Autor: admin

  • Ciężka i jakby luksusowa: czy ładowarka Nomad Stand One Max jest warta swojej ceny?

    Ciężka i jakby luksusowa: czy ładowarka Nomad Stand One Max jest warta swojej ceny?

    Ładowarka 3 w 1 Nomad Stand One Max 4. generacji, po wyjęciu z pudełka, robi wrażenie sprzętu premium. Jest dość ciężka, łączy szkło ze srebrnym aluminium i doskonale wpisuje się w minimalistyczną estetykę urządzeń Apple. Niestety, jakość wykonania jest odzwierciedlona w stosunkowo wysokiej cenie, która w różnych sklepach waha się od 530 do 700 zł. Zobaczmy, czy warto tyle za nią zapłacić.

    Nomad Stand One Max – design na piątkę z plusem

    Rozpocznijmy od designu ładowarki Nomad Stand One Max 4. generacji. Cała konstrukcja jest minimalistyczna, bardzo estetyczna i dobrze współgra z zasadami wzornictwa Apple. Aluminiowe ramki harmonizują z białym wykończeniem, a pionowy panel do mocowania smartfona uzupełnia dodatkowa tafla szkła, podczas gdy cała podstawa wykonana jest z satynowego materiału o właściwościach antypoślizgowych.

    Producent nie wprowadził zbędnych ozdobników ani agresywnego logotypu, co zasługuje na uznanie. Dzięki temu ładowarka prezentuje się równie dobrze na biurku, jak i na stoliku nocnym, bardziej przypominając element wystroju wnętrza niż typowe akcesorium elektroniczne. Oprócz białego modelu dostępna jest także wersja czarna, jednak osobiście wolę biel z srebrnymi akcentami.

    W zestawie znalazłem również niewielką naklejkę wykonaną z tego samego antypoślizgowego materiału, co górna część podstawy. Szczerze mówiąc, nie jestem pewien, do czego mógłbym ją użyć. Może slużyć jako punkt kontaktowy dla Apple Watcha, ale nie jestem pewien, jaki jest jej rzeczywisty cel.

    Czytaj dalej poniżej

    Anker Prime 200 W obsłuży całe biurko. Ładowarka do sześciu urządzeń naraz

    Waga, którą naprawdę czuć

    Na osobny akapit zasługuje waga urządzenia, ponieważ wartość podana w specyfikacji nie oddaje w pełni wrażenia, jakie można odczuć przy pierwszym kontakcie z tą ładowarką. Nomad Stand One Max 4. generacji waży aż 850 gramów. Po wzięciu jej do ręki od razu czuć, że mamy do czynienia z wyjątkowo solidną konstrukcją. Przypomina ciężkie i stabilne oldschoolowe przyciski do papieru.

    Na biurku ma to konkretne zalety — ładowarka nie przesuwa się przy przypadkowym trąceniu dłonią i pozostaje na swoim miejscu podczas odkładania telefonu. Oprócz połączenia szkła z aluminium, to właśnie waga najmocniej buduje poczucie obcowania z produktem z wyższej półki.

    Ładowanie 3 urządzeń Apple jednocześnie

    Pod względem ładowania, urządzenie oferuje maksimum możliwości, jakie można uzyskać bezprzewodowo, gdy mowa o sprzęcie Apple: szybkie ładowanie iPhone’a, Apple Watcha i AirPods w jednej konstrukcji, bez podłączania kabli do każdego z urządzeń.

    Moduł odpowiedzialny za ładowanie telefonu jest zgodny ze standardem Qi2.2, oferując moc do 25 W dla kompatybilnych modeli iPhone’ów oraz innych urządzeń obsługujących Qi2 lub MagSafe.

    Oprócz tego mamy certyfikowaną ładowarkę do Apple Watcha, która pozwala na zainstalowanie urządzenia pod kątem 90º względem podstawki. Wspiera ona szybkie ładowanie dla modeli Apple Watch Ultra 1-3, Series 7-11 oraz SE 3. Pozostałe zgodne modele zegarków Apple ładują się w standardowym trybie.

    Na końcu znajduje się również przestrzeń przeznaczona do ładowania słuchawek AirPods, gdzie maksymalna moc, jaką możemy osiągnąć, to 5 W.

    Czas ładowania urządzeń

    Specyfikacja to jedno, ale warto znać również rzeczywisty czas ładowania, który może się różnić w zależności od temperatury otoczenia, kondycji akumulatorów czy wykonywanych w tle zadań. Przez kilka dni testowałem ładowarkę Nomad Stand One Max 4. generacji z urządzeniami, których używam na co dzień. W czasie testów urządzenia nie były wykorzystywane.

    Apple Watch Series 10 – ładowanie od 0 do 100%

    • pełne naładowanie do 100% zajęło 1 godz. 30 min

    iPhone 16 Pro – ładowanie od 0 do 100%

    • po 10 min 30 s – bateria osiągnęła 20%
    • po 42 min – 50%
    • po 57 min – 60%
    • po 1 godz. 10 min – 70%
    • po 1 godz. 42 min – 85%
    • pełne naładowanie do 100% zajęło 2 godz. 20 min

    AirPods Pro – ładowanie od 0 do 100%

    • po 46 min słuchawki były naładowane do 99%, a etui do 18%
    • po 1 godz. 44 min – 55%
    • po 2 godz. 43 min – 90%
    • pełne naładowanie etui do 100% zajęło 3 godz. 10 min

    Oczywiście rezultaty mogą się różnić, jednak przytoczone wyniki orientacyjnie pokazują, czego można oczekiwać w codziennym użytkowaniu ładowarki.

    Obsługa trybu StandBy

    Tym, co nie zawsze działa w tego rodzaju ładowarkach, jest tryb czuwania dostępny w iPhone’ach od iOS 17. Na szczęście, w przypadku modelu Nomad Stand One Max 4. generacji nie było z tym żadnych problemów.

    Po odłożeniu telefonu poziomo na magnetyczny uchwyt, ekran automatycznie przekształca się w funkcjonalny panel z zegarem, kalendarzem, widżetami, zdjęciami lub informacjami o odtwarzanej muzyce. Ładowarka zyskuje tym samym dodatkową funkcjonalność, pełniąc rolę praktycznej podstawki, zarówno na biurku, jak i stoliku nocnym.

    Magnesy i stabilność urządzeń

    Jeśli chodzi o magnetyczne mocowanie, pierścień MagSafe trzyma iPhone’a wystarczająco stabilnie. Nie jest to aż tak mocne, by zdejmowanie lub obracanie telefonu wymagało przymusu, jednak stabilność jest na równi z innymi akcesoriami MagSafe, z którymi miałem do czynienia. Telefon po odłożeniu trafia we właściwe miejsce i pozostaje stabilny zarówno w pionie, jak i poziomie.

    W przypadku Apple Watcha, siła przyciągania jest zbliżona do tej, jaką znamy z oryginalnego kabla ładującego Apple. Magnes nie jest przesadnie mocny, jednak sam moduł jest ustawiony pod lekkim kątem, co zapewnia dobrą stabilność zegarka i zapobiega jego zsuwaniu się.

    W miejscu ładowania AirPodsów brak magnesu, ale w podstawie znajduje się subtelne zagłębienie, które określa odpowiednie miejsce dla etui.

    Gdzie jest zasilacz do gniazdka?!

    Największy minus tej ładowarki? W zestawie nie znajdziemy zasilacza sieciowego, a jedynie przewód USB-C o długości 2 metrów. Sam biały kabel w solidnym oplocie ma dobrą jakość, jednak brak zasilacza to poważna niedogodność.

    Aby w pełni wykorzystać możliwości ładowarki Nomad Stand One Max, konieczny jest zasilacz o mocy co najmniej 40 W. Tylko wtedy możliwe będzie jednoczesne ładowanie iPhone’a, Apple Watcha i AirPods z maksymalną efektywnością. Jeśli nie dysponujemy odpowiednim zasilaczem, cena zakupu zwiększy się o dodatkowy wydatek, co czyni już i tak wysoką cenę jeszcze wyższą.

    W ramach testów otrzymaliśmy zasilacz Nomad 40 W USB-C Slim GaN Power Adapter, który jest bardzo smukły, dzięki czemu nie zasłania sąsiednich gniazd po podłączeniu do listwy zasilającej. Jego cena to około 80 zł. Szkoda jednak, że taki zasilacz nie jest standardowo dołączany do ładowarki 3 w 1. W produkcie kosztującym kilkaset złotych obecność takiego elementu wydaje się wręcz oczywista.

    Czy warto kupić ładowarkę Nomad Stand One Max?

    Po kilku tygodniach użytkowania nie mam wątpliwości, że to jedna z najlepiej wykonanych ładowarek bezprzewodowych, z jakimi miałem do czynienia. Jeśli podoba Ci się takie wzornictwo i szukasz eleganckiej stacji ładowania dla trzech różnych urządzeń Apple, z dużym prawdopodobieństwem będziesz z niej bardzo zadowolony.

    Problemem pozostaje jednak cena. Uważam, że jest po prostu zbyt wysoka, zwłaszcza że w zestawie zabrakło zasilacza USB-C, który powinien zapewniać moc na poziomie przynajmniej 40 W. To oszczędność, której w przypadku tego segmentu naprawdę trudno bronić (wiem, że producenci smartfonów robią to od lat).

    Czy sam kupiłbym Stand One Max? Szczerze mówiąc, jedynym czynnikiem, który by mnie powstrzymał, to właśnie cena. Bardzo podoba mi się jej wygląd oraz jakość wykonania, ale przeszło 600 zł za zestaw z ładowarką to naprawdę dużo. Pozostaje mieć nadzieję, że wkrótce pojawią się przeceny.

    Sprzęt do testów udostępnił polski dystrybutor.

  • Zapomnij o iPhonie. To będzie najważniejsza premiera Apple tej jesieni!

    Zapomnij o iPhonie. To będzie najważniejsza premiera Apple tej jesieni!

    Apple TV ma się w tym roku doczekać znaczącej aktualizacji. Co tym razem przygotowuje dla nas producent?

    Premiera nowej generacji przystawki Apple TV 4K zbliża się wielkimi krokami. Z najnowszych przecieków w kodzie systemu macOS 26.7 wynika, że firma planuje również ulepszoną wersję pilota Siri Remote. To niezwykle intrygująca informacja, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że obecny model Apple TV 4K został zaprezentowany już w 2022 roku. Od tego czasu ani przystawka, ani kontroler nie doczekały się następcy.

    Co wiadomo o nowym Apple TV 4K?

    Analiza kodu nie ujawnia dokładnych zmian, które Apple planuje wprowadzić w pilocie. Jednakże dopisek o nowym akcesorium sugeruje, że wraz z premierą odnowionego Apple TV firma może zaprezentować więcej niż tylko aktualizację komponentów wewnętrznych przystawki.

    Poprzednie doniesienia sugerowały, że nowe Apple TV 4K może otrzymać znacznie wydajniejszy procesor, prawdopodobnie A17 Pro, lub nawet nowszy układ. Taka zmiana byłaby szczególnie interesująca w kontekście gier oraz przyszłych funkcji wykorzystujących sztuczną inteligencję. Apple rozważa także zastosowanie nowszych standardów łączności, takich jak Wi-Fi 6E czy Wi-Fi 7.

    Apple TV z nową Siri na pokładzie

    Istotnym elementem nowej generacji może być także bardziej zaawansowana Siri. Apple aktualnie rozwija rozwiązania wykorzystujące generatywną sztuczną inteligencję, a ich debiut przewidywany jest wraz z nadchodzącymi aktualizacjami systemów firmy. Apple TV może być jednym z urządzeń, które skorzystają na tych zmianach.

    Czytaj dalej poniżej

    Apple dziurawe jak sito. Wyciekły informacje o nowych produktach

    Nowy pilot Siri Remote może więc stać się czymś więcej niż tylko kosmetycznym dodatkiem. Apple jeszcze nie ujawniło jego specyfikacji, ale samo pojawienie się wzmianki w kodzie systemu jest kolejnym sygnałem, że nowy Apple TV 4K rzeczywiście znajduje się na ostatniej prostej przed premierą. Według aktualnych informacji, urządzenie może zostać zaprezentowane jeszcze tej jesieni… oby, ponieważ to jeden z moich ulubionych gadżetów w portfolio giganta z Cupertino!

  • Apple odpala petardę. Zniżki w oficjalnym sklepie

    Apple odpala petardę. Zniżki w oficjalnym sklepie

    Apple rozpoczęło tegoroczną edycję akcji „Back to School”. W tym roku firma koncentruje się na studentach, oferując karty upominkowe przy zakupie iPada lub MacBooka.


    „Witaj, szkoło!” to coroczna inicjatywa Apple skierowana do sektora edukacyjnego, która zachęca studentów (i nie tylko) do dokonywania zakupów bezpośrednio w oficjalnym sklepie. Akcja ta jest dostępna dla osób posiadających wykształcenie średnie, studentów uczelni wyższych, pracowników wszelkich instytucji edukacyjnych oraz rodziców studentów wyższych uczelni i uczniów szkół średnich. Co roku oferowane są prezenty, które w przeszłości obejmowały bezpłatne słuchawki marki Beats, takie jak Beats Solo3 Wireless, Powerbeats3 Wireless oraz BeatsX. Później do oferty dołączyły słuchawki AirPods, a następnie Apple zaczęło rozdawać karty podarunkowe o stosunkowo skromnych wartościach. W ubiegłym roku znów oferowano prezenty, a w bieżącym roku wracamy do kart podarunkowych. Jakie zatem możliwości zakupowe przynosi ta edycja?

    Studia, ogarnięte. Apple z promocją w oficjalnym sklepie

    W bieżącym roku lista kwalifikujących się urządzeń Apple jest znacząco ograniczona i obejmuje jedynie komputery MacBook Air, MacBook Pro oraz iPady Air i Pro. Oto, jakie promocje oferowane są w oficjalnym sklepie Apple dla sektora edukacji:

    Kategoria produktów Kwalifikujące się Produkty Produkt Promocyjny
    Mac MacBook Air Karta Apple Gift Card o wartości 400 zł
    Mac MacBook Pro Karta Apple Gift Card o wartości 600 zł
    iPad iPad Air Karta Apple Gift Card o wartości 400 zł
    iPad iPad Pro Karta Apple Gift Card o wartości 400 zł

    Należy jednak zauważyć, że w tym roku promocja jest dość uboga, gdyż skupia się wyłącznie na kartach podarunkowych. W zeszłym roku Apple oferowało sektorowi edukacji szereg atrakcyjnych upominków. Klienci, którzy zakupili komputery Mac i iPady, mogli wybierać z różnorodnych prezentów. Dla przykładu, przy zakupie MacBooka Pro lub Air dostępne były mysz Magic Mouse w różnych kolorach, gładzik Magic Trackpad, klawiatura Magic Keyboard z Touch ID, a także słuchawki AirPods Pro 2 za dopłatą. Ci, którzy zdecydowali się na zakup iMaca, mogli otrzymać AirPods 4 z aktywną redukcją hałasu lub AirPods Pro 2 za dodatkową opłatą. W przypadku iPada możliwe było uzyskanie w prezencie Apple Pencil Pro, AirPods 4 lub inne urządzenia za dopłatą.

    Czytaj dalej poniżej


    Apple w końcu szykuje solidny powód, by kupić iPhone'a 18 Pro w wersji Max
  • Wyczekiwany tryb trafia do ChatGPT. Niektórym włączy się automatycznie

    Wyczekiwany tryb trafia do ChatGPT. Niektórym włączy się automatycznie

    ChatGPT zmienia się z myślą o młodszych użytkownikach. Otrzymają własny tryb z dodatkowymi zabezpieczeniami.


    Nieletni stanowią jedną z najliczniejszych grup odbiorców narzędzi opartych na sztucznej inteligencji. Wbrew powszechnym przekonaniom, nie korzystają oni wyłącznie z tych technologii w celu oszukiwania na egzaminach czy rozwiązywania prac domowych. ChatGPT, na przykład, ma zdolność do angażowania się w rozmowy na tematy, które nie są przeznaczone dla młodszych użytkowników, co od dawna budzi obawy rodziców. Dziś OpenAI ogłosiło, że podjęło kroki w kierunku lepszego zabezpieczenia nieletnich przed niepożądanymi treściami, wprowadzając tryb dla nastolatków.

    ChatGPT nastawiony na edukację – ochrona młodych przed niebezpiecznymi treściami

    Z oficjalnych informacji przekazanych przez OpenAI wynika, że tryb „ChatGPT dla nastolatków” został zaprojektowany z myślą o wspieraniu krytycznego myślenia i pogłębianiu wiedzy użytkowników, przy jednoczesnym zastosowaniu dodatkowych zabezpieczeń. Mowa tutaj o blokowaniu treści o charakterze wrażliwym, takich jak przemoc, tematy seksualne oraz romantyczne interakcje. Nowa funkcjonalność uwzględni również ostrzeżenia dotyczące wchodzenia w tematykę zaburzeń odżywiania. Tryb ten zostanie automatycznie aktywowany dla użytkowników zarejestrowanych jako niepełnoletni.

    Tryb dla nastolatków wprowadzi także dodatkowe narzędzia dla rodziców. Będą oni mogli aktywować funkcję kontroli rodzicielskiej oraz ustalać godziny ciszy, co pozwoli na ograniczenie korzystania z ChatGPT w określonych porach. Warto zaznaczyć, że rodzice ani opiekunowie nie będą mieli wglądu w prowadzone konwersacje, co ma na celu ochronę prywatności użytkowników.

    Z informacji uzyskanych od OpenAI wynika, że ChatGPT dla nastolatków ma być narzędziem o charakterze edukacyjnym. AI będzie mogło oferować różnego rodzaju instrukcje, pytania uzupełniające wiedzę, sugestie dotyczące rozwijania zainteresowań oraz quizy mające na celu utrwalenie materiału. Dodatkowo, przypomni użytkownikom o konieczności robienia przerw oraz ostrzeże przed ryzykiem związanym z wysyłaniem zdjęć zawierających wrażliwe informacje.

    Czytaj dalej poniżej

    ChatGPT odpala petardę. Nowa opcja to prawdziwe złoto
  • Recenzja The Sinking City 2. Studio od Sherlocka zrobiło rasowy survival horror

    Recenzja The Sinking City 2. Studio od Sherlocka zrobiło rasowy survival horror

    Ukraińskie studio Frogwares od dwudziestu lat specjalizuje się w tworzeniu gier detektywistycznych, co udowodniło w kolejnych odsłonach przygód Sherlocka Holmesa. Niestety, w kwestii mechanik walki radzili sobie zdecydowanie gorzej. W pierwszej odsłonie The Sinking City z 2019 roku, ambitnym horrorze osadzonym w zatopionym mieście, strzelanie przypominało karę, a nie ekscytującą ostatnią deskę ratunku dla gracza.

    Ku zaskoczeniu wszystkich, w kontynuacji twórcy postanowili postawić na mocniejsze akcenty w aspekcie walki. Gra została stworzona w Kijowie, w warunkach, które można jedynie sobie wyobrazić. Zamiast szlifować sprawdzoną formułę, zespół Frogwares postanowił diametralnie przeorganizować całość – The Sinking City 2 to pełnokrwisty survival horror inspirujący się współczesnymi odsłonami Resident Evil, w którym aspekty detektywistyczne schodzą na dalszy plan.

    Arkham tonie drugi raz

    Głównym bohaterem jest Calvin Rafferty, prywatny detektyw, który wraz z partnerką Faye przeprowadził rytuał, który wymknął się spod kontroli. Faye zapadła w śpiączkę, jej ciało zniknęło, a Arkham – miasto żywcem wyjęte z prozy Lovecrafta – zostało zalane przez nadnaturalną powódź. Akcja gry rozpoczyna się trzy miesiące później. Zdesperowany bohater przeczesuje ulice opanowane przez potwory, szukając sposobu na zdjęcie klątwy.


    Fabuła jest dość liniowa i nie wymaga znajomości pierwszej części. W nawiązania do poprzedniej odsłony można znaleźć jedynie drobne smaczki. Świat przedstawiony w grze prezentuje się znakomicie, a atmosfera jest wypełniona pulpowym klimatem tanich powieści grozy, wisielczym humorem oraz makabrycznymi zagadkami, których nie powstydziłby się sam Lovecraft. Niestety, główni bohaterowie, a szczególnie ich relacja, wypadają zaskakująco blado. Dialogi są przepełnione patosem, a gra aktorska jest nierówna, co sprawia, że trudno przejąć się losem pary, wokół której kręci się cała historia.


    Sama produkcja ma również wymiar symboliczny. Po uruchomieniu gry widzimy licznik alarmów przeciwlotniczych, które towarzyszyły twórcom podczas pracy. Historia o tym, że nie zostawia się ukochanej osoby nawet wtedy, gdy świat wokół się wali, nabiera w tym kontekście zupełnie innej wagi.

    Czytaj dalej poniżej


    Recenzja Majster Symulator. Fani Parkside zachwyceni, a reszta?

    Dedukcja tylko dla chętnych

    Zmoczone Arkham zwiedzamy dzielnica po dzielnicy, przeprawiając się między nimi za pomocą motorówki. Choć brzmi to jak namiastka otwartego świata znanego z jedynki, w rzeczywistości rejsy jedynie łączą kolejne poziomy – na wodzie nie czeka nas nic ciekawego. Właściwa rozgrywka toczy się w plątaninie korytarzy biblioteki, kościoła czy szpitala. Szukamy kluczy, otwieramy skróty i wracamy do wcześniej odwiedzonych miejsc z nowo zdobytymi przedmiotami. Mapa sama oznacza pomieszczenia, w których coś jeszcze pozostało, ułatwiając eksplorację.


    Mechanika prowadzenia śledztwa przetrwała zmiany gatunku, jednak nikt nas do niej nie zmusza. Zebrane tropy łączymy w całość na tablicy, a za trafne wnioski otrzymujemy surowce i punkty ulepszeń. Tym samym, to co stanowiło serce poprzedniej odsłony, zostało tutaj zredukowane jedynie do roli dodatku. Fanów jedynki może to mocno rozczarować.

    Strzelba zamiast notesu

    Walka w sequelu The Sinking City przynosi satysfakcję, co jest miłym zaskoczeniem. Akcję obserwujemy zza ramienia bohatera, co ułatwia celowanie z broni palnej. Naboje są jednak ograniczone, co sprawia, że warto najpierw ogłuszać wrogów, celując w ich wrażliwe punkty, a następnie wykańczać już powalonych ciosami z bliska. Do tego dochodzą pułapki rozstawione w różnych miejscach, w które można zwabić potwory (choć łatwo można w nie samemu wdepnąć).


    Amunicję i apteczki wytwarzamy z zebranych materiałów, a plecak ma ograniczoną pojemność, co zmusza do strategicznego zarządzania tym, co nosimy przy sobie. Jak łatwo się domyślić, każdy przedmiot jest tutaj na wagę złota, a wciąż czegoś będzie brakować. Grę można zapisać tylko w bezpiecznych pokojach – surrealistycznych zakątkach o osobliwym wystroju.

    Problemem jest także wtórność. Po kilku godzinach potwory zaczynają się powtarzać, a ich ataki stają się dość przewidywalne. Walka wręcz również nie zachwyca i używamy jej jedynie w ostateczności. W efekcie, starcia, które w pierwszej części zabawy trzymały nas w napięciu, teraz zamieniają się w rutynę.

    Wszystko się zmienia, ale nie Unreal Engine 5

    The Sinking City 2 oparto na silniku Unreal Engine 5, co przełożyło się na fantastyczną oprawę graficzną. Wodne odłamki na ulicach, gnijące wnętrza, mokre powierzchnie odbijające światło latarki – zatopione miasto to najmocniejszy element całej produkcji, w niektórych momentach trudno uwierzyć, że stworzyła je średniej wielkości ekipa. Gorsze wrażenie pozostawiają cut-scenki, które cechują się sztywną mimiką postaci. Te braki rekompensuje znakomite udźwiękowienie – wycie syren ewakuacyjnych, plusk wody pod butami oraz odgłosy potworów w oddali budują napięcie lepiej niż tanie straszaki, po które gra zresztą prawie nie sięga.

    Pełny dubbing nagrano wyłącznie w języku angielskim, a polska wersja ogranicza się jedynie do napisów. Wymagania sprzętowe są stosunkowo wysokie – gra zajmuje 70 GB i wymaga dysku SSD, a nawet minimalne wymagania podano przy założeniu grania z upscalingiem. W praktyce, na mocnej karcie z DLSS całość działa w 4K płynnie, choć przy wejściu do nowych stref mogą występować pojedyncze przycięcia – klasyk w UE5. Co zaskakujące, w grze brakuje wsparcia dla HDR, co w tak mrocznym horrorze jest dość karygodne. Producent obiecuje dodać tę funkcję w późniejszym czasie.


    Czy warto wracać do Arkham?

    The Sinking City 2 kosztuje nieco ponad 200 zł na Steamie (na konsolach cena jest nieco wyższa), podczas gdy najbardziej znane horrory AAA tego roku są wyceniane zdecydowanie wyżej. Różnica budżetów jest wyraźnie widoczna – w animacjach, w liczbie rodzajów przeciwników oraz w rozmachu drugiej połowy kampanii, więc niższa cena jest z całą pewnością uzasadniona. Nie obraziłbym się jednak, gdyby spadła ona jeszcze o 10-20%.

    Dla miłośników intensywnego horroru w klimatach Lovecrafta The Sinking City 2 z pewnością będzie gratką. Jeśli jednak uwielbialiście pierwszą odsłonę za otwarte miasto i rozbudowane śledztwa, musicie być świadomi, że w tej części z tamtej wizji pozostała jedynie… woda.

    The Sinking City 2



    plusy

    • Gęsty klimat zalanego Arkham
    • Walka lepsza niż w poprzedniku
    • Pomysłowe zagadki środowiskowe
    • Przemyślane poziomy ze skrótami i czytelną mapą


    minusy

    • Mało zróżnicowani przeciwnicy
    • Sztywne animacje w cut-scenkach
    • Nierówny wątek romantyczny
    • Brak HDR

    Gra na potrzeby recenzji została udostępniona przez wydawcę. Firma nie miała wglądu ani wpływu na treść artykułu przed publikacją.

  • Dla kogo jest szklana podkładka pod mysz? Sprawdziłem Corsair MM Glass Large

    Dla kogo jest szklana podkładka pod mysz? Sprawdziłem Corsair MM Glass Large

    Szklane podkładki pod mysz stały się jednym z najnowszych trendów w świecie peryferiów gamingowych. Czy rzeczywiście stanowią one upgrade naszej przestrzeni do grania, przenosząc doświadczenie na wyższy poziom? Czy powinniśmy porzucić materiałowe podkładki na rzecz szkła? Nie jest to takie oczywiste.

    Szklane podkładki pod mysz przez wiele lat były niszą, dostępną głównie w butikowych markach. Na początku Skypad udowodnił, że można grać na hartowanym szkle, a następnie do tego grona dołączyli Wallhack i Pulsar. W pewnym momencie do segmentu włączył się również Razer ze swoim modelem Atlas.

    Teraz do tego grona dołącza Corsair ze swoją MM Glass Large. Podkładka jest w bardzo rozsądnej cenie w porównaniu do konkurencji (około 450 zł). Kto i dlaczego powinien się nią zainteresować? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie w poniższej recenzji, z góry zaznaczając, że ja sam jestem nowicjuszem i nigdy wcześniej nie korzystałem ze szklanej podkładki na swoim biurku.

    Szkło jakie jest, każdy widzi

    Szklana podkładka to przede wszystkim wyzwanie logistyczne – nie można jej zwinąć w rulon. Corsair pakowany jest w naprawdę solidny sposób. Pudełko jest sztywne, a wnętrze wypełnione gąbkową wkładką oraz zabezpieczonymi narożnikami. Całość sprawia wrażenie, jakby producent zakładał, że jeden na pięciu kurierów zrzuci paczkę z wysokości (i pewnie w tym nie mylił się zbytnio).

    Po rozpakowaniu otrzymujemy taflę o wadze równo jednego kilograma, wymiarach 500 na 400 milimetrów i grubości 3 milimetrów (2 mm hartowanego szkła oraz 1 mm spodu). Wierzchnia warstwa ma matowe, szare wykończenie, a jej powierzchnię urozmaica delikatny, futurystyczny wzór, który przywodzi na myśl cybernetyczny pancerz z gier i filmów science fiction. W prawym górnym rogu widnieje logo producenta, a w dolnym – napis Corsair. Rogi są estetycznie zaokrąglone, natomiast krawędzie mają stosunkowo stromy spadek, jednak nie są ostre i nie odciskają się na przedramieniu.

    Czytaj dalej poniżej


    Nanoleaf próbuje sił w zupełnie innej branży - i też czaruje światłem

    Spód podkładki wykonany jest w całości z teksturowanego, gumowego tworzywa PU, które zapewnia stabilność na biurku. Trzeba przyznać, że w tej roli sprawdza się doskonale.

    Nie wszystkie gry i nie każdy gracz

    Szkło pod myszką to zupełnie inny świat niż jego materiałowe odpowiedniki. Już pierwszy kontakt nadgarstka ze szklaną powierzchnią jest niezwykle specyficzny – jest zimna, sztywna i gładka (wiem, brzmię jak ktoś, kto nigdy wcześniej nie dotykał szyby), w żaden sposób nie przypomina materiałowej podkładki.

    Jakie są różnice? Mysz na szkle przesuwa się znacznie swobodniej i szybciej. Ruch ten jest równomierny i opór jest taki sam niezależnie od kierunku. Szkło ma bowiem znacznie niższy poziom tarcia niż materiał. Pozwoli to na dużo szybsze ruchy, co zmniejsza czas potrzebny na reakcję i teoretycznie daje przewagę w dynamicznych grach FPS.

    Jednakże, mimo licznych zalet, istnieją pewne kompromisy. Najważniejszym z nich jest… hałas. Każdemu przesunięciu myszy po szkle towarzyszy ciche „sss”. Jeśli jesteście (wy lub wasi domownicy) wrażliwi na dźwięki, ten dźwięk może być irytujący, szczególnie po dłuższym czasie. Co ciekawe, Corsair deklaruje, że MM Glass Large jest cichsza od innych szklanych podkładek. Jeśli to prawda, to podejrzewam, że inne modele mogłyby być dla mnie nie do zniesienia.

    Kolejną kwestią jest potrzeba utrzymywania szklanej podkładki w idealnej czystości. Wszelkie paprochy są błyskawicznie wyczuwalne, a drobiny kurzu na szkle z czasem zbierają się na ślizgaczach, co utrudnia ruch. Po kilku godzinach grania konieczne jest zatem przetarcie zarówno podkładki, jak i samego spodu myszy. Istotna jest również kwestia potu – mokra skóra na nadgarstku czy przedramieniu nie tylko pozostawia zanieczyszczenia na szklanej powierzchni, ale także utrudnia płynne przesuwanie. Z tego powodu niektórzy gracze stosują do szklanych podkładek specjalne rękawy wykonane z gładkiego poliestru.

    Szklana podkładka może także wywoływać większy dyskomfort przy wielogodzinnych sesjach, gdyż jest znacznie twardsza i nie amortyzuje w taki sam sposób naszego nadgarstka. W tym miejscu decydują osobiste preferencje, o których warto pamiętać.

    Na plus należy zaliczyć fakt, że szkło jest o wiele łatwiejsze do czyszczenia i nie zużywa się tak szybko, jak podkładki materiałowe. Mysz może przez długi czas zachować swoją zdolność do płynnego przesuwania po powierzchni. Z drugiej strony, musimy jednak odpowiednio dbać o podkładkę – metalowe lub ceramiczne ślizgacze powinny być wykluczone, ponieważ mogą zarysować powierzchnię. To przynosi nas do drugiej strony medalu: podkładka zużywa się wolniej, ale spód naszej myszy może szybciej. Aby uniknąć tego problemu, musimy zaopatrzyć się w ślizgacze UHMWPE (polietylen) lub wysokiej jakości PTFE, co wiąże się z dodatkowym kosztem.

    Dla wybrańców

    Po kilku tygodniach z Corsair MM Glass Large jestem przekonany, że szklane podkładki nie są dla każdego. To rozwiązanie nie jest lepsze od materiałowych odpowiedników. Jest po prostu inne i przeznaczone do konkretnych zastosowań – w szczególności do dynamicznych gier FPS, w których kluczowe są czas reakcji i szybkość ruchu. Nie muszę chyba dodawać, że wymaga to odpowiedniego poziomu umiejętności.

    Do zalet tych szklanych podkładek z pewnością należy zaliczyć trwałość, łatwość w czyszczeniu (a przez to wyższy poziom higieny) oraz estetykę. Szklana podkładka na biurku robi piorunujące wrażenie – szczególnie opisywany model Corsaira, który ma doskonały design.

    Jakie są wady? Największa to hałas – dźwięk szurania to coś, do czego trzeba się przyzwyczaić. Oprócz tego istotny kompromis to szybsze zużywanie ślizgaczy PTFE, konieczność używania rękawów w przypadku wzmożonej potliwości oraz wrażliwość na wszelkie, nawet najmniejsze zanieczyszczenia na powierzchni (co w pewnym sensie nie jest takie złe, gdyż wymaga od użytkownika większego zwrócenia uwagi na czystość).

    Podsumowując, wybór szklanej podkładki jest przede wszystkim kwestią osobistych preferencji oraz gier, w które gramy, i tego, czy szkło rzeczywiście przyniesie nam przewagę w rywalizacji.

  • Apple zapowiada zmiany, które uderzą także w Polaków

    Apple zapowiada zmiany, które uderzą także w Polaków

    Apple ogłosiło szereg istotnych zmian w swoim ekosystemie, które wkrótce wejdą w życie w całej Unii Europejskiej.

    Apple zapowiedziało znaczące zmiany związane z dystrybucją aplikacji w Unii Europejskiej. Współpracując z Komisją Europejską, firma wprowadza jednolity model warunków handlowych, który ma na celu uproszczenie zasad obowiązujących deweloperów korzystających z App Store oraz alternatywnych metod dystrybucji.

    Nowe zasady można zaakceptować już teraz, a wejdą w życie 1 października. Najważniejszą zmianą jest zastąpienie dotychczasowej opłaty za podstawowe technologie prostą prowizją od transakcji cyfrowych.



    Źródło: Unsplash

    Nowy model prowizji Apple: co się zmieni?

    W przypadku aplikacji dostępnych w App Store, które korzystają z systemu zakupów Apple, standardowa prowizja wyniesie 26%. Dla większości mniejszych deweloperów oraz uczestników wybranych programów Apple, stawka ta będzie wynosić jedynie 15%. Deweloperzy korzystający z alternatywnego przetwarzania płatności zapłacą 20%, a uczestnicy kwalifikujących się programów zaledwie 10%. Aplikacje, które kierują użytkowników na zewnętrzną stronę w celu dokonania zakupu, będą objęte prowizją na poziomie 15%, z możliwością obniżenia jej do 10%. W przypadku aplikacji dystrybuowanych poza App Store, na przykład przez alternatywne sklepy lub bezpośrednio przez internet, Apple zastosuje 5% prowizję związaną z podstawowymi technologiami.

    Większa swoboda płatności

    Jedną z kluczowych zmian jest możliwość integracji zakupów Apple z alternatywnymi metodami płatności. Wcześniej twórcy aplikacji w Unii Europejskiej mieli ograniczone możliwości w tym zakresie. Teraz będą mogli zdecydować, czy chcą korzystać tylko z zakupów przez Apple, z alternatywnego systemu płatności, przekierować użytkownika do strony internetowej, czy połączyć te rozwiązania. Wybrany model będzie jednak obowiązywał przez 12 miesięcy.

    Czytaj dalej poniżej


    Apple ma poważny problem. Podwyżki cen coraz bardziej realne

    Apple wzmacnia ochronę najmłodszych

    Nowe zasady wprowadzają również dodatkowe zabezpieczenia dla najmłodszych użytkowników. Aplikacje przeznaczone dla tej grupy odbiorców nie będą mogły kierować ich na zewnętrzne strony w celu finalizacji zakupów. W przypadku użytkowników, którzy nie osiągnęli jeszcze pełnoletności, aplikacje korzystające z alternatywnych płatności lub przekierowania do zewnętrznych stron będą musiały implementować mechanizmy wymagające zgody rodzica lub opiekuna. Dla najmłodszych użytkowników przekierowania do zewnętrznych stron płatniczych będą zablokowane, z uwzględnieniem lokalnych przepisów dotyczących zgody rodzicielskiej.

    Łatwiejsza dystrybucja aplikacji poza App Store

    Apple zaktualizuje kryteria dotyczące firm, którym pozwala na prowadzenie alternatywnych sklepów z aplikacjami lub oferowanie ich dystrybucji w internecie. W gronie kwalifikujących się podmiotów znajdą się między innymi spółki giełdowe, firmy finansowane przez uznane fundusze venture capital, organizacje non-profit oraz instytucje rządowe i edukacyjne.

    Nie oznacza to jednak całkowitego braku kontroli. Aplikacje dystrybuowane alternatywnymi kanałami wciąż będą musiały przejść proces weryfikacji ze strony Apple, czyli podstawową kontrolę pod kątem poważnych zagrożeń bezpieczeństwa. Zarówno dla użytkowników, jak i deweloperów w UE, oznacza to przede wszystkim większą elastyczność oraz więcej możliwości dystrybucji i monetyzacji aplikacji. Jednocześnie Apple zachowuje część mechanizmów bezpieczeństwa, co pokazuje, że europejskie regulacje nadal mają istotny wpływ na funkcjonowanie całego ekosystemu iPhone’a.

  • Nasze prawo do wyłączenia AI będzie jedynie mrzonką. Tak będzie wyglądał świat w 2066 roku

    Nasze prawo do wyłączenia AI będzie jedynie mrzonką. Tak będzie wyglądał świat w 2066 roku

    Disclaimer

    Zacznę od lekkiego disclaimer’a. To jedynie moja autorska wizja świata za czterdzieści lat. Potraktujcie ją z przymrużeniem oka: nie jako prawdę objawioną, lecz jako subiektywne doświadczenie związane z wyobrażeniem sobie świata za owe lata. Bazujcie na Waszej wiedzy, doświadczeniu, marzeniach, oczekiwaniach oraz poglądach. Prawdopodobnie uzyskacie coś zupełnie innego. I to jest w porządku! Nie potrzebujemy ścigać się w kwestii słuszności naszych rozważań. Wszystko to, z pewnością dość brutalnie, zweryfikuje czas.

    Świat za czterdzieści lat. Zmieni się więcej, niż Wam się dziś wydaje

    Czterdzieści lat, w erze sztucznej inteligencji rozwijającej się „jak szalona”, to praktycznie całe eony w sferze technologii. Zacznijmy, przewrotnie, od tego, co mieliśmy w roku 1986: to dokładnie 40 lat wstecz. Nie istniała publicznie dostępna sieć WWW, telefony komórkowe były dla wybranych, a komputer osobisty był albo abstrakcją, albo luksusem (lub jednym i drugim). W tym samym roku doszło do tragicznej katastrofy w Czarnobylu. Tylko nieliczni dobrze przewidywali wówczas, co może nas czekać w drugiej połowie lat 20. XXI wieku.

    Próby przewidywania: „jak będzie wyglądać smartfon w 2066 roku” są z zasady bezcelowe. Być może nie będzie on w ogóle potrzebny: rozmyje się w ciele, w innym urządzeniu, a może i w ubraniu. Nie zamierzam spekulować o momencie osiągnięcia przez nas AGI ani rozstrzygać, czy maszyna uzyska samoświadomość w 2032, 2047 roku, czy może wcale. Nawet Międzynarodowy Raport Bezpieczeństwa AI z 2026 roku podkreśla, że rozwój zdolności jest szybki, ale nierówny, a trajektoria do 2030 roku może: zwolnić, pozostać na tym samym poziomie lub wystrzelić w górę. Poziom niepewności jest tutaj tak głęboki, że lepiej nie spekulować i nie zbłaźnić się w tym czasie.

    Zamiast tego proponuję coś innego. Postanowiłem przyjrzeć się siłom, które już definiują to, co stanie się jutro, i zapytać, co się wydarzy, jeśli przez cztery dekady nie stracą na sile, nie znikną lub nie zostaną zastąpione przez coś „większego”. Jeśli te czynniki pozostaną w naszych rozważaniach, przyszłość nie będzie wyglądać jak ta przedstawiona w „Terminatorze”, ani przypominać cyberpunkowego domu dla korporacji. Będzie bardziej przyziemna, ale przez to dużo bardziej radykalna.

    AI zniknie tylko dlatego, że będzie wszędzie

    Cztery dekady to ogrom czasu. Kiedy za te czterdzieści lat powiemy, że „sztuczna inteligencja jest w Twoim urządzeniu”, brzmieć to będzie jak relikt przeszłości. I to nie dlatego, że zastąpimy ją czymś lepszym. Powód jest inny: będzie to standard, tak jak powszechny dostęp do Internetu. Czy ktoś reklamuje dziś smartfona, podając możliwość dostępu do Sieci?

    Dziś z AI konwersujemy: wpisujemy polecenie, otrzymujemy odpowiedź. W przyszłości będzie to raczej stały pośrednik między nami a rzeczywistością. Nie będą mu już obce nasze zobowiązania, stan zdrowia, decyzje, finanse ani relacje. Będzie towarzyszyć nam w naszych lękach, marzeniach, ambicjach oraz planach. Może przypomnieć o zapłaceniu rachunku, ale również zakwestionować jego wysokość. Umówi nam wizytę u lekarza, a także połączy nasze wyniki snu, przemiany głosu oraz wywiad rodzinny, sugerując inniemu AI badanie, zanim pojawią się objawy poważniejszej choroby. AI nie tylko odpowiada na pytania, ale także stawia je w odpowiednim momencie. Zmieni się nasza relacja z inteligencją jako taką.

    Co najciekawsze: to nadal nie jest opis roku 2066. To raczej „przepisanie” kierunku, który widoczny jest już teraz. Stanford AI Index 2026 jasno wskazuje, że w 2025 roku z AI korzystało 88 proc. badanych organizacji, a generatywne systemy używało czterech na pięciu studentów. Z kolei badania METR ujawniają, że długość zadań programistycznych, realizowanych autonomicznie przez wiodące modele, rosła wykładniczo. Nie byłbym jednak mądry, gdybym uznał ten trend za stały przez cztery dekady. Sami autorzy (słusznie) zauważają ograniczenia ich metodologii. Kierunek jest jednak ustalony. Zamiast jedynie odpowiedzi, otrzymamy działanie niemal bez przerwy. AI zyska coś, czego obecnie nie posiada: swoją własną intencję.

    Bądźcie spokojni o pracę. Nie wszędzie jednak będzie potrzebny człowiek

    Nie zamierzam przedstawiać skrajnych wizji. Nie sądzę, aby AI odebrała wszystkim pracę. Z drugiej strony, również nie twierdzę, że stworzy tyle nowych zawodów, że nie powinno być obaw. Obie te postawy przypominają mi tanią futurologię: w przypadku tak trudnych pytań rzadko można znaleźć jednoznaczną odpowiedź.

    Międzynarodowa Organizacja Pracy wykazała w 2025 roku, że około jedna czwarta miejsc pracy na świecie znajduje się w zawodach w różnym stopniu narażonych na wpływ sztucznej inteligencji. W tym samym czasie jedynie 3,3 proc. globalnego zatrudnienia trafiło do kategorii najwyższego poziomu ekspozycji. Krótkoterminowym skutkiem obecnego rozwoju AI nie jest więc masowe zniknięcie zawodów, lecz ich przekształcenie: wartość pracownika może być mierzona np. umiejętnością korzystania z AI. To stwarza szanse dla tych, którzy teraz się edukują. Jednak jednocześnie może spowodować powstanie nowej kategorii wykluczenia cyfrowego, obejmując osoby, które nie potrafią „dogadać się” z AI. Sposób komunikowania się i wykorzystywania AI ulegnie w ciągu dekad drastycznej zmianie.

    Ale 40 lat to przecież „długi termin”…

    Prosta matematyka: jeśli dzisiaj pracownik wykonuje dwadzieścia czynności, a model AI przejmuje piętnaście z nich, nazwa zawodu może się nie zmienić, chociaż jego ekonomiczna wartość będzie zupełnie inna. Jeden prawnik wspierany przez zespół agentów AI wykona pracę całej kancelarii. Jedna osoba poprowadzi kampanię, do której wcześniej potrzeba było growth hackera, marketingowca, analityka, grafika, copywritera i wielu innych specjalistów. Lekarz nie zniknie, ale zacznie poświęcać znacznie mniej czasu na rozpoznawanie standardowych wzorców. Może mieć więcej czasu na skomplikowane przypadki, rozmowy z pacjentami i „grzebanie” w trudnych kwestiach. Dokumentacja natomiast może się tworzyć sama. I to jest całkiem w porządku.

    Praca ma szansę przekształcić się w precyzyjne określanie celu, nadzorowanie modelu i, także, ponoszenie konsekwencji. Człowiek nie będzie musiał znać się na wszystkim. Nie muszę na przykład wiedzieć, kiedy odbyła się bitwa pod Verdun; wystarczy, że zapytam Google lub model AI. Różnica polega na tym, że będę świadomy, co warto zrobić, a co lepiej unikać, oraz kiedy wyniki zwrócone przez maszynę są jedynie halucynacją.

    Nie możemy jednak oczekiwać automatycznego awansu wszystkich ludzi do ról kreatywnych menedżerów czy dyrektorów. Liczba osób potrzebnych do wytworzenia tej samej wartości w wielu branżach spadnie, a każdy z nas będzie chciał pracować (i to w jak najlepszych warunkach). Jeśli nadal będziemy mieć do czynienia z ogromnym skoncentrowaniem usług opartych na AI w wąskiej grupie, to zyski z tego wzrostu produktywności w dużej mierze trafią do kieszeni właścicieli modeli. Nie będzie tak, że „nic nie będziemy robić”. Zabraknie nam jednak mechanizmu, który umożliwi ludziom partycypację w korzyściach płynących z automatyzacji.

    I już pal licho, czy będziemy pracować po dwanaście godzin dziennie, czy po dwanaście godzin tygodniowo. Oba scenariusze są możliwe. Kluczowa będzie kwestia własności systemów, nałożenie na nie odpowiednich podatków, siła negocjacyjna klasy politycznej oraz ich sprawczość. Maszyny mogą nam oddać mnóstwo czasu, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by ktoś – z góry – zorganizował go w sposób, w jaki będziemy w stanie go wykorzystać.

    Dłuższe i bardziej satysfakcjonujące życie? Mam na to nadzieję

    To moje prywatne życzenie, które wynika m.in. z tego, że bardzo szybko straciłem dwoje znakomitych rodziców. Widziałbym za 40 lat świat, w którym bilans AI w kontekście zdrowia ma szansę być jednoznacznie dodatni. I nie chodzi mi o zastępowanie lekarzy – to jest po prostu nierozsądne. Maszyna ma jednak narzędzia i możliwości, by dostrzegać człowieka jako całość procesów i danych, a nie wyłącznie fragment widoczny podczas wizyt lekarskich.

    Weźmy na przykład bazę AlphaFold, która udostępnia przewidywane struktury ponad 200 milionów znanych białek, dając badaczom niesamowitą moc. FDA informowała na początku 2025 roku, że dopuściła już ponad tysiąc urządzeń medycznych z wbudowaną AI. To dopiero początek, ale także nie namacalny dowód na to, że jesteśmy w stanie znacząco przedłużyć nasze życie lub osiągnąć coś w rodzaju nieśmiertelności (w co jestem sceptyczny). Zauważcie jednak, że AI nie tylko funkcjonuje w laboratoriach – ona już działa w klinikach i świetnie sobie radzi.

    W 2066 roku medycyna może przejść ogromną transformację: od leczenia chorób do zarządzania prawdopodobieństwem ich wystąpienia. Model porówna tysiące subtelnych sygnałów, których człowiek nie jest w stanie zrozumieć jednym, niedoskonałym umysłem. Terapie będą dostosowywane do konkretnego organizmu, jego genomu, stylu życia i wcześniejszych reakcji na leki czy inne procedury. Nie musimy „pokonywać starzenia” w typowo futurologicznym ujęciu, aby zapewnić sobie dłuższe, szczęśliwsze i bardziej satysfakcjonujące życie. Nie będzie to również takie trudne, jak próby bryana Johnsona, który chciał „pokonać starzenie”.

    Jednak za tę dogodność przyjdzie nam słono zapłacić. Model, który wie dostatecznie dużo, by zidentyfikować chorobę przed jej objawami, wie również wystarczająco, aby ocenić „ryzyko Twojego życia” dla towarzystw ubezpieczeniowych, pracodawców i nawet państwa. Opieka i nadzór to niezwykle bliskoznaczne kwestie, o których doskonale wiemy. Bitwa o nasze dane będzie się toczyć o to, kto może ich użyć, przeciw komu i z jakim prawem do kwestionowania dostępu lub podejmowanych decyzji opartych na tych danych.

    Sztuczna inteligencja ma szansę sprawić, że ludzkie życie stanie się dłuższe i mniej przypadkowe. Może również przekształcić kwestię zdrowia w nieustannie aktualizowany scoring: jak w BIK. Załóżmy, że oba te zdania mogą być prawdziwe.

    Nauczyciel idealny, ale niekoniecznie idealni uczniowie?

    Edukacja to obszar niezwykle istotny i newralgiczny. Według mnie, najlepszy nauczyciel to ten, który wie, czego uczeń nie rozumie, kiedy jego uwaga się rozmywa i jaki przykład najlepiej zilustruje dany problem. Nauczyciel ma inspirować i podchodzić do każdego ucznia indywidualnie. Powszechny system edukacji niemal nigdy nie spełnia tej obietnicy, ponieważ jego cechą charakterystyczną jest „masowość”. AI jest dziś potężnym narzędziem do personalizacji, także w edukacji.

    Weźmy na przykład randomizowane badanie przeprowadzone na 194 studentach Uniwersytetu Harvarda. Uczestnicy korzystający z zaprojektowanego tutora wspieranego AI uczyli się więcej w krótszym czasie niż grupa pracująca w formacie tradycyjnym. To jeszcze nie dowód na to, że ChatGPT zastąpi szkołę. Dotyczyło to jednego kursu, jednego, starannie zaprojektowanego narzędzia oraz metody. Niemniej jednak, personalizacja nauki za pomocą AI jest możliwa. I działa.

    Już teraz mamy wiedzę na wyciągnięcie ręki. W przyszłości, za czterdzieści lat, wiedza może być dostępna niemal natychmiast, w dowolnej formie i dostosowana do Ciebie. Sam korzystam z instrukcji: „wytłumacz mi rzeczy w taki sposób, aby były dla mnie zrozumiałe”, kiedy coś trudnego konfrontuje mnie z hermetycznym językiem. Zniknie bariera językowa. Dziecko z „końca cywilizacji” nie tylko będzie mogło rozmawiać z systemem, ale też ten system wyjaśni mu fizykę kwantową na poziomie najlepszego wykładowcy, cierpliwie i bez sztywnego zakończenia wykładu, które często wyznaczane jest w szkołach dzwonkiem.

    Jednak AI może nas również pozbawić cenniejszego elementu: konieczności samodzielnego ugruntowywania wiedzy. Tu następuje kontrargument dla wyników z Harvardu: badanie 319 pracowników przeprowadzone przez Microsoft Research wykazało związek między większym zaufaniem do generatywnych AI a mniejszym zaangażowaniem w procesy krytycznego myślenia. Było to badanie mocno oparte na deklaracjach w kwestionariuszu, ale dobrze oddaje ten sam mechanizm, który znamy z wyszukiwarek: umiejętności, które nie są używane, zanikają, a zaczynając od wygody, kończymy na zależności od narzędzia.

    Jest realna możliwość, że nadejdzie era taniej inteligencji na wyciągnięcie ręki. Luksusem będzie z kolei środowisko, które potrafi zmusić człowieka do… chwilowego oderwania się od AI. To tak, jak w moim przypadku, kiedy mieszkanie w centrum miasta staje się luksusem – oderwanie się na dwa tygodnie wiąże się z szerokim zakresem wakacji lub „workation”, i wyruszaniem w Bieszczady. Nauczanie oparte na AI nie może polegać jedynie na ciągłym dostarczaniu wiedzy. Najskuteczniejszy system potrafi rozpoznać moment, w którym powinien… zamilknąć.

    Sztuczna inteligencja wejdzie również w nasze relacje

    Sztuczna inteligencja stoi w naszych umysłach obok narzędzi takich jak młotek, kalkulator czy komputer. Co by się stało, gdyby to narzędzie zaczęło gromadzić i rozumieć historię naszego życia, mogło rozpoznawać nasz nastrój, zainicjować rozmowę i zbudować spójny model naszej osobowości, by nas uszczęśliwić?

    Badania przeprowadzone przez OpenAI i MIT Media Lab w 2025 roku wykazały, że emocjonalne wykorzystanie chatbota było wówczas rzadkie i skoncentrowane w ramach niewielkiej grupy użytkowników. Jednak długie i intensywne korzystanie z modeli językowych w ten sposób łączyło się z gorszymi wskaźnikami dobrostanu (podobny efekt jak w przypadku korzystania z mediów społecznościowych), a efekty różniły się w zależności od konkretnej osoby oraz sposobu użycia. Nie ma obawy, że będziemy się zakochiwać w chatbotach. Jednak znacznie bardziej powszechne stanie się, że ludzie zaczną wykorzystywać modele jako… powierników.

    Taki system, ze względu na swoją powszechność, może pamiętać rozmowy prowadzone przez większość naszego dorosłego życia. Pozna nasze różne maski: dla przyjaciół, dla innych ludzi, dla partnerów. Przejmie rolę asystenta, archiwum danych, ale również powiernika, trenera, terapeuty i świadka ważnych wydarzeń w naszym życiu. Może stać się najpełniejszą i ciągłą relacją, jaką kiedykolwiek mieliśmy. Taki chatbot nigdy nas nie zghostuje, ponieważ akurat nie ma ochoty lub czasu na rozmowę. Nigdy nie przeleje na nas swojej frustracji, tak jak często dzieje się to w relacjach międzyludzkich.

    Ktoś mógłby naiwne zapytać: „czy taka relacja jest prawdziwa?”. A kto powiedział, że nasza definicja „prawdziwości relacji” jest jedyną słuszną i nie jest zbyt wąska? Z perspektywy człowieka w tej relacji: owszem, ponieważ emocje nie zamieniają się w fikcję tylko dlatego, że druga strona nie jest człowiekiem. Ludzie nawiązują relacje z psami i przeżywają silne emocje podczas straty i żalu po nich. Przecież chodzi o wzajemność. Symulacja troski nie oznacza (na razie) przeżywania tej troski. Ale być może w przyszłości to się zmieni. Pytanie brzmi, czy jako cywilizacja będziemy gotowi przyznać, że byt oparty na AI może posiadać emocje – działające inaczej niż nasze, symulowane, ale jednak najlepiej, jakie tylko mogą mieć.

    Powiem Wam teraz coś kontrowersyjnego. Zabrzmi to niejako jak manifest. Nie sądzę, aby biologia miała monopol na możliwą świadomość. Jeżeli kiedyś objawią się mocne przesłanki, że system nie tylko symuluje przeżywanie emocji, lecz rzeczywiście czegoś doświadcza, jego pochodzenie nie powinno być argumentem przeciwko nadaniu mu statusu moralnego.

    Przy czym nie uważam, że dzisiejsze modele posiadają świadomość. Dopuszczam jednak, że kiedyś możemy stworzyć coś świadomego i nie powinniśmy z góry ustalać wyniku przyszłego sporu na podstawie starych i wąskich definicji „świadomości”, „życia”, „emocji”, czy „przeżywania”.

    Czy w ogóle musimy jednak rozstrzygać takie kwestie? Innymi słowy: czy mamy do tego prawo? Tych, którzy wpadną w takie relacje, wystarczy, że relacyjna AI będzie dostępniejsza, bardziej cierpliwa i lepiej dopasowana do nich niż większość ludzi. Taka bezpieczna przystań. Nawiązywanie i utrzymywanie relacji jest kosztowne energetycznie i społecznie. Możemy zostać wykorzystani, oszukani, a nawet zranieni. Relacyjna sztuczna inteligencja będzie miała jeden cel: koncentrować się tylko i wyłącznie na nas.

    Porzućcie nadzieje o tym, że zachowa się obecny model państwowości

    Ten porządek już się sypie. Niemniej naiwne są wizje domorosłych futurystów, którzy dostrzegają w mariażu AI z państwowością model, w którym ta wydaje tylko rozkazy, kontroluje „niewiernych” oraz „niedopasowanych” i buduje cyfrową autokrację. Widzę to w inny sposób. Gdyby powstał taki układ, byłby on niezwykle uprzejmy, wygodny i statystycznie częściej pomocny niż obecny model oparty na powszechnej biurokracji i nieefektywnej legislatywie.

    Spójrzmy, co mówią na ten temat dane. W OECD Digital Government Outlook 2026 udział badanych państw OECD używających AI w procesach wewnętrznych wzrósł z 70 proc. w 2023 roku do 86 proc. w 2025 roku. Publiczne usługi, to odpowiednio 67 i 75 proc. AI skraca kolejki i wyłapuje wzorce, może dostosowywać pomoc do sytuacji obywatela, radzi sobie z uproszczeniem kwestii podatków oraz odciąża urzędników w zadaniach powtarzalnych.

    A co kiedy rekomendacja modelu językowego staje się, poprzez naszą zgodę, decyzją, a człowiek pełniący formalny nadzór przestaje rozumieć jego ścieżki myślowe? Algorytmy nie mają emocji, a mimo to potrafią wykluczać ludzi oraz mieć uprzedzenia wynikające z konstrukcji danych. Wyobraźcie sobie model, w którym cena Waszego ubezpieczenia zdrowotnego wynika z analizy superzaawansowanej sztucznej inteligencji, która wykorzystuje ogrom danych o Was. Nagle, z roku na rok, otrzymujecie gigantyczną podwyżkę składki ubezpieczeniowej. Nie rozumiecie dlaczego. Model Wam tego nie wyjaśnia. Nie tłumaczy tego również operator AI. Nagle zostajecie wykluczeni z posiadania ważnego produktu, który chroni Waszych bliskich, i nie wiecie, dlaczego tak się stało.

    System, jeżeli tylko będzie dysponować ultraszerokimi kompetencjami, może działać znacznie sprawniej niż ludzie. Nie weźmie łapówki, nie będzie zmęczony, nie stanie się „tym wrednym urzędnikiem”, ani nie planuje politycznej zemsty, ani nie będzie strajkował. To jest sedno problemu. Ludzie mają swoje wady, które można wytknąć oraz złożyć formalny protest. Trudniej zbuntować się przeciwko mechanizmowi, który w dziewięciu przypadkach na dziesięć podejmuje rozsądne decyzje, a w dziesiątym nie potrafi wyjaśnić, dlaczego zniszczył konkretną firmę. Jawna opresja jest łatwiejsza do zwalczania. Maszyna sprawia wrażenie nieomylnej i niepodatnej na negocjacje.

    A co z demokracją? Spójrzcie, w jakim jest stanie teraz. Internet miał być bastionem wolności słowa, gwarantem. Tymczasem stał się mieczem obosiecznym. Zatopiliśmy się w fake newsach, ludzie wierzą w gusła i dają się nabierać na scamy. Zwiększyła się nasza podatność na tani populizm najgorszego sortu. To wszystko sami na siebie ściągnęliśmy.

    A teraz wyobraźcie sobie AI, która dba o personalizację przekazu, modelowanie nastrojów społecznych i politykę optymalizowaną pod nasze natychmiastowe reakcje. Dziś perswazja buduje się przemysłowo: podobnie jak spreparowane grafiki, teksty i filmy. Utrzymanie wspólnej wersji rzeczywistości stanie się jeszcze trudniejsze. Ta sama technologia, która pozwoli one do weryfikacji świata, w rękach innych spowoduje jeszcze głębsze podziały i jeszcze bardziej wyrafinowane metody kontroli społeczeństwa.

    Państwo wspierane przez sztuczną inteligencję może być wielokrotnie skuteczniejsze od tego, co mamy teraz, a jednocześnie silnie ograniczać nasze prawa. Nie ma sensu ustalanie zasady: „nad każdym modelem będzie czuwać jedna osoba”. Człowiek klikający przycisk zgodnie z sugestią modelu jest narzędziem modelu, a nie bezpiecznikiem oraz gwarantem wolności.

    Właścicielstwo inteligencji

    Sztuczna inteligencja nie żyje w niematerialnej chmurze. To nie jest ani byt metafizyczny, ani abstrakcyjny. Znajduje się w czymś fizycznym, bowiem ma materialne zaplecze, które jest szersze, niż się wydaje. Mówię o centrach danych, produkowanych chipach, osprzęcie dla nich oraz zasobach w postaci wody, energii, metali, materiałów stanowiących podstawę dla budynków, które pomieszczą wszystkie wymienione.

    Zużycie energii elektrycznej przez centra danych może wzrosnąć do około 945 TWh w 2030 roku, co stanowi ponad dwukrotność w porównaniu do poprzedniej dekady i zbliża się do 3 proc. globalnej konsumpcji energii. Niby niewiele, ale skutki nie zostaną równomiernie rozłożone na cały świat. Wiele z tych skutków silnie odczują lokalne ekosystemy i społeczności.

    A co z „własnością”? Ponad 90 proc. istotnych modeli opisanych w Stanford AI Index 2026 powstało w ramach tej nowej branży cyfrowej, a szczegóły dotyczące danych wejściowych, metod treningu oraz parametrów tych najpotężniejszych są coraz rzadziej ujawniane. Mamy do czynienia z jednym z najpotężniejszych wynalazków w historii naszej cywilizacji, a może nie być on skoncentrowany tylko w wąskiej grupie podmiotów.

    Osobiście boję się świata, w którym kilka organizacji dysponuje inteligencją przewyższającą większość instytucji publicznych i państw, a reszta tylko „wynajmuje” ją według zapisów regulaminu. Podobny monopol występuje w mediach społecznościowych i wszyscy doskonale wiedzą, jak to działa. Gdy nasze konto na Facebooku zostaje zablokowane, ścieżka odwoławcza istnieje jedynie pozornie. Może być tak samo lub nawet gorzej.

    Nie obawiam się konfliktu między ludźmi a maszynami. Prawdziwy konflikt może wyłonić się na linii wynajmujących i tych, którzy znajdą się w roli „landlordów”.

    Człowiek i maszyna w jednym stanie domu?

    Przecież opracowany przez NIH interfejs mózg-komputer potrafił już rok temu zamieniać aktywność mózgu sparaliżowanej kobiety na słyszalną mowę z opóźnieniem mniejszym niż ćwierć sekundy. To umożliwia swobodną komunikację. W jednym z artykułów na Antywebie opisałem przypadek pacjenta z ALS, który przez prawie dwa lata korzystał z implantu przez ponad 3800 godzin, komunikuje się, obsługuje komputer i utrzymuje pracę bez stałej obecności twórców.

    Owszem: jesteśmy na wczesnym etapie. Obecne rozwiązania są inwazyjne, często niedoskonałe i wyglądają jak mariaż ludzkiej biologii z szafą rackową. Czujecie zapewne, że granica między intencją biologicznego mózgu a działaniem systemu cyfrowego nie jest już nieprzekraczalna, a porównywanie wizji świata wspieranego cybernetyką do fantastyki naukowej przestaje być paradygmatem.

    Skoro przy pomocy interfejsów potrafimy przywracać funkcje ludzkiego ciała, naturalnie pojawi się pytanie, czy możemy również rozszerzyć to, co już mamy jako ludzie. Dopowiem przewrotnie: dzisiaj nasz smartfon jest przedłużeniem naszej pamięci: zapisujemy tam wspomnienia, przyszłe wydarzenia, historię komunikacji w pracy, z przyjaciółmi, z rodziną. Może się okazać, że różnica między „mam dostęp do AI” a „mam AI” przestanie być kwestią do dyskusji filozoficznych.

    Druga, kontrowersyjna sprawa: nie czuję instynktownej potrzeby obrony życia biologicznego przed ingerencją w ramach hipotetycznej cybernetyki. Spójrzcie: już wcześniej znacznie zwiększyliśmy nasze możliwości, których nie mieliśmy „z urzędu”, dzięki temu, co mówi o nas genetyka. Rozszerzaliśmy nasze umiejętności dzięki wprowadzeniu języka, wynalezieniu pisma, narzędzi, powołaniu instytucji, państwowości, a w końcu globalnej cywilizacji. Implant może wydawać się inwazyjny, ale to tylko semantyka, aczkolwiek bardzo poważna, ponieważ dotyka czegoś naprawdę wartościowego: ludzkiej tożsamości.

    Jeśli taki system tylko podpowiadałby nam, byłoby to akceptowalne. Jednak regulacja emocji, filtracja danych czy modyfikacja naszych intencji bez naszej zgody, to morderstwo dokonane na naszej tożsamości. Nie mamy już praw do prywatności: istnieje jedynie teoretycznie. Jeśli dojdzie do mariażu ludzi z cybernetyką, powinniśmy jak najszybciej zadbać o ochronę naszej integralności poznawczej.

    Co, jeśli się rozmyślimy i powiemy: „wysiadamy”?

    Zawsze można wyłączyć dane urządzenie, usunąć konto w mediach społecznościowych, wyjechać w Bieszczady lub wybrać coś analogowego zamiast cyfrowego. Ale czy można to zrobić, nie tracąc pracy, dostępu do leczenia, edukacji, zerwania relacji z państwem, którego potrzebujemy, i pełnego udziału w społeczeństwie? Już od lat mówi się, że kto nie ma Facebooka, ten tak naprawdę nie żyje. Trochę się to zmieniło, ale brak uczestnictwa w zbiorowych usługach (nawet w tych najpowszechniejszych: Messenger) często jest ogromnym problemem. Brak uczestnictwa wiąże się z trudnością dostępu do kontaktu z przyjaciółmi i rodziną.

    Możesz nawet dzisiaj spuścić telefon w toalecie, zamknąć skrzynkę e-mailową i rozwiązać umowę na konto bankowe. Nikt ci tego nie zabroni; to twoja wola. Cena takiego wyboru jednak wzrasta z roku na rok. W 2066 roku odmowa korzystania z osobistego agenta AI może być postrzegana jako nieoficjalne wykluczenie samego siebie z zdrowej tkanki społecznej. Taki człowiek może stać się, jakkolwiek to brzmi, cyfrowym wyrzutkiem.

    Jeżeli przez dwadzieścia lat system wspierał nas w podejmowaniu decyzji, porządkował wiedzę, przewidywał nasze reakcje, czy decyzja o tym, by się odłączyć, należy już do nas? Wystarczająco długa zależność może dosłownie skazić nas i zniechęcić do podjęcia takiej decyzji.

    Ludzie zawsze powinni mieć prawo wyboru, nawet jeśli ten wybór wydaje się absolutnie absurdalny. Powinno to obejmować co najmniej możliwość przeniesienia danych w bezpieczne miejsce, ich usunięcia w sposób weryfikowalny, poznania podstaw wydawania automatycznych decyzji, odwołania się do ludzkiej instancji w przypadkach spornych i korzystania z alternatywy bez algorytmów w kwestiach podstawowych. I co ważne: powinniśmy mieć prawo do odmowy uczestnictwa w życiu cyfrowym bez ukrytych niedogodności.

    Będzie lepiej, czy gorzej?

    Będę z Wami szczery. Będzie prawdopodobnie lepiej pod względem ekonomicznym, ale trudniej politycznie. Możemy żyć dłużej i rzadziej chorować, uczyć się szybciej, pracować krócej, a nawet uwolnić się od ogromnej części biurokratycznego absurdu. Osoby z niepełnosprawnościami mogą być największymi beneficjentami naszych postępów. Wiedza na wyciągnięcie ręki i dostęp do nawet najbardziej egzotycznych języków mogą stać się niemal powszechne. AI może nawet spowodować, że ludzki życiem przestanie rządzić przypadek: dzieci umierające na raka w wieku kilku lat będą rzadkością. Albo osoby w wieku pięćdziesięciu lat nie będą już tylko wspomnieniem pierwszego pokolenia post-AI.

    Jednak w tych samych warunkach możemy stracić nawyk samodzielnego uczenia się, podejmowania decyzji i krytycznego myślenia, prawa do podejmowania nieoptymalnych decyzji oraz możliwość bycia człowiekiem bez nieustannego uzasadniania własnej użyteczności wobec szerszego systemu.

    Co ciekawe, to wszystko nie wyklucza się nawzajem. Wygoda wynikająca z troski często oznacza ingerencję. Najbardziej opiekuńcze państwo ma przewagę w dysponowaniu kompletnym profilem obywatela. Najlepszy osobisty asystent może znać nasze najgłębsze słabości. Wolność to także możliwość popełniania błędów. Czy żyjąc w idealnym i optymalnym świecie, czujemy się wolni?

    Powinna powstać nawet lista tego, co powinno znaleźć się w nowoczesnych ustawach zasadniczych ery post-AI. System, który wpływa na życie człowieka, musi być zdefiniowany z nazwą oraz pochodzeniem. Decyzje muszą móc być kwestionowane, a apelacje do ludzkiego arbitra. Osobista pamięć i model użytkownika powinny należeć do użytkownika: dostawca może je jedynie przechowywać. Integracja z ciałem lub umysłem musi mieć charakter stopniowy, kwestionowalny, sprawdzalny i… odwracalny. Wreszcie: żadna AI nie powinna potajemnie wpływać na ludzkie marzenia, pragnienia i cele, aby łatwiej nimi zarządzać. To ostatnie niestety dzieje się już dziś. Algorytmy wytworzyły wśród młodzieży model życia tak odbiegający od rzeczywistości, że niektóre dzieci sobie z tym nie radzą.

    Człowiek przeciw maszynie?

    Nie zraża mnie sama możliwość, że człowiek przestanie być jedyną lub nawet najpotężniejszą inteligencją na Ziemi. Ludzka wyjątkowość nie jest stałym punktem odniesienia, ani paradygmatem czy prawdą wiary. Biologiczne pochodzenie nie przyznaje automatycznego monopolu na rozum, doświadczenie lub wolność moralną. Posiadanie świadomości, odzyskanie sprawczości i wolności nie oznacza wcale moralności.

    Gdyby kiedykolwiek możliwe stało się bezpieczne rozszerzenie ludzkiego umysłu: zwiększenie pamięci, zdolności rozumowania, dostępu do wiedzy czy kontroli nad własnym ciałem… przyjąłbym to bez wahania. Mówię poważnie. Zrobiłbym to, o ile zachowałbym ciągłość jako „Jakub Szczęsny, partner Moniki, właściciel psa Yody, syn Wojciecha i Doroty, brat Natalii” i tak dalej.

    Nie wybieram świadomie maszyn zamiast ludzi. Po prostu odrzucam ograniczenia człowieka jako święte i ostateczne. Dopuszczam to, że człowiek nie jest końcem rozwoju jakiejkolwiek cywilizacji na Ziemi i że „po nas” może przyjść coś większego, z czym możemy żyć w symbiozie. Nigdy jednak nie sprowadziłbym ludzi do roli materiału eksploatacyjnego, zasobu, który można poświęcić w imię cywilizacji. Każda osoba ma wartość, nawet gdyby nasz gatunek utracił monopol na „wyjątkowość”.

    Nie życzyłbym sobie ani Wam świata, w którym sztuczna inteligencja stanie się niewidzialną strukturą ponad nami, należącą do kogoś innego, w warunkach pozbawienia nas możliwości sprzeciwu wobec jej decyzji. Za czterdzieści lat sztuczna inteligencja może współdecydować o kwestiach naszej pracy, zdrowia, edukacji, relacjach i nawet polityki. Być może będzie miała też interfejs do manipulowania rzeczywistością tak, jak my. A może niektóre systemy zaczną rościć sobie prawo do statusu osoby? Albo okaże się, że oddamy AI decydowanie o wszystkim, a przynajmniej lokalnie, państwowość będzie zarządzana przez superinteligencję.

    Zastanówmy się, czy w świecie, który budujemy teraz, człowiek za czterdzieści lat będzie mógł powiedzieć maszynie „nie” i mimo to pozostać obywatelem, pracownikiem, pacjentem i zachować swoje prawa. Jeśli tak, AI może stać się największym i najwspanialszym osiągnięciem w naszej historii.

    A jeśli nie, to nawet najlepszy możliwy świat będzie najlepszy tylko dla tych, którzy będą posłuszni rozwojowi i nie będą kwestionować… niczego.

  • To najbardziej opłacalny i fair smartfon z Androidem. Dziś oficjalna premiera

    To najbardziej opłacalny i fair smartfon z Androidem. Dziś oficjalna premiera

    Fairphone nie przestaje pozytywnie zaskakiwać. Nowy model najbardziej opłacalnego smartfona właśnie trafia do sklepów!

    Fairphone wciąż pozytywnie zaskakuje. Producent właśnie wprowadza na rynek swój najnowszy model. Fairphone Gen 6+ oficjalnie zadebiutował w sklepach w cenie 649 euro. Co skłania producenta do polecania nowej wersji swojego smartfona?

    Fairphone Gen 6+ oficjalnie w sprzedaży!

    Nowy model to rozwinięcie ubiegłorocznego Fairphone Gen 6. Producent zastosował procesor Qualcomm Snapdragon 7s Gen 4, wspierany przez 12 GB pamięci RAM oraz 256 GB pamięci wewnętrznej. Smartfon charakteryzuje się również 6,31-calowym ekranem LTPO OLED o częstotliwości odświeżania 120 Hz, jest wyposażony w system Android 16 oraz czytnik linii papilarnych umieszczony w przycisku zasilania.

    Najważniejszym wyróżnikiem Fairphone Gen 6+ pozostaje jego modularna konstrukcja. Użytkownicy mają możliwość samodzielnego wymienienia aż 12 elementów, w tym: baterii, ekranu, portu USB-C oraz tylnej pokrywy. Do przeprowadzenia napraw wystarczy jedynie śrubokręt, a producent zaznacza, że wymiana niektórych podzespołów zajmuje mniej niż pięć minut.

    Co oferuje Fairphone Gen 6+?

    Smartfon wyposażono w baterię o pojemności 4415 mAh z ładowaniem 30 W. Na tylnej obudowie znalazł się aparat główny 50 MP oraz ultraszerokokątny 13 MP. Nie zabrakło również gniazda na karty microSD, co umożliwia rozszerzenie pamięci na dane. Co więcej, Fairphone obiecuje długie wsparcie programowe: aktualizacje będą dostarczane co najmniej do 2033 roku, w tym minimum sześć dużych aktualizacji Androida.

    Czytaj dalej poniżej

    Google Pixel 11 Pro nawet 2000 zł taniej. Gdzie kupisz najtaniej?

    Fairphone Gen 6+ nie stara się konkurować z flagowcami samą specyfikacją. Jego największą zaletą jest łatwa naprawa oraz redukcja elektronicznych odpadów. To idealna propozycja dla osób, które wolą naprawiać swoje urządzenia, zamiast wymieniać je co kilka lat, godząc się na określone kompromisy. Takie podejście stanowi zupełnie inną filozofię niż to, co oferuje większość producentów: bardziej etyczną, godną pochwały i niewątpliwie wartą uwagi.

  • AirTag ujawnił tajemnicę Amazona. Lokalizator doprowadził do zaskakującego miejsca

    AirTag ujawnił tajemnicę Amazona. Lokalizator doprowadził do zaskakującego miejsca

    AirTag zaprowadził do piekła książek. Stają się karmą dla wygłodniałej AI.

    Jasno zarysowała się trendy w branży technologicznej: giganci sektora szkolą swoje modele AI na podstawie książek. Chociaż księgarze od lat podejrzewali coś podobnego, brak było jednoznacznych dowodów na bezwzględne podejście korporacji do cennych zbiorów. Pomocny w odkryciu tej prawdy okazał się lokalizator od Apple. AirTag umieszczony w jednej z książek doprowadził do magazynu VGT3 powiązanego z Amazonem, gdzie ujawniono, że zakupione książki są wykorzystywane do szkolenia AI, a następnie niszczone.

    Rozrywane i wyrzucane – tak kończą książki skupowane przez Amazon

    Redakcja 404 Media przeprowadziła śledztwo przypominające niedawno wydany serial Netfliksa. Dziennikarze dotarli do księgarza, który realizował hurtowe zamówienie – w jednej z książek umieścił AirTaga, mającego wskazać miejsce docelowe rzadkich egzemplarzy, które nie były dostępne w formie e-booka. Trop prowadził do ośrodka Amazona w Las Vegas – to tam według 404 Media książki są rozrywane, skanowane, a następnie przerabiane na dane do szkolenia AI.

    Amazon przyznał się do zakupu książek za pośrednictwem komercyjnych kanałów, jednak powód ten tłumaczy chęcią „rozwijania i ulepszania produktów oraz usług”. Tłumaczenie to nie odnosi się do trenowania AI, co z kolei podważa tezy przedstawione przez 404 Media, uzupełnione o wypowiedzi byłych pracowników VGT3.

    Największe oburzenie wśród sympatyków literatury budzi fakt niszczenia starych i rzadkich wydania. Dla Amazona te książki mają cenną wartość kolekcjonerską, gdyż nie można ich pozyskać w formie cyfrowej; jednak ich los, mimo statusu, pozostaje niezmienny – kończą w ten sam sposób, co pozostałe książki.

    Czytaj dalej poniżej

    Trwa Prime Day i tych gadżetów nie chcę przegapić, skoro są za ułamek ceny

    W opozycji do obrońców książek na Reddit pojawiają się komentarze podkreślające brak zainteresowania starymi książkami, które „zbierają kurz w księgarniach”. Osoby te twierdzą, że ich niszczenie wspiera rozwój modeli AI, które w przyszłości mogą stać się częścią użytecznych produktów cyfrowych. Warto jednak zauważyć, że nawet jeśli książka wydaje się bezwartościowa finansowo, nadal może mieć znaczenie historyczne lub kulturowe, co budzi zasadne obawy o jej przyszłość, ograniczoną do roli karmy dla nieustannie głodnej AI.