Autor: admin

  • Recenzja SteelSeries Aeon Pro. Jeden pad do PC i Xboksa z „nieskończonym” czasem pracy na baterii

    Recenzja SteelSeries Aeon Pro. Jeden pad do PC i Xboksa z „nieskończonym” czasem pracy na baterii

    SteelSeries w tym roku obchodzi 25-lecie działalności. Duński producent jest przede wszystkim znany ze słuchawek, myszek oraz klawiatur. Do jego portfolio dołącza teraz kontroler do PC i Xboksa. Aeon Pro to propozycja z wyższej półki, wyposażona w stację dokującą, która obsługuje obie platformy, dwa wymienne akumulatory oraz ekran OLED umożliwiający szybkie zmiany ustawień.

    Gamepad będzie dostępny w dwóch wersjach kolorystycznych: czarnej i białej. Sugerowana cena w Europie wynosi około 260 euro (w Polsce cena nie jest jeszcze znana, ale można się spodziewać, że nie będzie zbyt niska). Do mnie trafił egzemplarz czarny.

    Konstrukcja i ergonomia

    W zestawie otrzymujemy stację dokującą, dwa akumulatory oraz wymienne gałki drążków. Podstawka służy do komunikacji z komputerem i konsolą, a także do ładowania kontrolera za pomocą sprężynujących styków. Ma osobne miejsce do ładowania zapasowego akumulatora oraz magnetyczny uchwyt na dodatkowe gałki. Choć producent promuje akcesorium w kontekście łączności z dwiema platformami równolegle, w pudełku znajdziemy tylko jeden kabel USB-C.

    Na pierwszy rzut oka widoczny jest monochromatyczny ekran OLED, za pomocą którego możemy wybrać aktywne urządzenie, przełączyć profil, zmienić przypisanie przycisków oraz sprawdzić poziom naładowania akumulatora. Do tych czynności nie jest wymagana aplikacja na komputerze. Ekran jest czytelny i odpowiednio podświetlony. Menu aktywujemy kombinacją dwóch przycisków, a nawigujemy po nim standardowo za pomocą gałki lub krzyżaka.

    Jest to kontroler licencjonowany przez Xboksa, co jest podkreślone dużym logo marki pełniącym funkcję przycisku zasilania. Interesującym rozwiązaniem jest przeniesienie przycisków select, share oraz menu niżej, tuż nad dolną krawędź. Taka lokalizacja ułatwia ich osiągnięcie kciukiem, choć osobiście miałem tendencję do sięgania po nie w kierunku środka pada, co powodowało pewne pomyłki.

    Czytaj dalej poniżej


    Klawiatura magnetyczna która nie zrujnuje portfela. Razer pokazuje, że to możliwe!

    Ogólnie rzecz biorąc, kształt kontrolera nie odbiega znacząco od tego, co znamy z padów Xboksa. Każdy, kto ceni ten design i uznaje go za wygodny oraz ergonomiczny, poczuje się tutaj jak w domu. Aeon Pro jest przy tym lżejszy od Elite Series 2 (305 g vs 345 g).

    Spusty działają w dwóch trybach. W trybie analogowym wykorzystują czujniki Halla, co pozwala na płynne stopniowanie gazu i hamulca w wyścigach. Po przełączeniu w tryb mechaniczny, spusty mają krótki skok i wyczuwalny klik. Przełączanie odbywa się wygodnymi suwakami, do których łatwo sięgnąć palcami wskazującymi.

    Z tyłu znajdują się również cztery metalowe łopatki, które można dowolnie skonfigurować. Ważne jest, że nie są one odłączane, co może stanowić wyzwanie dla niektórych użytkowników, ponieważ wyraźnie odstają od bryły kontrolera. Mimo to są odpowiednio wyprofilowane, aby wygodnie opierały się na palcach, co należy uznać za plus.

    W krzyżaku, przyciskach ABXY oraz tylnych łopatkach zastosowano mikroprzełączniki, które mają trwałość liczoną w milionach naciśnięć. Efekt kliknięcia jest przyjemny i zapewnia wyraźną informację zwrotną, co sprawia, że kontroler jest głośniejszy niż inne modele.

    Kontroler korzysta z analogów, które wykorzystują efekt Halla, co praktycznie eliminuje problem dryftu, typowy dla starszych modeli opartych na potencjometrach. Gałki drążków są wymienne i mocowane magnetycznie. W zestawie otrzymujemy dwie dodatkowe: wklęsłą wysoką oraz wypukłą niską. Choć technologia TMR byłaby bardziej nowoczesnym rozwiązaniem, producent nie zdecydował się na jej zastosowanie.

    Największa innowacja kryje się pod klapką na spodzie. Mamy tutaj wymienną baterię, identyczną z tą, którą SteelSeries montuje w swoich słuchawkach Arctis Nova Pro oraz Elite. Mechanizm pozwala na ładowanie jednego ogniwa w stacji dokującej podczas używania drugiego. Po wyładowaniu wystarczy zamienić je miejscami i grać dalej. SteelSeries nieco wyolbrzymia, nazywając to nieskończonym czasem pracy na baterii. Oczywiście stacja dokująca ma dedykowane piny, które pozwalają na przesyłanie energii bezpośrednio do kontrolera, więc gdy nie gramy, obie baterie są ładowane równolegle.

    Łączność i oprogramowanie

    Stacja QuickSwitch Dock z dwoma portami USB-C pełni jednocześnie rolę nadajnika komunikacji bezprzewodowej. Do jednego portu podłączamy komputer, do drugiego konsolę Xboksa. Oba urządzenia mogą być podłączone równocześnie, a aktywna platforma jest wybierana z menu kontrolera lub przełącza się automatycznie w zależności od naszych ustawień, co czyni to rozwiązanie bardzo praktycznym. Ciekawym aspektem jest to, że jest to autorskie rozwiązanie SteelSeries, które zostało zgłoszone do opatentowania.

    Z komputerem oraz konsolą kontroler komunikuje się poprzez stację w paśmie 2,4 GHz. Dodatkowo producent wyposażył go w moduł Bluetooth, co pozwala na połączenie z innymi zgodnymi urządzeniami, jak smartfony czy tablety.

    Do wyboru mamy osiem domyślnych profili, dostosowanych do różnych gatunków gier, takich jak strzelanki, MOBA, wyścigi i przygodówki. Możemy przełączać je bezpośrednio z menu na ekranie OLED. Własne profile stworzymy w darmowej aplikacji SteelSeries GG na PC, która umożliwia również automatyczne przełączanie pomiędzy profilami po uruchomieniu przypisanej gry. Warto jednak zaznaczyć, że brak dedykowanej aplikacji na Xboksa czy smartfony sprawia, że kontroler jest przede wszystkim przeznaczony dla posiadaczy komputerów – bez odpowiedniego sprzętu nie wydobywamy pełni jego możliwości.

    W oprogramowaniu możemy dostosować przyciski, drążki i spusty, w tym martwe strefy. Umożliwia również aktualizację firmware, zmianę przypisań funkcji podstawowych i dodatkowych, ustawienia zasilania oraz intensywności wibracji dla każdego z czterech silników. Co więcej, producent przewidział integrację z Sonarem, swoim oprogramowaniem do obsługi dźwięku na PC.

    Akumulatory i ładowanie

    SteelSeries zadeklarowało około 12 godzin pracy na jednym akumulatorze. W przypadku dwóch naładowanych akumulatorów uzyskujemy łącznie około 24 godziny pracy, z wymianą w trakcie gry. Choć jest to wynik o niewielkim wyróżnieniu, to jednak konkurencyjne kontrolery oferują 20-30 godzin pracy bez wymiany akumulatorów. Żaden z nich nie ma jednak wymiennych baterii (poza padami Xboksa działającymi na baterie AA, gdzie użytkownicy mogą mieć zestaw akumulatorków).

    Proces wymiany baterii jest prosty i szybki – kontroler automatycznie uruchamia się po włożeniu nowego ogniwa, co działa na tej samej zasadzie, co w słuchawkach tej marki. Pełne naładowanie trwa około 2,5-3 godzin, co jest zdecydowanie krótszym czasem niż cały proces rozładowania akumulatora w padzie.

    Informacje o poziomie naładowania obu baterii są widoczne na wyświetlaczu wbudowanym w kontroler. Analogiczny komunikat pojawia się również po odłożeniu kontrolera do stacji dokującej. Ekran przygasa po pewnym czasie, ale nie znalazłem opcji, która pozwalałaby go całkowicie wyłączyć.

    Cena na tle konkurencji

    Sugerowana cena Aeon Pro w Europie wynosi niecałe 260 euro, co przy obecnym kursie daje ponad tysiąc złotych. Jest to spora kwota, szczególnie gdy spojrzymy na konkurencję. Turtle Beach Stealth Ultra można kupić za 530 zł, Xbox Elite Series 2 (z akcesoriami) za 640 zł, a Razer Wolverine V3 Pro do Xboksa i PC za około 850 zł. Żaden z tych modeli nie oferuje jednak systemu wymiennych baterii ani stacji dokującej z jednoczesną obsługą dwóch platform – za to głównie dopłacamy, wybierając SteelSeries.

    Rozważając tę kwotę, nie można nie zauważyć pewnych oszczędności ze strony producenta. Brak drugiego kabla USB w zestawie trudno uzasadnić, optymalnym byłoby również dołączenie opcjonalnego dongla USB, który pozwalałby na podłączenie kontrolera do drugiej platformy w innym pomieszczeniu. Byłoby to znaczące poszerzenie wszechstronności całego zestawu. Zdecydowanie przydałby się także futerał lub przynajmniej materiałowy woreczek, ponieważ pad w stacji jest narażony na gromadzenie się kurzu, a nie każdy jest zwolennikiem takiego przechowywania kontrolera (Chińskie firmy to wiedzą, dlatego często dołączają duże futerały z miejscem na stację dokującą).

    Mimo tych niezrozumiałych oszczędności, SteelSeries Aeon Pro to kontroler unikatowy w swojej kategorii. Jeżeli posiadamy peceta i Xboksa w tym samym pomieszczeniu oraz szukamy pada, który umożliwia wygodne granie na obu platformach, będzie to strzał w dziesiątkę. Docenią go również osoby, które już mają inne urządzenia w tym ekosystemie i mogą wymieniać między nimi akumulatory.

    SteelSeries Aeon Pro



    plusy

    • Stacja z przełączaniem PC/Xbox
    • Dwa wymienne akumulatory
    • Ustawienia dostępne na ekranie OLED
    • Drążki i spusty z czujnikami Halla
    • Mikroprzełączniki


    minusy

    • Wysoka cena
    • Jeden przewód USB w zestawie
    • Brak dodatkowego dongle’a USB i etui

    Urządzenie na potrzeby recenzji udostępnił producent. Firma nie miała wglądu ani wpływu na treść artykułu przed publikacją.

  • Oto największa „mapa kosmosu”, jaka istnieje i możesz się nią pobawić!

    Oto największa „mapa kosmosu”, jaka istnieje i możesz się nią pobawić!

    Przedstawiamy największą i najbardziej interaktywną mapę 2D nieba, stworzona w świetle widzialnym oraz bliskiej podczerwieni. Obejmuje ona blisko 4 miliardy obiektów, a Ty możesz mieć ją na swoim komputerze, całkowicie za darmo.

    Opracowanie tego przeglądu zajęło 13 lat. Berkeley Lab ma powody do dumy, aczkolwiek warto zaznaczyć, że nie jest to pełny spis zawartości Wszechświata: kto wie, co może kryć się poza naszym widzialnym horyzontem. Jednakże w samej przeglądarke dostępne są rzeczywiste obserwacje teleskopowe, połączone w jeden obraz, po którym można swobodnie wędrować.

    Sprawdź Legacy Survey Sky Browser!

    Co naprawdę zawiera mapa DR11?

    Projekt obejmuje około 31 tysięcy st. kwadratowych nieba, co stanowi około trzy czwarte całej sfery niebieskiej otaczającej Ziemię. Przegląd koncentruje się na obszarach, które pozwalają na obserwację obiektów poza naszą Galaktyką. Niestety, obecność gwiazd i pyłu w pobliżu płaszczyzny Drogi Mlecznej utrudnia dostrzeżenie jeszcze dalszych obiektów.

    W projekcie zintegrowano 263 407 ekspozycji z trzech przeglądów naziemnych, a także dodatkowe publiczne dane oraz obserwacje satelity WISE. Nowsze obserwacje optyczne, wykorzystujące kamerę DECam, dodano do południowej części przeglądu i obejmują one okres od 31 sierpnia 2013 do 11 września 2024 roku, co oznacza, że mapa nie odzwierciedla aktualnego wyglądu nieba. Północna część korzysta z obserwacji znanych jeszcze z DR9, a cały katalog zgromadził około 3,9 miliarda źródeł, głównie gwiazd i galaktyk.

    Czytaj dalej poniżej

    Odkryli sekret barw natury. Przełomowe badanie

    Co możesz zrobić w „mapie kosmosu”?

    W zasadzie wszystko. Możesz wpisać oznaczenie obiektu i zatwierdzić to przyciskiem ENTER. Możesz poczuć się tak, jakbyś opuścił nasz ziemski dom i wyruszył w przestrzeń. To naprawdę świetna zabawa i zdecydowanie polecam to każdemu, kto interesuje się kosmosem, osiągnięciami naukowymi, lub po prostu jest ciekawy świata. Możesz również pokazać tę mapę swojemu dziecku i być może zainspirujesz je do zgłębiania tajemnic tego, co kryje się poza Ziemią.

    Dodatkowo, na dole znajdują się suwaki jasności i kontrastu, które pomagają w przeglądaniu nieco słabiej widocznych struktur. Przeglądarka oferuje także starsze wersje oraz nakładki z innych katalogów, co pozwala na porównywanie różnych warstw tego samego fragmentu nieba. Mała wskazówka: aby poruszać się pomiędzy warstwami, wystarczy nacisnąć spację.

    To nie jest mapa 3D i warto o tym pamiętać

    Legacy Imaging Surveys zostały opracowane w ramach przygotowań do pomiarów instrumentu DESI, a uzyskane fotografie pomagają w doborze obiektów do dalszych obserwacji. Obraz z przeglądu informuje nas o tym, gdzie dany obiekt znajduje się na niebie oraz jak jasno świeci w różnych pasmach. Aby określić odległość danej galaktyki, DESI rozszczepia jej światło i mierzy przesunięcie ku czerwieni, tj. wydłużenie fal związane z rozciąganiem Wszechświata.

    Czytaj także: Oto klucz do tajemnic Wszechświata. Właśnie odkryliśmy prastare kwazary.

    Odległość wyznacza się na podstawie modelu kosmologicznego. Dwie galaktyki, które wydają się bliskie na ekranie, mogą w rzeczywistości znajdować się w dużej odległości od siebie w przestrzeni. To może wydawać się nieco zawiłe, ale wciąż robi wrażenie. Naprawdę warto z tego skorzystać i zobaczyć, jak niewielkimi cząstkami jesteśmy w kosmosie oraz jak ogromne struktury stworzono w Wszechświecie, który stanowi dom również dla nas.

  • Naukowcy przewidzą trzęsienia Ziemi. Oto nasz nieoczekiwany sprzymierzeniec

    Naukowcy przewidzą trzęsienia Ziemi. Oto nasz nieoczekiwany sprzymierzeniec

    Trzęsienia Ziemi mają to do siebie, że ich przewidywanie zazwyczaj następuje… zbyt późno. Niemniej jednak, badacze ustalili, że już dobrze rozwinięta technologia GPS może pomóc w dokładniejszym wskazywaniu miejsc przyszłych potężnych trzęsień ziemi, chociaż ustalenie ich terminu pozostaje dużym wyzwaniem. Naukowcy wykorzystują pomiary satelitarne do identyfikacji zablokowanych fragmentów uskoku, w których gromadzą się ogromne pokłady energii.

    Axel Periollat i Gareth Funning z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Riverside skupili się na strefach subdukcji, gdzie jedna płyta tektoniczna przesuwa się pod drugą. Powstałe w ten sposób tarcie może zablokować fragmenty ich styku, podczas gdy otaczające skały wciąż poddawane są odkształceniom. Nagły ruch uwalnia zgromadzoną energię, co prowadzi do destrukcyjnych wstrząsów i fal sejsmicznych. Stworzona przez badaczy metoda ma na celu ustalenie, które fragmenty granicy uskoku są zablokowane.

    GPS mierzy, jak odkształca się skorupa ziemska

    W codziennym użyciu GPS interesuje nas przede wszystkim lokalizacja pojazdów, natomiast w geodezji kluczowe znaczenie mają zmiany położenia tych samych punktów pomiarowych. Odbiorniki GPS zainstalowane na powierzchni ziemi rejestrują sygnały przesyłane z satelitów, co pozwala na śledzenie ruchu skorupy Ziemi przez wiele lat. Geofizycy prowadzą obserwacje deformacji skorupy już od dziesięcioleci, korzystając zarówno z ciągłej pracy stacji, jak i z okresowych pomiarów w tych samych miejscach.

    Nowością jest jednak sposób, w jaki badacze wyciągają informacje o blokadach uskoku z zebranych pomiarów. Podzielili związany z tym model na niewielkie elementy i zastosowali algorytm oceniający różne konfiguracje fragmentów zablokowanych i niezablokowanych, uwzględniając wpływ blokady jednego fragmentu na ruch sąsiednich. Dalsze konfiguracje były oceniane według zgodności obliczonego ruchu powierzchni z obserwacjami. W ten sposób powstała mapa prawdopodobieństwa wystąpienia zablokowania, jednak nie oznacza to przewidywania konkretnego terminu trzęsienia Ziemi. Niestety, to wciąż pozostaje dla nas zagadką.

    Sprawdzian na trzęsieniu ziemi o magnitudzie 8,8

    Sprawdzianem dla nowej metody była Kamczatka, gdzie w lipcu 2025 roku miało miejsce trzęsienie o magnitudzie 8,8. Autorzy skorzystali z wcześniejszych pomiarów ruchu gruntu, w tym z okresowych obserwacji z lat 2001–2003, a uzyskaną mapę porównali z rekonstrukcjami poślizgu podczas wstrząsów. Główny obszar wysokiego prawdopodobieństwa blokady pokrywał się ze strefą, gdzie doszło do rozerwania uskoku, chociaż wychodził poza nią, a zgodność stwierdzono również dla dużego trzęsienia z 1952 roku. Test polegał na porównaniu modelu ze zdarzeniem, które już miało miejsce. Niemniej jednak, to jeszcze nie jest pełen dowód na skuteczność systemu ostrzegawczego dla mieszkańców przed nadchodzącym trzęsieniem.

    Czytaj dalej poniżej


    Kwadrylionowa sekundy. Tyle wystarczy, aby naładować tę baterię


    Kamczatka stanowi także cenną lekcję, dlaczego sama lokalizacja nie wystarcza do oceny wszystkich skutków katastrofy. Wstrząs z 1952 roku wywołał znacznie silniejsze tsunami niż zdarzenie z 2025 roku i niektóre skutki wciąż są nieprzewidywalne. Analiza zapisów tsunami wskazuje, że największy poślizg podczas trzęsienia w 1952 roku miał miejsce na mniejszej głębokości niż podczas późniejszego wstrząsu. Różnice w ruchu płyt w pobliżu rowu oceanicznego wyjaśniają odmienne rozmiary fal, jednak opracowany algorytm nie określa, jak zachowa się najpłytsza część uskoku przy przyszłym wstrząsie: prognozowanie tsunami pozostaje więc poza zasięgiem tej metody. Niestety.

    Luka w pomiarach jest prozaiczna. Wszystko przez… wodę

    Stacje lądowe pozwalają na obserwację skutków procesów zachodzących pod wodą, jednak nie dostarczają równie dokładnego obrazu całej granicy płyt tektonicznych. Szczególnie trudne są dla nas płytkie fragmenty podmorskich uskoku. Sygnały radiowe systemów nawigacyjnych nie docierają przez wodę do odbiorników na dnie, dlatego konieczna jest dodatkowa metoda pomiarów. W Japonii geodezja morska łączy GNSS z pomiarami akustycznymi: statek ustala swoją pozycję dzięki satelitom i mierzy dźwiękiem odległości do urządzeń znajdujących się na dnie. Powtarzanie takich obserwacji pozwala na śledzenie przemieszczeń, które byłyby niewidoczne z sieci lądowej.

    Czytaj również: „Gdzie potelepało”? Czyli: Islandia, trzęsienia ziemi, wulkan i aplikacja

    Zespół z Riverside już wdraża tę metodę w Japonii, Meksyku, Nowej Zelandii oraz północno-zachodniej części USA. Jej przyszłość określi skuteczność w prognozowaniu kolejnych zdarzeń w tych rejonach. Wcześniejsze zmapowanie blokad ma służyć przygotowaniom prowadzonym dużo wcześniej i ma współdziałać z systemami wczesnego ostrzegania. To z kolei stawia dodatkową presję na zarządców infrastruktury, właścicieli budynków, jednocześnie dając czas na to, aby przygotować się na najgorsze. A odpowiednie przygotowanie może znacząco wpłynąć na skutki katastrofy.

  • Używasz przeglądarki Chrome? Google wprowadza dużą zmianę, która poprawi Twoje bezpieczeństwo

    Używasz przeglądarki Chrome? Google wprowadza dużą zmianę, która poprawi Twoje bezpieczeństwo

    Google wprowadza nowe zasady aktualizacji przeglądarki Chrome. Już od wersji Chrome 153, nowe stabilne wydania będą się pojawiać co dwa tygodnie, a nie jak dotychczas co miesiąc. Dzięki temu użytkownicy zyskają szybszy dostęp do nowych funkcji oraz poprawek błędów i zabezpieczeń.

    Nowa wersja przeglądarki Chrome co dwa tygodnie

    Wersja Chrome 153 zadebiutowała właśnie na komputerach oraz urządzeniach mobilnych z systemami Android i iOS, inaugurując nowy etap w rozwoju przeglądarki. Google wskazało na tę zmianę już w marcu. Dotychczas kolejne stabilne wersje Chrome były wydawane co cztery tygodnie; teraz interwał ten został skrócony o połowę.

    Chrome będzie aktualizowany dwa razy częściej

    Nowe podejście oznacza przede wszystkim szybsze wprowadzenie innowacji do stabilnej wersji przeglądarki. Dotyczy to również rozwiązań poprawiających zgodność ze standardami internetowymi, jak również poprawek błędów i zabezpieczeń.

    Dwutygodniowy cykl aktualizacji ma również na celu zmniejszenie rozmiaru poszczególnych aktualizacji, co sprawi, że będą one szybsze do pobrania i zainstalowania. Zamiast kumulować wiele zmian w jednej dużej aktualizacji comiesięcznej, Google będzie w stanie dostarczać zmiany użytkownikom częściej oraz w mniejszych pakietach.

    Nie jest to pierwsze przyspieszenie harmonogramu wydania Chrome – w 2021 roku Google skróciło cykl z sześciu do czterech tygodni, a teraz firma podejmuje kolejny krok, redukując cykl do dwóch tygodni.

    Czytaj dalej poniżej


    Na te rozszerzenia dla Chrome uważaj szczególnie. Nie robią nic pożytecznego i kradną dane



    AI wspiera Google w wykrywaniu luk w Chrome

    Jednym z kluczowych powodów tej zmiany jest zwiększenie bezpieczeństwa. Zespół zajmujący się Chrome wykorzystuje zautomatyzowane narzędzia oparte na systemie Gemini do identyfikacji i eliminacji luk w zabezpieczeniach. W połączeniu z informacjami od społeczności, to zwiększa liczbę poprawek, które muszą być szybko dostarczane do użytkowników.

    Google dąży do skrócenia czasu pomiędzy wykryciem słabości lub błędów w kodzie, przygotowaniem poprawki, a jej zainstalowaniem na urządzeniach użytkowników. Jest to szczególnie ważne w odniesieniu do tzw. luk N-day, czyli odpowiednich podatności, które są już publicznie znane i mogą być wykorzystane przez cyberprzestępców, zanim aktualizacja zostanie wprowadzone do wszystkich użytkowników.

    Przyspieszony cykl publikacji aktualizacji ma na celu zminimalizowanie niebezpiecznego okresu narażenia oraz umożliwienie Google szybszego reagowania na nowe zagrożenia. Jest to tym bardziej istotne, ponieważ narzędzia AI mogą dziś nie tylko pomagać w wykrywaniu błędów i przygotowywaniu poprawek, ale i ułatwiać cyberprzestępcom odnalezienie oraz wykorzystanie luk.

    Google pragnie także szybciej rozwijać funkcje AI

    Bezpieczeństwo nie jest jedynym powodem zmiany. Skrócony harmonogram pozwoli również na szybsze wprowadzanie nowych funkcji oraz ulepszanie już istniejących. To ma kluczowe znaczenie w dobie, gdy Google intensywnie eksperymentuje z włączeniem sztucznej inteligencji do Chrome.

    Rynek przeglądarek staje się coraz bardziej konkurencyjny. Narzędzia AI wspierające programowanie przyspieszyły rozwój nowych produktów, które próbują przejąć część użytkowników Chrome. Google musi więc nie tylko pracować nad własnymi rozwiązaniami AI, ale również szybciej reagować na pomysły konkurencji.

    Ta zmiana może mieć znaczenie dla całego rynku przeglądarek. Chrome pozostaje najpopularniejszą przeglądarką internetową na świecie, dlatego decyzje Google dotyczące jej rozwoju mogą wpływać także na konkurencję. Podobne zmiany w harmonogramach aktualizacji wprowadzają również inne firmy, takie jak Firefox i Microsoft Edge, które przeszły na dwutygodniowy cykl wydania głównego, a Brave dostosował swój harmonogram do szybszego cyklu Chromium.



    Inne firmy nie muszą przyspieszać

    Google pozostawia jednak możliwość dla organizacji, które nie chcą wdrażać dużych aktualizacji Chrome co dwa tygodnie. Mogą skorzystać z kanału Extended Stable.

    W tym wariancie poprawki bezpieczeństwa są dostarczane co tydzień, natomiast większe aktualizacje z nowymi funkcjami ukazują się co dwa miesiące. To rozwiązanie pozwala administratorom na zachowanie bardziej przewidywalnego harmonogramu wdrożeń bez rezygnacji z regularnych poprawek bezpieczeństwa.

    Nowy cykl aktualizacji Chrome już obowiązuje. Po premierze wersji 153, na kolejną stabilną odsłonę przeglądarki nie będziemy długo czekać. Chrome 154, która obecnie znajduje się w fazie testów beta, ma być wydana 22 września.

  • Jesień z Battlefield REDSEC: nowy tryb rozgrywki i ponad milion dolarów dla graczy

    Jesień z Battlefield REDSEC: nowy tryb rozgrywki i ponad milion dolarów dla graczy

    W Battlefield REDSEC szykuje się szereg interesujących nowości. Do gry wprowadzony zostanie tryb Szybki Royale, stanowiący dynamiczną odmianę Battle Royale, a już 15 września zadebiutuje nowa funkcja — czat zbliżeniowy. Na scenie esportowej również nastąpią istotne zmiany — na horyzoncie pojawią się setki tysięcy dolarów, a mowa tu o realnych nagrodach, a nie wirtualnych pieniądzach.

    Battlefield REDSEC – nowości tej jesieni

    Battlefield Studios zapowiedziało kolejne innowacje w swojej darmowej strzelance. Gracze mogą oczekiwać nowego wariantu Battle Royale, który kładzie nacisk na krótsze mecze i intensywniejsze starcia. 15 września w grze zadebiutuje także czat zbliżeniowy. Studio ujawniło również plany związane z rozgrywkami esportsowymi. W ramach Elite Series pula nagród przekroczy 1,3 miliona dolarów.

    Szybki Royale, czyli Battle Royale w nowej odsłonie

    Jednym z kluczowych elementów zapowiedzi jest tryb Szybki Royale, który zadebiutuje wraz z 5. sezonem Battlefield REDSEC. Jak sama nazwa wskazuje, jest to szybsza i bardziej skondensowana wersja tradycyjnego Battle Royale.

    Podstawowe zasady rozgrywki pozostaną niezmienne, jednak tempo gry wyraźnie wzrośnie. W Szybkim Royale zmierzy się mniejsza liczba graczy, obszar walki będzie ograniczony, a strefa zacznie się zamykać szybciej. Te zmiany mają na celu skrócenie meczów oraz zwiększenie liczby bezpośrednich starć.

    Nowy wariant został stworzony z myślą o tych, którzy pragną szybko przechodzić do akcji i spędzać więcej czasu na walce, jednocześnie zachowując emocje rywalizacji charakterystyczne dla Battle Royale, wynikające z walki o przetrwanie do samego końca.

    Czytaj dalej poniżej


    DLSS 5 jest przerażające. Naprawdę chcecie takich gier?



    Screenshot

    Czat zbliżeniowy już 15 września

    Już 15 września Battlefield REDSEC wzbogaci się o pierwszą wersję czatu zbliżeniowego, która początkowo będzie dostępna wyłącznie w trybie Battle Royale.

    Nowa funkcjonalność umożliwi graczom słyszenie rozmów członków innych drużyn znajdujących się w bliskiej odległości, co może prowadzić do zupełnie nowych sytuacji w trakcie rozgrywki. Przeciwnicy będą mogli ujawniać swoją obecność poprzez rozmowę, a możliwość komunikacji między rywalizującymi zespołami sprzyjać będzie nieprzewidywalnym interakcjom.

    Pierwsza wersja czatu zbliżeniowego będzie również okazją do przetestowania nowego rozwiązania na większą skalę. Battlefield Studios zamierza zbierać opinie graczy na temat zasięgu dźwięku, jego jakości, narzędzi moderacyjnych oraz wpływu nowej funkcji na przebieg gry. Zgromadzone informacje posłużą do dalszego rozwijania systemu.

    150 tys. dolarów w pucharach gotówkowych

    Battlefield Studios intensyfikuje również działania w zakresie turniejów związanych z REDSEC. 19 września rozpocznie się 4. sezon pucharów gotówkowych, który potrwa do 10 października. Cotygodniowe turnieje stanowią pierwszy krok dla zespołów pragnących rywalizować w e-sporcie i przygotowują je do Open Series oraz Elite Series.

    W zawodach wezmą udział drużyny z trzech regionów: APAC (Azja i Pacyfik), EMEA (Europa, Bliski Wschód, Afryka) oraz obu Ameryk. Łączna pula nagród wyniesie 150 tysięcy dolarów i zostanie równo podzielona między wspomniane regiony.

    To dopiero początek — kolejne etapy rywalizacji prowadzić będą do najważniejszych turniejów zaplanowanych na 5. sezon rozgrywek.

    Open Series jako droga do Elite Series

    Następnym szczeblem rywalizacji będzie Battlefield REDSEC Open Series. Rozgrywki rozpoczną się 24 października i potrwają do 21 listopada. Będą stanowić pomost do Elite Series, umożliwiając drużynom z APAC, EMEA oraz obu Ameryk zdobycie miejsc w najbardziej prestiżowych rozgrywkach REDSEC.

    W tym okresie odbędzie się trzy wydarzenia Open Series, z których każde potrwa dwa dni. Oczekiwana skala zawodów jest znaczna, ponieważ w każdym wydarzeniu maksymalnie będzie mogło wystartować 384 drużyny z danego regionu.

    Rywalizacja odbywać się będzie w lobby składających się z 24 zespołów. Z każdej rundy awansować będą najlepsi 12 drużyn, co w kolejnych etapach będzie skutkować stopniowym zmniejszaniem się liczby uczestników, aż do momentu, gdy w grze pozostaną jedynie najlepsze ekipy.

    Elite Series z pulą nagród przekraczającą 1,3 mln dolarów

    Na szczycie turniejowej hierarchii znajdzie się Elite Series, w której rywalizować będą najlepsze drużyny Battlefield REDSEC — zarówno te, które powracają z wcześniejszej edycji Elite Series, jak i nowi pretendenci, którzy zdobędą swoje miejsce poprzez Open Series.

    Pierwszy sezon Elite Series potrwa od 4 grudnia 2026 roku do 16 stycznia 2027 roku. Globalna pula nagród wyniesie 1,338 miliona dolarów, która zostanie równo podzielona między trzy regiony, co daje po 446 tysięcy dolarów dla APAC, EMEA i obu Ameryk.

    Battlefield Studios zapowiada również zmiany w formule zawodów, które mają sprawić, że rywalizacja stanie się bardziej skoncentrowana. Na razie jednak nie przedstawiono szczegółów dotyczących planowanych modyfikacji.

    Najbliższe miesiące przyniosą zatem liczne zmiany zarówno w Battlefield REDSEC, jak i na jego scenie esportowej. 15 września zadebiutuje czat zbliżeniowy, cztery dni później rozpoczną się puchary gotówkowe, a w kolejnych miesiącach wystartują Open Series oraz Elite Series. Równocześnie z 5. sezonem do gry trafi tryb Szybki Royale — krótsza i bardziej dynamiczna alternatywa dla klasycznego Battle Royale.

  • Waszyngton nienawidzi twórcy Claude’a. Kolejny cios dla Anthropica

    Waszyngton nienawidzi twórcy Claude’a. Kolejny cios dla Anthropica

    Howard Lutnick ogłosił poprawę relacji z Anthropic, jednak Pentagon podtrzymuje, że nadal postrzega producenta Claude’a jako zagrożenie dla bezpieczeństwa wojskowego. Nawet wygrana firmy w sprawie sądowej nie kończy konfliktu pomiędzy twórcą konkurencyjnego ChatGPT a Waszyngtonem.

    Nieprzychylne słowa skierował w kierunku Anthropic przedstawiciel administracji USA. Jak informuje Bloomberg, podsekretarz obrony ds. badań i inżynierii, Emil Michael, stwierdził, że twórca Claude’a nadal stanowi ryzyko dla Pentagonu w kontekście wojskowego łańcucha dostaw. Co ciekawe, sekretarz handlu, Howard Lutnick, publicznie zasygnalizował pojednanie. Jednak komunikat Pentagonu podtrzymuje dotychczasowe stanowisko i otwiera nowy rozdział w konflikcie pomiędzy Anthropic a Waszyngtonem.

    Lutnick mówi o zaufaniu, wojsko je podważa

    Lutnick stwierdził niedawno w rozmowie z Axios, że ufa Anthropic. Jego słowa były wspierane znaczącym, publicznym gestem: tego dnia wystąpił razem z Tomem Brownem, współzałożycielem firmy, podczas spotkania technologicznego G20 w Karolinie Północnej. Brown brał udział w rozmowach z sekretarzem handlu dotyczących ograniczeń eksportowych modeli AI. Amerykańska polityka ma jednak swoje niuanse, a porozumienie z jedną instytucją nie oznacza automatycznie pojednania z inną.

    Spór z wojskiem zaczął się od fundamentalnej kwestii, jaką są granice zastosowania sztucznej inteligencji. Anthropic sprzeciwiało się wykorzystaniu Claude’a do masowej inwigilacji obywateli USA oraz obsługi autonomicznych systemów uzbrojenia, które same decydują o celach ataku. Argumenty Anthropica są rozsądne, podkreślając, że obecne modele nie są wystarczająco niezawodne, co w kontekście autonomii przy użyciu broni mogłoby prowadzić do tragicznych pomyłek.

    Pentagon natomiast domagał się możliwości wykorzystania technologii do wszelkich zgodnych z prawem zastosowań i uważał dodatkowe ograniczenia nałożone na twórcę Claude’a za ingerencję w hierarchię dowodzenia. Uważam to za absurdalne: firma sama przyznaje, że nie jest pewna swojego rozwiązania w kontekście wojskowym, a wojsko ignoruje te obawy, uznając ją za zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego. Jako „zdeklarowany użytkownik produktu OpenAI” nie jestem przywiązany do żadnej z tych firm, ale w tym wypadku podzielam punkt widzenia Anthropica. USA, które rzekomo są obrońcą wolności, wydają się nie pozwalać prywatnej firmie decydować o tym, w jakich zastosowaniach może udostępniać swój produkt. To dla mnie jest sprzeczne z podstawowymi zasadami wolnego rynku.

    Czytaj dalej poniżej

    AI twórcy ChatGPT opanowała niemiecki serwis. OpenAI znów w oparach skandalu

    Sąd przychylił się do racji Anthropica

    Eskalacja konfliktu miała miejsce 27 lutego, kiedy to Trump nakazał agencjom federalnym zakończenie korzystania z rozwiązań Anthropic, a szef Pentagonu Pete Hegseth zapowiedział odcięcie firmy od wojskowych kontrahentów. Dla przedsiębiorstwa o takiej skali, to ogromna porażka. Uznanie firmy za „zagrożenie dla wojskowego łańcucha dostaw” stanowi również wyraźny cios wizerunkowy. Na tym tle sprawa znalazła się w sądzie, a 27 sierpnia sędzia federalna Rita Lin w San Francisco orzekła, że zarzuty były bezprawnym odwetem za konstytucyjnie chronione wypowiedzi Anthropic. Zidentyfikowano również naruszenie praw proceduralnych przysługujących firmie.

    Wyrok obejmował klasę zagadnień, takich jak klasyfikacja na podstawie przepisu 10 USC, par. 3252, oraz zakaz kontaktów handlowych ogłoszony przez Hegsetha. Istnieje również klasyfikacja oparta na 41 USC, par. 4713, związana z ustawą o bezpieczeństwie federalnego łańcucha dostaw. Anthropic zdecydowało się podważyć tę decyzję przed federalnym sądem apelacyjnym dla Dystryktu Kolumbii, co stanowi osobne i trwające postępowanie.

    To, co jest mówione publicznie, to jedno, a to, co odbywa się za kulisami i co mówi Pentagon, to zupełnie inna sprawa. Anthropic ma swoją wizję wykorzystania sztucznej inteligencji i trzeba to przyznać: zachowuje się w tym względzie dużo rozsądniej niż OpenAI, które nie miało żadnych zastrzeżeń i obecnie utrzymuje doskonałe relacje z administracją USA: widać to zresztą po tym, że Sam Altman samodzielnie podróżuje do Waszyngtonu, aby prezentować możliwości nowych modeli: ostatnio uczynił to na miesiąc przed premierą najnowszego produktu: GPT-6 Astra.

    Co to oznacza dla użytkowników?

    Warto uspokoić: chociaż Anthropic ma konflikty z Pentagonem, to nie wpływa to w istotny sposób na użytkowników. Przynajmniej „na razie”.

    Jednak użytkownicy pamiętają kontrole eksportowe, nałożone 12 czerwca na modele Fable 5 i Mythos 5, które ograniczały dostęp do nich dla cudzoziemców, również na terytorium USA. Ograniczenia te zostały zniesione 30 czerwca. Generalnie, podsumowując temat: administracja może współpracować z firmą w kwestiach bezpieczeństwa sztucznej inteligencji, jednocześnie ograniczając jej udział w dostawach dla wojska. Pytanie tylko, czy w przyszłości nie doprowadzi to do nałożenia kolejnych ograniczeń eksportowych oraz innych, bardziej agresywnych działań ze strony administracji USA w stronę Anthropic: w kontekście bezpieczeństwa narodowego politycy w USA, szczególnie na najwyższych szczeblach, mają szeroki wachlarz możliwych działań. Trump i jego zwolennicy chętnie się nimi posługują, co często wywołuje oburzenie wśród opinii publicznej.

    Czytaj również: Claude usunął mu 700 GB danych. Fatalna pomyłka sztucznej inteligencji

    Musimy przyznać, że ta sytuacja z pewnością nie sprzyja rozwojowi Anthropica, ponieważ kontrakty z wojskiem to jednocześnie większe fundusze, a co za tym idzie, możliwość prowadzenia bardziej kosztownych badań i rozwoju. Wszyscy powinniśmy dążyć do tego, aby na rynku sztucznej inteligencji istniała zdrowa i niezakłócona konkurencja między gigantami: aby uniknąć monopolu jednego z nich, a także cieszyć się stałym i nieprzerwanym postępem modeli.

  • Android z turbodoładowaniem. Na tę zmianę czekali użytkownicy systemu

    Android z turbodoładowaniem. Na tę zmianę czekali użytkownicy systemu

    Google przygotowuje oczekiwaną przez użytkowników Androida zmianę.

    Sklep Google Play zyska nowe funkcje związane z pobieraniem aplikacji, które mają na celu wyeliminowanie jednego z najczęściej zgłaszanych problemów podczas instalacji oprogramowania na smartfonach i tabletach działających na systemie Android. Sklep ten stanowi główne źródło aplikacji dla większości użytkowników. Problemy zaczynają się, gdy kilka aplikacji jest pobieranych lub aktualizowanych jednocześnie. Do tej pory system odkładał kolejne zadania w kolejce, co często skutkowało długim oczekiwaniem na rozpoczęcie instalacji, nawet w przypadku niewielkich aplikacji.

    Koniec z niepotrzebnym czekaniem – proces staje się bardziej efektywny

    Nowe rozwiązania mają na celu poprawę zarządzania pobieraniem. Google wprowadza stopniowo zmiany, które uczynią instalację aplikacji z Google Play bardziej przewidywalną i odporną na opóźnienia. Użytkownicy będą mieć możliwość wstrzymywania i wznawiania instalacji według własnych potrzeb, co znacząco ułatwi ten proces. Zmiany szczególnie odczują ci, którzy często aktualizują szereg programów jednocześnie. Co więcej, nowa funkcja będzie bardzo przydatna w sytuacji, gdy pobieranie obszernej gry lub aplikacji rozpocznie się, gdy użytkownik zbliża się do zużycia limitu danych mobilnych – wystarczy nacisnąć pauzę, a pobieranie będzie można wznowić w dowolnym momencie, na przykład po podłączeniu do sieci Wi-Fi.

    Mała zmiana, która przyniesie wielką różnicę

    Chociaż nie jest to funkcjonalność, która zmieni wygląd Sklepu Play czy sposób wyszukiwania aplikacji, jej znaczenie będzie odczuwalne w codziennym użytkowaniu smartfona. Szybsze i sprawniejsze pobieranie oznacza mniej frustracji związanych z opóźnieniami przy instalacji.

    Google regularnie aktualizuje komponenty związane z działaniem systemu Android, wprowadzając poprawki błędów oraz usprawnienia w tle. Obecnie zmiana ta została odnotowana w kodzie – nie jest jeszcze oficjalnie wdrażana, ale postępy w pracach są na zaawansowanym etapie, co potwierdzają testy w praktyce.

    Czytaj dalej poniżej

    Android Auto przekombinowało. Kierowcy są bezlitośni
  • Używasz AI? Szef ChatGPT rzucił liczbą, o której powinieneś wiedzieć

    Używasz AI? Szef ChatGPT rzucił liczbą, o której powinieneś wiedzieć

    Pojawiły się głosy twierdzące, że jedno zapytanie do ChatGPT generuje ogromne zużycie wody. Sam Altman jednak odrzuca te obawy, argumentując, że 38 tysięcy zapytań do ChatGPT zużywa tyle wody, ile potrzeba do wyprodukowania jednego migdała. Mimo postępów w chłodzeniu serwerowni, w tej sprawie istnieje wiele uproszczeń.

    Altman przytoczył takie porównanie w podcaście Alexa Heatha (Sources Podcast by Alex Heath). Uzasadniał, że nowoczesne centra danych zużywają wodę porównywalną z dużymi biurowcami, głównie dla potrzeb zatrudnionych tam pracowników. Czy rzeczywiście jego twierdzenia są uzasadnione? Czy jest uprawniony do porównania zestawu zapytań do chatbota z produkcją tylko jednego migdała? Gdzie leżą kluczowe kwestie tej debaty?

    Pierwszy trop prowadzi do wypowiedzi „okalającej” porównanie

    Warto zauważyć, że tuż przed dokonaniem wspomnianego „wyliczenia” Altman zaznaczył, że nie ma przed sobą dokładnych danych, a jego argumenty opiera się na pamięci, możliwych nieścisłościach. Podkreślał, że chodzi o pełen bilans, wykraczający poza zużycie wody w jednym centrum danych. Niestety w jego porównaniu brakuje informacji o uwzględnionych modelach i rodzajach zapytań oraz o źródle tych danych. Trudno również znaleźć w Internecie podobne stwierdzenie, co utrudnia identyfikację stosowanej metodologii. Porównanie 38 tysięcy zapytań do chatbota z produkcją jednego migdała jest mocne, ale niekoniecznie dobrze osadzone w rzeczywistości. Trzeba je traktować z rezerwą.

    W 2025 roku Altman wskazał, że jedno „średnie” zapytanie do ChatGPT zużywa około 0,32 mililitra wody. Również w tym przypadku brakowało informacji na temat metody, która doprowadziła do uzyskania tego wyniku. To sprytna taktyka: rzucić liczbą, nie podając dowodów, i pozostawić to w „eterze”. Tak dziś kształtują się „prawdy”, które mogą nie mieć oparcia w rzeczywistości, wystarczy, że pojawią się w odpowiednim kontekście i rozprzestrzenią się dalej. Niestety, społeczeństwo rzadko interesuje się prawdziwością tych informacji. Co więcej, wiele osób nie potrafi ich weryfikować i przyjmuje to, co widzi, czyta lub ogląda w Internecie, za pewnik.

    Rozbieramy myśli Altmana na czynniki pierwsze

    Możliwe, że Altman odnosi się do nowych technologii chłodzenia w centrach danych. Microsoft opisał już dwa lata temu system, w którym woda krąży pomiędzy serwerami a urządzeniami chłodniczymi w obiegu zamkniętym. Po wstępnym napełnieniu, instalacja ma za zadanie odprowadzać ciepło bez odparowywania wody i potrzeby dostarczania nowej: znacząco to ogranicza zużycie tego cennego zasobu. Jednak centra danych to nie tylko serwery, ale także infrastruktura dla pracowników, co obejmuje toalety, kuchnie itp. To właśnie tłumaczy odniesienia CEO OpenAI do biurowca. Jednakże nie dotyczy to wszystkich centrów danych, a jestem przekonany, że wiele z tych, w których działają modele OpenAI, nie korzysta z obiegu zamkniętego.

    Czytaj dalej poniżej


    Dlaczego menu wygenerowane przez AI wywołuje obrzydzenie?

    Amazon, który także korzysta z podobnej technologii, w 2026 roku „chwalił się”, że korzysta z systemów opartych na odparowywaniu wody podczas największych upałów. Woda w tym procesie stoi w obiegu, dzięki czemu schładza powietrze kierowane do kompleksu. Dodatkowo, zastąpienie chłodzenia opartego na odparowywaniu (tzw. chłodzenie wyparne) mechanicznych systemów zwiększa zapotrzebowanie na energię. Dlatego oszczędność wody wiąże się z koniecznością użycia dodatkowej energii, a ta również wymaga wody do produkcji. To właśnie tutaj kryją się największe pułapki porównania Altmana i należy mieć to na uwadze.

    Kwestia rachunku za wodę to niuanse. Często bardzo skomplikowane

    W raporcie Lawrence Berkeley National Laboratory z 2024 roku oszacowano bezpośrednie zużycie wody przez amerykańskie centra danych w 2023 roku na około 66 miliardów litrów, a pośrednie – związane z energią – na niemal 800 miliardów. To niestety obstare dane, jednak obejmują one cały sektor centrów danych w USA, który nie dotyczy wyłącznie sztucznej inteligencji. Część dotycząca energetyki była wyliczana na podstawie regionalnego miksu, nie uwzględniając specjalnych umów taryfowych ani kwestii związanych z generowaniem energii na miejscu.

    W przypadku centrów danych, moim zdaniem korzystniej jest bazować na dużych liczbach, chociaż na ich podstawie nie da się określić „kosztu” jednego zapytania czy zestawu kilkudziesięciu zapytań do chatbota. Prawda jest taka, że nasza aktywność w systemach AI coś kosztuje – dużo lub mało… ale wszystko, co robimy, wiąże się z odpowiednim zużyciem. Nawet oglądanie filmu na Netflixie powoduje zużycie wody, zarówno jako element kosztów gospodarstwa domowego, jak i klienta usługi streamingowej, która musi gdzieś przechowywać swoje materiały (a więc również w serwerowni!). Badanie MIT z 2021 roku wskazuje, że jedna godzina oglądania filmu na Netflixie może generować zużycie od dwóch do nawet dwunastu litrów wody na godzinę. Obecnie wiele mogło się w tej kwestii zmienić, ale skala nadal robi wrażenie.

    Dużą rolę w takich porównaniach oraz wyliczeniach odgrywa lokalizacja serwerowni oraz źródło energii. Nie da się dokładnie obliczyć swojego „śladu wodnego”, dzieląc po prostu swoją miesięczną liczbę zapytań przez 38 tysięcy, korzystając z „skali migdałowej” zaproponowanej przez Altmana. Najlepszym wnioskiem jest to, że Altman być może opiera się na prawidłowych wyliczeniach, ale brak możliwości ich weryfikacji. Samo wyliczenie, o którym wspomina, może być „nadmiernie optymistyczne”, a z pewnością pochodzi ono z wąskiego kręgu OpenAI, gdzie dąży się do tego, aby wyniki wyglądały jak najlepiej. Pamiętajcie, gdy ktoś z wyższych sfer ogłasza „objawioną prawdę”. Często nie ma w tym ani objawienia, ani rzeczywistej prawdy.

  • Rok Google AI Plus za darmo. Wystarczy spełnić kilka warunków

    Rok Google AI Plus za darmo. Wystarczy spełnić kilka warunków

    Google przygotowało atrakcyjną promocję dla studentów. To 12 miesięcy bezpłatnego dostępu do rozszerzonego planu Google AI Plus. Jak skorzystać z tej oferty?

    Z uwagi na zbliżający się początek roku akademickiego, studenci mają szansę skorzystać z wyjątkowej promocji, która umożliwi im dostęp do narzędzi wspierających naukę, wykorzystujących sztuczną inteligencję od Google. Studenci w Polsce mogą teraz aktywować Google AI Plus na cały rok za darmo, zyskując tym samym szereg zaawansowanych możliwości w porównaniu do użytkowników podstawowej wersji Gemini.

    Plan Google AI Plus oferuje m.in. dwukrotnie wyższe limity korzystania z Gemini, 400 GB przestrzeni w chmurze, dostęp do Gemini Omni, Gemini Live oraz nielimitowane przesyłanie materiałów do notatników i narzędzi edukacyjnych. Na podstawie zgromadzonych danych Gemini będzie w stanie przygotowywać plany nauki, quizy, podsumowania oraz wspierać studentów w przygotowaniach do testów i egzaminów.

    Kto może skorzystać z darmowej oferty Gemini?

    Promocja skierowana jest do osób, które mają co najmniej 18 lat i są studentami uczelni wyższej. Status studenta należy potwierdzić za pośrednictwem zewnętrznej usługi SheerID. Dodatkowo, konieczne jest posiadanie osobistego konta Google, gdyż oferta nie jest dostępna dla kont Workspace for Education wydanych przez uczelnie.

    Aby skorzystać z promocji, wystarczy odwiedzić stronę Gemini dla studentów, wybrać opcję aktywacji bezpłatnej subskrypcji, zalogować się na konto Google i przejść proces weryfikacji. Promocję można aktywować do 31 grudnia 2026 roku, a darmowy dostęp przez 12 miesięcy zaczyna się od daty aktywacji. Należy jednak pamiętać o jednym istotnym szczególe: po zakończeniu bezpłatnego okresu subskrypcja automatycznie przejdzie w płatny model Google AI Plus w wysokości 23,99 zł miesięcznie, chyba że użytkownik wcześniej ją anuluje. Zgodnie z informacjami w sekcji pytań i odpowiedzi, z oferty mogą skorzystać zarówno nowi użytkownicy, jak i studenci, którzy korzystali z okresu próbnego AI Pro w 2025 roku. Aby zachować dostęp, co roku należy potwierdzić swój status studenta.

    Czytaj dalej poniżej

    Zdjęcia Google dostaną wspaniałą nowość. Zachwyci wielu użytkowników
  • Jeden przewód wystarczy – Jabra PanaCast U30

    Jeden przewód wystarczy – Jabra PanaCast U30

    Jednokabelowe Spotkanie Online

    Czy jeden przewód wystarczy, by szybko zorganizować spotkanie online? Okazuje się, że tak, ale wymaga to odpowiedniego przygotowania.

    Wyzwania Techniczne w Pracy Hybrydowej

    Niewielkie pokoje spotkań rzadko dysponują dedykowaną zaawansowaną infrastrukturą audiowizualną (AV), co w kontekście pracy hybrydowej stwarza liczne wyzwania techniczne. Jabra PanaCast U30 wypełnia tę lukę jako zintegrowany wideobar all-in-one, zaprojektowany z myślą o bezpośrednim podłączeniu własnego komputera przez pojedynczy port USB-C.

    Łatwość Użytkowania

    Urządzenie eliminuje konieczność używania zewnętrznych przejściówek czy skomplikowanego parowania sprzętu – natychmiast synchronizuje się z aplikacjami takimi jak Zoom czy Microsoft Teams. Zintegrowana grafika startowa, wyświetlana na ekranie głównym, dostarcza użytkownikom szybkich wskazówek, jak rozpocząć sesję bez pomocy techników.

    Zaawansowane Rozwiązania Optyczne

    Pod względem optyki, urządzenie wykorzystuje obiektyw o 120-stopniowym polu widzenia, co eliminuje martwe strefy przy krawędziach stołu w małych pomieszczeniach. Procesor obrazu przetwarza strumień wideo w czasie rzeczywistym, korzystając z technologii Intelligent Zoom, Dynamic Composition oraz Virtual Director do precyzyjnego wyodrębniania i wyostrzania sylwetki osoby aktualnie zabierającej głos.

    Akustyka Dopasowana do Warunków

    Moduł audio oparty jest na matrycy sześciu mikrofonów kierunkowych, sparowanych z dedykowanym głośnikiem. Taki układ pozwala skutecznie odfiltrować pogłos małego pokoju, zapewniając jednocześnie pełną czytelność pasma mowy. Konstrukcja wideobara umożliwia uniwersalny montaż – na ścianie, biurku lub bezpośrednio na ramionach VESA, oferując dodatkowo system dyskretnego maskowania okablowania.

    Czytaj dalej poniżej

    Czy Leapmotor B05 zdefiniuje na nowo polski rynek EV?

    Po więcej informacji zapraszamy do materiału wideo powyżej.