Autor: admin

  • Recenzja Google Pixel 11 Pro. Polubiłem ten smartfon za nieoczywiste rzeczy

    Recenzja Google Pixel 11 Pro. Polubiłem ten smartfon za nieoczywiste rzeczy

    Wprowadzenie do Google Pixel 11 Pro

    Najnowszy flagowiec Google, Pixel 11 Pro, nie stara się rewolucjonizować branży, lecz skupia się na udoskonaleniu kluczowych aspektów krytykowanych w poprzednich generacjach. Najważniejsze zmiany zaszły wewnątrz urządzenia, gdzie zadebiutował procesor Google Tensor G6. Wykonany przez TSMC w litografii 3 nm, układ ten współpracuje z 50% wydajniejszą jednostką TPU oraz 16 GB pamięci RAM. Interesującym rozwiązaniem jest nietypowy układ rdzeni – zamiast ośmiu w G5, mamy siedem. Najważniejszy rdzeń może pracować z zegarem sięgającym 4,1 GHz, co skutkuje znacznym wzrostem responsywności systemu oraz poprawioną efektywnością energetyczną. Tensor G6 stanowi fundament dla zaawansowanych funkcji sztucznej inteligencji Gemini Intelligence, takich jak automatyczne porządkowanie dyktowanego tekstu, zaawansowane tłumaczenie treści audio na żywo, a także integracja tłumacza języka migowego na tekst w klawiaturze Gboard.

    Fotografia na nowym poziomie

    W zakresie fotografii Google ponownie podnosi poprzeczkę. Model Pixel 11 Pro oferuje udoskonalony aparat główny o rozdzielczości 50 Mpix z większą matrycą 1/1,3 cala, nową kamerę selfie o rozdzielczości 42 Mpix oraz przeprojektowany teleobiektyw o rozdzielczości 48 Mpix, który przepuszcza o 32% więcej światła oraz umożliwia 120-krotny hybrydowy Pro Zoom. Wsparcie obliczeniowe nowego procesora pozwoliło na skrócenie czasu naświetlania w trybie nocnym aż 4,5-krotnie, a entuzjaści wideo zyskają stabilizowane nagrania w rozdzielczości 8K. Nowością jest także system powiadomień HiLight, pierścień diod LED wokół lampy błyskowej, informujący w subtelny sposób o ważnych połączeniach oraz statusie odpowiedzi Gemini, gdy urządzenie leży ekranem do dołu. Całość dopełnia magnetyczne ładowanie bezprzewodowe (max. 25 W) oraz układ zabezpieczający Titan M3 z kryptografią postkwantową.

    Pixel 11 Pro Pixel 11 Pro XL
    Kolory Canyon, Olive, Fog, Obsidian (matowy) Canyon, Olive, Fog, Obsidian (matowy)
    Ekran 6.3″ Super Actua, 1280×2856 LTPO OLED (495 PPI), odświeżanie 1-120Hz 6.8″ Super Actua, 1344×2992 LTPO OLED (486 PPI), odświeżanie 1-120Hz
    Wymiary 152.4 x 71.1 x 7.6 mm 162.6 x 76.2 x 7.6 mm
    Waga 204 g 227 g
    Bateria Typowo 4850 mAh (min. 4707 mAh) Typowo 5115 mAh (min. 5000 mAh)
    Szybkie ładowanie Do 55% w ok. 30 minut (ładowarka 30W) Do 75% w ok. 30 minut (ładowarka 45W)
    Pamięć RAM 12 GB / 16 GB 12 GB / 16 GB
    Pamięć wbudowana 256 GB / 512 GB / 1 TB (Zoned UFS) 256 GB / 512 GB / 1 TB (Zoned UFS)
    Procesor Google Tensor G6 (7 rdzeni, ARM-C1 Ultra 4.1 GHz, 6x ARM C1-Pro 2,65-3,38 GHz) Google Tensor G6 (7 rdzeni, 1x ARM C1-Ultra 4.1 GHz, 6x ARM C1-Pro 2,65-3,38 GHz)
    Aparat główny 50 MP Octa PD, przysłona f/1.68, pole widzenia 82°, matryca 1/1.3″ 50 MP Octa PD, przysłona f/1.68, pole widzenia 82°, matryca 1/1.3″
    Aparat ultraszerokokątny 48 MP Quad PD z autofokusem, przysłona f/1.7, pole widzenia 123°, matryca 1/2.51″, Macro Focus 48 MP Quad PD z autofokusem, przysłona f/1.7, pole widzenia 123°, matryca 1/2.51″, Macro Focus
    Teleobiektyw 48 MP Quad PD, OIS, przysłona f/2.8, pole widzenia 23°, zoom optyczny 5x, matryca 1/1.95″ 48 MP Quad PD, OIS, przysłona f/2.8, pole widzenia 23°, zoom optyczny 5x, matryca 1/1.95″
    Cechy dodatkowe aparatów Pro Zoom do 120x, jakość optyczna przy 0.5x, 1x, 2x, 5x, 10x Pro Zoom do 120x, jakość optyczna przy 0.5x, 1x, 2x, 5x, 10x
    Aparat przedni 42 MP Dual PD z autofokusem, przysłona f/2.2, ultraszerokie pole widzenia 103° 42 MP Dual PD z autofokusem, przysłona f/2.2, ultraszerokie pole widzenia 103°

    Google Pixel 11 Pro – design

    Porównując Pixela 11 Pro do wcześniejszych generacji, takich jak Pixel 7 i Pixel 9 Pro XL, zauważamy ewolucję w wizji projektowej inżynierów z Mountain View. Pixel 7 miał charakterystyczny pasek aparatów, który rozdzielał szerokość tylnego panelu, oddzielający go od szklanych plecków. Pixel 9 Pro XL wprowadził wyizolowaną, owalną „wyspę” o obłych kształtach, która wyraźnie odstawała od obudowy, tworząc odrębną strukturę na matowej powierzchni. Kontynuacja tego trendu widoczna jest również w wersjach 10 i 11, gdzie wyspa jest nieco większa.

    Model 11 Pro stanowi dojrzały finał tej koncepcji. Owalna modułowa wyspa fotograficzna została zaprojektowana tak, aby szkło sięgające krawędzi idealnie stapiało z precyzyjnie wyprofilowaną, błyszczącą ramką z aluminium. Zaokrąglenia narożników obudowy są wyjątkowo ergonomiczne, a matowe wykończenie tylnego szkła kontrastuje z polerowanymi krawędziami, nadając smartfonowi elegancki charakter. To najtrwalszy Pixel w historii – front zabezpieczony jest powłoką Gorilla Glass Victus 2, a cała konstrukcja ma certyfikat IP68.

    Google Pixel 11 Pro – wydajność i temperatury

    Pod względem wydajności, nowy procesor Tensor G6 nie spełnił wszystkich oczekiwań. Choć zaawansowany, nie osiąga wybitnych wyników, a procesy wielordzeniowe pozostają na przeciętnym poziomie w porównaniu do najnowszych modeli od Qualcomma. W codziennym użytkowaniu jednak wyraźnie docenić można dużą wydajność pamięci RAM i UFS 4.0, która plasuje się na poziomie konkurencji. Podczas testu AnTuTu smartfon nieznacznie zwiększył temperaturę, osiągając zaledwie 3,5 stopnia Celsjusza, w przeciwieństwie do Samsung Galaxy S25, który w tym samym czasie robił się o wiele cieplejszy. Zdecydowanym minusem jest jednak nagrzewanie się podczas intensywnej pracy procesora oraz GPU.

    Google Pixel 11 Pro – bateria i ładowanie

    Google Pixel 11 Pro wprowadza szereg innowacji w zakresie zasilania, z akumulatorami o pojemności 4850 mAh, które według specyfikacji mogą wytrzymać około 30 godzin. Oprogramowanie aktywnie dostosowuje zużycie energii, optymalizując działanie telefon po zwolnieniu zasobów z aplikacji rzadziej używanych. Świetnym rozwiązaniem jest tryb superszybkiego ładowania, zapewniający 30W, jednak w praktyce maksymalny rezultat ładowania wyniósł 25W, co pozwala na naładowanie 50% w 30 minut.

    Google Pixel 11 Pro – jakość aparatów

    Moduł aparatu, który od lat stanowi kluczowy atut Google, zapewnia doskonałą jakość zdjęć. Główny sensor 50 Mpix oraz ultraszerokokątny obiektyw 48 Mpix z autofokusem spełniają oczekiwania użytkowników. Teleobiektyw 48 Mpix oferuje 5-krotne zbliżenie optyczne i zdobył uznanie dzięki przepuszczaniu o 32% więcej światła. Nowe algorytmy poprawiające jakość zdjęć korzystają z zaawansowanych technologii sztucznej inteligencji, co przekłada się na fenomenalną jakość 120-krotnego zoomu.

    Google Pixel 11 Pro – wrażenia z użytkowania

    Jako użytkownik wszystkich generacji Pixela, mogę stwierdzić, że wersja 11 Pro to produkt w pełni dopracowany. Znacznie poprawił się czytnik linii papilarnych, a Face Unlock działa dobrze, chociaż wymaga dobrego oświetlenia. Nowy procesor z modemem MediaTeka oferuje doskonałe połączenia oraz stabilność, a smartfon radzi sobie bez zacięć. Choć ładowanie pozostaje na przeciętnym poziomie, usprawnienia są zauważalne dla tych, którzy przesiadają się z wcześniejszych modeli.

    Podsumowanie Google Pixel 11 Pro

    Podsumowując, Google Pixel 11 Pro to zaawansowane i eleganckie urządzenie, które jednak nie wprowadza rewolucyjnych zmian na rynku. Jest to solidny wybór dla dotychczasowych posiadaczy modeli Pixel 8 i starszych, natomiast przesiadka z modeli 9 lub 10 może być zbędna, chyba że istotny jest dla nas większy zoom. Z siedmioletnią gwarancją aktualizacji i inteligentnym AI oferuje dojrzałe rozwiązania, które docenią fani ekosystemu Google.

  • Tegoroczna nowość od Apple ciekawsza niż iPhone Ultra. Tak będzie działać

    Tegoroczna nowość od Apple ciekawsza niż iPhone Ultra. Tak będzie działać

    Apple dąży do stworzenia brakującego elementu swojego ekosystemu, ale HomePad może nie trafić do Polski z dwóch bardzo konkretnych powodów.


    Pierwszy w historii składany model z logo nadgryzionego jabłka pojawia się na horyzoncie, jednak według mojej subiektywnej opinii, to nie iPhone Ultra będzie najciekawszą premierą Apple w tym roku. Z większym zainteresowaniem śledzę nowe urządzenie z oferty producenta z Cupertino, czyli połączenie iPada i HomePoda, które ma również czerpać z rozwiązań Apple Watch. O HomePadzie – bo tak rzekomo ma się nazywać – dowiadujemy się coraz więcej. Sprzęt jawi się jako brakujące ogniwo w ofercie Apple.

    Nieślubne dziecko HomePoda mini z iPadem, przyprawione sosem z Apple Watch’a

    Jeżeli korzystacie z ekosystemu urządzeń zgodnych z HomeKit, to na pewno nieraz rozważaliście zakup iPada jako centralnego terminalu do zarządzania inteligentnymi akcesoriami. Żarówki, kamery, odkurzacze – teoretycznie można by zrealizować te funkcje za pomocą Apple TV, ale to nie to samo. Chciałoby się jednego urządzenia, które będzie wspólne dla wszystkich domowników, które pozwoli nie tylko na sterowanie akcesoriami smart home, ale również na zarządzanie multimediami. HomePad ma być takim właśnie rozwiązaniem, z wyglądem przypominającym nieślubne dziecko HomePoda mini i iPada.


    Źródło: 9to5Mac

    Choć już od dłuższego czasu wiemy, jak prawdopodobnie będzie wyglądać HomePad, to zagadką pozostawał jego interfejs. Filipe Espósito z serwisu Engadget twierdzi, że HomePad zaoferuje połączenie tvOS i watchOS. Przecieki sugerują obecność Faces i Face Gallery, wprowadzających coś pomiędzy kafelkami z Apple TV a tarczami z Apple Watch, z konfigurowalnymi widgetami. Zawartość ekranów ma zmieniać się w ciągu dnia, a prywatne informacje użytkowników będą się wyświetlać tylko wtedy, gdy dana osoba znajdzie się w pobliżu – według wcześniejszych informacji, HomePad ma także rozpoznawać twarze domowników.

    Oczywiście urządzenie posłuży nie tylko do odczytywania godziny czy włączania oświetlenia. Z jego poziomu będzie można wykonać połączenie przez FaceTime, odpowiedzieć na wiadomość iMessage, uruchomić podcast lub ulubioną piosenkę oraz sprawdzić powiadomienia.

    Czytaj dalej poniżej

    Nowe AirPodsy będą czymś zupełnie nowym. Apple samo zepsuło sobie niespodziankę

    Apple planuje dwie wersje – stojącą oraz do montażu na ścianie. Produkt ma być rzekomo zaprezentowany już tej jesieni, a integralną częścią ma być nowa Siri. I tu pojawia się problem.

    HomePad nie dla Polaków? Takie są obawy

    Z perspektywy polskiego użytkownika, HomePad budzi dwie red flags. Po pierwsze, w Polsce wciąż nie mamy oficjalnej dystrybucji HomePodów, a HomePad zdaje się opierać na tym samym rozwiązaniu. Po drugie, skoro Siri ma być kluczowym elementem nowego urządzenia, to jest niemal pewne, że nie będzie ono dostępne w Polsce w dniu premiery. Chciałbym, żeby było inaczej, ale mam przeczucie, że HomePad nie trafi do nas, dopóki Apple nie rozwiąże kwestii zgodności asystentki z regulacjami UE dotyczącymi rynków cyfrowych.

    Jeśli rzeczywiście tak będzie, to dla entuzjastów smart home będzie to spore rozczarowanie. W Polsce dostępnych jest wiele urządzeń obsługujących HomeKit, a brak centrum sterowania, które zapewniałoby wygodne zintegrowanie ich w jednym miejscu, jest odczuwalny.

  • Aplikacje nas podglądają. Nowa funkcja Windowsa je zablokuje

    Aplikacje nas podglądają. Nowa funkcja Windowsa je zablokuje

    System Windows 11 otrzymuje znaczną aktualizację zabezpieczeń, która zadba o naszą prywatność i uniemożliwi aplikacjom podglądanie nas.

    Nowa aktualizacja Windows 11 przynosi ze sobą szeroki wachlarz zmian w zakresie ochrony prywatności użytkowników. Jednym z kluczowych elementów jest ochrona przed niepożądanym podglądaniem za pomocą kamerki internetowej. Microsoft w końcu zamknie lukę, która dotychczas pozwalała na obejście zabezpieczeń chroniących dostęp do kamery i mikrofonu.

    Koniec z „dzikim zachodem” w aplikacjach Windows

    Laptopy są obecnie standardowo wyposażane w kamerki i mikrofony, które umożliwiają prowadzenie rozmów online, konferencji czy nagrywanie wideo. Niemniej jednak, łatwy dostęp do tych urządzeń przez niepożądane osoby przemienia tradycyjny sprzęt w narzędzie do szpiegowania, co stanowi poważne naruszenie prywatności. Na szczęście najnowsza aktualizacja zabezpieczeń Windows ma zająć się tym problemem, choć szkoda, że tak późno – sytuacja była naprawdę poważna.

    Problem wynikał z rozwiązania, które obecne jest w systemach Microsoftu od lat. Aplikacje pobierane z oficjalnego sklepu Microsoftu miały samodzielne przełączniki uprawnień (np. dotyczące dostępu do mikrofonu i kamery), podczas gdy aplikacje zewnętrzne Win32 nie miały takiego przywileju. Użytkownicy nie mogli w prosty sposób w ustawieniach prywatności kontrolować dostępu do mikrofonu w jednej aplikacji, podczas gdy inne były zablokowane. Wszystkie aplikacje były bowiem ujęte w jeden wspólny wiersz, który posiadał jeden suwak umożliwiający bądź blokujący dostęp. Jak się domyślacie, było to rozwiązanie niezwykle nieprecyzyjne i narażone na nadużycia ze strony różnych aplikacji zainstalowanych na naszym komputerze. Teraz jednak sytuacja ulega zmianie, a my zyskujemy silne narzędzie do zarządzania naszą prywatnością.

    Windows 11 jak Android i iOS. Nowe okna z zapytaniem

    Najnowsza wersja Insider Build o numerze 26340.9212 wprowadza zmiany, które powinny były pojawić się już na początku (znane z urządzeń mobilnych). Teraz lista aplikacji jest odpowiednio rozszerzona, a w ustawieniach prywatności systemu możemy indywidualnie przyznawać oraz odbierać uprawnienia do kamery i mikrofonu poszczególnym aplikacjom, w tym także tym pobranym spoza oficjalnego sklepu Microsoftu.

    Czytaj dalej poniżej


    Microsoft ostrzega. To zabezpieczenie kont nie jest już skuteczne

    To jednak nie koniec zmian, gdyż aktualizacja wprowadza także specjalne monity – kolejne podobieństwo do systemów mobilnych. Gdy aplikacja po raz pierwszy spróbuje uzyskać dostęp do kamery lub mikrofonu, na ekranie użytkownika pojawi się okno dialogowe z pytaniem o zgodę na taki dostęp. Zostanie też podana informacja, jaką aplikację dotyczy to żądanie, na przykład jeśli nowo pobrana przeglądarka będzie chciała uzyskać dostęp do lokalizacji, kamery czy mikrofonu. Wcześniej takie zapytania nie były wyświetlane, więc jest to zdecydowany krok w dobrym kierunku.

    Kiedy nowe funkcje trafią na Twój komputer?

    Warto jednak pamiętać, że mowa o funkcji eksperymentalnej, do której dostęp mają tylko insiderzy zapisani do programu Microsoftu. Otrzymują oni najnowsze funkcje na długo przed ich oficjalnym wprowadzeniem na rynek. Dlatego nie znamy jeszcze końcowej wersji aktualizacji, ani nie jesteśmy pewni, czy Microsoft zdecyduje się na opublikowanie jej w obecnej formie lub w zmodyfikowanej wersji. Wszystko zależy od dalszego rozwoju sytuacji oraz informacji o dacie wydania ewentualnych poprawek i zmian.

    Nowe funkcje nie wprowadzają rewolucyjnych rozwiązań, a raczej naprawiają pewne problemy, które były istotne dla użytkowników przez ostatnie lata. Niewątpliwie cieszy fakt, że wkrótce zyskamy większą kontrolę nad uprawnieniami aplikacji z poziomu ustawień prywatności systemu, co jest zgodne z ideą pełnej kontroli użytkownika nad tym, co zostało pobrane, nie tylko z Microsoft Store.

  • Ten gadżet zhakuje Boeinga. Jest wielkości monety

    Ten gadżet zhakuje Boeinga. Jest wielkości monety

    Mały gadżet wielkości monety wystarczył, aby zhakować samolot Boeing 737. Lotnictwo staje przed kolejnym wyzwaniem.

    Gadżet o rozmiarach monety potrafi zhakować systemy Boeinga 737, co może prowadzić do katastrofy. Został on opracowany przez naukowców, którzy ostrzegają, że lotnictwo boryka się z poważnym problemem, a wkraczamy w erę nowych, nieznanych wcześniej zagrożeń w tej dziedzinie.

    Tani gadżet oszukał Boeinga. Jak przebiegł atak?

    Okazuje się, że zhakowanie samolotu, choć może brzmieć skomplikowanie, w rzeczywistości może być zadziwiająco proste. Wystarczy umieścić gadżet wielkości monety w odpowiednim (zaskakująco dostępnym) miejscu, a wkrótce przejmiemy kontrolę nad maszyną, a dokładniej dwoma jej kluczowymi systemami. To stwarza realne zagrożenie, ponieważ może prowadzić nawet do katastrofy w powietrzu. Na szczęście, do tej pory dotyczy to jedynie eksperymentu grupy naukowców, którzy alarmują, że lotnictwo stoi przed nowymi, trudnymi wyzwaniami, które należy niezwłocznie rozwiązać.

    Naukowcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego oraz Oberlin College przeprowadzili eksperyment mający na celu opracowanie najmniejszego możliwego urządzenia zdolnego do zhakowania samolotu. Udało się to — stworzono urządzenie o wartości około 100 dolarów, które jest wielkości monety. Jednak pozory mylą, ponieważ jest ono w stanie wyrządzić poważne szkody. Jego celem jest przejęcie kontroli między dwoma komputerami pokładowymi w Boeingu 737. Aby to osiągnąć, należy umieścić je w odpowiednim złączu znajdującym się w panelu serwisowym, który jest zlokalizowany pod dziobem samolotu. Jest to dostępne dla pracowników lotniska oraz obsługi naziemnej w każdym momencie z poziomu płyty lotniska. W momencie zainstalowania urządzenia włącza się lampka ostrzegawcza, sygnalizując, że wystarczy odpowiednio zaplanowana akcja, aby systemy samolotu wpadły w niepowołane ręce.

    Proste komponenty, 60 sekund na instalację i gotowe – naukowcy podkreślają, że problem jest niezwykle poważny, co nie powinno nikogo dziwić. Omawiany gadżet został wyposażony w moduł WiFi, który umożliwia dostęp do sieci pokładowej i kontrolę przez internet.

    Czytaj dalej poniżej

    Boeing zafundował astronautom ze Starlinera dramat. Oto powody kosmicznego blamażu

    Zboczenie z kursu w chmurach to przepis na katastrofę

    Gadżet opracowany przez naukowców zakłóca działanie dwóch komputerów w samolocie. Jeden z nich jest odpowiedzialny za planowanie startu i lądowania, podczas gdy drugi wspiera pilotów w obsłudze instrumentów w trakcie lotu. Możliwości nadużyć są liczne, w tym przejęcie autopilota i skierowanie samolotu w niepożądanym kierunku (bez informowania załogi). Nieświadoma załoga nie będzie miała pojęcia, że maszyna znajduje się pod obcą kontrolą, ponieważ żadne przyrządy nie wyświetlą danych dotyczących przeprowadzonych zmian.

    Jak łatwo się domyślić, taka władza w niepowołanych rękach może prowadzić do katastrofy, na przykład przez skierowanie samolotu na kolizyjny kurs z innym statkiem powietrznym lub nielegalne wejście w określone przestrzenie powietrzne.

    Pora załatać luki w lotnictwie

    Eksperci mieli zgłosić swoje obawy do firmy Boeing jakiś czas temu, ale nie ma pewności, czy przedstawione problemy zostały już rozwiązane. Opieszałość w dokonywaniu poprawek może mieć poważne konsekwencje, biorąc pod uwagę dużą liczbę Boeingów 737, które obserwujemy na niebie każdego dnia. Jest to jedna z najpopularniejszych maszyn wykorzystywanych przez lotnictwo cywilne w wielu liniach lotniczych na całym świecie.

    Z całej sytuacji wynika również inny problem – rozwój technologii po raz kolejny otwiera drzwi dla hakerów oraz przestępców, którzy mogą z łatwością zdobyć nieuprawniony dostęp do systemów odpowiedzialnych za bezpieczny transport ludzi oraz sterowanie samą maszyną. Nie wiadomo, czy inne modele samolotów również narażone są na podobne „gadżety”, ani czy posiadają inne słabe punkty, które staną się oczywiste dopiero wraz z pojawieniem się nowych narzędzi.

  • Schłodzi wszystko o ponad 10 st. bez prądu! Genialna rzecz

    Schłodzi wszystko o ponad 10 st. bez prądu! Genialna rzecz

    Hiszpańscy naukowcy opracowali innowacyjną nanostrukturę wykonaną z polimeru, która skutecznie odbija światło słoneczne i wypromieniowuje ciepło w kierunku kosmosu. Testy przeprowadzone na dachu budynku wykazały spadek temperatury o 12,9 st. C. Naukowcy jednak nie zamierzają spoczywać na laurach i mają ambitne plany na przyszłość.

    Badacze z Instytutu Mikro- i Nanotechnologii w CSIC stworzyli materiał przeznaczony do pasywnego chłodzenia powierzchni w ciągu dnia. Wyniki ich badań opublikowano w czasopiśmie Nanophotonics. W testach terenowych zoptymalizowana próbka utrzymywała temperaturę o niemal 13 st. C niższą niż pusta próbka referencyjna użyta w pomiarach. Warto zaznaczyć, że wynik nie oznacza natychmiastowego spadku temperatury o 12,9 st. C w porównaniu do otoczenia na dachu, ale odnosi się do różnicy w odniesieniu do materiału, który stanowił próbkę porównawczą. Jest to jednak znaczący osiągnięcie, które zasługuje na uznanie.

    Jak materiał oddaje ciepło w stronę… kosmosu?

    Każda podgrzana powierzchnia emituje promieniowanie cieplne, co stanowi problem dla mieszkańców bloków, którzy nie mają klimatyzacji. Budynki pochłaniają światło (nawet jasne kolory nie odbijają go w pełni), nagrzewają się i emitują je zarówno na zewnątrz, jak i do wewnątrz. W zakresie długości fal od 8 do 13 mikrometrów znajduje się tzw. okno atmosferyczne, przez które podczerwień może stosunkowo swobodnie wydostać się w przestrzeń kosmiczną. Pasywne chłodzenie radiacyjne wykorzystuje właśnie ten mechanizm do „oddania” ciepła. Aby działało ono także w ciągu dnia, powierzchnia musi skutecznie emitować podczerwień i odbijać większość promieniowania słonecznego. W przeciwnym razie, energia pochłonięta z naszej centralnej gwiazdy szybko zniwelowałaby efekty chłodzenia.

    Zespół badawczy zastosował polifluorek winylidenu (PVDF), który dobrze emituje podczerwień, jest hydrofobowy i odporny na promieniowanie ultrafioletowe. Kluczem do sukcesu była jednak forma tego materiału. Naukowcy umieścili polimer w nanoporowatych matrycach z anodowanego tlenku aluminium, nadając mu trójwymiarową strukturę. Zastosowanie nanoskali wpływa na sposób, w jaki powierzchnia odbija światło i emituje ciepło. Połączenie odpowiedniego materiału z tak przemyślaną architekturą pozwoliło poprawić obie te kwestie jednocześnie.

    Grafika: CSIC

    82,4 proc. odbitego światła i 182,3 watów na metr kwadratowy w wydajności chłodzenia

    Najlepsze wyniki uzyskano dzięki samonośnej nanostrukturze PVDF, poddanej ultraszybkiemu chłodzeniu w trakcie produkcji. Odbijała ona średnio 82,4 proc. promieniowania słonecznego w zakresie od 0,32 do 2,5 mikrometra. W oknie atmosferycznym od 8 do 13 mikrometrów jej emisyjność wyniosła niesamowite 96,7 proc., co oznacza, że materiał niezwykle skutecznie oddawał energię cieplną w zakresie, który daje nam największe nadzieje. Autorzy obliczyli teoretyczną gęstość mocy chłodniczej na poziomie 182,3 W/m² przy nasłonecznieniu wynoszącym 1000 W/m². To naprawdę imponujące osiągnięcie.

    Czytaj dalej poniżej

    Taki detektor w swoim smartfonie byś pokochał. Chińczycy szokują świat

    Próbę terenową przeprowadzono latem 2025 roku na dachu ośrodka w Tres Cantos pod Madrytem. W warunkach maksymalnego nasłonecznienia wynoszącego 962 W/m² materiał wykazał różnicę 12,9 st. C względem pustego układu pomiarowego. Chłodzony wariant osiągnął temperaturę 11,1 st. C, podczas gdy wersja stygnąca uzyskała 7,2 st. C, co potwierdziło wpływ procesu produkcyjnego na właściwości optyczne. Obróbka promieniowaniem ultrafioletowym wybieliła powierzchnię i zwiększyła jej zdolność odbijania światła. Najlepsze wyniki odnotowano w gorących, suchych i słonecznych warunkach, które sprzyjają ucieczce podczerwieni przez atmosferę.

    Prototyp z dużym potencjałem, ale nie zastąpi klimatyzacji

    Materiał ten ma potencjał, aby zrewolucjonizować zastosowania na dachach i elewacjach budynków, obudowach sprzętów elektronicznych, pojazdach oraz wielu innych zastosowaniach. PVDF dobrze znosi warunki atmosferyczne, a jego hydrofobowość minimalizuje osadzanie się wody i zanieczyszczeń, które mogą uszkadzać elewacje (zapewne znacie to z własnych domów, gdzie na jasnych powierzchniach pojawiają się nieestetyczne zacieki). Autorzy podkreślają także, że materiał ten jest stosunkowo tani i kompatybilny z istniejącymi procesami przemysłowymi, choć tę tezę należałoby jeszcze potwierdzić w kontekście masowej produkcji. Porowate matryce w nanoskali i pomysłowe metody produkcji stworzyły rozwiązanie, które może wspierać utrzymanie komfortowej temperatury w budynkach. Mimo że trudno wyobrazić sobie, aby ten materiał zastąpił wysoko efektywną, ale energochłonną klimatyzację, należy mieć nadzieję, że jego zastosowanie pozwoli na znaczące zredukowanie konieczności korzystania z chłodzenia.

    Czytaj również: Klimatyzacja w domu. Sprawdź, jak skutecznie pokonać upały!

    Chłodzenie odpowiada za około 10 proc. światowego zużycia energii elektrycznej, według Międzynarodowej Agencji Energetycznej. Powłoki radiacyjne mogą znacznie zmniejszyć ilość ciepła, które musi usunąć energożerny system. Teraz czas na kolejne testy, które potwierdzą długoterminową trwałość, zastosowanie na dużą skalę oraz przyniosą pomiary zużycia energii w rzeczywistych warunkach. Zespół zaprezentował już efektywny mechanizm oraz obiecujące wyniki testów terenowych, ale nie jest to jeszcze gotowe rozwiązanie na rosnące zapotrzebowanie na chłodzenie.

  • Biurowa klawiatura mechaniczna w dobrej cenie. Natec Amberjack już w sprzedaży

    Biurowa klawiatura mechaniczna w dobrej cenie. Natec Amberjack już w sprzedaży

    Na rynku zadebiutowała interesująca klawiatura Natec Amberjack. Oprócz funkcji typowych dla klawiatur mechanicznych, oferuje coś, co przyciąga uwagę: niezwykle atrakcyjną cenę. To jednak nie wszystko, co przemawia za jej zakupem.


    Natec Amberjack – klawiatura do biura i nie tylko

    Jakie cechy wyróżniają klawiaturę Natec Amberjack? To klawiatura mechaniczna o niskim profilu oraz linearnym skoku klawiszy. Jej konstrukcja została zaprojektowana z myślą o maksymalnym komforcie pisania. W praktyce, przy użytkowaniu tej klawiatury, odczuwalnie lepiej działa niż typowa klawiatura biurowa membranowa, w której trudno o wyczucie klawiszy. W przeciwieństwie do modeli skierowanych głównie do graczy, tutaj przełączniki pracują płynnie, bez wyraźnie zaznaczonego momentu aktywacji. Naciskanie klawiszy nie wymaga dużej siły, co czyni ją idealną do szybkiego pisania, gdzie istotna jest szybkość, a nie tylko precyzja.

    Natec Amberjack to klawiatura pełnowymiarowa, co wskazuje na jej przeznaczenie głównie do pracy biurowej. Posiada blok numeryczny, co sprawia, że osoby, które przywykły do jego obecności, poczują się w niej jak w domu.

    Bez potrzeby pamiętania o ładowaniu

    Klawiatura Natec Amberjack łączy się z komputerem za pośrednictwem przewodu USB. W kontekście standardowego użytkowania biurowego jest to istotna zaleta, gdyż gwarantuje stabilne połączenie oraz eliminuje konieczność regularnego ładowania urządzenia. Dodatkowo, aby zwiększyć komfort pracy w słabiej oświetlonych warunkach, producent wyposażył ją w białe podświetlenie. Zaawansowani użytkownicy mogą skorzystać z dedykowanego oprogramowania, które umożliwia programowanie makr, co ułatwia korzystanie z popularnych aplikacji.

    Czytaj dalej poniżej

    Nigdy nie wrócę do zwykłej myszki. Test Razer Naga V3 Pro

    Natec Amberjack: solidna klawiatura w dobrej cenie

    Biurowa klawiatura mechaniczna od marki Natec została wyceniona na 199 złotych. Można ją znaleźć w sklepie x-kom.pl, który dysponuje wyłącznością na jej sprzedaż.

     

     

  • Parkside ma problem! Aldi z promocjami na narzędzia Ferrex

    Parkside ma problem! Aldi z promocjami na narzędzia Ferrex

    Aldi wprowadza promocje na nowe narzędzia Ferrex, które stają do walki z Parkside na rynku majsterkowania. W ofercie znajdziemy wiele nowości w atrakcyjnych cenach.


    Miłośnicy majsterkowania mogą być zadowoleni. Parkside nie jest jedyną marką, która stara się zdobyć wasze serca i miejsca w warsztatach, bowiem Aldi rusza z ofensywą promocji. Firma, która postawiła na markę Ferrex, przygotowała gamę produktów, które wkrótce pojawią się w sklepach w atrakcyjnych cenach.

    Promocje na sprzęt Ferrex w Aldi, fot. M. Rennim / Unsplash

    Ferrex rzuca wyzwanie Parkside. Co szykuje Aldi?

    Ferrex to marka, która od kilku lat znajduje się w portfolio Aldi i oferuje produkty skierowane do majsterkowiczów. Miłośnicy Parkside z sieci Lidl powinni zwrócić szczególną uwagę na nową gamę produktów, ponieważ Aldi przygotowuje nie tylko poszerzenie oferty, ale również regularne promocje. Nowe obniżki cen już wkrótce trafią do sklepów.

    Jakie dokładnie urządzenia są w planach? Z pewnością będą zadowoleni ci, którzy planują remont i malowanie. Od soboty 29 sierpnia do 5 września w Aldi pojawi się pistolet malarski w cenie 119,99 zł. Urządzenie umożliwia aplikację farb ściennych, lakierów oraz lazur. W zestawie znajdziemy zbiornik o pojemności 1 litra oraz przewód o długości 5 metrów. Pistolet malarski będzie oferował również trzy różne strumienie farby, dostosowane do różnych zastosowań. Oto, co jeszcze ma do zaoferowania:

    • Równomierne nakładanie farb na różne powierzchnie
    • Bezstopniowa regulacja przepływu materiału
    • Możliwość pracy w pomieszczeniach oraz na zewnątrz
    • W zestawie lejek pomiarowy, szczotka do czyszczenia oraz wymienny filtr powietrza

    W ofercie znajdą się również inne akcesoria, które będą pomocne podczas malowania. W Aldi będzie można nabyć m.in. zestaw narzędzi malarskich, zestaw do silikonowania, pędzle oraz farbę tablicową.

    Czytaj dalej poniżej

    Majsterkowicze zachwyceni. Pilarka Parkside w Lidlu tania jak nigdy

    To jednak nie wszystko – jak podano w gazetce Aldi, razem z pistoletem malarskim do sprzedaży trafią także inne interesujące gadżety i narzędzia. Elektryczna szczotka do czyszczenia fug ogrodowych, dostępna w cenie 119,99 zł, z pewnością zainteresuje właścicieli domów. To urządzenie o mocy 150 W, a średnica szczotki wynosi 100 mm. Działa w trybie przewodowym.

    Na sobotę 29 sierpnia zaplanowano jeszcze jeden produkt dla miłośników ogrodnictwa. Będzie to odkurzacz ogrodowy z funkcją dmuchawy i rozdrabniacza o mocy 3300 W, dostępny w cenie 99,99 zł. Urządzenie oferuje trzy funkcje: dmuchanie, odkurzanie i rozdrabnianie, a w zestawie znajdziemy worek na odpady o pojemności około 40 litrów.

    Na koniec, coś małego, ale bardzo przydatnego – Ferrex w Aldi oferuje już teraz zestaw wierteł, bitów i wkrętaków, które można wybierać zgodnie z własnymi preferencjami:

    • 9 szt. wierteł
    • 15 szt. bitów
    • 5 szt. wkrętaków do śrub

    Każdy zestaw jest sprzedawany osobno i kosztuje 9,99 zł. Obecnie te produkty są dostępne w sklepach do 22 sierpnia. Warto się pośpieszyć, ponieważ mogą okazać się niezbędne w waszych warsztatach i zestawach do majsterkowania.

    Ferrex czy Parkside?

    Choć marka Aldi nie osiągnęła jeszcze takiej rozpoznawalności jak Parkside, nie oznacza to, że majsterkowicze nie powinni zwrócić uwagi na jej produkty. Warto kibicować rozwojowi tej konkurencji, ponieważ może to oznaczać znakomite czasy dla narzędzi codziennego użytku, biorąc pod uwagę, że różne popularne sieci dążą do rozwoju tego segmentu. Na razie oferta Parkside jest na tyle silna, że nie można jej zlekceważyć – wystarczy spojrzeć na serię z dopiskiem Performance, w której znajdziemy m.in. wiertarko-wkrętarkę udarową w promocji, dzięki której można zaoszczędzić 200 złotych.

  • Kalendarz Google z turbodoładowaniem. Nowa opcja trafia do użytkowników

    Kalendarz Google z turbodoładowaniem. Nowa opcja trafia do użytkowników

    Google wreszcie podejmuje kroki, które mają na celu rozwiązanie problemu, który irytuje miliony użytkowników na całym świecie.


    Google wprowadza do Kalendarza Google funkcję, na którą czekali użytkownicy otrzymujący niechciane zaproszenia na wydarzenia. Od teraz będzie można zablokować konkretne osoby, co spowoduje, że przyszłe zaproszenia od nich nie będą zaśmiecać kalendarza. Ta zmiana może okazać się niezwykle przydatna dla tych, którzy muszą codziennie zmagać się z nadgorliwymi współpracownikami lub innymi użytkownikami przesyłającymi niechciane treści.

    Jedna blokada, która obejmie cały ekosystem Google

    Mechanizm ten działa szerzej niż klasyczne ukrycie pojedynczego wydarzenia. Po zablokowaniu użytkownika w Kalendarzu, wszystkie jego istniejące wydarzenia i zaproszenia zostaną usunięte z platformy, a przyszłe zaproszenia od tej osoby nie będą już do nas trafiać. Ważne jest, że blokada powoduje umieszczenie danej osoby na liście zablokowanych kont Google. Oznacza to, że jeśli ta osoba została wcześniej zablokowana w innym serwisie obsługiwanym przez Google, jej zaproszenia do Kalendarza również zostaną automatycznie zablokowane.

    To przydatne rozwiązanie, szczególnie w sytuacji, gdy spam nie ogranicza się tylko do poczty elektronicznej, ale zaczyna pojawiać się także w kalendarzu.



    Źródło: https://workspaceupdates.googleblog.com/2026/08/managing-unsolicited-event-invitations-with-user-blocking-in-Google-Calendar.html

    Google chce ograniczyć spam w zaproszeniach – i słusznie!

    Niechciane wydarzenia mogą być wyjątkowo uciążliwe, ponieważ pojawiają się wprost pomiędzy ważnymi spotkaniami, terminami czy prywatnymi planami. Odrzucenie zaproszenia nie zawsze rozwiązuje problem, zwłaszcza gdy ta sama osoba lub konto ponawia zaproszenia do nieskończoności, licząc na naszą obecność. Nowa funkcja pozwala zatem na bardziej zdecydowane podejście do tego wyzwania. Zamiast walczyć z każdym zaproszeniem osobno, użytkownik może zablokować jego nadawcę.

    Czytaj dalej poniżej


    Google uznało, że Sam Altman z OpenAI... nie żyje. Jedna zmiana wywołała lawinę

    A co z osobami spoza Kalendarza Google?

    Google podkreśla, że funkcja została zaprojektowana przede wszystkim z myślą o użytkownikach posiadających konto Google. W przypadku zaproszeń od osób, które nie korzystają z Kalendarza, firma zaleca skorzystanie z opcji blokowania w Gmailu.

    To rozwiązanie ma dodatkowy atut. Zablokowanie użytkownika w Gmailu nie tylko wstrzymuje jego wiadomości, ale może również uniemożliwić mu tworzenie wydarzeń w Kalendarzu kierowanych do użytkownika.

    Funkcja nie trafi jednak do wszystkich: kto skorzysta?

    Nowa opcja jest obecnie udostępniana klientom Google Workspace oraz subskrybentom Workspace Individual. Wdrożenie rozpoczęło się już teraz, jednak Google zaznacza, że pojawienie się funkcji na konkretnym koncie może zająć nawet do 15 dni – co jest standardowym czasem oczekiwania na wdrożenia w obrębie ekosystemu tego giganta.

    Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to niewielka zmiana, ale z perspektywy codziennego korzystania z Kalendarza może okazać się niezwykle praktyczna – zwłaszcza dla tych, którzy spędzają zbyt dużo czasu na „odklikiwaniu” niechcianych zaproszeń. Google coraz wyraźniej traktuje niechciane zaproszenia jako formę spamu, a możliwość zablokowania nadawcy daje użytkownikom prosty sposób na odzyskanie kontroli nad własnym kalendarzem.

  • Masz konto w tym banku? Wyłączy BLIK i bankomaty

    Masz konto w tym banku? Wyłączy BLIK i bankomaty

    Klienci banku ING wkrótce stracą dostęp do wypłat z bankomatów oraz korzystania z usługi BLIK. Przekazano konkretne godziny, w których będą miały miejsce utrudnienia.


    Bank ING ogłosił datę, kiedy klienci stracą dostęp do funkcji BLIK, bankomatów oraz aplikacji mobilnej, a także innych usług dostępnych na stronie internetowej i w aplikacji. Przyczyną tego stanu rzeczy są zaplanowane prace serwisowe, które odbędą się w tym miesiącu.

    Kiedy odbędą się prace serwisowe w banku ING?

    Za kilka dni rozpoczną się prace serwisowe w banku ING. Dokładnie w nocy z 22 na 23 sierpnia, w godzinach od 23:30 do 6:00. W trakcie trwającej sześć i pół godziny przerwy technicznej klienci nie będą mogli korzystać z wielu usług. Niedostępne będą:

    • bankomaty i wpłatomaty
    • bankowość online w Moje ING oraz w aplikacji mobilnej Moje ING
    • system ING Business w przeglądarce i aplikacji
    • płatności BLIK
    • przelewy ekspresowe
    • usługa Płać z ING
    • płatności kartami w internecie z 3DSecure, w tym potwierdzane w aplikacji i kodem SMS
    • automatyczny pobór opłat za przejazd autostradą
    • zakupy produktów w Moje ING oraz na stronie internetowej (np. otwieranie lokat czy zawieranie pożyczek)

    Bank informuje, że mogą występować również problemy z aktywacjami kart oraz niektórymi płatnościami. Zachęca klientów do odpowiedniego przygotowania się przed przerwą techniczną – warto zlecić istotne przelewy oraz wypłacić gotówkę, jeśli zajdzie taka potrzeba. Na szczęście usługa zastrzegania kart płatniczych nadal będzie dostępna – wystarczy skontaktować się z infolinią banku pod numerem +48 32 357 00 12.

    Źródło: Depositphotos

    Dzięki temu, że prace serwisowe odbędą się w nocy, niedogodności dotkną jak najmniejszą liczbę klientów. Jednak, jeśli planujecie wyjście, imprezę czy podróż, warto zastosować się do zaleceń banku ING i wypłacić odpowiednią ilość gotówki, zlecając najważniejsze przelewy przed rozpoczęciem przerwy technicznej. Bank z wyprzedzeniem informuje o nadchodzących zmianach, co daje możliwość odpowiedniego przygotowania się.

    Czytaj dalej poniżej


    ING podnosi poziom ochrony. Jeden klik i oszuści odchodzą z niczym

    Czym są prace serwisowe w banku?

    Co jakiś czas chwalimy się zaawansowanym systemem bankowym, jaki posiadamy w Polsce. Liczne funkcje, bezpieczeństwo, możliwość załatwiania spraw przez aplikację – to bez wątpienia ogromne zalety. Niemniej jednak, utrzymanie tak skomplikowanej infrastruktury wymaga sporych nakładów pracy. Dlatego w bankach oraz aplikacjach rządowych organizowane są tzw. przerwy techniczne, zwane pracami serwisowymi. To okresowe naprawy, czyszczenie i ulepszanie cyfrowej infrastruktury banku. Dotyczy to zarówno widocznych aspektów (zmiany w aplikacji czy na stronie), jak i aspektów niewidocznych związanych z architekturą bezpieczeństwa oraz innymi procesami umożliwiającymi prawidłowe funkcjonowanie banku i zapewniającymi bezpieczeństwo klientów.

    Banki potrzebują takich prac serwisowych, aby:

    • wprowadzać nowe rozwiązania z zakresu bezpieczeństwa oraz likwidować luki, które mogłyby zostać wykorzystane przez cyberprzestępców
    • poprawiać aplikacje mobilne i strony internetowe, a także wprowadzać zapowiadane wcześniej zmiany, nowe funkcje oraz odświeżać ich wygląd
    • optymalizować działanie serwerów, czyścić pamięć oraz wymieniać fizyczny sprzęt w centrali
    • dostosowywać system do obowiązujących wymogów prawnych

    Choć prace serwisowe mogą wydawać się uciążliwe (zwłaszcza gdy akurat potrzebujemy skorzystać z usług bankowych), są one niezbędne. Bez regularnej konserwacji systemów szybko mogłyby pojawić się poważne trudności, błędy uniemożliwiające korzystanie z banku, a nawet ataki hakerskie mogące doprowadzić do utraty środków lub kradzieży Krytycznych informacji osobowych. Warto więc uzbroić się w cierpliwość i zaczekać na zakończenie przerwy technicznej, ponieważ zazwyczaj nie trwają one długo, mimo że w praktyce zawsze się zdają być niedogodne.

  • Najbardziej opłacalny smartfon Samsunga bez tajemnic. Premiera już na dniach

    Najbardziej opłacalny smartfon Samsunga bez tajemnic. Premiera już na dniach

    Premiera Galaxy S26 FE tuż za rogiem. Tańszy flagowiec Samsunga właściwie nie ma już przed nami tajemnic.

    Samsung przygotowuje się do premiery kolejnego smartfona z popularnej serii Fan Edition. Galaxy S26 FE ma połączyć charakterystyczne rozwiązania flagowej serii Galaxy S26 z bardziej przystępną ceną. Najnowsze przecieki materiałów promocyjnych ujawniły tak wiele informacji, że przed oficjalną prezentacją producentowi niewiele zostało do pokazania… o ile te dane okażą się prawdziwe, rzecz jasna!

    Duży ekran AMOLED i mocny procesor!

    Według ujawnionych informacji, Galaxy S26 FE zostanie wyposażony w 6,7-calowy ekran AMOLED o rozdzielczości Full HD+ i częstotliwości odświeżania 120 Hz. Panel ma oferować maksymalną jasność sięgającą około 1900 nitów, co powinno zapewnić doskonałą czytelność także w pełnym słońcu.

    Sercem urządzenia będzie procesor Exynos 2500, znany już z innych modeli Samsunga. W zależności od wybranego wariantu, smartfon ma oferować 8 lub nawet 12 GB pamięci RAM oraz 128 albo 256 GB pamięci wewnętrznej.

    Galaxy S26 FE będzie miał potrójny aparat główny. Przecieki sugerują zastosowanie 50-megapikselowego aparatu głównego, 12-megapikselowego ultraszerokokątnego oraz 8-megapikselowego teleobiektywu. Z przodu znajdzie się natomiast 12-megapikselowy aparat do selfie. Z dotychczasowych informacji wynika, że telefon umożliwi nagrywanie wideo w rozdzielczości 8K za pomocą głównego aparatu.

    Czytaj dalej poniżej


    Samsung aktualizuje popularny smartfon. Co nowego?

    Bateria 4900 mAh i nawet siedem lat aktualizacji!

    Jedną z kluczowych zmian ma być bateria o pojemności 4900 mAh, obsługująca ładowanie przewodowe 45 W. Smartfon będzie także odporny na wodę i kurz zgodnie z normą IP68. Samsung postawi również na długą żywotność oprogramowania – Galaxy S26 FE powinien trafić na rynek z Androidem 17 oraz One UI 9, a producent ma zapewnić aż siedem lat aktualizacji systemu.

    Premiera tuż za rogiem!

    Coraz więcej elementów ekosystemu Samsunga wskazuje, że premiera smartfona jest na wyciągnięcie ręki. Galaxy S26 FE został już dodany do listy obsługiwanych urządzeń aplikacji Camera Assistant, a dokumenty Samsung Care+ w Polsce również wymieniają nowe urządzenie. Z ostatnich przecieków wynika, że oficjalna prezentacja odbędzie się już 4 września, a przynajmniej wtedy dowiemy się o nim wszystkiego. Na chwilę obecną warto pamiętać, że wciąż poruszamy się w strefie spekulacji, ponieważ Samsung jeszcze nie potwierdził tego terminu.

    Jeśli informacje się potwierdzą, Galaxy S26 FE może okazać się jednym z najbardziej interesujących smartfonów Samsunga dla tych, którzy pragną flagowych funkcji, ale nie chcą płacić premium ceny za modele Ultra. W poprzednich latach modele Fan Edition cieszyły się ogromną popularnością i zdobywały wysokie oceny zarówno od recenzentów, jak i użytkowników. Niewątpliwie jest to solidny smartfon, który dla większości użytkowników jest… bardziej niż wystarczający! Co ważniejsze, będzie w zupełności wystarczający na długie lata!