Kategoria: Wiadomości

  • Niespodzianka. Oto, jak zainstalować Windows 11 bez Internetu i konta Microsoft

    Niespodzianka. Oto, jak zainstalować Windows 11 bez Internetu i konta Microsoft

    Jedno z dostępnych miejsc w instalatorze systemu Windows umożliwia stworzenie konta lokalnego bez konieczności logowania się na konto Microsoft. Udało się to zrealizować w wersji Home, jednak na chwilę obecną nie wiadomo, czy metoda ta będzie działać we wszystkich wariantach „okienek”.

    Entuzjasta systemu Windows, Bob Pony, opisał interesującą metodę na pominięcie konta Microsoft podczas uruchamiania nowego komputera. Wystarczy jedynie wybrać konkretny odsyłacz, aby kreator przeszedł do konfiguracji lokalnej. Cały proces odbywa się w interfejsie pierwszego uruchomienia, zwanym OOBE. Metoda jest na tyle prosta, że nie wymaga użycia skryptów ani wpisywania skomplikowanych poleceń, jak miało to miejsce wcześniej. Fascynujące jest to, że Microsoft, pomimo licznych poprawek, wciąż pozwala na takie rozwiązania. Co więcej, użytkownicy mają możliwość skonfigurowania systemu bez logowania do konta Microsoft oraz bez potrzeby dostępu do Internetu.

    Jak zainstalować Windows 11 bez połączenia z Internetem i logowania do konta Microsoft?

    Wspomniany OOBE to kreator, który prowadzi użytkownika od momentu uruchomienia instalatora do pełnego pierwszego uruchomienia Windows 11, w tym konfiguracji konta. W opisywanej metodzie należy dotrzeć do ekranu logowania i znaleźć odsyłacz „Dowiedz się więcej”, umieszczony pod dostępnymi opcjami. To jedna, bardzo prosta rzecz, która otwiera drogę do dalszej konfiguracji z lokalnym kontem, bez podawania danych konta Microsoft.

    Trudno powiedzieć, czy ta metoda będzie działać w Windows 11 Pro, dlatego na razie możemy traktować ją jako ciekawostkę. Należy przyznać, że ta furtka jest na tyle prosta, że aż szokująca. Dziwi, że dowiadujemy się o tym dopiero teraz.

    Microsoft wciąż wymaga konta podczas konfiguracji

    Informacja ta obiegła świat Windowsa po nacisku oraz wprowadzeniu serii zmian, które utrudniały pomijanie logowania podczas pierwszego uruchomienia Windows 11. Wcześniejsze metody polegały m.in. na korzystaniu z poleceń w wierszu poleceń, których działanie Microsoft z czasem ograniczał. Firma wielokrotnie zapowiadała eliminację możliwości tworzenia kont lokalnych, przedstawiając nieco niejasne powody, takie jak obawy, że obejścia mogą prowadzić do pominięcia ważnych ekranów ustawień, zostawiając urządzenie nie w pełni skonfigurowanym lub zabezpieczonym.

    Czytaj dalej poniżej

    Microsoft szykuje rewolucję. Aż 9 poprawek jednej funkcji

    Obecnie wymagania systemu Windows 11 wskazują m.in. na konieczność połączenia z Internetem oraz użycia konta Microsoft podczas pierwszej konfiguracji wersji Home oraz Pro dla komputerów osobistych. Stawiam na to, że Microsoft wkrótce ograniczy również tę wymóg.

    Konto lokalne – dla wielu użytkowników to Graal

    Nie dziwi mnie to. Jako użytkownicy powinniśmy mieć kontrolę nad tym, co Microsoft wie o nas. Telemetria powiązana z kontem w infrastrukturze firmy umożliwia jej zbieranie danych. Konto lokalne jest pewnym kompromisowym rozwiązaniem. Natomiast konto Microsoft ułatwia synchronizację ustawień i plików oraz korzystanie z usług firmy na różnych urządzeniach. Nie każdy z tego korzysta i ma do tego prawo.

    Czytaj również: Windows 11 z gigantyczną luką po jednym dniu od rekordowej aktualizacji. Witajcie w przyszłości

    Nie wszyscy są zadowoleni z tego, że Microsoft umożliwia przejście na konto lokalne w ustawieniach, ale dopiero po wcześniejszym zalogowaniu się do konta w jego infrastrukturze w OOBE. Odkrycie Boba Pony’ego przywraca coś, co w Windows 11 powinno być dostępne od samego początku i nie powinno być nikomu odbierane. Niestety, Microsoft określił, że chce zwiększyć liczbę kont Microsoft poprzez Windows 11 i używa do tego różnych kontrowersyjnych metod, które są źle odbierane przez użytkowników.

  • Skąd astronauci wezmą domy na Marsie? Z drukarki 3D

    Skąd astronauci wezmą domy na Marsie? Z drukarki 3D

    Zaledwie odrobina piasku, żelatyny oraz zmodyfikowanych drożdży po liofilizacji już daje wytrzymałość na ściskanie porównywalną z niskiej klasy betonem – aczkolwiek wciąż pozostaje to betonem. Naukowcy dążą teraz do zastosowania tej technologii do druku 3D na Marsie, choć dotychczas udało im się wyprodukować jedynie prototypy wielkości korka do wina.

    Naukowcy z Uniwersytetu Nauki i Technologii w Hongkongu opracowali nowatorski materiał budowlany, w którego utwardzaniu wykorzystywane są składniki, które zazwyczaj utrudniają proces budowy. Tworzywo to opiera się na połączeniu ziaren mineralnych z biologicznym spoiwem oraz wykorzystaniu mrozu i niskiego ciśnienia do usunięcia wody. Wyniki tych badań zostały już opublikowane w czasopiśmie Chem Circularity, a jak na razie jest to jedynie demonstrator, który pozwala ocenić potencjał receptury oraz możliwość drukowania małych konstrukcji.

    Od drożdży do ziaren piasku

    Surowiec w formie ziaren, takich jak piasek, zapewnia odpowiednią masę i strukturę, ale do utrzymania kształtu wymaga skutecznego kleju (szczególnie w warunkach marsjańskich). Na Marsie użycie tradycyjnych materiałów budowlanych nie jest proste. W recepturze zastosowano odpowiednie ilości żelatyny oraz zmodyfikowanych drożdży, na powierzchni których rozwijają się silnie przyczepne białka. Niektóre z tych białek inspirowane są rozwiązaniami znanymi z organizmów morskich, takich jak małże, które potrafią przylegać do skał pod wodą. Biologia często stanowi doskonałe źródło inspiracji dla naukowców.

    Jaką rolę odgrywa żelatyna? Stanowi ona spoiwo, które łączy składniki oraz zapewnia komórkom środowisko sprzyjające wzrostowi. Dzięki temu lokalne ziarna piasku mogłyby zastąpić materiały transportowane z Ziemi, co jest nie tylko kosztowne, ale i logistycznie skomplikowane. Na Marsie liczy się każdy zaoszczędzony kilogram.

    Badacze inspiracje czerpali także z natury. Na przykład, owoce po liofilizacji stają się twardsze. Proces ten polega na suszeniu zamrożonego materiału w niskim ciśnieniu, co powoduje sublimację lodu na parę wodną, omijając stan ciekły. Wilgotna masa przechodzi przez dyszę drukarki 3D, a następnie zamarza i traci wodę, tworząc materialne struktury z mikroskopijnymi porami, co sprawia, że gotowy produkt przypomina lekką, sztywną piankę. Na Ziemi konieczne są zaawansowane urządzenia do wytworzenia takich specyficznych warunków, natomiast marsjańskie środowisko może naturalnie dostarczyć części z nich.

    Czytaj dalej poniżej

    Naukowcy przewidzą trzęsienia Ziemi. Oto nasz nieoczekiwany sprzymierzeniec

    Nie przypomina szklanych domów

    A tak czasem wyobrażano sobie nasze życie na Marsie. Rzeczywistość obecnie jest nieco bardziej przyziemna i mniej spektakularna. Dotychczasowe prototypy mają jedynie 45 mm wysokości i 30 mm szerokości, co oznacza, że są to niewielkie konstrukcje – porównywalne z końcówką małego palca. Testy druku przeprowadzono w temperaturze -30°C i ciśnieniu około 1 kPa, co odpowiada około 1/100 ciśnienia atmosferycznego na poziomie morza. Materiał osiągnął wytrzymałość na ściskanie wynoszącą 10-12 MPa, co odpowiada wytrzymałości niskiej klasy betonu. Jednak ten parametr opisuje jedynie odporność na zgniatanie i nie świadczy o ogólnej wytrzymałości budowli.

    Naukowcy zauważają, że taka wytrzymałość wystarczyłaby do wzniesienia na Ziemi budynku o jednej lub dwóch kondygnacjach. Przy słabszej grawitacji na Marsie możliwe byłoby także budowanie konstrukcji wielokondygnacyjnych. Mniejsza masa własna, za sprawą słabszej grawitacji, nie rozwiązuje jednak wszystkich problemów. Ważne jest, aby sprawdzić szczelność konstrukcji oraz jej odporność na promieniowanie. Nie wiemy na razie, czy taki porowaty materiał w ogóle zapewni odpowiednią ochronę. Można przypuszczać, że nie podoła temu zadaniu samodzielnie.

    Energia na Marsie ma kluczowe znaczenie

    Autorzy badania zwracają uwagę na kolejny istotny aspekt: nie ma potrzeby podgrzewania mineralnego surowca do bardzo wysokich temperatur, aby proces spajania przebiegł pomyślnie. Część konkurencyjnych metod budowy na Księżycu czy Marsie wymaga bowiem technologii, które są niezwykle energochłonne. Biorąc pod uwagę niskie temperatury panujące na Marsie, warunki mrozu i niskiego ciśnienia mogą być wykorzystane, aby uzyskać trwały materiał bez kosztownego procesu energetycznego. Potencjalne oszczędności są nie zbiedne, biorąc pod uwagę wyzwania związane z budowaniem baz na Marsie. Osoby przybywające na tę planetę będą musiały stawić czoła problemom z pozyskiwaniem energii. Niemniej jednak: same drukarki i procesy wspierające wzrost drożdży również będą potrzebować energii, choć w mniejszych ilościach niż generowanie ciepła.

    Czytaj również: Sensacja na Marsie. Wykryto gigantyczną anomalię

    Użycie biologicznego spoiwa otwiera również możliwości recyklingu niepotrzebnych elementów budowlanych. Odzyskane żywe drożdże mogłyby być namnażane w bioreaktorach i wykorzystywane w kolejnych budowach. Nie mamy jednak pewności, czy zastosowane mikroorganizmy przetrwają w trudnych warunkach marsjańskich. Istotne pytanie brzmi, czy uda się osiągnąć złożoną skalę druku 3D na tyle, aby stworzyć dom, nawet jeśli miałby przypominać nieco brzydkie gniazdo os. Zdecydowanie lepszy taki dom niż żaden, szczególnie w tak nieprzyjaznym otoczeniu, jakim jest marsjańska powierzchnia.

  • Skradziono ci telefon? Tak zabezpieczysz dane i konta przed złodziejem

    Skradziono ci telefon? Tak zabezpieczysz dane i konta przed złodziejem

    Jak zabezpieczyć telefon przed kradzieżą? Te sposoby ochronią nasze dane.

    Po kradzieży telefonu, gdy nie są skonfigurowane odpowiednie zabezpieczenia, możliwości ochrony naszych danych są znacznie ograniczone. Jak zatem zadbać o to, żeby nasz telefon i informacje były bezpieczne w razie попадnięcia w niepowołane ręce? Istnieje kilka funkcji, które mogą okazać się niezwykle pomocne w takiej sytuacji.

    Włącz to teraz. Złodziej nie przejmie telefonu

    Współczesne telefony mogą działać jak cyfrowe twierdze, skutecznie broniąc dostępu osobom nieupoważnionym, w tym potencjalnym złodziejom. Paradoksalnie, nie chodzi jedynie o wartość samego urządzenia, lecz o to, co kryje jego pamięć. Mowa tu o rozmaitych loginach, prywatnych informacjach, danych dostępowych do banków, mediów społecznościowych, a nawet tokenach weryfikacyjnych do istotnych aplikacji i kont. W dzisiejszych smartfonach znajduje się mnóstwo danych niezbędnych w codziennym życiu, zarówno osobistym, jak i zawodowym. Warto więc poświęcić chwilę na skonfigurowanie wszystkich dostępnych zabezpieczeń. Inwestycja czasu, nawet 15 minut, może zaowocować w przyszłości, jeśli ktoś spróbuje uzyskać dostęp do naszego urządzenia.

    Jak dochodzi do kradzieży? Okazuje się, że coraz mniej przestępców decyduje się na kradzież telefonu „w ciemno”, więc wprost z dłoni czy kieszeni przypadkowo napotkanej osoby. Częściej stosują obserwację, która ma na celu poznanie kodu PIN służącego do odblokowania ekranu. Dopiero po zdobyciu tej kombinacji, złodziej może uzyskać dostęp do samego urządzenia. Dlatego niezwykle istotne jest korzystanie z dodatkowych zabezpieczeń, jak biometryka. Skanowanie twarzy, siatkówki czy odcisku palca to naprawdę solidna blokada.

    Jakie zaawansowane systemy antykradzieżowe znajdziemy w popularnych systemach operacyjnych?

    Czytaj dalej poniżej

    Jak nie dać się oszukać? Blokada transakcji to tylko jeden sposób

    Android

    • Blokada po wykryciu kradzieży – sztuczna inteligencja i sensory ruchu w telefonie są w stanie wykryć nagły ruch wskazujący na przejęcie urządzenia przez osobę niepożądaną. Wówczas dochodzi do natychmiastowej blokady ekranu;
    • Blokada offline – włączenie autentycznej blokady urządzenia w sytuacji braku połączenia z internetem (np. po wyjęciu karty SIM lub uruchomieniu trybu samolotowego);
    • Zdalna blokada numerem telefonu – możliwość zdalnego, na przykład przez serwis internetowy, zablokowania urządzenia przy pomocy zaufanego numeru telefonu;
    • Weryfikacja tożsamości w określonych miejscach – zmiany ustawień, dostęp do konkretnych aplikacji czy wykonanie określonych działań mogą wymagać dodatkowej weryfikacji (weryfikacja dwuetapowa), na przykład konieczności użycia odcisku palca – sam PIN może okazać się niewystarczający;

    iOS

    • Biometria przy wyświetlaniu wrażliwych danych – na przykład przed wyświetleniem pęku kluczy i innych istotnych informacji;
    • Opóźnienie zabezpieczające – zmiana hasła Apple ID, wyłączenie lokalizatora czy zmiana kodu blokady z zaufanej lokalizacji wymaga autoryzacji biometrycznej;

    Podstawowa higiena cyfrowa w telefonie

    Przed wystąpieniem najgorszego, warto odpowiednio przygotować swój telefon na ewentualną kradzież. Oto kilka kluczowych kwestii, o których należy pamiętać:

    • PIN do karty SIM – warto go ustawić, ponieważ uniemożliwi korzystanie z karty po jej przełożeniu do innego telefonu;
    • Ukrywanie treści powiadomień na zablokowanym ekranie – aby nie ujawniać kluczowych informacji (np. kodów weryfikacyjnych) bez odblokowania telefonu;
    • Unikanie 4-cyfrowych PIN-ów – lepiej korzystać z 6-cyfrowych lub, jeszcze lepiej, z zaawansowanych haseł oraz biometrii i uwierzytelniania dwuetapowego;
    • Korzystanie z konta umożliwiającego zlokalizowanie zgubionego lub skradzionego telefonu;

    Lepiej zapobiegać, niż później żałować. W dzisiejszych czasach nasze telefony zawierają mnóstwo wrażliwych danych, dostępów do aplikacji i haseł, które są wykorzystywane online. Sam telefon, nawet drogi, nie jest wartościowym łupem dla złodzieja. Liczą się płatności zbliżeniowe i dane dostępowe. Ich utrata może nas kosztować krocie.

  • Odzyskaj 8 GB w telefonie. Prosty trik ratuje pamięć

    Odzyskaj 8 GB w telefonie. Prosty trik ratuje pamięć

    Jak zdobyć dodatkowe gigabajty miejsca na telefonie? Ten trik zwolni nawet 8 gigabajtów pamięci.

    W przypadku telefonów, które nie obsługują kart pamięci, każdy gigabajt przestrzeni staje się cenny. W dzisiejszych czasach nowoczesne systemy operacyjne zajmują wiele pamięci, ale istnieją skuteczne metody, aby zwolnić kilkanaście gigabajtów miejsca. W tym artykule przedstawiamy prosty trik, który pozwoli odblokować nawet 8 GB na Twoim urządzeniu. Co istotne, działa to zarówno na systemie Android, jak i iOS.

    Adrien; Unsplash

    Funkcje, które pożerają pamięć w smartfonie

    Współczesne telefony to prawdziwe arcydzieła technologii, pełne różnorodnych funkcji. Niemniej jednak, w porównaniu do starszych modeli, istnieją poważne ograniczenia, takie jak brak możliwości rozszerzenia pamięci za pomocą kart microSD. Pomimo że fabrycznie zainstalowana pamięć jest szybka, jej ograniczenia mogą być dość frustrujące. Kupując telefon, jesteśmy skazani na wybór wariantów pamięciowych oferowanych przez producenta, co oczywiście ma wpływ na cenę urządzenia. Zwykle możemy zdecydować się na wersję 128 lub 256 GB, podczas gdy wariant 512 GB może być poza naszym zasięgiem. Dodatkowo, aplikacje, aktualizacje systemowe oraz różnorodne funkcje domyślne zdecydowanie absorbują sporo przestrzeni.

    Jednym z głównych „pożeraczy” pamięci jest rosnąca popularność lokalnych narzędzi sztucznej inteligencji. Na przykład Android, z aktualizacją Gemini od Google, zdecydowanie wprowadza wiele przydatnych funkcji, ale tym samym zajmuje sporo miejsca. Często, nawet nieświadomie, tracimy cenne gigabajty – co staje się problematyczne, zwłaszcza w modelach z minimalną pamięcią. Na przykład systemowy komponent AI Core w Androidzie, odpowiedzialny za tłumaczenia, transkrypcje i korekty, może zająć aż około 6 GB. Jak to wygląda w systemie iOS? Według danych portalu 15min.lt, testy wykazały, że lokalne modele AI (np. dla Narzędzi pisarskich i Siri) mogą zajmować do 7.58 GB.

    Brakuje miejsca w telefonie? Zmień to ustawienie

    Na szczęście nie musimy godzić się na regularne zmniejszanie dostępnej przestrzeni przez lokalne funkcje sztucznej inteligencji. W końcu, pozbycie się 7 czy 8 gigabajtów w telefonie z 128 GB pamięci to poważna strata. Wystarczy zmienić jedno proste ustawienie, aby odzyskać tę przestrzeń. Dla użytkowników Androida (wersja od 14 w górę) polecamy:

    • Wejść w Ustawienia
    • Odnaleźć opcję Aplikacje
    • Aktywować opcję „Pokaż aplikacje systemowe”
    • Znaleźć AICore
    • Kliknąć „Wymuś zatrzymanie”, następnie „Wyłącz”, a w menu trzech kropek wybrać „Odinstaluj aktualizacje”

    Dla użytkowników iOS (modele z obsługą Apple Intelligence, np. iPhone 16 Pro):

    • Wchodzimy w Ustawienia
    • Wybieramy Apple Intelligence i Siri
    • Dezaktywujemy główny przełącznik Apple Intelligence
    • Restartujemy urządzenie (system stopniowo usunie lokalne dane)

    Tym sposobem pozbędziemy się zbędnych gigabajtów pamięci, które lokalne AI zajmowało bez naszej wiedzy. Jeśli korzystasz z tych funkcji i posiadasz bardziej pojemne warianty pamięciowe, wprowadzenie tych zmian może nie być konieczne. Osobiście traktuję to jako działanie w sytuacji kryzysowej, gdy naprawdę potrzebuję dodatkowej przestrzeni. Jako posiadacz iPhone’a z najmniejszą wersją pamięci, skutecznie „rozbudowuję” swoje zasoby dzięki chmurze od Apple. Usługa iCloud działa bardzo dobrze, synchronizując moje zdjęcia i filmy, które gromadzę podczas podróży i różnych wydarzeń. Na szczęście przed kolejną wycieczką nie muszę przetrząsać galerii, by usunąć zbędne pliki – wszystko jest zsynchronizowane z chmurą, co de facto nie zajmuje miejsca na moim urządzeniu, mimo że mam do tych plików dostęp przez internet. To nie to samo co zapis na fizycznym nośniku (np. karcie microSD), ale w obecnych czasach to najlepsze rozwiązanie.

  • YouTube to ściek. Nie próbuj oglądać shortsów bez zalogowania

    YouTube to ściek. Nie próbuj oglądać shortsów bez zalogowania

    YouTube od dłuższego czasu zapowiada walkę z niskiej jakości treściami, szczególnie tymi wygenerowanymi przez sztuczną inteligencję. Do tej pory jednak nie zauważono żadnych znaczących efektów.


    Problem z treściami generowanymi przez AI narasta. Niestety, nawet najbardziej wytrawne oko nie jest w stanie wychwycić wszystkich produktów sztucznej inteligencji, a realia wskazują na to, że ta trudna sytuacja staje się naszą codziennością. Z każdym dniem przybywa algorytmów AI, a możliwość rozpoznawania ich tworów maleje.

    YouTube już od kilku miesięcy zapowiada kroki w celu uporządkowania zalewu treści generowanych przez sztuczną inteligencję, jednak dotąd nie zaobserwowano żadnych zmian, które dostrzegłby przeciętny użytkownik. Platforma może prowadzi testy albo wprowadza oznaczenia, ale w praktyce Shorts bez konta przypomina cyfrowe wysypisko, na które ktoś wylewa całe pokłady niskiej jakości treści. To, co zobaczyłem kilka tygodni temu, przekroczyło jednak moje najśmielsze oczekiwania.

    YouTube zalany treściami AI, jeśli nie masz konta

    Podczas wakacyjnej podróży z rodziną, gdzie w busie znajdowało się 9 osób, a jazda trwała ponad 10 godzin, nic dziwnego, że młodsi pasażerowie zaczęli się nudzić i przeglądać YouTube na swoich telefonach. Jednak to, co mnie zaskoczyło, to treści, które się pojawiały w YouTube Shorts. Kiedy sam przeglądam Shorts, najczęściej widzę aktualności i ciekawostki z świata technologii, czasem rankingi anime, czy dziwne sytuacje z gier wideo. Mój algorytm zdaje się być dobrze wytrenowany i wie, co mogłoby mnie zainteresować.



    Źródło: Depositphotos

    Jednak w przypadku użytkowników bez konta, filmy AI najniższej jakości dominowały. Mamy na myśli produkcje, w których autorzy nawet nie starają się ukryć sztuczności tych wideo. Mowa o filmach, w których gadająca marchewka w niskiej rozdzielczości przygotowuje obiad i opiekuje się chorym chlebem. Nie żartuję. To nie były pojedyncze, dziwne klipy, ale cała seria, która ukazywała się jeden po drugim, jakby ktoś uruchomił generator bezsensu i zapomniał go wyłączyć.

    Czytaj dalej poniżej


    Sprawdź, zanim kupisz iPhone'a Duo. Oto, dlaczego powinieneś się zastanowić

    Trudno mi było w to uwierzyć. Pomyslałem, że trzeba mieć naprawdę specyficzne zainteresowania, by tak wyglądał Twój feed. Szczególnie, że to nie był jeden short, ale całe serie. Postanowiłem samodzielnie wejść na YouTube w trybie incognito, aby zobaczyć, czy również zostanę zalany przez niskiej jakości treści AI. Okazało się, że tak. Nie pojawiła się od razu masa filmów o śpiewających psach czy kotach jeżdżących na motocyklach, ale wszystko zaczęło się niewinnie: najpierw pojawił się jakiś głos AI, następnie animacja, aż w końcu każdy kolejny filmik przesuwał granicę na coraz to niższy poziom. Nie musiałem nic klikać ani lajkować. Wystarczyło, że otworzyłem stronę. Algorytm nie miał żadnych danych o mnie, więc serwował treści, które uznaje za uniwersalnie angażujące. YouTube bez konta nie wie, kim jesteś. Nie ma żadnego sygnału, żadnej historii ani preferencji. Zamiast więc personalizować doświadczenie, prezentuje to, co globalnie przyciąga kliknięcia. A co najczęściej generuje kliknięcia? Treści dziwne, szybkie, tanie i często całkowicie pozbawione sensu.

    YouTube od miesięcy zapowiada, że podejmie działania przeciwko niskiej jakości treściom generowanym przez AI. Mówi się o etykietowaniu takich materiałów, większej przejrzystości oraz narzędziach dla twórców. Problem polega jednak na tym, że jak dotąd zapowiedzi te pozostają jedynie obietnicami, szczególnie na poziomie Shorts bez konta. Wciąż można napotkać filmy, które wyglądają jak wygenerowane przez model z 2022 roku, w niskiej rozdzielczości, z dźwiękiem brzmiącym, jakby był nagrany przez kalkulator.

  • Garmin CIRQA Pro już w przygotowaniu. Szykuje się spora zmiana

    Garmin CIRQA Pro już w przygotowaniu. Szykuje się spora zmiana

    Garmin nie zwalnia tempa i już pracuje nad kolejną generacją swojej inteligentnej opaski, która przybierze nazwę CIRQA Smart Band Pro.

    Pierwsze konkretne wzmianki na temat kolejnego urządzenia z rodziny CIRQA zostały odnalezione w kodzie aplikacji Garmin Connect. Nie wyglądają one na przypadkową pomyłkę, ponieważ nazwa z dopiskiem Pro występuje w plikach aplikacji obok podstawowego wariantu CIRQA Smart Band. Biorąc pod uwagę sukces rynkowy pierwszej wersji, Garmin raczej nie będzie kazał nam zbyt długo czekać, a wycieki z aplikacji stanowią mocny sygnał, że prace nad nowym sprzętem są już na zaawansowanym etapie.

    Dwa przyciski, komunikaty głosowe i wbudowany głośnik?

    Najciekawsze informacje płynące ze szczegółowej analizy kodu dotyczą fizycznej konstrukcji i funkcjonalności nadchodzącej opaski. Podstawowy model CIRQA Smart Band dysponuje tylko jednym przyciskiem, natomiast w materiałach instruktażowych wersji Pro wyraźnie mowa jest o użyciu „któregokolwiek z przycisków” do wyciszania lub wyłączania budzika. Sugeruje to obecność przynajmniej dwóch dedykowanych kontrolerów: przycisku aktywności (odpowiadającego za start, pauzę i zatrzymanie treningu) oraz przycisku sterującego (służącego do wywoływania dodatkowego menu czy funkcji ratunkowych). Co więcej, wpisy w kodzie wskazują na regulację głośności oraz odczytywanie podsumowań aktywności czy komunikatów stanu. Tego typu rozwiązania mogą oznaczać, że Garmin zdecyduje się na zintegrowany głośnik lub wsparcie np. dla słuchawek, co w urządzeniu bez wyświetlacza znacznie podniosłoby wygodę obsługi bez konieczności ciągłego spoglądania na smartfon.

    Niestety, na ten moment trudno powiedzieć, jakie jeszcze zmiany mogą zostać wprowadzone w specyfikacji technicznej. Naturalnym krokiem w rozwoju wersji Pro byłoby dodanie wbudowanego modułu GPS, który pozwoliłby na precyzyjne śledzenie tras bez potrzeby zabierania ze sobą telefonu. W swojej recenzji opaski wskazywałem to jako jedną z największych wad obecnej wersji. Choć nie znamy jeszcze oficjalnej daty premiery, rosnąca liczba odniesień w najnowszych kompilacjach Garmin Connect sugeruje, że rynkowy debiut Garmin CIRQA Smart Band Pro może być bliżej, niż mogłoby się wydawać.

    źródło: Gadgets&Wearables

    Czytaj dalej poniżej


    Urodzinowa wyprzedaż Garmina. Takich obniżek jeszcze nie było

  • Blizzard wraca z przytupem. Diablo V i nowy StarCraft zapowiedziane!

    Blizzard wraca z przytupem. Diablo V i nowy StarCraft zapowiedziane!

    BlizzCon 2026 z pewnością zaskoczył wielu fanów, ponieważ Blizzard nie tylko wskrzesza StarCrafta i zapowiada Diablo V, ale także przedstawia plany dotyczące Warcrafta, Overwatcha, Hearthstone’a i innych swoich ikonicznych marek.

    Największym zaskoczeniem podczas ceremonii otwarcia BlizzConu 2026 była niewątpliwie oficjalna zapowiedź Diablo V. Na premierę tego tytułu przyjdzie jednak jeszcze długo poczekać, ponieważ nowa odsłona serii ma trafić do graczy dopiero wiosną 2029 roku. Zgodnie z zapowiedziami, gra ma charakteryzować się mrocznym i tajemniczym klimatem oraz ogromnym rozmachem. Sanktuarium upadło, Diablo zwyciężył, a gracze wejdą do postapokaliptycznego świata, w którym niebezpieczeństwo czai się na każdym kroku. Głównym bohaterem będzie dziedzic Zachodniej Marchii, który przemieszcza się po zniszczonej krainie wraz z rozwijaną przez siebie karawaną ocalonych. Wśród pierwszych klas postaci, które zostały zapowiedziane, znajdą się Łowca Demonów oraz Mnich, a nowością będzie Rycerz Plagi.

    System przedmiotów ma nawiązywać do Diablo II. W grze powróci również rozbudowany system wytwarzania przedmiotów, inspirowany podejściem z Lord of Hatred. Dodatkowo, będziemy mieli do czynienia z runami i runicznymi słowami, które będą czerpały z tradycji Diablo II. Na tym jednak nie koniec atrakcji związanych z Diablo. Już 15 września Diablo IV otrzyma jubileuszowy Sezon Dziedzictwa Piekła, a gra zadebiutuje także na Nintendo Switch 2. W pierwszej połowie 2027 roku do klas dostępnych w grze dołączy Amazonka. Blizzard potwierdził również, że współpracuje z Netfliksem przy produkcji animowanego serialu osadzonego w uniwersum Diablo, jednak prace nad nim dopiero się rozpoczęły, więc na premierę będziemy musieli jeszcze poczekać.

    Wielki powrót StarCrafta. Na ten moment czekało wielu

    Drugą dużą niespodzianką wczorajszego wieczoru okazała się zapowiedź wielkiego powrotu StarCrafta, rodziny gier, która swoją ostatnią pełną odsłonę otrzymała w 2017 roku w postaci StarCraft: Remastered. Nie będzie to jednak oczekiwany przez wielu fanów StarCraft III. Nowa produkcja nosi tytuł po prostu STARCRAFT (zapisanym wielkimi literami) i będzie… strzelanką z otwartym światem, w której gracze wcielą się w żołnierza walczącego z powracającymi Zergami. Za projektem stoi Dan Hay, wcześniej związany z serią Far Cry. Niestety, szczegółów odnośnie tej produkcji nie ujawniono, pokazano jedynie mroczny teaser, który nie zdradza wiele poza faktem, że klimat ma być naprawdę ciężki. Na premierę również przyjdzie nam trochę poczekać – ta wstępnie zaplanowana jest na wiosnę 2030 roku.

    Warcraft i Overwatch nie dają o sobie zapomnieć. Gratka dla fanów

    Bardzo dużo miejsca poświęcono także serii Warcraft. Blizzard zapowiedział World of Warcraft: Forever, czyli trzecią, rozwijaną równolegle do współczesnego WoW-a i jego wersji Classic. Nowa produkcja wykorzysta fundamenty pierwszych odsłon popularnego MMORPG, ale jednocześnie zaoferuje nowe historie i miejsca do odkrycia. Na start zaplanowano ponad 1000 nowych zadań, dziewięć podziemi, dwa rajdy, trzy nowe regiony oraz grywalną rasę Skyborne. Beta rozpocznie się już 17 września, a premiera zaplanowana jest na 4 listopada 2026 roku. Zademonstrowano także World of Warcraft: The Last Titan, który zakończy sagę Worldsoul. Dla miłośników klasycznego Warcrafta przygotowano natomiast Warcraft III: Reforged, który doczeka się pierwszej nowej kampanii od ponad dwóch dekad – Forsaken Kingdom. Wraz z nią pojawi się aktualizacja 3.0, która znacząco przebudowuje zarówno oprawę, jak i edytor świata.

    Czytaj dalej poniżej


    Wolverine na PS5 to średniak? Oceny budzą spore wątpliwości

    Blizzard nie zapomniał także o Overwatch. Gra otrzyma nowego bohatera wsparcia o imieniu Doctrine, nową mapę Watchpoint: Grimsvötn oraz znaczące zmiany w postaciach Sombry i Roadhoga. Hearthstone wzbogaci się o rozszerzenie Reign of the Black Empire, które zadebiutuje 20 października, a w marcu 2027 roku do gry dołączy nowa klasowa postać – Mnich. Dla fanów Heroes of the Storm także szykuje się niespodzianka. 28 września do Nexusa trafi Xal’atath, co będzie pierwszą nową postacią od sześciu lat.

  • Aktualizacja Windowsa 11 psuje audio. Microsoft potwierdza istnienie błędu

    Aktualizacja Windowsa 11 psuje audio. Microsoft potwierdza istnienie błędu

    Microsoft nie ma ostatnio najlepszej passy, szczególnie jeśli chodzi o Windows 11. Potwierdzono kolejny błąd wywołany najnowszą aktualizacją.

    Uruchamiasz komputer, włączasz muzykę i… cisza. Sprzęt audio jest podłączony, lecz z jakiegoś powodu nie odtwarza dźwięku. Zanim zdecydujesz się na zakup nowego głośnika, musisz wiedzieć, że problem nie leży w Twoim urządzeniu, lecz w ostatniej aktualizacji Windows 11. Wrześniowe uaktualnienie KB51240008 miało na celu załatanie wielu krytycznych luk, a Microsoft zachęcał użytkowników do szybkiej instalacji, jednak okazało się, że wprowadza ono równie wiele błędów, co naprawia.

    Aktualizacja Windowsa 11 psuje audio. Nie wyrzucaj głośnika, bo ten pewnie nadal działa

    Microsoft oficjalnie potwierdził, że w najnowszej łatce z 8 września, która dotyczy wersji systemów Windows 11 24H2 i 25H2, występuje błąd, który może całkowicie wyłączyć dźwięk. Problem ten nie ogranicza się jedynie do braku jakiegokolwiek efektu audio. W niektórych przypadkach mikrofon przestaje działać, a panel ustawień dźwięku wiesza się na tyle, że trudno cokolwiek naprawić na poziomie systemu. W Menedżerze urządzeń pojawia się niepokojący komunikat: „To urządzenie nie może zostać uruchomione (kod 10)”. Brzmi to jak typowy problem ze sterownikiem, jednak ponowna instalacja nic nie pomoże, ponieważ źródło problemu leży w aktualizacji systemu.

    Microsoft sugeruje, że potwierdzony błąd jest powiązany z urządzeniami USB Audio Class 1.0. To jednak nie koniec złych wiadomości. Użytkownicy zgłaszają również problemy z mikrofonami oraz dźwiękiem wielokanałowym. Szczególnie jeśli korzystasz z konfiguracji 8-kanałowej, efektów 3D audio lub bardziej zaawansowanych ustawień, po aktualizacji może się okazać, że dźwięk z Twojego komputera całkowicie zniknął.

    Jak na razie nie ma trwałej poprawki. Microsoft przyznaje, że pracuje nad rozwiązaniem, ale nie podał terminu. Tymczasowym rozwiązaniem może być przełączenie dotkniętego urządzenia w tryb 2-kanałowy. Jeśli to nie pomoże, pozostaje podłączenie innego sprzętu audio. Pocieszający jest fakt, że według dotychczasowych doniesień, urządzenia bezprzewodowe nie wydają się być dotknięte tym problemem. Jeśli problem u Ciebie nie wystąpił, to możliwe, że dlatego, że korzystasz z połączenia Bluetooth.

    Czytaj dalej poniżej

    Po pięciu latach Windows 11 przywraca uwielbianą funkcję z dziesiątki

    Niestety, to nie jedyne problemy, z jakimi w tym miesiącu boryka się znaczna część użytkowników Windowsa 11. Wcześniej pojawiały się doniesienia o awariach Explorer.exe, problemach z Historia plików, usterkach zdalnego pulpitu, a także kłopotach z GPU na niektórych komputerach z procesorami AMD. Problemy z dźwiękiem są jednak szczególnie dotkliwe, ponieważ dotyczą niemal każdego użytkownika.

  • Dlaczego Google celowo wysyła kierowców dłuższą drogą?

    Dlaczego Google celowo wysyła kierowców dłuższą drogą?

    Google przeprowadziło interesujący eksperyment, który na pierwszy rzut oka może wydawać się nietypowy, ale w praktyce okazuje się być bardzo skuteczny!

    Dłuższe trasy w Mapach Google nie zawsze oznaczają błąd w nawigacji. Firma zrealizowała eksperyment, w ramach którego część kierowców była kierowana nieco bardziej okrężnymi drogami. Cel był zaskakujący: nie chodziło o to, aby pojedynczy kierowca dotarł do celu szybciej, lecz o poprawę płynności ruchu w całym mieście.

    Najszybsza droga może być problemem

    Wyobraźmy sobie tysiące samochodów kierujących się w tym samym kierunku. Jeśli system nawigacyjny wszystkich użytkowników prowadzi na tę samą trasę jako najbardziej optymalną, naturalnym skutkiem będzie jej przeciążenie. W pewnym momencie droga, która wcześniej była najszybsza, może zamienić się w korek. Google postanowiło zbadać, czy można temu zapobiec poprzez niewielkie rozproszenie ruchu. Eksperyment przeprowadzono w 10 dużych amerykańskich miastach. Zamiast kierować wszystkich użytkowników na najbardziej oczywisty wariant, system częściowo przekierowywał samochody na alternatywne, nieco dłuższe trasy.

    Kilka procent może zrobić ogromną różnicę

    Pomysł wydaje się prosty, ale wyniki okazały się zaskakujące. Nawet niewielkie przesunięcie części ruchu na inne drogi pozwoliło zmniejszyć obciążenie najbardziej zatłoczonych arterii. W badaniu średnia prędkość na najbardziej obciążonych miejskich odcinkach wzrosła o ponad 2%. Jeszcze lepiej wyglądały wyniki dla odcinków autostradowych, gdzie średnia prędkość ruchu zwiększyła się o niemal 5%. To dowodzi, że w przypadku miejskich korków nie zawsze konieczne są nowe pasy ruchu czy budowa kolejnych dróg. Czasami wystarczy skuteczniej wykorzystać istniejącą infrastrukturę.

    Dłuższa trasa może pomóc wszystkim

    Z perspektywy indywidualnego kierowcy dodatkowe kilometry mogą wydawać się frustrujące. Jednak jeśli dzięki nim główna arteria nie zostanie całkowicie zablokowana, bilans korzyści może okazać się pozytywny dla… wszystkich uczestników ruchu. Należy jednak pamiętać, że Google musi postępować z należytą ostrożnością. Zbyt duże przekierowanie samochodów mogłoby spowodować korki w innych rejonach. Dlatego kluczowe jest subtelne zarządzanie ruchem, a nie masowe wysyłanie kierowców na objazdy.

    Czytaj dalej poniżej


    Mapy Google z irytującym błędem na Android Auto. Kierowcy muszą uważać

    Mniej korków to także mniejsza emisja

    Płynniejszy ruch ma znaczenie nie tylko dla czasu podróży. Samochody utknęły w korkach, zużywają paliwo i emitują spaliny, podczas gdy sprawniejsze przemieszczanie się może ograniczyć ten problem. Eksperyment Google ukazuje interesujący kierunek rozwoju nawigacji. W przyszłości Mapy Google mogą pełnić nie tylko funkcję osobistego przewodnika, ale również narzędzia do zarządzania ruchem w całych miastach. To koniec myślenia wyłącznie o tym, jaka trasa jest najlepsza dla jednego samochodu. Czasami najlepszym rozwiązaniem dla wszystkich jest kierowanie części kierowców w kierunku drogi, która na mapie wydaje się gorsza. Najkrótsza trasa nie zawsze musi być najlepsza. Google z dużą starannością podchodzi do tego zagadnienia. Choć na firmie spoczywa ogromna odpowiedzialność, jeżeli uda jej się wdrożyć tę funkcję, może to przynieść znacznie więcej pozytywnych zmian na drogach, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.

  • Sony pobiło rekord. Wolverine z najgorszą średnią gier first-party

    Sony pobiło rekord. Wolverine z najgorszą średnią gier first-party

    W sieci pojawiły się oceny gry Marvel’s Wolverine, która okazała się najgorzej ocenianą produkcją wewnętrznego studia Sony na PS5.


    W końcu poznaliśmy oceny najnowszej gry od Sony – Marvel’s Wolverine. Niestety, nie jest to sukces równoznaczny z osiągnięciami Spider-Mana czy God of War, ponieważ reakcje (sądząc po ocenach) są… rozczarowujące. Sony ustanowiło kolejny rekord, jednak nie jest to dobra wiadomość.

    Marvel’s Wolverine przyjęty niezbyt ciepło

    O jakim rekordzie mowa, skoro nie mamy jeszcze danych dotyczących sprzedaży? Mówię tu o średniej ocenie dla gry opracowanej przez wewnętrzne studio (first-party) w erze PS5. Jak się okazuje, na podstawie aktualnych danych z Metacritic, Marvel’s Wolverine to „najgorsza” gra studia Sony na PS5. Tytuł może pochwalić się średnią oceną na poziomie 77 punktów, co plasuje go poniżej Sackboy: Wielka Przygoda (79 punktów). Dla porównania God of War: Ragnarok, z wynikiem 94 punktów, zajmuje pierwsze miejsce. To jednak tylko część historii – warto skupić się na premierze i zastanowić, co nie zagrało w nowym Wolverine od Insomniac Games.

    Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na ogromny rozrzut ocen na Metacritic. Tylko w kilku miejscach znajdziemy oceny 9 i 10, uznające grę za niemal doskonałą, podczas gdy inne, większe serwisy traktują ją jako przeciętną, bez większego entuzjazmu. Najczęściej słyszy się zarzut, że nowa odsłona na PS5 jest mało porywająca – sprawia wrażenie, jakby twórcom brakowało inspiracji. Co więcej, niektórzy recenzenci zwracają uwagę na irytujące archaizmy, które przypominają gry TPP z początku XXI wieku. A to wszystko za pełną cenę 70 dolarów, co jedynie średnio może budzić uzasadnienie.

    Czy można stwierdzić, że gra ze średnią oceną 77 nie jest warta naszej uwagi lub zawodzi? Z jednej strony brzmi to dziwnie – z pewnością powinniśmy przemyśleć, jak definiujemy dobrą grę oraz jakie mamy oczekiwania. Nie możemy podchodzić do gier wideo z nadzieją, że każda kolejna zmieni nasze życie i będzie absolutnym ideałem, bo potrzebujemy także gier „OK” i „niezłych”. Takich małych przyjemności na kilkanaście godzin, które być może nie przedefiniują gatunku, ale przyniosą nam radość. Jednak w przypadku Marvel’s Wolverine sprawa ma nieco inny wymiar, ponieważ mówimy o produkcji AAA, której cena przekracza 300 zł, wobec której oczekiwania były ogromne. A wyszło… tylko średnio.”

    Czytaj dalej poniżej


    Chce kupić PlayStation dla tej gry. Wolverine wygląda obłędnie!

    To również podkreśla, z jakimi problemami zmaga się studio Insomniac Games. Genialny pierwszy Spider-Man oraz spin-off Miles Morales wprowadziły gry akcji z superbohaterami na zupełnie nowy, dotąd nieznany poziom. Druga odsłona nie zrewolucjonizowała tego stanu rzeczy, ale utrzymała wysoką jakość – teraz, w przypadku Wolverine’a, mamy dowód na wyczerpanie formuły, która zaczyna przypominać rutynę i przestała zachwycać. Ileż tego samego możemy znieść jako gracze? W ostatnich latach nasze nadzieje względem kolejnego superbohatera na konsolach Sony były ogromne i oczekiwaliśmy czegoś nowego, odmienionego w porównaniu do przygód Petera Parkera (i Milesa), a jednak dostaliśmy produkt, który na tle poprzedników wypada średnio, co jest bardzo niepokojące.