Autor: admin

  • Czy pies potrzebuje technologii, żeby powiedzieć nam, czego chce? Sprawdziłem to przy pomocy FluentPet

    Czy pies potrzebuje technologii, żeby powiedzieć nam, czego chce? Sprawdziłem to przy pomocy FluentPet

    Przyciski umożliwiające psom komunikację swoich potrzeb wydają się świetnym pomysłem – przynajmniej do momentu, kiedy odkryjemy, że zrozumienie psa wcale nie wymaga technologii, a jedynie uważności.

    Każdy właściciel psa z czasem wypracowuje mniej lub bardziej skuteczny system komunikacji z czworonogiem. Choć nasze pupile nie zawsze rozumieją ludzki język, doskonale radzą sobie z odczytywaniem emocji oraz sygnałów niewerbalnych. Niewątpliwie na TikToku czy Instagramie natrafiliście na filmy, w których psy składają całe zdania za pomocą dźwiękowych przycisków komunikacyjnych, co może budzić zazdrość właścicieli tych „poliglotów”. Z przyjemnością sięgnąłem po akcesoria do FluentPet, jednak szybko straciłem entuzjazm, gdy moja suczka okazała się kompletnie obojętna na ten wynalazek.

    FluentPet – Co to jest

    FluentPet funkcjonuje na podobnej zasadzie jak większość dostępnych na rynku systemów do komunikacji z psami czy kotami. Głównym elementem systemu jest baza (z wbudowaną baterią, która wystarcza na dwa tygodnie), którą łączymy ze smartfonem, do której podpinamy antypoślizgowe, heksagonowe panele z miękkiego materiału. Na panelach układamy przyciski, które są kluczowym elementem mechanizmu.

    Przyciski służą do nagrywania słów, których znaczenia chcemy nauczyć psa lub kota. Są wystarczająco duże, by mogły pomieścić łapę, a dźwięk, który wydają, jest głośny i zrozumiały. Nawet jeśli komunikatu nie usłyszymy, centrala wyśle powiadomienie na smartfona.

    Jakie jest założenie FluentPet?

    Ideą jest to, aby pupil naciskał przycisk z wyuczonym słowem, co ma wywołać określoną reakcję u opiekuna. Może to być prośba o spacer lub zaproszenie do zabawy – producent jednak nie poprzestaje na podstawowych komunikatach, sugerując, że psa można nauczyć także bardziej skomplikowanych zwrotów, takich jak „intruz” czy nazwy poszczególnych produktów spożywczych.

    Teoria opiera się na trzech (pozornie) prostych krokach – nagraniu słowa, pokazaniu zwierzęciu, jak używać przycisku oraz wzmacnianiu nauki poprzez natychmiastową reakcję na próbę interakcji. Problem w tym, że nie jest to takie proste, a ja wyjaśnię dlaczego.

    Od półtora roku naszym domem zarządza adoptowana suczka Bella, która – mimo że niewątpliwie sprytna – zdradza cechy typowego kundelka. Ma mnóstwo energii oraz uroku, ale nie jest przedstawicielem ras uznawanych za „utalentowanych w nauce słów”, jak na przykład border collie. Zna znaczenie słów takich jak „jedzonko” czy „spacer”, a poza domem reaguje na polecenia „stój” czy „idziemy”. Chętnie podaje także „łapę” czy wykonuje „obrót” – pod warunkiem, że dostaje smakołyk.

    Tu napotkałem pierwszy problem, ponieważ w materiałach szkoleniowych FluentPet (dostarczanych zarówno w formie fizycznej instrukcji, jak i w aplikacji) zaleca się, aby nie uczyć psa poprzez nagradzanie jedzeniem. Pies powinien uczyć się przez powtarzalność i obserwację – problem w tym, że Bella nie była szczególnie zainteresowana wciskaniem przycisków. Mój pies nie dostrzegał sensu w tej zabawie, nawet przy znajomych komendach.

    Jak powinno się pracować z FluentPet?

    W instrukcji znajdziemy informację, że kluczem do sukcesu jest regularność i konsekwencja. Wystarczy poświęcić +/- 15 minut dziennie, aby utrwalać rutynę, jednak to wymaga zmiany przyzwyczajeń, co niektóre psy mogą znosić z niechęcią, ponieważ zmienność schematów wywołuje u nich nieprzyjemne emocje. Dobrze to widać na przykładzie mojej suczki, która o określonych porach daje znać, że musi załatwić potrzeby fizjologiczne, wystarczy, że przyjdzie do mnie i spojrzy z wymownym wzrokiem. To ten rodzaj komunikacji niewerbalnej, który się po prostu czuje.

    W takiej sytuacji powinienem zabrać ją do maty dźwiękowej, pokazać jej, jak wciskam przycisk „spacer”, a dopiero potem udać się do drzwi. Nie mogłem jednak pozbyć się wrażenia, że ani ja, ani Bella tego nie potrzebujemy. Trudno było mi też znaleźć w proponowanych zwrotach takie słowa, które rzeczywiście mogłyby wprowadzić zmiany w naszej już wypracowanej komunikacji. Gdybym miał więc z własnego doświadczenia odpowiedzieć, jak pracować z FluentPet, to polecałbym to od samego początku – gdy szczeniak dopiero uczy się komunikacji. Gdy już uda się zbudować system, taki zestaw wydaje się zbędny.

    FluentPet wymaga dużo czasu i zaangażowania – pytanie tylko, czy warto

    Przyznaję się do winy – nie przestrzegałem zalecanych 15 minut dziennie. Prawdopodobnie więc nie byłem najlepszym nauczycielem dla mojej suczki, a może gdybym wszystko robił zgodnie z zaleceniami, to Bella dziś tworzyłaby zdania po polsku. Nie chciałem jej jednak zmuszać do nauki, gdy dostrzegałem brak zainteresowania – a przymuszanie do nauki jest według FluentPet największym błędem.

    Z materiałów FluentPet dowiadujemy się, że akcesoria powstały po to, aby lepiej zrozumieć potrzeby i emocje naszych zwierząt. Jednak gdy uważnie obserwujemy ich zachowanie i nie bagatelizujemy wysyłanych sygnałów ciała, technologia nie jest potrzebna. Warto pozwolić psu na bycie psem i komunikowanie się na swój sposób. Oczywiście, jeśli to nie działa, mata komunikacyjna może być dobrym rozwiązaniem – nie twierdzę, że to bezużyteczny sprzęt. Czułem jednak, że produkt powstał bardziej z myślą o człowieku niż dla czworonoga, który może nie postrzegać tego w ten sam sposób.

    Co więcej, inwestycja nie jest mała, ponieważ sam zestaw startowy to koszt +/- 500 zł, a zestaw Connect Get Started Kit z bazą to wydatek rzędu 1149 zł. Stawiam, że pies lub kot znacznie bardziej ucieszyłby się z wielu zabawek i przysmaków, które można by im za tę cenę podarować.

  • Tak wygląda GTA VI na zwykłym PS5. Konkurencja może się chować

    Tak wygląda GTA VI na zwykłym PS5. Konkurencja może się chować

    GTA VI – Największa Premiera Roku

    GTA VI będzie największą premierą tego roku. Nie ma żadnych wątpliwości, że o tej grze będziemy mówili przez długie lata!

    Na ten moment czekało wielu fanów gier wideo. Po ogromnej fali przecieków fragmentów rozgrywki, Rockstar Games przerywa milczenie. Studio, współpracując z Netflixem, udostępniło szersze spojrzenie na swoją najnowszą grę, której premiera na pewno będzie największym wydarzeniem tego roku. GTA VI na pierwszych, oficjalnych fragmentach rozgrywki prezentuje się zjawiskowo, mimo że zaprezentowany materiał pochodzi z bazowej konsoli PlayStation 5. Premierze materiału towarzyszą także obszerne raporty i wywiady z twórcami, które zdradzają więcej na temat najnowszej odsłony Grand Theft Auto VI. Najwięcej w tym temacie do powiedzenia ma serwis IGN, który o rozgrywającej się w Vice City przygodzie wie sporo!

    Swoboda Gracza i Interaktywność

    Z raportu IGN jasno wynika, że GTA VI w większym stopniu niż poprzednia część stawia na swobodę gracza i wpływ jego działań na otwarty świat. Jason i Lucia to dwójka głównych bohaterów, między którymi w większości przypadków będzie można płynnie przełączać się podczas eksploracji Vice City i okolic. Co ciekawe, drugą postać można zaprosić do wspólnych aktywności nie tylko w czasie głównych misji, w których bohaterowie muszą pracować wspólnie. Podczas jazdy będzie można zamienić się miejscami, oddać prowadzenie partnerowi lub strzelać z fotela pasażera w trakcie pościgu. A wszystko w ramach budowania relacji Jasona i Lucii, które mają częściowo zależeć od naszych decyzji.

    GTA VI Odkrywa Karty

    Znacznie bardziej rozbudowany zostanie system przestępstw i pościgów z sześciogwiazdkowym poziomem poszukiwania. Policja nie będzie automatycznie informowana o każdym przewinieniu. Aby zareagować, potrzebny będzie świadek, alarm lub inny sposób zgłoszenia zdarzenia. Funkcjonariusze będą zapamiętywać wygląd, ubranie i pojazd podejrzanego, dlatego ważne będą różne metody zmiany wizerunku, takie jak maski, zmiana stroju czy porzucenie samochodu. Dużych zmian doczeka się także kradzież aut. Samochody będą miały różne zabezpieczenia, a droższe modele mogą wymagać specjalistycznych narzędzi, na przykład urządzenia do klonowania kluczy. Telefon pozwoli sprawdzić wartość pojazdu, alarm czy obecność lokalizatora.

    Rockstar rozbuduje także napady, system paserstwa oraz walkę, w której przeciwników będzie można obezwładniać bez zabijania. Świat zaoferuje ponadto mini-golfa, bilard, kajaki, nurkowanie, skoki spadochronowe, siłownię oraz wizyty w zoo. NPC zyskają bardziej zaawansowane reakcje i opcje dialogowe, a eksploracja ma częściej prowadzić do nieoznaczonych wcześniej wydarzeń i aktywności. To tylko niektóre z nowości, które pojawią się w grze. Większość z nich możecie zobaczyć na udostępnionym w nocy materiale wideo. GTA VI Szersze spojrzenie można obejrzeć na Netflixie, YouTube lub na oficjalnej stronie gry, gdzie dostępny jest także 14-gigabajtowy plik wideo w najwyższej dostępnej jakości.

    Data Premiery i Oczekiwania

    Premiera GTA VI zaplanowana jest na 19 listopada i nic nie wskazuje, by studio lub wydawca zdecydowali się na ponowne jej opóźnienie. Gra pierwotnie miała ukazać się na rynku jesienią ubiegłego roku. Jednak w maju 2026 roku studio ogłosiło, że premiera została przesunięta na połowę maja 2026 roku. Jak doskonale wiemy, tego terminu też nie udało się utrzymać. 19 listopada ma być jednak ostatecznym terminem, który jest nie do ruszenia – zamówienia przedpremierowe już trwają, a oficjalna kampania marketingowa rozpoczęła się, co będzie podgrzewać atmosferę przez dwa kolejne miesiące.

  • Pixel 11 Pro (XL) nie jest dla każdego. Ten aparat mnie zadziwia

    Pixel 11 Pro (XL) nie jest dla każdego. Ten aparat mnie zadziwia

    Rok temu Pixel 10 Pro zaskoczył raczej negatywnie, jeśli chodzi o fotografię mobilną. Pod obudową kryły się praktycznie te same sensory co w Pixel 9 Pro, a nowości sprowadzały się do algorytmów, mocniejszego chipu i dużej ilości generowanej treści. Pixel 11 Pro i większy Pro XL, na szczęście, nie kroczą tą samą ścieżką. Google faktycznie zaktualizowało podzespoły, a nie tylko oprogramowanie, a w samym sofcie pojawiły się pewne rozwiązania, które naprawdę ucieszą dużo osób. Jest też coś, co na początku może wydawać się zbędnym bajerem, ale nie będę w ogóle zdziwiony, jeśli ta funkcja rzeczywiście okaże się przydatna, jak jedna z wcześniejszych nowości.

    Co naprawdę zmieniło się w aparatach

    Główny obiektyw pozostał przy tym samym sensorze, 50 MP i z przysłoną f/1.68, a jego jakość jest bardzo zbliżona do zeszłorocznej, choć nowy układ i poprawki w oprogramowaniu sprawiają, że kamera jest teraz o wiele szybsza. Ultraszeroki kąt także wraca w niezmienionej formie: 48 megapikseli i przysłona f/1.7. Selfie również pozostało bez zmian – to wciąż 42-megapikselowy obiektyw f/2.2. Prawdziwą zmianą jest teleobiektyw – wzrost matrycy z 1/2.51 cala do 1/1.95 może wydawać się nieduży, ale przekłada się to na więcej wpadającego światła. Przysłona to wciąż f/2.8, ale zauważyłem lepszą stabilizację. Jeśli do tej pory uważaliście teleobiektyw za zbyt ciemny, to pewna poprawa jest widoczna; widać więcej detali i wcale nie wynika to z efektu trybu nocnego i rozjaśniania zdjęcia przez algorytmy Google.

    Czytaj dalej poniżej


    Ceny YouTube Premium w górę. Robi się coraz drożej

    Cyfrowy Pro Res Zoom podskoczył z zasięgu 100x do 120x, jednak to wciąż jest technologia generatywna, która „dodaje”, chociaż jak ja wolę mówić, zmyśla dodatkowe szczegóły w kadrze o rozdzielczości zbyt niskiej, by cokolwiek z niej odczytać. Działa nieźle na obiektach nieożywionych, krajobrazach, budynkach i tłach, ale każdy tekst czy osoba w takim kadrze zostaje zastąpiony bezsensownymi, wygenerowanymi kształtami.

    Jednym z najczęściej zadawanych mi pytań jest to o zoom 10x będący hybrydą optyki i algorytmów – w niektórych sytuacjach rzeczywiście oprogramowanie Google radzi sobie lepiej niż wcześniej i może zastąpić optyczny obiektyw 10x z kilku innych smartfonów, ale to dość konkretne okoliczności. Ponownie, głównie chodzi o krajobrazy, budynki, oddalone („znane”) obiekty, jak samolot na niebie. Wtedy AI i efekty poprawiające są w stanie wycisnąć maksa z przechwyconego kadru i poprawić go na tyle, że fotka na ekranie telefonu wygląda super. Portrety z takim powiększeniem będą mieć pewne znamiona działania algorytmów, ale w dobrym oświetleniu też będą użyteczne.

    Magiczne ujęcie – bajer czy genialny dodatek?

    Na wstępie wspominałem o “bajerze”, który został dodany w tym roku, a mowa o funkcji “Magic Capture”. Na czym to polega? Pozwala nagrać krótki filmik z (ważnego) momentu, a telefon sam wybiera z niego kadry warte zapisania jako zdjęcia w rozdzielczości 12 megapikseli, opierając się na uśmiechach, ciekawym tle i momentach akcji. Materiał wideo zapisuje się w 1080p i nie jest w pełni stabilizowany, choć można go później wysłać na serwery Google w celu podniesienia jakości.

    Efekty? Rzeczywiście wykrywane są przede wszystkim uśmiechy na twarzach osób, nagłe odwrócenia się/pojawienia się w kadrze oraz dobrze oświetlone widoki. Co ciekawe, lokalnie (offline) z kilkudziesięciosekundowego klipu telefon wyciągnął tylko jedną fotkę – na resztę musiałem zaczekać, gdy podczas spaceru w górach wrócił mi zasięg. Tak jak się spodziewałem: wyłapał opisane sytuacje i jak na niepozowane fotki są to całkiem fajne zdjęcia. Czy funkcja okaże się równie użyteczna, co “Dodaj mnie”, która ratuje zdjęcia grupowe (osoba X robi zdjęcie i wraca do grupy, przekazuje telefon osobie Y, która jest na pierwszym zdjęciu i robi drugie zdjęcie, a Pixel złącza fotki w jedną)? Chciałbym, żeby tak było, bo “Dodaj mnie” kilkukrotnie uratowało sytuację i tegorocznej nowości też postaram się zaufać w przyszłości.

    Style i filtry, czyli ratunek dla zdjęć

    Jeden z największych (moich) zarzutów wobec Pixela 10 Pro to zbyt agresywna automatyczna edycja zdjęć i nadawanie im sztucznego wyglądu: bez cieni, z podkręconym kontrastem, zwiększonym nasyceniem oraz potężnym wyostrzaniem. Owszem, to czasami najlepsze rozwiązanie, gdy fotka ma być jak najlepsza (to znaczy jak najczytelniejsza), bo to zdjęcie paragonu, produktu, przedmiotu, obiektu i wygrywa praktyczność. Ale zdjęcia z wyjazdów, wydarzeń, spotkań nie powinny takie być, bo są po prostu nienaturalne. Dlatego Google wprowadza style i filtry. Z góry przyrządzono ich w sumie kilkanaście, a zmiany wprowadzone w nich są zapamiętywane przez urządzenie – ponowne uruchomienie aparatu przywraca nasze ustawienia, byśmy mogli dalej robić fotki wedle swojej wizji.

    To bardzo ważna i duża nowość, pozwalająca dostosować wygląd zdjęć do naszych predyspozycji albo po prostu pobawić się ustawieniami i porobić inne, ciekawsze, lepsze (?) zdjęcia niż zazwyczaj. Ale nawet pliki RAW zapisują te zmiany na trwałe, co oznacza, że utrudniony jest powrót do domyślnego trybu – bardzo mi tego brakuje, ponieważ iPhone 16 i nowsze trzymają sporo dodatkowych danych, by przefiltrowane zdjęcia można było “uratować”, np. gdy po fakcie zorientujemy się, że robiliśmy fotki z użyciem niepożądanego stylu i cała sesja ze spotkania do niczego się nie nadaje. Wystarczy aktualizacja softu i bardzo na nią liczę ze strony Google.

    Ciekawy kierunek nowości w wideo

    W kontekście wideo nowości i zmiany są raczej marginalne. Maksymalne parametry wideo pozostają niezmienione (do 4K przy 60 fps), ale pojawia się aktywna stabilizacja. Wymuszona ona zmniejszenie jakości do 1080p i 30 fps, ale jest zdecydowanie tego warta, jeśli nie musicie mieć pliku 4K. Są też rozwiązania dla twórców, jak teleprompter, siatka podpowiadająca kompozycję kadru pod sociale czy redukcja szumów. Dla nagrywających storki i rolki to naprawdę duże ułatwienia, bo pliki są niemal od razu gotowe do publikacji, ale kompletnie nie rozumiem, dlaczego teleprompter не wspiera języka polskiego w wykrywaniu tempa mówienia, by przewijać treść na ekranie podczas nagrywania przednią kamerką – przedziwne ograniczenie, skoro rozpoznawanie mowy po polsku Google ma już na wielu platformach i w wielu produktach bardzo dobrze opanowane.

    Czy Pixel 11 Pro (XL) ma argumenty, by przekonać kogokolwiek do przesiadki z 10 Pro lub 9 Pro? I tak, i nie. Jeśli liczą się dla Was nawet najmniejsze detale czy większa swoboda, to najnowszy model ma ważne nowości, ale okazjonalne fotografowanie może być równie satysfakcjonujące starszymi modelami.

  • Spin-off Yellowstone powróci w październiku! Szykuje się kilka zmian

    Spin-off Yellowstone powróci w październiku! Szykuje się kilka zmian

    Fani uniwersum Yellowstone mają powody do radości. Serial „Marshals”, będący typowym, proceduralnym spin-offem kultowego westernu Taylora Sheridana, powróci z drugim sezonem już w październiku. Tym razem jednak widzowie będą mogli liczyć nie tylko na kolejną dawkę historii Kaycego Duttona, ale również na zauważalne zmiany w obsadzie.

    Kayce Dutton na nowo w akcji

    W centrum wydarzeń ponownie znajdzie się Luke Grimes, który powraca do roli Kaycego Duttona. Bohater, były żołnierz Navy SEAL i członek rodziny Duttonów, kontynuuje pracę jako U.S. Marshal. W drugim sezonie będzie musiał zintegrować doświadczenie zdobyte na ranczu i podczas służby wojskowej z nowymi obowiązkami jako federalny stróż prawa. Finał pierwszego sezonu pozostawił kilka kluczowych pytań bez odpowiedzi, dlatego twórcy zapowiadają dalszy rozwój fabuły dotyczącej Kaycego oraz jego rodziny.

    Rozszerzona rola Maddie

    Jedną z najbardziej znaczących zmian będzie rozszerzenie roli Maddie Calvin, granej przez Morgan Lindholm. Bohaterka jest córką Pete’a „Cala” Calvina, a relacja z ojcem stanowiła jeden z ciekawszych wątków pierwszego sezonu. Maddie przeszła już znaczną przemianę; pod koniec pierwszej serii po raz pierwszy zwróciła się do Cala słowem „tato”, co zasygnalizowało powstawanie prawdziwej więzi między nimi. Drugi sezon ma na celu dalsze eksplorowanie tego wątku, dając Lindholm więcej możliwości rozwoju jej postaci.

    Nowy aktor w obsadzie

    To jednak nie koniec zmian. W drugim sezonie do obsady dołączy Marque Richardson, znany m.in. z seriali „Drodzy biali!” oraz „Skazany na wolność”. Aktor otrzymał stałą rolę w serii i wcieli się w Patricka Burnsa, zastępcę prokuratora federalnego. Jego postać może wprowadzić nową dynamikę do serialu, szczególnie w kontekście współpracy Kaycego oraz pozostałych członków zespołu U.S. Marshals.

    Kiedy odbędzie się premiera 2. sezonu Marshals?

    Drugi sezon jednego z najbardziej zaskakujących spin-offów Yellowstone zadebiutuje w Stanach Zjednoczonych już 4 października 2026 roku na antenie CBS. Nowe odcinki będą emitowane co tydzień. Biorąc pod uwagę układ premier seriali w Polsce, najprawdopodobniej będziemy musieli poczekać nieco dłużej, ponieważ zwykle Yellowstone (i jego spin-offy) trafiały na platformę SkyShowtime z tygodniowym opóźnieniem – można więc spodziewać się, że sytuacja powtórzy się i tym razem.

    Dla fanów Yellowstone oznacza to powrót do świata stworzonego przez Taylora Sheridana. Marshals coraz wyraźniej buduje swoją własną tożsamość, a jednocześnie pozostaje blisko związane z rodziną Duttonów. Jeśli drugi sezon utrzyma tempo pierwszej serii, widzowie mogą liczyć na kolejną solidną porcję kryminalnych intryg, rodzinnych konfliktów oraz niebezpiecznych śledztw, które wciągają od pierwszej chwili. Problemem może być jedynie to, że format serialu znacznie różni się od klasycznego Yellowstone. Niemniej jednak, jego wciągająca narracja przyciągnęła dużą widownię, co sprawia, że szybki powrót z drugim sezonem jest w pełni uzasadniony.

  • Niezamawiana przesyłka z elektroniką? Zanim skorzystasz, przeczytaj uważnie

    Niezamawiana przesyłka z elektroniką? Zanim skorzystasz, przeczytaj uważnie

    Choć sytuacja ta jest mało prawdopodobna, pewnego dnia może się zdarzyć, że na Twoich drzwiach odnajdziesz przesyłkę z elektroniką użytkową, której nie zamawiałeś. Co w takim przypadku robić? Wszystko zależy od okoliczności, ale jedno jest pewne: są rzeczy, których bezwzględnie NIE NALEŻY robić.

    Otrzymana niespodziewana przesyłka – iPhone 15 Pro Max w środku

    W tej historii opublikowanej na Reddit, użytkownik ujawnia sytuację, która teoretycznie może przytrafić się każdemu. Pewnego dnia otrzymał przesyłkę, w której znajdował się iPhone 15 Pro Max. Przesyłka wzbudziła szereg wątpliwości z różnych powodów. Po pierwsze, nikt nie zamawiał takiego smartfona. Po drugie, samo zapakowanie iPhone’a było dosyć niecodzienne. Opakowanie było zafoliowane, co budziło wątpliwości, ponieważ Apple nie używa foliowych opakowań od wielu lat. Czy to niespodzianka od cichego wielbiciela? Może daleki wujek zza oceanu? A może Święty Mikołaj postanowił przyjść wcześniej? Niestety, rzeczywistość bywa znacznie bardziej gorzka. Taką elektronikę, jak iPhone 15 Pro Max, należy bezwzględnie powstrzymać się od włączania, a powód za chwilę się wyjaśni.

    Niezamawiana elektronika? Możliwe oszustwo

    Na początku wyjaśnijmy jedną istotną kwestię. Nikt nie obdarowuje obcych osób iPhonem bez jakiegokolwiek powodu. Jeśli więc pewnego dnia takowa przesyłka trafi w Twoje ręce, musisz wiedzieć, że stałeś się obiektem zainteresowania oszustów. Jest bardzo prawdopodobne, że masz dostęp do znacznych środków finansowych lub poufnych danych, które mogą być przydatne cyberprzestępcom. Oznacza to, że tego rodzaju przesyłki najczęściej kierowane są do osób zamożnych, polityków, wyższych urzędników państwowych, czy przedstawicieli służb mundurowych.

    Co zrobić, gdy otrzymasz taką przesyłkę? Pracownicy korporacji, służb mundurowych, itp., powinni jak najszybciej poinformować swoje przełożone lub osoby odpowiedzialne za cyberbezpieczeństwo. I co najważniejsze, pod żadnym pozorem nie włączaj takiej elektroniki. Jeśli należysz do osób zamożnych lub wpływowych i obawiasz się o swoje bezpieczeństwo, warto skontaktować się z policją. Taki iPhone czy inny sprzęt może być narzędziem oszustów, zaprogramowanym do podsłuchiwania i wyciągania cennych informacji.

    Czytaj dalej poniżej


    Uwaga na oszustwo WhatsApp. Sprawdź, jak się podszywają

    Zaawansowana elektronika użytkowa, choć niewątpliwie ułatwia życie, wiąże się również z poważnym zagrożeniem. Szczególnie wtedy, gdy stanowi narzędzie do podsłuchiwania, wykradania pieniędzy z kont itp. Ważne jest, aby pozostać czujnym i opanowanym, nawet jeśli otrzymamy niespodziewanego iPhone’a od kogoś obcego.

    Źródło: Reddit

  • Najdłuższy zestaw LEGO? Fani Star Wars zachwyceni

    Najdłuższy zestaw LEGO? Fani Star Wars zachwyceni

    LEGO zapowiedziało nowy zestaw na licencji Star Wars – prawdziwy gigant!

    Fani Gwiezdnych Wojen mogą się cieszyć! Firma LEGO ogłosiła premierę najdłuższego zestawu w historii swojej serii. Już niedługo będziemy mieli okazję złożyć model kosmicznego kolosa – Gwiezdnego superniszczyciela typu Executor, który zostanie wydany w serii Ultimate Collector Series.

    Nowy, ogromny zestaw LEGO

    Nowa propozycja duńskiej firmy skierowana jest do dorosłych miłośników składania klocków. Choć zestaw oparty jest na popularnej serii Star Wars, jest on przeznaczony dla osób od 18 roku życia. Mówimy tu o serii Ultimate Collector Series, która wyróżnia się dużą liczbą elementów oraz dbałością o detale. Model będzie składał się z 6130 elementów, pozwalających na zbudowanie nie tylko galaktycznego niszczyciela typu Executor (znanego z filmu „Gwiezdne Wojny: Imperium Kontratakuje”), lecz także dodatkowego minimodelu, ekspozycyjnej podstawki oraz szeregu minifigurek. Wśród nich znajduje się główny dowódca – Darth Vader.

    Okręt prezentuje się imponująco i jest najdłuższą konstrukcją LEGO Star Wars w historii. Dzięki ponad 6000 elementom osiągnięto sylwetkę długości 136 centymetrów. Jak podano w informacji prasowej, stworzenie takiej konstrukcji wymagało zastosowania specjalnego rdzenia z klocków LEGO System oraz wsporników LEGO Technics. Wierzymy, że model będzie wyjątkowo trwały, chociaż głównie będzie pełnił funkcję dekoracyjną. Można się zastanawiać, czy półka, na której zostanie umieszczony, wytrzyma taki ciężar… Niestety, nie podano wagi modelu, co jest nieco rozczarowujące, ponieważ jestem ciekaw, jakie są rzeczywiste gabaryty przy wykorzystaniu tak dużej liczby elementów.

    Wspomniałem o minifigurkach, ponieważ zestaw może poszczycić się naprawdę wyjątkową kolekcją. Oprócz samego Dartha Vadera do zestawu dołączony zostanie po raz pierwszy komplet sześciu znanych łowców głów. Wszystkie minifigurki w modelu o numerze 75457 to:

    Czytaj dalej poniżej

    Nowe LEGO z bohaterem PlayStation. Gracze nie zostawili suchej nitki
    • Darth Vader
    • Boba Fett
    • Dengar
    • Bossk
    • IG-88
    • 4-LOM
    • Zuckuss

    Wielki model LEGO, to i cena niczego sobie

    Premiera zestawu przewidziana jest na początek jesieni. LEGO Star Wars Gwiezdny superniszczyciel typu Executor o numerze 75457 trafi do sprzedaży 1 października 2026 roku w cenie 3199,99 zł, a będzie dostępny zarówno w sklepie internetowym, jak i w sklepach LEGO Store. Trzeba przyznać, że zestaw ten jest dedykowany dla najbardziej zapalonych (i zamożnych) fanów, co wcale nie jest zaskoczeniem. Seria Ultimate Collector Series od lat robi wrażenie swoimi rozmiarami, będąc jednocześnie jednym z najbardziej premium produktów w całym asortymencie duńskiego producenta klocków. W zamian otrzymujemy model, który na pewno przyciągnie wzrok każdego odwiedzającego.

    Na pocieszenie warto wspomnieć, że decydując się na szybką rezerwację, możemy uzyskać interesujący dodatek. Jeśli zamówimy Gwiezdny Niszczyciel w dniach od 1 do 7 października, do naszego zamówienia dołączony zostanie za darmo model miecza świetlnego Dartha Vadera. Składa się z 174 elementów i katalogowo kosztuje 124,99 zł, a dodatkowo pięknie będzie wyglądał na półce – zawsze coś.

    Oczywiście, nowa pozycja z uniwersum Gwiezdnych Wojen nie jest jedynym gigantem, który ostatnio zaprezentowało LEGO. Niedawno pisaliśmy o równie interesującym zestawie dedykowanym fanom Harry’ego Pottera. W tym przypadku mowa o modelu wiernie odwzorowującym kultowe Ministerstwo Magii, który pozwala na zajrzenie do jego wnętrza oraz daje możliwość posiadania wielu genialnych minifigurek – niektóre z nich pojawią się w uniwersum LEGO po raz pierwszy.

  • Samsung Galaxy S26 FE już w Polsce. Największą zmianą jest cena

    Samsung Galaxy S26 FE już w Polsce. Największą zmianą jest cena

    Rodzina Samsung Galaxy S26 została w końcu uzupełniona. Na polskim rynku zadebiutował najtańszy reprezentant tej serii: Samsung Galaxy S26 FE. Jakie zmiany przynosi? Zmiany są, choć najważniejsze z nich dotyczą ceny, którą trzeba zapłacić za jego zakup.

    Samsung Galaxy S26 FE: niewielkie zmiany w porównaniu do poprzednika, ale czy to źle?

    Gdzie w Samsungu Galaxy S26 FE można dostrzec zmiany względem jego poprzednika? Zdecydowanie najbardziej zauważalną modyfikacją jest warstwa oprogramowania. Smartfon debiutuje z oprogramowaniem One UI 9 opartym na systemie Android 17. Oferuje szereg funkcji, które do tej pory były zarezerwowane wyłącznie dla flagowych modeli koreańskiego producenta. W szczególności dotyczą one wykorzystania aparatu. Znajdziemy tu znane z modelu S26 Ultra blokadę horyzontu, nową funkcję My FanCam debiutującą wraz z nowymi składanymi modelami oraz szereg narzędzi od Google, w tym Gemini Omni.

    Zmieniony procesor

    Kolejna zmiana w stosunku do Samsunga Galaxy S25 FE to nowoczesniejszy układ SoC. W tegorocznym modelu zastosowano procesor Samsung Exynos 2500, wspierany przez 8 GB pamięci RAM. Na rynku dostępne będą trzy warianty pamięci wewnętrznej Galaxy S26 FE: 128 GB, 256 GB oraz 512 GB. Jeśli chodzi o kolory, również mamy do wyboru trzy wersje: czarną, zieloną i niebieską.

    Samsung Galaxy S26 FE: najtańszy, ale niekoniecznie tani

    Samsung Galaxy S26 FE jest najtańszym modelem w serii Samsung Galaxy S26. Trudno jednak ocenić, że jego cena jest szczególnie korzystna. Wariant 128 GB kosztuje 3490 zł, 256 GB to wydatek rzędu 3899 zł, a wersja 512 GB to 4799 zł. Kwoty te nie wydają się zbyt zachęcające, zwłaszcza że droższe modele prezentowane na początku roku zdążyły już znacznie potanieć. Obecnie Samsung Galaxy S26 FE z 256 GB pamięci kosztuje 3899 zł, podczas gdy Samsung Galaxy S26 Ultra z tą samą pojemnością… tylko 4200 zł. Dlatego też trudno nazwać zakup Galaxy S26 FE opłacalnym.

    Czytaj dalej poniżej

    Samsung Galaxy S25 otrzyma świetną funkcję z S26! Są powody do radości

    Podobnie jak w przypadku innych smartfonów z serii Samsung Galaxy S26, producent deklaruje aż 7 lat wsparcia w postaci aktualizacji i poprawek bezpieczeństwa. Dodatkowo, zakup premiowany jest półrocznym dostępem do pakietu Google AI Pro bez dodatkowych opłat.

  • Słuchawki z niezwykłym dodatkiem. Czy tak właśnie będzie wyglądać przyszłość?

    Słuchawki z niezwykłym dodatkiem. Czy tak właśnie będzie wyglądać przyszłość?

    Nowe słuchawki z lepszą funkcją ANC przestały wzbudzać emocje. Marka Plaud postanowiła pójść w zupełnie innym kierunku.

    W branży technologicznej często mówi się, że smartfony od lat utknęły w martwym punkcie. Czy jednak zauważyliście, jak monotonna stała się oferta słuchawek dokanałowych? Każdego roku czołowe modele oferują trochę lepsze tłumienie hałasu i jakość dźwięku, ale brak innowacji, które wyróżniałyby je na tle konkurencji. Wykorzystanie sztucznej inteligencji może być rozwiązaniem, ale nie w celu lepszego tłumienia dźwięków otoczenia. Zobaczmy, w jakim kierunku zmierza marka Plaud.

    Te słuchawki mają eSIM w etui. AI funkcjonuje bez smartfona

    Plaud to amerykańska marka, specjalizująca się w inteligentnych rejestratorach dźwięku. Ich aktualna oferta obejmuje dyktafony z obsługą sztucznej inteligencji, przeznaczone do nagrywania spotkań, rozmów oraz głosowych notatek. Wkrótce do tej linii produktów dołączą słuchawki Plaud One, które posiadają nietypowy dodatek – kartę eSIM w etui.

    Osobiście nie jestem wielkim fanem głosowych notatek ani ich późniejszej transkrypcji przy pomocy narzędzi AI, ale zdaję sobie sprawę, że taka technologia ma swoich zwolenników, zwłaszcza w świecie korporacyjnym. Słuchawki do nagrywania rozmów oferuje już Anker, gdzie nagrania trafiają bezpośrednio do aplikacji mobilnej z gotową transkrypcją. Plaud dodaje jednak swoje rozwiązanie – eSIM ukrytą w etui do ładowania.

    Dlaczego ta wirtualna karta jest potrzebna? Aby nagrane audio mogło być natychmiast przetwarzane lub przesyłane dalej za pomocą agenta AI – i to bez konieczności posiadania smartfona. Oczywiście realnych sytuacji, w których użytkownik nie ma przy sobie smartfona, ale korzysta ze słuchawek AI, będzie niewiele, ale warto przyjrzeć się temu z marketingowej perspektywy.

    Czytaj dalej poniżej

    Shokz atakuje segment premium: otwarte słuchawki dla wymagających

    Jakie korzyści przynosi natychmiastowy dostęp do asystenta w słuchawkach? Oprócz oczywistej możliwości rozmowy głosowej, Plaud promuje tę funkcjonalność bardziej w kontekście natychmiastowego zapisywania głosowych notatek. AI może od razu edytować, skracać nagranie i wysyłać je w formie e-maila lub wiadomości. Słuchawki mają również możliwość integracji z narzędziami takimi jak Gmail, Kalendarz Google, Notion czy Slack, co ułatwia tworzenie dokumentów i prezentacji.

    Obecnie może to wydawać się nieco przesadzone, ale liderzy branży technologicznej zdecydowanie wiążą przyszłość z bezdotykową obsługą. Przykładem może być nowa generacja AirPods od Apple, która prawdopodobnie będzie wyposażona w kamery, co pozwoli na interakcję z AI na zupełnie nowym poziomie – umożliwiając m.in. rozpoznawanie otoczenia i wsparcie dla osób niewidomych w unikaniu przeszkód.

    Plaud na rynku radzi sobie nieźle, ale słuchawki mogą być niszowe

    Oczywiście, oprócz zaawansowanych funkcji rejestracji audio, nowe słuchawki Plaud będą również posiadały standardowe zastosowania. Za jakość dźwięku odpowiedzialne będą 12-milimetrowe przetworniki, a aktywna redukcja szumów poradzi sobie z hałasem otoczenia. Bateria ma zapewnić do 25 godzin pracy.

    „W przypadku AI potrzebujemy urządzenia, które można nosić oraz interfejsu, który jest zawsze gotowy do użycia, akceptowalny społecznie i z założenia zapewnia prywatność” – Nathan Xu, CEO Plaud

    A jakie są perspektywy dla grupy docelowej? Wydaje się, że jest ona dość ograniczona, ale firma chwali się bazą ponad 2,5 miliona użytkowników, więc słuchawki na pewno znajdą swoich entuzjastów. Plaud oferuje im 300 minut darmowej transkrypcji miesięcznie, z opcjonalną subskrypcją, która zwiększa ten limit – zaczynając od 8,33 USD miesięcznie przy z góry opłaconym rocznym abonamencie.

  • ChatGPT zapowiada nową erę w sztucznej inteligencji. Przełom jeszcze w tym roku

    ChatGPT zapowiada nową erę w sztucznej inteligencji. Przełom jeszcze w tym roku

    Generalna sztuczna inteligencja to rodzaj technologii, która przewyższa ludzkie zdolności w swoim zastosowaniu. OpenAI zapowiada, że osiągnie ten cel jeszcze w tym roku. Z kolei nowy system o nazwie Astra ma być w stanie prowadzić eksperymenty oraz obsługiwać komputery w sposób bezbłędny, choć jak na razie to jedynie zapowiedzi ze strony lidera w dziedzinie sztucznej inteligencji.

    Generalna sztuczna inteligencja (AGI, ang. Artificial General Intelligence) przestała być odległym celem dla OpenAI. To wynika z raportu opublikowanego przez TIME, w którym Alex Heath przez ponad dwa tygodnie rozmawiał z ponad 20 przedstawicielami firmy, jej inwestorami oraz konkurentami. Mark Chen, szef działu badań w OpenAI, ocenił, że firma pokonała 80% drogi do realizacji AGI, zaś Sam Altman przewiduje, że uda się to osiągnąć do 2026 roku. Co więcej, Greg Brockman uważa, że obecny okres może być zapamiętany jako moment narodzin prawdziwej AGI.

    Astra ma automatyzować cały proces badawczy

    Główną rolę odgrywa tutaj Astra, nadchodząca rodzina modeli OpenAI. Jakub Pachocki, czołowy badacz w firmie, powiedział TIME, że system osiągnął już wewnętrznie ustalony próg zautomatyzowanego stażysty w zakresie badań nad sztuczną inteligencją. Po ustanowieniu pomysłu na eksperyment, Astra będzie w stanie napisać kod w repositorium OpenAI, przeprowadzić badanie i dostarczyć wyniki. Można jej również przekazać publikację naukową, a system wykona to zadanie w zaledwie chwilę, podczas gdy ludziom zajęłoby to tydzień. Na razie to jedynie obietnice z strony OpenAI. Ostateczne wyniki poznamy prawdopodobnie wkrótce.

    Podczas prezentacji dla klientów 16 automatycznych agentów Astry podzieliło złożony problem matematyczny na logiczne części, koordynując swoją pracę, a następnie zaproponowało dowód. W trakcie pokazu możliwości obsługi komputera, Astra sprawnie poruszała się między popularnymi aplikacjami, szybko tworząc i edytując dokumenty. Altman określa te konstrukty jako „trwałych agentów”, wirtualnych współpracowników realizujących długoterminowe i czasochłonne zadania. Kluczowy cel to, by Astra nie tylko uczestniczyła w mniejszych odkryciach, ale również dokonywała przełomowych. Dotychczas Astrze udało się zająć złożonymi problemami matematycznymi, osiągając obiecujące wyniki. Niemniej jednak, rzeczywiste osiągnięcia naukowe pozostają do oceny.

    Co jest AGI, a co nie?

    To kluczowe pytanie, które nie ma łatwej odpowiedzi. OpenAI definiuje AGI jako wysoko autonomiczne systemy, które przewyższają ludzi w większości zadań o wartości ekonomicznej. Kluczowym wyznacznikiem jest zdolność do wykonywania zadań, a nie świadomość czy zrozumienie świata. Wiele środowisk naukowych oczekuje, że AGI będzie w stanie „obsługiwać rzeczywistość” oraz przenosić wiedzę do nowych kontekstów. Może się więc okazać, że definicja AGI według OpenAI nie zostanie w pełni zaakceptowana przez tę społeczność.

    Czytaj dalej poniżej


    Ile Internetu obecnie tworzy / pisze sztuczna inteligencja? Badanie poraża wynikami



    Warto także zwrócić uwagę, że nie ma jasno określonego znaczenia stwierdzenia „80 procent drogi do AGI”. To jedynie ocena Chena, a nie efekt żadnego testu, który nie został przeprowadzony; brakuje też odpowiednich skal do oszacowania stopnia „zawartości AGI w AGI”. Astra może odegrać istotną rolę w rozwoju modeli poprzez rozwijanie eksperymentów autonomicznie, co może prowadzić do tworzenia nowych modeli sztucznej inteligencji. Jednak pytanie pozostaje: czy system będzie w stanie dostarczać nowe, użyteczne i powtarzalne wyniki, które wykraczają poza jedynie odtwarzanie wzorców z danych treningowych?

    ChatGPT Work ujawnia ambicje OpenAI. Własny sprzęt firmy ma być dowodem siły

    Połączenie Codexa oraz ChatGPT doprowadziło do powstania ChatGPT Work i to zdecydowanie dobrą decyzją. Podczas gdy ChatGPT głównie odpowiadał na pytania, teraz Work po prostu rozwiązuje postawione problemy. To istotny postęp w rozwoju generatywnej sztucznej inteligencji w kontekście OpenAI, a jego efekty są widoczne na co dzień. Thibault Sottiaux, kierujący projektem, powiedział TIME, że firma jest blisko zaprezentowania rozwiązania, które działać będzie w sposób ciągły i skoncentrowany na rozpoczętej pracy. Taki agent mógłby reagować na nowe informacje oraz uwagi użytkownika: nie tylko w jednej sesji, ale praktycznie przez cały czas.

    OpenAI koncentruje się również na rynku sprzętowym. Pierwsze urządzenie sygnowane logo giganta ma być niewielkim krążkiem komputerowym, który rozpozna otoczenie i będzie potrafił prowadzić rozmowy głosowe za pomocą ChatGPT: jego debiut planowany jest na pierwszą połowę 2027 roku. CEO nie wyklucza również, że firma zbuduje humanoidalne roboty. Ponadto wiele mówi się o chipach opracowywanych przez OpenAI.

    Czytaj również: Ile Internetu obecnie tworzy / pisze sztuczna inteligencja? Badanie poraża wynikami

    Jak więc wygląda sytuacja? Czy doczekamy się AGI jeszcze w tym roku? To trudne pytanie. Jedno jest pewne: konkurencja na rynku AI przyspiesza, a trudno przewidzieć, jak rozwijać się będzie w najbliższym czasie. Zauważalne jest, że OpenAI przygotowuje się na coś dużego: ujawnienie takich informacji zawsze ma swoje powody. Albo Altman jest na tyle pewny swojego pomysłu, że odkrywa karty, albo jest to część szerszej strategii, na przykład mającej na celu utrudnienie życia konkurentowi, Anthropic, przed IPO.

  • Końcówka roku należy do Netflixa. Ten film podbije nawet kina

    Końcówka roku należy do Netflixa. Ten film podbije nawet kina

    Najpierw premiera w kinach, potem w streamingu. Netflix, David Fincher i Brad Pitt przygotowują coś wyjątkowego.

    Na początku 2026 roku nikt nie przypuszczał, że Netflix postanowi podjąć wyzwanie zdobycia rynku kinowego. Większość z nas uznałaby ten pomysł za zupełnie nierealny, bowiem platforma ta dotychczas kojarzyła się głównie z oglądaniem filmów w domowym zaciszu. Teraz jednak, Netflix zamierza z takim samym zaangażowaniem jak tradycyjne wytwórnie filmowe walczyć o uwagę widzów na dużym ekranie.

    Wszystko dzięki niezwykłemu projektowi, przy którym pracują znane postacie z branży filmowej: Brad Pitt, Quentin Tarantino i David Fincher. Ich wspólny film, który opowiada o dalszych losach Cliffa Bootha, to nie tylko kolejny rozdział znanej historii z „Pewnego razu… w Hollywood”. To również projekt, który może wzmocnić współpracę serwisów streamingowych z tradycyjnymi kinami. Nie przesadzam.

    Powrót legendarnego kaskadera w nowych realiach

    Film „The Further Mis-Adventures of Cliff Booth” to nie tylko kontynuacja kultowego „Pewnego razu… w Hollywood”. Akcja filmu osadzona jest w 1977 roku, osiem lat po wydarzeniach z pierwszej części. Cliff Booth, rola, za którą Brad Pitt otrzymał Oscara, powraca na ekrany, aby zmierzyć się z Hollywood, które uległo nieodwracalnym zmianom.

    To czas, gdy złota era studiów filmowych powoli przemija, a dawne gwiazdy muszą odnaleźć się w rzeczywistości, która często jest dla nich wymagająca. Scenariusz napisany osobiście przez Tarantino umożliwia Pittowi ponowne wcielenie się w postać, która stała się jednym z jego najbardziej ikonicznych ról. Co istotne, reżyser „Pulp Fiction” świadomie oddał stery Davidowi Fincherowi, zaznaczając, że nie chciał, aby jego ostatni autorski projekt był jedynie sequelem.

    Czytaj dalej poniżej

    Klasyka sci-fi powróci jeszcze w tym roku! Tego się nie spodziewałeś

    Oprócz Pitta, w filmie wystąpi plejada gwiazd, które w ostatnich latach regularnie angażowane są w interesujące projekty. W obsadzie znajdą się między innymi Elizabeth Debicki, znana z „The Crown” i „Tenet”, Scott Caan, Carla Gugino, Yahya Abdul-Mateen II oraz Peter Weller. Na uwagę zasługuje również ekipa techniczna, z którą Fincher współpracuje od lat: operator Erik Messerschmidt, montażysta Kirk Baxter oraz scenograf Donald Graham Burt. Zdjęcia kręcono w Kalifornii, a budżet projektu szacowany jest na dziesiątki milionów dolarów – Netflix nie oszczędzał na żadnym etapie produkcji, a ostateczna kwota z pewnością będzie znacznie wyższa.

    Kinowa premiera Netflixa przed streamingiem

    Najbardziej intrygującym aspektem całego przedsięwzięcia jest jednak model dystrybucji. Film zadebiutuje 25 listopada w kinach IMAX na całym świecie, gdzie będzie wyświetlany przez dwa tygodnie. Dopiero 23 grudnia trafi na platformę Netflix. Z jednej strony, Netflix pragnie pokazać, że jego produkcje nie boją się wielkiego ekranu i są w stanie konkurować z kinowymi hitami. Z drugiej strony, jest to jasny sygnał dla branży, że streaming i kino mogą współistnieć i się uzupełniać. Dla nas oznacza to jedno: będziemy mieli wreszcie wybór. Możemy zobaczyć film w kinie, korzystając z oferty IMAX, lub poczekać na premierę w domu, gdzie duża część widzów woli oglądać filmowe nowości.