Kategoria: Wiadomości

  • Powraca kultowy serial. Nowa wersja może niektórych zszokować

    Powraca kultowy serial. Nowa wersja może niektórych zszokować

    Niektórzy tęsknią za tym serialem, inni mają dopiero przed sobą fascynujący seans, ponieważ mogli być za młodzi, by poznać „Prison Break”.

    Znany w Polsce jako „Skazany na śmierć”, serial stał się globalnym fenomenem. Po latach nieobecności na ekranach (choć kilkukrotnie został wznawiany), jedna z najbardziej rozpoznawalnych produkcji ostatnich dwóch dekad powraca. „Prison Break” w połowie lat 2000. był świeżym i zaskakującym doświadczeniem, jednak tym razem nie mamy do czynienia z kontynuacją ani miękkim restartem, lecz z rebootem zatytułowanym „Prison Break: Black Creek”. Produkcja została już uruchomiona, a pierwsze materiały promocyjne sugerują, że twórcy nie zamierzają iść na łatwiznę.

    Prison Break: Black Creek – o czym opowiada?

    „Prison Break: Black Creek” osadzony jest w tym samym uniwersum co oryginał, ale nie kontynuuje losów Michaela Scofielda i Lincolna Burrowsa. W centrum fabuły znajdą się zupełnie nowi bohaterowie, w tym była żołnierka, która podejmuje pracę jako strażniczka w jednym z najniebezpieczniejszych więzień w Stanach Zjednoczonych: Black Creek Penitentiary. Jej motywacja jest prosta, ale niebezpieczna: pragnie uratować osobę bliską, co zmusi ją do działań przypominających te, które podejmował Michael Scofield.

    Z opublikowanej zapowiedzi wynika, że nowa wersja serialu będzie znacznie mroczniejsza od pierwowzoru. Twórcy nie kryją, że „Black Creek” ma być bardziej brutalne, realistyczne i pozbawione elementów, które w oryginale mogły budzić skojarzenia z kinem akcji. Takie podejście może zaskoczyć wielu fanów, ale jeśli przyniesie ciekawe efekty, to nie mamy nic przeciwko. W zapowiedzi widnieje również intrygujący szczegół: tatuaż na dłoni głównej bohaterki z napisem „Love Less” – nawiązanie do kultowych tatuaży Michaela Scofielda, które zawierały plan ucieczki.

    W obsadzie znaleźli się m.in. Emily Browning, Lukas Gage, Drake Rodger oraz Clayton Cardenas. Za produkcję odpowiadają osoby związane z oryginałem, w tym Paul Scheuring – twórca pierwszego „Prison Break”. Data premiery na Hulu (oraz Disney+ poza USA) nie została jeszcze ustalona, ale produkcja już trwa.

    Czytaj dalej poniżej

    Wielkie powroty i mocne premiery - tych nowości nie przegapcie!

     

     

     

  • ChatGPT idzie po finanse. Czy jest branża, której nie opanuje?

    ChatGPT idzie po finanse. Czy jest branża, której nie opanuje?

    Istniała możliwość nazwania nowego produktu BankGPT, jednak zdecydowano się na bardziej formalną nazwę: „ChatGPT for Financial Services”. W tym rozwiązaniu GPT-6 Astra zderzy się z danymi finansowymi oraz narzędziami do analiz, które zostały dostosowane do tych potrzeb. W jednorodnym środowisku analitycy będą mogli m.in.: badać spółki, przygotowywać wyceny oraz weryfikować źródła danych wykorzystanych w swoich kalkulacjach. Należy jednak zauważyć, że produkt ten nie jest przeznaczony do zarządzania domowymi finansami, co sprawia, że nie każdy będzie mógł z niego skorzystać.

    Będzie to wersja ChatGPT Work, przeznaczona do sektora regulowanego, dostępna jedynie dla odpowiednich instytucji. Skupia się głównie na bankowości inwestycyjnej oraz analizach spółek notowanych na giełdzie. Morgan Stanley i Evercore wspierały OpenAI w opracowywaniu tego produktu, wskazując między innymi na najbardziej uciążliwe etapy pracy analityków. OpenAI ma na celu rozwiązanie wielu aktualnych problemów finansistów: zapewni dostęp do wiarygodnych danych i przygotuje pakiet użytecznych materiałów dla zespołów oraz klientów. Zaczynamy ciekawą rywalizację na rynku IT: OpenAI wyraźnie stara się pozyskać klientów biznesowych, rozpoczynając od branży bankowej.

    Wszystko w jednym miejscu

    Obecne zbiory danych obejmują sprawozdania finansowe, transkrypcje rozmów o wynikach oraz informacje o prywatnych spółkach. Crunchbase, uznawany serwis w branży, dostarcza danych na temat finansowania firm, inwestorów oraz przejęć. Istotną zaletą jest to, że instytucje finansowe dzięki OpenAI nie będą musiały renegocjować osobno warunków dostępu do informacji, gdyż wszystko będzie dostępne w ramach jednego pakietu. OpenAI gromadzi i przechowuje te dane we własnej bazie. Wyszukiwanie informacji o firmach ma być znacznie szybsze i bardziej harmonijne, co potwierdza twórca ChatGPT.

    Osobno rozwijane będą integracje związane z abonamentami, które instytucje już wykupują i które nie są częścią umowy na „bankowy ChatGPT”. OpenAI pracuje nad rozpoznawaniem uprawnień z S&P Capital IQ, LSEG, MSCI, Dow Jones Factiva i Moody’s, dzięki czemu użytkownicy zyskają automatyczny dostęp do danych objętych ich innymi subskrypcjami. Stworzony zostanie również ekosystem oparty na istniejących konektorach, umożliwiający podłączenie różnych usług, z których korzystamy, a które zawierają istotne dla nas informacje.

    Analiza z określonym źródłem

    Każda liczba i stwierdzenie będą miały swoje źródło, co zminimalizuje ryzyko niedomówień. W trakcie analizy skorygowanego wyniku finansowego użytkownicy będą mogli określić, jakie koszty zostały wyłączone z obliczeń. Analitycy będą mieć dostęp do wyjaśnień dotyczących korekt oraz będą mogli zdecydować, jak interpretować te dane w kontekście danego modelu wyceny. Zasadniczo to do analityka należy ocena poprawności interpretacji danych oraz weryfikacja sensowności przyjętych założeń. OpenAI obiecuje dalsze dostosowywanie modeli, aby minimalizować błędy oraz poprawiać jakość pozyskiwanych danych z różnych źródeł, a także odpowiednio je oznaczać.

    Czytaj dalej poniżej


    Microsoft chce, żebyś potężną sztuczną inteligencję miał w domu. Oto, jak chce to zrobić


    OpenAI wspiera się testem OfficeQA Pro w ramach startu produktu, w którym GPT-6 Astra uzyskał 69,9% poprawnych odpowiedzi. Wynik GPT-5.6 Sol wyniósł 60,2%, co wskazuje na wyraźną, aczkolwiek niewielką różnicę. Test ocenia zdolność wyszukiwania oraz analizowania informacji zawartych w biuletynach Departamentu Skarbu USA, w tym tabele, wykresy oraz objaśnienia.

    Analiza kończy się arkuszem i prezentacją

    Za pracę na dokumentach oraz tworzenie plików odpowiedzialny będzie, oczywiście, najnowszy model: Astra. Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ Astra już dzisiaj sprawdza się w zakresie złożonych analiz, więc z łatwością poradzi sobie również z danymi finansowymi. Gigant obiecuje wytwarzanie wycen oraz notatek analitycznych na wysokim poziomie, jak od doświadczonego analityka. Użytkownicy będą mieli dostęp do interaktywnych wykresów, które umożliwią weryfikację danych wejściowych oraz ich źródeł. Kontynuowane będą również prace nad kolejnymi modelami, które będą sukcesywnie dodawane do finansowego ChatGPT.

    Ciekawe jest to, że po skonfigurowaniu szablonów i wytycznych stylistycznych, system będzie w stanie generować materiały w formacie preferowanym przez klienta oraz wykorzystywać jego identyfikację wizualną. Dotyczy to także pitchbooków. Niektórzy mogą dostrzegać w tym szansę dla wielkich instytucji finansowych, aby ograniczyć zatrudnienie osób, które mają niewiele do czynienia z analizami spółek, a skupiają się głównie na przygotowywaniu estetycznych i czytelnych szablonów. Zapewne tak właśnie będzie, a celem stanie się szybkie przygotowanie prezentacji przez mniejszy zespół ludzi.

    Czytaj również: GPT-6 Astra zdiagnozowała problem z ChatGPT i wysłała e-mail do działu wsparcia, w moim imieniu.

    Co z poufnością danych?

    Dostęp do tej sfery oparty jest na zabezpieczeniach ChatGPT Enterprise, które obejmują m.in. jednorazowe logowanie, zarządzanie kontami oraz zaawansowane zarządzanie uprawnieniami. OpenAI zaznacza, że domyślnie nie wykorzystuje danych biznesowych klientów do trenowania modeli. Dane są szyfrowane zarówno podczas przesyłania, jak i przechowywania, a instytucje mają możliwość określenia czasu ich przechowywania: po tym okresie będą niszczone. Oddzielne przestrzenie robocze pozwolą na segregację zespołów zajmujących się różnymi projektami. Wygląda na to, że OpenAI stara się z impetem zdobywać nowe branże i… nie zamierza się zatrzymywać.

  • HUAWEI FreeBuds Neo – recenzja. Za 449 zł oferują zaskakująco dużo

    HUAWEI FreeBuds Neo – recenzja. Za 449 zł oferują zaskakująco dużo

    HUAWEI FreeBuds Neo to jedne z najciekawszych słuchawek TWS w swoim zakresie cenowym. Charakteryzują się niesamowitą lekkością, komfortem użytkowania oraz redukcją szumów, która z powodzeniem może konkurować z droższymi modelami.

    Marka HUAWEI od kilku lat konsekwentnie udowadnia, że w kategorii słuchawek bezprzewodowych potrafi dostarczyć produkty mogące konkurować z czołowymi markami. Jako codzienny użytkownik iPhone’a i AirPodsów, zawsze podchodzę do różnych modeli TWS z pewnym dystansem, wynikającym z przyzwyczajenia do wygody oferowanej przez urządzenia Apple. FreeBuds Neo nie są jedynie kolejną iteracją FreeBuds Pro, ani też nie są ulokowane w budżetowej linii SE HUAWEI. Producenci zdecydowali się stworzyć dla Neo osobną linię, która ma zająć pozycję między prostymi słuchawkami do codziennego użytkowania a najdroższymi konstrukcjami wypełnionymi różnymi funkcjami. W przypadku tego modelu otrzymujemy atrakcyjną cenę i możliwości, które po kilku tygodniach użytkowania ukazują, że to rozsądny wybór.

    Małe i zaskakująco wygodne

    Pierwszą cechą wyróżniającą FreeBuds Neo na tle konkurencji są ich kompaktowe wymiary i niska waga. Pojedyncza słuchawka ma zaledwie 23,2 mm długości i waży tylko 4,8 g. Ich niewielkie wymiary przekładają się również na małe, owalne etui. Już przy pierwszym założeniu słuchawki sprawiają wrażenie, że nic nie mamy w uszach (co jest dużym plusem, ale i potencjalnym problemem, gdyby nagle wypadły i nie zauważylibyśmy tego). Dzięki czterem rozmiarom silikonowych końcówek możemy je dostosować do swoich uszu, co zapewnia pewne ich ułożenie w kanale słuchowym. Dodatkowo funkcja „wykrycia upadku” sprawia, że słuchawki rozpoczną odtwarzanie dźwięku, gdy wypadną z ucha.

    Huawei twierdzi, że kształt słuchawek został opracowany na podstawie danych dotyczących różnych anatomii ucha, co pomaga w równomiernym rozkładzie nacisku, eliminując ryzyko wypadania. Słuchawki są wygodne nawet po kilku godzinach noszenia i nie wymagały ode mnie ciągłego poprawiania, a przy tym dobrze trzymają się podczas szybkiego marszu czy biegu (u mnie na standardowych końcówkach). Niewielkie etui bez problemu zmieści się w kieszeni i także nie daje odczuć swojej obecności, gdyż waży tylko 31 g.

    FreeBuds Neo dostępne są w czterech wersjach kolorystycznych: srebrnej, białej, czarnej oraz różowej z zielonymi gradientowymi akcentami. Szczególnie efektownie prezentuje się błyszcząca wersja srebrna, która sprawia wrażenie produktu droższego, niż sugerowana cena. Osobiście testowałem słuchawki w kolorze czarnym, które wyglądają naprawdę atrakcyjnie, a ich dodatkową zaletą jest to, że nie przyciągają odcisków palców.

    ANC jako duża niespodzianka

    Jednym z najsilniejszych atutów FreeBuds Neo jest aktywna redukcja hałasu (ANC). System korzysta z układu trzeciej generacji, który według HUAWEI analizuje otoczenie nawet 400 tysięcy razy na sekundę. Dwukanałowa konstrukcja z tunelem w kształcie litery C ma zapewniać średnią redukcję hałasu sięgającą 30 dB. Muszę przyznać, że w warszawskim metrze byłem pozytywnie zaskoczony, gdyż hałas pociągu w tunelu był przyjemnie wyciszony. Niestety, czasami miałem wrażenie, że przy dynamicznej redukcji hałasu, która automatycznie dostosowuje się do warunków otoczenia oraz postawy noszenia, słuchawki gubiły się w poprawnym odcinaniu hałasu zewnętrznego.

    W aplikacji mobilnej HUAWEI Audio lub HUAWEI AI Life, która jest niezbędna do komfortowego korzystania z słuchawek, mamy kilka opcji ANC do wyboru. Nawet zmiana na opcję „najwyższy” nie poprawiła tego nieco dziwnego zachowania (może to kwestia oprogramowania, co będę monitorował przy kolejnych aktualizacjach). FreeBuds Neo oferują również funkcję „świadomość”, która przepuszcza dźwięki otoczenia, zwiększając naszą czujność na ruch uliczny, komunikaty na dworcu czy rozmowy. Przydatna jest również funkcja adaptacyjnego dźwięku, która pozwala na prowadzenie rozmów bez konieczności zdejmowania słuchawek. Automatycznie przechodzą one w tryb świadomości, gdy zaczynamy mówić. Nie miałem jednak możliwości przetestowania słuchawek w samolocie, gdzie ANC jest dla mnie jedną z kluczowych funkcji, ale zakładam, że także w tym przypadku odcięcie hałasu powinno być na przyzwoitym poziomie.

    Muzyka na najwyższym poziomie

    Odtwarzanie audio w słuchawkach HUAWEI FreeBuds Neo zapewnia nowy, 11-milimetrowy dynamiczny przetwornik z wieloma otworami wyrównawczymi, który oferuje częstotliwości od 10 Hz do 48 kHz. FreeBuds Neo obsługują LDAC z transmisją do 990 kb/s, a użytkownicy sprzętu HUAWEI mogą skorzystać z L2HC i transmisji dochodzącej do 2,3 Mb/s przy 48 kHz/24 bitach, co z pewnością docenią miłośnicy muzyki w bezstratnej jakości dźwięku. Jednak jedno z ograniczeń tych słuchawek polega na tym, że najlepsze parametry transmisji są zarezerwowane dla ekosystemu HUAWEI. Nie oznacza to jednak, że przy użyciu smartfona innej marki, słuchawki tracą sens. LDAC nadal pozwala na osiągnięcie wysokiej jakości na wielu urządzeniach z Androidem. Niestety, na iPhonie tego nie uświadczymy. Na otarcie łez pozostaje funkcja niskiego opóźnienia dźwięku, która automatycznie przełącza się podczas uruchamiania gier, zmniejszając opóźnienie wpływające na jakość rozgrywki.

    W modelu tym dostępny jest także korektor graficzny (efekty dźwiękowe) z różnymi predefiniowanymi ustawieniami oraz możliwością własnych modyfikacji, co pozwala na dopasowanie dźwięku do własnych preferencji. Już przy standardowych ustawieniach jakość dźwięku jest przyjemna. Bas jest mocny, ale nie dominuje pozostałej części pasma, wokale brzmią wyraźnie, a ogólna scena dźwiękowa charakteryzuje się dobrą separacją, nawet w bardziej złożonych utworach. Nie jestem specjalistą w dziedzinie dźwięku i nie potrafię dostrzegać drobnych różnic między różnymi modelami słuchawek, ale po kilku godzinach z FreeBuds Neo mogę śmiało stwierdzić, że muzyka brzmi w nich bardzo dobrze.

    Dla entuzjastów nowoczesnych rozwiązań dostępny jest również dźwięk przestrzenny 360 stopni z możliwością śledzenia ruchu głowy. Działa on również poza telefonami HUAWEI, jednak muszę zaznaczyć, że AirPods Pro wypadają lepiej przy odtwarzaniu muzyki z Apple Music w trybie Dolby Atmos. Nieco lepiej sprawdza się to przy oglądaniu filmów i w niektórych grach, włączenie tej opcji rzeczywiście zwiększa poczucie przestrzeni, ale w przypadku słuchania muzyki, dźwięk stereo wypada bardziej naturalnie.

    Same plusy, gdzie minusy?

    FreeBuds Neo korzystają z technologii Bluetooth 6.0 i oferują wygodne połączenie z dwoma urządzeniami jednocześnie, co ułatwia przełączanie między nimi. To istotna zaleta dla osób korzystających na przykład z telefonu i laptopa różnych producentów. Aplikacja mobilna działa zarówno na Androidzie, jak i iOS, pozwalając na zarządzanie ANC, korektorem i gestami. Sterowanie obejmuje dotknięcia, przytrzymanie i przesuwanie palcem – można więc regulować głośność bez konieczności sięgania po telefon. Umożliwia ona także wykonywanie gestów głową. Sama obsługa dotykowa jest wygodna, jednak napotkałem pewne trudności przy dłuższym przytrzymywaniu palca na słuchawce w celu zmiany trybu ANC (przy przewijaniu utworów lub zmianie głośności wszystko działa bez zarzutu). Kolejnym minusem jest brak obsługi bezprzewodowego ładowania etui – w przypadku tego typu urządzeń powinno to być standardem.

    Słuchawki są zgodne z normą IP55, co oznacza, że trening czy lekki deszcz nie powinny stanowić problemu, choć odporność ta nie obejmuje etui. Czas pracy na jednym ładowaniu również wypada pozytywnie. Do 10 godzin (realnie około 8 godzin) muzyki bez ANC oraz 6,5 godziny z włączoną redukcją hałasu. Razem z etui wartości te rosną odpowiednio do 40 i 24 godzin.

    HUAWEI FreeBuds Neo – czy warto?

    Rekomendowana cena FreeBuds Neo w Polsce wynosi 549 zł. Do 18 października 2026 roku obowiązuje promocja premierowa, która obniża tę kwotę do 449 zł. W tej cenie słuchawki są niezwykle atrakcyjne. Oferują bardzo dobry komfort noszenia, skuteczny ANC, mocne brzmienie, LDAC, multipoint, długi czas pracy oraz dodatkowe funkcje w aplikacji. To wszystko sprawia, że trudno znaleźć na rynku słuchawki w podobnej cenie z taką jakością. Minusy? Brak ładowania bezprzewodowego, część najlepszych funkcji zarezerwowana dla sprzętu HUAWEI oraz dźwięk przestrzenny, który może być ciekawostką dla niektórych użytkowników. Są to kompromisy, które w tym przedziale cenowym można łatwo zaakceptować. FreeBuds Neo udowadniają, że nie musimy wydawać blisko tysiąca złotych, aby cieszyć się wysokiej jakości słuchawkami dousznymi z funkcją ANC.

    HUAWEI FreeBuds Neo



    plusy

    • Atrakcyjna cena (promocja na start)
    • Lekkie i komfortowe
    • Skuteczne ANC
    • Długi czas pracy na baterii


    minusy

    • Funkcje zarezerwowane wyłącznie dla smartfonów HUAWEI
    • Brak ładowania bezprzewodowego

    Urządzenie na potrzeby recenzji udostępnił producent. Firma nie miała wglądu ani wpływu na treść artykułu przed publikacją.

  • Dodali jeden składnik do baterii. Efekt przerósł wszelkie oczekiwania

    Dodali jeden składnik do baterii. Efekt przerósł wszelkie oczekiwania

    Nowe nadzieje dla akumulatorów

    Masz dość noszenia ze sobą powerbanka oraz nieustannego ładowania swojego kilkuletniego smartfona? Wkrótce może się to zmienić. Japońscy naukowcy opracowali nowy związek chemiczny, który pozytywnie wpływa na żywotność akumulatorów.

    Rewolucyjny związek chemiczny

    Wyniki badań wskazują, że nowa substancja może znacznie wydłużyć czas działania baterii, co jest szczególnie istotne w dobie rosnącej liczby urządzeń mobilnych. Współczesne smartfony i inne urządzenia elektroniczne coraz bardziej obciążają akumulatory, co często prowadzi do ich szybkiego wyczerpywania się.

    Korzyści dla użytkowników

    Dzięki temu przełomowemu odkryciu, użytkownicy smartfonów mogą oczekiwać znacznie dłuższej pracy na jednym ładowaniu, co z pewnością poprawi komfort codziennego użytkowania. Możliwość korzystania z urządzeń bez ciągłego poszukiwania źródła zasilania to tylko jeden z wielu potencjalnych atutów.

    Przyszłość technologii akumulatorowej

    Opracowanie tego związku to krok w kierunku znaczącej poprawy technologii akumulatorowej. Wielu ekspertów wskazuje, że takie innowacje mogą zrewolucjonizować rynek elektroniki użytkowej, otwierając drzwi do bardziej efektywnych i długotrwałych rozwiązań energetycznych.

    Podsumowując, badania japońskich naukowców dają nadzieję na poprawę żywotności akumulatorów, dzięki czemu korzystanie z technologii stanie się jeszcze bardziej wygodne.

  • Google TV przygotowuje petardę. Tego jeszcze nie było!

    Google TV przygotowuje petardę. Tego jeszcze nie było!

    Google najwyraźniej zamierza w pełni wykorzystać potencjał gier na telewizorach. W najnowszej wersji aplikacji Google TV odkryto ślady funkcji, która może umożliwić przekształcenie smartfona w kontroler do gier, które uruchomimy na telewizorze. Choć jest to rozwiązanie wciąż w fazie rozwoju, ujawnione elementy sugerują, że firma traktuje ten temat poważnie.

    Smartfon jako kontroler do Google TV: jak to może działać w praktyce?

    Aplikacja Google TV od dawna umożliwia korzystanie ze smartfona jako pilota do sterowania interfejsem telewizora. Teraz Google może pójść o krok dalej i przekształcić ekran telefonu w wirtualny kontroler do gier. W wersji aplikacji oznaczonej numerem 4.39.4903.975565386.7-release odkryto m.in. wpisy dotyczące Gamepada oraz Joysticka. W kodzie pojawiła się także opcja aktywacji funkcji kontrolera. To nie oznacza jeszcze, że użytkownicy będą mogli z niej korzystać, ale jest to silny sygnał, że rozwiązanie jest w fazie rozwoju – i zapewne będzie funkcjonować podobnie jak w przypadku konkurencyjnych produktów.

    Google ma gotowy pomysł na wirtualny gamepad

    Pomysł nie jest całkowicie nowy. Google wprowadziło w systemie Android 17 specjalny tryb grania dla składanych smartfonów. Tutaj górna część wewnętrznego ekranu wyświetla grę, podczas gdy dolna zamienia się w wirtualny kontroler. Użytkownicy mają możliwość dostosowywania układu przycisków do swoich preferencji.

    Podobne rozwiązanie może zagościć w Google TV. Smartfon pełniłby rolę kontrolera, a obraz gry byłby wyświetlany na dużym ekranie telewizora. Taki układ mógłby być szczególnie atrakcyjny w przypadku gier, które nie wymagają najwyższej precyzji porównywalnej z fizycznym kontrolerem, jak turowe RPG, strategie czy przygodówki.

    Wciąż pozostaje kwestia komfortu

    Wirtualny gamepad ma jednak oczywiste ograniczenia: ekran dotykowy nie zapewnia takiej precyzji i wyczucia jak tradycyjny kontroler. Gracz nie odczuwa fizycznych przycisków ani analogów, a także zmuszony jest do patrzenia na telewizor, a nie na telefon. Dlatego rozwiązanie Google raczej nie zastąpi klasycznego pada w bardziej wymagających grach. Może ono jednak świetnie sprawdzić się w prostszych tytułach, grach imprezowych czy podczas okazjonalnego grania z kanapy.

    Czytaj dalej poniżej

    Używasz przeglądarki Chrome? Google wprowadza dużą zmianę, która poprawi Twoje bezpieczeństwo
    Google TV Streamer 4K

    Kolejny sygnał, że Google coraz poważniej myśli o grach wideo

    Google TV wciąż nie jest powszechnie kojarzona z grami, mimo że platforma może uruchamiać produkcje z Androida, a użytkownicy mogą podłączać zewnętrzne kontrolery. W przeszłości Google rozwijało również inne funkcje związane z obsługą telewizora, m.in. sterowanie wskaźnikiem, które przypomina działanie kontrolera Nintendo Wii.

    Nowy kontroler w smartfonie dla Google TV może więc być kolejnym krokiem w kierunku stworzenia bardziej kompleksowej platformy rozrywkowej. Jak na razie nie wiadomo, kiedy (ani czy w ogóle) funkcja ta zostanie udostępniona, ani które modele Google TV będą ją wspierać. Sam fakt obecności odpowiednich elementów w kodzie aplikacji sugeruje jednak, że granie na dużym ekranie może stać się dla Google istotniejsze niż dotychczas, co wydaje się ciekawym zwrotem akcji. Należy jednak pamiętać, że konkurencja nie próżnuje – niedawno głośno było o potencjalnych planach Apple dotyczących własnego kontrolera, który gracze mogliby sparować nie tylko z komputerami, tabletami czy smartfonami, ale także z grami na Apple TV.

    Źródło

  • YouTube ma nową opcję. Czekaliśmy na nią latami!

    YouTube ma nową opcję. Czekaliśmy na nią latami!

    Google udowadnia, że czasem faktycznie słucha użytkowników i wdraża funkcje, o które ci prosili od dawna…

    Korzystasz z YouTube na telewizorze, z którego regularnie korzystają inni domownicy? Jeśli tak, z pewnością znasz ograniczenia i problemy związane z dzieleniem jednego konta. Google dostrzega te trudności i wprowadza nową funkcję, która ma na celu rozwiązanie jednego z najbardziej irytujących problemów związanych z korzystaniem z współdzielonych urządzeń. Aplikacja teraz umożliwia zabezpieczenie konkretnego profilu czterocyfrowym kodem PIN, co uniemożliwia innym użytkownikom telewizora dostęp do Twojego konta.

    Koniec z psuciem algorytmu – Domownicy będą mogli zabezpieczyć profil

    W przypadku wspólnego korzystania z telewizora, często kończy się to na jednym koncie YouTube, które staje się dobrem wspólnym. Problematyczne staje się jednak to, że wiele osób korzysta z tego samego profilu, co prowadzi do chaosu. Jedna osoba ogląda wiadomości ze świata, inna filmy o swoich zainteresowaniach, a jeszcze ktoś inny przeszukuje przepisy kulinarne. Algorytm zaczyna mieszać przez co rekomendacje dla użytkowników stają się nieaktualne i bezsensowne.

    Nowa funkcja blokowania dostępu ma temu zapobiec. Po jej aktywowaniu, dostęp do zalogowanego profilu będzie możliwy tylko po wpisaniu czterocyfrowego kodu. Chronione będą m.in. spersonalizowane rekomendacje, subskrypcje oraz historia wyszukiwania.

    PIN ustawimy bezpośrednio na telewizorze

    Proces konfiguracji nie wymaga użycia komputera ani telefonu. Wystarczy otworzyć aplikację YouTube na wspieranym telewizorze lub urządzeniu streamingowym, przejść do menu, wybrać profil, następnie wejść w ustawienia znajdujące się pod nazwą konta oraz aktywować blokadę konta (Account Lock) i ustawić czterocyfrowy kod. Po włączeniu zabezpieczenia, pozostali domownicy mogą wciąż korzystać z YouTube’a, ale bez znajomości kodu PIN nie będą mieli dostępu do chronionego profilu. To rozwiązanie jest zdecydowanie wygodniejsze niż ciągłe wylogowywanie się z konta.

    Czytaj dalej poniżej


    Tańszy abonament YouTube także w Polsce!

    Warto jednak pamiętać o jednym ograniczeniu: czterocyfrowy kod PIN nie zastępuje hasła do konta Google i nie chroni innych usług tej firmy. Działa jedynie na poziomie konkretnego profilu YouTube na współdzielonym telewizorze. Zapomniany PIN można zresetować, korzystając z opcji „Zapomniałem kodu”, po czym konieczne będzie potwierdzenie tożsamości za pomocą danych głównego konta Google.

    Nowa opcja przyda się przede wszystkim w domowym telewizorze, ale nie tylko!

    Nowość ma sens przede wszystkim w gospodarstwach domowych, gdzie jeden ekran jest używany przez kilka osób. Może być również przydatna na urządzeniach wykorzystywanych przez większą liczbę użytkowników, gdzie prywatność historii oglądania i rekomendacji ma większe znaczenie, np. w biurze.

    YouTube od pewnego czasu wprowadza zmiany w sposobie korzystania z aplikacji na telewizorach. Nowa blokada konta jest jedną z bardziej praktycznych funkcji, gdyż skutecznie rozwiązuje konkretny problem, nie zmuszając użytkowników do ciągłego logowania i wylogowywania. Jeżeli na domowym telewizorze używasz swojego konta YouTube, warto sprawdzić, czy opcja jest już dostępna. Czterocyfrowy PIN może wystarczyć, aby nasza historia oglądania oraz rekomendacje były naprawdę nasze – z minimalną koniecznością regularnego kasowania historii przeglądania…

  • Ukryta funkcja pilota telewizora zmieni sposób, w jaki oglądasz filmy

    Ukryta funkcja pilota telewizora zmieni sposób, w jaki oglądasz filmy

    Funkcja, o której wielu użytkowników nie ma pojęcia, a która może okazać się niezwykle przydatna!


    Pilot do telewizora jest wyposażony w dziesiątki przycisków, z których wiele pozostaje dla użytkowników niemal zagadkowych. Jednak jedna z funkcji może znacząco wpłynąć na sposób oglądania filmów i seriali. Co ciekawe, nie wymaga to instalacji żadnej aplikacji ani zakupu dodatkowego sprzętu. Wystarczy znaleźć odpowiednią opcję w telewizorze.

    Co oznacza tajemniczy skrót AD?

    Mowa o audiodeskrypcji, często oznaczanej jako AD, czyli ang. Audio Description. To dodatkowa ścieżka dźwiękowa stworzona przede wszystkim z myślą o osobach niewidomych i słabowidzących. Jej działanie jest niezwykle proste. Kiedy w filmie pojawia się fragment bez dialogów, lektor opisuje najważniejsze elementy wydarzeń na ekranie. Informuje widza, kto wszedł do pomieszczenia, gdzie przeniosła się akcja, co znajduje się w kadrze czy jakie wydarzenie właśnie miało miejsce. Dzięki temu obraz zostaje częściowo „przetłumaczony” na informację dźwiękową. Funkcja ta jest szczególnie przydatna podczas oglądania filmów, seriali i dokumentów.

    Co ważne: nie trzeba mieć specjalnego telewizora!

    Audiodeskrypcja nie jest funkcją zarezerwowaną wyłącznie dla najdroższych modeli telewizorów. Wiele nowoczesnych urządzeń obsługuje tę opcję jako element ustawień dostępności. Problem polega na tym, że użytkownicy często nie są świadomi jej istnienia. W zależności od producenta, opcja ta może znajdować się w menu oznaczonym jako Dostępność, Ułatwienia dostępu, ustawieniach dźwięku lub wyborze ścieżki audio. W niektórych modelach można ją również aktywować bezpośrednio za pomocą odpowiedniego przycisku na pilocie.

    Nie ma jednak jednej uniwersalnej kombinacji dla wszystkich telewizorów. Samsung, LG, Sony, Philips, Panasonic i inne marki mogą stosować różne rozwiązania. Warto więc zajrzeć do instrukcji obsługi konkretnego modelu.

    Czytaj dalej poniżej


    Jaka drukarka do domu w 2026 roku? Laser nie zawsze będzie najlepszym wyborem

    Funkcja przydaje się nie tylko widzom z problemami

    Po pierwsze, pamiętaj, że nie wszystkie źródła posiadają funkcję audiodeskrypcji. Upewnij się, że w telewizorze ustawiony jest kanał lub źródło, które obsługują tę funkcję (jest to zazwyczaj sygnalizowane na ekranie / w przewodniku za pomocą dwóch liter: AD).

    Audiodeskrypcja została zaprojektowana przede wszystkim w celu poprawy dostępności, ale jej zastosowanie jest znacznie szersze. Może być również pomocna, gdy ktoś tylko słucha telewizora podczas wykonywania innych czynności. W sytuacji, gdy nie patrzymy na ekran, zwykła ścieżka dźwiękowa nie przekazuje często informacji o tym, co dzieje się na ekranie. Audiodeskrypcja może natomiast dostarczyć kluczowe informacje. Należy jednak pamiętać, że nie każdy film czy program telewizyjny posiada dodatkową ścieżkę AD. Warto sprawdzić konkretne kanały czy dostawców treści, którzy oferują tę funkcję. Na przykład, TVP na swoich stronach internetowych udostępnia listę produkcji, które danego dnia (i w dniach kolejnych) dostępne są z funkcją audiodeskrypcji.

    Jak znaleźć audiodeskrypcję w moim telewizorze?

    Najlepiej rozpocząć poszukiwania od ustawień telewizora. W menu należy zlokalizować sekcję związaną z dostępnością, dźwiękiem lub wyborem ścieżki audio. Jeśli telewizor wykorzystuje dekoder lub zewnętrzny odbiornik, odpowiednia opcja może znajdować się w jego ustawieniach. Należy również zwrócić szczególną uwagę na oznaczenie AD w elektronicznym przewodniku programowym, które informuje, że dany materiał oferuje audiodeskrypcję. To na pierwszy rzut oka niewielka funkcja, ale dla wielu widzów może zmienić zasady gry. Dlatego warto sprawdzić ustawienia swojego telewizora — być może funkcja, o której istnieniu nie mieliśmy pojęcia, jest już aktywna i okaże się przydatna na co dzień!

  • Recenzja Turtle Beach Command Series KB7. Klawiatura z ekranem i niewykorzystanym potencjałem

    Recenzja Turtle Beach Command Series KB7. Klawiatura z ekranem i niewykorzystanym potencjałem

    Portfolio Turtle Beach od lat koncentrowało się głównie na słuchawkach. Klawiatury i myszy do oferty dodano dopiero po przejęciu marki ROCCAT w 2019 roku, która następnie została wygaszona. Command Series KB7 to pierwsza klawiatura z najwyższej półki, która została wprowadzona wyłącznie pod marką Turtle Beach. Dziedzictwo serii Vulcan jest widoczne już na pierwszy rzut oka – mamy tutaj aluminiową płytę, odsłonięte przełączniki oraz niemal identyczną podpórkę pod nadgarstki.

    To nie jest zwykła klawiatura. W miejscu bloku nad strzałkami zastosowano dotykowy ekran o przekątnej 4,3 cala. W KB7 znalazły zastosowanie także magnetyczne przełączniki z regulowanym punktem aktywacji, a całość można rozszerzyć o doczepiany moduł KP7 (sprzedawany osobno). Choć KB7 zadebiutowała w maju, jest stosunkowo trudna do znalezienia w polskich sklepach…

    Konstrukcja i ergonomia

    W zestawie znajduje się pleciony kabel USB-C o długości 1,8 m, przejściówka na dwa złącza USB-A, silikonowa podpórka pod nadgarstki, ściągacz do keycapów oraz cztery teksturowane nakładki na klawisze WASD. Moduł KP7 należy dokupić osobno.

    Górna płyta wykonana jest ze szczotkowanego, anodowanego aluminium w ciemnoszarym kolorze. W lewym górnym rogu znajduje się miedziany akcent oraz plastikowa listwa z pokrętłem, przyciskami sterującymi odtwarzaniem oraz czterema trójkątnymi guzikami funkcyjnymi (tryb gry, przełączanie profilu, włączenie/wyłączenie mikrofonu i podświetlenia). Całość otacza plastikowa ramka, która zakrywa spód.

    To teoretycznie klawiatura TKL, ale dość nietypowa, ponieważ prawa strona jest zajęta przez ekran. Klawiatura ma wymiary 399 x 174 x 31 mm i waży 858 g, a po dodaniu podpórki łączna waga wynosi 1,12 kg. Przełączniki pozostają odsłonięte, co jest charakterystyczne dla serii Vulcan, co nie tylko dobrze wygląda, ale również ułatwia czyszczenie.

    Keycapy wykonane są z PBT w technologii double-shot. Mają płaski, cylindryczny profil i standardowe niskoprofilowe trzpienie, co pozwala na wymianę na inne alternatywne w razie potrzeby. Podpórka jest półprzezroczysta z poprzecznymi rowkami, mocowana na gumowych klipsach. Producent wykorzystał przezroczyste tworzywo, które efektownie rozprasza światło z dolnej listwy LED.

    Dolna część wykonana jest z dwóch elementów – matowej ramki i błyszczącego środka z teksturą w trójkąty oraz logo marki. Zastosowano podwójne nóżki z dwoma kątami nachylenia (5 i 7 stopni) oraz trzy gumowe podkładki.

    Na górnej krawędzi znajduje się port USB-C do komunikacji z komputerem oraz USB-A, do którego możemy podłączyć nadajnik myszy lub słuchawek.

    Po obu bokach umieszczono szyny do wsuwania modułu KP7. Połączenie zapewniają sprężynowe styki na krawędzi. Co ciekawe, moduł można przymocować zarówno z prawej, jak i z lewej strony, co z pewnością docenią leworęczni gracze. W module znajdują się 28 klawiszy, przycisk trybu oraz pokrętło głośności. KP7 działa także samodzielnie, po podłączeniu własnym kablem.

    Konstrukcja sprawia wrażenie solidnej, choć mam kilka zastrzeżeń. Przede wszystkim aluminiowa płyta jest zbyt cienka, co powoduje jej uginanie przy mocniejszym nacisku. Szczególnie widać to przy górnej krawędzi i w centralnej części. Moduł wsuwny mógłby być bardziej stabilny – przy podnoszeniu klawiatury chybocze się na boki, co w praktyce nie jest dużym problemem, gdyż większość czasu będzie leżeć na blacie. Nie podoba mi się także dźwięk klikania górnych klawiszy (trójkątnych oraz sterujących odtwarzaniem) – jest głośny i brzmi nieco tandetnie.

    Przełączniki i ekran dotykowy

    Titan Low-Profile Hall Effect to autorskie, liniowe przełączniki magnetyczne, fabrycznie smarowane, o skoku 3,2 mm i deklarowanej żywotności 100 milionów naciśnięć. Ich wymiana nie jest możliwa, ponieważ są na stałe wlutowane w PCB. Punkt aktywacji można regulować w zakresie 0,1-3,2 mm dla każdego klawisza z osobna. Oprócz tego znajdziemy mechanizm Rapid Trigger, który jest natychmiastowym resetem klawisza po lekkim zwolnieniu, oraz ReacTap, który przy równoczesnym wciśnięciu dwóch przeciwnych kierunków aktywuje ostatni z nich. Klawiatura komunikuje się z komputerem z częstotliwością do 8000 Hz, co według producenta daje opóźnienie 0,125 ms. Choć brzmi to imponująco, w codziennym użytkowaniu poza scenariuszami turniejowymi może być to bardziej działa z przymrużeniem oka.

    Pisanie na KB7 jest przyjemne, klawisze są lekkie, gładkie i nie stawiają wyczuwalnego oporu. Dźwięk jest suchy i stosunkowo cichy jak na odsłonięte przełączniki, choć nie tak głuchy jak w klawiaturach wytłumionych pianką. Klawiatura nie ma tak wyraźnego charakterystycznego dźwięku uderzania o metal, co mi osobiście odpowiada, ponieważ sprawia, że dźwięk staje się subtelniejszy – plastikowa podstawa dobrze działa w tym przypadku.

    Punkt aktywacji klawiszy można regulować z poziomu aplikacji lub wbudowanego ekranu. Przy najbardziej czułym ustawieniu, w okolicach 0,5 mm, samo oparcie dłoni na klawiszach potrafi przypadkowo wpisać kilka znaków. Do pisania najlepiej sprawdzają się średnie wartości, a najczulsze ustawienia lepiej pozostawić dla strefy WASD.

    Ekran domyślnie zastępuje fisyczne klawisze Insert, Delete, Home, End, Page Up i Page Down. Możemy go jednak użyć jako blok numeryczny, inne polecenia, skróty klawiszowe, makra itp. Do dyspozycji mamy trzy strony po 12 pól, co daje 36 skrótów na profil, a na urządzeniu możemy zapisać pięć profili. Punkty aktywacji, Rapid Trigger i ReacTap można przełączyć bezpośrednio na ekranie, bez potrzeby uruchamiania aplikacji. Dodatkowo dostępne są widżety, takie jak sterowanie odtwarzaniem, wyciszanie mikrofonu w Discordzie, przełączanie scen w OBS-ie czy statystyki meczowe z Counter-Strike’a.

    W praktyce ekran sprawdza się jako mały panel sterowania obok klawiatury. Zmiana sceny przed meczem, wyciszenie komunikatora, uruchomienie makra do programu graficznego – wszystko działa sprawnie i ogranicza konieczność przełączania okien. Przewijanie stron jest szybkie i płynne, jednak ściąganie górnego panelu z ustawieniami nie ma animacji, co sprawia wrażenie opóźnienia. Sam panel dotykowy mimo to działa responsywnie i dostatecznie precyzyjnie, chociaż oczywiście wymaga przyzwyczajenia.

    Ekran i podświetlenie pobierają sporo energii, dlatego KB7 jest konstrukcją wyłącznie przewodową. Przy porcie USB 3.0 wystarczy jeden kabel, natomiast przy starszym USB 2.0 konieczna jest przejściówka z dwiema wtyczkami.

    Oprogramowanie Swarm II

    Do zarządzania klawiaturą potrzebujemy dedykowanego oprogramowania producenta – Swarm II. Znajdziemy tutaj możliwość kontroli podświetlenia dla każdego klawisza z kreatorem efektów, opcję tworzenia profili automatycznie przełączanych w zależności od aktywnej aplikacji, menedżera makr z rejestracją w czasie rzeczywistym oraz integracje z OBS-em i Discordem. Dwie reklamowane funkcje, czyli Multi-Input oraz emulacja analogowej gałki kontrolera, mają być dostępne w przyszłości. Aplikacja działa tylko na systemie Windows, natomiast na MacOS klawiatura funkcjonuje jako zwykłe urządzenie bez możliwości konfiguracji.

    W praktyce Swarm II należy do najmniej stabilnych aplikacji, z jakimi miałem do czynienia. Wiele funkcji działa nieprzewidywalnie; program uruchamia się długo i często się zawiesza, a sam proces aktualizacji firmware klawiatury trwa znacznie dłużej niż oczekiwano. Problemem jest także sam UX oraz nawigacja po kolejnych ekranach – mam wrażenie, że wiele elementów układu zaprzecza dobrym praktykom projektowania interfejsów.

    Możliwości konfiguracji ekranu są względnie duże – mamy wiele (choć wciąż wydaje się ich za mało w porównaniu do np. Stream Decka Elgato) różnych poleceń i funkcji, które możemy przeciągnąć na ekran z podglądem układu. Niektóre kafelki wykonują konkretne zadania, inne wyświetlają informacje (np. o temperaturze GPU i CPU, zajętej pamięci RAM itd.), a jeszcze inne naśladują skróty klawiszowe. Niestety nie mamy możliwości dostosowania wyglądu kafelków, a brak opcji dodawania emoji czy własnych obrazków jest odczuwalny. Szczególnie widać to w przypadku skrótów klawiszowych i kafelków, które wyglądają niezbyt atrakcyjnie.

    Producent przygotował również kilka gotowych układów, które możemy zaimportować. Są to między innymi skróty klawiszowe dedykowane Teams, Zoomowi, Photoshopowi lub przeglądarkom internetowym. Mimo wszystko potrzeba sporo czasu, aby skonfigurować ekran, stworzyć odpowiednie profile, makra i układy, by móc z niego naprawdę skorzystać – a zastosowań jest wiele, szczególnie dla twórców internetowych, streamerów i pracowników kreatywnych. Brakuje mi jednak większej liczby gier, które by wykorzystywały ten potencjał – nie każdy gra w Counter-Strike’a, a to prawie jedyna obsługiwana gra. Fajnie byłoby mieć np. wskaźniki stanu surowców w strategiach, cooldowny umiejętności czy nasze statystyki w strzelankach. Potencjał takich ekranów w peryferiach jest ogromny, ale niewiele firm rzeczywiście go wykorzystuje w pełni. I nie inaczej jest tym razem.

    Dla kogo jest ta klawiatura?

    Turtle Beach Command Series KB7 to jedna z ciekawszych klawiatur roku 2023, jednak wciąż z wieloma niedoskonałościami. Ekran dotykowy w miejscu bloku nawigacyjnego ma realne zastosowania, magnetyczne przełączniki z regulacją per klawisz i Rapid Trigger sprawdzają się w strzelankach, a moduł numeryczny można podłączyć z lewej lub prawej strony, co jest rzadką cechą u konkurencji. Całość dopełniają keycapy PBT i konstrukcja wzmacniana aluminiową płytą.

    Naturalnie nie wszystko jest tutaj idealne. Największym problemem pozostaje oprogramowanie, które potrafi się zawieszać, resetować nasze ustawienia i jest trudne do przewidzenia. Niektórzy mogą być także rozczarowani brakiem możliwości wymiany przełączników. Mimo to największym minusem jest niedostateczne wykorzystanie potencjału dodatkowego ekranu. Integruje się on bowiem tylko z jedną grą, a sama liczba dostępnych funkcji i poleceń (oraz ich personalizacji) jest niewystarczająca. Producent mógłby dodatkowo udostępnić SDK czy dokumentację do tworzenia własnych dodatków – tego również brakuje.

    KB7 to imponująca konstrukcja, która jest ograniczona przez oprogramowanie. Wiele zależy od producenta. Jeżeli będzie kontynuował aktualizacje aplikacji oraz firmware, za pół roku może to być zupełnie inny produkt.

    Cena urządzenia wynosi 210 euro (+100 euro za opcjonalny moduł KP7). Warto również zaznaczyć, że dostępność w polskich sklepach jest ograniczona, co zmusza do składania zamówień bezpośrednio na stronie producenta (na szczęście z darmową przesyłką przy zamówieniach powyżej 50 euro).

    Turtle Beach Command Series KB7 (+KP7)



    plusy

    • Fajny design
    • Wygodna podpórka pod nadgarstki w zestawie
    • Wbudowany port USB-A
    • Regulowane magnetyczne przełączniki o przyjemnym brzmieniu
    • Rapid Trigger i ReacTap
    • Możliwość podłączenia bloku numerycznego KP7 (po obu stronach!)
    • Duży, jasny i czytelny wyświetlacz…


    minusy

    • …którego potencjału jak zwykle nie wykorzystano
    • Aluminiowa płyta powinna być grubsza, bo konstrukcja się ugina
    • Oprogramowanie Swarm
    • Słaba dostępność w polskich sklepach

    Urządzenie do recenzji udostępnił producent. Firma nie miała wpływu na treść artykułu przed publikacją.

  • Kupujesz nowy PC? Współczuję – sprawdziłem, jak zmieniły się ceny

    Kupujesz nowy PC? Współczuję – sprawdziłem, jak zmieniły się ceny

    Zakup nowego komputera to wyzwanie. Zdecydowałem się przyjrzeć cenom konfiguracji sprzed kilku lat – sytuacja jest naprawdę zaskakująca…

    Wszyscy jesteśmy świadomi, jak bardzo wzrosły ceny podzespołów komputerowych i jak kosztowne stało się składanie komputera, a także zakup gotowych zestawów. Ale czy zdajecie sobie sprawę, ile dokładnie tracimy na obecnych cenach? Postanowiłem sprawdzić, jakie konfiguracje sprzed kilku lat są teraz dostępne oraz co oznaczają ceny, które kiedyś były uznawane za spore.

    Moja wizyta w sklepie – szokujące odkrycia

    Od dłuższego czasu planuję zakup gamingowego komputera. Posiadam laptopa dedykowanego do gier, ale niestety ze względu na jego wiek, jego możliwości nie są już wystarczające. Chociaż usługi gier w chmurze, takie jak Nvidia, są interesującą opcją, brakuje mi niektórych gier oraz możliwości instalacji modyfikacji. Postanowiłem więc sprawdzić lokalne sklepy z komputerami, mimo że dotarłem na rynek z opóźnieniem, co skutkuje tym, że muszę mierzyć się z obecnymi, dość przerażającymi cenami. Kilka dni temu, przechodząc obok znanego sklepu, postanowiłem zwrócić uwagę na jeden z wystawionych modeli. Była to podstawowa konfiguracja, która poradzi sobie z niektórymi grami w 1440p, ale to nadal przeciętniak, który z pewnością nie wytrzyma najnowszych premier z ray tracingiem. Jego cena? 6000 zł.

    Byłem w szoku, ponieważ doskonale pamiętam czasy, gdy takie właśnie normalne zestawy dla przeciętnego gracza można było zbudować za mniej niż 4000 zł (samodzielnie zestawiając komponenty), a gotowe modele nie przekraczały 4600 zł. Zainspirowało mnie to do sprawdzenia, co można było uzyskać za kwotę, którą obecnie nazywamy „optymalną”. Okazało się, że myliłem się, myśląc, iż za 5000 zł łatwo znajdziemy wydajny komputer do gier.

    Resul Kaya; Unsplash

    Resul Kaya; Unsplash

    Komputer za 5000 zł? Tylko jeśli nie ma się innych opcji

    Przez wiele lat polscy gracze byli pewni, że posiadając budżet w wysokości 5000 zł, mogą zdobyć naprawdę dobre urządzenie do gier, które wystarczy na kilka lat. W 2023 roku ta kwota była realną podstawą do zakupienia komputera z choćby RTX 4070, co oznaczało możliwość wygodnej gry w 1440p, a nawet w 4K dzięki technologii DLSS. Ostatecznie, ta kwota dawała nam dużą swobodę i otwierała drzwi do świata gamingu na PC w naprawdę atrakcyjnym wydaniu.

    Czytaj dalej poniżej

    Apple szykuje najmniejszy komputer od lat

    Niestety, wrzesień 2026 przyniósł nam realistyczne spojrzenie na sytuację graczy. Kiedy kilka lat temu w takiej samej kwocie mogliśmy skomponować zestaw z 12 GB VRAM, dziś te wartości będą nieosiągalne bez dodatkowego wydatku. Kwota 5000 zł przestała być określana jako „optymalna na dobry PC”, a stała się budżetem na „tani komputer na start”. Minione lato przyniosło graczom nadzwyczaj wysokie ceny niektórych komponentów. Na przykład karta graficzna RTX 5070 wzrosła o ponad 500 zł, przekraczając 3100 zł, a często tańsze alternatywy, takie jak Radeony, również poszybowały w górę, co sprawiło, że wiele modeli stało się zbyt drogie, by zmieścić się w budżecie 5000 zł.

    Co wygląda dobrze? Procesory – ich ceny różnią się, ale możemy znaleźć wydajne i relatywnie niedrogie jednostki, które mogą(statek) w grach. Niemniej jednak oszczędności na procesorze nie przekładają się na niższe ceny komputerów dla graczy. O ile uzyskamy pewne oszczędności na procesorze, to w innych komponentach wydamy więcej. Przesunięcie mocy produkcyjnych na zyski w zastosowaniach serwerowych i AI wywindowało ceny modułów DDR4 i DDR5 (prognoza wzrostu cen kontraktowych DRAM o 13 do 18% w III kwartale 2026) oraz nośników NVMe (wzrost NAND o 10–15%). Ostatecznie, produkty te zaczynają znikać z rynku dla konsumentów, a dostępne egzemplarze drożeją w jasny sposób.

    Budżet 5000 zł w 2023 roku vs 2026

    Jakie zmiany zaszły na przestrzeni ostatnich kilku lat? Skupiłem się na latach 2023 oraz 2026 (w obu przypadkach we wrześniu) i porównałem sytuację, w której budżet wynosi 5000 zł:

    • Znaczący spadek jakości karty graficznej – w ciągu 3 lat posunęliśmy się z optymalnego zestawu do grania w 1440p i 12 GB pamięci do bazowego modelu RTX 5060Ti z 8 GB RAM, który został skrytykowany przez graczy, a i tak cena zestawu wynosi ponad 5000 zł
    • Zapomnieliśmy o DDR5 oraz nowoczesnych gniazdach AM5 – budżet na to nie pozwala
    • Kilka lat temu mogliśmy liczyć na moduły DDR4 3600 MHz CL18, podczas gdy w 2026 roku z powodu cen często znajdziemy wolniejsze 3200 MHz CL16
    • Bardziej oszczędne warianty komponentów o mniejszym zapotrzebowaniu energetycznym

    Finalnie, nasz nowy zestaw z 2026 roku jest nie tylko droższy, ale często zmusza nas do korzystania z bardziej agresywnych ustawień DLSS, aby uzyskać jakiekolwiek zadowalające osiągi w liczbie klatek czy rozdzielczości. Dodatkowo, problemem pozostają niektórzy twórcy gier, dla których optymalizacja okazuje się wyzwaniem. Ale to już inny temat do dyskusji w przyszłych felietonach.

  • Pomysł na 12 tys. opuszczonych kopalń. Przypomina scenariusz filmu science fiction

    Pomysł na 12 tys. opuszczonych kopalń. Przypomina scenariusz filmu science fiction

    Chińscy naukowcy chcą sprawdzić, czy opuszczone kopalnie można zamienić w podziemne laboratoria rolnicze, odporne na kaprysy coraz trudniejszego klimatu.


    W postapokaliptycznych filmach i grach często pojawia się motyw budowania osad w tunelach opuszczonych kopalń, z rozwiniętą infrastrukturą i własnymi uprawami roślin. Chińscy badacze pragną udowodnić, że takie projekty nie są zarezerwowane jedynie dla dystopijnych narracji w science fiction. W Chinach znajduje się ponad 12 tysięcy nieużytkowanych kopalń węgla, które naukowcy zamierzają wykorzystać w eksperymentach rolniczych. Choć w głębi ziemi trudno spodziewać się słońca czy deszczu, warunki podziemnej uprawy można w prosty sposób kontrolować za pomocą sztucznych procesów. W obliczu globalnego kryzysu klimatycznego, taka przestrzeń wydaje się doskonałym poligonem doświadczalnym dla przyszłości rolnictwa.

    Czarne chmury nad rolnictwem – upały bezlitośnie nękają glebę

    W sierpniu, podczas jednej z ostatnich fal upałów tegorocznych wakacji, pisałem o nietypowym wykorzystaniu dronów w Korei Południowej. W jednej z kluczowych dla sektora rolniczego prowincji termometry wskazały wówczas ponad 41 stopni Celsjusza. Lokalne władze stosowały drony do ostrzegania rolników przed upałami oraz zachęcania ich do skracania czasu pracy. Mimo tego zagrożenia, wielu rolników nie zmniejszało intensywności pracy, co prowadziło do 30-procentowego spadku plonów w porównaniu z poprzednim rokiem. Z podobnymi konsekwencjami upałów borykają się również inne kraje azjatyckie, w tym Chiny.



    Jako przykład można podać ubiegłoroczny kryzys w Turfanie (północno-zachodnie Chiny), gdzie temperatura powierzchni ziemi wzrosła aż do 63 stopni Celsjusza. Susza prowadzi do ogromnych strat w sektorze rolnictwa, a prognozy wskazują, że kolejne dekady będą jeszcze bardziej wymagające. Chińscy badacze chcą zatem sprawdzić, czy część rozwiązań da się zrealizować na sztucznych polach, tworzonych w opuszczonych kopalniach. Wierzą w zastosowanie sztucznych źródeł światła, energii geotermalnej oraz systemów kontroli środowiska.

    Podziemne uprawy w starych kopalniach – niektóre z nich nadają się już teraz

    Nie każda z 12 tysięcy nieużywanych kopalń nadaje się na podziemne centrum uprawy – wiele z nich, mimo zaawansowanej infrastruktury, nie spełnia norm bezpieczeństwa. Z badania opublikowanego w China Mining Magazine wynika jednak, że w przypadku kilku z nich, ich wykorzystanie nie powinno stanowić wielkiego wyzwania – wręcz przeciwnie, podziemne środowisko może również oferować pewne korzyści.

    Czytaj dalej poniżej


    Oto największa "mapa kosmosu", jaka istnieje i możesz się nią pobawić!

    Kluczową kwestią jest – paradoksalnie – niezależność od warunków atmosferycznych. Tunele pozostają odcięte od wahań temperatury, suszy i klęsk żywiołowych, a sztuczne oświetlenie wraz z systemami kontroli środowiska umożliwia regulację światła, ciepła, wody, powietrza i dwutlenku węgla. Geotermalne źródła ciepła mają ograniczyć emisję gazów cieplarnianych w porównaniu do tradycyjnych szklarni. Woda gruntowa przesiąkająca do wyrobisk – zanieczyszczona siarczanami i metalami – mogłaby być oczyszczana na miejscu i wykorzystywana do nawadniania.



    Plany badaczy obejmują stworzenie eksperymentalnej platformy dla rolnictwa, która umożliwiłaby zbieranie doświadczeń związanych z uprawą w ekstremalnych i zamkniętych środowiskach. Zdobyta wiedza miałaby posłużyć również uprawom w miejscach, które nie nadają się do tradycyjnego rolnictwa – z szeroką perspektywą sięgającą nawet poza Ziemię.

    Na razie nie przeprowadzono testów w rzeczywistych warunkach, a jako dowód wykonalności naukowcy przytaczają fiński projekt Callio, który adaptował dawną kopalnię do nowych zastosowań. Do końca dekady liczba zamkniętych kopalń w Chinach może sięgnąć 15 tysięcy, co przekłada się na około 7,2 miliarda metrów sześciennych niewykorzystanej przestrzeni, których Państwo Środka nie zamierza marnować.