Autor: admin

  • Ta przeglądarka jest świetna, a teraz jest jeszcze lepsza. Grzech nie sprawdzić

    Ta przeglądarka jest świetna, a teraz jest jeszcze lepsza. Grzech nie sprawdzić

    Mobilna wersja Vivaldi umożliwia rozszerzenie funkcjonalności przeglądarki na systemie Android o dodatki, jednak użytkownicy muszą zwrócić uwagę na kilka istotnych aspektów. Oprócz dodatków wprowadzono również kalkulator w pasku adresu, dostępny także na iOS.

    Vivaldi zaprezentowało mobilną wersję 8.2, tydzień po aktualizacjach dla komputerowej wersji przeglądarki i… sześć lat po jej premierze na Androidzie. Od teraz użytkownicy mają możliwość dostosowania aplikacji za pomocą rozszerzeń: było to od dawna oczekiwane przez wiele osób.

    Jak zainstalować rozszerzenia w Vivaldi na Androidzie?

    Obsługa dodatków rozpoczyna się od ikony puzzla, która znajduje się obok paska adresu. Po kliknięciu na nią otwiera się menu, z którego można przejść do Chrome Web Store. Wystarczy znaleźć interesujące rozszerzenie i dodać je do Vivaldi. Najczęściej używane rozszerzenia można przypiąć do paska adresu, aby zyskać do nich szybszy dostęp, bez konieczności otwierania całej listy za każdym razem. Kolejność ikon można dowolnie zmieniać.

    Mozliwość ukrycia ikony rozszerzeń jest również dostępna – wystarczy wyłączyć opcję przypięcia jej do narzędziownika. Wszystkie nowe dodatki są domyślnie włączone na odwiedzanych stronach, ale użytkownicy mogą je włączać lub wyłączać dla konkretnych witryn, co daje dodatkową elastyczność.

    Nie wszystko jest tak idealne, lecz nie ma powodu do rozczarowania

    Niestety, nie wszystkie rozszerzenia dostępne na komputerach działają na urządzeniach mobilnych. Dodatkowo, Vivaldi nie oferuje żadnej „bazy” wiedzy dotyczącej kompatybilności dodatków, co byłoby niezmiernie przydatne. Każde rozszerzenie trzeba sprawdzić indywidualnie, a nie ma gwarancji, że to co działa na komputerze, będzie działać również na Androidzie. Uzależnienie funkcjonowania rozszerzeń od różnicy platformowej może być mylące.

    Czytaj dalej poniżej


    Popularna przeglądarka jest od teraz jeszcze lepsza. Te nowości na pewno docenisz

    Vivaldi pozwala na synchronizację danych rozszerzeń między komputerem a urządzeniami mobilnymi z systemem Android, jednak same dodatki nie są synchronizowane. Jest to spowodowane powyższymi ograniczeniami. Każde rozszerzenie należy instalować indywidualnie na każdego urządzeniu, co z jednej strony zapewnia bezpieczeństwo, a z drugiej strony może być nieco uciążliwe. Użytkownicy Vivaldi, planując przesiadkę na nowy telefon, będą musieli poświęcić czas na ponowne zainstalowanie swoich ulubionych rozszerzeń z Chrome Web Store.

    Kalkulator na pasku adresowym również na iOS

    Użytkownicy systemu iOS nie będą mogli korzystać z rozszerzeń, jednak w najnowszej aktualizacji na tej platformie pojawi się… kalkulator w pasku adresu. Wystarczy wpisać proste działanie, na przykład „2+2”: program sam rozpozna intencję i pokaże wynik, który można łatwo skopiować do schowka. Choć funkcjonalność ta wydaje się niewielka, jest bardzo przydatna. Niestety, z uwagi na zamkniętą naturę platformy iOS, Vivaldi nie ma możliwości swobodnego instalowania rozszerzeń.

    Czytaj również: Już jest! Nowa wersja Vivaldi wprost krzyczy: „daj mi szansę!”

    Podsumowując, Vivaldi staje się jeszcze lepszą przeglądarką, szczególnie na systemie Android, co jest wspaniałą wiadomością dla użytkowników tej platformy. Reszta użytkowników dostaje produkt z ograniczeniami, które są związane z niuansami platformowymi, co powinno być zaakceptowane. Mimo że może to wydawać się niedoskonałe, warto to przyjąć jako element rozwoju przeglądarki.

  • Czy Apple naprawdę będzie nas podsłuchiwać? Wyjaśnijmy kontrowersyjną nowość

    Czy Apple naprawdę będzie nas podsłuchiwać? Wyjaśnijmy kontrowersyjną nowość

    Czy powinniśmy się obawiać nowych funkcji zegarków Apple Watch? Możecie spać spokojnie – Apple nie będzie Was szpiegować.

    Właśnie odbyła się prezentacja nie tylko iPhone’a Duo oraz modeli 18 Pro/Pro Max, ale także zegarków Apple Watch serii 12. Choć nie są one rewolucyjne jak pierwszy model z nadgryzionym jabłkiem, wprowadza się w nich funkcję, która budzi wiele emocji. Mowa o stałym analizowaniu dźwięków mikrofonu, co jest niezbędne do działania Live Rewind oraz Siri Recap. Fani teorii spiskowych spekulują, że Apple planuje na bieżąco podsłuchiwać użytkowników swoich zegarków, jednak czy to rzeczywiście prawda?

    Apple Watch „słucha” otoczenia. Co dzieje się z nagranym dźwiękiem?

    Jak co roku, zegarki Apple Watch przeszły drobne zmiany. Modele 12 i Ultra 4 zachowały podobny design, natomiast zyskały nowy system monitorowania zdrowia oraz funkcje związane z Audio Intelligence, takie jak Siri Recap, czyli podsumowanie rozmowy oraz Live Rewind, które umożliwia transkrypcję ostatnich 15 sekund konwersacji. Ta druga funkcja wydaje się szczególnie interesująca – Apple w materiałach promocyjnych zaprezentowało scenariusz, w którym użytkownik mógł powtórnie odsłuchać szybko wymienione przez kelnera dania. Dzięki tej opcji zapominalscy użytkownicy będą mieli swoją kotwicę, chociaż nie wszyscy są przekonani do takiego rozwiązania.

    W Internecie można znaleźć wiele komentarzy sugerujących, że umożliwia to nieustanne podsłuchiwanie użytkowników. Aby obalić tę teorię, musimy dokładnie wyjaśnić, jak działają nowe funkcje w odświeżonych zegarkach Apple.

    Nowy procesor S11 pozwala na ciągłe nasłuchiwanie bez nadmiernego zużycia energii, jednak przechwycony dźwięk nie jest nigdzie zapisywany. Apple zapewnia, że nagrania trafiają do niewielkiego bufora cyklicznego w Secure Enclave – wydzielonym bloku sprzętowym, w którym przechowywane są również dane Face ID oraz Touch ID. Nowe dane są nieustannie nadpisywane, a dostęp do nich nie mają ani aplikacje, ani system, ani także samo Apple. Podobny mechanizm odpowiada za wykrywanie komendy „Hej, Siri”, która wcześniej wzbudzała wątpliwości.

    Czytaj dalej poniżej


    Darmowy prezent od Apple. Wystarczy kupić nowego iPhone’a

    Dwukrotne naciśnięcie Digital Crown przesyła ostatnie 15 sekund szyfrowanym połączeniem do iPhone’a, który zamienia je na tekst. Nagranie jest natychmiast usuwane, a system nie identyfikuje ani nie oznacza rozmówców. Transkrypcja wraca na zegarek, jednak znika, o ile użytkownik nie zdecyduje się jej zapisać w aplikacji Siri – tam dane są szyfrowane end-to-end, a klucz ma wyłącznie właściciel urządzenia. Apple nie jest w stanie ich odszyfrować nawet na podstawie nakazu sądowego.

    Dodatkowo istnieje zabezpieczenie dla otoczenia: przy aktywacji Live Rewind zegarek odtwarza charakterystyczny dźwięk, nawet gdy jest wyciszony lub gdy użytkownik korzysta z słuchawek.

    Siri Recap opuszcza urządzenie

    Przy funkcji Siri Recap sprawy przedstawiają się nieco inaczej, ponieważ podsumowanie nie jest generowane lokalnie – model najpierw wykrywa, czy rozmowa rzeczywiście się toczy, a następnie transkrypcja przechodzi przez filtr bezpieczeństwa, po czym trafia zaszyfrowana na serwery Private Cloud Compute. Tam generowany jest tytuł oraz lista najważniejszych punktów, a system korzysta z kontekstu, takiego jak kalendarz, odtwarzana muzyka czy nazwa miasta. Konkretne dane wrażliwe są zastępowane ogólnymi terminami, takimi jak „park” czy „sklep spożywczy”, a po zakończeniu przetwarzania wszystko jest kasowane. Podsumowania w zakładce Recaps usuwane są po siedmiu dniach.

    Siri Recap ma możliwość działania w tle bez informowania rozmówcy – Apple nie przewiduje uzyskania zgody drugiej strony. Obie funkcje są niedostępne dla osób poniżej 13. roku życia, a w przypadku kont dziecięcych do 18 roku życia, dostęp musi być włączony przez rodzica lub opiekuna. Jak widać, nie jest to tak straszne, jak sugerują niektóre komentarze w Internecie.

  • Windows 11 z gigantyczną luką po jednym dniu od rekordowej aktualizacji. Witajcie w przyszłości

    Windows 11 z gigantyczną luką po jednym dniu od rekordowej aktualizacji. Witajcie w przyszłości

    Zaledwie jeden dzień po rekordowej aktualizacji zbiorczej Microsoftu, pojawiła się informacja o nowej luce w systemie Windows, która umożliwia odczyt plików z uprawnieniami SYSTEM. Ta nowa podatność, nazwana ShieldCrash, wykorzystuje błąd, który pozostał po usunięciu wcześniejszej luki. Choć obecna wersja nie pozwala na całkowite przejęcie maszyny, może stanowić krok w kierunku takich działań.

    Za publikacją informacji o tej luce stoi badacz znany w branży jako „MSNightmare”, który w tym roku ujawniał już inne podatności w oprogramowaniu Microsoftu. Wiele osób twierdzi, że specjalnie poczekał na Patch Tuesday, kiedy firma załatała inne krytyczne luki (co jest nieprawdą). W opisie ShieldCrash na GitHubie badacz przyznaje, że Microsoft zabezpieczył kilka metod ponownego wykorzystania wcześniejszego błędu ShieldBreak, jednak nie usunął jednego z wariantów. W określonych warunkach może to pozwalać na ponowne wystąpienie tego samego problemu, mimo zainstalowanych poprawek.

    Odkrycie to stawia Microsoft w trudnej sytuacji, nawiązując do braku staranności lub nawet bałaganu w zarządzaniu bezpieczeństwem. Nie mam jednak pretensji o brak staranności sam w sobie, bo w branży staje się to coraz bardziej powszechne. Trzeba jednak pilnować takich przypadków.

    Odczyt plików z uprawnieniami SYSTEM

    Uprawnienia SYSTEM to specjalny poziom dostępu, który wykorzystują usługi Windows wykonujące zadania wymagające szerokiego dostępu do systemu. Wskazują one na rozbudowane uprawnienia, umożliwiające dostęp do wielu komponentów systemowych, ale nie do wszystkich. Zwykły użytkownik ma dostęp jedynie do własnych plików, natomiast pliki zastrzeżone dla innych kont czy usług są poza zasięgiem. Odczyt danych jako SYSTEM wykracza daleko poza zasoby użytkownika i uruchomione przez niego aplikacje. To właśnie tutaj wkracza ShieldCrash, wykorzystując komponent odpowiedzialny za bezpieczeństwo urządzenia.

    Możliwość odczytania chronionych danych stanowi poważne zagrożenie dla ich poufności. Fakt, że napastnik nie ma możliwości ich modyfikacji, nie zmniejsza skali problemu. Należy zaznaczyć, że samo odczytanie pliku jako SYSTEM nie oznacza automatycznie możliwości realizowania wszelkich poleceń z tymi samymi uprawnieniami. MSNightmare prezentuje działanie luki za pomocą demonstracyjnego exploita, który stanowi przykład wykorzystania tej podatności, pracując nad rozbudową do pełniejszego wariantu działającego jako SYSTEM.

    Czytaj dalej poniżej

    Windows 11 działa płynniej, gdy wyłączysz to jedno ustawienie

    Atak wymaga wcześniejszego dostępu do maszyny

    Napastnik musi najpierw uzyskać dostęp do atakowanego urządzenia, co ogranicza powagę tej luki. Nie oznacza to jednak, że atakujący musi być fizycznie obecny w pobliżu maszyny i mieć dostęp do jej klawiatury. Wektor potencjalnego ataku może obejmować również zdalny dostęp lub uruchomienie złośliwego kodu w wyniku działania użytkownika, na przykład przez skuteczny phishing. Jak wspomniano powyżej, luka ta mogłaby być kolejnym krokiem w procesie wtargnięcia, umożliwiając napastnikowi rozszerzenie dostępu do danych na już zaatakowanym komputerze.

    Badacz (jeszcze) nie przeprowadził pełnej analizy „kompatybilności”, aby określić, jakie konkretne konfiguracje mogą być podatne na tę lukę. Dlatego nie można przyjąć, że każdy komputer z systemem Windows będzie narażony w tych samych warunkach i z taką samą powtarzalnością. Kod jest dostępny publicznie, co stwarza możliwość dla niezależnych badaczy do weryfikacji zgłoszenia, ale również daje potencjalnym napastnikom narzędzie do dalszych prac. Na chwilę obecną nie ma jednak dowodów na to, że ktoś wykorzystał tę lukę w praktyce.

    Ale aktualizacje nie są bez znaczenia

    Odrobienie luki w jeden dzień po Patch Tuesday nie oznacza, że instalowanie pakietów poprawek jest zbędne; warto o tym pamiętać. Wrześniowy pakiet aktualizacji eliminuje inne podatności, dlatego nie należy ich lekceważyć. Na przykład Defender uzyskuje aktualizacje swojego silnika, platformy i informacji o zagrożeniach.

    Czytaj również: Po pięciu latach Windows 11 przywraca uwielbianą funkcję z dziesiątej wersji.

    Choć zarazem niepokoi fakt, że w dzień po Patch Tuesday, jeden z czołowych badaczy bezpieczeństwa Windowsa ujawnia takie informacje. Niemniej jednak, atak wymaga lokalnego dostępu, co ogranicza możliwość uruchamiania nieautoryzowanego kodu, co może skutecznie utrudnić spełnienie warunków potrzebnych do realizacji ataku. Daje to pewną ochronę świadomym administratorom i infrastrukturze, zanim Microsoft dostarczy stosowną poprawkę. Windows znów doświadcza nowej „wpadki”, która jest jedną z bardziej zaskakujących. Nie chodzi już tylko o to, jak szybko pojawiła się luka po Patch Tuesday, ale o jej naturę: miała być usunięta, a okazało się, że przykrycie jednej luki odsłoniło nową możliwość.

  • Transport Fever 3 wygląda jak gra, przy której można kompletnie przepaść…

    Transport Fever 3 wygląda jak gra, przy której można kompletnie przepaść…

    Transport Fever 3: Nowa Era Gier Transportowych

    Transport Fever 3 to najdroższa produkcja w historii Urban Games oraz pierwszy tytuł, który szwajcarskie studio wydaje we współpracy z Paradox Interactive. Na niecałe trzy tygodnie przed premierą twórcy opublikowali materiał wideo prezentujący rozgrywkę, który wskazuje, że celem zarabiania na pociągach i ciężarówkach przestaje być realizowany w tradycyjny sposób.

    Nowe Cele Gry

    Z opublikowanego materiału wynika, że w Transport Fever 3 zmieniają się zasady zabawy. Zysk generowany z sieci transportowej będzie teraz przede wszystkim wykorzystywany do rozwoju miast, zwiększania populacji oraz awansowania własnej firmy na wyższe poziomy. Każdy osiągnięty poziom odblokowuje nowe ulepszenia dla głównej siedziby, nowe kategorie zasobów, kampanie marketingowe oraz zabytki, które oferują różnorodne bonusy dla obszaru, w którym się znajdują.

    Zarządzanie Ruchem i Zanieczyszczeniami

    Rozwój miast wiąże się z generowaniem ruchu, hałasu oraz zanieczyszczeń, co stawia przed graczami wyzwanie w zarządzaniu tymi aspektami. Aby temu sprostać, w grze dostępne będą akustyczne ekrany, metro, tereny zielone oraz oczyszczalnie. Zmiany obejmą również system konserwacji pojazdów – przeglądy będą przeprowadzane automatycznie, gdy pojazd przejedzie w zasięgu odpowiedniego obiektu. Zaniedbana flota będzie z kolei wolniej funkcjonować oraz generować większe hałasy i zanieczyszczenia. Twórcy zapowiadają, że w grze znajdzie się ponad 300 pojazdów, obejmujących stulecie historii transportu, w tym (po raz pierwszy w serii) także helikoptery.

    Data Premiery i Wersja Językowa

    Premiera Transport Fever 3 zaplanowana jest na 29 września. Gra będzie dostępna na komputerach PC (Steam, Epic Games Store oraz GOG, także na Macu i Linuksie) oraz na konsolach PlayStation 5 i Xbox Series X|S. Na platformie Steam tytuł został wyceniony na 209 zł. Warto zaznaczyć, że posiadacze Transport Fever 2 mogą liczyć na 10-procentową zniżkę. Dodatkowo, produkcja otrzyma polską wersję językową w formie napisów.

    O Studio Urban Games

    Urban Games to niezależne studio z siedzibą w szwajcarskim Schaffhausen, założone w 2013 roku. Ich przygoda z grami rozpoczęła się od Train Fever wydanego w 2014 roku, a dwa lata później zadebiutowała pierwsza część Transport Fever. Twórcy podają, że dotychczasowe odsłony serii sprzedały się w łącznej liczbie ponad dwóch milionów egzemplarzy.

    Podsumowanie

    Transport Fever 3 to obiecująca produkcja, która ma szansę zrewolucjonizować sposób zarządzania transportem w grach wideo. Z nowymi mechanikami, ambitnym podejściem do uzyskiwania zysku oraz dodatkowymi wyzwaniami, które stawia przed graczami rozwijające się otoczenie miejskie, tytuł z pewnością wzbudzi zainteresowanie fanów gatunku.

  • T-Mobile rusza z przedsprzedażą iPhone 18 Pro i Pro Max

    T-Mobile rusza z przedsprzedażą iPhone 18 Pro i Pro Max

    Tuż po premierze nowych urządzeń Apple rozpoczyna się przedsprzedaż wyczekiwanych produktów. Sieć T-Mobile ogłosiła, że już w najbliższą sobotę będziemy mogli złożyć zamówienia na modele iPhone 18 Pro, Pro Max oraz inne urządzenia sygnowane logo nadgryzionego jabłka.


    Tuż po premierze nowych urządzeń Apple uruchamia przedsprzedaż wyczekiwanych produktów. T-Mobile poinformowało, że już w najbliższą sobotę będzie można złożyć zamówienia na iPhone 18 Pro, Pro Max oraz inne urządzenia z charakterystycznym logo nadgryzionego jabłka.

    Nowy iPhone 18 Pro dostępny w sieci T-Mobile

    Tegoroczna prezentacja Apple wzbudziła ogromne emocje, szczególnie dzięki zapowiedzi pierwszego składanego telefonu tej firmy. Choć wszystkie oczy były zwrócone na pionierski model iPhone Duo, to nie jest to jedyne urządzenie, które wkrótce dołączy do oferty Apple. W sprzedaży dostępny będzie także nowy model smartfona z numerem 18 w wersji Pro i Pro Max, a także dwa warianty słuchawek AirPods 5 oraz nowa linia inteligentnych zegarków: Apple Watch 12 oraz Apple Watch Ultra 4. Polski oddział T-Mobile ogłosił, że już w najbliższą sobotę zadebiutują świeżo zapowiedziane urządzenia, w tym nowe iPhone’y.

    Przedsprzedaż ruszy w sobotę, 12 września, o godzinie 14:00. Jak informuje operator, tak wyczekiwane urządzenia nie mogły zabraknąć w ich ofercie. Klienci będą mogli na początku zamawiać iPhone’a 18 Pro i Pro Max. Jedną z kluczowych cech tego modelu jest z pewnością najzaawansowany system aparatów w historii Apple, a także interesujące warianty kolorystyczne – szczególnie wyróżnia się piękny burgundowy odcień, który prezentuje się fenomenalnie. Miłośnicy poprzedniego, pomarańczowego modelu 17, będą musieli się zgodzić, że nowa kolorystyka jest o wiele bardziej atrakcyjna.

    Nie możemy także pominąć nowości w postaci słuchawek Apple AirPods 5. Będą one dostępne w dwóch wariantach, z ulepszonym systemem aktywnej redukcji hałasu (ANC) w porównaniu do modeli z ubiegłego roku. Droższa wersja będzie oferować dodatkowe etui ładowane bezprzewodowo. Ucieszy fakt, że nie będzie potrzeby dopłacania za redukcję hałasu, co jest bardzo pozytywną informacją. W sprzedaży znajdą się również zegarki, zarówno podstawowa seria Watch z numerem 12, jak i nowa wersja Ultra – już czwarta. Czy warto dopłacać do najbardziej zaawansowanego zegarka od Apple? Dla tych, którzy planują zakup Ultra po raz pierwszy (lub mieli do tej pory tylko pierwszą wersję), zdecydowanie tak. Natomiast posiadacze modelu Ultra 3 mogą spokojnie pominąć tegoroczną wersję, gdyż zmiany nie są aż tak spektakularne.

    Czytaj dalej poniżej


    Apple A20 Pro wytarło podłogę konkurencją. Przepaść to mało powiedziane

    Wszystkie wymienione urządzenia (z wyjątkiem iPhone Duo) będą dostępne w przedsprzedaży w T-Mobile od soboty, 12 września o godzinie 14:00. Regularna sprzedaż rozpocznie się kilka dni później, 18 września. Następnie, 16 października, ruszy przedpremierowe zbieranie zamówień na wspomniany składany telefon od Apple, który zadebiutuje na rynku 23 października. Na szczęście polscy konsumenci nie muszą obawiać się o dostępność, ponieważ otrzymają składaka w takim samym terminie jak reszta świata. Warto to podkreślić, ponieważ wiele plotek sugerowało, że to długo oczekiwane urządzenie zadebiutuje wyłącznie w USA. To oczywiście nie usprawiedliwia Apple, które wciąż traktuje nasz rynek po macoszemu, jeśli chodzi o dostępność wielu funkcji wprowadzanych do swoich urządzeń. Przykładowo, brakuje polskiego języka w asystencie Siri oraz dostępu do Apple Intelligence. Ciekawe, czy kiedykolwiek doczekamy się w pełni funkcjonalnych urządzeń tego producenta, za które wciąż musimy płacić pełną cenę.

    Przy okazji, warto zastanowić się, dlaczego Apple zdecydowało się na podział premiery tegorocznych iPhone’ów na dwa terminy. Najprawdopodobniej celem jest uniknięcie kanibalizacji obu premier oraz złożoność łańcuchów dostaw, które w przypadku składanego modelu wymagają nie tylko ekranów, ale także specjalnych zawiasów.

  • Ta gra pokazuje wady i zalety całej branży. A to nieoczywisty przykład

    Ta gra pokazuje wady i zalety całej branży. A to nieoczywisty przykład

    Kolejny rok, ten sam lód

    Ta edycja miała być momentem, w którym seria w końcu nabierze tempa, oferując coś więcej niż kosmetyczne zmiany i aktualizację składów. Oczekiwania wobec EA były znaczne, zwłaszcza że takie podejście dotyczy także wielu innych gier. NHL 27 to produkcja, która z jednej strony dostarcza sporo frajdy, a z drugiej przypomina, że twórcy nie mają żadnej konkurencji i co roku prezentują niemal ten sam tytuł. Po wielu godzinach grania staje się jasne, że nie otrzymaliśmy żadnych przełomowych nowości, które pozostaną w naszej pamięci na długi czas. Mimo to, gra na lodzie jest całkiem przyjemna, więc jeśli po prostu lubisz hokej na konsoli, to tytuł ten spełni Twoje oczekiwania. Tylko tyle i aż tyle.

    Oprawa wizualna: piękne hale i twarze z edytora postaci?

    EA Vancouver skupiło się na detalach aren, odtwarzając z niezwykłą precyzją charakterystyczne elementy każdej z 32 hal NHL. Widok flag Toronto Maple Leafs (lub innej drużyny, ale tych zdecydowanie lubię najbardziej) powiewających wśród kibiców przed meczem czy specyficzne animacje w wybranych obiektach robią wrażenie. Twórcy zadbali o to, by każda arena miała swój unikalny klimat, co w połączeniu z nowym systemem oświetlenia sprawia, że mecze oglądane z daleka prezentują się naprawdę przyjemnie. Szczegóły, takie jak rysy na szybach po strzałach czy ślady łyżew na lodzie, który z czasem pokrywa się śniegiem, dodają realizmu.

    Jednak gdy kamera zbliża się do twarzy zawodników, czar pryska. Modele postaci, zwłaszcza tych starszych, wyglądają jak nieudane próby odtworzenia ich wyglądu w edytorze postaci. Publiczność na trybunach to kolejny element, który psuje całe wrażenie – sztywne, powtarzające się animacje kibiców sprawiają, że trudno uwierzyć, iż mamy do czynienia z grą nowej generacji. Szczególnie w zestawieniu z innymi tytułami sportowymi, gdzie tłumy zachowują się naturalnie, NHL 27 wypada co najmniej dziwnie.

    Źródło: Gino Hard.

    Czytaj dalej poniżej

    DLSS 5 w NBA 2K27. Kto klatki daje i zabiera...

    Kapitalny soundtrack i bezduszny komentarz

    Największym zaskoczeniem jest jednak warstwa dźwiękowa. Ścieżka dźwiękowa to zdecydowanie najlepszy element tej edycji. Klasyczne utwory doskonale wpasowują się w klimat gry. Co więcej, menu zawiera teraz informacje o historii poszczególnych utworów i ich związku z konkretnymi drużynami, co stanowi miły dodatek dla fanów. Niestety, to, co w muzyce jest plusem, w komentarzu staje się minusem. Nowy duet komentatorski, w składzie John Buccigross i Darren Pang, to krok wstecz. Ich wypowiedzi brzmią sztucznie, pozbawione emocji, a powtarzające się w kółko frazy szybko irytują. Paradoksalnie, gra domyślnie wyłącza komentarz.

    Rozgrywka na lodzie: playbooki, lepsza obrona i spokojniejsze tempo

    Serce każdej gry sportowej bije na lodzie i tutaj NHL 27 prezentuje się całkiem solidnie. Największą zmianą jest wprowadzenie systemów taktycznych, czyli playbooków dla każdej z 32 drużyn NHL. Teoretycznie ma to uczynić zespoły bardziej autentycznymi, stosując specyficzne dla siebie zagrania. W praktyce różnice są raczej subtelne, ale dostrzegalne dla większych entuzjastów. Toronto faktycznie częściej stara się rozgrywać krążek w strefie neutralnej, podczas gdy inne drużyny stawiają na bardziej bezpośrednie ataki.

    Mechanika rozgrywki uległa pewnym usprawnieniom. Uderzenia są bardziej zróżnicowane – nie każde zderzenie kończy się wysłaniem zawodnika w powietrze. Czasami gracze potykają się, tracą równowagę lub są jedynie odpychani od krążka, co wygląda bardziej naturalnie. Udoskonalono również elementy defensywne, takie jak odbieranie krążka kijem czy podnoszenie kija przeciwnika, co sprawia, że gra w obronie jest bardziej satysfakcjonująca. Bramkarze na wyższych poziomach trudności są trudniejsi do pokonania, co wymusza bardziej przemyślane ataki.

    Tempo meczów zostało nieco spowolnione, co sprzyja zarówno samej rozgrywce, jak i odbiorowi całości. Mimo kilku usprawnień, wciąż można dostrzec powtarzające się schematy w zachowaniu AI. Zawodnicy sterowani przez komputer czasami podejmują irracjonalne decyzje, a bramkarze mają swoje chwile, gdy wydają się niepokonani, by chwilę później puścić gola z niemożliwej pozycji. To nie jest gameplay, który zmienia zasady gry, ale na pewno jest wystarczająco dopracowany, aby dostarczyć sporo godzin dobrej zabawy.

    Tryby gry: zmarnowany potencjał Connected Franchise i stagnacja w Be a Pro

    Największym rozczarowaniem NHL 27 są tryby gry, które miały być wizytówką tej edycji. Powrót Connected Franchise, trybu dla wielu graczy, został przyjęty z entuzjazmem, ale szybko okazało się, że jest to produkt mocno okrojony. Tryb ten pozwala na stworzenie ligi od 3 do 32 graczy, jednak brakuje możliwości dodania drużyn sterowanych przez komputer. Jeśli chcesz mieć pełną, 32-zespołową ligę, musisz zgromadzić 32 prawdziwych graczy, co stanowi spore wyzwanie. Tryb Be a Pro, czyli kariera pojedynczego zawodnika, również nie zachwyca nowościami. Gracz prowadzi swojego hokeistę od debiutu w AHL, starając się przebić do NHL i zostać kapitanem drużyny. System konferencji prasowych, w którym odpowiadamy na pytania dziennikarzy, aby budować swoją markę, jest praktycznie identyczny jak w poprzedniej części. Nagłówki wiadomości między meczami powtarzają się w kółko, a reakcje świata gry na nasze osiągnięcia są często nieadekwatne. Przykładowo, nawet jeśli drużyna wygrywa wysoko, a nasz zawodnik nie zdobył punktu, może zostać przedstawiony jako ten, który miał „trudny wieczór”. Brak ścieżki rozwoju przez ligi juniorskie, znanej z NHL 11, sprawia, że tryb ten jest mniej angażujący, niż mógłby być.

    Monetyzacja ponad wszystko – HUT i World of Chel

    Hockey Ultimate Team (HUT) oraz World of Chel to tryby, które istnieją głównie po to, aby generować przychody z mikrotransakcji. W HUT nadal płacenie prawdziwymi pieniędzmi daje znaczną przewagę, a system przepustki sezonowej w World of Chel sprawia, że rozwój statystyk postaci jest uzależniony od wydawania pieniędzy lub spędzania setek godzin na grindzie. To model, który od lat budzi kontrowersje, a w NHL 27 nie uległ żadnej poprawie. Dla graczy, którzy nie chcą angażować się w ten system, pozostaje gra przeciwko CPU lub innym graczom na równych warunkach, ale tryby te są zaprojektowane tak, aby zachęcać do wydawania pieniędzy.

    Podsumowanie – czy warto?

    NHL 27 to gra, która nie jest ani zła, ani dobra – jest po prostu wystarczająca. Dla graczy, którzy przegapili NHL 26 lub nie mieli styczności z serią od kilku lat, będzie to tytuł oferujący solidną dawkę hokejowej rozgrywki. Poprawiona oprawa stadionów, świetna ścieżka dźwiękowa i dopracowany gameplay sprawiają, że mecze są przyjemne. Jednak dla weteranów serii, którzy oczekiwali prawdziwych zmian, NHL 27 będzie rozczarowaniem. Brak innowacji w trybach gry oraz ogólne wrażenie, że to tylko „aktualizacja składów” w cenie pełnoprawnej gry sprawiają, że trudno polecić tę edycję każdemu.

    NHL 27


    plusy

    • Bardzo dobrze odwzorowane hale i detale lodu
    • Świetna, klimatyczna ścieżka dźwiękowa
    • Poprawiona fizyka starć i gra w defensywie
    • Dodanie playbooków zróżnicowało taktykę drużyn

    minusy

    • Sztuczny, irytujący komentarz meczowy
    • Słabe modele twarzy i sztywne animacje trybun
    • Okrojone i powtarzalne tryby gry
    • Agresywne mikrotransakcje

    Grę na potrzeby recenzji udostępnił wydawca. Firma nie miała wglądu ani wpływu na treść artykułu przed publikacją.

  • Trolling roku? Prawdziwy Tim Cook reklamuje telefony Samsung

    Trolling roku? Prawdziwy Tim Cook reklamuje telefony Samsung

    Prawdziwy Tim Cook reklamuje Samsunga. To szczyt komedii i naprawdę udany pstryczek w nos Apple.

    Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, co Tim Cook ma w planach po zakończeniu swojej kadencji jako CEO Apple? Nikt z pewnością nie spodziewał się, że osoba o tym imieniu i nazwisku będzie promować produkty Samsunga. W rzeczywistości nie chodzi o byłego prezesa, choć zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa. Nowozelandzki oddział koreańskiej firmy zaskoczył wszystkich, prezentując trolling roku, a może i dekady.

    Tim Cook wybiera Samsunga – ale to nie ten Tim, lecz ten Samsung

    Niektóre rzeczy przeszłyby przez myśli nawet najbardziej kreatywnych umysłów. Jedną z takich wizji jest Tim Cook, były CEO Apple, reklamujący produkty konkurencji – szczególnie gdy tą konkurencją jest koreański Samsung. Z drugiej strony, z racji przejścia na emeryturę, być może to idealny moment na poszerzenie swoich horyzontów? Możemy być pewni, że ten amerykański Tim na razie nie zamierza zmieniać obozu technologicznego. Z kolei Tim Cook z Nowej Zelandii postanowił wyjść na przeciw innym wyzwaniom.

    Nowozelandzki oddział Samsunga wpadł na genialny pomysł, tworząc nową kampanię marketingową z prawdziwym Timem Cookiem jako twarzą promocji. Ten Nowozelandczyk jest agentem nieruchomości związanym z agencją Harcourts w Palmerston North i, co zabawne, nie tylko imię i nazwisko go łączy z byłym prezesem Apple, ale również zewnętrzny wygląd. Rzeczywiście, obaj panowie są do siebie bardzo podobni. Zobaczcie, jak Samsung skutecznie zareklamował swoje produkty w krótkim filmie, który zdobył popularność w internecie:

    Reklama została opublikowana krótko po prezentacji Apple, gdzie zaprezentowano iPhone’a Duo. Tim Cook z Nowej Zelandii trzyma w ręku Samsunga Galaxy Z Fold 8, który jest bezpośrednim konkurentem nowego urządzenia Apple. Podczas gdy amerykański Tim z konieczności wybrał model Duo, jego nowozelandzki odpowiednik zdecydował się na składany telefon od koreańskiego producenta.

    Tim Cook ma ogłoszenie. A tym razem dotyczy to Galaxy.

    Oprócz komediowych walorów, reklama Samsunga ma na celu zwrócenie uwagi na długą historię firmy w tworzeniu składanych telefonów, sięgającą już 7 lat. W ciągu tego czasu Samsung zdobył znaczne doświadczenie, którym Apple nie może się pochwalić. Ewidentnie firma chciała podkreślić, kto staje się liderem w innowacjach. Oczywiście nie możemy zignorować, że takie żarty i docinki w stronę konkurencji przywołują na myśl czasy, gdy nawet technolodzy giganci potrafili podchodzić z większym dystansem do siebie i swoich produktów. Przyznam, że dzisiaj brakuje mi takiego podejścia, a wiele spraw wydaje się nadmiernie wypucowane i dążące do perfekcji. W końcu smartfony to nie świętość – czy nie powinniśmy pozwolić sobie na odrobinę humoru?

    Czy Apple rzeczywiście jest spóźnione o kilka generacji? Niektórzy są przekonani, że tak. Inni, bardziej przychylni Apple, uważają, że firma w ten sposób doskonale przygotowała swój produkt na debiut, opierając się na doświadczeniach i problemach konkurencji. Czy iPhone Duo dostarczy bezproblemowe doświadczenia i unika problemów wieku dziecięcego? Odpowiedzi na te pytania przyniosą dopiero testy praktyczne – na rynkowy debiut składanego telefonu Apple w Polsce musimy poczekać do października, więc uzbrójmy się w cierpliwość.

  • Domowy monitoring bez ciągnięcia kabli. Te kamery zamontujesz w 15 minut

    Domowy monitoring bez ciągnięcia kabli. Te kamery zamontujesz w 15 minut

    Monitoring zewnętrzny domu przestał być odległym marzeniem, a stał się practicalnym i przystępnym rozwiązaniem dostępnym dla każdego. Dzisiaj można łatwo chronić swoją posesję oraz okolice, korzystając z nowoczesnych technologii.

    Za pomocą odpowiednio dobranych kamer, możemy dowiedzieć się, kto zakłóca spokój w naszym ogrodzie, czy to człowiek, czy zwierzę. Istotne jest, aby kamery były dobrze dopasowane do lokalizacji i specyficznych problemów, które mogą wystąpić.

    Coraz częściej dzikie zwierzęta, takie jak lisy, kuny, borsuki, a w niektórych rejonach nawet sarny, schodzą bliżej osiedli w poszukiwaniu pożywienia. Również koty i psy sąsiadów regularnie odwiedzają obce tereny. Bez nagrań trudno ustalić, kto jest źródłem zniszczeń na posesji, dlatego ważne jest, aby mieć na wyposażeniu kamerę z dobrą detekcją ruchu i wyraźnym obrazem nocnym. Pojawiające się na nagraniach detale mogą pomóc w podjęciu skutecznych działań zapobiegawczych, jak na przykład wzmocnienie ogrodzenia w miejscach, gdzie najczęściej dochodzi do podkopów.

    Duża rozdzielczość, kolorowy obraz w nocy i niezależne zasilanie

    Jednym z popularnych modeli jest Tapo C660 KIT, która nagrywa w rozdzielczości 4K (8 MP), co pozwala na precyzyjne odczytywanie szczegółów, takich jak numery rejestracyjne, gatunki zwierząt czy rysy twarzy osób stojących przy furtce. Dzięki technologii widzenia w kolorze nocą (Starlight Sensor + dodatkowe doświetlenie), obraz pozostaje wyraźny i kolorowy nawet po zmroku. Dodatkowo, kamera ma 18-krotny zoom cyfrowy, co zwiększa możliwości jej użycia.

    Najważniejszą funkcją tego modelu jest detekcja ruchu, która rozróżnia kategorie obiektów – osoby, zwierzęta i pojazdy. To znacząco redukuje liczbę fałszywych powiadomień, spowodowanych np. poruszającym się krzakiem czy przejeżdżającym samochodem. Dzięki szerokiemu kątowi widzenia oraz opcji obrotu o 360 stopni, można monitorować wiele newralgicznych punktów bez konieczności instalacji dodatkowych kamer. Tapo C660 KIT obsługuje nagrywanie na kartę microSD oraz przechowywanie w chmurze Tapo Care, a komunikacja prowadzi przez Wi-Fi 2,4 lub 5 GHz. Co więcej, dzięki zasilaniu z panelu słonecznego, montaż można przeprowadzić niemal w dowolnym miejscu bez potrzeby podciągania kabli zasilających.

    Dodatkowe oświetlenie, syrena i śledzenie obiektów

    Innym interesującym modelem jest Tapo C615F KIT, która operuje w rozdzielczości 2K (2304 na 1296 pikseli, 3 MP) oraz posiada mechaniczny obrót w zakresie 360 stopni w poziomie i 130 stopni w pionie. Umożliwia to szeroką kontrolę nad ogrodem oraz podjazdem. Kamera wyposażona jest w reflektor LED o mocy 800 lumenów, który pozwala na kolorowe widzenie nocą. Dodatkowo, dzięki technologii AI, wykrywa osoby, zwierzęta i pojazdy oraz automatycznie je śledzi, co zwiększa bezpieczeństwo. Wbudowany mikrofon, głośnik oraz syrena o głośności 97 dB to dodatkowe atuty tego modelu, równie zasilana za pomocą dołączonego panelu słonecznego.

    Brak Wi-Fi to nie problem – kamera z własnym zasilaniem i dostępem do internetu

    W wielu przypadkach, zasięg Wi-Fi może okazać się problematyczny przestrzenią na naszej posesji. Dla takich sytuacji sprawdzi się kamera Tapo C615G KIT, która łączy się z internetem przez gniazdo nanoSIM i działa w standardzie 4G LTE. Model ten zachowuje rozdzielczość 2K, podobnie do modelu C615F, ale jest całkowicie niezależny od Wi-Fi. To idealne rozwiązanie na większe posesje, altany, a także działki poza miastem. Przy zasilaniu z akumulatora o pojemności 6700 mAh oraz dołączonym panelu solarnego, E15m wystarcza na długi czas pracy – bez dostępu do światła nawet przez 120 dni.

    Którą kamerę wybrać?

    Wybór odpowiedniego modelu kamery zależy głównie od miejsca jej montażu oraz dostępności sieci. Tapo C660 KIT sprawdzi się w lokalizacjach, gdzie kluczowa jest jakość obrazu i pełny obrót o 360 stopni, idealna na przykład przy wjeździe na posesję. Tapo C615F KIT będzie najlepsza przy dostępności Wi-Fi, gdy istotne są funkcje oświetleniowe i rotacja kamery. Z kolei Tapo C615G KIT to doskonały wybór w miejscach bez sygnału Wi-Fi, gdzie monitoring jest wymagany. Warto dodać, że wszystkie elementy montażowe znajdują się w zestawie, co sprawia, że instalacja staje się prostsza i szybsza.

    —

    Materiał powstał we współpracy z marką TP-Link

  • Dom 120 m2 w 48 godzin. Nowa technologia budowy bez cegły

    Dom 120 m2 w 48 godzin. Nowa technologia budowy bez cegły

    Czas na nową jakość budowy

    Czekasz już pół roku, aż budowlańcy wykopią fundamenty i postawią pierwsze struktury? W Argentynie wprowadza się nowe metody budowy, które mają na celu przyspieszenie całego procesu.

    Nowoczesne metody budowlane

    W Argentynie domy będą teraz budowane w sposób znacznie bardziej efektywny. Wykorzystanie innowacyjnych technologii oraz materiałów budowlanych ma za zadanie zredukować czas potrzebny na wykonanie poszczególnych etapów budowy.

    Korzyści dla inwestorów

    Dzięki nowym metodom budowlanym inwestorzy mogą liczyć na szybsze wprowadzenie swoich projektów w życie. To oznacza nie tylko oszczędność czasu, ale także potencjalnie mniejsze koszty związane z długotrwałymi pracami budowlanymi.

    Przyszłość budownictwa w Argentynie

    Nowe podejście do budowy domów w Argentynie może wpłynąć na szersze zmiany w branży budowlanej. W dłuższym okresie czasu takie innowacje mogą przynieść pozytywne rezultaty zarówno dla deweloperów, jak i dla przyszłych właścicieli mieszkań.


    Zmiany te mogą zainspirować inne kraje do rozważenia podobnych rozwiązań, prowadząc do dalszego rozwoju branży budowlanej na całym świecie.

  • Leapmotor B03X zadziwia ceną. Jak spisuje się na drodze?

    Leapmotor B03X zadziwia ceną. Jak spisuje się na drodze?

    Bez agresywnej stylistyki, pragmatycznie i z dużą dozą spokoju – tak można krótko opisać Leapmotor B03X, nowego gracza na rynku miejskich samochodów elektrycznych. Producent sugeruje, że będzie to ciekawa alternatywa dla droższych crossoverów segmentu B, oferująca coś wyjątkowego. Jak sprawdza się w praktyce? Miałem okazję to sprawdzić podczas jazdy testowej.

    Przyjazny gadżet zamiast agresywnego SUV-a

    Leapmotor prezentuje nową propozycję dla kierowców, która stanowi samodzielną próbę zdefiniowania, czym powinno być miejskie auto segmentu B. Nie mamy tu do czynienia ani z agresywnym SUV-em, ani kolejnym crossoverem z kryzysem tożsamości – jedynym agresywnym aspektem jest tutaj cena. Nowy model Leapmotor B03X dostępny jest w przystępnej cenie poniżej 100 tysięcy złotych. Choć oferta dotyczy najtańszego wariantu, to nadal mamy do czynienia z ciekawym produktem, stworzonym z wysokiej jakości materiałów, z pomysłowym podejściem do swojej identyfikacji.

    Trudno klasyfikować model B03X jako typowe auto miejskie z określonego segmentu – zrobił na mnie wrażenie jako fajny gadżet, który chciałbym mieć w swojej kolekcji, podobnie jak nowoczesny składany telefon czy inteligentny zegarek. W tym przypadku jednak użyteczność auta można zdecydowanie łatwiej uzasadnić, ponieważ mamy do czynienia z naprawdę solidnym środkiem do przemieszczania się. Zanim opowiem więcej o wrażeniach z pierwszej jazdy (testy miały miejsce w Hiszpanii, w okolicach Malagi), przyjrzyjmy się kilku danym dotyczącym modelu.

    Rzut oka na dane i modele

    Leapmotor w modelu B03X oferuje kompaktową sylwetkę o długości 4,27 metra, szerokości 1,81 metra i wysokości 1,63 metra, a także całkiem niezły rozstaw osi wynoszący 2,605 metra. Mamy zatem do czynienia z autem, które nie jest zbyt duże, ale jednocześnie zapewnia komfort pasażerom w środku. Potwierdzam – przy wzroście 188 cm czułem się wygodnie zarówno jako pasażer, jak i kierowca, choć pozycja za kierownicą mogłaby oferować nieco więcej regulacji – było mi nieco za wysoko. Ale do sedna – sprawdźmy wersje auta oraz ich ceny:

    Life

    • EV PRO (39,8 kWh, 177 KM, zasięg 292 km)
    • Cena premierowa: 94 900 zł

    Life z większym zasięgiem

    • EV PROMAX (53,0 kWh, 197 KM, zasięg 382 km)
    • Cena premierowa: 104 400 zł

    Design

    • EV PROMAX (53,0 kWh, 197 KM, zasięg 382 km)
    • Cena premierowa: 112 900 zł

    Co dostajemy w bazowej cenie, bez dodatkowych opłat? Lista elementów jest imponująca:

    • Pompa ciepła oraz funkcja V2L (zasilanie urządzeń zewnętrznych do 3,3 kW)
    • Pełny pakiet 21 asystentów jazdy ADAS poziomu 2
    • 7 poduszek powietrznych (w tym centralna)
    • Multimedia: centralny ekran dotykowy 14,6″ HD (Leap OS 4.0 Plus) + cyfrowe zegary 8,8″, bezprzewodowy Apple CarPlay / Android Auto, ładowarka indukcyjna 15W, nawigacja online, łączność 4G z OTA
    • Reflektory i światła tylne LED, automatyczna klimatyzacja; kamera cofania oraz tylne czujniki parkowania
    • Kabel do ładowania Typu 2 Tryb 3 (do Wallboxa / słupków AC)
    • 18-calowe felgi stalowe (aluminiowe dostępne w wersji Life PROMAX oraz Design)

    Podczas jazdy testowej miałem do dyspozycji wersję Design z napędem EV PROMAX (53,0 kWh). Ta oferta zawierała m.in. kamery 360 stopni, 12 głośników z efektem dźwięku 7.1 (w wersji Life 6 głośników) oraz fotele pokryte tapicerką z ekoskóry.

    Plastik nie trzeszczy, wnętrze jest przyjemne

    Wnętrze, jak na elektryka przystało, nie ciska w nas morzem przycisków ani szczelin. Jest stonowane, choć nie brakuje mu nowoczesnych akcentów. Panel przedni, prowadzący od jednych drzwi do drugich, ozdobiony jest charakterystycznym wzorem marki, co stanowi jedyną „ekstrawagancję”, obok znanej maskotki Leapmotor. Pośrodku znajduje się duży, 14,6-calowy tablet, a za kierownicą widoczny jest 8,8-calowy cyfrowy wskaźnik dla kierowcy, na którym znajdziemy standardowe informacje, takie jak prędkość czy położenie pojazdu. Fizyczne przyciski są zredukowane do minimum, można je znaleźć jedynie na kierownicy, służą one do regulacji głośności czy ustawienia lusterek bocznych. Pozostałe funkcje obsługiwane są za pomocą ekranu dotykowego.

    Tablet nie zaskakuje oprogramowaniem, ale jego responsywność, czułość dotyku i szybkość działania są na wysokim poziomie. Na dotyk reaguje znakomicie, a jego faktura sprawia, że obsługa odbywa się komfortowo – chociaż osoba przyzwyczajona do tradycyjnych przycisków może mieć trudności z intuicyjną obsługą. To jednak nie jest krytyka wobec Leapmotor, a raczej cecha nowoczesnych samochodów elektrycznych. Pod środkowymi nawiewami znajdują się dwa uchwyty na kubki i ładowarka indukcyjna 15W, w której w moim przypadku wylądowała karta od pojazdu. Jeśli chodzi o łączność, mamy tu oczywiście bezprzewodowe Apple CarPlay i Android Auto.

    Dużym plusem jest jakość wykonania wnętrza. Pierwsze wrażenie z pojazdem sprawia wrażenie produktu premium, mimo że nie jest on szczególnie drogi. Materiały użyte do wykończenia kabiny są bardzo przyjemne w dotyku, a fotele są wygodne. Nic nie trzeszczy ani nie budzi wątpliwości co do jakości, co czasem ma miejsce nawet w droższych autach.

    Leapmotor B03X na zakręcie i nie tylko

    Już pierwsze metry za kółkiem Leapmotor B03X sprawiły, że w mojej głowie pojawił się tylko jeden komentarz – to auto prowadzi się dziwnie! Oferuje 3 tryby wspomagania kierownicy, a w najsilniejszym odczujemy dość dużą izolację od oporu drogi – nawet w najmocniejszym wspomaganiu trybu Sport, ta izolacja pozostaje odczuwalna. Można oczywiście przyzwyczaić się do tego sposobu prowadzenia, ale czułem pewne oddzielenie od drogi. Finalnie chciałbym lepiej czuć, co się dzieje pod kołami, a nie prowadzić auto jak w grze wideo. Nie zmienia to jednak faktu, że manewrowanie nowym Leapmotorem jest precyzyjne, co wspomaga średnica zawracania wynosząca 10 metrów. Producent może się tym pochwalić, ponieważ to rezultat zbliżony do znacznie mniejszych aut miejskich, podczas gdy B03X to 4,3-metrowy samochód, który świetnie skręca. Pomagają w tym również czujniki i kamery 360, zapewniające bardzo dobrą kontrolę nad położeniem auta, co ułatwia parkowanie w ciasnych miejscach.

    Mimo że czujniki są bardzo dokładne, niektóre bywają… zbyt natarczywe, jak np. ten kontrolujący pas ruchu. Mimo regularnego trzymania się właściwej pozycji na drodze, samochód regularnie sygnalizował mi zbytnie zbliżenie się do linii pasa. To oczywiście element bezpieczeństwa, ale czułość była nieco zbyt mocna – warto dostosować te ustawienia przed dłuższą podróżą.

    Jeśli chodzi o jazdę, możliwa jest obsługa „jednym pedałem”, co oznacza silne rekuperacje, którą możemy ustawić w 3 poziomach. Producent sugeruje również żeglowanie, czyli wolniejsze wytracanie prędkości po puszczeniu pedału gazu. A na pewno nie brakuje przyspieszenia – silnik o mocy 197 KM w wersji PROMAX generuje 200 Nm momentu obrotowego, co pozwala osiągnąć prędkość 100 km/h w 8,6 sekundy. To może nie jest wynik rajdowy, ale dla miejskiego auta jest to naprawdę imponujące osiągnięcie. Daje to również możliwość swobodnego wyprzedzania na trasie, do której warto pojechać z planem ładowania – szacowany zasięg w trybie mieszanym WLTP dla baterii 53,0 kWh (Life i Design) wynosi 382 km. Co ciekawe, średnie zużycie energii WLTP według producenta wynosi 15,7 kWh/100 km, podczas gdy na teście udało się zejść do mniej niż 13 kWh/100 km. Czyżby producent był wobec siebie zbyt surowy?

    Jak sytuacja wygląda przy pokonywaniu zakrętów? Tego się nieco obawiałem, jednak na szczęście niepotrzebnie. Bateria umieszczona w podłodze skutecznie obniża środek ciężkości, co wpływa na stabilność pojazdu. Nawet przy przejeżdżaniu przez łuki z większą prędkością nie czułem wątpliwości co do kontroli nad autem.

    Przestronność oraz inteligentne rozwiązania

    Auta dość sprawnie wykorzystują swoje gabaryty, oferując przestronną przestrzeń bagażową. Producent deklaruje łączną pojemność na poziomie 510 litrów, ale uwaga – ta liczba obejmuje również schowek pod podłogą bagażnika.

    Wspomniany schowek ma pojemność 105 litrów, jest wykonany z tworzywa sztucznego i wyposażony w zawór, dzięki któremu można go łatwo umyć – idealnie nadaje się do przewozu brudniejszych rzeczy, takich jak akcesoria dla zwierząt, sprzęt sportowy czy narzędzia. Rozwiązanie to jest naprawdę dobrze przemyślane.

    Co z większymi przedmiotami? Rower czy zestaw instrumentów mogą się nie zmieścić do głównego bagażnika, ale eksperci podpowiadają, że tylna kanapa jest niezwykle funkcjonalna. Znajdziemy tam rozwiązanie strefy transportowej – podnoszone siedzenia, które zwalniają przestrzeń między przednimi fotelami a oparciem tylnej kanapy, oferując płaskie miejsce do przewozu nawet telewizora czy roweru.

    Czy to się opłaca? Wrażenia po jeździe Leapmotor B03X

    Moje wrażenia po jeździe testowej Leapmotorem B03X są zdecydowanie pozytywne – ale czy to auto się opłaca? Zastanówmy się: za mniej niż 100 tysięcy złotych mamy wersję Life PRO z silnikiem o mocy 177 KM i bogatym wyposażeniem, w tym pompę ciepła, pełen pakiet 21 asystentów, ładowanie 30–80% w 16–17 minut (moc do 100 kW) oraz elegancki, design z nutą nowoczesności. Wystarczy spojrzeć na oferty konkurencji, aby dostrzec, że Leapmotor ma do zaoferowania naprawdę korzystną opcję.

    Nie jest to może samochód dla pasjonatów motoryzacji, który wywołuje dreszcz emocji, ale nie można zaprzeczyć, że może być ciekawym wyborem i dostarczyć radości z jazdy. Dla mnie to pojazd diametralnie różny od mojego „codziennego” auta – napęd na przód, silnik elektryczny, wolniejsze przyspieszenie oraz charakter nastawiony na bezproblemowe dotarcie z punktu A do B, w możliwie najbardziej komfortowy i praktyczny sposób. Zdecydowanie chciałbym mieć go u siebie, ponieważ w modelu B03X nic nie jest w stanie mnie zirytować.