Casio doskonale zna oczekiwania swoich klientów i wie, jak je spełnić. Ich najnowszy zegarek jest tego doskonałym przykładem.
Casio znalazło interesujący sposób na połączenie nostalgii z funkcjami, które są oczekiwane w nowoczesnych urządzeniach. Ich nowy model F-B100W przypomina klasyczny cyfrowy zegarek z minionej epoki, ale został wzbogacony o Bluetooth i licznik kroków. To doskonała propozycja dla osób pragnących monitorować swoją aktywność, nie potrzebujących jednak kolejnego urządzenia z dużym ekranem, aplikacjami oraz koniecznością częstego ładowania.
Klasyczny wygląd, nowoczesne możliwości
Model F-B100W mocno nawiązuje do stylistyki kultowych cyfrowych zegarków Casio, zachowując prostokątną kopertę, niewielki ekran LCD oraz charakterystyczny pasek. Jego konstrukcja waży zaledwie 26 gramów i ma około 8,8 mm grubości, co sprawia, że zegarek jest lekki, ponadczasowy i dyskretny.
Najważniejszą nowością jest wbudowany akcelerometr, który umożliwia liczenie kroków, monitorowanie dziennej aktywności oraz wyznaczanie celów. Zegarek może także przypomnieć użytkownikowi o zbyt długim siedzeniu bez ruchu. Dane można synchronizować ze smartfonem za pomocą technologii Bluetooth oraz aplikacji Casio Watches. Mniej znaczy więcej, ale warto pamiętać, że z wykorzystaniem tych technologii wyniki mogą okazać się mniej precyzyjne w porównaniu do bardziej zaawansowanych urządzeń.
Casio nie stara się być drugim Apple Watchem ani Garminem
To właśnie może stanowić największą zaletę modelu F-B100W. Casio nie rywalizuje z zaawansowanymi smartwatchami pod względem liczby funkcji. W tym zegarku nie znajdziemy GPS-u, pomiaru tętna ani rozbudowanych opcji monitorowania zdrowia. Zamiast tego oferuje podstawowe funkcje sportowe, stoper, timer, możliwość ustawienia pięciu alarmów oraz dostosowywania czasu dla różnych stref czasowych. Znalazła się także funkcja odnajdywania telefonu. Takie podejście ma sens – wiele osób kupuje smartwatch głównie po to, by sprawdzać godzinę, liczyć kroki i otrzymywać podstawowe informacje. F-B100W oferuje dokładnie to, jednak bez skomplikowanego systemu operacyjnego i nieustannego spoglądania w ekran.
Czytaj dalej poniżej
Nawet dwa lata na jednej baterii – argument nie do przebicia
Ważnym argumentem jest sposób zasilania. Casio zastosowało wymienną baterię CR2016, która według deklaracji producenta zapewnia około dwóch lat działania bez potrzeby ładowania czy wymiany. To ogromna różnica w porównaniu do typowego smartwatcha, który wymaga ładowania co kilka dni. Jednocześnie czas działania baterii jest krótszy niż w przypadku klasycznego modelu F-91W, którego bateria może działać o kilka lat dłużej.
F-B100W już znalazł swoje miejsce na rynku brytyjskim, gdzie sprzedawany jest w cenie 55 funtów (około 280 zł) i jest dostępny w kilku wariantach kolorystycznych. Niestety, po zmianie regionu na Polskę w oficjalnym sklepie Casio, model ten nie jest jeszcze dostępny, ale prawdopodobnie w najbliższych tygodniach nastąpi rozszerzenie dostępności na inne kraje.
Tym modelem Casio udowadnia, że zegarek nie musi być miniaturowym smartfonem na nadgarstku. Czasami wystarczy klasyczny wygląd, kilka bardziej zaawansowanych funkcji oraz bateria, o której można zapomnieć na długie miesiące, aby wzbudzić zainteresowanie mas, które od pierwszej zapowiedzi czekały na ten klasyczny sprzęt w nowoczesnym wydaniu.
Robert Sandler od 26 lat monitoruje warunki drogowe nad bawarskimi autostradami i analizuje korki z powietrza. Jego doświadczenia pokazują, że nawigacja GPS może sugerować atrakcyjne objazdy, jednak zjazd z autostrady w przypadku korków rzadko przynosi realne oszczędności czasu.
Dlaczego nawigacja może być myląca?
Aplikacje nawigacyjne koncentrują się na prędkości i natężeniu ruchu. Człowiek obserwujący sytuację z góry może dostrzec przyczyny powstawania zatorów. Podczas jednego ze swoich lotów Sandler zwrócił uwagę na korek w rejonie Füssen, przed tunelem granicznym z Austrią. Nawigacje wskazywały wtedy około 5 minut dodatkowego czasu podróży, podczas gdy pilot przewidywał raczej co najmniej 15, a może nawet 30 minut dłuższą trasę. Z wysokości widoczny był również fakt, że kierowcy próbujący ominąć korek bocznymi drogami zostali zawróceni przez austriacką policję.
Objazd proponowany przez nawigację nie zawsze jest najbardziej logiczny
Gdy tysiące kierowców otrzymują od swoich urządzeń mobilnych ten sam pomysł na objazd, alternatywna droga szybko może przekształcić się w… następny korek. Zazwyczaj są to objazdy, które prowadzą przez znacznie węższe drogi.
W związku z tym szczególnie problematyczne są:
małe drogi w niewielkich miejscowościach;
drogi górskie o ograniczonej przepustowości;
trasy prowadzące przez tunele i przełęcze;
okolice graniczne, gdzie mogą występować dodatkowe ograniczenia.
Dlatego w Austrii, a coraz częściej także w wybranych regionach Niemiec, podczas dużych korków wprowadza się zakazy zjazdu lub przejazdów tranzytowych, aby mieszkańcy nie musieli znosić tysiąca samochodów próbujących skrócić swoją trasę w obliczu napotkanych na drodze problemów.
Czytaj dalej poniżej
Specjalista radzi: pozostań na autostradzie
Podstawowa zasada Roberta Sandlera dla kierowców brzmi:
Jeśli napotykasz korek, nie zjeżdżaj z autostrady tylko dlatego, że nawigacja sugeruje kilka minut oszczędności.
Oczywiście, nie oznacza to, że każdy objazd jest niewłaściwy. Jeśli autostrada jest zamknięta z powodu wypadku lub wystąpiła poważna, wielogodzinna blokada, alternatywna trasa może być zdecydowanie lepszym rozwiązaniem. Kluczowe jest, aby unikać sytuacji, w których kierowca widzi dodatkowe 10, 15 lub 20 minut opóźnienia i spontanicznie decyduje się na objazd boczną drogą. Takie podejście nie zawsze przynosi oczekiwane rezultaty.
Bezcenne wskazówki od pilota. Co jeszcze wynika z jego obserwacji?
Nie wybieraj automatycznie piątku lub soboty – według Sandlera spokojniejsze bywają dni robocze, zwłaszcza od poniedziałku do czwartku;
Niedziela w południe nie musi być najgorsza – wbrew intuicji niedzielny ruch może okazać się zaskakująco umiarkowany;
Bardzo wczesny wyjazd nie zawsze przynosi korzyści – przy tunelach i dużych węzłach drogowych może się zdarzyć, że wszyscy podróżni wybiorą ten sam pomysł;
Nocą jest mniej samochodów, ale tylko wtedy, gdy jesteś wypoczęty – kawa czy napój energetyczny nie zastąpią snu. Zmęczenie za kierownicą może stanowić znacznie większe zagrożenie niż sam korek.
Ufajmy nawigacji, ale z rozwagą
Nawigacja doskonale odpowiada na pytanie, którędy aktualnie można jechać szybciej i podaje możliwie najlepszą trasę. Jednak nie zawsze jest w stanie odpowiedzieć na najważniejsze pytanie w przypadku problemów. Tutaj właśnie obserwacje z powietrza dają przewagę nad wirtualnym asystentem. Dlatego najlepsza zasada nie brzmi „nie ufaj nawigacji”, lecz „dociekaj przyczyn problemów, przewidywanego czasu opóźnienia i sprawdzaj aktualną sytuację na proponowanej trasie alternatywnej”.
Najnowsze dane firmy analitycznej Omdia za drugi kwartał 2026 roku wskazują na nadchodzące zmiany w rynku inteligentnych zegarków.
Spadek sprzedaży, ale wzrost w segmencie smartwatchy
Pomimo ogólnego spadku sprzedaży opasek i zegarków o 2% w porównaniu do roku ubiegłego, segment smartwatchy zanotował wzrost o 6%. Oznacza to, że konsumenci decydują się na droższe opcje, wybierając zaawansowane zegarki sportowe lub minimalistyczne opaski bez ekranu, które można nosić przez całą dobę.
Dominacja Apple i rosnąca konkurencja
Na czołowej pozycji w rankingu producentów wciąż znajduje się Apple, posiadające niemal połowę rynku smartwatchy z udziałem wynoszącym 46%. Jednak najbardziej interesująca rywalizacja toczy się za plecami giganta z Cupertino. Dotychczasowy wicelider, Samsung, odczuwa coraz większą presję ze strony Garmina, który zyskał imponujące 15% udziału w rynku, zbliżając się do koreańskiego konkurenta. Agresywna strategia rozwoju Garmina, obejmująca popularne serię zegarków takie jak Forerunner, Fenix, Venu oraz Instinct, a także dostarczanie precyzyjnych danych treningowych, przyciąga coraz szerszą grupę użytkowników. Klienci są gotowi zainwestować więcej w sprzęt, który zapewnia dokładność pomiarów, długotrwałą pracę na jednym ładowaniu oraz praktyczne wskazówki dotyczące zdrowia.
Polaryzacja rynku i nowe trendy wśród gigantów
Na rynku urządzeń ubieralnych silną pozycję utrzymują także marki Huawei oraz Xiaomi. Huawei dominuje w globalnym zestawieniu, uzyskując 18% udziału, co jest wynikiem uniwersalnej kompatybilności z różnymi systemami operacyjnymi, zaawansowanych funkcji zdrowotnych oraz ekspansji na rynki międzynarodowe, w tym wprowadzenia zegarków dla dzieci.
Interesujący jest również rosnący trend minimalistycznych monitorów aktywności bez wyświetlacza. W kategorii podstawowych opasek, modele bezekranowe, reprezentowane m.in. przez nowości takie jak Fitbit Air czy Garmin Cirqa, zyskały już 15% udziału, stając się realną alternatywą dla popularnego Whoopa. W obliczu wzrastających cen komponentów i pamięci, producenci będą musieli skupić się na integracji ekosystemów, długim czasie pracy baterii oraz rozwoju personalizowanej sztucznej inteligencji, aby przekonać klientów do zakupu coraz droższych urządzeń.
Lato 2023 roku przyniosło w Polsce niebezpiecznie wiele nocy tropikalnych, co wpływa na jakość snu i regenerację organizmu.
Choć upały na chwilę ustąpiły, a pogoda wskazuje na nadchodzącą jesień, nie oznacza to, że wysokie temperatury zniknęły na zawsze. Zgodnie z prognozami, w sierpniu możemy ponownie doświadczyć temperatur oscylujących wokół 30 stopni Celsjusza. Zwykle ostrzegamy przed konsekwencjami ekspozycji na słońce w ciągu dnia, ale coraz więcej badań udowadnia, że letnie noce mogą być równie szkodliwe dla naszego zdrowia. Naukowcy alarmują, że ciągły wzrost temperatur może prowadzić do globalnego deficytu snu.
Nocne upały zakłócają regenerację organizmu – śpimy mniej i czujemy się gorzej
Na początku lipca bieżącego roku w Rozdzielu, w województwie małopolskim, odnotowano najwyższą nocną temperaturę w historii pomiarów – 28,4 stopnia Celsjusza. Jeśli nocna temperatura nie spadnie poniżej 20 stopni, mamy do czynienia z tzw. nocą tropikalną. Takie zjawisko miało miejsce latem z niepokojącą regularnością, co w połączeniu z upałami w ciągu dnia oraz brakiem możliwości ochłodzenia sypialni przed snem, stawia organizm w trudnej sytuacji.
Optymalna temperatura nocna dla osoby dorosłej powinna wynosić od 16 do 19 stopni Celsjusza; chłód sprzyja regeneracji oraz wspiera naturalny rytm biologiczny organizmu. Istotna jest szczególnie regeneracja układu sercowo-naczyniowego, nerwowego oraz proces utrwalania wspomnień, który zachodzi w różnych fazach snu. Kiedy jednak nocna temperatura bardziej przypomina tę podczas plażowania niż komfortowego snu, serce zmuszane jest do intensywniejszej pracy, pompując więcej krwi do skóry w celu utraty ciepła, co może prowadzić do odwodnienia. Ponadto, problemy z zasypianiem stają się groźne, ponieważ następnego dnia mogą wywołać zmniejszoną koncentrację, zmęczenie oraz zaburzenia w regulacji procesów fizjologicznych.
Jeśli wysokie temperatury nocne się utrzymują, organizm może mieć trudności z regeneracją układu sercowo-naczyniowego, metabolicznego i immunologicznego. Czasopismo Nature informuje, że w 28 miastach Azji Wschodniej nocne fale upałów wiązały się ze wzrostem liczby zgonów o 3 procent oraz wzrostem liczby nagłych przyjęć do szpitala.
Czytaj dalej poniżej
Utrata niemal 56 godzin snu rocznie
Z badania przeprowadzonego przez YouGov dla Greenpeace UK wynika, że na przełomie czerwca i lipca 2023 roku dwie trzecie ankietowanych zgłaszało problemy ze snem. Wskutek upałów respondenci tracili średnio ponad 3 godziny snu każdej nocy. Analiza organizacji Climate Central wskazuje, że w latach 2020–2025 przeciętna osoba traci niemal 56 godzin snu rocznie z powodu nocnych wysokich temperatur.
Do opracowania raportu wykorzystano model oparty na wcześniejszych badaniach dotyczących związku między nocną temperaturą a snem, łącząc go z danymi temperaturowymi oraz analizą wpływu zmian klimatycznych. Choć badanie nie dotyczyło bezpośrednio mieszkańców, ważne jest, by zwrócić uwagę na potencjalne konsekwencje globalnego ocieplenia. Utrata 56 godzin snu rocznie może wydawać się niewielka, ale w dłuższej perspektywie globalny deficyt snu może narastać, co wpłynie zarówno na regenerację organizmów, jak i obciążenie systemu ochrony zdrowia.
Specjaliści wskazują, że polityka mieszkaniowa powinna uwzględniać sypialnie jako kluczowe przestrzenie dla zdrowia. Podkreśla się znaczenie dostępu do energooszczędnych systemów chłodzenia, kontroli wentylacji oraz zapewnienia dobrej izolacji. Na razie możemy jednak polegać głównie na domowych sposobach, gdyż klimatyzacja w polskich mieszkaniach wciąż jest rzadkością.
Rok 2026 nie sprzyja osobom planującym zakup elektroniki. Kryzys na rynku pamięci podniósł ceny podzespołów, a producenci sprzętu przenoszą te koszty na klientów. Google również dostosowuje się do tej sytuacji – cała linia Pixel 11 podrożała w stosunku do poprzedniej generacji. O dziwo, najciekawszym modelem nie jest wcale najdroższa wersja.
Podstawowy Pixel 11 korzysta z tego samego procesora, układu zabezpieczeń oraz podstawowej pamięci co wersje Pro, a dodatkowo ma teleobiektyw, który jeszcze dwa pokolenia temu był dostępny tylko w droższych modelach. Niestety, wśród nowości trudno znaleźć coś wyróżniającego, a cena w Polsce przekracza 4000 zł.
Aparat przeszedł na dietę
Od kilku generacji Google, podobnie jak inni producenci smartfonów, nie zaskakuje nas zawartością pudełka. W zestawie znajdziemy tylko kabelek USB-C. Warto jednak zauważyć, że opakowanie wykonane jest z materiałów z recyklingu, co stało się znakiem rozpoznawczym linii Pixel.
Wizualnie nie ma rewolucji. Najbardziej rzucającą się w oczy zmianą w Pixelu 11 jest cieńszy pasek aparatów, który zmniejszył się o około 40% i został pokryty jednolitą taflą szkła. W dłoni daje to zaskakującą różnicę – telefon stabilnie leży na stole, a przy użyciu etui garb staje się praktycznie niewidoczny. To istotna przewaga w stosunku do konkurencji, która coraz częściej stosuje asymetryczne wyspy aparatów.
Czytaj dalej poniżej
Ramka smartfona zrobiona jest z aluminium lotniczego, przód i tył chroni Gorilla Glass Victus 2, a urządzenie spełnia normę wodoszczelności IP68. Układ przycisków oraz lokalizacja portu USB i tacki na kartę SIM nie będą dla nikogo zaskoczeniem. Ciekawym szczegółem jest unijna etykieta, którą producenci muszą przyklejać do każdego smartfona – podstawowy Pixel 11 uzyskał najwyższy poziom odporności na upadki (wyższy niż droższy Pixel 11 Pro).
Telefon jest zauważalnie cieńszy od poprzednika, choć nadal odczuwalny ciężar 200 g może być problematyczny, zwłaszcza w porównaniu do lżejszych konkurentów. W polskiej dystrybucji dostępne są cztery wersje kolorystyczne: Obsydianowy, Fuksja, Jasnoliliowy i Pistacjowy (ten trafił do testów).
Ekran i bateria
W Pixelu 11 zastosowano 6,3-calowy panel OLED z odświeżaniem od 60 do 120 Hz oraz gęstością pikseli przekraczającą 400 ppi. Jego szczytowa jasność osiąga 3000 nitów, co przekłada się na dobrą czytelność w pełnym słońcu. Oczywiście, Google zarezerwowało adaptacyjne odświeżanie do 1 Hz oraz jaśniejsze panele dla wersji Pro. Ramki wokół ekranu również nie są najszersze, co w telefonie kosztującym ponad 4 tys. zł może budzić zdziwienie.
W podstawowym modelu Pixel 11 ogniwo jest nieco większe niż w wersji Pro. Blisko 5000 mAh w połączeniu z oszczędnym procesorem bez problemu zapewnia pełen dzień intensywnego używania. Niestety, ładowanie przewodowe wciąż ograniczone jest do 30 W. W tej kwestii zaskakująco dobrze prezentuje się ładowanie bezprzewodowe Qi2.2 o mocy 25 W. Google kontynuuje również pomysł zastosowania magnesów, dzięki którym telefon współpracuje z całym ekosystemem akcesoriów magnetycznych, w tym z projektami dla Apple Mag Safe.
Pod maską więcej zmian niż w specyfikacji
Oprogramowanie to Android 17 z obietnicą siedmiu lat aktualizacji systemu, łatek bezpieczeństwa i nowych funkcji, co staje się kluczowym argumentem w czasach drożejących telefonów. Z nowych funkcji warto zwrócić uwagę na Ramblera, który porządkuje dyktowany tekst, nawet gdy plączemy myśli. Coraz bardziej staje się również istotnym dodatkiem działający w tle Gemini, choć AI Google’a wciąż odstaje od rozwiązań oferowanych przez OpenAI czy Anthropic.
Sercem telefonu jest chip Tensor G6, wspierany przez 12 GB pamięci RAM oraz nowy układ zabezpieczeń Titan M3. Podstawowa wersja pamięci to teraz 256 GB – wariant 128 GB został całkowicie wycofany z oferty. W zakresie łączności bezprzewodowej odpowiada moduł Wi-Fi 6E, co jest wadą, ponieważ konkurencja w tej cenie od dawna korzysta z Wi-Fi 7. W smartfonie, który ma być wspierany przez wiele lat, warto by zobaczyć najnowsze standardy, także w kontekście łączności.
Warto wspomnieć, że Google w tej generacji zrezygnowało z modemów Samsunga, które, mówiąc delikatnie, bywały problematyczne. Ich miejsce zajęły modemy MediaTek, które mają działać szybciej, stabilniej i bardziej energooszczędnie. Czy jest to prawda? Dotychczas, przez ostatnie 2 tygodnie, nie miałem żadnego problemu z 5G w nowym Pixelu, co jest pozytywnym znakiem. Aby jednak w pełni ocenić te obietnice, potrzeba więcej czasu.
Google już od lat nie stara się konkurować z Qualcommem w surowych danych, a tegoroczny procesor to potwierdza. Producent deklaruje o jedną czwartą szybsze przeglądanie internetu, sprawniejsze uruchamianie aplikacji oraz o połowę bardziej wydajny układ do zadań AI przy niższym zużyciu energii. W wymagających grach nie ma co liczyć na cuda – to nie jest sprzęt dla graczy. Natomiast podczas codziennego użytkowania smartfon spisuje się znakomicie – jest szybki, responsywny i utrzymuje aplikacje w pamięci przez wystarczająco długi czas. Temperatury również są kontrolowane, przynajmniej dopóki nie spróbujemy obciążyć procesora wieloma wymagającymi zadaniami jednocześnie. Jednak nawet wtedy trudno mówić o poważnych spowolnieniach. W tej kwestii Pixel 11 nie powinien nikogo zawieść.
Zdjęcia? Po staremu z jednym „ale”
Zestaw aparatów jest znajomy: główny sensor 48 MP, ultraszeroki kąt 13 MP oraz teleobiektyw 10,8 MP z pięciokrotnym przybliżeniem optycznym, a z przodu znajdziemy kamerę 10,5 MP z autofokusem. Diabeł tkwi w szczegółach. Główny sensor jest teraz fizycznie większy i według producenta przechwytuje o ponad połowę więcej światła niż w Pixelu 10. Różnicę widać w zdjęciach nocnych oraz w pomieszczeniach, gdzie nowy model spisuje się wyjątkowo dobrze. Sam teleobiektyw również zasługuje na uwagę, ponieważ w tym segmencie nie jest to standard – część konkurentów w podobnej cenie ogranicza się do tylko dwóch obiektywów.
Nowością w oprogramowaniu są presety kolorystyczne – Camera Looks – które pozwalają dostosować charakterystyczny wygląd zdjęć z Pixeli do własnych preferencji. Ciekawym rozwiązaniem jest także funkcja Magic Capture, umożliwiająca przechwytywanie kadrów z materiału nagrywanego w tle.
Nagrywanie wideo ogranicza się do 4K w 60 kl/s, co w pełni wystarcza do publikacji stories i rolek. W tej kwestii Pixel 11 spisuje się poprawnie, choć stabilizacja i rozpiętość tonalna samych nagrań mogą budzić pewne zastrzeżenia.
Generacja do przeczekania?
Pixel 11 w wersji 12/256 GB kosztuje na start 4349 zł. Teoretycznie to o 50 zł mniej niż zeszłoroczny Pixel 10 w tej samej wersji, jednak brak wersji 128 GB podnosi realny próg wejścia o 400 zł. Konkurencja tymczasem nie stoi w miejscu. Galaxy S26 w podobnym rozmiarze zdążył znacząco stanieć poniżej 3500 zł, a Xiaomi 17 za podobne pieniądze oferuje dwa razy więcej pamięci, mocniejszy procesor i znacznie szybsze ładowanie. Solidnym konkurentem może być także przeceniony Pixel 10, który również ma już teleobiektyw i oferuje zbliżone możliwości.
Jeśli kupiliście rok temu Pixela, możecie być spokojni – ta generacja nie dostarcza przekonujących powodów do przesiadki. Dla tych, którzy przechodzą ze starszego modelu lub innego smartfona z Androidem i częściej fotografują niż grają, Pixel 11 prawdopodobnie jest najrozsądniej wycenionym modelem w tegorocznej ofercie Google. Jeśli jednak szukacie przede wszystkim mocy i szybkiego ładowania, konkurencja oferuje te funkcjonalności za mniejsze kwoty.
W obliczu aktualnej sytuacji rynkowej, Pixel 11 to przyzwoity telefon, chociaż wciąż przegrywa w rywalizacji cenowej z chińskimi markami. Dla fanów Google’a oraz osób w pełni zaangażowanych w ekosystem tych usług, nie powinno to stanowić istotnego problemu, zwłaszcza że idzie w parze z doskonałym wsparciem posprzedażowym, w którym kalifornijski gigant bez wątpienia przoduje.
Google Pixel 11
plusy
Smuklejszy pasek aparatów i solidna, szczelna konstrukcja
Teleobiektyw w podstawowym modelu
Magnetyczne ładowanie Qi2.2
Siedem lat aktualizacji
256 GB pamięci w bazowej wersji
minusy
Wyższa cena niż rok temu
Ładowanie 30 W
Wi-Fi 6E
Urządzenie na potrzeby recenzji udostępnił producent. Firma nie miała wglądu ani wpływu na treść artykułu przed publikacją.
Wygląda na to, że Toyota zainspirowała się polskimi mechanikami – magikami. Żartuję, oczywiście. Ale wyobraźcie sobie to: mechanik uderza specjalnym plastikowym młotkiem w koło pasowe, a o dalszym losie silnika V6 decydują drgania zarejestrowane przez czujnik i przeanalizowane przez oprogramowanie. Japońska myśl techniczna: i nie powinniśmy się z niej śmiać. To nowoczesna optymalizacja procesów serwisowych.
Brzmi jak kiepski żart (a zapewne samodzielnie generuję ich wiele), ale to pełne zaangażowania uderzenie młotkiem wcale nie służy ani naprawie, ani brutalnej próbie wytrzymałości. Młotek ma na celu wzbudzenie drgań, które wskazują na właściwości mechaniczne badanych układów. Toyota opracowała prostą, lecz niezwykle skuteczną (czyli dającą ważną wiedzę dla serwisantów) procedurę, porównując częstotliwości rezonansowe różnych silników z prawidłowym oraz nadmiernie zużytym głównym łożyskiem numer jeden. To najnowsza odsłona problemu z jednostkami V35A, które objęły w Stanach Zjednoczonych ponad ćwierć miliona pickupów i SUV-ów Toyoty oraz Lexusa.
Jak w telewizorze Rubin. Ale to jest diagnostyka
Mój ojciec wmieszał rękę w bok starego Rubina, aby polepszony odbiór: to działo się w czasach prehistorycznych. Tu wszystko skupia się na ocenie, czy dany silnik będzie działać poprawnie, czy też nie. Przed pomiarem serwis wykonuje czynności przygotowawcze i sprawdza, czy nie występują czynniki nadmiernie zaburzające wynik. Następnie technik mocuje niewielki akcelerometr do śruby wału korbowego. Koło pasowe otrzymuje cios plastikowym młotkiem w punkcie odpowiadającym godzinie trzeciej na wyobrażonej tarczy zegarowej. Siła uderzenia musi zmieścić się w określonym zakresie, a sam młotek również nie jest „zwykły”, ponieważ informuje mechanika, czy uderzenie było odpowiednie. Zarejestrowana odpowiedź trafia do oprogramowania inspekcyjnego.
Najlepszą analogią może być znane muzykom i akustykom urządzenie, czyli kamerton: to niewielki przedmiot o specyficznej konstrukcji, który drga w łatwy sposób przy swojej własnej częstotliwości. Części produkowane według tej samej specyfikacji nie są idealnie identyczne, lecz powinny mieścić się w granicach tolerancji ustalonych przez producenta. W przypadku nadmiernego zużycia łożyska zmienia się sposób, w jaki wał i współpracujące z nim elementy reagują na impuls emitowany przez młotek. Toyota wskazuje, że różnicę można wychwycić w częstotliwości rezonansowej przedniej części wału korbowego. Nikt tam „na słuch” nie będzie diagnozował auta. Czujnik powie Ci prawdę.
A co, jeśli nikt tego nie naprawi? Jeździć i obserwować?
Niezbyt polecałbym taki krok. Owe łożyska podpierają wał korbowy i pozwalają mu obracać się w silniku przy minimalnym tarciu. Toyota szczerością mówi: podczas produkcji części jednostek V35A mogły pozostać drobiny z obróbki mechanicznej wewnątrz. Jeżeli przetransportują się one pomiędzy współpracującymi powierzchniami, mogą przyspieszać zużycie łożyska, zwłaszcza podczas długotrwałej eksploatacji pod dużym obciążeniem: samochodami tymi rzadko jeździ się tylko do kościoła w niedzielę. Amerykanie traktują te jednostki jako woły robocze, zresztą do tego zostały stworzone. W wadliwej części prędzej czy później pojawią się nieprzyjemne stuki, a praca silnika stanie się nierówna. Kierowca może mieć także trudności z uruchomieniem, albo silnik nagle zgaśnie bez ostrzeżenia. Utrata napędu przy dużej prędkości niesie ogromne ryzyko wypadku. Toyota nie chciała ryzykować.
Czytaj dalej poniżej
Tak mniej więcej wygląda procedura sprawdzania silnika Toyoty. Czyż nie jest to zaskakujące?
Pierwsza amerykańska akcja z 2024 roku objęła 102 092 egzemplarzy Toyoty Tundra i Lexusa LX600. W listopadzie 2025 roku producent dołączył około 127 tysięcy kolejnych Tundr oraz SUV-ów Lexusa, a w maju 2026 roku następne 43 566 Tundr z modelu 2024. To około 273 tysięcy pojazdów TYLKO w Stanach Zjednoczonych, choć akcje w różnych regionach mogą różnić się zakresem i metodami naprawy. Dla pierwszej grupy Toyota zatwierdziła wymianę całych silników, natomiast pomiar rezonansowy ma wyłonić jednostki wymagające takiej operacji w najnowszej partii. Producent podejrzewa bowiem, że nie każdy silnik mógł być dotknięty tym problemem.
Niepewny wynik równa się wymianie całego silnika
Tu „decyzyjny” jest nie tylko sam młotek z czujnikiem. Oprogramowanie łączy ocenę elementu z dostępnymi danymi o dotychczasowej eksploatacji samochodu. Jeśli na podstawie tych informacji dealer nie może potwierdzić, że element NIE JEST wadliwy, silnik ma zostać wymieniony bezpłatnie. Toyota przedstawia tę procedurę jako metodę identyfikacji jednostek zagrożonych awarią w przyszłości, nie dając jednak gwarancji, że te same problemy nie wystąpią ponownie. Nie udostępniono także szczegółowych parametrów skuteczności testu, a interesujący byłby m.in. odsetek błędnych wskazań.
Czytaj również: Toyota rozszerza ofertę. Teraz dostaniesz także pożyczkę na samochód.
Każdy właściciel, który słyszy stuki z silnika, zauważa nierówną pracę lub ma problemy z uruchomieniem, powinien dokładnie przyjrzeć się swojemu pojazdowi. Należy pochwalić Toyotę za to, że opracowała sprytną metodę uniknięcia kosztownego rozbierania każdej jednostki oraz wymiany wszystkich silników w ciemno. I kto by pomyślał, że to wszystko można osiągnąć jedynie przy użyciu młotka i czujnika… prawdziwie inżynieryczne mistrzostwo.
Jeden z najlepszych seriali dostępnych na platformie Apple TV+ powraca z nowym, wyczekiwanym sezonem.
Apple oficjalnie opublikowało zwiastun 6. serii „Kulawych Koni” (Slow Horses), mrocznej, a zarazem wyjątkowo błyskotliwej i czarno-komediowej dramy szpiegowskiej. Serial opowiada o grupie brytyjskich agentów wywiadu, którzy z powodu życiowych i zawodowych błędów trafiają do Slough House, jednostki będącej rodzajem cmentarza dla karier w brytyjskim MI5. Na czele tego nietypowego zespołu stoi genialny, ale niezwykle niechlujny Jackson Lamb, grany przez niezrównanego, nagrodzonego Oscarem Sir Gary’ego Oldmana. W obsadzie ponownie pojawią się takie gwiazdy jak Kristin Scott Thomas, Jack Lowden oraz Saskia Reeves.
Ktoś poluje na członków Slough House
Nowy materiał wideo zdradza pierwsze szczegóły nadchodzącej fabuły, która obiecuje kolejne intensywne emocje. Członkowie zespołu Lamba staną w obliczu bezpośredniego zagrożenia, gdyż ktoś bezwzględnie zaczyna ich ścigać. Fabuła jak zwykle będzie wpleciona w gęstą sieć szpiegowskich intryg, tajemnic oraz politycznych powiązań, z których znana jest ta produkcja. Zamiast technicznych gadżetów, które widzimy w klasycznych filmach o Bondzie, widzowie otrzymają pełną napięcia historię o przetrwaniu, w której kluczowe będą spryt, intuicja oraz nieprzewidywalne działania Lamba. Premiera 6. sezonu zaplanowana jest na 16 września 2026 roku w usłudze Apple TV. Na razie nie wiadomo, ile epizodów Apple udostępni w dniu premiery, ale można zakładać, że zgodnie z wcześniejszymi sezonami, całość będzie składać się z 6 odcinków.
Prywatna chińska firma LandSpace zapisała się na kartach historii, przeprowadzając pomyślne lądowanie pierwszego stopnia swojej rakiety Zhuque-3 po zakończeniu misji orbitalnej.
Rakieta wystartowała z Dongfeng, mieszczącego się na terenie kosmodromu Jiuquan w pustyni Gobi. Po oddzieleniu się drugiego stopnia, który pomyślnie umieścił na orbicie satelitę Honghu 03, booster wykonał kontrolowany manewr zniżania i lądowania na wysuniętych nogach w odległości około 390 kilometrów od miejsca startu. W ten sposób LandSpace stało się pierwszą prywatną chińską firmą, która zrealizowała tę skomplikowaną operację, a także trzecim podmiotem na świecie, obok SpaceX oraz Blue Origin.
To osiągnięcie nie przeszło jednak bez przeszkód. Pierwszy próbny lot rakiety Zhuque-3 zakończył się sukcesem pod względem wyniesienia ładunku na orbitę, jednak próba odzyskania pierwszego stopnia nie powiodła się w końcowym etapie opadania. Inżynierowie LandSpace przeprowadzili szereg poprawek technicznych, w tym ulepszenie osłon termicznych chroniących przed ekstremalnymi temperaturami i obciążeniami przy ponownym wejściu w atmosferę, poprawę systemu bezpieczeństwa oraz zredukowanie liczby silników używanych podczas manewru lądowania. Uproszczenie układu napędowego zwiększyło niezawodność całej procedury i otworzyło drogę do udanego lądowania.
Zhuque-3 to mariaż Falcona 9 ze Starshipem
Zhuque-3 to dwustopniowa rakieta, której wysokość wynosi ponad 66 metrów, a średnica 4,5 metra. Jej masa startowa szacowana jest na około 570 ton. Kluczowym wyróżnikiem konstrukcyjnym tego pojazdu jest poszycie wykonane ze stali nierdzewnej, analogicznie jak w przypadku Starshipa. Stal nierdzewna zapewnia znaczną odporność na wysokie temperatury oraz umożliwia radykalne obniżenie kosztów produkcji. Napęd pierwszego stopnia składa się z dziewięciu silników z serii Tianque, działających na mieszance skroplonego metanu i ciekłego tlenu. Wybór metanu jako paliwa ma kluczowe znaczenie dla możliwości wielokrotnego wykorzystania. Spala się on znacznie czyściej niż nafta stosowana w rakietach Falcon 9, co ogranicza osady i sadzę wewnątrz silników, ułatwiając ich szybki przegląd oraz przygotowanie do kolejnych lotów. W wersji jednorazowej rakieta jest w stanie wynieść na niską orbitę okołoziemską (LEO) do 21 ton ładunku. W konfiguracji z odzyskiwaniem pierwszego stopnia wynosi ona nieco ponad 18 ton. Takie parametry plasują chińską konstrukcję w tej samej klasie co kultowy Falcon 9 od SpaceX. LandSpace przewiduje, że pojedynczy booster Zhuque-3 będzie mógł być wykorzystywany nawet do 20 razy, co znacząco obniży koszty transportu ładunków w przestrzeń kosmiczną.
Pomyślne lądowanie Zhuque-3 stanowi prawdziwy kamień milowy dla całego chińskiego sektora kosmicznego. Świadczy ono o tym, że komercyjny przemysł rakietowy w Chinach dojrzał i przestał być jedynie naśladowcą zachodnich technologii, stając się ich rzeczywistym konkurentem. Odzyskiwanie i ponowne wykorzystywanie rakiet to kluczowy warunek przekształcenia eksploracji kosmosu w opłacalny i skalowalny biznes. Sukces ten przechodzi z fazy czysto eksperymentalnej do praktycznej, tworząc solidne fundamenty pod rozwój chińskich megakonstelacji satelitarnych.
Wygląda na to, że Garmin powoli szykuje się do zmiany warty w swojej ofercie topowych smartwatchy. Tak przynajmniej wskazują promocje, które zaczynają się w polskich elektromarketach.
Najlepszym tego dowodem jest najnowsza oferta w sieci Media Expert, gdzie flagowy Garmin Fenix 8 doczekał się sporej obniżki ceny. Bazowy wariant Fenix 8 w rozmiarze 47 mm kosztuje obecnie 2899 złotych, natomiast większą wersję 51 mm wyceniono na 3199 złotych. Co ciekawe, kwoty te można obniżyć jeszcze bardziej, korzystając z popularnej promocji ratalnej, w której sklep bierze na siebie spłatę dwóch pierwszych rat. Daje to łączną oszczędność rzędu kolejnych kilkuset złotych, tworząc z tej oferty jedną z najbardziej opłacalnych okazji dla fanów zaawansowanych zegarków sportowych w tym roku.
Topowy sprzęt dla wymagających w wyraźnie niższej cenie
Mimo upływu czasu od rynkowego debiutu, Garmin Fenix 8 pozostaje kompletnym kombajnem treningowym i outdoorowym, który z nawiązką spełni oczekiwania nawet najbardziej wymagających użytkowników. Konstrukcja zegarka spełnia rygorystyczne normy wojskowe w zakresie odporności na temperaturę, wstrząsy oraz wodę. Oprócz tradycyjnej, niezwykle precyzyjnej nawigacji z wbudowanymi mapami TopoActive i wielozakresowym GPS, model ten wyposażono w zaawansowane czujniki zdrowotne monitorujące m.in. tętno, natlenienie krwi oraz stopień regeneracji organizmu po wysiłku.
Seria Fenix 8 wyróżnia się także licznymi udogodnieniami codziennymi, które zacierają granicę między bezkompromisowym zegarkiem sportowym a funkcjonalnym smartwatchem. Użytkownicy mają do dyspozycji wbudowaną latarkę LED o zmiennej intensywności świecenia, głośnik i mikrofon pozwalające na prowadzenie rozmów telefonicznych bezpośrednio z nadgarstka, a także obsługę płatności zbliżeniowych Garmin Pay. Całość uzupełnia rewelacyjny czas pracy na jednym ładowaniu, pozwalający zapomnieć o ładowarce na wiele dni intensywnego użytkowania oraz piękny wyświetlacz AMOLED. W obecnej cenie promocyjnej zakupy tego modelu wydają się decyzją wyjątkowo rozsądną, bo zyskujemy flagowe możliwości, które, nawet jeśli zostaną nieco usprawnione w serii Fenix 9, to z pewnością nie będą dostępne w tak niskiej cenie.
Kilka chwil po tym, jak Google rozwiązało problem z wyłączającym podgląd natężenia ruchu drogowego, kierowcy korzystający z systemu Android Automotive napotkali kolejny istotny problem.
Okazuje się, że pętla technicznych usterek w nawigacji Google Maps trwa nadal, a najnowszy błąd może skutecznie zepsuć każdą podróż. Tym razem problem dotyczy kluczowej funkcji aplikacji, czyli prowadzenia po wyznaczonej trasie. Usterka sprowadza się do ciągłego przeliczania i zmieniania trasy przez Google Maps w trakcie jazdy, co powoduje, że nawigacja staje się całkowicie bezużyteczna, zmuszając kierowców do szukania alternatywnych rozwiązań. Pierwsze sygnały o tej irytującej usterce pojawiły się na serwisie Reddit kilka dni temu. Właściciel elektrycznego Polestara 2 opisał, jak jego auto utknęło w niekończącej się pętli przeliczania. Szybko okazało się, że nie jest to odosobniony przypadek; pod wpisem natychmiast wywiązała się dyskusja, w której inni kierowcy Polestarów potwierdzili te same objawy. Co istotne, problem nie dotyczy jedynie jednej marki, ponieważ podobne zachowanie nawigacji zgłosili także posiadacze samochodów Hondy z systemem Android Automotive.
Czy to awaria GPS, czy błąd nowej aktualizacji?
Choć ciągła zmiana trasy na pierwszy rzut oka może przypominać problem z gubieniem sygnału GPS, sami poszkodowani kierowcy zdecydowanie wykluczają tę hipotezę. Z ich obserwacji wynika, że pozycja pojazdu na postoju jest wskazywana precyzyjnie, a moduł lokalizacji działa bez zarzutu w innych okolicznościach. Usterka ujawnia się jedynie w momencie uruchomienia aplikacji Google Maps. Użytkownicy zwracają uwagę na jeszcze jeden interesujący szczegół: niekończące się przeliczanie trasy zaczęło występować tuż po aktualizacji, która wprowadziła integrację z asystentem Gemini.
Na ten moment oficjalna przyczyna powstania tego błędu w systemie Android Automotive pozostaje nieznana, a sam reset systemu nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Wśród zdesperowanych kierowców pojawił się jednak jeden tymczasowy sposób na poradzenie sobie z problemem. Jednemu z internautów udało się przywrócić sprawność nawigacji poprzez dokładne wyczyszczenie pamięci podręcznej oraz usunięcie wszystkich danych aplikacji Google Maps w ustawieniach systemu. Po ponownym uruchomieniu programu pętla przeliczania trasy zniknęła. Pozostaje mieć nadzieję, że Google szybko wyda stosowną poprawkę oprogramowania, zanim kolejni kierowcy stracą cierpliwość do fabrycznego systemu w swoich pojazdach.