Captain Tsubasa 2: World Fighters to z jednej strony gra o piłce nożnej, ale nie spędzimy tutaj na boisku tyle czasu, ile można by się spodziewać. Zamiast tego twórcy serwują nam sporo historii, rozmów oraz pozwalają lepiej poznać kultowych bohaterów. Co jednak z samym graniem?
W growym wydaniu Tsubasa wrócił w 2020 roku za sprawą całkiem udanego Rise of New Champions. Produkcja ta miała swoje bolączki, ale w ogólnym rozrachunku spotkała się z uznaniem fanów. Na pełnoprawną kontynuację od studia Tamsoft trzeba było jednak czekać aż sześć lat. Captain Tsubasa 2: World Fighters zadebiutował 27 sierpnia na wszystkich głównych platformach i opowiada o Młodzieżowych Mistrzostwach Świata, czyli historii, która nigdy nie doczekała się anime.
Powieść wizualna przeplatana piłką nożną
Zabawę rozpoczynamy od stworzenia własnego zawodnika w kreatorze stylizowanym na kreskę autora mangi. Nasz bohater zaczyna karierę w brazylijskim São Paulo u boku Tsubasy, wraca do Japonii, a następnie przebija się przez azjatyckie eliminacje aż do młodzieżowych mistrzostw świata. Nad scenariuszem czuwał sam Yoichi Takahashi, który dopisał do znanej historii świeże wątki oraz zupełnie nowych rywali. Po drodze odblokowujemy jeszcze epizody poboczne, które budują relacje z resztą kadry, a po napisach końcowych pojawiają się alternatywne ścieżki typu „co by było, gdyby”. Łącznie zawartości starcza na około 20-25 godzin.
Jest jednak jedno „ale”, bo fabułę podano tutaj w formie mocno zbliżonej do powieści wizualnej. Statyczne dialogi potrafią ciągnąć się kwadransami, a w dodatku niewiele z nich wynika, bo większość to motywacyjne przemowy, zagrzewanie się do walki i sporo infantylizmów. W rezultacie więcej jest tutaj czytania niż samego grania w piłkę, przez co napięcie z boiska ucieka gdzieś między kolejnymi okienkami. Fanów mangi to pewnie nie odstraszy, ale pozostali mogą czuć się trochę przytłoczeni.
Zapomnijcie o przepisach
Na boisku nie ma sędziego, fauli ani kartek. Możemy bezkarnie taranować rywali i wjeżdżać wślizgiem od tyłu, a mecz przypomina bardziej serię pojedynków jeden na jednego niż tradycyjną piłkę. Kluczowa jest tutaj wytrzymałość – każdy zawodnik ma bowiem pasek, z którego zużywamy energię na dryblingi, wślizgi i techniki. Jeżeli drybler ma jeszcze siły, utrzyma się przy piłce mimo wślizgu; jeżeli pasek spadł do zera, odda futbolówkę bez walki.
Do tego dochodzi mnożnik nabijany udanymi akcjami wykonywanymi jedna po drugiej. Im wyższy poziom łańcucha, tym mocniejsze strzały i szybsze ładowanie technik specjalnych. Haczyk? Strata piłki oddaje cały wypracowany bonus rywalowi, więc defensywna gra po prostu się tutaj nie opłaca.
A to nie wszystko, ponieważ swoje techniki specjalne dostała tym razem każda formacja – od superstrzałów, przez superpodania i superdryblingi, aż po superwślizgi i superbloki obrońców. Łącznie jest ich ponad 150, a w drugiej połowie meczu ładują się na tyle szybko, że obie drużyny zaczynają wymieniać się nimi bez opamiętania.
Najciekawiej wypadają jednak starcia z bramkarzami, które przebudowano tutaj od podstaw. Golkiper nie jest już zwykłym skryptem, tylko przeciwnikiem z paskiem zdrowia, który trzeba systematycznie zbijać. Przy każdym strzale celujemy w jedną z sześciu stref bramki, a broniący typuje w tym samym czasie kierunek. Nie jest to zbyt trudne, bo wystarczy obserwować trajektorię lotu piłki. Trafna decyzja pozwala na efektowną obronę niemal za darmo, zaś pomyłka kosztuje bramkarza ogrom wytrzymałości. Jeżeli natomiast strzał okaże się zbyt potężny, pasek spada do zera i kolejna próba to już niemal pewny gol.
Sama rozgrywka jest szalenie widowiskowa i daje mnóstwo frajdy. Sęk w tym, że po kilkunastu godzinach zaczyna jej brakować głębi. Mecze odbywają się wciąż tym samym schematem, a chwilami na ekranie dzieje się tyle, że trudno wyłapać, kto właściwie jest przy piłce.
Poza kampanią do dyspozycji oddano nam tylko pojedyncze mecze komputerowymi przeciwnikami, kanapowe starcia 1 na 1 oraz tryb online – rankingowy oraz prywatny. Zabrakło tutaj choćby prostego trybu turniejowego, w którym można by rozegrać ze znajomymi własny mundial. Szkoda, bo 22 reprezentacje i ponad 110 postaci aż się o to proszą.
Oprawa i wydajność
Wizualnie nie ma się tutaj do czego przyczepić. Cel shading wiernie oddaje kreskę pierwowzoru, a animacje technik specjalnych wyglądają jak żywcem wyjęte z anime – z piłką dziurawiącą siatkę włącznie. Muzykę ponownie skomponował Tadayoshi Makino, który przygotował na potrzeby gry ponad 100 utworów. Jest nawet wbudowana encyklopedia, w której odsłuchamy ścieżkę dźwiękową oraz obejrzymy odblokowane cut-scenki.
Pełny dubbing dostały wyłącznie wersje japońska i koreańska. Co jednak ciekawe, w grze jest domyślnie ustawiony angielski komentator, co trochę gryzie się z całą resztą – na szczęście możemy go wymienić na oryginalnego, japońskiego. Z punktu widzenia polskiego gracza istotną wiadomością będą natomiast zapewne polskie napisy. Niestety, przygotowano je mocno po łebkach. Miejscami daje się odczuć, że do współpracy była tutaj zaangażowana „sztuczna inteligencja” zamiast profesjonalnych tłumaczy.
Wymagania sprzętowe okazują się przy tym zaskakująco niskie, jak na produkcję postawioną na Unreal Engine 5. Producent rekomenduje RTX 4060, a instalacja zajmuje raptem 22 GB. Mimo to mój RTX 5080 przy maksymalnych ustawieniach i grze w 4K miał tutaj trochę pracy – a to głównie dlatego, że gra nie ma żadnych technik upscale’owania – nie uświadczymy tutaj ani DLSS, ani FSR.
Czy warto?
Jeżeli wychowaliście się na Kapitanie Jastrzębiu albo po prostu szukacie widowiskowej, kanapowej naparzanki w piłkarskich klimatach, Captain Tsubasa 2 sprawdzi się znakomicie – to sequel lepszy od jedynki właściwie pod każdym względem. Jeżeli natomiast oczekujecie sportowej głębi i bogatego zestawu trybów, ta produkcja dość szybko Wam się znudzi. Nie ma tutaj bowiem ani odrobiny taktyki czy realistycznego grania w piłkę, a całość stawia po prostu na potężny fan service i efektowne widowisko.
plusy
- Widowiskowe techniki specjalne żywcem wyjęte z anime
- Ponad 110 postaci i 22 reprezentacje
- Własny zawodnik zgrabnie wpleciony w fabułę
- Pojedynki z bramkarzami podnoszą napięcie
- Prostsze sterowanie niż w poprzedniku
minusy
- Przegadany tryb fabularny
- Mało trybów poza kampanią
- Mecze robią się z czasem powtarzalne
- Chaos na ekranie
Grę na potrzeby recenzji udostępnił wydawca. Firma nie miała wglądu ani wpływu na treść artykułu przed publikacją.


















