Kategoria: Wiadomości

  • Leroy Merlin rozwiązuje częsty problem w domu tym gniazdkiem

    Leroy Merlin rozwiązuje częsty problem w domu tym gniazdkiem

    Nowoczesne rozwiązania dla problemu z gniazdkami

    Ten gadżet ułatwi wam życie. Rozwiązuje popularny problem z gniazdkami elektrycznymi w domach.

    Chcesz podłączyć telefon do ładowania, ale gniazdka są już zajęte przez lampki, telewizory i inne urządzenia? Jak poradzić sobie z tym problemem bez konieczności używania trójników i przedłużaczy? Na rynku dostępne są innowacyjne gadżety, które znacznie ułatwią nasze życie, eliminując jednocześnie chaos kabli na podłodze.

    Wzrost liczby urządzeń a potrzeba gniazdek

    W naszych domach coraz częściej goszczą różnorodne gadżety oraz urządzenia wymagające dostępu do energii elektrycznej. Niezależnie od tego, czy chodzi o ładowanie, czy stałe zasilanie, potrzebujemy nie tylko kabla, ale również gniazdka lub portu USB. Niestety, często liczba dostępnych gniazdek nie rośnie w parze z rosnącą liczbą urządzeń. Jak zatem sobie z tym poradzić? Podstawowym rozwiązaniem są listwy z kilkoma gniazdkami, jednak takie rozwiązanie nie zawsze wpisuje się w estetykę naszych przestrzeni, takich jak sypialnie, salony czy biura. Chcemy, aby nasze wnętrza były spójne – nie po to wybieramy meble i dodatki, aby na końcu zakrywać podłogę długim kablem listwy, która estetycznie nie pasuje do reszty wnętrza.

    Nowoczesne gniazdka na ratunek

    Na szczęście z pomocą przychodzą nowoczesne gniazdka, które można znaleźć w różnych sklepach budowlanych. W hiszpańskim oddziale Leroy Merlin zyskało popularność gniazdo BYIMTEK FlexiSocket 18+18W, które pozwala na szybkie ładowanie. Gniazdko to umożliwia jednoczesne ładowanie do czterech urządzeń i jest przeznaczone do montażu w ścianie, co eliminuje potrzebę korzystania z zewnętrznych adapterów oraz rozdzielaczy. W zestawie znajdują się:

    • 2 standardowe gniazdka 230 V
    • Port USB-A
    • Port USB-C

    Niestety, należy zaznaczyć, że ten konkretny model nie jest obecnie dostępny w Polsce. Przeszukałem polski katalog produktów Leroy Merlin i okazało się, że brak jest wariantów z dwoma gniazdkami 230 V. Na szczęście dostępne są inne alternatywy, które również oferują porty do ładowania USB obok tradycyjnego gniazdka. Ciekawą propozycją jest białe gniazdo ścienne z dwoma portami USB (A oraz C, maks. 3,1A), dostępne w promocyjnej cenie 67,09 zł. Tego rodzaju gniazdko doskonale sprawdzi się w kuchni lub biurze, a dostępne są też podobne warianty w kolorze czarnym. W przypadku tradycyjnych pojedynczych gniazdek taka wymiana jest zdecydowanie opłacalna, ponieważ pozwoli na podłączenie wielu urządzeń, w tym telefonu, tabletu czy inteligentnych zegarków, bez konieczności odłączania głównego urządzenia, takiego jak lampka czy konsola do gier.

    Nowe trendy w organizacji przestrzeni

    Wspomniane gniazdko i inne podobne rozwiązania są dowodem na rosnący trend, który zmienia sposób, w jaki organizujemy nasze przestrzenie życiowe. Niedawno wspominałem, że listwy podłogowe i przedłużacze mogą odejść do lamusa, ponieważ zamiast organizować kable wokół mebli, możemy zainwestować w inteligentne gniazdka z dodatkowymi portami USB, które umieszczamy w dogodnych dla nas miejscach. Obecnie gniazdka nie powinny być postrzegane jedynie w kontekście telewizora i lampy. Musimy brać pod uwagę również ładowanie telefonów, podłączanie laptopów i tabletów, a także innych gadżetów, które korzystamy na co dzień. Dlatego ważne jest, aby uwzględnić te potrzeby podczas projektowania wnętrz, aby uniknąć późniejszej konieczności „nadrabiania” dodatkowymi listwami i kablami.

  • Doładuj T-Mobile i zgarnij hot-doga za darmo

    Doładuj T-Mobile i zgarnij hot-doga za darmo

    T-Mobile rozpoczyna interesującą promocję. Zdobądź hot-doga za darmo!


    T-Mobile nieprzerwanie obchodzi swoje 30. urodziny, wprowadzając kolejną unikalną ofertę dla swoich klientów, która jest nie tylko nietypowa, ale również smaczna. Nowa promocja powstała we współpracy z siecią sklepów Żabka, a do zdobycia jest darmowy hot-dog. Wybór sosów jest dowolny, operator nie narzuca żadnych ograniczeń.

    30-lecie T-Mobile i hot-dog do zgarnięcia

    Od momentu rozpoczęcia obchodów 30. urodzin, T-Mobile obdarowuje swoich klientów różnorodnymi niespodziankami i promocjami. Tym razem operator postanowił nie oferować kolejnej paczki gigabajtów internetu ani darmowego okresu korzystania z aplikacji. Zgodnie z zasadą „przez żołądek do serca”, T-Mobile chce sprawić radość klientom poprzez smaczną przekąskę. Hot-doga będzie można odebrać w sklepie Żabka. Co należy zrobić, aby odebrać darmowego hot-doga z sosem według własnego wyboru?

    Zasady promocji są bardzo proste – wystarczy udać się do jednego z sklepów Żabka i zakupić doładowanie do T-Mobile lub Heyah za minimum 30 złotych. Po dokonaniu zakupu otrzymamy specjalny kod, który uprawnia nas do odbioru darmowego hot-doga w Żabce. Czas na skorzystanie z kodu na przekąskę jest ograniczony, ponieważ możemy go wykorzystać jedynie do 13 października. Promocja jest już aktywna – rozpoczęła się 9 września i trwa do 6 października. Po tym terminie zakup doładowania nie uprawnia do otrzymania kodu na hot-doga. Czy warto więc się spieszyć? Okazuje się, że nie tylko termin jest ograniczony, ale także liczba kodów. Operator informuje, że przygotowano 100 tysięcy takich nagród, co stanowi całkiem sporo. Niemniej jednak, nie ma sensu zwlekać – jeśli planujecie doładować konto T-Mobile lub Heyah, warto udać się do Żabki po doładowanie za co najmniej 30 zł.

    źródło: materiały prasowe

    Kolejna współpraca z Żabką

    To nie pierwszy raz, kiedy T-Mobile proponuje swoim klientom interesującą ofertę we współpracy z Żabką. Niedawno informowaliśmy o specjalnej loterii z okazji 30. urodzin, w ramach której klienci mogli wygrać nie tylko samochody i telefony, ale także bony zakupowe. Bony o wartości 10 zł można wykorzystać w sieci sklepów Żabka – więcej szczegółów znajdziecie w naszym podsumowaniu urodzinowej loterii.

    Czytaj dalej poniżej


    T-Mobile rozdaje kody do Żabki i smartfony. Trwa loteria

    Na koniec warto wspomnieć, że to jeszcze nie koniec promocji i niespodzianek, które znany operator przygotował dla swoich klientów na 30. urodziny. Te obchodzone będą 16 września, a w planach są jeszcze inne interesujące wydarzenia. Będziemy na bieżąco informować o wszystkich okazjach do zdobycia dodatkowych bonusów oraz darmowych nagród od operatora.

    Tymczasem zachęcamy do zapoznania się z ofertą T-Mobile dla osób, które nie chcą podpisywać umowy na abonament. Jakie elastyczne pakiety można znaleźć w ofercie operatora? Jest ich przynajmniej kilka, a co ważne, nie wiążą nas na długo. Już za 35 złotych miesięcznie możemy liczyć na bogaty pakiet internetowy, a nawet otrzymać jeden miesiąc zupełnie za darmo.

  • Plus wraca do gry! Rusza gigantyczna rozbudowa i modernizacja sieci

    Plus wraca do gry! Rusza gigantyczna rozbudowa i modernizacja sieci

    Na ten moment czekali wszyscy abonenci sieci Plus. Operator w końcu ogłosił plan kompleksowej modernizacji infrastruktury, co z pewnością przyczyni się do znaczącej poprawy jakości świadczonych usług. Dzięki dzisiejszemu komunikatowi można stwierdzić: Plus wraca do gry.

    Operator sieci Plus przyjął zupełnie inną strategię budowy sieci 5G niż inni operatorzy infrastrukturalni w Polsce. Dzięki posiadanym częstotliwościom w paśmie 2600 MHz rozpoczął świadczenie usług 5G. Nadszedł jednak czas, aby zagospodarować pozostałe pasma, które zostały zakupione z myślą o budowie sieci nowej generacji. I to właśnie się odbywa. We współpracy z Cellnex powstaje sieć, która spełni oczekiwania nawet najbardziej wymagających klientów.

    Plus rozpoczyna budowę sieci 5G na częstotliwościach 3600 MHz i 700 MHz

    Informacja, na którą wszyscy abonenci Plusa, choć może nie zawsze zdając sobie sprawę, czekali, została ogłoszona w oficjalnym komunikacie prasowym. Brzmi ona następująco:

    Obok wykorzystywanych już pasm 2100 MHz oraz 2600 MHz, Plus będzie rozwijał sieć również w pasmach 3600 MHz i 700 MHz. Dzięki temu Plus stanie się jedynym operatorem w Polsce oferującym 5G na czterech częstotliwościach, zapewniając najlepsze w Polsce parametry szybkości i jakości internetu 5G.

    Czytaj dalej poniżej

    6 terabajtów internetu za darmo. Orange rusza z promocją

    Co ważne, operator zadeklarował, że w latach 2026 i 2027 zdoła uruchomić kilka tysięcy stacji pracujących na częstotliwości 3600 MHz. Oznacza to znaczny wzrost szybkości i przepustowości sieci w lokalizacjach, gdzie jest to najbardziej potrzebne. Częstotliwość 3600 MHz będzie wykorzystywana w rejonach o wysokim poziomie urbanizacji, zwłaszcza w miastach. Z kolei częstotliwość 700 MHz, dedykowana obszarom wiejskim oraz terenom o luźniejszej zabudowie, również znajdzie zastosowanie u operatora.

    To ważny moment dla Grupy Polsat Plus i strategiczna inwestycja w naszą przyszłość. Nowoczesna sieć umożliwi nam umocnienie pozycji rynkowej, rozwój nowych usług oraz budowę stabilnych źródeł przychodów. Wierzymy, że konsekwentne inwestycje w infrastrukturę będą wspierać dalszy rozwój oraz siłę finansową naszej Grupy – powiedział Piotr Żak, Prezes Zarządu Grupy Polsat Plus.

    Sprzęt wyłącznie od europejskich dostawców

    Polkomtel oraz Cellnex zapewniają, że inwestycja nie tylko przyczyni się do znaczącego wzrostu jakości świadczonych usług, ale także poprawi bezpieczeństwo infrastruktury krytycznej w Polsce. 100% usług będzie realizowane przez europejskich dostawców, z wykorzystaniem sprzętu produkowanego przez firmy Ericsson oraz Nokia.

    Jeśli obecnie korzystacie z usług sieci Plus, już w najbliższych miesiącach z pewnością odczujecie znaczący wzrost parametrów połączenia sieciowego. Zastanawiacie się nad zmianą operatora na właśnie tego? Oto konkretny argument, który może pomóc w podjęciu decyzji.

  • To najdziwniejsza reklama Ikei. Mod do Skyrima z podążającą szafą Kallax

    To najdziwniejsza reklama Ikei. Mod do Skyrima z podążającą szafą Kallax

    Uruchamiasz Skyrima, odwiedzasz Białą Grań, wykonujesz kilka zadań, a za Tobą podąża twój wierny towarzysz – szafa Kallax.

    Mało jest gier, które mogą poszczycić się taką długowiecznością jak Skyrim. The Elder Scrolls V, wydany 15 lat temu, wciąż cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Codziennie w grę gra około 30 tysięcy użytkowników na Steamie. Tak duża popularność zawdzięczana jest przede wszystkim modom oraz zaangażowanej społeczności modderskiej. Choć Skyrim był już interesującą produkcją w momencie premiery, to właśnie mody uczyniły z niego kultową grę. Wystarczy pobrać kilka dodatków, aby całkowicie odmienić rozgrywkę w porównaniu do oryginału.

    Wśród modów znajdziemy wszystko, co tylko można sobie wymarzyć. Nowe misje? Oczywiście. Zbroje i miecze? Mnóstwo do wyboru! Frakcje, NPC, grywalne postaci, nowe regiony? Tak, to wszystko jest dostępne! Szafa Kallax? A jakże! Czekaj, co?

    Ikea wkracza do świata gier z najdziwniejszą reklamą ostatniej dekady

    Szwedzki gigant meblowy postanowił wkroczyć do świata gier i dodać swoją unikatową przygodę do Skyrima. W nagrodę można zdobyć inteligentną szafę Kallax. Mod o nazwie „KALLAX Storageborn” jest już dostępny i można go pobrać bezpośrednio w grze, przez menu Creations. Dodaje nowe zadanie, nowy loot, a przede wszystkim towarzysza w postaci samoświadomej szafki, która zbiera i porządkuje ekwipunek gracza. To rozwiązanie na jeden z najstarszych problemów Skyrima: przepełniony plecak po każdej wyprawie do jaskini.

    Czytaj dalej poniżej


    W World of Tanks: HEAT rusza drugi sezon. „Ogień i popiół” przynosi wulkaniczną mapę i 40-osobowe bitwy

    Co ciekawe, szafa Kallax ma głos. Głosu użyczył jej brytyjski aktor Matt Berry, znany m.in. z serialu „Co robimy w ukryciu”. To właśnie ten casting sprawia, że pomysł nabiera jeszcze większego absurdalnego wyrazu.

    „Podczas swojej przygody stwórz własnego Kallax Storageborn. Dzięki niezwykłej pojemności, zdolności do zbierania łupów, porządkowania ekwipunku i przywoływania w sytuacjach kryzysowych — nawet gdy nie jest towarzyszem — Kallax na zawsze zmieni sposób zarządzania bałaganem”

    — można przeczytać w opisie moda.

    Gracze otrzymują również dwa nowe przedmioty: hełm Meatball oraz Allenblade. Osoby, które zdecydują się na towarzyszenie szafie w podróżach, mogą zabrać ją ze sobą jako pełnoprawnego kompana. Dla tych, którzy wolą podróżować w samotności, dostępne jest zaklęcie przywołujące mebel w razie potrzeby.

  • Ta przeglądarka jest świetna, a teraz jest jeszcze lepsza. Grzech nie sprawdzić

    Ta przeglądarka jest świetna, a teraz jest jeszcze lepsza. Grzech nie sprawdzić

    Mobilna wersja Vivaldi umożliwia rozszerzenie funkcjonalności przeglądarki na systemie Android o dodatki, jednak użytkownicy muszą zwrócić uwagę na kilka istotnych aspektów. Oprócz dodatków wprowadzono również kalkulator w pasku adresu, dostępny także na iOS.

    Vivaldi zaprezentowało mobilną wersję 8.2, tydzień po aktualizacjach dla komputerowej wersji przeglądarki i… sześć lat po jej premierze na Androidzie. Od teraz użytkownicy mają możliwość dostosowania aplikacji za pomocą rozszerzeń: było to od dawna oczekiwane przez wiele osób.

    Jak zainstalować rozszerzenia w Vivaldi na Androidzie?

    Obsługa dodatków rozpoczyna się od ikony puzzla, która znajduje się obok paska adresu. Po kliknięciu na nią otwiera się menu, z którego można przejść do Chrome Web Store. Wystarczy znaleźć interesujące rozszerzenie i dodać je do Vivaldi. Najczęściej używane rozszerzenia można przypiąć do paska adresu, aby zyskać do nich szybszy dostęp, bez konieczności otwierania całej listy za każdym razem. Kolejność ikon można dowolnie zmieniać.

    Mozliwość ukrycia ikony rozszerzeń jest również dostępna – wystarczy wyłączyć opcję przypięcia jej do narzędziownika. Wszystkie nowe dodatki są domyślnie włączone na odwiedzanych stronach, ale użytkownicy mogą je włączać lub wyłączać dla konkretnych witryn, co daje dodatkową elastyczność.

    Nie wszystko jest tak idealne, lecz nie ma powodu do rozczarowania

    Niestety, nie wszystkie rozszerzenia dostępne na komputerach działają na urządzeniach mobilnych. Dodatkowo, Vivaldi nie oferuje żadnej „bazy” wiedzy dotyczącej kompatybilności dodatków, co byłoby niezmiernie przydatne. Każde rozszerzenie trzeba sprawdzić indywidualnie, a nie ma gwarancji, że to co działa na komputerze, będzie działać również na Androidzie. Uzależnienie funkcjonowania rozszerzeń od różnicy platformowej może być mylące.

    Czytaj dalej poniżej


    Popularna przeglądarka jest od teraz jeszcze lepsza. Te nowości na pewno docenisz

    Vivaldi pozwala na synchronizację danych rozszerzeń między komputerem a urządzeniami mobilnymi z systemem Android, jednak same dodatki nie są synchronizowane. Jest to spowodowane powyższymi ograniczeniami. Każde rozszerzenie należy instalować indywidualnie na każdego urządzeniu, co z jednej strony zapewnia bezpieczeństwo, a z drugiej strony może być nieco uciążliwe. Użytkownicy Vivaldi, planując przesiadkę na nowy telefon, będą musieli poświęcić czas na ponowne zainstalowanie swoich ulubionych rozszerzeń z Chrome Web Store.

    Kalkulator na pasku adresowym również na iOS

    Użytkownicy systemu iOS nie będą mogli korzystać z rozszerzeń, jednak w najnowszej aktualizacji na tej platformie pojawi się… kalkulator w pasku adresu. Wystarczy wpisać proste działanie, na przykład „2+2”: program sam rozpozna intencję i pokaże wynik, który można łatwo skopiować do schowka. Choć funkcjonalność ta wydaje się niewielka, jest bardzo przydatna. Niestety, z uwagi na zamkniętą naturę platformy iOS, Vivaldi nie ma możliwości swobodnego instalowania rozszerzeń.

    Czytaj również: Już jest! Nowa wersja Vivaldi wprost krzyczy: „daj mi szansę!”

    Podsumowując, Vivaldi staje się jeszcze lepszą przeglądarką, szczególnie na systemie Android, co jest wspaniałą wiadomością dla użytkowników tej platformy. Reszta użytkowników dostaje produkt z ograniczeniami, które są związane z niuansami platformowymi, co powinno być zaakceptowane. Mimo że może to wydawać się niedoskonałe, warto to przyjąć jako element rozwoju przeglądarki.

  • Czy Apple naprawdę będzie nas podsłuchiwać? Wyjaśnijmy kontrowersyjną nowość

    Czy Apple naprawdę będzie nas podsłuchiwać? Wyjaśnijmy kontrowersyjną nowość

    Czy powinniśmy się obawiać nowych funkcji zegarków Apple Watch? Możecie spać spokojnie – Apple nie będzie Was szpiegować.

    Właśnie odbyła się prezentacja nie tylko iPhone’a Duo oraz modeli 18 Pro/Pro Max, ale także zegarków Apple Watch serii 12. Choć nie są one rewolucyjne jak pierwszy model z nadgryzionym jabłkiem, wprowadza się w nich funkcję, która budzi wiele emocji. Mowa o stałym analizowaniu dźwięków mikrofonu, co jest niezbędne do działania Live Rewind oraz Siri Recap. Fani teorii spiskowych spekulują, że Apple planuje na bieżąco podsłuchiwać użytkowników swoich zegarków, jednak czy to rzeczywiście prawda?

    Apple Watch „słucha” otoczenia. Co dzieje się z nagranym dźwiękiem?

    Jak co roku, zegarki Apple Watch przeszły drobne zmiany. Modele 12 i Ultra 4 zachowały podobny design, natomiast zyskały nowy system monitorowania zdrowia oraz funkcje związane z Audio Intelligence, takie jak Siri Recap, czyli podsumowanie rozmowy oraz Live Rewind, które umożliwia transkrypcję ostatnich 15 sekund konwersacji. Ta druga funkcja wydaje się szczególnie interesująca – Apple w materiałach promocyjnych zaprezentowało scenariusz, w którym użytkownik mógł powtórnie odsłuchać szybko wymienione przez kelnera dania. Dzięki tej opcji zapominalscy użytkownicy będą mieli swoją kotwicę, chociaż nie wszyscy są przekonani do takiego rozwiązania.

    W Internecie można znaleźć wiele komentarzy sugerujących, że umożliwia to nieustanne podsłuchiwanie użytkowników. Aby obalić tę teorię, musimy dokładnie wyjaśnić, jak działają nowe funkcje w odświeżonych zegarkach Apple.

    Nowy procesor S11 pozwala na ciągłe nasłuchiwanie bez nadmiernego zużycia energii, jednak przechwycony dźwięk nie jest nigdzie zapisywany. Apple zapewnia, że nagrania trafiają do niewielkiego bufora cyklicznego w Secure Enclave – wydzielonym bloku sprzętowym, w którym przechowywane są również dane Face ID oraz Touch ID. Nowe dane są nieustannie nadpisywane, a dostęp do nich nie mają ani aplikacje, ani system, ani także samo Apple. Podobny mechanizm odpowiada za wykrywanie komendy „Hej, Siri”, która wcześniej wzbudzała wątpliwości.

    Czytaj dalej poniżej


    Darmowy prezent od Apple. Wystarczy kupić nowego iPhone’a

    Dwukrotne naciśnięcie Digital Crown przesyła ostatnie 15 sekund szyfrowanym połączeniem do iPhone’a, który zamienia je na tekst. Nagranie jest natychmiast usuwane, a system nie identyfikuje ani nie oznacza rozmówców. Transkrypcja wraca na zegarek, jednak znika, o ile użytkownik nie zdecyduje się jej zapisać w aplikacji Siri – tam dane są szyfrowane end-to-end, a klucz ma wyłącznie właściciel urządzenia. Apple nie jest w stanie ich odszyfrować nawet na podstawie nakazu sądowego.

    Dodatkowo istnieje zabezpieczenie dla otoczenia: przy aktywacji Live Rewind zegarek odtwarza charakterystyczny dźwięk, nawet gdy jest wyciszony lub gdy użytkownik korzysta z słuchawek.

    Siri Recap opuszcza urządzenie

    Przy funkcji Siri Recap sprawy przedstawiają się nieco inaczej, ponieważ podsumowanie nie jest generowane lokalnie – model najpierw wykrywa, czy rozmowa rzeczywiście się toczy, a następnie transkrypcja przechodzi przez filtr bezpieczeństwa, po czym trafia zaszyfrowana na serwery Private Cloud Compute. Tam generowany jest tytuł oraz lista najważniejszych punktów, a system korzysta z kontekstu, takiego jak kalendarz, odtwarzana muzyka czy nazwa miasta. Konkretne dane wrażliwe są zastępowane ogólnymi terminami, takimi jak „park” czy „sklep spożywczy”, a po zakończeniu przetwarzania wszystko jest kasowane. Podsumowania w zakładce Recaps usuwane są po siedmiu dniach.

    Siri Recap ma możliwość działania w tle bez informowania rozmówcy – Apple nie przewiduje uzyskania zgody drugiej strony. Obie funkcje są niedostępne dla osób poniżej 13. roku życia, a w przypadku kont dziecięcych do 18 roku życia, dostęp musi być włączony przez rodzica lub opiekuna. Jak widać, nie jest to tak straszne, jak sugerują niektóre komentarze w Internecie.

  • Windows 11 z gigantyczną luką po jednym dniu od rekordowej aktualizacji. Witajcie w przyszłości

    Windows 11 z gigantyczną luką po jednym dniu od rekordowej aktualizacji. Witajcie w przyszłości

    Zaledwie jeden dzień po rekordowej aktualizacji zbiorczej Microsoftu, pojawiła się informacja o nowej luce w systemie Windows, która umożliwia odczyt plików z uprawnieniami SYSTEM. Ta nowa podatność, nazwana ShieldCrash, wykorzystuje błąd, który pozostał po usunięciu wcześniejszej luki. Choć obecna wersja nie pozwala na całkowite przejęcie maszyny, może stanowić krok w kierunku takich działań.

    Za publikacją informacji o tej luce stoi badacz znany w branży jako „MSNightmare”, który w tym roku ujawniał już inne podatności w oprogramowaniu Microsoftu. Wiele osób twierdzi, że specjalnie poczekał na Patch Tuesday, kiedy firma załatała inne krytyczne luki (co jest nieprawdą). W opisie ShieldCrash na GitHubie badacz przyznaje, że Microsoft zabezpieczył kilka metod ponownego wykorzystania wcześniejszego błędu ShieldBreak, jednak nie usunął jednego z wariantów. W określonych warunkach może to pozwalać na ponowne wystąpienie tego samego problemu, mimo zainstalowanych poprawek.

    Odkrycie to stawia Microsoft w trudnej sytuacji, nawiązując do braku staranności lub nawet bałaganu w zarządzaniu bezpieczeństwem. Nie mam jednak pretensji o brak staranności sam w sobie, bo w branży staje się to coraz bardziej powszechne. Trzeba jednak pilnować takich przypadków.

    Odczyt plików z uprawnieniami SYSTEM

    Uprawnienia SYSTEM to specjalny poziom dostępu, który wykorzystują usługi Windows wykonujące zadania wymagające szerokiego dostępu do systemu. Wskazują one na rozbudowane uprawnienia, umożliwiające dostęp do wielu komponentów systemowych, ale nie do wszystkich. Zwykły użytkownik ma dostęp jedynie do własnych plików, natomiast pliki zastrzeżone dla innych kont czy usług są poza zasięgiem. Odczyt danych jako SYSTEM wykracza daleko poza zasoby użytkownika i uruchomione przez niego aplikacje. To właśnie tutaj wkracza ShieldCrash, wykorzystując komponent odpowiedzialny za bezpieczeństwo urządzenia.

    Możliwość odczytania chronionych danych stanowi poważne zagrożenie dla ich poufności. Fakt, że napastnik nie ma możliwości ich modyfikacji, nie zmniejsza skali problemu. Należy zaznaczyć, że samo odczytanie pliku jako SYSTEM nie oznacza automatycznie możliwości realizowania wszelkich poleceń z tymi samymi uprawnieniami. MSNightmare prezentuje działanie luki za pomocą demonstracyjnego exploita, który stanowi przykład wykorzystania tej podatności, pracując nad rozbudową do pełniejszego wariantu działającego jako SYSTEM.

    Czytaj dalej poniżej

    Windows 11 działa płynniej, gdy wyłączysz to jedno ustawienie

    Atak wymaga wcześniejszego dostępu do maszyny

    Napastnik musi najpierw uzyskać dostęp do atakowanego urządzenia, co ogranicza powagę tej luki. Nie oznacza to jednak, że atakujący musi być fizycznie obecny w pobliżu maszyny i mieć dostęp do jej klawiatury. Wektor potencjalnego ataku może obejmować również zdalny dostęp lub uruchomienie złośliwego kodu w wyniku działania użytkownika, na przykład przez skuteczny phishing. Jak wspomniano powyżej, luka ta mogłaby być kolejnym krokiem w procesie wtargnięcia, umożliwiając napastnikowi rozszerzenie dostępu do danych na już zaatakowanym komputerze.

    Badacz (jeszcze) nie przeprowadził pełnej analizy „kompatybilności”, aby określić, jakie konkretne konfiguracje mogą być podatne na tę lukę. Dlatego nie można przyjąć, że każdy komputer z systemem Windows będzie narażony w tych samych warunkach i z taką samą powtarzalnością. Kod jest dostępny publicznie, co stwarza możliwość dla niezależnych badaczy do weryfikacji zgłoszenia, ale również daje potencjalnym napastnikom narzędzie do dalszych prac. Na chwilę obecną nie ma jednak dowodów na to, że ktoś wykorzystał tę lukę w praktyce.

    Ale aktualizacje nie są bez znaczenia

    Odrobienie luki w jeden dzień po Patch Tuesday nie oznacza, że instalowanie pakietów poprawek jest zbędne; warto o tym pamiętać. Wrześniowy pakiet aktualizacji eliminuje inne podatności, dlatego nie należy ich lekceważyć. Na przykład Defender uzyskuje aktualizacje swojego silnika, platformy i informacji o zagrożeniach.

    Czytaj również: Po pięciu latach Windows 11 przywraca uwielbianą funkcję z dziesiątej wersji.

    Choć zarazem niepokoi fakt, że w dzień po Patch Tuesday, jeden z czołowych badaczy bezpieczeństwa Windowsa ujawnia takie informacje. Niemniej jednak, atak wymaga lokalnego dostępu, co ogranicza możliwość uruchamiania nieautoryzowanego kodu, co może skutecznie utrudnić spełnienie warunków potrzebnych do realizacji ataku. Daje to pewną ochronę świadomym administratorom i infrastrukturze, zanim Microsoft dostarczy stosowną poprawkę. Windows znów doświadcza nowej „wpadki”, która jest jedną z bardziej zaskakujących. Nie chodzi już tylko o to, jak szybko pojawiła się luka po Patch Tuesday, ale o jej naturę: miała być usunięta, a okazało się, że przykrycie jednej luki odsłoniło nową możliwość.

  • Transport Fever 3 wygląda jak gra, przy której można kompletnie przepaść…

    Transport Fever 3 wygląda jak gra, przy której można kompletnie przepaść…

    Transport Fever 3: Nowa Era Gier Transportowych

    Transport Fever 3 to najdroższa produkcja w historii Urban Games oraz pierwszy tytuł, który szwajcarskie studio wydaje we współpracy z Paradox Interactive. Na niecałe trzy tygodnie przed premierą twórcy opublikowali materiał wideo prezentujący rozgrywkę, który wskazuje, że celem zarabiania na pociągach i ciężarówkach przestaje być realizowany w tradycyjny sposób.

    Nowe Cele Gry

    Z opublikowanego materiału wynika, że w Transport Fever 3 zmieniają się zasady zabawy. Zysk generowany z sieci transportowej będzie teraz przede wszystkim wykorzystywany do rozwoju miast, zwiększania populacji oraz awansowania własnej firmy na wyższe poziomy. Każdy osiągnięty poziom odblokowuje nowe ulepszenia dla głównej siedziby, nowe kategorie zasobów, kampanie marketingowe oraz zabytki, które oferują różnorodne bonusy dla obszaru, w którym się znajdują.

    Zarządzanie Ruchem i Zanieczyszczeniami

    Rozwój miast wiąże się z generowaniem ruchu, hałasu oraz zanieczyszczeń, co stawia przed graczami wyzwanie w zarządzaniu tymi aspektami. Aby temu sprostać, w grze dostępne będą akustyczne ekrany, metro, tereny zielone oraz oczyszczalnie. Zmiany obejmą również system konserwacji pojazdów – przeglądy będą przeprowadzane automatycznie, gdy pojazd przejedzie w zasięgu odpowiedniego obiektu. Zaniedbana flota będzie z kolei wolniej funkcjonować oraz generować większe hałasy i zanieczyszczenia. Twórcy zapowiadają, że w grze znajdzie się ponad 300 pojazdów, obejmujących stulecie historii transportu, w tym (po raz pierwszy w serii) także helikoptery.

    Data Premiery i Wersja Językowa

    Premiera Transport Fever 3 zaplanowana jest na 29 września. Gra będzie dostępna na komputerach PC (Steam, Epic Games Store oraz GOG, także na Macu i Linuksie) oraz na konsolach PlayStation 5 i Xbox Series X|S. Na platformie Steam tytuł został wyceniony na 209 zł. Warto zaznaczyć, że posiadacze Transport Fever 2 mogą liczyć na 10-procentową zniżkę. Dodatkowo, produkcja otrzyma polską wersję językową w formie napisów.

    O Studio Urban Games

    Urban Games to niezależne studio z siedzibą w szwajcarskim Schaffhausen, założone w 2013 roku. Ich przygoda z grami rozpoczęła się od Train Fever wydanego w 2014 roku, a dwa lata później zadebiutowała pierwsza część Transport Fever. Twórcy podają, że dotychczasowe odsłony serii sprzedały się w łącznej liczbie ponad dwóch milionów egzemplarzy.

    Podsumowanie

    Transport Fever 3 to obiecująca produkcja, która ma szansę zrewolucjonizować sposób zarządzania transportem w grach wideo. Z nowymi mechanikami, ambitnym podejściem do uzyskiwania zysku oraz dodatkowymi wyzwaniami, które stawia przed graczami rozwijające się otoczenie miejskie, tytuł z pewnością wzbudzi zainteresowanie fanów gatunku.

  • T-Mobile rusza z przedsprzedażą iPhone 18 Pro i Pro Max

    T-Mobile rusza z przedsprzedażą iPhone 18 Pro i Pro Max

    Tuż po premierze nowych urządzeń Apple rozpoczyna się przedsprzedaż wyczekiwanych produktów. Sieć T-Mobile ogłosiła, że już w najbliższą sobotę będziemy mogli złożyć zamówienia na modele iPhone 18 Pro, Pro Max oraz inne urządzenia sygnowane logo nadgryzionego jabłka.


    Tuż po premierze nowych urządzeń Apple uruchamia przedsprzedaż wyczekiwanych produktów. T-Mobile poinformowało, że już w najbliższą sobotę będzie można złożyć zamówienia na iPhone 18 Pro, Pro Max oraz inne urządzenia z charakterystycznym logo nadgryzionego jabłka.

    Nowy iPhone 18 Pro dostępny w sieci T-Mobile

    Tegoroczna prezentacja Apple wzbudziła ogromne emocje, szczególnie dzięki zapowiedzi pierwszego składanego telefonu tej firmy. Choć wszystkie oczy były zwrócone na pionierski model iPhone Duo, to nie jest to jedyne urządzenie, które wkrótce dołączy do oferty Apple. W sprzedaży dostępny będzie także nowy model smartfona z numerem 18 w wersji Pro i Pro Max, a także dwa warianty słuchawek AirPods 5 oraz nowa linia inteligentnych zegarków: Apple Watch 12 oraz Apple Watch Ultra 4. Polski oddział T-Mobile ogłosił, że już w najbliższą sobotę zadebiutują świeżo zapowiedziane urządzenia, w tym nowe iPhone’y.

    Przedsprzedaż ruszy w sobotę, 12 września, o godzinie 14:00. Jak informuje operator, tak wyczekiwane urządzenia nie mogły zabraknąć w ich ofercie. Klienci będą mogli na początku zamawiać iPhone’a 18 Pro i Pro Max. Jedną z kluczowych cech tego modelu jest z pewnością najzaawansowany system aparatów w historii Apple, a także interesujące warianty kolorystyczne – szczególnie wyróżnia się piękny burgundowy odcień, który prezentuje się fenomenalnie. Miłośnicy poprzedniego, pomarańczowego modelu 17, będą musieli się zgodzić, że nowa kolorystyka jest o wiele bardziej atrakcyjna.

    Nie możemy także pominąć nowości w postaci słuchawek Apple AirPods 5. Będą one dostępne w dwóch wariantach, z ulepszonym systemem aktywnej redukcji hałasu (ANC) w porównaniu do modeli z ubiegłego roku. Droższa wersja będzie oferować dodatkowe etui ładowane bezprzewodowo. Ucieszy fakt, że nie będzie potrzeby dopłacania za redukcję hałasu, co jest bardzo pozytywną informacją. W sprzedaży znajdą się również zegarki, zarówno podstawowa seria Watch z numerem 12, jak i nowa wersja Ultra – już czwarta. Czy warto dopłacać do najbardziej zaawansowanego zegarka od Apple? Dla tych, którzy planują zakup Ultra po raz pierwszy (lub mieli do tej pory tylko pierwszą wersję), zdecydowanie tak. Natomiast posiadacze modelu Ultra 3 mogą spokojnie pominąć tegoroczną wersję, gdyż zmiany nie są aż tak spektakularne.

    Czytaj dalej poniżej


    Apple A20 Pro wytarło podłogę konkurencją. Przepaść to mało powiedziane

    Wszystkie wymienione urządzenia (z wyjątkiem iPhone Duo) będą dostępne w przedsprzedaży w T-Mobile od soboty, 12 września o godzinie 14:00. Regularna sprzedaż rozpocznie się kilka dni później, 18 września. Następnie, 16 października, ruszy przedpremierowe zbieranie zamówień na wspomniany składany telefon od Apple, który zadebiutuje na rynku 23 października. Na szczęście polscy konsumenci nie muszą obawiać się o dostępność, ponieważ otrzymają składaka w takim samym terminie jak reszta świata. Warto to podkreślić, ponieważ wiele plotek sugerowało, że to długo oczekiwane urządzenie zadebiutuje wyłącznie w USA. To oczywiście nie usprawiedliwia Apple, które wciąż traktuje nasz rynek po macoszemu, jeśli chodzi o dostępność wielu funkcji wprowadzanych do swoich urządzeń. Przykładowo, brakuje polskiego języka w asystencie Siri oraz dostępu do Apple Intelligence. Ciekawe, czy kiedykolwiek doczekamy się w pełni funkcjonalnych urządzeń tego producenta, za które wciąż musimy płacić pełną cenę.

    Przy okazji, warto zastanowić się, dlaczego Apple zdecydowało się na podział premiery tegorocznych iPhone’ów na dwa terminy. Najprawdopodobniej celem jest uniknięcie kanibalizacji obu premier oraz złożoność łańcuchów dostaw, które w przypadku składanego modelu wymagają nie tylko ekranów, ale także specjalnych zawiasów.

  • Ta gra pokazuje wady i zalety całej branży. A to nieoczywisty przykład

    Ta gra pokazuje wady i zalety całej branży. A to nieoczywisty przykład

    Kolejny rok, ten sam lód

    Ta edycja miała być momentem, w którym seria w końcu nabierze tempa, oferując coś więcej niż kosmetyczne zmiany i aktualizację składów. Oczekiwania wobec EA były znaczne, zwłaszcza że takie podejście dotyczy także wielu innych gier. NHL 27 to produkcja, która z jednej strony dostarcza sporo frajdy, a z drugiej przypomina, że twórcy nie mają żadnej konkurencji i co roku prezentują niemal ten sam tytuł. Po wielu godzinach grania staje się jasne, że nie otrzymaliśmy żadnych przełomowych nowości, które pozostaną w naszej pamięci na długi czas. Mimo to, gra na lodzie jest całkiem przyjemna, więc jeśli po prostu lubisz hokej na konsoli, to tytuł ten spełni Twoje oczekiwania. Tylko tyle i aż tyle.

    Oprawa wizualna: piękne hale i twarze z edytora postaci?

    EA Vancouver skupiło się na detalach aren, odtwarzając z niezwykłą precyzją charakterystyczne elementy każdej z 32 hal NHL. Widok flag Toronto Maple Leafs (lub innej drużyny, ale tych zdecydowanie lubię najbardziej) powiewających wśród kibiców przed meczem czy specyficzne animacje w wybranych obiektach robią wrażenie. Twórcy zadbali o to, by każda arena miała swój unikalny klimat, co w połączeniu z nowym systemem oświetlenia sprawia, że mecze oglądane z daleka prezentują się naprawdę przyjemnie. Szczegóły, takie jak rysy na szybach po strzałach czy ślady łyżew na lodzie, który z czasem pokrywa się śniegiem, dodają realizmu.

    Jednak gdy kamera zbliża się do twarzy zawodników, czar pryska. Modele postaci, zwłaszcza tych starszych, wyglądają jak nieudane próby odtworzenia ich wyglądu w edytorze postaci. Publiczność na trybunach to kolejny element, który psuje całe wrażenie – sztywne, powtarzające się animacje kibiców sprawiają, że trudno uwierzyć, iż mamy do czynienia z grą nowej generacji. Szczególnie w zestawieniu z innymi tytułami sportowymi, gdzie tłumy zachowują się naturalnie, NHL 27 wypada co najmniej dziwnie.

    Źródło: Gino Hard.

    Czytaj dalej poniżej

    DLSS 5 w NBA 2K27. Kto klatki daje i zabiera...

    Kapitalny soundtrack i bezduszny komentarz

    Największym zaskoczeniem jest jednak warstwa dźwiękowa. Ścieżka dźwiękowa to zdecydowanie najlepszy element tej edycji. Klasyczne utwory doskonale wpasowują się w klimat gry. Co więcej, menu zawiera teraz informacje o historii poszczególnych utworów i ich związku z konkretnymi drużynami, co stanowi miły dodatek dla fanów. Niestety, to, co w muzyce jest plusem, w komentarzu staje się minusem. Nowy duet komentatorski, w składzie John Buccigross i Darren Pang, to krok wstecz. Ich wypowiedzi brzmią sztucznie, pozbawione emocji, a powtarzające się w kółko frazy szybko irytują. Paradoksalnie, gra domyślnie wyłącza komentarz.

    Rozgrywka na lodzie: playbooki, lepsza obrona i spokojniejsze tempo

    Serce każdej gry sportowej bije na lodzie i tutaj NHL 27 prezentuje się całkiem solidnie. Największą zmianą jest wprowadzenie systemów taktycznych, czyli playbooków dla każdej z 32 drużyn NHL. Teoretycznie ma to uczynić zespoły bardziej autentycznymi, stosując specyficzne dla siebie zagrania. W praktyce różnice są raczej subtelne, ale dostrzegalne dla większych entuzjastów. Toronto faktycznie częściej stara się rozgrywać krążek w strefie neutralnej, podczas gdy inne drużyny stawiają na bardziej bezpośrednie ataki.

    Mechanika rozgrywki uległa pewnym usprawnieniom. Uderzenia są bardziej zróżnicowane – nie każde zderzenie kończy się wysłaniem zawodnika w powietrze. Czasami gracze potykają się, tracą równowagę lub są jedynie odpychani od krążka, co wygląda bardziej naturalnie. Udoskonalono również elementy defensywne, takie jak odbieranie krążka kijem czy podnoszenie kija przeciwnika, co sprawia, że gra w obronie jest bardziej satysfakcjonująca. Bramkarze na wyższych poziomach trudności są trudniejsi do pokonania, co wymusza bardziej przemyślane ataki.

    Tempo meczów zostało nieco spowolnione, co sprzyja zarówno samej rozgrywce, jak i odbiorowi całości. Mimo kilku usprawnień, wciąż można dostrzec powtarzające się schematy w zachowaniu AI. Zawodnicy sterowani przez komputer czasami podejmują irracjonalne decyzje, a bramkarze mają swoje chwile, gdy wydają się niepokonani, by chwilę później puścić gola z niemożliwej pozycji. To nie jest gameplay, który zmienia zasady gry, ale na pewno jest wystarczająco dopracowany, aby dostarczyć sporo godzin dobrej zabawy.

    Tryby gry: zmarnowany potencjał Connected Franchise i stagnacja w Be a Pro

    Największym rozczarowaniem NHL 27 są tryby gry, które miały być wizytówką tej edycji. Powrót Connected Franchise, trybu dla wielu graczy, został przyjęty z entuzjazmem, ale szybko okazało się, że jest to produkt mocno okrojony. Tryb ten pozwala na stworzenie ligi od 3 do 32 graczy, jednak brakuje możliwości dodania drużyn sterowanych przez komputer. Jeśli chcesz mieć pełną, 32-zespołową ligę, musisz zgromadzić 32 prawdziwych graczy, co stanowi spore wyzwanie. Tryb Be a Pro, czyli kariera pojedynczego zawodnika, również nie zachwyca nowościami. Gracz prowadzi swojego hokeistę od debiutu w AHL, starając się przebić do NHL i zostać kapitanem drużyny. System konferencji prasowych, w którym odpowiadamy na pytania dziennikarzy, aby budować swoją markę, jest praktycznie identyczny jak w poprzedniej części. Nagłówki wiadomości między meczami powtarzają się w kółko, a reakcje świata gry na nasze osiągnięcia są często nieadekwatne. Przykładowo, nawet jeśli drużyna wygrywa wysoko, a nasz zawodnik nie zdobył punktu, może zostać przedstawiony jako ten, który miał „trudny wieczór”. Brak ścieżki rozwoju przez ligi juniorskie, znanej z NHL 11, sprawia, że tryb ten jest mniej angażujący, niż mógłby być.

    Monetyzacja ponad wszystko – HUT i World of Chel

    Hockey Ultimate Team (HUT) oraz World of Chel to tryby, które istnieją głównie po to, aby generować przychody z mikrotransakcji. W HUT nadal płacenie prawdziwymi pieniędzmi daje znaczną przewagę, a system przepustki sezonowej w World of Chel sprawia, że rozwój statystyk postaci jest uzależniony od wydawania pieniędzy lub spędzania setek godzin na grindzie. To model, który od lat budzi kontrowersje, a w NHL 27 nie uległ żadnej poprawie. Dla graczy, którzy nie chcą angażować się w ten system, pozostaje gra przeciwko CPU lub innym graczom na równych warunkach, ale tryby te są zaprojektowane tak, aby zachęcać do wydawania pieniędzy.

    Podsumowanie – czy warto?

    NHL 27 to gra, która nie jest ani zła, ani dobra – jest po prostu wystarczająca. Dla graczy, którzy przegapili NHL 26 lub nie mieli styczności z serią od kilku lat, będzie to tytuł oferujący solidną dawkę hokejowej rozgrywki. Poprawiona oprawa stadionów, świetna ścieżka dźwiękowa i dopracowany gameplay sprawiają, że mecze są przyjemne. Jednak dla weteranów serii, którzy oczekiwali prawdziwych zmian, NHL 27 będzie rozczarowaniem. Brak innowacji w trybach gry oraz ogólne wrażenie, że to tylko „aktualizacja składów” w cenie pełnoprawnej gry sprawiają, że trudno polecić tę edycję każdemu.

    NHL 27


    plusy

    • Bardzo dobrze odwzorowane hale i detale lodu
    • Świetna, klimatyczna ścieżka dźwiękowa
    • Poprawiona fizyka starć i gra w defensywie
    • Dodanie playbooków zróżnicowało taktykę drużyn

    minusy

    • Sztuczny, irytujący komentarz meczowy
    • Słabe modele twarzy i sztywne animacje trybun
    • Okrojone i powtarzalne tryby gry
    • Agresywne mikrotransakcje

    Grę na potrzeby recenzji udostępnił wydawca. Firma nie miała wglądu ani wpływu na treść artykułu przed publikacją.