Autor: admin

  • Xbox upadł na głowę. Każdy zobaczy inne ceny w sklepie

    Xbox upadł na głowę. Każdy zobaczy inne ceny w sklepie

    Gracze mają uzasadnione powody do frustracji w obliczu ostatnich działań Xboksa. Początkowo firma ogłosiła limity godzinowe dla usługi Game Pass, a teraz rozpoczęła eksperymenty z cenami.


    Wydaje się, że marki gamingowe rozpoczęły wyścig po najbardziej kontrowersyjne decyzje antykonsumenckie. Niedawno Sony ogłosiło rezygnację z fizycznych nośników, a teraz Xbox wprowadza ograniczenia czasowe dla subskrybentów Game Passa. Firma najwyraźniej postanowiła podnieść poprzeczkę, ponieważ według użytkowników, wprowadza system dynamicznych cen, który może różnić się dla każdego gracza w zależności od jego zachowań.

    Personalizowane ceny: płacisz więcej niż twój znajomy

    Na Reddicie użytkownik synthlov3r opublikował zrzut ekranu przedstawiający ofertę Xbox Game Pass Ultimate za 16,09 USD miesięcznie. Cena ta obowiązuje przez 12 miesięcy, po czym wraca do standardowej stawki 22,99 USD. W skali roku oznacza to 193,08 USD, co daje oszczędności na poziomie 82,80 USD w porównaniu do regularnej opłaty. Problem w tym, że inni użytkownicy dostrzegli całkowicie różne kwoty: niektórzy otrzymali ofertę za 18, inni za 20 dolarów. Co interesujące, jedna osoba zauważyła, że zniżka była widoczna na koncie zapasowym, lecz nie na głównym. Sugeruje to, że Xbox celuje w konkretne grupy użytkowników, być może tych, którzy zrezygnowali z subskrypcji lub wahają się przed powrotem.

    Microsoft oficjalnie nie potwierdził, że jest to stały program cenowy, jednak kierunek, w jakim zmierzają zmiany, jest wyraźny. W kwietniu cena Game Pass Ultimate została obniżona z 29,99 USD do 22,99 USD, po tym jak liczba subskrybentów rzuciła się w dół po wcześniejszej podwyżce. Nowa szefowa Asha Sharma wcześniej sugerowała, że ceny Game Passa powinny być bardziej elastyczne. Personalizowane zniżki mieszczą się w tej strategii.

    Warto jednak zauważyć, że dynamiczne ceny w gamingowym świecie to delikatna kwestia. Mogą one prowadzić do sytuacji, w której jedna osoba płaci mniej, a druga więcej, przy braku wyraźnych powodów tego stanu rzeczy. Przykład dwóch graczy: jeden z nich otrzymuje znaczną zniżkę na prawie każdą grę, podczas gdy drugi musi płacić pełną cenę. Pod koniec roku może się okazać, że ten drugi wydał nawet kilkaset złotych więcej na te same produkty. Nie oszukujmy się – dynamiczne ceny Game Passa to tylko preludium do wprowadzenia tego systemu w przypadku poszczególnych tytułów.

    Czytaj dalej poniżej


    O tych sprzętach będziecie marzyć. Tak pięknej edycji dawno nie było!

  • WhatsApp robił wszystko by nie dodać tej funkcji. Aż do teraz

    WhatsApp robił wszystko by nie dodać tej funkcji. Aż do teraz

    WhatsApp nie przestaje zaskakiwać. Co tym razem przygotowali twórcy popularnego komunikatora?

    WhatsApp wprowadza nową funkcję, która, choć na pierwszy rzut oka może wydawać się nieznacząca, ma potencjał do znacznego poszerzenia możliwości komunikatora. Firma Meta pracuje nad rozwiązaniem, które umożliwi użytkownikom integrowanie z aplikacją zewnętrznych agentów sztucznej inteligencji. Co więcej, jedno konto WhatsApp będzie mogło obsługiwać równocześnie aż pięciu takich agentów.

    Agenci AI dostaną własne czaty

    Mechanizm funkcjonowania nowej funkcji będzie stosunkowo prosty. Po skonfigurowaniu nowego bota, WhatsApp wygeneruje klucz API, który użytkownik będzie mógł wykorzystać do połączenia wybranego agenta z komunikatorem. Konkretny proces będzie zależał od platformy, na której działa dany agent. Po zakończeniu konfiguracji sztuczna inteligencja zyska własną rozmowę w WhatsAppie, co umożliwi użytkownikowi wysyłanie wiadomości oraz wydawanie poleceń związanych z wykonaniem określonych zadań. To rozwiązanie przypomina sposób, w jaki zewnętrzni agenci AI są już obsługiwani w innych komunikatorach.

    Źródło: https://wabetainfo.com/whatsapp-is-rolling-out-chats-with-third-party-agents/

    WhatsApp wprowadza istotne ograniczenia, które mogą okazać się kluczowe

    Nowa funkcja ma jednak kilka istotnych ograniczeń. Agent będzie miał dostęp wyłącznie do informacji udostępnionych w przypisanym mu czacie. Nie zobaczy innych rozmów, kontaktów ani multimediów użytkownika. Na obecnym etapie nie będzie również możliwości dodawania zewnętrznych agentów do grup ani społeczności.

    Co istotne, rozmowy te nie będą podlegały szyfrowaniu end-to-end. Dodatkowo WhatsApp pozwoli na skonfigurowanie maksymalnie pięciu agentów na jednym koncie, z możliwością nadania każdemu z nich własnej nazwy i zdjęcia profilowego.

    Czytaj dalej poniżej


    WhatsApp: mała rzecz, a ucieszy wielu. Właśnie trafia na smartfony

    Funkcja jest obecnie testowana wśród wybranych użytkowników systemu Android i powinna stopniowo stać się dostępna dla większej liczby osób. Z perspektywy Meta to naprawdę interesujący krok, szczególnie w kontekście wcześniejszych ograniczeń związanych z wykorzystaniem WhatsAppa jako interfejsu dla zewnętrznych chatbotów AI. Widać, że firma dąży do tego, aby nie zostać zbyt daleko w tyle za konkurencją, więc nie pozostaje jej nic innego, jak tylko zakasać rękawy i działać!

  • Cztery duże banki zmienią zasady. Klienci dostaną drugą szansę

    Cztery duże banki zmienią zasady. Klienci dostaną drugą szansę

    Klienci czterech dużych banków, którzy stracili pieniądze na skutek nieautoryzowanych transakcji, mają szansę je odzyskać. To rezultat działań UOKiK.

    Spór dotyczący sposobu, w jaki banki traktują nieautoryzowane transakcje płatnicze, trwa od lat. W najnowszym rozwoju sytuacji pojawiło się światełko w tunelu sugerujące, że w tej kwestii mogą nastąpić istotne zmiany. Prezes UOKiK wydał cztery decyzje zobowiązujące Alior Bank, mBank, BNP Paribas oraz Bank Millennium do wprowadzenia daleko idących zmian proceduralnych. Instytucje te mają zrewidować dotychczasowe praktyki, a ponadto ponownie przeanalizować zgłoszenia klientów, które wcześniej zostały rozpatrzone negatywnie.

    Banki nie zawsze wywiązują się z obowiązku zwrotu pieniędzy poszkodowanym konsumentom. Często odmawiają wypłaty lub zwracają środki po terminie. Problematyczne są też wprowadzające w błąd informacje udzielane w odpowiedzi na złożone reklamacje. Postawiliśmy kolejne zarzuty bankom, które nie rozliczają się z konsumentami w sytuacji zgłoszenia nieautoryzowanej transakcji i wprowadzają w błąd. Nasze działania obejmują już łącznie 15 banków. Przypominam, że za naruszenie zbiorowych interesów konsumentów możemy nałożyć na przedsiębiorcę karę do 10 proc. obrotu.

    – mówi Prezes UOKiK Tomasz Chróstny.

    Bank nie może automatycznie obarczać klienta winą

    Jednym z kluczowych problemów, na które zwracał uwagę UOKiK, jest podejście konkretnych banków do zwrotu pieniędzy związanych z nieautoryzowanymi transakcjami. Zgodnie z przepisami, po zgłoszeniu nieautoryzowanej transakcji bank powinien co do zasady zwrócić środki najpóźniej do końca następnego dnia roboczego. Od tej zasady istnieją wyjątki, na przykład w przypadku uzasadnionego i udokumentowanego podejrzenia oszustwa ze strony klienta. Urząd kwestionował działania banków, które nie zwracały pieniędzy w terminie lub korzystały z tzw. mechanizmu zwrotu warunkowego. Środki co prawda trafiały na konto poszkodowanego na czas rozpatrywania reklamacji, ale mogły zostać ponownie pobrane, jeśli bank uznał, że odpowiedzialność za transakcję ponosi klient.

    Czytaj dalej poniżej

    Tyle Erste wydało na przekonanie Polaków do nowej nazwy. Rachunek zwala z nóg

    UOKiK zwraca również uwagę, że fakt, iż transakcja została potwierdzona, na przykład kodem, kartą kodów lub w aplikacji bankowej, nie oznacza automatycznie, że klient rzeczywiście zgodził się na daną transakcję. Urząd podkreślał ten problem już w 2022 roku, zaznaczając, że sam fakt poprawnego uwierzytelnienia nie wystarcza do wykazania autoryzacji konkretnej płatności.

    Kwestia nieautoryzowanych transakcji płatniczych jest dla nas niezwykle istotna. Zakończone postępowania trwały prawie cztery lata i towarzyszył im intensywny dialog z sektorem bankowym oraz innymi instytucjami, takimi jak KNF i Ministerstwo Finansów. Zakończenie tych czterech postępowań to nie tylko formalność – to przede wszystkim sygnał realnej zmiany praktyk banków, którą obserwujemy w ostatnich latach. Równolegle pracowaliśmy nad tym, aby przekonać banki do wprowadzenia wielu dodatkowych zabezpieczeń, chroniących środki przed próbami wyłudzeń i kradzieży z kont. W tej dziedzinie również osiągnęliśmy znaczące postępy.

    – podsumowuje Prezes UOKiK Tomasz Chróstny.

    Alior Bank, mBank, BNP Paribas i Bank Millennium zobowiązały się także do powrotu do spraw, które wcześniej zakończyły się odmową. Oznacza to, że każda sprawa nie zostanie jednak automatycznie rozwiązana pozytywnie, ale dotychczasowe decyzje banków będą musiały zostać ponownie przeanalizowane według nowych zasad.

    Wprowadzone zmiany przez cztery popularne banki to nie koniec sprawy. UOKiK informuje, że w toku pozostaje jeszcze 10 postępowań, w których innym bankom postawiono podobne zarzuty. Możliwe, że zbliżamy się do prawdziwej rewolucji, ale już teraz dostrzegamy początek istotnych zmian na polskim rynku bankowym, który powinien stać się bardziej przychylny klientom.

    Stock image from Depositphotos

  • HAMMER wchodzi z drzwiami. Pokazali takie nowości, że głowa mała

    HAMMER wchodzi z drzwiami. Pokazali takie nowości, że głowa mała

    Marka HAMMER zorganizowała własne stoisko na targach IFA 2026, prezentując szereg nowości. W ofercie znalazły się tradycyjne pancerniki, jednak wprowadzono również kilka interesujących nowinek.


    Polska marka HAMMER od lat znana jest przede wszystkim z telefonów, które doskonale znoszą upadki, kontakt z olejami czy pracę w trudnych warunkach. To urządzenia, które zdobyły zaufanie profesjonalistów – od budowlańców po mechaników i serwisantów. Dzięki ich niezawodności użytkownicy mogą pracować bez obaw o uszkodzenia. Targi IFA 2026 w Berlinie pokazują, że firma, będąca częścią MPTech, nie zamierza ograniczać się tylko do pancernych smartfonów. Choć nadal odgrywają one kluczową rolę, na stoisku znalazły się również smartwatche oraz inne ciekawe akcesoria.

    Pancerna technologia zyskuje dwie nowe generacje

    Najważniejszymi premierami berlińskiego wydarzenia są nowe smartfony: HAMMER CONSTRUCTION 3 THERMAL 5G oraz HAMMER BLADE 6 PRO 5G. Oba urządzenia zadebiutują na rynku w październiku, zatem marka nie zapomina o swoich flagowych produktach, kontynuując rozwój swojego unikalnego DNA.

    W szczegółach, pierwsze modele, CONSTRUCTION 3 oraz CONSTRUCTION 3 THERMAL 5G, są kontynuacją serii zaprojektowanej z myślą o osobach pracujących w trudnych warunkach. Producent wyposażył je w kamerę termowizyjną (dostępną tylko w wersji THERMAL 5G), laserowy dalmierz oraz detektor przewodów. Dzięki temu, wykonując prace wykończeniowe lub przegląd instalacji, użytkownik nie będzie musiał używać tradycyjnych narzędzi, ponieważ wystarczy mu smartfon do podstawowych zadań. Dodatkowo, urządzenie posiada kamerę noktowizyjną o rozdzielczości 24 Mpix. Na pokładzie znajdziemy procesor MediaTek D7100, wspierany przez 12 GB RAM i 256 GB pamięci wewnętrznej. Akumulator o pojemności 6500 mAh powinien zapewnić długotrwałą pracę, a konstrukcja spełniająca normy IP69 i MIL-STD-810H gwarantuje odporność na kurz, wodę i uszkodzenia mechaniczne.

    Podczas targów IFA 2026 miałem okazję osobiście przetestować nowy model CONSTRUCTION. Na stoisku zorganizowano specjalne stanowisko, które pozwalało zobaczyć, jak urządzenie reaguje na zbliżenie do przewodów. Używając singularnej kamery noktowizyjnej, mogłem również wykonać analizę w ciemniejszych obszarach. Inne stanowisko skupiało się na testach wytrzymałości, gdzie smartfony, przy włączonym liczniku, były zanurzone w wodzie oraz pokryte cementem przez długie godziny, a mimo to nadal działały bez zarzutu.

    Czytaj dalej poniżej

    Od zabawy do budowania przyszłości. Ruszają zajęcia dla przyszłych bohaterów

    Z kolei BLADE 6 PRO 5G kierowany jest do nieco szerszej grupy odbiorców. Seria BLADE od dawna łączy w sobie odporność z bardziej użytkową formą, a nowa wersja nie jest wyjątkiem. Smartfon wyposażono w 6,67-calowy ekran AMOLED, procesor MediaTek D7400, 12 GB RAM oraz 256 GB pamięci na pliki. Główny aparat o rozdzielczości 50 Mpix z optyczną stabilizacją obrazu jest odpowiedzią na oczekiwania użytkowników, którzy potrzebują zarówno do dokumentacji technicznej, jak i fotografii rodzinnych w trakcie wakacji.

    Nowoczesna kamera noktowizyjna o rozdzielczości 64 Mpix to z kolei ukłon w stronę osób, które czasem muszą zajrzeć w ciemniejsze zakamarki. Całość zasila bateria 5000 mAh z funkcją ładowania indukcyjnego, a obudowa nadal spełnia normy IP69 oraz MIL-STD-810H.

    Oba modele łączy jedna kluczowa technologia: HEXCore. To innowacyjne rozwiązanie opracowane przez HAMMER, które ma na celu skuteczniejsze rozpraszanie energii uderzeń oraz tłumienie wibracji. Konstrukcja obudowy została zaprojektowana w oparciu o mikroskopijne heksagony, przypominające strukturę plastra miodu, co pozwala jeszcze lepiej amortyzować wstrząsy.

    VENTUS, czyli drugie oblicze HAMMERA

    HAMMER pokazuje, że wytrzymały smartfon nie musi być nieporęczną cegłą. Producent wraca z serią VENTUS, która łączy smukłą konstrukcję z wysoką odpornością. HAMMER VENTUS 5G ma zaledwie 8,2 mm grubości i waży 172 g. Jeśli spojrzymy na rynek, szybko zauważymy, że niektóre standardowe smartfony mogą mieć podobne wymiary, i to bez dodatkowych wzmocnień. Tymczasem VENTUS 5G spełnia normy IP68, IP69 oraz MIL-STD-810H. Oferuje także 6,77-calowy ekran AMOLED z odświeżaniem 120 Hz, główny aparat o rozdzielczości 108 Mpix z elektroniczną stabilizacją oraz baterię 5000 mAh z ładowaniem 45 W. W zestawie znajduje się etui z technologią BumpAIR, wykorzystującą wzmocnione narożniki oraz komory powietrzne do rozpraszania energii uderzeń.

    Nie tylko smartfonami HAMMER żyje

    Choć smartfony HAMMERA pozostają centralnym punktem targów, producent wyraźnie poszukuje nowych możliwości. Zapowiedziano premierę HAMMER WATCH 3 na listopad, który zostanie wyposażony w 1,48-calowy ekran AMOLED, chroniony szkłem Gorilla Glass 3, NFC, GPS z obsługą map offline oraz akumulator 590 mAh. Zegarek ma być odporny na wodę do 5 ATM i spełniać normę MIL-STD-810H. W Berlinie zaprezentowano także wariant MILITARY EDITION Sapphire z szafirowym szkłem, którego cechą szczególną jest lepsza odporność na zarysowania.

    W segmencie akcesoriów znajdują się dwie interesujące nowości. HAMMER HEAT VIEW to kompaktowa kamera termowizyjna, którą można podłączyć do smartfona z Androidem. Oferuje rozdzielczość 256×192 piksele oraz zakres pomiaru od -20 do 550 °C, zasilając się bezpośrednio z telefonu. Majsterkowicze będą z pewnością zadowoleni. Urządzenie jest małe i kompatybilne z każdym smartfonem działającym na systemie Android.

    Z kolei HAMMER BONE HEADPHONES to słuchawki o przewodnictwie kostnym, co oznacza, że ich użytkownicy mogą cieszyć się muzyką, nie odcinając się od bodźców z otoczenia. Idealne dla biegaczy czy rowerzystów, którzy irytują się, gdy słuchawki odcinają ich od świata. Słuchawki oferują odporność IPX8 oraz 32 GB wbudowanej pamięci, co pozwala na korzystanie z nich bez konieczności zabierania ze sobą telefonu podczas treningu.

    HAMMER przywraca klasykę

    Na koniec warto wspomnieć, że HAMMER nie zapomina o segmencie, od którego wszystko się zaczęło – klasycznych telefonach. W czwartym kwartale na rynek trafią dwa nowe modele: HAMMER LUMEN LTE z akumulatorem 7000 mAh, pełniącym rolę powerbanku, oraz latarką o jasności 1200 lumenów, a także HAMMER BOOST 3 LTE – kompaktową propozycją z baterią 3500 mAh i wsparciem dla VoLTE.

    Artykuł sponsorowany, powstały na zlecenie marki HAMMER.

  • W World of Tanks: HEAT rusza drugi sezon. „Ogień i popiół” przynosi wulkaniczną mapę i 40-osobowe bitwy

    W World of Tanks: HEAT rusza drugi sezon. „Ogień i popiół” przynosi wulkaniczną mapę i 40-osobowe bitwy

    Drugi sezon World of Tanks: HEAT pod tytułem „Ogień i popiół” zainaugurowano 2 września. Wargaming wprowadził do gry nowego Agenta, trzy nowe pojazdy, mapę ukazującą miasto zniszczone przez wulkan oraz format starć 20 na 20.

    Gambit i trzy nowe pojazdy

    Gambit to Agent defensywny, którego zadaniem jest utrzymanie linii obrony oraz ukaranie przeciwników, którzy ją naruszą. Jego pasywna umiejętność nakłada narastające osłabienie na pojazdy, które go ostrzeliwują. Po osiągnięciu odpowiedniej liczby warstw, Gambit ma możliwość zablokowania umiejętności przeciwnika. Efekt ten staje się silniejszy, im bliżej znajduje się cel. Jego superumiejętność, Iron Curtain, rozstawia drony, które na krótko zwiększają wytrzymałość Gambita oraz jego sojuszników w pobliżu.

    Gambit dysponuje dwoma czołgami, które można odblokować za darmo na torze przepustki. M60A3E2 ma możliwość tymczasowego wzmocnienia pancerza oraz gąsienic. Dzięki dodatkowej zdolności może wystrzelić ładunek ogłuszający pobliskich wrogów, jednak jego użycie naraża maszynę na ostrzał. Z kolei T-72SH skupia się na zakłócaniu, z jedną z jego zdolności zaburzającą działanie systemów namierzania przeciwników oraz drugą, która pozwala na rozstawienie urządzeń zadających obrażenia i blokujących wrogów w zasięgu.

    Trzeci pojazd trafia do Ember, agentki dostępnej w grze od jej premiery. M1150 ABV to pojazd bojowy z miotaczem ognia, zaprojektowany do walki na bliskich dystansach, jednak dzięki dwóm umiejętnościom potrafi zadawać obrażenia również na średnim dystansie.

    Inferno One i bitwy 20 na 20

    Nowa mapa, Inferno One, to alternatywna wersja Islandii, na której miasto zostało zniszczone wskutek wybuchu wulkanu. Płynąca lawa nie jest jedynie tłem; jej rzeki z czasem zmieniają kształt bezpiecznych stref, co zmusza obie drużyny do przestawiania się na nowe pozycje. Przy jednym z punktów kontrolnych lawa napływa w trakcie meczu. Gracze mogą przez nią przejechać, jednak narażają czołg na obrażenia oraz podpalenie.

    Czytaj dalej poniżej

    MSI rozdaje darmowe gry na Gamesplanet. Oto, co zrobić, aby ją otrzymać

    Druga istotna zmiana dotyczy trybu Podboju, który otrzymał nowy format. Bitwy 20 na 20 zbierają w jednym meczu 40 graczy, z tymi samymi zasadami co w wariancie 10 na 10. Obowiązuje przejęcie pięciu baz, a liczba odrodzeń jest nieograniczona. Wargaming nie planuje jednak wprowadzenia tego formatu na stałe. Podobnie jak wcześniej w przypadku trybu Podłożenie/Rozbrojenie, większe bitwy będą dostępne początkowo w weekendy w godzinach szczytu, a ich dostępność ma być stopniowo zwiększana w trakcie sezonu.

    Przepustka zostaje po sezonie

    Równocześnie z seasonem rusza także przepustka Bitewna „Ogień i popiół”, oferująca nagrody do odblokowania podczas gry. Wariant Premium kosztuje 1000 monet, czyli 36 zł, i umożliwia zbieranie nagród bez konieczności przestrzegania ustalonej kolejności. Co istotne, przepustka nie zniknie po zakończeniu sezonu, lecz trafi do archiwum, gdzie pozostanie dostępna w kolejnych sezonach, wraz ze wszystkimi nagrodami. Analogiczne zasady będą dotyczyć przyszłych przepustek. Status Premium pozostanie przypisany do konkretnej przepustki, za którą został wykupiony.

    Jak HEAT wypada po trzech miesiącach?

    Miałem okazję spędzić kilkanaście godzin grając przy premierze pierwszego sezonu. Strzelanie w tej grze dostarcza prawdziwej frajdy i jest najsilniejszym elementem HEAT. Wystrzały brzmią potężnie, trafienia w pancerz są wyraźnie odczuwalne, a czołgi sprawiają wrażenie odpowiednio ciężkich. Wargaming znacząco uprościł jednak model walki w porównaniu do klasycznego World of Tanks. Skomplikowane obliczenia penetracji zostały zastąpione celownikiem, który zmienia kolor. Zielony oznacza, że pocisk przebije pancerz, a czerwony, że się odbije.

    Wielką zaletą jest również oprawa graficzna. Wargaming stworzył na potrzeby HEAT własny silnik od podstaw. Eksplozje są spektakularne, oświetlenie wygląda znakomicie, a modele pojazdów są bogate w detale. Ponadto, tempo starć jest bardzo dynamiczne. Po zniszczeniu czołgu nie musimy obserwować reszty meczu, gdyż niewielki czas odrodzenia pozwala na szybki powrót do walki. Pojedyncze starcie trwa około 10 minut, a przez większość tego czasu dzieje się coś interesującego.

    Jednakże nie wszystko jest idealne; reszta aspektów gry, otaczających samą walkę, wypada znacznie gorzej. Nie możemy wybrać trybu ani mapy, gry losują je za nas. Po wejściu do kolejki nie ma również możliwości zmiany Agenta ani pojazdu. W efekcie możemy trafić na mapę, która zupełnie nie pasuje do wybranej maszyny. Jeszcze gorsza sytuacja występuje w komunikacji. Gra opiera się na współpracy trzech ról, ale brakuje czatu tekstowego oraz głosowego. Pozostaje jedynie system oznaczeń, który nie działa zbyt efektywnie.

    Pechowo, ekonomia też budzi wątpliwości. Nowy pojazd kosztuje około 200 tys. kredytów, natomiast za jeden mecz zdobywamy jedynie kilka tysięcy. W związku z tym, aby odblokować pojedynczy czołg, musimy rozegrać kilkadziesiąt bitew. To zdecydowanie zbyt dużo. Na szczęście nie oznacza to oczywistego „pay to win”. Wszystkie moduły można bowiem odblokować w trakcie zwykłej gry, a przepustka Premium jedynie zmienia ich kolejność.

    Pierwszy sezon „Lost Eden”, który zakończył się 2 września, wprowadził agentkę, dwa czołgi oraz mapę. Sezon „Ogień i popiół” jest w tej kwestii zdecydowanie bogatszy. Największą nowością są bitwy 20 na 20, jednak do rozegrania takiego meczu potrzeba jednocześnie 40 graczy. Wargaming na razie udostępnia je tylko w weekendowych godzinach szczytu. Jeszcze w tym sezonie przekonamy się, czy tryb będzie dostępny przez cały tydzień.

  • Takich filmów i zdjęć nie zrobi żaden smartfon. Sony właśnie pokazało, dlaczego telefon nie wystarczy

    Takich filmów i zdjęć nie zrobi żaden smartfon. Sony właśnie pokazało, dlaczego telefon nie wystarczy

    To propozycja dla każdego, kto szuka ciekawego sposobu na nagrywanie wideo i robienie zdjęć z taką perspektywą.

    Sony niedawno poszerzyło swoją ofertę obiektywów dla pełnoklatkowych aparatów Alpha, wprowadzając model długo oczekiwany przez twórców. FE 8-14 mm F3,5 G to pierwsza w historii konstrukcja typu „rybie oko” ze zmienną ogniskową, zaliczająca się do uznawanej serii G. Obiektyw ten nie tylko wprowadza szerokokątną perspektywę, ale również umożliwia płynne przejście od efektu kołowego do diagonalnego „fisheye” w kompaktowym formacie, jak podkreśla Sony.

    Od koła do pełnego kadru: praktyczne zastosowanie 8–14 mm

    Zakres ogniskowych od 8 do 14 mm obejmuje dwa tradycyjne tryby pracy obiektywów „fisheye”. Przy ogniskowej 8 mm obraz na pełnej klatce przybiera formę okręgu – typowy, kołowy efekt z kątem widzenia 180°. Zmiana zoomu do 14 mm wypełnia kadr diagonalnym fisheye, również z kątem widzenia 180°, ale na przekątnej matrycy. Taka elastyczność eliminuje konieczność wyboru między dwoma osobnymi obiektywami. Zamiast tego można dostosować kąt widzenia do danej sceny, niezależnie od tego, czy chodzi o fotografię krajobrazową, architekturę, sport, czy produkcje wideo – zauważa Sony.

    Wysoka rozdzielczość, jakiej można oczekiwać od serii G, została zachowana w całym zakresie ogniskowych dzięki zaawansowanej konstrukcji optycznej zaprojektowanej przez Sony. Wykorzystano szkło ED (Extra-low Dispersion) oraz soczewki asferyczne, co sprzyja efektywnemu ograniczeniu aberracji chromatycznej i innych zniekształceń. Obiektyw zdolny jest do ostrzenia już od 0,15 m, a przy maksymalnej ogniskowej osiąga powiększenie 0,22x. Takie właściwości umożliwiają uzyskanie efektownych zbliżeń z charakterystyczną, wygiętą perspektywą – zarówno w fotografii, jak i w filmach.

    Wielu z nas doskonale zdaje sobie sprawę, jak ważne są wymiary i waga sprzętu, który zabieramy ze sobą. Sony wzięło to pod uwagę, ponieważ obiektyw FE 8-14 mm F3,5 G waży jedynie około 314 g, ma maksymalną średnicę 63,1 mm i długość 82,8 mm. Wewnętrzny mechanizm zoomu minimalizuje przesunięcia środka ciężkości przy zmianie ogniskowej, co ułatwia stabilną pracę. Co istotne, Sony przewidziało jego zastosowanie w produkcjach immersyjnych. Dwa korpusy VENICE Extension System Mini z tym obiektywem ustawione obok siebie uzyskują rozstaw osi optycznych około 64 mm, co zbliża się do przeciętnego rozstawu źrenic. To rozwiązanie wspiera tworzenie treści przestrzennych oraz materiałów VR, zapewniając naturalne wrażenie głębi.

    Czytaj dalej poniżej


    Niepokojące wieści. Fuji XT-6 trafi do nas później niż myśleliśmy?

    Dla twórców wideo kluczowe są nie tylko parametry optyczne, ale także sposób działania mechanizmów. Obiektyw zapewnia szybki i precyzyjny autofokus, funkcję Linear Response MF, ograniczenie efektu „oddychania” ostrości oraz cichą pracę. Dodatkowo, oferuje praktyczne elementy obsługi, takie jak przełącznik trybu ostrzenia z blokadą, blokada zoomu oraz pierścień przysłony umożliwiający przełączanie między trybem skokowym a płynnym. Konstrukcja obiektywu jest odporna na pył i wilgoć, a przedni element pokryty jest powłoką fluorową, co ułatwia utrzymanie czystości w terenie.

    Dostępność i premiera Sony FE 8-14 mm F3,5 G

    Obiektyw FE 8-14 mm F3,5 G trafi do sprzedaży pod koniec września 2026 roku. Jego pierwsza publiczna prezentacja odbędzie się na stoisku Sony podczas targów IBC 2026 w Amsterdamie, które rozpoczną się 11 września.

  • Recenzja SteelSeries Aeon Pro. Jeden pad do PC i Xboksa z „nieskończonym” czasem pracy na baterii

    Recenzja SteelSeries Aeon Pro. Jeden pad do PC i Xboksa z „nieskończonym” czasem pracy na baterii

    SteelSeries w tym roku obchodzi 25-lecie działalności. Duński producent jest przede wszystkim znany ze słuchawek, myszek oraz klawiatur. Do jego portfolio dołącza teraz kontroler do PC i Xboksa. Aeon Pro to propozycja z wyższej półki, wyposażona w stację dokującą, która obsługuje obie platformy, dwa wymienne akumulatory oraz ekran OLED umożliwiający szybkie zmiany ustawień.

    Gamepad będzie dostępny w dwóch wersjach kolorystycznych: czarnej i białej. Sugerowana cena w Europie wynosi około 260 euro (w Polsce cena nie jest jeszcze znana, ale można się spodziewać, że nie będzie zbyt niska). Do mnie trafił egzemplarz czarny.

    Konstrukcja i ergonomia

    W zestawie otrzymujemy stację dokującą, dwa akumulatory oraz wymienne gałki drążków. Podstawka służy do komunikacji z komputerem i konsolą, a także do ładowania kontrolera za pomocą sprężynujących styków. Ma osobne miejsce do ładowania zapasowego akumulatora oraz magnetyczny uchwyt na dodatkowe gałki. Choć producent promuje akcesorium w kontekście łączności z dwiema platformami równolegle, w pudełku znajdziemy tylko jeden kabel USB-C.

    Na pierwszy rzut oka widoczny jest monochromatyczny ekran OLED, za pomocą którego możemy wybrać aktywne urządzenie, przełączyć profil, zmienić przypisanie przycisków oraz sprawdzić poziom naładowania akumulatora. Do tych czynności nie jest wymagana aplikacja na komputerze. Ekran jest czytelny i odpowiednio podświetlony. Menu aktywujemy kombinacją dwóch przycisków, a nawigujemy po nim standardowo za pomocą gałki lub krzyżaka.

    Jest to kontroler licencjonowany przez Xboksa, co jest podkreślone dużym logo marki pełniącym funkcję przycisku zasilania. Interesującym rozwiązaniem jest przeniesienie przycisków select, share oraz menu niżej, tuż nad dolną krawędź. Taka lokalizacja ułatwia ich osiągnięcie kciukiem, choć osobiście miałem tendencję do sięgania po nie w kierunku środka pada, co powodowało pewne pomyłki.

    Czytaj dalej poniżej


    Klawiatura magnetyczna która nie zrujnuje portfela. Razer pokazuje, że to możliwe!

    Ogólnie rzecz biorąc, kształt kontrolera nie odbiega znacząco od tego, co znamy z padów Xboksa. Każdy, kto ceni ten design i uznaje go za wygodny oraz ergonomiczny, poczuje się tutaj jak w domu. Aeon Pro jest przy tym lżejszy od Elite Series 2 (305 g vs 345 g).

    Spusty działają w dwóch trybach. W trybie analogowym wykorzystują czujniki Halla, co pozwala na płynne stopniowanie gazu i hamulca w wyścigach. Po przełączeniu w tryb mechaniczny, spusty mają krótki skok i wyczuwalny klik. Przełączanie odbywa się wygodnymi suwakami, do których łatwo sięgnąć palcami wskazującymi.

    Z tyłu znajdują się również cztery metalowe łopatki, które można dowolnie skonfigurować. Ważne jest, że nie są one odłączane, co może stanowić wyzwanie dla niektórych użytkowników, ponieważ wyraźnie odstają od bryły kontrolera. Mimo to są odpowiednio wyprofilowane, aby wygodnie opierały się na palcach, co należy uznać za plus.

    W krzyżaku, przyciskach ABXY oraz tylnych łopatkach zastosowano mikroprzełączniki, które mają trwałość liczoną w milionach naciśnięć. Efekt kliknięcia jest przyjemny i zapewnia wyraźną informację zwrotną, co sprawia, że kontroler jest głośniejszy niż inne modele.

    Kontroler korzysta z analogów, które wykorzystują efekt Halla, co praktycznie eliminuje problem dryftu, typowy dla starszych modeli opartych na potencjometrach. Gałki drążków są wymienne i mocowane magnetycznie. W zestawie otrzymujemy dwie dodatkowe: wklęsłą wysoką oraz wypukłą niską. Choć technologia TMR byłaby bardziej nowoczesnym rozwiązaniem, producent nie zdecydował się na jej zastosowanie.

    Największa innowacja kryje się pod klapką na spodzie. Mamy tutaj wymienną baterię, identyczną z tą, którą SteelSeries montuje w swoich słuchawkach Arctis Nova Pro oraz Elite. Mechanizm pozwala na ładowanie jednego ogniwa w stacji dokującej podczas używania drugiego. Po wyładowaniu wystarczy zamienić je miejscami i grać dalej. SteelSeries nieco wyolbrzymia, nazywając to nieskończonym czasem pracy na baterii. Oczywiście stacja dokująca ma dedykowane piny, które pozwalają na przesyłanie energii bezpośrednio do kontrolera, więc gdy nie gramy, obie baterie są ładowane równolegle.

    Łączność i oprogramowanie

    Stacja QuickSwitch Dock z dwoma portami USB-C pełni jednocześnie rolę nadajnika komunikacji bezprzewodowej. Do jednego portu podłączamy komputer, do drugiego konsolę Xboksa. Oba urządzenia mogą być podłączone równocześnie, a aktywna platforma jest wybierana z menu kontrolera lub przełącza się automatycznie w zależności od naszych ustawień, co czyni to rozwiązanie bardzo praktycznym. Ciekawym aspektem jest to, że jest to autorskie rozwiązanie SteelSeries, które zostało zgłoszone do opatentowania.

    Z komputerem oraz konsolą kontroler komunikuje się poprzez stację w paśmie 2,4 GHz. Dodatkowo producent wyposażył go w moduł Bluetooth, co pozwala na połączenie z innymi zgodnymi urządzeniami, jak smartfony czy tablety.

    Do wyboru mamy osiem domyślnych profili, dostosowanych do różnych gatunków gier, takich jak strzelanki, MOBA, wyścigi i przygodówki. Możemy przełączać je bezpośrednio z menu na ekranie OLED. Własne profile stworzymy w darmowej aplikacji SteelSeries GG na PC, która umożliwia również automatyczne przełączanie pomiędzy profilami po uruchomieniu przypisanej gry. Warto jednak zaznaczyć, że brak dedykowanej aplikacji na Xboksa czy smartfony sprawia, że kontroler jest przede wszystkim przeznaczony dla posiadaczy komputerów – bez odpowiedniego sprzętu nie wydobywamy pełni jego możliwości.

    W oprogramowaniu możemy dostosować przyciski, drążki i spusty, w tym martwe strefy. Umożliwia również aktualizację firmware, zmianę przypisań funkcji podstawowych i dodatkowych, ustawienia zasilania oraz intensywności wibracji dla każdego z czterech silników. Co więcej, producent przewidział integrację z Sonarem, swoim oprogramowaniem do obsługi dźwięku na PC.

    Akumulatory i ładowanie

    SteelSeries zadeklarowało około 12 godzin pracy na jednym akumulatorze. W przypadku dwóch naładowanych akumulatorów uzyskujemy łącznie około 24 godziny pracy, z wymianą w trakcie gry. Choć jest to wynik o niewielkim wyróżnieniu, to jednak konkurencyjne kontrolery oferują 20-30 godzin pracy bez wymiany akumulatorów. Żaden z nich nie ma jednak wymiennych baterii (poza padami Xboksa działającymi na baterie AA, gdzie użytkownicy mogą mieć zestaw akumulatorków).

    Proces wymiany baterii jest prosty i szybki – kontroler automatycznie uruchamia się po włożeniu nowego ogniwa, co działa na tej samej zasadzie, co w słuchawkach tej marki. Pełne naładowanie trwa około 2,5-3 godzin, co jest zdecydowanie krótszym czasem niż cały proces rozładowania akumulatora w padzie.

    Informacje o poziomie naładowania obu baterii są widoczne na wyświetlaczu wbudowanym w kontroler. Analogiczny komunikat pojawia się również po odłożeniu kontrolera do stacji dokującej. Ekran przygasa po pewnym czasie, ale nie znalazłem opcji, która pozwalałaby go całkowicie wyłączyć.

    Cena na tle konkurencji

    Sugerowana cena Aeon Pro w Europie wynosi niecałe 260 euro, co przy obecnym kursie daje ponad tysiąc złotych. Jest to spora kwota, szczególnie gdy spojrzymy na konkurencję. Turtle Beach Stealth Ultra można kupić za 530 zł, Xbox Elite Series 2 (z akcesoriami) za 640 zł, a Razer Wolverine V3 Pro do Xboksa i PC za około 850 zł. Żaden z tych modeli nie oferuje jednak systemu wymiennych baterii ani stacji dokującej z jednoczesną obsługą dwóch platform – za to głównie dopłacamy, wybierając SteelSeries.

    Rozważając tę kwotę, nie można nie zauważyć pewnych oszczędności ze strony producenta. Brak drugiego kabla USB w zestawie trudno uzasadnić, optymalnym byłoby również dołączenie opcjonalnego dongla USB, który pozwalałby na podłączenie kontrolera do drugiej platformy w innym pomieszczeniu. Byłoby to znaczące poszerzenie wszechstronności całego zestawu. Zdecydowanie przydałby się także futerał lub przynajmniej materiałowy woreczek, ponieważ pad w stacji jest narażony na gromadzenie się kurzu, a nie każdy jest zwolennikiem takiego przechowywania kontrolera (Chińskie firmy to wiedzą, dlatego często dołączają duże futerały z miejscem na stację dokującą).

    Mimo tych niezrozumiałych oszczędności, SteelSeries Aeon Pro to kontroler unikatowy w swojej kategorii. Jeżeli posiadamy peceta i Xboksa w tym samym pomieszczeniu oraz szukamy pada, który umożliwia wygodne granie na obu platformach, będzie to strzał w dziesiątkę. Docenią go również osoby, które już mają inne urządzenia w tym ekosystemie i mogą wymieniać między nimi akumulatory.

    SteelSeries Aeon Pro



    plusy

    • Stacja z przełączaniem PC/Xbox
    • Dwa wymienne akumulatory
    • Ustawienia dostępne na ekranie OLED
    • Drążki i spusty z czujnikami Halla
    • Mikroprzełączniki


    minusy

    • Wysoka cena
    • Jeden przewód USB w zestawie
    • Brak dodatkowego dongle’a USB i etui

    Urządzenie na potrzeby recenzji udostępnił producent. Firma nie miała wglądu ani wpływu na treść artykułu przed publikacją.

  • Oto największa „mapa kosmosu”, jaka istnieje i możesz się nią pobawić!

    Oto największa „mapa kosmosu”, jaka istnieje i możesz się nią pobawić!

    Przedstawiamy największą i najbardziej interaktywną mapę 2D nieba, stworzona w świetle widzialnym oraz bliskiej podczerwieni. Obejmuje ona blisko 4 miliardy obiektów, a Ty możesz mieć ją na swoim komputerze, całkowicie za darmo.

    Opracowanie tego przeglądu zajęło 13 lat. Berkeley Lab ma powody do dumy, aczkolwiek warto zaznaczyć, że nie jest to pełny spis zawartości Wszechświata: kto wie, co może kryć się poza naszym widzialnym horyzontem. Jednakże w samej przeglądarke dostępne są rzeczywiste obserwacje teleskopowe, połączone w jeden obraz, po którym można swobodnie wędrować.

    Sprawdź Legacy Survey Sky Browser!

    Co naprawdę zawiera mapa DR11?

    Projekt obejmuje około 31 tysięcy st. kwadratowych nieba, co stanowi około trzy czwarte całej sfery niebieskiej otaczającej Ziemię. Przegląd koncentruje się na obszarach, które pozwalają na obserwację obiektów poza naszą Galaktyką. Niestety, obecność gwiazd i pyłu w pobliżu płaszczyzny Drogi Mlecznej utrudnia dostrzeżenie jeszcze dalszych obiektów.

    W projekcie zintegrowano 263 407 ekspozycji z trzech przeglądów naziemnych, a także dodatkowe publiczne dane oraz obserwacje satelity WISE. Nowsze obserwacje optyczne, wykorzystujące kamerę DECam, dodano do południowej części przeglądu i obejmują one okres od 31 sierpnia 2013 do 11 września 2024 roku, co oznacza, że mapa nie odzwierciedla aktualnego wyglądu nieba. Północna część korzysta z obserwacji znanych jeszcze z DR9, a cały katalog zgromadził około 3,9 miliarda źródeł, głównie gwiazd i galaktyk.

    Czytaj dalej poniżej

    Odkryli sekret barw natury. Przełomowe badanie

    Co możesz zrobić w „mapie kosmosu”?

    W zasadzie wszystko. Możesz wpisać oznaczenie obiektu i zatwierdzić to przyciskiem ENTER. Możesz poczuć się tak, jakbyś opuścił nasz ziemski dom i wyruszył w przestrzeń. To naprawdę świetna zabawa i zdecydowanie polecam to każdemu, kto interesuje się kosmosem, osiągnięciami naukowymi, lub po prostu jest ciekawy świata. Możesz również pokazać tę mapę swojemu dziecku i być może zainspirujesz je do zgłębiania tajemnic tego, co kryje się poza Ziemią.

    Dodatkowo, na dole znajdują się suwaki jasności i kontrastu, które pomagają w przeglądaniu nieco słabiej widocznych struktur. Przeglądarka oferuje także starsze wersje oraz nakładki z innych katalogów, co pozwala na porównywanie różnych warstw tego samego fragmentu nieba. Mała wskazówka: aby poruszać się pomiędzy warstwami, wystarczy nacisnąć spację.

    To nie jest mapa 3D i warto o tym pamiętać

    Legacy Imaging Surveys zostały opracowane w ramach przygotowań do pomiarów instrumentu DESI, a uzyskane fotografie pomagają w doborze obiektów do dalszych obserwacji. Obraz z przeglądu informuje nas o tym, gdzie dany obiekt znajduje się na niebie oraz jak jasno świeci w różnych pasmach. Aby określić odległość danej galaktyki, DESI rozszczepia jej światło i mierzy przesunięcie ku czerwieni, tj. wydłużenie fal związane z rozciąganiem Wszechświata.

    Czytaj także: Oto klucz do tajemnic Wszechświata. Właśnie odkryliśmy prastare kwazary.

    Odległość wyznacza się na podstawie modelu kosmologicznego. Dwie galaktyki, które wydają się bliskie na ekranie, mogą w rzeczywistości znajdować się w dużej odległości od siebie w przestrzeni. To może wydawać się nieco zawiłe, ale wciąż robi wrażenie. Naprawdę warto z tego skorzystać i zobaczyć, jak niewielkimi cząstkami jesteśmy w kosmosie oraz jak ogromne struktury stworzono w Wszechświecie, który stanowi dom również dla nas.

  • Naukowcy przewidzą trzęsienia Ziemi. Oto nasz nieoczekiwany sprzymierzeniec

    Naukowcy przewidzą trzęsienia Ziemi. Oto nasz nieoczekiwany sprzymierzeniec

    Trzęsienia Ziemi mają to do siebie, że ich przewidywanie zazwyczaj następuje… zbyt późno. Niemniej jednak, badacze ustalili, że już dobrze rozwinięta technologia GPS może pomóc w dokładniejszym wskazywaniu miejsc przyszłych potężnych trzęsień ziemi, chociaż ustalenie ich terminu pozostaje dużym wyzwaniem. Naukowcy wykorzystują pomiary satelitarne do identyfikacji zablokowanych fragmentów uskoku, w których gromadzą się ogromne pokłady energii.

    Axel Periollat i Gareth Funning z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Riverside skupili się na strefach subdukcji, gdzie jedna płyta tektoniczna przesuwa się pod drugą. Powstałe w ten sposób tarcie może zablokować fragmenty ich styku, podczas gdy otaczające skały wciąż poddawane są odkształceniom. Nagły ruch uwalnia zgromadzoną energię, co prowadzi do destrukcyjnych wstrząsów i fal sejsmicznych. Stworzona przez badaczy metoda ma na celu ustalenie, które fragmenty granicy uskoku są zablokowane.

    GPS mierzy, jak odkształca się skorupa ziemska

    W codziennym użyciu GPS interesuje nas przede wszystkim lokalizacja pojazdów, natomiast w geodezji kluczowe znaczenie mają zmiany położenia tych samych punktów pomiarowych. Odbiorniki GPS zainstalowane na powierzchni ziemi rejestrują sygnały przesyłane z satelitów, co pozwala na śledzenie ruchu skorupy Ziemi przez wiele lat. Geofizycy prowadzą obserwacje deformacji skorupy już od dziesięcioleci, korzystając zarówno z ciągłej pracy stacji, jak i z okresowych pomiarów w tych samych miejscach.

    Nowością jest jednak sposób, w jaki badacze wyciągają informacje o blokadach uskoku z zebranych pomiarów. Podzielili związany z tym model na niewielkie elementy i zastosowali algorytm oceniający różne konfiguracje fragmentów zablokowanych i niezablokowanych, uwzględniając wpływ blokady jednego fragmentu na ruch sąsiednich. Dalsze konfiguracje były oceniane według zgodności obliczonego ruchu powierzchni z obserwacjami. W ten sposób powstała mapa prawdopodobieństwa wystąpienia zablokowania, jednak nie oznacza to przewidywania konkretnego terminu trzęsienia Ziemi. Niestety, to wciąż pozostaje dla nas zagadką.

    Sprawdzian na trzęsieniu ziemi o magnitudzie 8,8

    Sprawdzianem dla nowej metody była Kamczatka, gdzie w lipcu 2025 roku miało miejsce trzęsienie o magnitudzie 8,8. Autorzy skorzystali z wcześniejszych pomiarów ruchu gruntu, w tym z okresowych obserwacji z lat 2001–2003, a uzyskaną mapę porównali z rekonstrukcjami poślizgu podczas wstrząsów. Główny obszar wysokiego prawdopodobieństwa blokady pokrywał się ze strefą, gdzie doszło do rozerwania uskoku, chociaż wychodził poza nią, a zgodność stwierdzono również dla dużego trzęsienia z 1952 roku. Test polegał na porównaniu modelu ze zdarzeniem, które już miało miejsce. Niemniej jednak, to jeszcze nie jest pełen dowód na skuteczność systemu ostrzegawczego dla mieszkańców przed nadchodzącym trzęsieniem.

    Czytaj dalej poniżej


    Kwadrylionowa sekundy. Tyle wystarczy, aby naładować tę baterię


    Kamczatka stanowi także cenną lekcję, dlaczego sama lokalizacja nie wystarcza do oceny wszystkich skutków katastrofy. Wstrząs z 1952 roku wywołał znacznie silniejsze tsunami niż zdarzenie z 2025 roku i niektóre skutki wciąż są nieprzewidywalne. Analiza zapisów tsunami wskazuje, że największy poślizg podczas trzęsienia w 1952 roku miał miejsce na mniejszej głębokości niż podczas późniejszego wstrząsu. Różnice w ruchu płyt w pobliżu rowu oceanicznego wyjaśniają odmienne rozmiary fal, jednak opracowany algorytm nie określa, jak zachowa się najpłytsza część uskoku przy przyszłym wstrząsie: prognozowanie tsunami pozostaje więc poza zasięgiem tej metody. Niestety.

    Luka w pomiarach jest prozaiczna. Wszystko przez… wodę

    Stacje lądowe pozwalają na obserwację skutków procesów zachodzących pod wodą, jednak nie dostarczają równie dokładnego obrazu całej granicy płyt tektonicznych. Szczególnie trudne są dla nas płytkie fragmenty podmorskich uskoku. Sygnały radiowe systemów nawigacyjnych nie docierają przez wodę do odbiorników na dnie, dlatego konieczna jest dodatkowa metoda pomiarów. W Japonii geodezja morska łączy GNSS z pomiarami akustycznymi: statek ustala swoją pozycję dzięki satelitom i mierzy dźwiękiem odległości do urządzeń znajdujących się na dnie. Powtarzanie takich obserwacji pozwala na śledzenie przemieszczeń, które byłyby niewidoczne z sieci lądowej.

    Czytaj również: „Gdzie potelepało”? Czyli: Islandia, trzęsienia ziemi, wulkan i aplikacja

    Zespół z Riverside już wdraża tę metodę w Japonii, Meksyku, Nowej Zelandii oraz północno-zachodniej części USA. Jej przyszłość określi skuteczność w prognozowaniu kolejnych zdarzeń w tych rejonach. Wcześniejsze zmapowanie blokad ma służyć przygotowaniom prowadzonym dużo wcześniej i ma współdziałać z systemami wczesnego ostrzegania. To z kolei stawia dodatkową presję na zarządców infrastruktury, właścicieli budynków, jednocześnie dając czas na to, aby przygotować się na najgorsze. A odpowiednie przygotowanie może znacząco wpłynąć na skutki katastrofy.

  • Używasz przeglądarki Chrome? Google wprowadza dużą zmianę, która poprawi Twoje bezpieczeństwo

    Używasz przeglądarki Chrome? Google wprowadza dużą zmianę, która poprawi Twoje bezpieczeństwo

    Google wprowadza nowe zasady aktualizacji przeglądarki Chrome. Już od wersji Chrome 153, nowe stabilne wydania będą się pojawiać co dwa tygodnie, a nie jak dotychczas co miesiąc. Dzięki temu użytkownicy zyskają szybszy dostęp do nowych funkcji oraz poprawek błędów i zabezpieczeń.

    Nowa wersja przeglądarki Chrome co dwa tygodnie

    Wersja Chrome 153 zadebiutowała właśnie na komputerach oraz urządzeniach mobilnych z systemami Android i iOS, inaugurując nowy etap w rozwoju przeglądarki. Google wskazało na tę zmianę już w marcu. Dotychczas kolejne stabilne wersje Chrome były wydawane co cztery tygodnie; teraz interwał ten został skrócony o połowę.

    Chrome będzie aktualizowany dwa razy częściej

    Nowe podejście oznacza przede wszystkim szybsze wprowadzenie innowacji do stabilnej wersji przeglądarki. Dotyczy to również rozwiązań poprawiających zgodność ze standardami internetowymi, jak również poprawek błędów i zabezpieczeń.

    Dwutygodniowy cykl aktualizacji ma również na celu zmniejszenie rozmiaru poszczególnych aktualizacji, co sprawi, że będą one szybsze do pobrania i zainstalowania. Zamiast kumulować wiele zmian w jednej dużej aktualizacji comiesięcznej, Google będzie w stanie dostarczać zmiany użytkownikom częściej oraz w mniejszych pakietach.

    Nie jest to pierwsze przyspieszenie harmonogramu wydania Chrome – w 2021 roku Google skróciło cykl z sześciu do czterech tygodni, a teraz firma podejmuje kolejny krok, redukując cykl do dwóch tygodni.

    Czytaj dalej poniżej


    Na te rozszerzenia dla Chrome uważaj szczególnie. Nie robią nic pożytecznego i kradną dane



    AI wspiera Google w wykrywaniu luk w Chrome

    Jednym z kluczowych powodów tej zmiany jest zwiększenie bezpieczeństwa. Zespół zajmujący się Chrome wykorzystuje zautomatyzowane narzędzia oparte na systemie Gemini do identyfikacji i eliminacji luk w zabezpieczeniach. W połączeniu z informacjami od społeczności, to zwiększa liczbę poprawek, które muszą być szybko dostarczane do użytkowników.

    Google dąży do skrócenia czasu pomiędzy wykryciem słabości lub błędów w kodzie, przygotowaniem poprawki, a jej zainstalowaniem na urządzeniach użytkowników. Jest to szczególnie ważne w odniesieniu do tzw. luk N-day, czyli odpowiednich podatności, które są już publicznie znane i mogą być wykorzystane przez cyberprzestępców, zanim aktualizacja zostanie wprowadzone do wszystkich użytkowników.

    Przyspieszony cykl publikacji aktualizacji ma na celu zminimalizowanie niebezpiecznego okresu narażenia oraz umożliwienie Google szybszego reagowania na nowe zagrożenia. Jest to tym bardziej istotne, ponieważ narzędzia AI mogą dziś nie tylko pomagać w wykrywaniu błędów i przygotowywaniu poprawek, ale i ułatwiać cyberprzestępcom odnalezienie oraz wykorzystanie luk.

    Google pragnie także szybciej rozwijać funkcje AI

    Bezpieczeństwo nie jest jedynym powodem zmiany. Skrócony harmonogram pozwoli również na szybsze wprowadzanie nowych funkcji oraz ulepszanie już istniejących. To ma kluczowe znaczenie w dobie, gdy Google intensywnie eksperymentuje z włączeniem sztucznej inteligencji do Chrome.

    Rynek przeglądarek staje się coraz bardziej konkurencyjny. Narzędzia AI wspierające programowanie przyspieszyły rozwój nowych produktów, które próbują przejąć część użytkowników Chrome. Google musi więc nie tylko pracować nad własnymi rozwiązaniami AI, ale również szybciej reagować na pomysły konkurencji.

    Ta zmiana może mieć znaczenie dla całego rynku przeglądarek. Chrome pozostaje najpopularniejszą przeglądarką internetową na świecie, dlatego decyzje Google dotyczące jej rozwoju mogą wpływać także na konkurencję. Podobne zmiany w harmonogramach aktualizacji wprowadzają również inne firmy, takie jak Firefox i Microsoft Edge, które przeszły na dwutygodniowy cykl wydania głównego, a Brave dostosował swój harmonogram do szybszego cyklu Chromium.



    Inne firmy nie muszą przyspieszać

    Google pozostawia jednak możliwość dla organizacji, które nie chcą wdrażać dużych aktualizacji Chrome co dwa tygodnie. Mogą skorzystać z kanału Extended Stable.

    W tym wariancie poprawki bezpieczeństwa są dostarczane co tydzień, natomiast większe aktualizacje z nowymi funkcjami ukazują się co dwa miesiące. To rozwiązanie pozwala administratorom na zachowanie bardziej przewidywalnego harmonogramu wdrożeń bez rezygnacji z regularnych poprawek bezpieczeństwa.

    Nowy cykl aktualizacji Chrome już obowiązuje. Po premierze wersji 153, na kolejną stabilną odsłonę przeglądarki nie będziemy długo czekać. Chrome 154, która obecnie znajduje się w fazie testów beta, ma być wydana 22 września.