Kategoria: Wiadomości

  • Nie lubisz etui? Samsung Galaxy S27 Ultra może być dla ciebie

    Nie lubisz etui? Samsung Galaxy S27 Ultra może być dla ciebie

    Użytkownicy smartfonów, którzy nie preferują zakupu etui na swoje urządzenia, mogą mieć silny powód, aby zainteresować się flagowcem Samsunga, który zadebiutuje w przyszłym roku.

    Użytkownicy smartfonów, którzy nie są zwolennikami etui, mogą mieć uzasadnione powody, by zainteresować się przyszłorocznym flagowcem Samsunga – Galaxy S27 Ultra. Smartfon ma lepiej leżeć w dłoni, dzięki bardziej zaokrąglonym krawędziom obudowy, co ma zapewnić większy komfort użytkowania, nawet bez dodatkowych akcesoriów. Choć to niewielka zmiana konstrukcyjna, przy dużym i stosunkowo ciężkim telefonie może ona znacząco wpłynąć na codzienne użytkowanie. Warto jednak zauważyć, że są to obecnie jedynie nieoficjalne informacje wynikające z przecieków – Samsung nie potwierdził jeszcze specyfikacji ani wyglądu urządzenia.

    Galaxy S27 Ultra – lepsza ergonomia

    Na podstawie informacji dostarczonych przez Ice Universe wynika, że ramka Galaxy S27 Ultra zostanie zaprojektowana z łagodniejszymi, mniej ostrymi przejściami, w porównaniu do obecnego modelu. Taka konstrukcja ma na celu zredukowanie punktów nacisku na dłoń oraz zwiększenie komfortu korzystania z telefonu bez dodatkowego pokrycia.

    Różnice te będą szczególnie odczuwalne, gdy telefon używany jest bez etui. Futerał często zmienia kształt krawędzi i zasłania pewne niedoskonałości ergonomiczne obudowy. W przypadku „gołego” urządzenia, nawet niewielkie zmiany mogą znacząco poprawić doświadczenie użytkownika.

    Inne istotne zmiany w Galaxy S27 Ultra

    Jednak zaokrąglone krawędzie to nie jedyna istotna zmiana, o której wspominają dotychczasowe przecieki. Wyraźnie zauważalnym elementem będzie przeprojektowany moduł aparatu. Według wcześniejszych informacji, Samsung może zrezygnować z oddzielnych pierścieni wokół obiektywów na rzecz szerokiej, poziomej wyspy fotograficznej. Taka zmiana stanowiłaby jedną z większych rewolucji w wzornictwie serii Galaxy S od dłuższego czasu.

    Czytaj dalej poniżej


    Samsung przygotowuje petardę w nowej aktualizacji!

    Pojawiają się także doniesienia o większej baterii. W ciągu kilku ostatnich generacji Samsung nie wprowadzał znaczącej zmiany pojemności akumulatora w swoim flagowym modelu, ani nie zdecydował się na zmianę technologii. W obliczu rosnącej konkurencji nadszedł czas, aby nadrobić zaległości.

    Kiedy odbędzie się premiera Galaxy S27 Ultra?

    Na premierę Galaxy S27 Ultra jeszcze przyjdzie nam poczekać. Prawdopodobnie, tak jak to ma miejsce każdego roku, seria flagowych telefonów Galaxy S zostanie zaprezentowana na początku roku – na przełomie stycznia i lutego. Samsung nie potwierdził jeszcze ani daty premiery, ani pełnej specyfikacji rodziny. W przeciekach pojawia się również wariant Pro, obok modelu podstawowego, wersji Plus i Ultra, jednak na tym etapie należy uważać na tę informację jako nieoficjalną.

    Galaxy S27 Ultra nie musi przechodzić całkowitej rewolucji, aby stać się bardziej komfortowym i po prostu lepszym smartfonem z perspektywy użytkownika. Poprawiona ergonomia, większa bateria oraz nowa konstrukcja aparatu mogą wystarczyć, by przyszłoroczny flagowiec znacząco wyróżniał się na tle swojego starszego rodzeństwa. Dla użytkowników przyzwyczajonych do korzystania z Galaxy Ultra bez etui, najbardziej interesującą może okazać się ta najmniej efektowna zmiana. Smuklejsze przejścia i bardziej zaokrąglona ramka mogą sprawić, że ten duży smartfon będzie wygodniejszy w użytkowaniu.

  • Apple A20 Pro wytarło podłogę konkurencją. Przepaść to mało powiedziane

    Apple A20 Pro wytarło podłogę konkurencją. Przepaść to mało powiedziane

    Najnowszy układ Apple A20 Pro, który znalazł się w smartfonach takich jak iPhone 18 Pro i iPhone 18 Pro Max, ponownie wyznacza nowe standardy na rynku mobilnym.

    Na podstawie wstępnych testów w Geekbench 6.7, Apple po raz kolejny pokazuje konkurencji, gdzie znajduje się ich miejsce. W A20 Pro obserwujemy ogromny wzrost wydajności. Istnieje wiele czynników, które przyczyniły się do tego stanu rzeczy, a inżynierowie z Cupertino udowodnili, że potrafią maksymalnie wykorzystać nową litografię, deklasując w wielu aspektach czołowe propozycje konkurencji.

    Potęga jednego rdzenia

    Nowy procesor wyróżnia się udoskonaloną architekturą z układem rdzeni 2+4, gdzie dwie wydajne jednostki wspierane są przez cztery rdzenie oszczędzające energię. Jak pokazuje poniższy zrzut ekranu, te najsilniejsze rdzenie mogą pracować z zegarem niemal 5 GHz (dokładnie 4,93 GHz), co bezpośrednio przekłada się na dominację na rynku w zadaniach jednowątkowych. Testowy model, znany jako iPhone19,3, z 12 GB pamięci RAM uzyskał oszałamiające 4725 punktów w teście jednego rdzenia oraz 12575 punktów w teście wielordzeniowym. W porównaniu do tego, wyniki nadchodzących flagowych układów z obozu Androida prezentują się blado. Qualcomm Snapdragon 8 Elite Extreme Gen 6, mimo taktowania sięgającego ponad 5 GHz, osiąga jedynie 3434 punkty w teście jednego rdzenia i 9334 w teście wielordzeniowym. Zbliżona sytuacja dotyczy procesora MediaTek Dimensity 9600 Pro, który uzyskuje około 3400 punktów (jeden rdzeń) i 12000 punktów (wiele rdzeni). Jedynym znaczącym przeciwnikiem w obciążeniach wielordzeniowych okazał się 10-rdzeniowy układ Xiaomi Xring O3, montowany w tabletach Xiaomi Pad 9 Pro Max, który wygrywa z Apple o 14% w teście wielowątkowym, osiągając 14350 punktów, lecz w zakresie operacji na pojedynczym rdzeniu ustępuje mu o 28% (3699 punktów).

    Aby mieć punkt odniesienia dla poprzedniego układu Apple, warto zauważyć, że A19 Pro osiągał maksymalne taktowanie na poziomie 4,26 GHz, również dla dwóch wydajnych rdzeni. Poprzedni procesor, stosowany w takich smartfonach jak iPhone 17 Pro/Pro Max, uzyskiwał wyniki w teście Geekbench 6.7 na poziomie 3850 pkt dla jednego rdzenia oraz 10000 pkt w teście wielordzeniowym. Wzrost wydajności, jaki się dokonał w ciągu jednej generacji, jest zatem ogromny, a Apple ponownie zdobywa zdecydowaną przewagę nad konkurencją.

    Znacznie szybsze GPU, także dzięki pamięci

    Gigant z Cupertino nie zapomniał również o graficznej stronie swojego układu, która notuje znaczący postęp w porównaniu do poprzednika. Rezultaty inżynieryjnych zmian uwidacznia test Geekbench 6.7 Metal, w którym GPU Apple A20 Pro uzyskało imponujące 64069 punktów. Oznacza to wynik o blisko 40% wyższy w porównaniu do 45683 punktów, które zdobywał układ A19 Pro. Znaczny wzrost mocy jest efektem obecności dodatkowego rdzenia graficznego, wyższego taktowania oraz przejścia na nowszą litografię N2 w technologii GAAFET od TSMC. Co więcej, zastosowanie szerszej szyny dla pamięci RAM, przy pojemności wynoszącej 12 GB, znacząco zwiększyło przepustowość całego systemu. Wszystkie te zmiany składają się na bezkompromisowy procesor, który w wielu zastosowaniach nie ma sobie równych i z pewnością wyznaczy cel, który pozostałe firmy będą musiały gonić przez nadchodzące generacje.

    Czytaj dalej poniżej

    Tego Apple nie powiedziało o iPhonie Duo. A warto o tym wiedzieć
  • Nie rób zwykłych zdjęć dokumentów. Sprawdź tę funkcję w iPhonie

    Nie rób zwykłych zdjęć dokumentów. Sprawdź tę funkcję w iPhonie

    iPhone dysponuje wbudowanym skanerem dokumentów, który umożliwia łatwe przekształcanie umów, faktur czy formularzy w pliki PDF. Dowiedz się, jak skanować dokumenty za pomocą aplikacji Notatki, Pliki, Podgląd oraz Poczty, a także jak poprawić skany, rozpoznać tekst oraz dodać podpis.

    Jak skanować dokumenty iPhonem? Bez potrzeby dodatkowej aplikacji

    Chcesz szybko przeskanować umowę, fakturę bądź inny dokument papierowy? Nie musisz instalować dodatkowych aplikacji ani robić standardowego zdjęcia. iPhone oferuje wbudowany skaner dokumentów, który automatycznie rozpoznaje krawędzie kartki, odpowiednio ją kadruje, a następnie pozwala na utworzenie gotowego, czarno-białego pliku PDF. Co istotne, masz do dyspozycji kilka sposobów na skanowanie.

    Jak zeskanować dokument iPhonem w aplikacji Notatki?

    Jednym z najprostszych sposobów jest skorzystanie z aplikacji Notatki. Otwórz istniejącą notatkę lub utwórz nową, stuknij ikonę załączników (symbolizującą spinacz do papieru) i wybierz „Skanuj dokumenty”.

    Skieruj aparat iPhone’a na kartkę. Telefon rozpozna jej granice i automatycznie wykona skan. Warto umieścić dokument na płaskiej powierzchni w jednolitym kolorze, aby uniknąć błędów w wykrywaniu. Zauważyłem, że iPhone może się pogubić, gdy pod dokumentem leży inny papier. Następnie wystarczy utrzymać telefon w jednej pozycji.

    Jeżeli automatyczne wykrywanie nie działa poprawnie, możesz przełączyć się na tryb ręczny i użyć przycisku migawki. Możesz też skanować za pomocą jednego z przycisków głośności, co jest przydatne, gdy korzystasz z telefonu jedną ręką. Po skanowaniu wystarczy dopasować narożniki do krawędzi dokumentu i zatwierdzić rezultat.

    Czytaj dalej poniżej

    Nie kupuj wideorejestratora. Wyciągnij z szuflady stary smartfon

    W ten sposób możesz zeskanować kilka stron jedna po drugiej. Po zakończeniu zostaną one zapisane w notatce jako jeden wielostronicowy dokument PDF, co jest znacznie bardziej praktyczne niż robienie osobnych zdjęć aparatem.

    Skan można poprawić przed zapisaniem

    Skaner w iPhone’ie nie ogranicza się jedynie do robienia zwykłych zdjęć kartki. Automatycznie wykrywa granice dokumentu i nawet jeśli zdjęcie jest wykonane pod kątem, potrafi je odpowiednio dostosować, aby wszystko układało się w prostokąt. W ten sposób uzyskujesz rezultat, który bardziej przypomina plik skanera, a nie fotografię wykonaną telefonem.

    W razie potrzeby możesz także zastosować filtry obrazu (kolor, skala szarości, czarno-białe). Podczas skanowania dostępne są ustawienia lampy błyskowej. To przydatne, szczególnie gdy dokument jest w słabo oświetlonym pomieszczeniu lub kolor papieru utrudnia uzyskanie czytelnego skanu.

    Jak zeskanować dokument od razu do aplikacji Pliki?

    Jeśli przede wszystkim zależy Ci na natychmiastowym uzyskaniu gotowego pliku, wygodniejsza może być aplikacja Pliki. Otwórz ją, stuknij przycisk z trzema kropkami i wybierz „Skanuj dokumenty”.

    Proces skanowania wygląda podobnie. iPhone wykrywa kartkę i automatycznie ją skanuje, jednak możesz także wykonać to ręcznie. Po zeskanowaniu wszystkich stron wybierz „Gotowe”, wskaź miejsce zapisu i stuknij „Zachowaj”.

    To dobre rozwiązanie, gdy dokument ma zostać zapisany bezpośrednio w określonym folderze w iCloud lub pamięci iPhone’a, a nie chcesz przechowywać go w notatkach.

    W iOS 26 dostępny jest kolejny sposób – aplikacja Podgląd

    W iOS 26 można skanować dokumenty również za pomocą aplikacji Podgląd. Po jej uruchomieniu wystarczy wybrać „Skanuj dokumenty” i skierować aparat na kolejne strony.

    Podgląd jest szczególnie przydatny, jeśli zamierzasz od razu pracować z dokumentem jako plikiem PDF. Aplikacja umożliwia później m.in. dodawanie, usuwanie, obracanie, przenoszenie oraz kadrowanie stron. Gotowy plik PDF można również zabezpieczyć hasłem.

    Dokument możesz zeskanować także bezpośrednio w Poczcie

    Jeśli skan ma od razu trafić do wiadomości e-mail, nie ma potrzeby najpierw zapisywać go w Notatkach lub Plikach. Możesz to zrobić bezpośrednio w systemowej aplikacji Poczta.

    Podczas tworzenia wiadomości dotknij miejsca, w którym chcesz umieścić załącznik, otwórz menu załączników i wybierz „Skanuj dokument”. iPhone automatycznie wykona skan, gdy cała strona znajdzie się w kadrze. Możesz także wykonać to ręcznie za pomocą przycisku migawki lub przycisku głośności – tak samo, jak opisane wcześniej sposoby.

    Po zeskanowaniu wszystkich stron wybierz „Zachowaj”. Dokument będzie dołączony do wiadomości jako plik PDF.

    Jak podpisać zeskanowany dokument na iPhonie?

    Do podpisania umowy czy formularza nie potrzebujesz dodatkowej aplikacji. Zeskanowany dokument możesz otworzyć i skorzystać z narzędzi Oznaczenia.

    W aplikacji Notatki otwórz zeskanowany dokument, wybierz Oznaczenia (ikona końcówki długopisu wpisana w kółko), a następnie skorzystaj z opcji dodania podpisu. Możesz stworzyć nowy podpis palcem lub wykorzystać jeden z wcześniej zapamiętanych. Podpis można następnie zmniejszyć, powiększyć i umieścić w odpowiednim miejscu w dokumencie.

    iPhone zapamiętuje utworzone podpisy, więc przy kolejnych dokumentach nie musisz ich ponownie składać.

    A co, jeśli potrzebujesz tekstu, a nie skanu?

    Jeśli zamiast całego dokumentu potrzebujesz tylko tekstu, w Notatkach możesz skorzystać z opcji „Skanuj tekst”. Wystarczy skierować aparat na dokument, zaznaczyć interesujący fragment i wstawić rozpoznaną treść bezpośrednio do notatki.

    Podobne możliwości oferuje funkcja Tekst na żywo, dostępna m.in. w Aparacie. Pozwala ona zaznaczać i kopiować tekst widoczny w kadrze oraz wykonywać dodatkowe czynności – np. otwieranie rozpoznanej strony internetowej, tworzenie wiadomości e-mail, dzwonienie pod wykryty numer telefonu lub tłumaczenie tekstu.

    To znacznie bardziej praktyczne rozwiązanie, jeśli zależy Ci na treści dokumentu, którą chcesz później edytować, a nie na cyfrowej kopii w formacie PDF.

    Jak uzyskać dobry skan iPhonem?

    Najważniejsze jest równomierne oświetlenie. Kartkę najlepiej położyć na płaskiej powierzchni w kolorze, który kontrastuje z dokumentem. Dzięki temu iPhone łatwiej rozpozna jego granice.

    Jeśli dokument składa się z kilku stron, nie musisz dla każdej z nich tworzyć osobnego pliku. Możesz je skanować kolejno i zapisać jako jeden plik PDF. Przed wysłaniem warto jeszcze raz sprawdzić wszystkie strony pod kątem ostrości, prawidłowego kadrowania i kompletności.

    Do okazjonalnego skanowania umów, faktur, paragonów czy formularzy wbudowane narzędzia iPhone’a są w zupełności wystarczające. W większości przypadków dodatkowa aplikacja do skanowania nie będzie potrzebna.

  • Tania drukarka może Cię słono kosztować. Sprawdź to przed zakupem

    Tania drukarka może Cię słono kosztować. Sprawdź to przed zakupem

    Kupujemy drukarkę: na co zwrócić uwagę?

    Wybór drukarki może okazać się bardziej kosztowny niż się wydaje. Model za 250 zł w dłuższej perspektywie może generować wyższe wydatki niż jego droższy odpowiednik za 700 zł. Odpowiedzialne zakupy wymagają zatem uwzględnienia nie tylko ceny samego urządzenia, ale również kosztów materiałów eksploatacyjnych, takich jak tusze lub tonery. Co jeszcze warto wziąć pod uwagę? Sprawdźmy.

    Tania drukarka nie zawsze oznacza tani wydruk

    Powszechnym błędem jest porównywanie jedynie cen drukarek. Przed dokonaniem wyboru konkretnego modelu warto sprawdzić, ile kosztują wkłady oraz jaka jest ich deklarowana wydajność. Przykładowo, wkład kosztujący 100 zł, który wystarcza na 200 stron, w praktyce będzie znacznie droższy w eksploatacji niż toner za 300 zł, pozwalający na wydruk 3000 stron.

    Najlepszym sposobem jest podzielenie ceny materiału eksploatacyjnego przez deklarowaną liczbę stron. Choć wynik ten nie oddaje idealnie rzeczywistych wydatków (wydajność zależy od wielu czynników, w tym rodzaju drukowanych dokumentów), da to lepszy obraz sytuacji.

    Sprawdź, co jeszcze wymaga wymiany

    Tusz lub toner to nie jedyne materiały eksploatacyjne, które mogą wymagać wymiany. W zależności od konstrukcji drukarki, okresowej wymianie mogą podlegać również bębny, pojemniki na zużyty toner, kasety konserwacyjne oraz inne podzespoły. Dobrym przykładem są drukarki laserowe Brother, w których toner i bęben są oddzielnymi elementami. Oznacza to, że po określonym przebiegu konieczna będzie wymiana obu części.

    W podobny sposób działają drukarki atramentowe z systemami do nalewania tuszu. Brak tradycyjnych kartridżów nie oznacza, że jedynym materiałem eksploatacyjnym jest atrament. W niektórych modelach znajduje się wymienna kaseta konserwacyjna. Zanim dokonasz zakupu, warto dokładnie sprawdzić listę materiałów eksploatacyjnych oraz ich ceny, które trzeba będzie okresowo wymieniać.

    Kartridże czy system dolewania tuszu?

    Dla osób intensywnie wykorzystujących drukarkę, tradycyjne modele korzystające z małych kartridżów mogą okazać się nieopłacalne. Warto rozważyć drukarki z uzupełnianymi zbiornikami, takie jak Epson EcoTank czy Canon MegaTank. W tych urządzeniach zamiast wymieniać nieustannie kartridże, do uzupełnienia używa się tuszu z butelek, co pozwala na osiągnięcie wydajności sięgającej tysięcy stron, a koszt pojedynczego wydruku jest zazwyczaj znacznie niższy.

    Z drugiej strony, taka drukarka często wymaga większej inwestycji początkowej. Przy sporadycznym drukowaniu oszczędności mogą się zatem długo nie zwracać.

    Drukujesz rzadko? Zwróć uwagę na tusz

    Drukarki atramentowe wyposażone są w głowice z niewielkimi dyszami, przez które podawany jest atrament. Problemy z jakością wydruku mogą wymagać czyszczenia głowicy, co z kolei powoduje zużycie tuszu. Intensywniejsze czyszczenie może strawić wielokrotnie więcej atramentu. Dlatego osoby, które rzadko korzystają z drukarki, powinny wziąć ten fakt pod uwagę przy wyborze urządzenia.

    Dla tych, którzy potrzebują głównie czarno-białych dokumentów i mogą pozostawiać sprzęt nieużywany przez długi czas, dobrym wyborem mogą być monochromatyczne drukarki laserowe. Toner w formie proszku eliminuje problem zasychającego atramentu.

    Sprawdź dostępność zamienników przed zakupem

    Nie można zakładać, że dla każdej drukarki łatwo znajdziemy tańsze zamienniki. Szczególnie istotne jest to w przypadku modeli HP, które w wielu urządzeniach korzystają z systemu Dynamic Security, co oznacza, że niektóre modele działają jedynie z wkładami z nowymi lub ponownie użytymi chipami HP. Aktualizacje oprogramowania mogą uniemożliwić działanie wkładów innych producentów.

    Chociaż korzystanie z zamienników nie jest niemożliwe, regenerowane wkłady mogą współpracować z oryginalnymi chipami HP, a niektórzy producenci oferują własne chipy zgodne z różnymi wersjami oprogramowania drukarek. Należy jednak pamiętać, że aktualizacje firmware’u mogą sprawić, że zamiennik przestanie być rozpoznawany.

    Planując korzystanie z zamienników, ważne jest, aby przed zakupem drukarki sprawdzić ich dostępność, cenę i doświadczenia innych użytkowników z danym modelem oraz informacje producentów dotyczące zgodności z aktualnym oprogramowaniem.

    Uważaj na subskrypcje

    Warto być czujnym na rynku subskrypcyjnym, gdzie producenci oferują abonamenty na drukowanie. Przykładem jest usługa HP Instant Ink, w ramach której płacimy za określoną liczbę stron miesięcznie, niezależnie od treści druku. Jednak kontrowersje wzbudza nawiązanie do wkładów; tusz uzyskany w ramach subskrypcji traci ważność po jej anulowaniu i może być wykorzystywany jedynie do końca bieżącego okresu rozliczeniowego. Po tym czasie wkład przestaje działać, mimo że nadal może zawierać atrament.

    Usługa Instant Ink może okazać się opłacalna dla osób regularnie drukujących ustaloną liczbę stron, zwłaszcza w kolorze. Natomiast przy nieregularnym drukowaniu warto dokładnie przeliczyć koszty i rozważyć, czy subskrypca jest korzystniejsza od zakupu tuszu w miarę potrzeb.

    Sprawdź jakość wkładów dołączonych do drukarki

    Nie zapominaj o materiałach eksploatacyjnych dołączonych do nowo zakupionej drukarki. Nie zawsze wkład z urządzeniem ma taką samą wydajność jak tusz czy toner, które zakupimy później. W specyfikacji drukarki warto sprawdzić informacje odnośnie wydajności wkładów startowych, ponieważ może się zdarzyć, że wkrótce po zakupie będziemy zmuszeni do ponownego wydania pieniędzy.

    Nie przepłacaj za zbędne funkcje

    Przed zakupem warto zastanowić się, czego naprawdę potrzebujesz. Czy wymagasz druku w kolorze? Czy będziesz musiał skanować wiele dokumentów? Czy interesuje Cię drukowanie bezprzewodowe z urządzeń mobilnych? A może automatyczny druk dwustronny? Należy pamiętać, że możliwość drukowania na obu stronach kartki nie zawsze oznacza automatyzację tego procesu. W przypadku takiej potrzeby warto szukać funkcji automatycznego druku dwustronnego.

    Najpierw materiały eksploatacyjne, później drukarka

    Przed dokonaniem zakupu konkretnego modelu warto przeprowadzić solidne badania. Sprawdź cenę drukarki, koszt i wydajność materiałów eksploatacyjnych, dostępność zamienników oraz listę dodatkowych elementów, które wymagają okresowej wymiany. Zobacz również wydajność tuszy lub tonerów dołączonych do urządzenia.

    Dopiero na końcu porównuj parametry takie jak szybkość drukowania, obecność ekranu, funkcje Wi-Fi czy estetykę urządzenia. W kontekście drukarek, cena na sklepowej półce to tylko początek wydatków. Często warto zainwestować więcej na etapie zakupu, aby później koszt każdego wydruku był znacznie niższy.

  • Przeprowadzka z Parkside. Te rzeczy oszczędzą Ci sporo dźwigania

    Przeprowadzka z Parkside. Te rzeczy oszczędzą Ci sporo dźwigania

    Marka Parkside oferuje wózki, platformy i akcesoria, które ułatwiają transport mebli, kartonów i ciężkiego sprzętu. Przyjrzymy się, co warto mieć pod ręką podczas przeprowadzki lub remontu wymagającego przenoszenia ciężkich przedmiotów.

    Bezpieczny transport i przeprowadzka z Parkside

    Przeprowadzka, transport nowej szafy czy wynoszenie ciężkiego sprzętu z czwartego piętra pokazuje, że sama siła rąk nie zawsze wystarcza. W takich momentach warto poszukać odpowiednich porad w internecie, a także wyposażyć się w pasy, wózki oraz kółka. Marki Parkside, dostępnej w Lidl, może być tu doskonałym wsparciem. Sprawdźmy, jakie produkty z ich oferty mogą się przydać podczas przeprowadzki, remontu lub urządzania warsztatu.

    Zestaw do transportu mebli – gdy szafa musi zmienić miejsce

    Cena: 44,99 zł

    Przesunięcie ciężkiej pralki, komody czy szafy nie wymaga już dźwigania kilku osób. 14-elementowy zestaw do transportu mebli Parkside został stworzony z myślą o takich zadaniach.

    Zasada działania jest prosta: wystarczy lekko unieść mebel specjalnym podnośnikiem, a następnie umieścić pod nim rolki i podkładki. Dzięki temu można go łatwo przesuwać, zamiast przenosić w całości. Tego rozwiązania przyda się nie tylko podczas przeprowadzki, ale także przy remoncie, malowaniu czy przemeblowaniu.

    Czytaj dalej poniżej

    Najmocniejszy Parkside z Lidla w promocji. Aż 200 zł w kieszeni

    Platformy na kółkach – kwadratowa lub okrągła

    Cena: 39,99 zł

    Kiedy do transportu są kartony, skrzynie, sprzęt AGD lub inne ciężkie przedmioty, przyda się platforma transportowa Parkside. Zamiast dźwigać ciężkie przedmioty, wystarczy umieścić je na platformie i wygodnie przetransportować do miejsca docelowego. Jednak to rozwiązanie najlepiej sprawdza się na stosunkowo równych powierzchniach.

    Zawiesie pasowe – nawet do 2000 kg

    Cena: 45,99 zł

    W ofercie Parkside dostępne są okrągłe zawiesia pasowe w długościach 2 i 4 m oraz wersjach przystosowanych do obciążeń 1000 lub 2000 kg.

    Zawiesia służą do podnoszenia i transportu odpowiednio zabezpieczonych ładunków przy wykorzystaniu właściwego sprzętu, jednak mogą być również przydatne podczas przeprowadzek.

    Wózek schodowy – gdy w budynku nie ma windy

    Cena: 239 zł

    Typowy wózek transportowy sprawdza się najlepiej na płaskich powierzchniach. W przypadku przeprowadzek schody często stają się przeszkodą. Parkside oferuje wózek schodowy o udźwigu do 150 kg, który umożliwia pokonywanie stopni, ułatwiając transport kartonów czy innych ciężkich przedmiotów między piętrami.

    Udźwig do 150 kg zapewnia znaczną rezerwę przy typowych zadaniach przeprowadzkowych.

    Kółka Parkside – ruchomą platformę można stworzyć samemu

    Cena: 24,99 zł

    Nie zawsze trzeba inwestować w gotowy wózek. Parkside oferuje kółka skrętne, meblowe i transportowe, które można wykorzystać do budowy czy modyfikacji własnych konstrukcji.

    Pomysłów na wykorzystanie jest wiele: mobilny stolik warsztatowy, szafka na narzędzia, platforma do transportu skrzynek czy mebel, który czasem trzeba przesunąć. Kluczowy jest dobór właściwego rodzaju kółek do konstrukcji, powierzchni oraz przewidywanego obciążenia. Różne warianty nie zawsze są przystosowane do tych samych obciążeń.

    Mniejszy składany wózek – obciążenie do 50 kg

    Cena: 49,99 zł

    Do transportu mniejszych ładunków nie zawsze potrzeba dużej konstrukcji. Składany wózek transportowy Parkside o udźwigu do 50 kg może być przydatny do kartonów, paczek czy skrzynek, których ręczne noszenie na dłuższym dystansie staje się męczące.

    Po zakończeniu pracy wózek można złożyć, co pozwala zaoszczędzić miejsce podczas przechowywania. To praktyczne rozwiązanie w przestrzeniach, gdzie brakuje miejsca na pełnowymiarowy wózek używany sporadycznie.

    Większy składany wózek – obciążenie do 100 kg

    Cena: 149 zł

    Jeśli 50 kg to za mało, Parkside oferuje również składany wózek transportowy o udźwigu do 100 kg. To lepszy wybór do cięższych kartonów, skrzynek i sprzętu przewożonego podczas remontu lub przeprowadzki.

    Również w tym przypadku składana konstrukcja ułatwia przechowywanie. Warto przemyśleć, jakie przedmioty będą transportowane oraz jakie jest maksymalne dopuszczalne obciążenie.

    Co wybrać do przeprowadzki?

    Nie ma jednego, uniwersalnego rozwiązania do każdej sytuacji. Jak wspomniałem wcześniej, przed zakupem wymienionych narzędzi i sprzętu warto poszukać porad w internecie dotyczących bezpiecznego transportu dużych przedmiotów. Do przesuwania ciężkich mebli w mieszkaniu najbardziej praktyczny będzie zestaw transportowy. Przy większej liczbie kartonów przyda się platforma lub składany wózek, a jeśli napotkamy schody – warto rozważyć model schodowy. Kluczowe jest, aby dostosować sprzęt do konkretnego zadania, przestrzegając maksymalnego dopuszczalnego obciążenia.

  • Internet chce cofnąć się o 10 lat. Dlaczego wszyscy tęsknią za 2016?

    Internet chce cofnąć się o 10 lat. Dlaczego wszyscy tęsknią za 2016?

    Rok 2016 powraca po dekadzie. Ten trend opanował TikToka

    Filtr z psimi uszami na Snapchacie, Pokémon GO, Mannequin Challenge, mocno nasycone zdjęcia rodem ze starego Instagrama oraz zapomnianego serwisu Vine – internet w 2026 roku niespodziewanie zatęsknił za estetyką sprzed dekady. Pod hasłem „2026 to nowe 2016” oraz tagiem #BringBack2016 użytkownicy zaczęli publikować stare zdjęcia, odtwarzać popularne dawne trendy i przywracać charakterystyczny styl tamtych lat. Nostalgia za 2016 rokiem pomoże zrozumieć, jak wyglądał internet przed erą generatywnej AI, algorytmizacji i nieustannej walki o uwagę internautów.

    Nowy trend: „2026 to nowe 2016”? Skąd się wziął?

    Pierwsze wzmianki o tym, że „2026 będzie nowym 2016”, pojawiały się już latem 2025 roku. Jesienią liczba podobnych wpisów zaczęła rosnąć, a fraza „2026 is the new 2016” zyskała na popularności szczególnie w grudniu. Trend eksplodował z początkiem 2026 roku. Użytkownicy TikToka i Instagrama zaczęli publikować zdjęcia sprzed dekady, porównywać swoje zdjęcia z 2016 i 2026 roku oraz tworzyć nowe materiały w stylu estetyki tych czasów.

    Skala zainteresowania szybko rosła. Według danych TikTokaczęstotliwość używania hashtagu #2016 wzrosła w USA o ponad 450 proc. Zyskał również na popularności efekt TikToka nazwany po prostu „2016”, który naśladuje mocno nasyconą, ciepłą kolorystykę kojarzoną z filtrami Instagrama sprzed dekady.

    Nostalgia objęła także świat muzyki, co potwierdzają dane Spotify, które pokazują, żeliczba playlist nawiązujących do 2016 roku wzrosła o 71 proc. względem 2024 roku.

    Czytaj dalej poniżej

    Ten trend opanowuje świat. Po co wkładać liść laurowy do etui telefonu?

    Czym wyróżniał się rok 2016?

    Z perspektywy internetowej, rok 2016 był pełen zjawisk, które łatwo dziś rozpoznać. Świat opanowało Pokémon GO, a ulice i parki zapełniły się ludźmi polującymi z telefonami na wirtualne stworki. Internet podbił Mannequin Challenge, a Bottle Flip Challenge pokazał, że do stworzenia globalnego fenomenu wystarczy zwykła butelka.

    Złoty czas Snapchata i koniec Vine’a

    Snapchat był wówczas znany przede wszystkim z charakterystycznych filtrów – w tym z psem, który przyciągał uwagę użytkowników całego świata. Instagram również wyglądał zupełnie inaczej niż dzisiaj. Wysokosaturacyjne kolory, wyraźne filtry i mniej wyretuszowane zdjęcia codziennego życia tworzyły estetykę tamtego okresu.

    W 2016 roku istniał również Vine, platforma z krótkimi, sześciosekundowymi filmami, która miała ogromny wpływ na mniej poważną część internetu. Paradoksalnie, w tym samym roku Twitter ogłosił decyzję o jego zamknięciu.

    Rok 2016 w popkulturze

    Rok 2016 przyniósł także wiele znaczących wydarzeń w świecie muzyki i popkultury. Premierę miał pierwszy sezon „Stranger Things”, do kin trafiły m.in. „Deadpool”, „Captain America: Civil War” oraz pierwszy spin-off „Gwiezdnych Wojen” – „Rogue One”.

    Na światowych listach przebojów królowały utwory Drake’a, Justina Biebera oraz The Chainsmokers. W Polsce był to czas powrotu Agnieszki Chylińskiej i rosnącej popularności Dawida Podsiadły.

    W 2016 roku ukazała się również płyta „Life Of Pablo” Kanye Westa, a kontrowersyjny utwór „Famous” przywrócił konflikt z Taylor Swift, który zaskoczył opinię publiczną kilka lat później.

    Great Meme Reset: internet miał zostać „zresetowany”

    Moda na rok 2016 nie powstała przypadkowo. Jeszcze jesienią 2025 roku na TikToku zaczęły pojawiać się wzmianki o „Great Meme Reset of 2026”, czyli o „wielkim resecie memów”. Zainteresowani uzgodnili, że od 1 stycznia 2026 roku rozpoczną ponowne publikowanie starych memów oraz wykorzystywanie popularnych formatów sprzed lat, jednocześnie odchodząc od trendów uznawanych za „brainrot”.

    Pomysł był odpowiedzią na zmęczenie współczesnymi memami, które były odbierane jako wymuszone, powtarzalne i niesmieszne. Równolegle z rozwojem nostalgii za rokiem 2016, trend ten wykraczał daleko poza wąski internetowy humor – użytkownicy zaczęli wracać do zdjęć, muzyki, mody, filtrów i elementów popkultury sprzed dekady.

    Internet ma dość… internetu

    W nostalgicznej narracji rok 2016 stał się synonimem „starego internetu”. Nie oznacza to, że sieć była wtedy wolna od algorytmów, reklam czy goniących za zasięgami mediów społecznościowych, które stały się gigantycznym biznesem.

    Różnica polega na tym, jak pamiętamy korzystanie z mediów społecznościowych. Internet z 2016 roku kojarzy się ze spontanicznym publikowaniem niedoskonałych zdjęć, przypadkowymi myślami i obrazkowymi memami, a nie dynamicznymi rolkami. Pokolenie milenialsów ma oczywiście podobne wspomnienia z lat 2005-2008 (czasy świetności MySpace’a) oraz 2009 (początki Facebooka), ale dla wielu przedstawicieli pokolenia Z rok 2016 stał się wyznacznikiem czasów zwrotnych.

    Nie muszę przekonywać, że obecne platformy raczej kojarzą się z treściami dostosowanymi do algorytmów, powtarzalnymi trendami oraz z monetizacją kontentu. Uczestnicy internetowej kultury często czują, że ich interakcje z różnymi platformami są ściśle monitorowane i sterowane przez technologię.

    Sztuczna inteligencja przelała czarę goryczy

    Istnieje jeszcze jedna znacząca różnica. W 2016 roku generatywna sztuczna inteligencja nie była powszechnie dostępna dla użytkowników internetu. Dziś w sieci odnajdziemy obrazy, filmy, muzykę i teksty tworzone lub modyfikowane przez AI. W kontekście powrotu do estetyki internetu sprzed dekady, coraz częściej słyszymy o zmęczeniu „AI slopem” – masowo produkowanymi treściami o niskiej jakości generowanymi przez sztuczną inteligencję.

    Ta tendencja sprawia, że coraz bardziej zatęskniamy za internetem, który był spontaniczny, niedoskonały i bardziej ludzki. W takim kontekście nawet nieudane selfie z psim filtrem ze Snapchata zaczyna budzić nostalgię – zwłaszcza gdy regularnie dostajemy „śmieszne piosenki” wygenerowane przez AI od krewnych.

    Dlaczego akurat rok 2016?

    Odpowiedź na to pytanie jest prosta – obecnie internautom doskwiera pragnienie zmiany, a odliczanie dziesięciu lat wstecz wydaje się bardziej oczywiste niż inne okresy. To wystarczająco długi czas, by estetyka stała się retro, a jednocześnie wystarczająco krótki, by duża część użytkowników mediów społecznościowych dobrze pamiętała ten okres.

    Dla przedstawicieli pokolenia Z nostalgią kojarzy się to z ich dzieciństwem lub czasami nastoletnimi. Wspomnienia Snapchata, początku Pokémon GO czy muzyki tamtych lat są silnie związane z doświadczeniami szkoły i relacjami ze znajomymi. Trudno oddzielić tę tęsknotę za dawnym internetem od pragnienia powrotu do młodości, szczególnie jeśli ten internet był integralną częścią ich dorastania.

    Rok 2016 wcale nie był taki idealny

    Aby zobaczyć drugą stronę medalu, warto zwrócić uwagę, że #BringBack2016 często przedstawia przeszłość w różowych okularach. Rok 2016 nie był bowiem czasem wolnym od problemów. To okres Brexitu, wyboru Donalda Trumpa na prezydenta USA (który rozpoczął kadencję dopiero w 2017 roku), tragicznego zamachu w klubie Pulse w Orlando oraz wielu innych wydarzeń, które nie pasują do obrazu beztroskiego roku. W Polsce wówczas trwał spór dotyczący Trybunału Konstytucyjnego, a społeczne protesty KOD zajmowały centrum uwagi, szczególnie w jesieni, gdy Czarny Protest stał się symbolem oporu. Przypomnę także, że w 2016 roku pożegnaliśmy dwie wielkie muzyczne ikony – Prince’a oraz Davida Bowie.

    Wyidealizowana wizja 2016 roku szybko doczekała się kontrreakcji. Część internautów zaczęła wskazywać na wydarzenia, które zdecydowanie nie pasują do idealnego obrazu roku, wpisując się w narrację o #BringBack2016. W pewnym sensie to doskonały przykład działania internetu: jeden trend niemal natychmiast wywołuje odpowiedź, parodię lub kontrę, a użytkownicy zaczynają dodawać własną narrację do istniejącego kontekstu.

    Kiedyś to było, a teraz to nie ma

    #BringBack2016 mówi prawdopodobnie więcej o roku 2026 niż o 2016. Nie tyle pragniemy, aby powróciły filtry psów ze Snapchata, czy Mannequin Challenge, ale po prostu tęsknimy za internetem, który byłby bardziej spontaniczny, niedoskonały i niezależny od algorytmów.

    Jest duża szansa, że w 2016 roku ja także tęskniłem za rokiem 2006 w podobny sposób, w jaki pokolenie Z tęskni dzisiaj. W ciągu ostatniej dekady przeskok stał się wyraźny. Algorytmy coraz silniej decydowały o tym, co było widoczne w sieci, a generatywna AI dołożyła do tej zmiany nową warstwę. To realna zmiana, której trudno nie dostrzegać. Myślę jednak, że nawet bez tego i tak odczuwalibyśmy tęsknotę za dawnym internetem. Taki już jest urok nostalgii – „kiedyś to było, a teraz tego nie ma”.

    Obrazy: ChatGPT Images 2.0, Unsplash, Depositphotos

  • Ładować telefon do 80% czy 100%? Oto co naprawdę służy baterii

    Ładować telefon do 80% czy 100%? Oto co naprawdę służy baterii

    Jak dbać o baterię smartfona, aby służyła jak najdłużej?


    Wokół ładowania smartfonów narosło wiele mitów. Niektórzy twierdzą, że optymalne jest zatrzymywanie ładowania na poziomie 80 procent, inni zaś bez obaw pozostawiają telefon podłączony do ładowarki do pełna. Rzeczywistość jest jednak bardziej złożona. W przypadku współczesnych baterii litowo-jonowych liczy się nie tylko poziom naładowania, ale także temperatura, sposób użytkowania i czas spędzany na wysokim poziomie naładowania.

    Czy 80 procent to rzeczywiście najkorzystniejszy poziom?

    Obecne smartfony zazwyczaj wyposażone są w akumulatory litowo-jonowe lub litowo-polimerowe, które naturalnie tracą pojemność z biegiem czasu. Im bliżej pełnego naładowania, tym wyższe napięcie panuje w ogniwie, co może przyspieszać degradację baterii. Dlatego długotrwałe utrzymywanie poziomu naładowania blisko 100 procent może negatywnie wpływać na jej żywotność.

    Źródło: Depositphotos

    Z tego powodu producenci telefonów coraz częściej wprowadzają limity ładowania do 80-85 procent. Takie ustawienie może efektywnie wydłużyć żywotność akumulatora, jednak nie można go traktować jako sztywnej zasady. To raczej kompromis między ochroną baterii a czasem pracy urządzenia.

    Jeżeli większość dnia spędzasz w domu lub biurze i masz łatwy dostęp do gniazdka, ograniczenie ładowania może być mądrym rozwiązaniem. Inaczej jest w przypadku podróży lub intensywnego korzystania z telefonu, gdzie dodatkowe 20 procent pojemności może oznaczać wiele godzin działania bez potrzeby szukania ładowarki. Naładowanie telefonu do 90 lub 100 procent od czasu do czasu nie prowadzi do nagłego zużycia baterii, jednak kluczowe jest, aby pełne naładowanie nie było połączone z długotrwałym przegrzewaniem urządzenia.

    Czytaj dalej poniżej


    iPhone Duo: cena smartfona mnie nie zszokowała. Ale inne koszta: owszem

    Temperatura ma większe znaczenie niż 80 procent

    Wysoka temperatura jest jednym z najważniejszych czynników wpływających na kondycję baterii. Smartfon może nagrzewać się podczas ładowania, grania, korzystania z wymagających aplikacji, a także gdy pozostaje w rozgrzanym samochodzie. Regularne narażanie akumulatora na takie warunki może znacząco obniżyć jego żywotność.

    Nie ma również potrzeby, aby specjalnie rozładowywać telefon do zera przed ponownym ładowaniem. Nowoczesne ogniwa nie wymagają pełnych cykli rozładowania, a częste doprowadzanie baterii do całkowitego wyczerpania może wręcz szkodzić jej kondycji.

    Czy ładowanie telefonu przez całą noc jest bezpieczne?

    Współczesne smartfony są wyposażone w zaawansowane układy zarządzania energią, które regulują proces ładowania po osiągnięciu wysokiego poziomu naładowania. Pozostawienie telefonu podłączonego do ładowarki na noc nie oznacza więc nieustannego ładowania ogniwa.

    Najlepiej korzystać z dostępnych funkcji ochrony baterii, unikać narażenia na wysokie temperatury i dostosować poziom ładowania do własnych potrzeb. Osiągnięcie 80 procent może przyczynić się do długotrwałej kondycji akumulatora, ale pełne naładowanie również jest normalnym i bezpiecznym wyborem, gdy zależy nam na maksymalnym czasie pracy. Warto mieć to na uwadze i pamiętać, że niezależnie od tego, jak bardzo dbamy o naszą baterię, z czasem i tak zacznie ona tracić pojemność i nie będzie tak wydajna jak w dniu zakupu.

  • GTA VI za 349 czy 429 zł? Oto, co dostaniesz kupując droższą wersję gry

    GTA VI za 349 czy 429 zł? Oto, co dostaniesz kupując droższą wersję gry

    Premiera GTA VI zbliża się wielkimi krokami. Gra będzie dostępna w dwóch edycjach – Standard oraz Ultimate. Czy warto zainwestować w droższy wariant? Przyjrzyjmy się bliżej.


    Standard czy Ultimate – którą wersję GTA VI wybrać?

    Premiera GTA VI zbliża się dużymi krokami. Gra zadebiutuje już 19 listopada 2026 roku na PlayStation 5 oraz Xbox Series X|S. Zamówienia przedpremierowe już się rozpoczęły, a wraz z nimi pojawił się dylemat: którą wersję wybrać – Standard czy Ultimate? Przyglądamy się, czym różnią się poszczególne edycje GTA VI, jakie są ich ceny oraz na której konsoli najlepiej zagrać w ten długo wyczekiwany tytuł.

    GTA VI Standard – co zawiera i ile kosztuje?

    Standardowa edycja GTA VI jest dostępna w polskim PlayStation Store oraz sklepie Xbox w cenie 349 zł. W tej kwocie otrzymujemy pełną wersję gry. Osoby, które zdecydują się na zakup przed 20 listopada 2026 roku, otrzymają dodatkowo Pakiet Vintage Vice City.

    W skład pakietu wchodzą Vapid Stanier Sedan ’55 oraz garaż, dodatkowe stroje i fryzury, a także ekskluzywny wzór broni. Przy zakupie wersji cyfrowej przed 20 listopada będzie można także skorzystać z bezpłatnego miesiąca GTA+. Jest to płatna subskrypcja od Rockstara, która oferuje dodatkowe korzyści, w tym cykliczne bonusy oraz dostęp do wybranych elementów, które są niedostępne dla innych graczy. Należy jednak pamiętać, że po zakończeniu darmowego okresu subskrypcja odnawia się automatycznie, o ile nie zostanie wcześniej anulowana.

    GTA VI Ultimate – za co dopłacamy 80 zł?

    Ultimate Edition kosztuje 429 zł, co oznacza, że jest droższa o 80 zł w porównaniu do wersji Standard. Rockstar nie zapowiedział w tej edycji osobnego dodatku fabularnego ani dodatkowych misji. Różnice w cenie dotyczą przede wszystkim bonusowych pojazdów, broni, elementów personalizacji oraz innych dodatków powiązanych z historią Jasona i Lucii.

    Czytaj dalej poniżej

    To najdziwniejsza reklama Ikei. Mod do Skyrima z podążającą szafą Kallax

    Wśród dostępnych bonusów znajdują się m.in. Grotti Cheetah ‘95, rewolwery Hawk & Little Morgan, specjalne warianty broni, dodatkowe stroje oraz inne elementy personalizacji postaci. W pakiecie znajdziemy także pojazdy ukryte w kryjówce Jasona, łódź Shitzu Squalo oraz kolekcję klasycznych samochodów. Dodatkowo obejmuje wyniki prac związanych z warsztatami Rideout Customs, One-Eyed Willie’s, salonem Sara’s Unisex Salon, Electric Fang Tattoo Parlor i sklepem Stock 305.

    Warto zaznaczyć, że bonusy nie będą dostępne od razu po rozpoczęciu gry. Zostaną one wplecione w historię Jasona i Lucii, a kolejne elementy będziemy odkrywać wraz z postępami w fabule.

    Standard czy Ultimate? Nie trzeba decydować od razu

    Dla wszystkich, którzy zastanawiają się nad wyborem edycji, oto istotna wiadomość. Posiadacze wersji Standard będą mogli dokupić pakiet Ultimate później.

    Ulepszenie kosztuje obecnie 80 zł, co jest równowartością różnicy cenowej pomiędzy obiema wersjami. Zatem rozpoczęcie od edycji Standard, z możliwością późniejszego przejścia na Ultimate, nie wiąże się z dodatkowymi kosztami.

    Dla większości graczy wariant Standard wydaje się być najbardziej optymalnym wyborem. Za 349 zł otrzymujemy pełną wersję gry, a jeśli dodatkowe elementy, takie jak pojazdy czy broń, będą warte dopłaty (co niebawem zweryfikujemy po premierze, gdy w sieci pojawią się materiały wideo), będziemy mogli je odblokować później.

    GTA VI na PS5 czy Xbox Series X?

    Cena nie pomoże w rozstrzygnięciu tego dylematu. Zarówno edycja Standard, jak i Ultimate kosztują na PlayStation oraz Xbox tyle samo.

    Jednak na korzyść PS5 przemawia kilka dodatkowych argumentów. GTA VI wykorzystuje adaptacyjne triggery oraz efekty dotykowe oferowane przez kontroler DualSense, a także jego wbudowany głośnik i technologię Tempest 3D AudioTech. Gra została również oznaczona jako PS5 Pro Enhanced, chociaż na razie nie przedstawiono szczegółowych informacji na temat ulepszeń dla PS5 Pro.

    Na oficjalnej stronie GTA VI widnieje także oznaczenie „Plays Best On PlayStation 5”. Nie oznacza to jednak, że potwierdzono wyższą rozdzielczość lub płynność w porównaniu do Xbox Series X. Jak na razie wiadomo jedynie, że wiąże się to z opisanymi wcześniej funkcjami – wsparciem dla adaptacyjnych triggerów, wbudowanego głośnika kontrolera oraz Tempest 3D AudioTech, czego nie zapewni wersja na Xbox.

    A co z Xbox Series S?

    GTA VI trafi również na Xbox Series S. Rockstar oficjalnie wymienia tańszą konsolę Microsoftu obok Series X jako jedną z obsługiwanych platform.

    Nie wiadomo jednak jeszcze, jakie będą różnice w grafice i wydajności. Brak oficjalnych danych, które pozwalają na rzetelne porównanie wersji na Series S, Series X, PS5 i PS5 Pro.

    Pudełko GTA VI bez płyty

    Rockstar przygotował również nietypowe „wydanie fizyczne” swojego flagowego tytułu. Wielu graczy może być rozczarowanych, gdyż w pudełku nie znajdziemy żadnej płyty. Wygląda na to, że kopię GTA VI nie będzie można więc odsprzedać, pożyczyć ani kupić z drugiej ręki z działającą licencją. Zamiast płyty otrzymamy kod umożliwiający pobranie cyfrowej wersji gry. Sprzedaż ruszy 12 listopada, czyli tydzień przed premierą, aby umożliwić wcześniejsze pobranie danych.

    Pudełko będzie dostępne wyłącznie w edycji Standard. Po wykorzystaniu kodu będzie jednak możliwe dokupienie cyfrowego ulepszenia do wersji Ultimate. Mimo fizycznego opakowania, sama gra pozostaje produktem cyfrowym i wymaga pobrania po aktywowaniu odpowiedniego kodu.

    GTA VI Standard czy Ultimate – którą wersję kupić?

    Większość graczy prawdopodobnie zdecyduje się na GTA VI Standard za 349 zł (chyba że niedoceniam pasji fanów serii Grand Theft Auto i wszyscy będą rzucać się na dodatkowe bonusy). To po prostu rozsądniejszy wybór, zwłaszcza że po premierze wciąż będzie można dokupić dodatki, wydając dokładnie tę samą sumę pieniędzy.

    Wariant Ultimate ma sens przede wszystkim dla najbardziej oddanych fanów gry, którzy już teraz wiedzą, że muszą mieć dodatkowe samochody, broń, ubrania i inne elementy zawarte w tej edycji.

    Wybór między PS5 a Xbox Series X jest mniej oczywisty. Ceny i podstawowa zawartość są identyczne. PS5 wyróżnia się wykorzystaniem funkcji DualSense, Tempest 3D oraz oznaczeniem PS5 Pro Enhanced. Z oceną różnic w grafice i wydajności najlepiej jednak poczekać na rzetelne testy obu wersji.

  • 9 filmów, dla których tej jesieni warto wybrać się do kina

    9 filmów, dla których tej jesieni warto wybrać się do kina

    Na co warto wybrać się do kina jesienią 2026 roku? Od września do listopada czekają nas wielkie powroty, głośne polskie produkcje, horrory oraz naprawdę mocne blockbustery.


    Na co iść do kina? Jesień 2026 – największe premiery od września do listopada

    Jesienna aura zachęca do spędzenia kilku godzin w zaciemnionej sali kinowej zamiast na spacerach. Dla miłośników mainstreamowych filmów najbliższe dwa miesiące przyniosą wiele premier, które warto mieć na uwadze. Od września do listopada na ekranach polskich kin zobaczymy m.in. nową odsłonę „Resident Evil”, kolejny film na podstawie „Lalki” Bolesława Prusa, najnowszą produkcję Alejandro G. Iñárritu, horror osadzony w uniwersum DC, kontynuację „Godzilli Minus One” oraz nowe „Igrzyska śmierci”.

    Zapoznaj się z premiery kinowe, które szczególnie warto obserwować w jesieni 2026 roku.

    Totalna magia 2 – 11 września

    Milenialsi będą w szoku! Sandra Bullock i Nicole Kidman po niemal trzech dekadach ponownie wcielają się w Sally i Gillian Owens. „Totalna magia 2” kontynuuje historię filmu z 1998 roku.

    Reżyserką jest Susanne Bier, a wśród aktorów obok Bullock i Kidman występują m.in. Joey King, Maisie Williams oraz Lee Pace. Powracają także ciotki grane przez Dianne Wiest i Stockard Channing. Magia, rodzinne klątwy i jesienna atmosfera sprawiają, że to idealny czas na powrót tej serii.

    Resident Evil – 18 września

    Uniwersum Resident Evil przechodzi kolejny reset. Nowy film nie jest kontynuacją serii z Millą Jovovich ani „Resident Evil: Witajcie w Raccoon City”. Powracamy do początku historii o wirusie uwolnionym w laboratoriach Umbrella. Za kamerą stanął Zach Cregger, reżyser takich produkcji jak „Barbarzyńcy” i „Zniknięcia”.

    Głównym bohaterem filmu jest Bryan, kurier medyczny grany przez Austina Abramsa, który podczas jednej z nocnych dostaw zostaje uwikłany w koszmar epidemii. Sony zapowiada zupełnie nową historię osadzoną w świecie Resident Evil, co stanowi jedną z najbardziej oczekiwanych premier września dla fanów horroru.

    Lalka – 30 września

    Jedna z najgłośniejszych polskich premier roku zobaczy światło dzienne tuż przed końcem września. Nową ekranizację powieści Bolesława Prusa reżyseruje Maciej Kawalski. Rolę Stanisława Wokulskiego zagra Marcin Dorociński, a Izabelę Łęcką – Kamila Urzędowska. Po 16 latach nieobecności na ekranie wraca także Marek Kondrat, który wciela się w Ignacego Rzeckiego.

    Lista znanych nazwisk jest długa. W obsadzie pojawiają się także Andrzej Seweryn, Agata Kulesza, Krystyna Janda, Maja Komorowska, Borys Szyc i Dawid Ogrodnik. Co interesujące, dwa tygodnie wcześniej na Netflixie zadebiutuje serial „Lalka”, co sprawia, że październik upłynie pod znakiem nieustannej dyskusji na temat tej adaptacji.

    Digger – 9 października

    Muszę przyznać, że nie od razu poznałem go w zapowiedzi, ale nie możemy zapominać, że Tom Cruise ma już 64 lata, a my wciąż pamiętamy go z „Mission: Impossible” i „Top Guna”. W filmie Alejandro G. Inarritu zobaczymy go w zupełnie innej roli. Samo połączenie tego aktora z tym reżyserem sprawia, że „Digger” znajduje się na liście najbardziej intrygujących premier tej jesieni.

    Cruise wciela się w Diggera Rockwella – wpływowego człowieka, który stara się przekonać świat, że może uratować ludzkość przed katastrofą, którą sam wywołał. Film łączy dramat z komedią, a obok Cruise’a występują Sandra Huller, Riz Ahmed, Jesse Plemons i John Goodman.

    The Social Reckoning – 9 października

    Tego samego dnia na ekrany trafi „The Social Reckoning: W sieci konsekwencji”. Aaron Sorkin powraca do tematu Facebooka 16 lat po „The Social Network”, za który otrzymał Oscara za najlepszy scenariusz adaptowany.

    Fabuła koncentruje się na Frances Haugen, byłej pracownicy Facebooka oraz dziennikarzu „The Wall Street Journal”, Jeffie Horwitzu, który ujawnia tzw. Facebook Files. Mikey Madison gra Haugen, Jeremy Allen White wciela się w Horwitza, a Jeremy Strong jako Mark Zuckerberg. To nie tyle sequel „The Social Network”, co nowy rozdział historii o Facebooku i jego wpływie na społeczeństwo, inspirowany prawdziwymi wydarzeniami.

    Clayface – 28 października

    Pod koniec października DC podejmuje ryzyko, prezentując coś mniej oczywistego niż klasyczne superbohaterskie widowisko. „Clayface” to horror, którego głównym bohaterem jest Matt Hagen – mężczyzna przechodzący makabryczną przemianę w tytułowego Clayface’a.

    Toma Rhys Harries w roli głównej. Polska premiera zaplanowana jest na 28 października, zaledwie trzy dni przed Halloween, co z całą pewnością nie jest przypadkowym terminem.

    Godzilla Minus Zero – 6 listopada

    Jeśli „Godzilla Minus One” przypadła Wam do gustu, to 6 listopada warto ponownie odwiedzić kino. „Godzilla Minus Zero” jest bezpośrednią kontynuacją japońskiego hitu, który zdobył Oscara za efekty specjalne.

    Za scenariusz i reżyserię znów odpowiada Takashi Yamazaki. Powracają Ryunosuke Kamiki jako Koichi Shikishima i Minami Hamabe jako Noriko Oishi. Akcja rozgrywa się dwa lata po wydarzeniach z poprzedniego filmu, przenosząc nas ponownie do powojennej Japonii.

    Ebenezer Scrooge. Opowieść wigilijna – 13 listopada

    Połowa listopada to idealny moment na wprowadzenie świątecznego klimatu do repertuaru kin. Jedną z największych premier tego okresu będzie nowa adaptacja „Opowieści wigilijnej” Charlesa Dickensa.

    Ebenezera Scrooge’a gra Johnny Depp, a reżyserem jest Ti West, znany z horrorowej trylogii „X”, „Pearl” i „MaXXXine”. W obsadzie znajdują się także Ian McKellen, Daisy Ridley, Rupert Grint i Andrea Riseborough. Nowa „Opowieść wigilijna” z tak gwiazdorską obsadą i reżyserem bez wątpienia może zaskoczyć.

    Igrzyska śmierci: Wschód słońca w dniu dożynek – 20 listopada

    To prawdopodobnie największa blockbusterowa premiera listopada. „Igrzyska śmierci: Wschód słońca w dniu dożynek” przenosi nas o 24 lata wstecz względem wydarzeń znanych z pierwszej części serii i pokazuje młodość Haymitcha Abernathy’ego. Po „Balladzie ptaków i węży” trudno przewidzieć sukces, ale z pewnością film również zostanie obejrzany.

    Haymitch zostaje wybrany do udziału w 50. Głodowych Igrzyskach, na które trafi dwukrotnie więcej trybutów. W głównej roli wystąpi Joseph Zade, a młodszego Coriolanusa Snowa zagra Ralph Fiennes. Ponownie za kamerą stanie Francis Lawrence, odpowiedzialny za większość wcześniejszych filmów z serii.

  • Takiego urządzenia w ofercie Apple jeszcze nie było. Ten ruch ma sens

    Takiego urządzenia w ofercie Apple jeszcze nie było. Ten ruch ma sens

    Apple przez lata trzymało Beats w cieniu, ale wygląda na to, że wreszcie znalazło dla marki nową rolę. Jej charakterystyczne „B” może wkrótce pojawić się na gamingowym akcesorium.


    Od momentu przejęcia Beats przez Apple następował powolny downgrade tej niegdyś niezwykle popularnej marki. Za rządów Tima Cooka urządzenia Beats kojarzyły się głównie ze średniopółkowymi słuchawkami i ewentualnie z głośnikami. Apple dokładało wszelkich starań, by utrzymywać Beats na kroplówce w taki sposób, aby z jednej strony nie dać o niej zapomnieć, a z drugiej, by nie kanibalizować priorytetowych urządzeń z nadgryzionym jabłkiem. Wygląda jednak na to, że Apple w końcu obrało strategię i ma plan dla Beats. Być może wkrótce zobaczymy gamingowe akcesorium z charakterystycznym „B”.

    Beats zmienia swoją rolę w ekosystemie Apple

    Przełom w podejściu do marki Beats pojawił się w 2024 roku, kiedy to Apple wypuściło serię etui do iPhone’a 16. Rok później do oferty Apple dołączyły różne rodzaje etui dedykowane kolejnej generacji smartfonów, a towarzyszyły im kolorowe, plecione przewody USB-C. Stało się jasne, że Beats ma być dla Apple powiewem luźnego, lifestylowego, być może nawet nieco młodzieżowego powietrza. To pozytywny kierunek, ponieważ pozycję muzycznych flagowców Apple zajmuje seria słuchawek AirPods, a dla Beats w tym kontekście po prostu brakuje miejsca.



    Oczywiście nie oznacza to, że nie zobaczymy już żadnych słuchawek od Beats – wręcz przeciwnie. Na horyzoncie majaczą już niezapowiedziane jeszcze, ale noszone między innymi przez Lamine’a Yamala czy Antonee Robinsona słuchawki w różnych, kolorowych wariantach. To potwierdza teorię, że Beats ma być marką młodego pokolenia, które pasjonuje się grami mobilnymi. A skoro uwielbiają oni granie na smartfonie, to pojawiłoby się zapotrzebowanie na dedykowany kontroler. Mark Gurman twierdzi, że wkrótce zostanie on zaprezentowany pod marką Beats.

    Kontroler do gier od Apple? To możliwe

    Apple od lat stara się przełamać stereotyp, że sprzęt z nadgryzionym jabłkiem nie nadaje się do grania. Deweloperzy wypuszczają coraz więcej gier skrojonych pod macOS i chipy z serii M, a iPhone’y są już w stanie uruchomić produkcje takie jak Death Stranding czy Assassin’s Creed Mirage. Pozostaje jednak kwestia dedykowanych akcesoriów, którymi Apple dotychczas się nie interesowało. Na oficjalnej stronie producenta można zakupić takie urządzenia jak SteelSeries Nimbus Dual-Mode Cloud, czyli dwutrybowy kontroler do gier, ale to wciąż akcesorium zewnętrznej firmy. Mark Gurman w najnowszym wydaniu newslettera podkreśla, że Apple chce wprowadzić własny kontroler – co potwierdza wcześniejsze przecieki.

    Czytaj dalej poniżej


    Słuchawki open ear to wybawienie. Przerzuciłem się pół roku temu i nie zamierzam wracać


    Razer Kishi / Źródło: Apple

    Informacje te nie pojawiły się znikąd – w kodzie wersji beta systemu macOS znaleziono dane dotyczące dwóch kontrolerów (oznaczonych jako T6502 i T1057), wyposażonych w krzyżak, analogi oraz silniki haptyczne – wspomniano również o możliwym akcelerometrze i żyroskopie. Gurman wskazał, że nad projektem pracują osoby związane z marką Beats, jednak na tym etapie to wszystkie dostępne informacje.

    Można przypuszczać, że kontrolery będą przeznaczone do urządzeń mobilnych – ich konstrukcja może przypominać Razer Kishi, czyli szeroko rozstawione uchwyty z miejscem na smartfona pośrodku. Jeśli chodzi o klasyczne kontrolery, trudno będzie konkurować z DualSense czy padami do Xboxa, które są kompatybilne z urządzeniami Apple i często są promowane jako domyślne dla wszystkich graczy aplikujących się do mobilnego grania.

    Możliwe, że projektowany kontroler będzie miał hybrydową konstrukcję, podobną do SteelSeries Nimbus Dual-Mode Cloud, co pozwoliłoby na wykorzystanie gamingowego potencjału nowego Apple TV, które powinno zadebiutować jeszcze tej jesieni. Na razie to jednak tylko spekulacje, ale jedno jest pewne – marka Beats nie idzie w zapomnienie. Z dotychczasowego brandu stricte muzycznego przekształca się w narzędzie, które pozwoli Apple dotrzeć do szerszej grupy odbiorców.