Autor: admin

  • 1500 km nowym Renault Clio w gazie. Auto z LPG może być cool

    1500 km nowym Renault Clio w gazie. Auto z LPG może być cool

    LPG zazwyczaj kojarzy się głównie z oszczędnością, ale Renault Clio Eco-G 120 udowodniło, że można połączyć to z przyjemnością z jazdy.

    W dobie, gdy na naszych ulicach coraz więcej jest samochodów elektrycznych i hybrydowych, pojazdy zasilane gazem stają się coraz rzadszym widokiem. To szkoda, zwłaszcza że w obliczu rosnących cen paliw instalacja LPG wydaje się być doskonałym rozwiązaniem dla naszego portfela. Szczególnie, gdy mówimy o fabrycznej instalacji, która jest oferowana tylko przez nieliczne marki motoryzacyjne. Renault, na przykład, proponuje fabryczne LPG w nowym Clio oraz w modelu Symbioza. Miałem okazję przetestować nowego Renault Clio w wersji Eco-G 120 i sprawdzić, czy „auto na gaz” wciąż może być atrakcyjne. W ciągu ponad 1500 kilometrów jazdy za tym modelem zdążyłem się nim zafascynować.

    LPG już nie oznacza nudnej jazdy. Nowe Clio skutecznie rozprawia się ze stereotypami

    Nie tak dawno patrzono na LPG z pewnym politowaniem, a dziś, tankując paliwo za około 3 złote za litr, dostrzegłem zazdrość w oczach niektórych kierowców na stacji. Dobrze zainstalowane LPG zdecydowanie nie wiąże się już z niskimi osiągami i nudnym prowadzeniem, co udowodniło mi Renault Clio VI.


    Do testów otrzymałem wersję Eco-G 120 z automatyczną skrzynią biegów EDC – warto podkreślić, że to rzadkość w segmencie samochodów z fabrycznym LPG, które zazwyczaj wiążą się z manualną skrzynią. Pod maską pracuje trzycylindrowy, turbodoładowany silnik o pojemności 1,2 litra z bezpośrednim wtryskiem, co czyni go odmianą benzynową TCe 115 przystosowaną do gazu. Efektywność tego rozwiązania równa się 120 KM i 200 Nm, co oznacza wzrost mocy o 20 KM i momentu obrotowego o 30 Nm w porównaniu z Eco-G 100 z poprzedniego modelu Clio.


    Przeniosłem się bezpośrednio z elektrycznego Renault 5, więc na początku brak natychmiastowego momentu obrotowego był odczuwalny. Na szczęście, zmiana ta została złagodzona przez system multimedialny openR Link, oparty na Android Automotive – cyfrowe zegary i dotykowy ekran są ze sobą spójne. Testowane Clio przyspiesza do setki w 9,8 sekundy, co nie czyni go samochodem wyścigowym, ale w trybie Comfort i Sport dynamika jazdy po mieście jest całkowicie wystarczająca. Automat działa płynnie i dyskretnie – w codziennej jeździe wygoda prowadzenia idzie w parze z dobrą precyzją, a na trasie zawsze jest sporo zapasu do wyprzedzania.

    Czytaj dalej poniżej


    BMW, co wy robicie? Reklamy w twoim własnym samochodzie

    Jedyne zastrzeżenia można mieć do zmian przełożenia przy niskich obrotach, co szczególnie odczuwalne jest w trybie ekonomicznym. Używałem go najczęściej w mieście, ponieważ celem testów było uzyskanie jak najniższego spalania. A skoro o spalaniu mowa, przejdźmy do kluczowego tematu tego wpisu, czyli LPG, będącego obok skrzyni EDC najważniejszą cechą tego modelu.

    Samochód na trudne czasy. Przejechanie 100 km kosztowało mnie około 21 zł

    Zbiornik gazu zwiększył pojemność o 25 procent, z 40 do 50 litrów, a w połączeniu z 39-litrowym bakem benzynowym daje to łącznie zasięg do 1450 kilometrów. W testach jeździłem wyłącznie na gazie, choć do rozruchu auto zużywa także niewielką ilość benzyny. Renault deklaruje zużycie LPG na poziomie 6,5 l/100 km, jednak w moim przypadku wyniosło ono dokładnie 7 l/100 km, co można uznać za naprawdę dobry wynik – francuscy testerzy osiągnęli od 6,5 l przy jeździe na trasie do ponad 8 l w mieście.


    Przełączanie na benzynę następuje automatycznie po opróżnieniu zbiornika gazu, ale możemy to zrobić również ręcznie za pomocą przycisku na desce rozdzielczej – czas reakcji jest błyskawiczny, podobnie jak przełączenie na LPG po uruchomieniu silnika. Cały proces trwa dosłownie kilkadziesiąt sekund. Należy jednak zaznaczyć, że kosztem tego typu instalacji jest nieco mniejszy bagażnik, oferujący 260 litrów przestrzeni. Niemniej jednak, patrząc na koszty przejechania 100 km – w przypadku Renault Clio Eco-G 120 wynosiło to około 21 zł – można to zrozumieć.

    Radość z jazdy i estetyki – nowa generacja Renault Clio to naprawdę ładne auto

    Na koniec chciałbym zaznaczyć coś, co być może umyka wielu recenzjom nowej generacji Clio – to naprawdę atrakcyjnie wyglądający samochód. W porównaniu do poprzednika, auto zwiększyło długość o 67 mm, szerokość o 39 mm i rozstaw osi o 8 mm. Typowa, miejska sylwetka ustąpiła miejsca bardziej sportowemu wyglądowi.



    Przód samochodu przyciąga uwagę osłoną chłodnicy z motywami rombów i wąskimi, głęboko osadzonymi reflektorami. Charakteru dodają również sygnaturowe światła LED w kształcie litery C, które doskonale uzupełniają „wężowe” spojrzenie nowego Clio. Miałem okazję testować wersję w kolorze zielonym, ale do wyboru jest aż siedem odcieni – z mojego punktu widzenia, najładniej prezentuje się wersja czerwona.


    Wnętrze jest proste, ale schludnie zaprojektowane, zgodne z dotychczasową stylistyką Renault. Wspomniany wcześniej system multimedialny openR Link jest zarówno czytelny, jak i wygodny w obsłudze. Na plus należy zaliczyć także klimatyzację obsługiwaną za pomocą fizycznych przycisków, dedykowany przycisk do wyłączania oraz włączania funkcji wspomagania kierowcy, a także podświetlane elementy w drzwiach, które nadają wnętrzu elegancji.


    Choć plastikowe elementy są sztywne, podczas jazdy nie wydają żadnych nieprzyjemnych dźwięków. Hałas staje się odczuwalny tylko przy szybszej jeździe, gdyż nowe Clio średnio radzi sobie z szumami aerodynamicznymi. Jednakże, biorąc pod uwagę, że to auto jest zdominowane przez miejskie warunki, takie problemy są znikome.

    Jeśli byłbym młodym kierowcą, z pewnością rozważyłbym Renault Clio Eco-G 120. Młodzi kierowcy często poszukują połączenia atrakcyjnego wyglądu, dynamiki i niskiego zużycia paliwa, a szósta generacja Clio z fabrycznym LPG doskonale wpisuje się w te wymagania. Testowana przez mnie wersja to model Techno, z rozszerzeniami, w tym pakietem safety & driving, bezprzewodową ładowarką oraz usługami łączności przez 8 lat – jej cena wynosi 106 100 zł. Natomiast Eco-G 120 w wersji evolution zaczyna się od 91 900 zł.

  • Taki detektor w swoim smartfonie byś pokochał. Chińczycy szokują świat

    Taki detektor w swoim smartfonie byś pokochał. Chińczycy szokują świat

    Aktywny obszar nowego sensora ma zaledwie 20 x 20 mikrometrów, a jego zastosowanie może prowadzić do opracowania smartwatcha, który będzie w stanie śledzić łodzie podwodne zanurzone w głębinach oceanu. Dane opublikowane w Physical Review Letters wskazują na stworzenie detektora, który bez problemu zmieści się w smartwatchu i charakteryzuje się wysoką odpornością na szum generowany wraz ze wzrostem głębokości obiektu.


    Zespół złożony z naukowców z Chińskiej Akademii Nauk oraz Eastern Institute of Technology opracował miniaturowy sensor wykorzystujący anomalny efekt Halla. Badanie przeprowadzone w lipcu br. w Physical Review Letters dostarcza cennych informacji na temat osiągnięć zespołu. Przy częstotliwości 1 Hz urządzenie uzyskało zdolność wykrywania pola magnetycznego na poziomie 15,7 nanotesli na pierwiastek z herca. To niemal dziesięciokrotna poprawa w porównaniu do wcześniejszych sensorów wykonanych z materiałów ferromagnetycznych, do których badacze porównali swoje osiągnięcie.

    Większa czułość to większy szum? Nie tutaj

    Czujniki Halla rozpoznają pole magnetyczne dzięki napięciu, które pojawia się poprzecznie do płynącego prądu. Są małe, szybkie i zasadniczo proste, co sprawia, że z powodzeniem znajduje się je w telefonach, zegarkach, samochodach i właściwie wszędzie tam, gdzie dokonuje się jakichkolwiek pomiarów. Problem pojawia się jednak w przypadku próby wychwytywania bardzo słabych pól: zwiększanie czułości wzmacnia jednocześnie zakłócenia, szczególnie przy niskich częstotliwościach. W takim przypadku użyteczny sygnał może zniknąć w szumie generowanym przez materiał sam w sobie.

    Źródłem części tego szumu są tzw. tekstury spinowe, które reprezentują przestrzenne układy mikroskopijnych momentów magnetycznych w materiale. Charakteryzują się one drganiem, przesuwaniem się oraz przechodzeniem między stanami, co wpływa na napięcie mierzone przez sam sensor. Chiński zespół stworzył model, który łączy szum z charakterystyczną częstotliwością tej dynamiki. Pomiary wykazały związek odwrotny — im szybciej ewoluowały tekstury spinowe, tym niższy był rejestrowany szum na niskich częstotliwościach.

    Syntetyczny ferrimagnetyk oddzielił czułość od zakłóceń

    Badacze zaprojektowali wielowarstwową strukturę tworzącą syntetyczny ferrimagnetyk, w którym interakcje między warstwami przyspieszają dynamikę tekstur spinowych. Kluczowa była tutaj grubość warstw oraz obróbka cieplna (w kontekście dokładności), a anizotropia magnetyczna musiała zostać dostrojona do obszaru reorientacji spinów. Udało się w ten sposób ograniczyć szum, zachowując jednocześnie silną reakcję materiału na zewnętrzne pole. To właśnie jest kluczowym osiągnięciem badaczy: miniaturowy detektor łodzi podwodnych to jedynie demonstracja skali ich możliwości.

    Czytaj dalej poniżej

    Miesiąc bez smartfona jak nowe życie. To wyzwanie ratuje mózg
    Wyobraźcie sobie znacznie bardziej zaawansowane, mniej inwazyjne sensory umieszczane w urządzeniach medycznych. Takie możliwości dotyczą także smartwatchów i smartbandów.

    Sensor wykorzystuje anomalny efekt Halla, charakterystyczny dla materiałów magnetycznych, związany z ich namagnesowaniem oraz oddziaływaniem spin-orbita. Aktywna część sensora zajmuje kwadrat o boku 20 mikrometrów: to znacznie mniej niż średnica ludzkiego włosa. Jednak kompletny detektor, wraz z elektroniką sterującą, zasilaniem i obróbką sygnału, nie będzie tak mały jak wspomniany włos. Badanie dotyczy elementu pomiarowego wykonanego i przetestowanego w warunkach laboratoryjnych, więc ostateczny produkt może być nieco większy.

    Co z tymi okrętami?

    Stalowy kadłub okrętu zakłóca ziemskie pole magnetyczne, dlatego magnetometry od lat uzupełniają sonary w systemach wykrywania anomalii magnetycznych. Oczekiwano wzmianków, że nowy sensor mógłby rozpoznać okręt z odległości około 500 metrów. Jednak warto tu zaznaczyć, że nie przeprowadzono jeszcze badań, które wskazywałyby na realną analizę z okrętem. Nie posiadamy także konkretnego modelu kadłuba ani raportu z testów morskich. Zasięg działania zależy od wielu czynników, w tym efektywności odfiltrowywania zakłóceń. Jest to obiecujące, lecz… do momentu przeprowadzenia rzeczywistych testów, warto podchodzić do tego z ostrożnością. Mimo to, nie można tego uznać za niemożliwe.

    Czytaj również: Jeżeli chcesz poczuć się jak w filmie szpiegowskim, ten smartwatch jest dla Ciebie.

    Kierujemy się w stronę coraz lepszych sensorów: mniejszych i bardziej precyzyjnych. To dobra wiadomość, nie tylko w kontekście „smartwatchy z możliwością wykrywania łodzi podwodnych”.

  • Rosjanie używają układów NVIDII w atakach na Ukrainę. Są na to dowody

    Rosjanie używają układów NVIDII w atakach na Ukrainę. Są na to dowody

    Wnętrze rosyjskiej rakiety manewrującej S-71M „Monochrom” ujawniło obecność modułu Nvidia Jetson Orin NX z 16 GB pamięci. Jest to sprzęt zaprojektowany dla urządzeń o określonym poziomie autonomii. Obecnie pojawia się kilka pytań: skąd Rosja zdobyła te układy i jakie algorytmy zostały w nich zaimplementowane.


    Informację tę przekazał światu Główny Zarząd Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy. Na udostępnionych zdjęciach widać uszkodzony moduł z wyraźnym oznaczeniem TE980M-A1, co odpowiada wersji Jetson Orin NX 16 GB. Zgodnie z doniesieniami ukraińskiego wywiadu, jego obecność może sugerować zastosowanie technologii opartej na sztucznej inteligencji w rakiecie (choć nie jest to pewne). Jednak sama identyfikacja sprzętu nie dostarcza informacji o oprogramowaniu ani zasadach funkcjonowania całego systemu naprowadzania.

    Jetson Orin wykonuje lokalne obliczenia oparte na AI

    Ten moduł nie sprawdzi się w dużych centrach danych, ale stanowi kompletny system obliczeniowy dla robotów, dronów i innych urządzeń o różnym poziomie autonomii. Wersja 16 GB łączy procesor ARM, układ graficzny o architekturze Ampere, pamięć LPDDR5 oraz jednostki akceleracyjne dla technologii „computer vision” i deep learning. W momencie debiutu Nvidia deklarowała wydajność układu na poziomie do 100 TOPS, co odpowiada 100 bilionom operacji na sekundę, przy rozsądnym zużyciu energii w przedziale od 10 do 25 W. To umożliwia lokalną analizę danych z kamer i sensorów, bez potrzeby stałego połączenia z serwerem, który odbierałby i przetwarzałby dane.

    Ta charakterystyka pasuje do opisanych możliwości S-71M, rakiety manewrującej zdolnej do działania z udziałem operatora lub w trybie autonomicznym. Komputer pokładowy może odpowiadać za: rozpoznawanie obiektów, łączenie danych z sensorów czy wspomaganie nawigacji, nawet w warunkach zakłócania sygnału. Trudno jednak stwierdzić, które z tych zadań, jeśli w ogóle, były realizowane przez wspomniany moduł Jetson, ani czy korzystał on z modeli uczenia maszynowego. Na chwilę obecną nie mamy podstaw do tego, by twierdzić, że rakieta samodzielnie wybierała cel i podejmowała decyzję o ataku. Moja opinia jest taka, że zaprogramowano jej konkretny cel, a układ odpowiadał za precyzyjne trafienie.

    Skąd Rosja pozyskuje Jetsony?

    To istotne pytanie, które warto zadać. Nvidia ogłosiła o globalnej dostępności tego modelu Jetson w 2023 roku. Zważając jednak na fakt, że po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji na Ukrainę firma wstrzymała bezpośrednią sprzedaż do Rosji, a następnie zakończyła swoją działalność w tym kraju, sytuacja staje się bardziej skomplikowana. Ten model nie mógł więc trafić do rosyjskiego odbiorcy (w żadnym przypadku) poprzez regularną sprzedaż prowadzoną przez lokalne struktury Nvidii przed ich likwidacją. Można więc przypuszczać, że Rosja mogła sprowadzić te układy z pomocą swoich licznych przyjaciół, którzy z powodzeniem omijają sankcje.

    Czytaj dalej poniżej

    Laptopy z procesorami NVIDIA? Premiera może być szybsza, niż myślimy

    Nvidia wskazuje, że Jetsony są produktami dostępnymi na rynku, a ich obecność w obiegu wtórnym utrudnia śledzenie każdego egzemplarza. Potencjalny łańcuch dostaw mógł prowadzić przez pośredników, resellerów lub, jak wcześniej zasygnalizowano, zaprzyjaźnione państwo trzecie. Na tym etapie kończą się dostępne dane z GUR. Teraz można dostrzec, na jak niewiele zdają się tego typu sankcje: jeszcze bardziej ironiczne są np. sankcje ogłoszone przez Trumpa wobec Chin w zakresie chipów. Naprawdę sądzicie, że tacy giganci, jak Chiny, nie znajdą sposobu na ich omijanie?

    Technologia podwójnego zastosowania

    Jetson Orin to doskonały przykład sprzętu, którego cywilne przeznaczenie nie wyklucza zastosowania w sektorze militarnym. Ten moduł może sterować robotem w magazynie lub w hali produkcyjnej, analizować obraz z kamer przemysłowych, a nawet… przetwarzać dane z sensorów rakiety. Ukraiński wywiad wykazał również obecność innych zagranicznych komponentów, w tym elektroniki z Chin, w rosyjskiej broni. Dla Zachodu stanowi to poważny problem związany z kontrolowaniem długich i rozproszonych łańcuchów dostaw.

    Czytaj również: Rosja zagraża nam także z kosmosu. Przed takim atakiem trudno się bronić.

    GUR po raz kolejny natrafił na tego typu zaskoczenie. Jeden nadpalony moduł nie dostarczy nam niestety odpowiedzi na pytania: kto go kupił, ile takich egzemplarzy trafiło do Rosji, ani czy jakiekolwiek przepisy zostały formalnie naruszone. Jedyne, co wiadomo, to to, że układ, który pojawił się na rynku po wycofaniu się Nvidii z rosyjskiego rynku, znalazł się w nowym, niebezpiecznym systemie uzbrojenia. Teraz pojawia się pytanie, czy uda się odtworzyć jego drogę do Rosji – czuję, że raczej będzie to trudne.

  • W tym roku nie kupię iPhone’a. Jeżeli też poczekasz, będziesz mi wdzięczny

    W tym roku nie kupię iPhone’a. Jeżeli też poczekasz, będziesz mi wdzięczny

    Posiadam w domu dwa iPhone’y 15 Pro Max: swój oraz mojej partnerki. Zakupiliśmy je w jednym momencie, podejmując decyzję o połączeniu naszych ekosystemów. Moja druga połówka przesiadała się z ostatniego flagowego modelu Huaweia, z czasów, gdy te telefony miały jeszcze dostęp do usług Google’a. Ja natomiast przesiadałem się z iPhone’a 12. W obu przypadkach różnicę poczułem natychmiast. Tego samego (przynajmniej ja), oczekuję od następcy „piętnastki”.

    Po trzech latach nadal jesteśmy zadowoleni. To nie tak, że nie odczuwamy upływu czasu. Kondycja baterii spadła do około 87-89 proc., obudowy potrafią się lekko nagrzewać, a pod większym obciążeniem iOS nie działa już tak płynnie jak kiedyś. To jednak nie jest poziom, który skłoniłby mnie do natychmiastowej wymiany.

    Dlatego we wrześniu nie zamierzam kupić iPhone’a 18 Pro Max. To z pewnością nie będzie zły telefon; wręcz przeciwnie. Będzie zapewne bardzo dobry, dopracowany i przewidywalny. Nie chcę jednak wydawać kilkunastu tysięcy złotych na dwa urządzenia, w których różnice będą praktycznie niezauważalne. Tym bardziej, że za rok szykujemy się na premierę, która może zrewolucjonizować rynek telefonów Apple.

    Czytaj także: iPhone 18 doczeka się ważnego upgrade’u. Wszyscy to odczują

    iPhone 18 Pro Max: zmiany, które wstrząsną i… niewiele

    Na kilka tygodni przed premierą, już niemal wszystkiego o modelach 18 Pro i 18 Pro Max możemy się dowiedzieć. Apple ma zaprezentować te modele jesienią, natomiast standardowy iPhone 18 najprawdopodobniej zadebiutuje dopiero wiosną 2027 roku. Flagowcom towarzyszyć będzie także prawdopodobnie pierwszy składany iPhone, znany przez większość jako iPhone Ultra.

    Czytaj dalej poniżej


    Nowy iOS przyniesie coś specjalnego. iPhone potrzebuje tej funkcji

    W 18 Pro Max oczekujemy układu A20 Pro wykonanego w technologii 2 nm, autorskiego modemu C2, mniejszej wysepki na górze, 48-megapikselowego aparatu głównego ze zmienną przysłoną oraz akumulatora większego o niemal 10 proc. w porównaniu do tego w iPhone’ie 17 Pro Max. Tył ma być bardziej zwięzły, ale ogólny kształt pozostanie rozwinięciem konstrukcji wprowadzonej rok wcześniej. Lista przewidywanych zmian jest długa. Która z nich będzie jednak na tyle rewolucyjna, aby już teraz zachwycać się naszymi obecnymi urządzeniami? Odpowiedź jest prosta: takich nie dostrzegam.

    Pewnie: zyskałbym szybszy układ, lepszy aparat, dłuższy czas pracy baterii oraz skuteczniejsze chłodzenie (ech, ten tytan w 15-tkach…). Po kilku dniach pewnie zapomniałbym, że kupiłem nowy telefon i… byłbym lżej o ponad „dychę”. Pracowałbym na nim niemal tak samo, zdjęcia Yody (dla niezorientowanych: mojego chihuahua) nadal byłyby dobre (oczywiście lepsze, ale czy rewolucyjnie lepsze?), a spędzanie czasu na TikToku wieczorami wyglądałoby dokładnie tak samo.

    Ale przejdźmy do najważniejszego. Czym jest dla mnie „dobra przesiadka”? To nie polega na tym, że nowy telefon wykonuje stare zadania o kilka procent szybciej. Musi dostarczyć wyraźne poczucie zmiany także wtedy, gdy nie zajmuję się porównywaniem starych i nowych modeli. iPhone 18 Pro Max prawdopodobnie tego warunku nie spełni. A przynajmniej takie mam wrażenie. Jest również silny argument za tym, by poczekać rok. Tylko rok: w branży technologicznej to czasami przedsionek do nowej epoki… ale, Moi Drodzy, smartfony rozwijają się dzisiaj wolniej. Mogę sobie na to pozwolić.

    Nie zamierzam płacić za betatesty iPhone’a Ultra

    Składany iPhone jest znacznie ciekawszy, to fakt. Ma otrzymać zewnętrzny ekran o przekątnej około 5,5 cala i wewnętrzny wyświetlacz o wymiarach około 7,8 cala. Po rozłożeniu stworzy więc coś w rodzaju kieszonkowego iPada mini. Cena może jednak przekroczyć 2000 dolarów, a ograniczona produkcja może sprawić, że w Polsce nie dostaniemy go w pierwszym rzucie.

    Pierwszą generację chętnie obejrzę, ale niekoniecznie zakupuję. Składany ekran, zawias, różne aparaty działające w różnych trybach oraz iOS przeskakujący między dwoma formatami wyświetlacza to mieszanka, w której dostrzegam pewne ryzyko: tzw. „problemy wieku dziecięcego”. Choć Apple długo czekało na decyzję o wejściu w tę niszę, nie wierzę, że unikną wszelkich kłopotów przy wprowadzeniu pierwszej generacji „składaka”.

    Niech więc ktoś zrecenzuje ten telefon za mnie: w kolejce są z pewnością Tomek Popielarczyk, Kamil, Grzesiek Marczak, Tomek Szwast, Konrad… a może ktoś z niewymienionych. Z zainteresowaniem obejrzę ich pierwsze wrażenia, a jeśli się uda, to także sam przyjrzę się temu urządzeniu. Niech pierwsi nabywcy sprawdzą trwałość ekranu, baterię, temperatury i działanie aplikacji w momentach przejścia między interfejsem kieszonkowym a „iPad-owym”, po rozłożeniu. Jeżeli Ultra okaże się świetny, jego druga generacja będzie jeszcze lepsza. Jeśli okaże się jedynie ładnym prototypem sprzedawanym w cenie laptopa, to będę szczęśliwy, że nie wydałem fortuny na eksperyment.

    Czekam więc na iPhone’a 20

    W 2027 roku minie 20 lat od premiery pierwszego iPhone’a. Dziesięć lat wcześniej Apple postanowiło pominąć numer 9 i po iPhone’ach 8 zaprezentowało jubileuszowego iPhone’a X. Nie jest to informacja potwierdzona, ale wręcz „oczekiwana”, ponieważ nie wyobrażam sobie, by Apple świętowało 20-lecie swojego produktu, wprowadzając nazwę, która nie pasuje do skali osiągnięcia polegającego na utrzymaniu swojego flagowego sprzętu przez dwie dekady.

    Apple pracuje nad telefonem z zakrzywionym szkłem, ekranem pozbawionym widocznych „dziurek” i konstrukcją znacznie bliższą jednolitej tafli niż obecne modele. To mogłoby być największe wizualne odejście od czasów iPhone’a X. Nie brakuje głosów spośród analityków, że radykalny projekt został skasowany z powodu niskich wskaźników produkcyjnych, natomiast Mark Gurman z Bloomberga utrzymuje, że jubileuszowy, szklany iPhone nadal znajduje się w zaawansowanych testach. Na dwoje babka wróżyła… ale nie zakładam, że Apple nas rozczaruje.

    Rok to dużo, a ja chciałbym ten czas „kupić”. Jesienią 2027 roku nasze iPhone’y 15 Pro Max będą miały cztery lata, jeszcze słabsze baterie i cztery generacje dystansu od nowego układu. Wówczas wymiana będzie wymuszona różnicą: uzasadnioną, niewymuszoną i nienaznaczoną pierwiastkiem gadżetów, którym od czasu do czasu staję się. Lubię mieć ładne, dobre i nowe rzeczy, ale tylko pod warunkiem, że są one wyraźnie lepsze od tego, co mam teraz. Gdybym kupił iPhone’a 18 teraz, a za rok pojawił się rewolucyjny iPhone 20… miałbym powody do żalu za wydanymi pieniędzmi. Po prostu.

    Czytaj także: iPhone 20 będzie wyjątkowy. Tak Apple będzie świętowało okrągłą rocznicę

    Spójrzcie zresztą na to z tej perspektywy: jeśli jubileuszowy model rzeczywiście przyniesie rewolucję, dostanę dokładnie to, na co czekam. Jeśli nie, iPhone 18 Pro Max cały czas będzie czekał na mnie na rynku: tańszy, gruntownie przetestowany i być może po jednej rewizji. Wygram w każdym przypadku.

    Dlatego w tym roku zostaję przy iPhonie 15 Pro Max. Działa, spełnia swoje zadania, nie wymaga dodatkowych wydatków. Zalecam Wam to samo, ponieważ teraz możecie mieć lub nowy telefon z bólem głowy za rok, że jest tak wyraźnie lepszy i ładniejszy, lub możliwość zakupu poprzedniego modelu w lepszej cenie, niż ta wskazywana przez media jako premierowa. Tak, czy siak, macie szansę zyskać razem ze mną. Co o tym myślicie?

  • iPhone na raty? Uważaj, bo stracisz mnóstwo kasy

    iPhone na raty? Uważaj, bo stracisz mnóstwo kasy

    Planujesz zakup nowego telefonu, ale niekoniecznie chcesz płacić gotówką? Sprawdźmy, jakie alternatywy oferują sprzedawcy, gdy interesuje nas nowy iPhone. Raty, abonament, a może płatność w całości? Zobaczmy, która opcja jest najbardziej opłacalna.

    Nowy iPhone od Apple w oficjalnym sklepie

    Oficjalna cena iPhone 17 Pro wynosi 5799 zł za wersję z 256 GB pamięci. Taka kwota nadal widnieje na stronie Apple, jednak rzeczywisty koszt zakupu może być niższy (lub wyższy) w zależności od miejsca zakupu. Ceny różnią się również w zależności od dostępnych form płatności. Gdzie najlepiej kupić urządzenie od Apple? Rozpocznijmy od oficjalnego sklepu i sprawdźmy, co firma przygotowała dla polskich klientów.

    Ceny iPhone 17 Pro startują zatem od:

    • iPhone 17 Pro 256 GB – 5799 zł
    • 512 GB – 6799 zł
    • 1 TB – 7799 zł

    W przypadku standardowej wersji ceny są nieco niższe:

    • 256 GB – 3999 zł
    • 512 GB – 4999 zł

    Wersja Pro Max to już odpowiednio droższe opcje:

    • 256 GB – 6299 zł
    • 512 GB – 7299 zł
    • 1 TB – 8299 zł
    • 2 TB – 10 299 zł

    W oficjalnym sklepie Apple w Polsce dostępne są standardowe metody płatności, takie jak karty kredytowe, debetowe oraz Apple Pay, a także karty podarunkowe. Ceny nie ulegają zmianie, a opcja zakupu na raty nie jest obecnie dostępna. Jak sytuacja wygląda w innych sklepach online w Polsce?

    iPhone na raty? Sprawdzamy, ile to kosztuje

    Współczesny rynek oferuje dwa sposoby zakupu na raty – tradycyjne z oprocentowaniem oraz 0%. Pierwsza opcja rzadko się opłaca, ponieważ choć wysokość raty miesięcznej może być atrakcyjna, ostateczna kwota, jaką zapłacimy, będzie znacząco wyższa od ceny produktu. Jeśli jednak znajdziemy ofertę rat 0%, może się okazać, że to naprawdę korzystne rozwiązanie. W takim przypadku kwota produktu jest dzielona na równe raty, a my spłacamy jedynie cenę zakupu bez dodatkowych kosztów.

    Nasze poszukiwania iPhone’a na raty zaczynamy od sklepu internetowego Cortland, autoryzowanego dostawcy i sprzedawcy produktów Apple. W ofercie znajdziemy kilka wersji iPhone 17 Pro w różnych kolorach i pojemnościach. Standardowy iPhone 17 Pro 256 GB kosztuje w tym sklepie tyle samo, co w oficjalnym sklepie – 5799 zł, jednak mamy tu opcję zakupu na raty, które są oprocentowane. Ile finalnie zapłacimy za zakup tego modelu?

    • 10 rat – całkowity koszt 6089,09 zł (rata 608,91 zł)
    • 20 rat – 6379,17 zł (rata 318,96 zł)
    • 60 rat – 7539,06 zł (rata 125,65 zł)

    Jak widać, im dłuższy okres kredytowania, tym więcej zapłacimy bankowi. Nawet przy 10 ratach oddajemy prawie 300 zł więcej. Decydując się na zakupy na raty oprocentowane, warto porównać kilka ofert, odnosiąc się do całkowitego kosztu, a nie tylko do ceny samego produktu. Co ciekawe, może się okazać, że tańszy iPhone finalnie wyjdzie drożej z uwagi na wyższe oprocentowanie. Na przykład w Cortland iPhone 17 Pro kosztuje 5799 zł, a w 10 ratach zapłacimy 6089,09 zł. Natomiast w konkurencyjnym iDream ten sam model jest w promocji za 5599 zł, jednak w 10 ratach koszt wyniesie 6149,29 zł:

    Ile kosztuje iPhone na raty 0%?

    Na szczęście na polskim rynku wciąż bez trudności można znaleźć okazje z ratami 0%. Oznacza to, że kwota produktu jest dzielona na równe sumy, a my nie ponosimy żadnych dodatkowych kosztów, ani odsetek. Tego typu oferty są popularne w wielu sklepach, takich jak Media Expert, Media Markt czy innych. Często zdarzają się również specjalne promocje, w ramach których opcje na raty 0% można połączyć z obniżką ceny bazowej.

    W taki sposób telefon od Apple można nabyć na raty na 10 czy 20 miesięcy, nie dopłacając ani grosza ponad cenę oferowaną w sklepie. Na przykład w Media Expert iPhone 17 Pro 256 GB kosztuje 5499 zł, a w 10 ratach 0% zapłacimy 10 rat po 549,90 zł. Możemy także rozłożyć zakup na więcej rat, zachowując zerowe oprocentowanie. Ostateczny koszt pozostaje na poziomie 5499 zł.

    iPhone na abonament – ile to kosztuje?

    Pora sprawdzić, jakie oferty dla fanów Apple przygotowały polskie sieci komórkowe. Przyjrzyjmy się czterem największym operatorom i ich ofertom, zaczynając od sieci Plus, zakładając, że chcemy przenieść nasz numer. W ofercie Plus aktualnie dostępne są trzy pakiety takich umów.

    Plus – oferty na iPhone z abonamentem

    • L – 60 zł/mc po rabatach (nominalnie 100 zł), bez limitów na wszystko; od 25. miesiąca cena 95/105 zł (rabat/brak rabatu)
    • M – 60 zł/mc po rabatach (nominalnie 70 zł), rozmowy i SMS bez limitu, 60 GB internetu; od 25. miesiąca cena 65/75 zł
    • S – 40 zł/mc po rabatach (nominalnie 50 zł), rozmowy i SMS bez limitu, 6 GB internetu; od 25. miesiąca cena 45/55 zł

    Czas teraz na dobór telefonu – interesuje nas jedynie najnowsza seria od Apple. W sieci Plus dostępne są różne modele „siedemnastek”, od wersji podstawowej po Pro Max, a ceny będą różne w zależności od wybranej opcji rat. Zakładając 24 raty, oto jak wyglądają ceny:

    • iPhone 17 256 GB – rata 158,33 zł x 24 i dodatkowa opłata 399 zł na start – ŁĄCZNIE: 4198,92 zł
    • iPhone 17 Pro 256 GB – rata 227,08 zł x 24 i 599 zł opłaty na start – ŁĄCZNIE: 6048,92 zł
    • iPhone 17 Pro Max 256 GB – rata 245,82 zł x 24 i 649 zł opłaty na start – ŁĄCZNIE: 6548,68 zł

    Korzystniejsze mogą być w tym przypadku raty na 12 miesięcy. Jeśli zdecydujemy się na 1 rok, za iPhone 17 zapłacimy łącznie 3999 zł, za iPhone 17 Pro – 5798,96 zł, a za iPhone 17 Pro Max – 6298,84 zł. To ceny porównywalne z tymi w oficjalnym sklepie Apple, chociaż pamiętać trzeba, że do rat dolicza się abonament.

    Orange – oferty na iPhone z abonamentem

    Jak wygląda sytuacja w Orange? Przenosząc numer do tej sieci, mamy następujące opcje na abonament:

    Operator ten umożliwia bardziej elastyczne podejście do rat – możemy wybrać 6, 12, 24 lub 36 rat. Jak kształtują się ceny w przypadku iPhone 17 Pro 256 GB? Opłata na start wynosi 799 zł, która jest dość wysoka, ale raty są 0%:

    • 6 rat – 888 zł/msc – ŁĄCZNIE: 6127 zł
    • 12 rat – 444 zł/msc – ŁĄCZNIE: 6127 zł
    • 24 raty – 222 zł/msc – ŁĄCZNIE: 6127 zł
    • 36 rat – 148 zł/msc – ŁĄCZNIE: 6127 zł

    Jak widać, lợi mà trờ i zapłacona kwota na początku jest znaczna, ale liczba rat nie wpływa na oprocentowanie, które wynosi 0%. To bardzo korzystna opcja, dająca nam większą elastyczność.

    T-Mobile – oferty na iPhone z abonamentem

    Teraz przechodzimy do oferty od T-Mobile. Przenosząc numer na abonament, możemy skorzystać z opcji na 24 miesiące, a oferta jest nielimitowana za cenę 75 zł miesięcznie po rabatach. Dobierzmy telefon. W tym przypadku mamy tylko 24 miesiące płatności, ale operator pozwala na zmianę kwoty rat, co również wpływa na wysokość opłaty początkowej. Łączna cena urządzenia pozostaje niezmienna. Przykładowe ceny iPhone’ów to:

    • iPhone 17 256 GB – 3899 zł; raty: 100, 120, 140 i 160 zł, opłata na start od 59 do 1499 zł;
    • iPhone 17 Pro 256 GB – 6099 zł; raty: 180, 200, 220 i 240 zł, opłata na start od 339 do 1779 zł;
    • iPhone 17 Pro Max 256 GB – 6599 zł; raty: 180, 200, 220, 240 i 260 zł, opłata na start od 359 do 2279 zł;

    Oferujemy elastyczność, chociaż ceny smartfonów są wyższe niż sugerowane przez Apple – wyjątkiem jest model podstawowy, który jest w promocji.

    Play – oferty na iPhone z abonamentem

    Oto jak wyglądają abonamenty przy przenoszeniu numeru do Play:

    • S – 45 zł/miesiąc
    • S+ – 70 zł
    • M – 80 zł
    • L – 100 zł
    • Oferta HOMEBOX – 120 zł

    Ciekawie robi się przy doborze telefonu. W ofercie Play nie ma podstawowego modelu 17, dlatego sprawdzimy tylko wersje Pro i Pro Max. Okazuje się, że ich ceny są atrakcyjne. iPhone 17 Pro 256 GB kosztuje łącznie 5449 zł, co obejmuje 24 raty po 206,25 zł oraz opłatę początkową równą 499 zł. iPhone Pro Max 256 GB kosztuje 5949 zł (24 raty po 327,09 zł oraz opłata wstępna 499 zł). Finalnie, do obydwu telefonów należy doliczyć abonament (np. 100 zł za pakiet L). W rezultacie zapłacimy mniej, niż sugeruje Apple przez stronę.

    • iPhone 17 Pro 256 GB – łącznie 5449 zł (24 raty x 206,25 zł oraz opłata początkowa 499 zł)
    • iPhone 17 Pro Max 256 GB – 5949 zł (24 raty 327,09 zł oraz opłata początkowa 499 zł)

    To w rzeczy samej jedna z najlepszych ofert na iPhone na abonament w Polsce.

    Co w USA? Tam pojawił się specjalny leasing

    Ciekawostką jest oferta, jaką Apple przygotowało dla swoich klientów w USA. Na tamtejszym rynku zadebiutowała opcja leasingu iPhone’a we współpracy z Klarną, która ma zastąpić dotychczasowy system znany jako iPhone Upgrade System. Nowa opcja to Apple Upgrade, a ceny zaczynają się już od 17,99 USD za telefon (od 11,99 USD za Apple Watch oraz od 24,99 USD za Maca). Klienci mogą skorzystać z możliwości leasingu na rok lub dwa, a nawet dłużej, choć na mniej korzystnych warunkach.

    To odpowiedź Apple na rosnące ceny komponentów oraz wydłużający się czas użytkowania telefonów przez klientów. System leasingu konsumenckiego ma zachęcić do częstszej wymiany telefonu, chociaż w rzeczywistości jest to tylko jego wypożyczenie. Po roku lub dwóch (w zależności od umowy), telefon musi zostać zwrócony, mimo płaconych rat, lub odkupić go po cenie ustalonej przez Klarna.

  • Google Pixel 11 Pro nawet 2000 zł taniej. Gdzie kupisz najtaniej?

    Google Pixel 11 Pro nawet 2000 zł taniej. Gdzie kupisz najtaniej?

    Rewrite the following article in Polish, in a professional and engaging tone. Keep the structure, use headers H2 for key points. Article content:

    Premiera smartfonów z rodziny Google Pixel 11 już za nami, a obecnie trwa ich przedsprzedaż, która pozwala całkiem sporo zaoszczędzić przy zakupie.

    Możemy narzekać na ceny nowych smartfonów, bo kryzys na rynku pamięci sprawia, że ich ceny rosną coraz szybciej. Google można jednak w tym roku zaliczyć do wyjątków. Najnowsze Pixele z serii 11, biorąc pod uwagę wzrost minimalnej ilości pamięci na dane do 256 GB, nie podrożały wcale, jeśli nie liczyć flagowego modelu Pro XL. Na szczęście w trakcie przedsprzedaży jest kilka okazji aby zaoszczędzić na zakupie, albo odzyskać część wydanych środków. I właśnie te najciekawsze oferty dla was przejrzałem, bo okazuje się, że cenę flagowego modelu Pixel 11 Pro XL można zbić nawet o 2000 złotych.

    Media Expert z najlepszą ofertą

    Prawdopodobnie najlepszą ofertę na zakup nowych Pixeli na sklep Media Expert, który oferuje dodatkową zniżkę przy odkupie waszego poprzedniego smartfona. Najwięcej można zaoszczędzić przy zakupie właśnie Pixela 11 Pro XL, gdzie bonus to aż 1600 złotych. Co więcej, jeśli do odkupu dostarczycie inny smartfon z rodziny Pixel (od modelu 3 w górę) to dostaniecie dodatkowe 400 złotych rabatu (plus wycena starego telefonu). Dzięki temu Google Pixel 11 Pro XL 256 GB możemy kupić za mniej niż 4149 złotych. Standardowa cena tego modelu to 6149 złotych, a do wersji 512 GB trzeba dopłacić kolejne 550 złotych. Jak możemy zobaczyć na stronie z promocją, oddając model Pixel 9 Pro 128 GB zyskujemy dodatkowe 897 złotych rabatu, więc cena może spaść nawet grubo poniżej 4000 złotych. Nie jest to chyba jednak najlepsza opcja, bo Pixel 9 Pro na rynku wtórnym kosztuje niemal 2000 złotych, więc lepszą opcją wydaje się zwrot starszego smartfona.

    Fot. Konrad Kozłowski

    Przy zakupie modelu Google Pixel 11 Pro bonus jaki można uzyskać przy odkupie starego smartfona w Media Expert to dodatkowe 1200 złotych. Oznacza to, że cena bazowego modelu z 256 GB pamięci spada z 5199, na 3999 złotych, co wydaje się już wartością łatwiejszą do przełknięcia. Wreszcie zniżka na podstawowego Pixela 11 to 850 złotych. Oznacza to, że model Google Pixel 11 256 GB można kupić za 3499,99 złotych zamiast standardowych 4349,99 złotych. Przy tej różnicy cenowego względem modelu Pro, warto się pewnie zastanowić nad dopłatą do nieco lepszych aparatów. Tym bardziej, że Media Expert ma obecnie ofertę na raty 0%, co pozwala rozłożyć całą kwotę nawet na 30 miesięcznych płatności.

    Google Store zwraca gotówkę na konto

    Od kilku lat smartfony Pixel można też już w Polsce kupić w oficjalnym sklepie Google. Nie inaczej jest w przypadku modelu Pixel 11, które są dostępne obecnie w przedsprzedaży. Niestety Google nie funduje nam żadnych zniżek, a po zakupie dopisze do naszego konta środki o wartości 1600 złotych w przypadku Pixela 11 Pro XL, 1200 złotych przy zakupie Pixela 11 Pro lub 850 złotych dla bazowego Pixela 11. Środki te można wydać przez kolejny rok na inne zakupy w sklepie Google, co ogranicza nieco ich użyteczność. W ramach dodatkowej promocji, zamawiając Pixela 11 można też skorzystać ze zniżki w wysokości 255/300 (41/45 mm) złotych na zegarek Pixel Watch 5.

    Czytaj dalej poniżej

    Google Pixel 11 Pro ma zalety, o których nie mogę wam (jeszcze) powiedzieć

    Niezależnie od tego gdzie kupicie swojego Pixela 11 Pro lub 11 Pro XL, należy wam się też 6 miesięcy dostępu do pakietu Google AI Pro, w którym jest też 5 TB miejsca w chmurze Google (standardowa cena to 97,99 zł/mc) oraz 3 miesiące dostępu do usługi YouTube Premium (standardowa cena 29,99 zł/mc). Ostatecznie korzyści podczas zakupu w trakcie przedsprzedaży mogą sięgnąć ponad 2500 złotych, co z pewnością jest warte rozważenia. Trudno bowiem liczyć na rychłe obniżki najnowszej generacji smartfonów, jeśli problemy z zaopatrzeniem w bazowe komponenty nadal będą się nasialały.

  • ChatGPT odpala petardę. Nowa opcja to prawdziwe złoto

    ChatGPT odpala petardę. Nowa opcja to prawdziwe złoto

    ChatGPT zyskał nową funkcję, która może znacząco wpłynąć na sposób obsługi dokumentów. Użytkownicy płatnych planów mają teraz możliwość dodawania plików z Dysku Google bezpośrednio do biblioteki ChatGPT, co umożliwia ich otwieranie i edytowanie bez konieczności przełączania okien przeglądarki.

    To istotny krok w kierunku postrzegania ChatGPT nie tylko jako asystenta odpowiadającego na pytania, lecz także jako platformy, na której można efektywnie pracować z własnymi plikami.

    Dokument pozostaje zapisany na Dysku Google

    Najciekawszym aspektem nowej integracji jest mechanizm zapisywania zmian. ChatGPT nie tworzy tylko kopii dokumentu, lecz wprowadza modyfikacje bezpośrednio do oryginalnego pliku przechowywanego na Dysku Google. Oznacza to, że użytkownik ma możliwość rozpoczęcia pracy nad dokumentem w ChatGPT, modyfikowania jego treści, a następnie korzystania z tego samego pliku w odpowiedniej aplikacji Google. Nie ma potrzeby pobierania dokumentu na lokalny dysk, edytowania go i ponownego przesyłania do chmury, co znacznie usprawnia pracę.

    Jak dodać plik z Dysku Google bezpośrednio do ChatGPT?

    Proces dodawania pliku został zaprojektowany w sposób intuicyjny, eliminując konieczność skomplikowanej konfiguracji. Po otwarciu okna wiadomości użytkownik powinien nacisnąć przycisk „+”, a następnie wybrać opcję „Dodaj z biblioteki”. Stamtąd można wskazać wcześniej dodany plik z Dysku Google i wykorzystać go w rozmowie. ChatGPT ma możliwość analizowania jego zawartości, odpowiadania na pytania dotyczące dokumentu, a teraz także umożliwia jego edycję. Dodatkowo, dostępna jest opcja otwarcia pliku w jego natywnej aplikacji, takiej jak Dokumenty Google.

    To dopiero początek większej zmiany, nad którą pracuje gigant

    Nowa integracja jest częścią szerszego zestawu funkcji, które są udostępniane użytkownikom ChatGPT. W tym samym tygodniu platforma wzbogaciła się między innymi o interaktywne quizy, które pozwalają na przygotowanie testu z wybranego tematu. Trwają również prace nad integracją z platformą Yelp, która ma umożliwić wyszukiwanie restauracji oraz obsługę rezerwacji i list oczekujących bezpośrednio z poziomu czatbota.

    Czytaj dalej poniżej


    Koniec laby. Anthropic wrzuci niewidzialny ślad do tekstów Claude'a

    Integracja z Dyskiem Google stanie się szczególnie przydatna dla osób, które na co dzień pracują z dokumentami. Zamiast przełączać się między edytorami tekstu, arkuszami kalkulacyjnymi i czatbotem, część zadań można wykonać bezpośrednio w jednej rozmowie. To kierunek, w którym nowoczesne narzędzia AI kierują swoje możliwości: nie tylko analizują dane, ale coraz częściej mogą wykonywać konkretne operacje na plikach i usługach użytkownika.

    Obecnie funkcja ta jest dostępna dla płatnych planów ChatGPT, a jej znaczenie może być znacznie większe niż sama możliwość edycji dokumentów. Jeśli podobne integracje będą kontynuowane, czatbot może stopniowo stać się centralnym miejscem do zarządzania codzienną pracą z dokumentami, arkuszami i innymi plikami. Tak, jak przed laty przeglądarka internetowa zastąpiła wiele aplikacji, wiele zadań stało się możliwych w jej wnętrzu, tak teraz okno rozmowy z czatbotem może stać się naszym cyfrowym centrum zarządzania. To ciekawa wizja, ale czy faktycznie sprawdzi się w praktyce? Czas pokaże.