    Dla użytkowników iOS (modele z obsługą Apple Intelligence, np. iPhone 16 Pro):

    • Wchodzimy w Ustawienia
    • Wybieramy Apple Intelligence i Siri
    • Dezaktywujemy główny przełącznik Apple Intelligence
    • Restartujemy urządzenie (system stopniowo usunie lokalne dane)

    Tym sposobem pozbędziemy się zbędnych gigabajtów pamięci, które lokalne AI zajmowało bez naszej wiedzy. Jeśli korzystasz z tych funkcji i posiadasz bardziej pojemne warianty pamięciowe, wprowadzenie tych zmian może nie być konieczne. Osobiście traktuję to jako działanie w sytuacji kryzysowej, gdy naprawdę potrzebuję dodatkowej przestrzeni. Jako posiadacz iPhone’a z najmniejszą wersją pamięci, skutecznie „rozbudowuję” swoje zasoby dzięki chmurze od Apple. Usługa iCloud działa bardzo dobrze, synchronizując moje zdjęcia i filmy, które gromadzę podczas podróży i różnych wydarzeń. Na szczęście przed kolejną wycieczką nie muszę przetrząsać galerii, by usunąć zbędne pliki – wszystko jest zsynchronizowane z chmurą, co de facto nie zajmuje miejsca na moim urządzeniu, mimo że mam do tych plików dostęp przez internet. To nie to samo co zapis na fizycznym nośniku (np. karcie microSD), ale w obecnych czasach to najlepsze rozwiązanie.

  • YouTube to ściek. Nie próbuj oglądać shortsów bez zalogowania

    YouTube to ściek. Nie próbuj oglądać shortsów bez zalogowania

    YouTube od dłuższego czasu zapowiada walkę z niskiej jakości treściami, szczególnie tymi wygenerowanymi przez sztuczną inteligencję. Do tej pory jednak nie zauważono żadnych znaczących efektów.


    Problem z treściami generowanymi przez AI narasta. Niestety, nawet najbardziej wytrawne oko nie jest w stanie wychwycić wszystkich produktów sztucznej inteligencji, a realia wskazują na to, że ta trudna sytuacja staje się naszą codziennością. Z każdym dniem przybywa algorytmów AI, a możliwość rozpoznawania ich tworów maleje.

    YouTube już od kilku miesięcy zapowiada kroki w celu uporządkowania zalewu treści generowanych przez sztuczną inteligencję, jednak dotąd nie zaobserwowano żadnych zmian, które dostrzegłby przeciętny użytkownik. Platforma może prowadzi testy albo wprowadza oznaczenia, ale w praktyce Shorts bez konta przypomina cyfrowe wysypisko, na które ktoś wylewa całe pokłady niskiej jakości treści. To, co zobaczyłem kilka tygodni temu, przekroczyło jednak moje najśmielsze oczekiwania.

    YouTube zalany treściami AI, jeśli nie masz konta

    Podczas wakacyjnej podróży z rodziną, gdzie w busie znajdowało się 9 osób, a jazda trwała ponad 10 godzin, nic dziwnego, że młodsi pasażerowie zaczęli się nudzić i przeglądać YouTube na swoich telefonach. Jednak to, co mnie zaskoczyło, to treści, które się pojawiały w YouTube Shorts. Kiedy sam przeglądam Shorts, najczęściej widzę aktualności i ciekawostki z świata technologii, czasem rankingi anime, czy dziwne sytuacje z gier wideo. Mój algorytm zdaje się być dobrze wytrenowany i wie, co mogłoby mnie zainteresować.



    Źródło: Depositphotos

    Jednak w przypadku użytkowników bez konta, filmy AI najniższej jakości dominowały. Mamy na myśli produkcje, w których autorzy nawet nie starają się ukryć sztuczności tych wideo. Mowa o filmach, w których gadająca marchewka w niskiej rozdzielczości przygotowuje obiad i opiekuje się chorym chlebem. Nie żartuję. To nie były pojedyncze, dziwne klipy, ale cała seria, która ukazywała się jeden po drugim, jakby ktoś uruchomił generator bezsensu i zapomniał go wyłączyć.

    Czytaj dalej poniżej


    Sprawdź, zanim kupisz iPhone'a Duo. Oto, dlaczego powinieneś się zastanowić

    Trudno mi było w to uwierzyć. Pomyslałem, że trzeba mieć naprawdę specyficzne zainteresowania, by tak wyglądał Twój feed. Szczególnie, że to nie był jeden short, ale całe serie. Postanowiłem samodzielnie wejść na YouTube w trybie incognito, aby zobaczyć, czy również zostanę zalany przez niskiej jakości treści AI. Okazało się, że tak. Nie pojawiła się od razu masa filmów o śpiewających psach czy kotach jeżdżących na motocyklach, ale wszystko zaczęło się niewinnie: najpierw pojawił się jakiś głos AI, następnie animacja, aż w końcu każdy kolejny filmik przesuwał granicę na coraz to niższy poziom. Nie musiałem nic klikać ani lajkować. Wystarczyło, że otworzyłem stronę. Algorytm nie miał żadnych danych o mnie, więc serwował treści, które uznaje za uniwersalnie angażujące. YouTube bez konta nie wie, kim jesteś. Nie ma żadnego sygnału, żadnej historii ani preferencji. Zamiast więc personalizować doświadczenie, prezentuje to, co globalnie przyciąga kliknięcia. A co najczęściej generuje kliknięcia? Treści dziwne, szybkie, tanie i często całkowicie pozbawione sensu.

    YouTube od miesięcy zapowiada, że podejmie działania przeciwko niskiej jakości treściom generowanym przez AI. Mówi się o etykietowaniu takich materiałów, większej przejrzystości oraz narzędziach dla twórców. Problem polega jednak na tym, że jak dotąd zapowiedzi te pozostają jedynie obietnicami, szczególnie na poziomie Shorts bez konta. Wciąż można napotkać filmy, które wyglądają jak wygenerowane przez model z 2022 roku, w niskiej rozdzielczości, z dźwiękiem brzmiącym, jakby był nagrany przez kalkulator.