Autor: admin

  • Google TV przygotowuje petardę. Tego jeszcze nie było!

    Google TV przygotowuje petardę. Tego jeszcze nie było!

    Google najwyraźniej zamierza w pełni wykorzystać potencjał gier na telewizorach. W najnowszej wersji aplikacji Google TV odkryto ślady funkcji, która może umożliwić przekształcenie smartfona w kontroler do gier, które uruchomimy na telewizorze. Choć jest to rozwiązanie wciąż w fazie rozwoju, ujawnione elementy sugerują, że firma traktuje ten temat poważnie.

    Smartfon jako kontroler do Google TV: jak to może działać w praktyce?

    Aplikacja Google TV od dawna umożliwia korzystanie ze smartfona jako pilota do sterowania interfejsem telewizora. Teraz Google może pójść o krok dalej i przekształcić ekran telefonu w wirtualny kontroler do gier. W wersji aplikacji oznaczonej numerem 4.39.4903.975565386.7-release odkryto m.in. wpisy dotyczące Gamepada oraz Joysticka. W kodzie pojawiła się także opcja aktywacji funkcji kontrolera. To nie oznacza jeszcze, że użytkownicy będą mogli z niej korzystać, ale jest to silny sygnał, że rozwiązanie jest w fazie rozwoju – i zapewne będzie funkcjonować podobnie jak w przypadku konkurencyjnych produktów.

    Google ma gotowy pomysł na wirtualny gamepad

    Pomysł nie jest całkowicie nowy. Google wprowadziło w systemie Android 17 specjalny tryb grania dla składanych smartfonów. Tutaj górna część wewnętrznego ekranu wyświetla grę, podczas gdy dolna zamienia się w wirtualny kontroler. Użytkownicy mają możliwość dostosowywania układu przycisków do swoich preferencji.

    Podobne rozwiązanie może zagościć w Google TV. Smartfon pełniłby rolę kontrolera, a obraz gry byłby wyświetlany na dużym ekranie telewizora. Taki układ mógłby być szczególnie atrakcyjny w przypadku gier, które nie wymagają najwyższej precyzji porównywalnej z fizycznym kontrolerem, jak turowe RPG, strategie czy przygodówki.

    Wciąż pozostaje kwestia komfortu

    Wirtualny gamepad ma jednak oczywiste ograniczenia: ekran dotykowy nie zapewnia takiej precyzji i wyczucia jak tradycyjny kontroler. Gracz nie odczuwa fizycznych przycisków ani analogów, a także zmuszony jest do patrzenia na telewizor, a nie na telefon. Dlatego rozwiązanie Google raczej nie zastąpi klasycznego pada w bardziej wymagających grach. Może ono jednak świetnie sprawdzić się w prostszych tytułach, grach imprezowych czy podczas okazjonalnego grania z kanapy.

    Czytaj dalej poniżej

    Używasz przeglądarki Chrome? Google wprowadza dużą zmianę, która poprawi Twoje bezpieczeństwo
    Google TV Streamer 4K

    Kolejny sygnał, że Google coraz poważniej myśli o grach wideo

    Google TV wciąż nie jest powszechnie kojarzona z grami, mimo że platforma może uruchamiać produkcje z Androida, a użytkownicy mogą podłączać zewnętrzne kontrolery. W przeszłości Google rozwijało również inne funkcje związane z obsługą telewizora, m.in. sterowanie wskaźnikiem, które przypomina działanie kontrolera Nintendo Wii.

    Nowy kontroler w smartfonie dla Google TV może więc być kolejnym krokiem w kierunku stworzenia bardziej kompleksowej platformy rozrywkowej. Jak na razie nie wiadomo, kiedy (ani czy w ogóle) funkcja ta zostanie udostępniona, ani które modele Google TV będą ją wspierać. Sam fakt obecności odpowiednich elementów w kodzie aplikacji sugeruje jednak, że granie na dużym ekranie może stać się dla Google istotniejsze niż dotychczas, co wydaje się ciekawym zwrotem akcji. Należy jednak pamiętać, że konkurencja nie próżnuje – niedawno głośno było o potencjalnych planach Apple dotyczących własnego kontrolera, który gracze mogliby sparować nie tylko z komputerami, tabletami czy smartfonami, ale także z grami na Apple TV.

    Źródło

  • YouTube ma nową opcję. Czekaliśmy na nią latami!

    YouTube ma nową opcję. Czekaliśmy na nią latami!

    Google udowadnia, że czasem faktycznie słucha użytkowników i wdraża funkcje, o które ci prosili od dawna…

    Korzystasz z YouTube na telewizorze, z którego regularnie korzystają inni domownicy? Jeśli tak, z pewnością znasz ograniczenia i problemy związane z dzieleniem jednego konta. Google dostrzega te trudności i wprowadza nową funkcję, która ma na celu rozwiązanie jednego z najbardziej irytujących problemów związanych z korzystaniem z współdzielonych urządzeń. Aplikacja teraz umożliwia zabezpieczenie konkretnego profilu czterocyfrowym kodem PIN, co uniemożliwia innym użytkownikom telewizora dostęp do Twojego konta.

    Koniec z psuciem algorytmu – Domownicy będą mogli zabezpieczyć profil

    W przypadku wspólnego korzystania z telewizora, często kończy się to na jednym koncie YouTube, które staje się dobrem wspólnym. Problematyczne staje się jednak to, że wiele osób korzysta z tego samego profilu, co prowadzi do chaosu. Jedna osoba ogląda wiadomości ze świata, inna filmy o swoich zainteresowaniach, a jeszcze ktoś inny przeszukuje przepisy kulinarne. Algorytm zaczyna mieszać przez co rekomendacje dla użytkowników stają się nieaktualne i bezsensowne.

    Nowa funkcja blokowania dostępu ma temu zapobiec. Po jej aktywowaniu, dostęp do zalogowanego profilu będzie możliwy tylko po wpisaniu czterocyfrowego kodu. Chronione będą m.in. spersonalizowane rekomendacje, subskrypcje oraz historia wyszukiwania.

    PIN ustawimy bezpośrednio na telewizorze

    Proces konfiguracji nie wymaga użycia komputera ani telefonu. Wystarczy otworzyć aplikację YouTube na wspieranym telewizorze lub urządzeniu streamingowym, przejść do menu, wybrać profil, następnie wejść w ustawienia znajdujące się pod nazwą konta oraz aktywować blokadę konta (Account Lock) i ustawić czterocyfrowy kod. Po włączeniu zabezpieczenia, pozostali domownicy mogą wciąż korzystać z YouTube’a, ale bez znajomości kodu PIN nie będą mieli dostępu do chronionego profilu. To rozwiązanie jest zdecydowanie wygodniejsze niż ciągłe wylogowywanie się z konta.

    Czytaj dalej poniżej


    Tańszy abonament YouTube także w Polsce!

    Warto jednak pamiętać o jednym ograniczeniu: czterocyfrowy kod PIN nie zastępuje hasła do konta Google i nie chroni innych usług tej firmy. Działa jedynie na poziomie konkretnego profilu YouTube na współdzielonym telewizorze. Zapomniany PIN można zresetować, korzystając z opcji „Zapomniałem kodu”, po czym konieczne będzie potwierdzenie tożsamości za pomocą danych głównego konta Google.

    Nowa opcja przyda się przede wszystkim w domowym telewizorze, ale nie tylko!

    Nowość ma sens przede wszystkim w gospodarstwach domowych, gdzie jeden ekran jest używany przez kilka osób. Może być również przydatna na urządzeniach wykorzystywanych przez większą liczbę użytkowników, gdzie prywatność historii oglądania i rekomendacji ma większe znaczenie, np. w biurze.

    YouTube od pewnego czasu wprowadza zmiany w sposobie korzystania z aplikacji na telewizorach. Nowa blokada konta jest jedną z bardziej praktycznych funkcji, gdyż skutecznie rozwiązuje konkretny problem, nie zmuszając użytkowników do ciągłego logowania i wylogowywania. Jeżeli na domowym telewizorze używasz swojego konta YouTube, warto sprawdzić, czy opcja jest już dostępna. Czterocyfrowy PIN może wystarczyć, aby nasza historia oglądania oraz rekomendacje były naprawdę nasze – z minimalną koniecznością regularnego kasowania historii przeglądania…

  • Ukryta funkcja pilota telewizora zmieni sposób, w jaki oglądasz filmy

    Ukryta funkcja pilota telewizora zmieni sposób, w jaki oglądasz filmy

    Funkcja, o której wielu użytkowników nie ma pojęcia, a która może okazać się niezwykle przydatna!


    Pilot do telewizora jest wyposażony w dziesiątki przycisków, z których wiele pozostaje dla użytkowników niemal zagadkowych. Jednak jedna z funkcji może znacząco wpłynąć na sposób oglądania filmów i seriali. Co ciekawe, nie wymaga to instalacji żadnej aplikacji ani zakupu dodatkowego sprzętu. Wystarczy znaleźć odpowiednią opcję w telewizorze.

    Co oznacza tajemniczy skrót AD?

    Mowa o audiodeskrypcji, często oznaczanej jako AD, czyli ang. Audio Description. To dodatkowa ścieżka dźwiękowa stworzona przede wszystkim z myślą o osobach niewidomych i słabowidzących. Jej działanie jest niezwykle proste. Kiedy w filmie pojawia się fragment bez dialogów, lektor opisuje najważniejsze elementy wydarzeń na ekranie. Informuje widza, kto wszedł do pomieszczenia, gdzie przeniosła się akcja, co znajduje się w kadrze czy jakie wydarzenie właśnie miało miejsce. Dzięki temu obraz zostaje częściowo „przetłumaczony” na informację dźwiękową. Funkcja ta jest szczególnie przydatna podczas oglądania filmów, seriali i dokumentów.

    Co ważne: nie trzeba mieć specjalnego telewizora!

    Audiodeskrypcja nie jest funkcją zarezerwowaną wyłącznie dla najdroższych modeli telewizorów. Wiele nowoczesnych urządzeń obsługuje tę opcję jako element ustawień dostępności. Problem polega na tym, że użytkownicy często nie są świadomi jej istnienia. W zależności od producenta, opcja ta może znajdować się w menu oznaczonym jako Dostępność, Ułatwienia dostępu, ustawieniach dźwięku lub wyborze ścieżki audio. W niektórych modelach można ją również aktywować bezpośrednio za pomocą odpowiedniego przycisku na pilocie.

    Nie ma jednak jednej uniwersalnej kombinacji dla wszystkich telewizorów. Samsung, LG, Sony, Philips, Panasonic i inne marki mogą stosować różne rozwiązania. Warto więc zajrzeć do instrukcji obsługi konkretnego modelu.

    Czytaj dalej poniżej


    Jaka drukarka do domu w 2026 roku? Laser nie zawsze będzie najlepszym wyborem

    Funkcja przydaje się nie tylko widzom z problemami

    Po pierwsze, pamiętaj, że nie wszystkie źródła posiadają funkcję audiodeskrypcji. Upewnij się, że w telewizorze ustawiony jest kanał lub źródło, które obsługują tę funkcję (jest to zazwyczaj sygnalizowane na ekranie / w przewodniku za pomocą dwóch liter: AD).

    Audiodeskrypcja została zaprojektowana przede wszystkim w celu poprawy dostępności, ale jej zastosowanie jest znacznie szersze. Może być również pomocna, gdy ktoś tylko słucha telewizora podczas wykonywania innych czynności. W sytuacji, gdy nie patrzymy na ekran, zwykła ścieżka dźwiękowa nie przekazuje często informacji o tym, co dzieje się na ekranie. Audiodeskrypcja może natomiast dostarczyć kluczowe informacje. Należy jednak pamiętać, że nie każdy film czy program telewizyjny posiada dodatkową ścieżkę AD. Warto sprawdzić konkretne kanały czy dostawców treści, którzy oferują tę funkcję. Na przykład, TVP na swoich stronach internetowych udostępnia listę produkcji, które danego dnia (i w dniach kolejnych) dostępne są z funkcją audiodeskrypcji.

    Jak znaleźć audiodeskrypcję w moim telewizorze?

    Najlepiej rozpocząć poszukiwania od ustawień telewizora. W menu należy zlokalizować sekcję związaną z dostępnością, dźwiękiem lub wyborem ścieżki audio. Jeśli telewizor wykorzystuje dekoder lub zewnętrzny odbiornik, odpowiednia opcja może znajdować się w jego ustawieniach. Należy również zwrócić szczególną uwagę na oznaczenie AD w elektronicznym przewodniku programowym, które informuje, że dany materiał oferuje audiodeskrypcję. To na pierwszy rzut oka niewielka funkcja, ale dla wielu widzów może zmienić zasady gry. Dlatego warto sprawdzić ustawienia swojego telewizora — być może funkcja, o której istnieniu nie mieliśmy pojęcia, jest już aktywna i okaże się przydatna na co dzień!

  • Recenzja Turtle Beach Command Series KB7. Klawiatura z ekranem i niewykorzystanym potencjałem

    Recenzja Turtle Beach Command Series KB7. Klawiatura z ekranem i niewykorzystanym potencjałem

    Portfolio Turtle Beach od lat koncentrowało się głównie na słuchawkach. Klawiatury i myszy do oferty dodano dopiero po przejęciu marki ROCCAT w 2019 roku, która następnie została wygaszona. Command Series KB7 to pierwsza klawiatura z najwyższej półki, która została wprowadzona wyłącznie pod marką Turtle Beach. Dziedzictwo serii Vulcan jest widoczne już na pierwszy rzut oka – mamy tutaj aluminiową płytę, odsłonięte przełączniki oraz niemal identyczną podpórkę pod nadgarstki.

    To nie jest zwykła klawiatura. W miejscu bloku nad strzałkami zastosowano dotykowy ekran o przekątnej 4,3 cala. W KB7 znalazły zastosowanie także magnetyczne przełączniki z regulowanym punktem aktywacji, a całość można rozszerzyć o doczepiany moduł KP7 (sprzedawany osobno). Choć KB7 zadebiutowała w maju, jest stosunkowo trudna do znalezienia w polskich sklepach…

    Konstrukcja i ergonomia

    W zestawie znajduje się pleciony kabel USB-C o długości 1,8 m, przejściówka na dwa złącza USB-A, silikonowa podpórka pod nadgarstki, ściągacz do keycapów oraz cztery teksturowane nakładki na klawisze WASD. Moduł KP7 należy dokupić osobno.

    Górna płyta wykonana jest ze szczotkowanego, anodowanego aluminium w ciemnoszarym kolorze. W lewym górnym rogu znajduje się miedziany akcent oraz plastikowa listwa z pokrętłem, przyciskami sterującymi odtwarzaniem oraz czterema trójkątnymi guzikami funkcyjnymi (tryb gry, przełączanie profilu, włączenie/wyłączenie mikrofonu i podświetlenia). Całość otacza plastikowa ramka, która zakrywa spód.

    To teoretycznie klawiatura TKL, ale dość nietypowa, ponieważ prawa strona jest zajęta przez ekran. Klawiatura ma wymiary 399 x 174 x 31 mm i waży 858 g, a po dodaniu podpórki łączna waga wynosi 1,12 kg. Przełączniki pozostają odsłonięte, co jest charakterystyczne dla serii Vulcan, co nie tylko dobrze wygląda, ale również ułatwia czyszczenie.

    Keycapy wykonane są z PBT w technologii double-shot. Mają płaski, cylindryczny profil i standardowe niskoprofilowe trzpienie, co pozwala na wymianę na inne alternatywne w razie potrzeby. Podpórka jest półprzezroczysta z poprzecznymi rowkami, mocowana na gumowych klipsach. Producent wykorzystał przezroczyste tworzywo, które efektownie rozprasza światło z dolnej listwy LED.

    Dolna część wykonana jest z dwóch elementów – matowej ramki i błyszczącego środka z teksturą w trójkąty oraz logo marki. Zastosowano podwójne nóżki z dwoma kątami nachylenia (5 i 7 stopni) oraz trzy gumowe podkładki.

    Na górnej krawędzi znajduje się port USB-C do komunikacji z komputerem oraz USB-A, do którego możemy podłączyć nadajnik myszy lub słuchawek.

    Po obu bokach umieszczono szyny do wsuwania modułu KP7. Połączenie zapewniają sprężynowe styki na krawędzi. Co ciekawe, moduł można przymocować zarówno z prawej, jak i z lewej strony, co z pewnością docenią leworęczni gracze. W module znajdują się 28 klawiszy, przycisk trybu oraz pokrętło głośności. KP7 działa także samodzielnie, po podłączeniu własnym kablem.

    Konstrukcja sprawia wrażenie solidnej, choć mam kilka zastrzeżeń. Przede wszystkim aluminiowa płyta jest zbyt cienka, co powoduje jej uginanie przy mocniejszym nacisku. Szczególnie widać to przy górnej krawędzi i w centralnej części. Moduł wsuwny mógłby być bardziej stabilny – przy podnoszeniu klawiatury chybocze się na boki, co w praktyce nie jest dużym problemem, gdyż większość czasu będzie leżeć na blacie. Nie podoba mi się także dźwięk klikania górnych klawiszy (trójkątnych oraz sterujących odtwarzaniem) – jest głośny i brzmi nieco tandetnie.

    Przełączniki i ekran dotykowy

    Titan Low-Profile Hall Effect to autorskie, liniowe przełączniki magnetyczne, fabrycznie smarowane, o skoku 3,2 mm i deklarowanej żywotności 100 milionów naciśnięć. Ich wymiana nie jest możliwa, ponieważ są na stałe wlutowane w PCB. Punkt aktywacji można regulować w zakresie 0,1-3,2 mm dla każdego klawisza z osobna. Oprócz tego znajdziemy mechanizm Rapid Trigger, który jest natychmiastowym resetem klawisza po lekkim zwolnieniu, oraz ReacTap, który przy równoczesnym wciśnięciu dwóch przeciwnych kierunków aktywuje ostatni z nich. Klawiatura komunikuje się z komputerem z częstotliwością do 8000 Hz, co według producenta daje opóźnienie 0,125 ms. Choć brzmi to imponująco, w codziennym użytkowaniu poza scenariuszami turniejowymi może być to bardziej działa z przymrużeniem oka.

    Pisanie na KB7 jest przyjemne, klawisze są lekkie, gładkie i nie stawiają wyczuwalnego oporu. Dźwięk jest suchy i stosunkowo cichy jak na odsłonięte przełączniki, choć nie tak głuchy jak w klawiaturach wytłumionych pianką. Klawiatura nie ma tak wyraźnego charakterystycznego dźwięku uderzania o metal, co mi osobiście odpowiada, ponieważ sprawia, że dźwięk staje się subtelniejszy – plastikowa podstawa dobrze działa w tym przypadku.

    Punkt aktywacji klawiszy można regulować z poziomu aplikacji lub wbudowanego ekranu. Przy najbardziej czułym ustawieniu, w okolicach 0,5 mm, samo oparcie dłoni na klawiszach potrafi przypadkowo wpisać kilka znaków. Do pisania najlepiej sprawdzają się średnie wartości, a najczulsze ustawienia lepiej pozostawić dla strefy WASD.

    Ekran domyślnie zastępuje fisyczne klawisze Insert, Delete, Home, End, Page Up i Page Down. Możemy go jednak użyć jako blok numeryczny, inne polecenia, skróty klawiszowe, makra itp. Do dyspozycji mamy trzy strony po 12 pól, co daje 36 skrótów na profil, a na urządzeniu możemy zapisać pięć profili. Punkty aktywacji, Rapid Trigger i ReacTap można przełączyć bezpośrednio na ekranie, bez potrzeby uruchamiania aplikacji. Dodatkowo dostępne są widżety, takie jak sterowanie odtwarzaniem, wyciszanie mikrofonu w Discordzie, przełączanie scen w OBS-ie czy statystyki meczowe z Counter-Strike’a.

    W praktyce ekran sprawdza się jako mały panel sterowania obok klawiatury. Zmiana sceny przed meczem, wyciszenie komunikatora, uruchomienie makra do programu graficznego – wszystko działa sprawnie i ogranicza konieczność przełączania okien. Przewijanie stron jest szybkie i płynne, jednak ściąganie górnego panelu z ustawieniami nie ma animacji, co sprawia wrażenie opóźnienia. Sam panel dotykowy mimo to działa responsywnie i dostatecznie precyzyjnie, chociaż oczywiście wymaga przyzwyczajenia.

    Ekran i podświetlenie pobierają sporo energii, dlatego KB7 jest konstrukcją wyłącznie przewodową. Przy porcie USB 3.0 wystarczy jeden kabel, natomiast przy starszym USB 2.0 konieczna jest przejściówka z dwiema wtyczkami.

    Oprogramowanie Swarm II

    Do zarządzania klawiaturą potrzebujemy dedykowanego oprogramowania producenta – Swarm II. Znajdziemy tutaj możliwość kontroli podświetlenia dla każdego klawisza z kreatorem efektów, opcję tworzenia profili automatycznie przełączanych w zależności od aktywnej aplikacji, menedżera makr z rejestracją w czasie rzeczywistym oraz integracje z OBS-em i Discordem. Dwie reklamowane funkcje, czyli Multi-Input oraz emulacja analogowej gałki kontrolera, mają być dostępne w przyszłości. Aplikacja działa tylko na systemie Windows, natomiast na MacOS klawiatura funkcjonuje jako zwykłe urządzenie bez możliwości konfiguracji.

    W praktyce Swarm II należy do najmniej stabilnych aplikacji, z jakimi miałem do czynienia. Wiele funkcji działa nieprzewidywalnie; program uruchamia się długo i często się zawiesza, a sam proces aktualizacji firmware klawiatury trwa znacznie dłużej niż oczekiwano. Problemem jest także sam UX oraz nawigacja po kolejnych ekranach – mam wrażenie, że wiele elementów układu zaprzecza dobrym praktykom projektowania interfejsów.

    Możliwości konfiguracji ekranu są względnie duże – mamy wiele (choć wciąż wydaje się ich za mało w porównaniu do np. Stream Decka Elgato) różnych poleceń i funkcji, które możemy przeciągnąć na ekran z podglądem układu. Niektóre kafelki wykonują konkretne zadania, inne wyświetlają informacje (np. o temperaturze GPU i CPU, zajętej pamięci RAM itd.), a jeszcze inne naśladują skróty klawiszowe. Niestety nie mamy możliwości dostosowania wyglądu kafelków, a brak opcji dodawania emoji czy własnych obrazków jest odczuwalny. Szczególnie widać to w przypadku skrótów klawiszowych i kafelków, które wyglądają niezbyt atrakcyjnie.

    Producent przygotował również kilka gotowych układów, które możemy zaimportować. Są to między innymi skróty klawiszowe dedykowane Teams, Zoomowi, Photoshopowi lub przeglądarkom internetowym. Mimo wszystko potrzeba sporo czasu, aby skonfigurować ekran, stworzyć odpowiednie profile, makra i układy, by móc z niego naprawdę skorzystać – a zastosowań jest wiele, szczególnie dla twórców internetowych, streamerów i pracowników kreatywnych. Brakuje mi jednak większej liczby gier, które by wykorzystywały ten potencjał – nie każdy gra w Counter-Strike’a, a to prawie jedyna obsługiwana gra. Fajnie byłoby mieć np. wskaźniki stanu surowców w strategiach, cooldowny umiejętności czy nasze statystyki w strzelankach. Potencjał takich ekranów w peryferiach jest ogromny, ale niewiele firm rzeczywiście go wykorzystuje w pełni. I nie inaczej jest tym razem.

    Dla kogo jest ta klawiatura?

    Turtle Beach Command Series KB7 to jedna z ciekawszych klawiatur roku 2023, jednak wciąż z wieloma niedoskonałościami. Ekran dotykowy w miejscu bloku nawigacyjnego ma realne zastosowania, magnetyczne przełączniki z regulacją per klawisz i Rapid Trigger sprawdzają się w strzelankach, a moduł numeryczny można podłączyć z lewej lub prawej strony, co jest rzadką cechą u konkurencji. Całość dopełniają keycapy PBT i konstrukcja wzmacniana aluminiową płytą.

    Naturalnie nie wszystko jest tutaj idealne. Największym problemem pozostaje oprogramowanie, które potrafi się zawieszać, resetować nasze ustawienia i jest trudne do przewidzenia. Niektórzy mogą być także rozczarowani brakiem możliwości wymiany przełączników. Mimo to największym minusem jest niedostateczne wykorzystanie potencjału dodatkowego ekranu. Integruje się on bowiem tylko z jedną grą, a sama liczba dostępnych funkcji i poleceń (oraz ich personalizacji) jest niewystarczająca. Producent mógłby dodatkowo udostępnić SDK czy dokumentację do tworzenia własnych dodatków – tego również brakuje.

    KB7 to imponująca konstrukcja, która jest ograniczona przez oprogramowanie. Wiele zależy od producenta. Jeżeli będzie kontynuował aktualizacje aplikacji oraz firmware, za pół roku może to być zupełnie inny produkt.

    Cena urządzenia wynosi 210 euro (+100 euro za opcjonalny moduł KP7). Warto również zaznaczyć, że dostępność w polskich sklepach jest ograniczona, co zmusza do składania zamówień bezpośrednio na stronie producenta (na szczęście z darmową przesyłką przy zamówieniach powyżej 50 euro).

    Turtle Beach Command Series KB7 (+KP7)



    plusy

    • Fajny design
    • Wygodna podpórka pod nadgarstki w zestawie
    • Wbudowany port USB-A
    • Regulowane magnetyczne przełączniki o przyjemnym brzmieniu
    • Rapid Trigger i ReacTap
    • Możliwość podłączenia bloku numerycznego KP7 (po obu stronach!)
    • Duży, jasny i czytelny wyświetlacz…


    minusy

    • …którego potencjału jak zwykle nie wykorzystano
    • Aluminiowa płyta powinna być grubsza, bo konstrukcja się ugina
    • Oprogramowanie Swarm
    • Słaba dostępność w polskich sklepach

    Urządzenie do recenzji udostępnił producent. Firma nie miała wpływu na treść artykułu przed publikacją.

  • Kupujesz nowy PC? Współczuję – sprawdziłem, jak zmieniły się ceny

    Kupujesz nowy PC? Współczuję – sprawdziłem, jak zmieniły się ceny

    Zakup nowego komputera to wyzwanie. Zdecydowałem się przyjrzeć cenom konfiguracji sprzed kilku lat – sytuacja jest naprawdę zaskakująca…

    Wszyscy jesteśmy świadomi, jak bardzo wzrosły ceny podzespołów komputerowych i jak kosztowne stało się składanie komputera, a także zakup gotowych zestawów. Ale czy zdajecie sobie sprawę, ile dokładnie tracimy na obecnych cenach? Postanowiłem sprawdzić, jakie konfiguracje sprzed kilku lat są teraz dostępne oraz co oznaczają ceny, które kiedyś były uznawane za spore.

    Moja wizyta w sklepie – szokujące odkrycia

    Od dłuższego czasu planuję zakup gamingowego komputera. Posiadam laptopa dedykowanego do gier, ale niestety ze względu na jego wiek, jego możliwości nie są już wystarczające. Chociaż usługi gier w chmurze, takie jak Nvidia, są interesującą opcją, brakuje mi niektórych gier oraz możliwości instalacji modyfikacji. Postanowiłem więc sprawdzić lokalne sklepy z komputerami, mimo że dotarłem na rynek z opóźnieniem, co skutkuje tym, że muszę mierzyć się z obecnymi, dość przerażającymi cenami. Kilka dni temu, przechodząc obok znanego sklepu, postanowiłem zwrócić uwagę na jeden z wystawionych modeli. Była to podstawowa konfiguracja, która poradzi sobie z niektórymi grami w 1440p, ale to nadal przeciętniak, który z pewnością nie wytrzyma najnowszych premier z ray tracingiem. Jego cena? 6000 zł.

    Byłem w szoku, ponieważ doskonale pamiętam czasy, gdy takie właśnie normalne zestawy dla przeciętnego gracza można było zbudować za mniej niż 4000 zł (samodzielnie zestawiając komponenty), a gotowe modele nie przekraczały 4600 zł. Zainspirowało mnie to do sprawdzenia, co można było uzyskać za kwotę, którą obecnie nazywamy „optymalną”. Okazało się, że myliłem się, myśląc, iż za 5000 zł łatwo znajdziemy wydajny komputer do gier.

    Resul Kaya; Unsplash

    Resul Kaya; Unsplash

    Komputer za 5000 zł? Tylko jeśli nie ma się innych opcji

    Przez wiele lat polscy gracze byli pewni, że posiadając budżet w wysokości 5000 zł, mogą zdobyć naprawdę dobre urządzenie do gier, które wystarczy na kilka lat. W 2023 roku ta kwota była realną podstawą do zakupienia komputera z choćby RTX 4070, co oznaczało możliwość wygodnej gry w 1440p, a nawet w 4K dzięki technologii DLSS. Ostatecznie, ta kwota dawała nam dużą swobodę i otwierała drzwi do świata gamingu na PC w naprawdę atrakcyjnym wydaniu.

    Czytaj dalej poniżej

    Apple szykuje najmniejszy komputer od lat

    Niestety, wrzesień 2026 przyniósł nam realistyczne spojrzenie na sytuację graczy. Kiedy kilka lat temu w takiej samej kwocie mogliśmy skomponować zestaw z 12 GB VRAM, dziś te wartości będą nieosiągalne bez dodatkowego wydatku. Kwota 5000 zł przestała być określana jako „optymalna na dobry PC”, a stała się budżetem na „tani komputer na start”. Minione lato przyniosło graczom nadzwyczaj wysokie ceny niektórych komponentów. Na przykład karta graficzna RTX 5070 wzrosła o ponad 500 zł, przekraczając 3100 zł, a często tańsze alternatywy, takie jak Radeony, również poszybowały w górę, co sprawiło, że wiele modeli stało się zbyt drogie, by zmieścić się w budżecie 5000 zł.

    Co wygląda dobrze? Procesory – ich ceny różnią się, ale możemy znaleźć wydajne i relatywnie niedrogie jednostki, które mogą(statek) w grach. Niemniej jednak oszczędności na procesorze nie przekładają się na niższe ceny komputerów dla graczy. O ile uzyskamy pewne oszczędności na procesorze, to w innych komponentach wydamy więcej. Przesunięcie mocy produkcyjnych na zyski w zastosowaniach serwerowych i AI wywindowało ceny modułów DDR4 i DDR5 (prognoza wzrostu cen kontraktowych DRAM o 13 do 18% w III kwartale 2026) oraz nośników NVMe (wzrost NAND o 10–15%). Ostatecznie, produkty te zaczynają znikać z rynku dla konsumentów, a dostępne egzemplarze drożeją w jasny sposób.

    Budżet 5000 zł w 2023 roku vs 2026

    Jakie zmiany zaszły na przestrzeni ostatnich kilku lat? Skupiłem się na latach 2023 oraz 2026 (w obu przypadkach we wrześniu) i porównałem sytuację, w której budżet wynosi 5000 zł:

    • Znaczący spadek jakości karty graficznej – w ciągu 3 lat posunęliśmy się z optymalnego zestawu do grania w 1440p i 12 GB pamięci do bazowego modelu RTX 5060Ti z 8 GB RAM, który został skrytykowany przez graczy, a i tak cena zestawu wynosi ponad 5000 zł
    • Zapomnieliśmy o DDR5 oraz nowoczesnych gniazdach AM5 – budżet na to nie pozwala
    • Kilka lat temu mogliśmy liczyć na moduły DDR4 3600 MHz CL18, podczas gdy w 2026 roku z powodu cen często znajdziemy wolniejsze 3200 MHz CL16
    • Bardziej oszczędne warianty komponentów o mniejszym zapotrzebowaniu energetycznym

    Finalnie, nasz nowy zestaw z 2026 roku jest nie tylko droższy, ale często zmusza nas do korzystania z bardziej agresywnych ustawień DLSS, aby uzyskać jakiekolwiek zadowalające osiągi w liczbie klatek czy rozdzielczości. Dodatkowo, problemem pozostają niektórzy twórcy gier, dla których optymalizacja okazuje się wyzwaniem. Ale to już inny temat do dyskusji w przyszłych felietonach.

  • Pomysł na 12 tys. opuszczonych kopalń. Przypomina scenariusz filmu science fiction

    Pomysł na 12 tys. opuszczonych kopalń. Przypomina scenariusz filmu science fiction

    Chińscy naukowcy chcą sprawdzić, czy opuszczone kopalnie można zamienić w podziemne laboratoria rolnicze, odporne na kaprysy coraz trudniejszego klimatu.


    W postapokaliptycznych filmach i grach często pojawia się motyw budowania osad w tunelach opuszczonych kopalń, z rozwiniętą infrastrukturą i własnymi uprawami roślin. Chińscy badacze pragną udowodnić, że takie projekty nie są zarezerwowane jedynie dla dystopijnych narracji w science fiction. W Chinach znajduje się ponad 12 tysięcy nieużytkowanych kopalń węgla, które naukowcy zamierzają wykorzystać w eksperymentach rolniczych. Choć w głębi ziemi trudno spodziewać się słońca czy deszczu, warunki podziemnej uprawy można w prosty sposób kontrolować za pomocą sztucznych procesów. W obliczu globalnego kryzysu klimatycznego, taka przestrzeń wydaje się doskonałym poligonem doświadczalnym dla przyszłości rolnictwa.

    Czarne chmury nad rolnictwem – upały bezlitośnie nękają glebę

    W sierpniu, podczas jednej z ostatnich fal upałów tegorocznych wakacji, pisałem o nietypowym wykorzystaniu dronów w Korei Południowej. W jednej z kluczowych dla sektora rolniczego prowincji termometry wskazały wówczas ponad 41 stopni Celsjusza. Lokalne władze stosowały drony do ostrzegania rolników przed upałami oraz zachęcania ich do skracania czasu pracy. Mimo tego zagrożenia, wielu rolników nie zmniejszało intensywności pracy, co prowadziło do 30-procentowego spadku plonów w porównaniu z poprzednim rokiem. Z podobnymi konsekwencjami upałów borykają się również inne kraje azjatyckie, w tym Chiny.



    Jako przykład można podać ubiegłoroczny kryzys w Turfanie (północno-zachodnie Chiny), gdzie temperatura powierzchni ziemi wzrosła aż do 63 stopni Celsjusza. Susza prowadzi do ogromnych strat w sektorze rolnictwa, a prognozy wskazują, że kolejne dekady będą jeszcze bardziej wymagające. Chińscy badacze chcą zatem sprawdzić, czy część rozwiązań da się zrealizować na sztucznych polach, tworzonych w opuszczonych kopalniach. Wierzą w zastosowanie sztucznych źródeł światła, energii geotermalnej oraz systemów kontroli środowiska.

    Podziemne uprawy w starych kopalniach – niektóre z nich nadają się już teraz

    Nie każda z 12 tysięcy nieużywanych kopalń nadaje się na podziemne centrum uprawy – wiele z nich, mimo zaawansowanej infrastruktury, nie spełnia norm bezpieczeństwa. Z badania opublikowanego w China Mining Magazine wynika jednak, że w przypadku kilku z nich, ich wykorzystanie nie powinno stanowić wielkiego wyzwania – wręcz przeciwnie, podziemne środowisko może również oferować pewne korzyści.

    Czytaj dalej poniżej


    Oto największa "mapa kosmosu", jaka istnieje i możesz się nią pobawić!

    Kluczową kwestią jest – paradoksalnie – niezależność od warunków atmosferycznych. Tunele pozostają odcięte od wahań temperatury, suszy i klęsk żywiołowych, a sztuczne oświetlenie wraz z systemami kontroli środowiska umożliwia regulację światła, ciepła, wody, powietrza i dwutlenku węgla. Geotermalne źródła ciepła mają ograniczyć emisję gazów cieplarnianych w porównaniu do tradycyjnych szklarni. Woda gruntowa przesiąkająca do wyrobisk – zanieczyszczona siarczanami i metalami – mogłaby być oczyszczana na miejscu i wykorzystywana do nawadniania.



    Plany badaczy obejmują stworzenie eksperymentalnej platformy dla rolnictwa, która umożliwiłaby zbieranie doświadczeń związanych z uprawą w ekstremalnych i zamkniętych środowiskach. Zdobyta wiedza miałaby posłużyć również uprawom w miejscach, które nie nadają się do tradycyjnego rolnictwa – z szeroką perspektywą sięgającą nawet poza Ziemię.

    Na razie nie przeprowadzono testów w rzeczywistych warunkach, a jako dowód wykonalności naukowcy przytaczają fiński projekt Callio, który adaptował dawną kopalnię do nowych zastosowań. Do końca dekady liczba zamkniętych kopalń w Chinach może sięgnąć 15 tysięcy, co przekłada się na około 7,2 miliarda metrów sześciennych niewykorzystanej przestrzeni, których Państwo Środka nie zamierza marnować.

  • Apple zrobiło to po raz pierwszy od 15 lat. Zaczęła się nowa era.

    Apple zrobiło to po raz pierwszy od 15 lat. Zaczęła się nowa era.

    John Ternus poprowadził swoją pierwszą konferencję Apple jako CEO, co oznacza otwarcie nowego rozdziału w historii firmy po 15 latach kadencji Tima Cooka. Wydarzenie to było nie tylko symbolicznym przekazaniem pałeczki, ale również powrotem legendarnego „one more thing”. Czy wystąpienie Ternusa może nam powiedzieć cokolwiek o przyszłości Apple?

    Pierwsza konferencja Apple z Johnem Ternusem: Nowy lider, ale stare Apple?

    Apple ma nowego CEO, jednak rewolucyjnych zmian w Cupertino nie widać. John Ternus, po 25 latach związku z firmą, poprowadził swoją pierwszą konferencję jako dyrektor generalny, nie próbując udawać Steve’a Jobsa ani odcinać się od epoki Tima Cooka. Zamiast tego zaprezentował nowy produkt, który symbolicznie rozpoczyna jego kadencję.

    Tim Cook zszedł ze sceny, ale nie zniknął

    Ternus oficjalnie objął stanowisko CEO Apple 1 września 2026 roku. Tim Cook zakończył swoje rządy po 15 latach, lecz nie odszedł całkowicie z firmy. Pełni teraz rolę przewodniczącego rady dyrektorów, co sprawia, że nie można mówić o całkowitym zerwaniu z poprzednią erą. Apple od początku traktowało sukcesję jako płynny proces.

    Na początku konferencji, po krótkim wprowadzeniu, na ekranie pojawił się Cook, który w żartobliwym tonie powiedział „No, no no. Not me. That’s your guy, that’s your opener.”, przekazując głos Ternusowi.

    Ternus nie starał się na początku budować nowej narracji ani podkreślać, jak wiele zmieni w porównaniu do swojego poprzednika. Konferencja wydawała się znajoma: efektowne materiały wideo, perfekcyjne przejścia i pracownicy firmy prezentujący konkretne rozwiązania.

    Czytaj dalej poniżej

    Czy Apple naprawdę będzie nas podsłuchiwać? Wyjaśnijmy kontrowersyjną nowość

    Ternus: Człowiek od produktów

    Wybór Ternusa na następcę Cooka wiele mówi o Apple. Jako inżynier z 23-letnim stażem w firmie, dostrzega się w nim osobę, która doskonale rozumie filozofię i potrzeby Apple. Został wiceprezesem działu Hardware Engineering w 2013 roku, a od 2021 roku był odpowiedzialny za inżynierię sprzętu jako starszy wiceprezes. Brał udział w rozwoju iPhone’ów, Maców oraz Apple Watchy, a także odegrał kluczową rolę w wprowadzeniu na rynek iPada oraz AirPods.

    Prowadząc swoją pierwszą konferencję jako CEO, Ternus sprawiał wrażenie, że czuje się najlepiej, mówiąc o produktach. Choć nie oznacza to powrotu do czasów Jobsa, jego techniczne doświadczenie może wpływać na przyszłość narracji Apple dotyczącej sprzętu.

    Ternus wchodzi do gry w dobrym momencie, prezentując iPhone Duo. To pierwszy składany model iPhone’a, wprowadzający znaczną zmianę konstrukcyjną w tej linii. Po rozłożeniu oferuje ekran o przekątnej 7,6 cala, a iOS 27 został dostosowany do nowej konstrukcji. Ternus miał również szansę użyć legendarnego „one more thing”, zapowiadając Duo, podobnie jak niegdyś robił to Steve Jobs.

    iPhone Duo: Nowa era czy nadrabianie zaległości?

    Choć składane smartfony nie są nowością, Apple dopiero teraz wchodzi na rynek tego segmentu. iPhone Duo stanowi duży krok dla firmy, ale również typowy ruch – Apple zawsze wchodzi w znane kategorie z własną interpretacją. Czas pokaże, czy po raz kolejny Apple będzie w stanie wyznaczyć trend na rynku.

    Nie ma gwarancji sukcesu. Składane urządzenia wciąż odpowiadają za niewielką część rynku smartfonów. Apple musi przekonać nie tylko użytkowników konkurencyjnych modeli, że ich produkt jest lepszy, ale również miliony posiadaczy tradycyjnych iPhone’ów, że składany telefon jest im potrzebny.

    Najważniejsze oświadczenie dotyczyło jednak AI

    Nie ukrywam, że z zainteresowaniem obserwowałem zapowiedzi Apple Intelligence, choć z góry wiadomo było, że Polacy znów obejdą się smakiem w kwestii funkcji tej technologii. Niemniej jednak, sztuczna inteligencja była istotnym tematem konferencji.

    Nowy CEO Apple zdefiniował idealne urządzenie AI jako „inteligentne osobiste centrum”. AI powinno znać kontekst użytkownika, być zawsze dostępne oraz wykorzystywać modele zarówno lokalne, jak i chmurowe. Ternus wskazał, że najlepiej te wymagania spełnia iPhone.

    Oto prawdopodobnie największe wyzwanie dla Ternusa: Apple musi pokazać, że potrafi połączyć swoje doświadczenie w projektowaniu sprzętu z oprogramowaniem wykorzystującym sztuczną inteligencję. Firma jest nieco spóźniona z wejściem na rynek AI, a konkurencja, jak Gemini czy Copilot, wyprzedziła ją w tej dziedzinie. W tej perspektywie rozwój Siri i Apple Intelligence może okazać się ważniejszy dla przyszłości firmy niż sam iPhone Duo.

    To jeszcze nie jest Apple Ternusa

    Trudno uznać urządzenia zaprezentowane podczas pierwszej konferencji Ternusa za realizację wizji nowego CEO, ponieważ ich prace rozpoczęły się, gdy kierował nimi Tim Cook. Jednak jest tu interesujący paradoks: Ternus, zanim został szefem Apple, odpowiadał za inżynierię sprzętu. Choć te produkty powstały przed jego kadencją jako CEO, trudno go uznać za kogoś, kto nie miał wpływu na ich rozwój.

    Konferencja pokazała, że zmiana na szczycie nie musi oznaczać zmiany charakteru firmy. Ternus zna Apple od 26 lat i współtworzył wiele urządzeń, które przyczyniły się do obecnej pozycji firmy. Jego wyzwanie polega na znalezieniu równowagi pomiędzy utrzymaniem rentownego modelu biznesowego stworzonego przez Cooka a przekonaniem światowej publiczności, że Apple może znowu wyznaczać kierunki rozwoju technologii, a nie tylko reinterpretować pomysły konkurencji. iPhone Duo to efektowne rozpoczęcie nowego rozdziału w historii Apple, ale nie będzie to, co jednoznacznie popchnie firmę w górę.

  • Orange bez umowy się opłaca? Sprawdzam ofertę sieci

    Orange bez umowy się opłaca? Sprawdzam ofertę sieci

    Co oferuje Orange w swojej ofercie bez umowy? Sprawdzam, czy to się opłaca.

    Orange, oprócz różnorodnych abonamentów, przygotowało również propozycję dla osób, które preferują brak zobowiązań umownych. Postanowiłem przyjrzeć się temu, jak wygodne i opłacalne mogą być takie oferty w praktyce. Okazuje się, że pomarańczowa sieć podeszła do tematu bardzo profesjonalnie.

    Oferta dla elastycznych użytkowników

    Doceniam, gdy operatorzy telekomunikacyjni tworzą przemyślane oferty, dostosowane do potrzeb różnych grup klientów. W sieci znajdziemy wiele abonamentów, jednak nie brakuje także klasycznych ofert na kartę, które stanowią idealne rozwiązanie dla tych, którzy cenią sobie elastyczność i wolą unikać podpisywania umów oraz cyklicznych płatności. W przypadku Orange mamy możliwość skorzystania z takiej opcji, przy czym regularne doładowania konta są korzystne z uwagi na bogate pakiety gigabajtów, które operator oferuje, w tym szczególnie w ramach flagowej promocji, pozwalającej na uzyskanie ponad 9000 gigabajtów transferu danych rocznie. Przejdźmy teraz do konkretów.

    Główną ofertą na kartę w Orange są odnawialne pakiety w trzech różnych wariantach cenowych. Wysokość opłat wpływa na oferowane dodatki i premie:

    • 35 zł na 30 dni – 50 GB internetu (w tym 12,03 GB w UE, Ukrainie, Norwegii, Liechtensteinie, Mołdawii i Islandii); rozmowy i SMS-y bez limitu w Polsce oraz UE; promocja 9900 GB przez rok
    • 40 zł na 30 dni – 100 GB internetu (13,75 GB w roamingu); promocja 10200 GB przez rok
    • 50 zł na 30 dni – 200 GB internetu (17,19 GB w roamingu); promocja 10800 GB przez rok

    W przypadku powyższych wariantów mamy do czynienia z cyklicznymi opłatami. Choć nie jest to umowa w tradycyjnym rozumieniu, to jednak pewien związek z operatorem jest wymuszony – z uwagi na opłacalność takiej oferty. Co jednak, jeśli zależy nam na pełnej elastyczności? Wówczas dobrym rozwiązaniem są pakiety jednorazowe, które aktywujemy na określony czas bez odnawiania. Płacimy raz i korzystamy aż do końca okresu, na jaki wykupiliśmy usługę. Możliwości są różnorodne: od 35 zł na 30 dni (50 GB), przez 10 zł na 7 dni (14 GB), aż po pakiety kwartalne, takie jak 93 zł na 93 dni (300 GB) oraz roczne – 365 zł za 365 dni (2000 GB).

    Czytaj dalej poniżej


    Orange przedłuża kultową promocję. Odbierz tysiące gigabajtów danych

    Co się więc realnie opłaca? Mamy do wyboru kilka opcji, które nie obciążą naszego portfela, a jednocześnie są w pełni uzasadnione. Pakiet cykliczny za 35 zł to naprawdę dobra oferta, zapewniająca 50 GB oraz możliwość skorzystania z promocji, która umożliwia nam przeciętną kumulację ponad 800 GB internetu miesięcznie, z dostępem do internetu w UE oraz brakiem przepadających gigabajtów. To naprawdę korzystna i bezproblemowa propozycja.

    To jednak nie wszystko, ponieważ w pakietach jednorazowych kryje się prawdziwa perełka. Chodzi tu o ofertę na cały rok, czyli 365 dni za 365 zł. Choć wydanie niemal czterystu złotych z góry może wydawać się dużym wydatkiem, warto zastanowić się nad korzyściami. W tej cenie uzyskujemy rok pełen spokoju, bez dodatkowych opłat, a w ramach jednorazowej opłaty otrzymujemy aż 2 terabajty danych. Taka oferta przeważa nad każdym standardowym abonamentem za 40 czy 50 zł, które możemy znaleźć u innych operatorów.

    Na marginesie warto również wspomnieć, że bezpośrednim konkurentem dla Orange w zakresie ofert bez umowy jest T-Mobile, które ma podobną propozycję. Również znajdziemy tam kilka pakietów (najtańszy od 30 zł), a także uruchomiono promocję z tysiącami gigabajtów do zgarnięcia w ciągu roku.

  • Słuchawki open ear to wybawienie. Przerzuciłem się pół roku temu i nie zamierzam wracać

    Słuchawki open ear to wybawienie. Przerzuciłem się pół roku temu i nie zamierzam wracać

    Niedawno zmieniłem typ słuchawek i to zmiana, która mocno wpłynęła na moje życie. Teraz nie zamierzam wracać do modeli klasycznych.

    Pół roku temu miałem przyjemność po raz pierwszy wypróbować słuchawki typu open ear, które od razu mnie zafascynowały. Nie był to zakup impulsowy ani efekt przeglądania promocji w środku nocy. Był to dobrze przemyślany eksperyment, poprzedzony tygodniami analizowania recenzji, oglądania testów i zastanawiania się, czy taka konstrukcja, która de facto nie izoluje mnie od otaczającego świata, ma sens.

    Nie mogłem się jednak przygotować na rzeczywistość, którą odkryłem, zakładając po raz pierwszy jeden z tych modeli. Od tego momentu miałem ich już kilka na uszach, od różnych marek, w różnych przedziałach cenowych i z różnymi systemami mocowania. Za każdym razem moja ocena była pozytywna. Z każdym użyciem odczuwałem, że w końcu słyszę nie tylko to, co odtwarzają słuchawki, ale także dźwięki otoczenia. Może to brzmieć paradoksalnie, zwłaszcza w kontekście działań producentów sprzętu audio, którzy starają się nas odciąć od zewnętrznego świata.

    Dotychczas korzystałem głównie z dousznych i dokanałowych modeli

    Zanim jednak podjąłem decyzję o sięgnięciu po słuchawki otwarte, przez wiele lat korzystałem z różnych modeli. Na co dzień preferowałem douszne i dokanałowe, a przy komputerze sięgałem po nauszne. Można powiedzieć, że przerobiłem niemal całe spektrum dostępnych opcji. Warto zauważyć, że przez lata rozwój słuchawek był znaczący, a nawet tanże modele oferują przyzwoitą jakość dźwięku oraz pewien poziom wygłuszania. To ostatnie jednak wpływało na mnie negatywnie. Oczywiście, w większości przypadków można wyłączyć funkcję ANC. Problem w tym, że często trzeba najpierw uświadomić sobie, że to zagadnienie w ogóle istnieje. Ja przez długi czas żyłem w błogiej nieświadomości, że skoro muzyka brzmi dobrze, a ja mam spokój, to wszystko jest w porządku.

    Moje doświadczenie zaczęło się od czegoś pozornie błahego. Podczas rozmów, zarówno telefonicznych, jak i voice-chatów w grach online, zacząłem mówić coraz głośniej. Wkrótce musiałem wręcz podnosić głos. Bezpośrednią przyczyną było to, że przez wygłuszanie otoczenia ledwo słyszałem siebie, co sprawiało, że mówiłem głośniej, aby usłyszeć własny głos. Mechanizm był właściwie banalny, ale zajęło mi sporo czasu, aby go zrozumieć. Zauważyłem, że domownicy zaczęli narzekać na hałasy dochodzące z mojego pokoju. Na początku myślałem, że przesadzają, gdyż zawsze mówiłem w ten sam sposób. Jednak po nagraniu siebie i odsłuchaniu rozmów odkryłem, że rzeczywiście mówię znacznie głośniej niż kiedykolwiek wcześniej, a jedyną zmianą były słuchawki, które stały się nadzwyczaj skuteczne w izolacji od dźwięków otoczenia.

    Czytaj dalej poniżej

    GPT-6 Astra zdiagnozowała problem z ChatGPT i wysłała maila do supportu. W moim imieniu

    Słuchawki z otwartą konstrukcją okazały się wybawieniem

    Wtedy natknąłem się na słuchawki z otwartą konstrukcją, które zakrywają uszy od góry. Nie będę zdradzał marki ani modelu, ponieważ nie jest celem tego tekstu promowanie konkretnych produktów. Ważne jest jednak, że nagle, słysząc otaczające mnie dźwięki, mój ton mówienia z powrotem wrócił do normy. Odzyskałem naturalną kontrolę nad własnym głosem, bo w końcu mogłem usłyszeć, co mówię w kontekście tego, co dzieje się wokół mnie.

    Innym ogromnym plusem jest fakt, że mogę ich używać na rowerze czy podczas biegania, nie obawiając się o bezpieczeństwo. Zdaję sobie sprawę, że słuchawki z wygłuszeniem mogą stworzyć zagrożenie na drodze. Jednak jazda bez muzyki jest znacznie mniej przyjemna, a ja cenię sobie, gdy w tle gra coś, co nadaje rytm podczas pedałowania. Teraz nie muszę już kompozycyjnie przesuwać głowy, aby dowiedzieć się, co dzieje się wokół mnie. Podczas biegania lub jazdy na rowerze słyszę nie tylko muzykę, ale także całe otoczenie: samochody, rowerzystów, pieszych, sygnały, ptaki – wszystko. Czy czasami czuję, że muzyka jest zbyt cicho? Oczywiście, ale to kompromis, na który jestem gotowy, ponieważ w zamian otrzymuję coś, czego żadne ANC nie jest w stanie mi dać: pełną świadomość sytuacyjną.

    Brak ANC mnie nie martwi, ponieważ nawet słuchawki open ear często oferują jakąś formę wygłuszania. Z powodu ich konstrukcji osiągnięcie tego efektu jest trudniejsze i mniej efektywne, ale jednak działa. Nie oczekuję ciszy w pociągu ani całkowitej izolacji podczas spacerów. Oczekuję jedynie, że będę słyszał muzykę oraz będę funkcjonował w rzeczywistości. I dokładnie to otrzymuję.

    Muszę przyznać, że teraz czuję się na tyle dobrze z tą zmianą, że nie zamierzam już wracać do klasycznych słuchawek.

  • IKEA odpala petardę. To może być twój ulubiony głośnik Bluetooth

    IKEA odpala petardę. To może być twój ulubiony głośnik Bluetooth

    IKEA od lat dostarcza nam wysokiej jakości produktów audio, a nowy głośnik BADKRUKA wydaje się idealnym rozwiązaniem, które sprawdzi się zarówno w salonie, jak i na biurku obok komputera czy monitora.

    Przypominacie sobie jeszcze produkty SYMFONISK we współpracy IKEA i Sonos? Ta kooperacja zaowocowała urządzeniami audio, które zdobyły uznanie ze względu na przystępną cenę, wygodę użytkowania oraz wysoką jakość dźwięku. Choć współpraca zakończyła się rok temu, sieć popularnych sklepów nie zrezygnowała z wprowadzania na rynek różnorodnych autorskich głośników w różnych formach. Obecnie możemy zapoznać się z najnowszą serią o wdzięcznej nazwie BADKRUKA, która może zaskoczyć swoimi możliwościami.

    BADKRUKA to kompaktowy głośnik Bluetooth o wymiarach 16 x 16 x 17,5 cm, który na pierwszy rzut oka przypomina nieco konsolę XBOX Series X (chociaż głośnik nie ma związku z serią produktów inspirowanych XBOX). W polskim sklepie IKEA jego cena wynosi 199 zł. Obudowa została wykonana z tworzywa ABS, z którego co najmniej połowa pochodzi z recyklingu, a projekt głośnika jest dziełem Oli Wihlborg. Urządzenie cechuje się prostym, dyskretnym wyglądem i łatwością w ustawieniu niemalże w każdym pomieszczeniu.

    Niewielkie wymiary, ale wiele możliwości

    BADKRUKA oferuje łączną moc wyjściową 25 W. Wewnątrz znajdziemy osobny głośnik wysokotonowy oraz woofer, a deklarowany zakres częstotliwości wynosi od 50 Hz do 20 kHz. Użytkownik ma do dyspozycji trzy ustawienia korektora EQ, co pozwala dostosować charakter brzmienia do preferencji muzycznych. Głośnik obsługuje łączność Bluetooth, a IKEA dodała również klasyczne wejście AUX oraz optyczne. Dzięki temu BADKRUKA staje się nie tylko głośnikiem umieszczonym na regale, z którego możemy słuchać muzyki z telefonu; możemy go również podłączyć przewodowo do telewizora, komputera, adaptera czy innego źródła dźwięku posiadającego odpowiednie wyjścia.

    Co więcej, istnieje możliwość sparowania dwóch egzemplarzy BADKRUKA w celu stworzenia zestawu stereo. IKEA wskazuje na możliwość ustawienia takiej pary przy monitorze, co czyni głośniki prostym systemem audio do komputera. Dodatkowo, dostępny jest tryb wielu głośników, umożliwiający połączenie BADKRUKA z innymi kompatybilnymi modelami IKEA i odtwarzanie tej samej muzyki w kilku miejscach jednocześnie.

    Czytaj dalej poniżej

    Belkin ma pierwszy powerbank z bezpiecznymi ogniwami Semi-Solid-State

    Spotify Tap oraz atrakcyjna cena

    Głośnik jest wyposażony w funkcję Spotify Tap, co ułatwia nawigację po najpopularniejszym serwisie muzycznym. Naciśnięcie odpowiedniego przycisku pozwala powrócić do wcześniej odtwarzanej muzyki, a kolejne przyciski umożliwiają uruchomienie utworu dobieranego na podstawie historii słuchania. Nie trzeba więc za każdym razem sięgać po telefon.

    Warto jednak zauważyć, że BADKRUKA nie ma wbudowanego akumulatora, co sprawia, że nie będzie idealnym rozwiązaniem na wyjazdy czy wypady za miasto z przyjaciółmi. To typowy głośnik, który najlepiej ustawić w jednym miejscu na stałe. Jego stopień ochrony IP20 potwierdza, że jest to sprzęt przeznaczony do użytku domowego, a nie na plażę czy przy basenie.

    Jednak w cenie 199 zł, wydaje się, że oferowane możliwości są naprawdę warte uwagi. Oczywiście, wszystko zależy od tego, czy niska cena nie oznacza kompromisów w jakości dźwięku. Na chwilę obecną trudno to ocenić, ponieważ w sieci nie ma jeszcze konkretnych recenzji tego urządzenia. Niemniej jednak, Bluetooth, wejścia optyczne i AUX, Spotify Tap, możliwość stworzenia pary stereo oraz systemu złożonego z kilku głośników to zestaw funkcji bardzo zachęcający do zakupu.