Autor: admin

  • Kupiłeś auto elektryczne? Chiny mają złe wieści

    Kupiłeś auto elektryczne? Chiny mają złe wieści

    Auta elektryczne mogą napotykać poważne wyzwania. Z Chin napływają niepokojące informacje.

    Niestety, optymistyczne wieści o rynku używanych aut elektrycznych w Chinach są wciąż rzadkością. Z tamtejszych dealerów coraz częściej słyszy się o odmowach przyjęcia elektryków starszych niż 5 lat. Powód? Stale spadająca wartość używanych samochodów elektrycznych.

    Chiny nie chcą używanych aut elektrycznych

    Chiny są uznawane za poligon doświadczalny w dziedzinie elektromobilności. Kraj ten od lat lideruje pod względem liczby aut elektrycznych na drogach; obecnie zarejestrowanych jest tam ponad 44 miliony takich pojazdów. Niektóre z nich osiągnęły tzw. wiek emerytalny – ich właściciele, po latach użytkowania, decydują się na nowsze modele, a starsze trafiają na rynek wtórny. Zaskakujące jest jednak, że dealerzy coraz rzadziej decydują się na odkup aut elektrycznych. Według najnowszych informacji, aż 4 na 5 dealerów w Chinach odmawia przyjęcia aut elektrycznych (BEV) starszych niż 5 lat. Głównym powodem są obawy dotyczące stanu baterii oraz ryzyko poniesienia wysokich kosztów w przypadku konieczności jej wymiany. W kontekście kosztów, sytuacja dotycząca odsprzedaży używanych aut BEV również nie jest zachęcająca. Według China Automobile Dealers Association (CADA), 3-letni samochód elektryczny w Chinach obecnie wyceniany jest na około 45% pierwotnej ceny – w porównaniu do 55% jeszcze kilka lat temu.

    To zjawisko wynika z podejścia rynku wtórnego do wyceny aut, które uwzględnia m.in. przebieg, wiek, renomę marki i pozostałą długość gwarancji. Istotne jest również dokładne sprawdzenie kondycji baterii za pomocą specjalnych portów diagnostycznych. Na stan baterii wpływa nie tylko wiek czy liczba przejechanych kilometrów, ale także sposób użytkowania, w tym miejsce parkowania oraz sposób ładowania. Ostatecznie jednak, pięcioletni samochód elektryczny przekracza pewną psychologiczną barierę dla potencjalnego nabywcy. Zbliżający się koniec gwarancji (np. 8-letniej) oraz zmniejszający się margines bezpieczeństwa przy dużych kosztach potencjalnej wymiany sprawiają, że zakupu takiego pojazdu dokonuje się z dużą ostrożnością. Dealerzy w Chinach są tego świadomi, przez co coraz rzadziej decydują się na odkupywanie takich pojazdów.

    Ładowanie samochodu elektrycznego w domu to najtańsze rozwiązanie

    Jak prezentuje się rzeczywista degradacja baterii? Średnio rocznie odnotowuje się utratę pojemności na poziomie 2%, co oznacza, że po dziesięciu latach samochód wciąż powinien mieć większość zasięgu na fabrycznym ogniwie. Większe zużycie, wynoszące około 3% rocznie, obserwuje się przy częstym ładowaniu i w gorącym klimacie.

    Czytaj dalej poniżej

    BYD pracuje nad humanoidalnym robotem. Będzie lepszy, niż wszystkie inne

    Drugie życie elektryka – pilna potrzeba

    Dane to jedno, natomiast realia rynku motoryzacyjnego to zupełnie inna sprawa. W przypadku braku zainteresowania zakupem, nawet w pełni sprawny samochód elektryczny z dużym zasięgiem stanie się jedynie zestawem metalu przeznaczonego do recyklingu. Producenci, głównie chińscy, którzy eksportują na potęgę do Europy, muszą opracować nową strategię. Tym razem nie chodzi o zwiększenie sprzedaży, ale o zapewnienie właściwego zarządzania rynkiem wtórnym i odpowiednią obsługę pojazdów po kilku latach użytkowania, gdy te trafią w ręce drugiego właściciela. To wyzwanie jest o wiele trudniejsze, ale niezwykle istotne. Nie możemy pozwolić sobie na sytuację, w której kilka milionów aut poruszających się po Europie, za kilka lat będą w 100% na złomie tylko dlatego, że nie udało się zdobyć zaufania konsumentów na rynku wtórnym. A zdobycie takiego zaufania nie zapowiada się na łatwe zadanie. Przy zakupie samochodu z drugiej ręki dąży się do maksymalizacji opłacalności i szans na bezawaryjność – wizja wymiany baterii, która kosztuje 1/3 całej wartości auta, skutecznie zniechęca do takiej inwestycji.

  • OpenAI ogłosiło przełom w nauce i… wywołało skandal. Pracownik firmy groził badaczowi

    OpenAI ogłosiło przełom w nauce i… wywołało skandal. Pracownik firmy groził badaczowi

    OpenAI ogłosiło wczoraj, że jego algorytm sztucznej inteligencji rozwiązał problem Naviera-Stokesa, za który została przyznana nagroda w wysokości miliona dolarów. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że OpenAI działało jak typowa, bezwzględna korporacja, starając się zminimalizować wkład dwóch matematyków oraz ich badania — oraz skandaliczne pominięcie jednego z autorów, którego zatrudnia konkurencja, firma Anthropic.


    Gigant ogłosił propozycję rozwiązania jednego z siedmiu problemów milenijnych, z których każdy jest wart milion dolarów. Firma wykorzystała nieujawniony jeszcze model, który według niej znacznie przewyższa możliwości GPT-6. OpenAI wskazało na 165-stronicowy dowód oraz jego formalizację w Leanie, co służy badaczom do komputerowego weryfikowania matematycznych rozumowań.

    Prace nad problemem Naviera-Stokesa, według firmy, pochłonęły około 130 miliardów tokenów wyjściowych, co szacunkowo kosztuje… około 15 milionów dolarów. (To porównanie nie mówi jednak, jaka jest rzeczywista wartość rozwiązania problemu.) Ale to nie jest najważniejsze. Kluczowe jest, jak OpenAI zachowało się w tej sytuacji: niestety, zachowało się w sposób tragiczny, co ujawnili naukowcy korzystający z Codexa w próbie rozwiązania problemu, którzy również znajdowali się na tropie rozwiązania.

    OpenAI powtarza historie najgorszych korporacji. To smutne

    Tristan Buckmaster z Uniwersytetu Nowojorskiego oraz Levent Alpöge, pracownik Anthropic, wcześniej pracowali nad pokrewnymi problemami. Była to ich prywatna inicjatywa, w której korzystali z modelu Claude’a oraz narzędzi OpenAI. Ich punktem wyjścia było podejście opracowane przez Diega Córdobę i Luisa Martíneza-Zoroę. Zaproponowane przez nich wyniki obejmowały osobliwości w równaniach Eulera z tzw. gładkim wymuszeniem, opisującym płyn bez uwzględniania lepkości, co samo w sobie nie jest rozwiązaniem problemu Naviera-Stokesa.

    OpenAI przyznało, że rozpoczęło próbę 1 września po pojawieniu się pogłosków, które później powiązało z pracą tej dwójki. Oczywiście, szybko pojawiły się spekulacje, że OpenAI mogło… przeglądać sesje badaczy, aczkolwiek firma zaprzeczyła, jakoby to miało miejsce. Altman później tłumaczył w serwisie X, że jego zespół był ciekaw, czy jego własne modele są w stanie poradzić sobie z problemem Naviera-Stokesa w ramach tego kierunku.

    Czytaj dalej poniżej

    Nasze prawo do wyłączenia AI będzie jedynie mrzonką. Tak będzie wyglądał świat w 2066 roku

    W swoim oświadczeniu, które opisuje rozmowy z OpenAI z 6 września, Buckmaster donosi, że zaproponowano mu samodzielne opracowanie artykułu o dowodzie OpenAI, ale z pominięciem Alpöge’ego. Powodem miało być jedynie to, że jego kolega zatrudniony jest u konkurencji: wiadomo bowiem, że w branży panuje antagonizm między OpenAI a Anthropic. Nawet sami CEO, Altman i Dario Amodei, szczerze się nie cierpią. Kiedy zszokowany (i słusznie) badacz zapowiedział upublicznienie sprawy, usłyszał pytanie, dlaczego miałby w ten sposób zrujnować swoją karierę. Nie ugiął się, odrzucił zaproponowane warunki i opublikował własną relację z rozmów. I słusznie, bo OpenAI obecnie stara się PR-owo opanować pożar, który sam zapalił.

    O co chodzi w tym problemie?

    Równania Naviera-Stokesa opisują ruch płynów, w tym wody oraz powietrza, i są wykorzystywane m.in. w prognozowaniu pogody. Problem z matematycznego punktu widzenia dotyczy tego, czy początkowo gładki przepływ trójwymiarowy może w skończonym czasie rozwinąć tzw. osobliwość. W tej konstrukcji płyn początkowo przepływa gładko, a następnie zewnętrzna siła gładko wywołuje wir, który staje się coraz ciaśniejszy i bardziej rozciągnięty. Prędkość rośnie bez ograniczeń, mimo że całkowita energia kinetyczna pozostaje skończona.

    Uzyskany wynik dla problemu opisywałby granicę stosowalności modelu, który jest tzw. „typem idealnym” dla płynu traktowanego jako ośrodek ciągły. Nie sugeruje jednak, że rzeczywista woda mogłaby poruszać się nieskończenie szybko. Dopuszcza się także rozwiązanie poprzez wykazanie utraty gładkości przy odpowiednio regularnej sile zewnętrznej. OpenAI twierdzi, że spełniło warunki wariantów C i D.

    OpenAI odpowiada na zarzuty

    Sébastien Bubeck, który rozmawiał z Buckmasterem, odpowiedział, że nie prosił o usunięcie Alpöge’ego z autorstwa jego własnych badań. Aczkolwiek potwierdził, że uważał współautorstwo pracownika Anthropic za niewłaściwe przy opisie dowodu OpenAI. Przyznał także, że mówił o ryzykowaniu kariery przez Buckmastera i przeprosił za dobór słów. Utrzymuje jednak, że reagował tylko na groźbę bezpodstawnych oskarżeń i że jego intencją było uznanie osiągnięć obu naukowców. Powiem szczerze: wygląda to jak wymijające tłumaczenie polskiego polityka. Jeśli ktoś się na to nabierze, będzie bardzo naiwny, a OpenAI zachowało się (w osobie Bubecka) niczym obrażony przedszkolak w piaskownicy.

    Nie zapominajmy jednak o kwestii szkiców, które matematycy wprowadzali do Codexa. Buckmaster pytał, czy ich prace posłużyły do treningu modelu, zaznaczając, że nie wie, czy rzeczywiście tak było. OpenAI zapewnia, że jej badacze i agenci nie widzieli ich pracy przed publikacją i nie korzystali z konkretnych danych użytkowników w celu rozwiązania problemu. Ale (i to jest DUŻE zastrzeżenie) nie wyklucza, że dane pozbawione identyfikatorów, uzyskane z używania jej produktów, mogły pomóc w ulepszaniu modeli. Dla mnie to wygląda jak furtka w sytuacji, gdyby okazało się, że OpenAI inspirowało się pracami naukowców: w razie czego będzie można to „zwalić” na naturalny mechanizm ulepszania modeli, nawet jeśli OpenAI intencjonalnie (czego raczej nie uda się udowodnić) skonfiskowało prace naukowców.

    I teraz kluczowa kwestia, Szanowni Państwo. Niezależnie od tego, jak dobre produkty wytwarzają korporacje (a mnie produkty OpenAI pasują, kosztują mnie rocznie 5000 złotych i uważam to za inwestycję w mój czas i inne aktywności), to te podmioty nie są „sympatyczne”. Nie należy ich lubić, być ich fanem ani angażować się w jakiekolwiek waśnie dotyczące wyższości jednego modelu nad drugim. OpenAI znalazło się w gronie najważniejszych firm na świecie i, niestety, przyjęło także złe wzorce, które temu towarzyszą. Ale najprawdopodobniej jest tak, że gdy dołączasz do tej ligi, musisz grać według ustalonych reguł. To nie jest usprawiedliwienie, ponieważ w życiu istotne jest, aby pozostać uczciwym: a OpenAI w tej sytuacji zachowało się skrajnie nieładnie.

    Kto zatem zgarnia nagrodę?

    Umieszczenie szczegółów „kontroli” w Leanie zwiększa wiarygodność dowodu, ale to wciąż ludzie muszą sprawdzić, czy sformalizowane twierdzenie spełnia wszystkie warunki problemu. Do tego czasu Clay Mathematics Institute będzie traktować problem Naviera-Stokesa jako nierozwiązany. Regulamin wymaga publikacji w odpowiednim periodyku, co najmniej dwóch lat od ukazania się oraz powszechnej akceptacji społeczności matematycznej. Tylko wtedy gremium uzna, że nagroda powinna zostać przyznana. Tylko kto ją zgarnie w tej sytuacji?

    Czytaj również: ChatGPT kończy erę AI Slopu. Images 2.5 rozwiązuje poważny problem.

    OpenAI deklaruje, że nie będzie zabiegać o nagrodę. To jednak, umówmy się, również działanie PR-owe po wybuchu skandalu. Rezygnacja z nagrody nie rozwiązuje kwestii związanych z wkładem ludzi w rozwiązanie problemu, ani pochodzeniem danych, które umożliwiły jego rozpracowanie. Niestety, podnosi to również kwestie dla wszystkich, którzy wprowadzają ważne dane do ChatGPT i Codexa: wszystko, co się tam znajdzie, może stać się ich własnością lub być podstawą do tego, by OpenAI mogło się potem tym podpisać.

    Docieramy do punktu, w którym narzędzia, które mogą wspomóc naszą pracę, mogą również skutecznie ją zniszczyć. W tej sprawie firma Altmana wyraźnie się nie popisała, co tym bardziej boli, że stanęła naprzeciw dwóch świetnych, ale „zaledwie” badaczy, którzy mają o wiele mniejszą siłę rażenia i zapewne nie dysponują zespołem PR-owców oraz prawników.

  • ChatGPT kończy erę AI Slopu. Images 2.5 naprawia duży problem

    ChatGPT kończy erę AI Slopu. Images 2.5 naprawia duży problem

    OpenAI wprowadza nowy model ChatGPT, który oferuje innowacyjne możliwości generowania i edytowania zdjęć.

    Generowanie obrazów za pomocą sztucznej inteligencji od zawsze bywało pełne niespodzianek. Możesz starannie przygotować wiele zdań w promptach, by ostatecznie otrzymać zdjęcie, które nijak nie odpowiada twoim oczekiwaniom — z dodatkowymi palcami u dłoni czy psimi uszami u ludzi. Zamiast estetyki prezentowanej na okładkach magazynów, często otrzymujesz tzw. „AI Slop”. Choć starsi użytkownicy mediów społecznościowych mogą cieszyć się tym abstrakcyjnym stylem na granicy niesamowitości, wielu z nas oczekuje czegoś znacznie więcej. Dziś OpenAI ogłasza premierę modelu Images 2.5, który ma zakończyć problem „AI Slopu”.

    Koniec AI Slopu? OpenAI prezentuje ChatGPT Images 2.5

    Najnowsza aktualizacja, bazująca na modelu ChatGPT Images 2.5, ma na celu wyeliminowanie przypadkowych, nieestetycznych obrazów z przesadzonym tłem i nieproporcjonalnymi elementami. Głównym problemem, który na przestrzeni lat frustrował projektantów i twórców, była brak kontroli nad generowanymi materiałami. Chciałeś zmienić tło na zdjęciu produkcyjnym? W wyniku działań systemu mogłeś stracić połowę logotypu, zmienić kolor oczu modela czy sprawić, że litery zaczynały przypominać znaki z pradawnych cywilizacji. Próbując zachować podobieństwo do zdjęcia referencyjnego, czasami rysunek zaczął wyglądać jak odległy kuzyn z kilku pokoleń, którzy zaawansowali w niezdrowych relacjach rodzinnych.

    Images 2.5 zostało zaprojektowane z myślą o precyzyjnym wykonaniu. OpenAI obiecuje, że model potrafi teraz edytować pojedyncze elementy na zdjęciach, pozostawiając resztę bez zmian. Możesz teraz zamienić tekst na plakacie, zmienić tło czy dodać element do kompozycji bez obaw, że sztuczna inteligencja „przemaluje” cały projekt. Dodatkowo, model lepiej radzi sobie z utrzymywaniem spójności wizerunku podczas długich, wieloetapowych rozmów. Po piątej poprawce nie będziesz musiał martwić się utratą jakości pikseli.

    Z Images 2.5 staniesz się artystą bez talentu

    Ciekawą nowością jest funkcja Szkic. Jeżeli masz wizję, ale niekoniecznie należysz do utalentowanych artystów, teraz masz szansę na spełnienie swojej artystycznej ambicji. Możesz odręcznie narysować w oknie czatu schemat pokoju, kontur ubioru czy układ plakatu, a ChatGPT przekształci ten szkic w pełnoprawny, dopracowany obraz.

    Czytaj dalej poniżej

    Używasz AI? Szef ChatGPT rzucił liczbą, o której powinieneś wiedzieć

    To rozwiązanie wydaje się być przydatne w wielu zawodach, gdzie ekspresowo musisz przedstawić swoją wizję drugiej osobie. Możemy wyobrazić sobie projektanta wnętrz, który w kawiarni szkicuje palcem na ekranie tabletu koncepcję aranżacji, a Images 2.5 w kilka sekund przekształca to w fotorealistyczną wizualizację. Stworzenie własnej koszulki przy użyciu gotowych szablonów również stanie się niezwykle proste.

    Model ma być również znacznie szybszy — podobno o połowę. Osobiście wielokrotnie doświadczałem długiego oczekiwania podczas generowania zdjęć w ChatGPT, czekając czasem kilkanaście minut na odpowiedź. W tej wersji ma to być płynniejsze, niczym rozmowa. Dla programistów przygotowano także dwa warianty: Flare i bardziej zaawansowany Sunburst.

    Czy to definitywny koniec internetowego śmietnika zalewanego przeciętnymi grafikami? Prawdopodobnie nie. Niemniej jednak, jeżeli wkrótce zauważysz, że na mediach społecznościowych coraz rzadziej pojawiają się obrazy generowane przez AI, z pewnością będziesz miał swojego winnego.

  • Nowy gatunek złodzieja może na Ciebie czyhać. Wykrada najcenniejszy zasób ery AI

    Nowy gatunek złodzieja może na Ciebie czyhać. Wykrada najcenniejszy zasób ery AI

    Czy posiadasz płatną wersję Claude’a? Uważaj, ponieważ istnieje ryzyko, że ktoś może beztwojej wiedzy wykorzystywać twój limit tokenów, a ty nawet nie zauważysz, że ponosisz koszty cudzej pracy.


    Złodzieje w erze internetu polowali na dane osobowe, hasła do kont bankowych i dane kart płatniczych, natomiast ich następcy w erze sztucznej inteligencji dążą do pozyskania zasobów, które napędzają nowoczesną rewolucję AI. Mowa tutaj o tokenach, które są niezbędne do działania każdego modelu językowego i rozliczane są w formie abonamentów, których wartość może sięgać 200 dolarów miesięcznie. Okazuje się, że mogą być one kradzione w sposób tak subtelny, że ofiara przez długie tygodnie nie zdaje sobie sprawy z tego, że ktoś inny korzysta z jej środków.

    Hakerzy mogą wykorzystywać twój abonament Claude’a

    Narzędzia takie jak Claude Code mają możliwość zastąpienia całych zespołów specjalistów, rozwiązując złożone problemy na zawołanie. W trakcie tej działalności zużywają jednak ogromne ilości tokenów, które są fragmentami tekstu, na jakie modele dzielą wszystko, co przetwarzają – każde pytanie, każda linijka kodu oraz każda odpowiedź to kolejne setki takich fragmentów odliczanych od limitu abonamentowego. Koszty abonamentów są znaczące, ponieważ w przypadku oferty Anthropic mówimy o próg startowym wynoszącym około 80 zł za plan Pro oraz nawet 200 dolarów (przeszło 900 zł) za najwyższy plan Max z priorytetem w kolejce.

    Użytkownicy ostrożnie podchodzą do pisania poleceń, ponieważ każde z nich generuje wydatki. Przykład Granta De Swardta – niezależnego konsultanta ds. AI z East Sussex – może więc być źródłem wielu nerwów, gdyż jego konta wykorzystywały tokeny w szybkim tempie bez jego wiedzy. Środki – a więc również pieniądze – dosłownie przeciekały przez palce, a Anthropic początkowo nie mogło zidentyfikować źródła problemu. Okazało się, że klucz sesji Claude wpadł w niepowołane ręce.

    Kiedyś kopali kryptowaluty, teraz spalają tokeny AI

    Pamiętacie mechanizm z czasów boomu kryptowalutowego, który polegał na przejmowaniu komputerów do cichego kopania cyfrowych monet dla hakera? Tym razem sytuacja jest podobna, z tą różnicą, że złodziej nie potrzebuje mocy obliczeniowej ofiary, wystarczy mu jedynie dostęp do cudzej serwerowni.

    Czytaj dalej poniżej

    ChatGPT będzie się od ciebie uczył. Ułatwi ci to pracę

    Grant De Swardt zgłosił incydent związany z znikającymi zasobami do Anthropic, co skutkowało zablokowaniem jego konta oraz unieważnieniem wszystkich aktywnych sesji, zatrzymując wykorzystywanie tokenów. Przeprowadzono również dochodzenie, które pozwoliło ustalić źródło problemu. Okazało się, że przeszedł klucz sesji Claude, który został wykorzystany do generowania nieautoryzowanych tokenów OAuth dla Claude Code – niestety, firma nie była w stanie ustalić, jak doszło do przejęcia.

    Ofierze nietypowej kradzieży zwrócono 44,49 £ za niewykorzystany okres abonamentu, ale nie rozwiązuje to problemu, ponieważ tożsamość sprawcy wciąż nie została ustalona. Zespół wsparcia technicznego nie dostarcza szczegółowego zestawienia użycia, więc gdyby nie czujność ofiary, ta dyskretna kradzież mogłaby trwać znacznie dłużej.

    O szczegółach tego incydentu można przeczytać na Reddicie w specjalnym wątku. Ważne jest, że podobnych przypadków jest tam więcej, co jest najbardziej niepokojące. Potwierdza się bowiem, że to nie pojedynczy przypadek, ale nowa gałąź cyberprzestępczości, trudna do wykrycia i zwalczania. Powodzenie wzbudza nadzieję, że Anthropic na część z incydentów natknęło się samodzielnie i poinformowało użytkowników, ale trudno określić, jak wiele takich niepożądanych procesów działa obecnie w tle, nie wiedząc o tym ofiary ani twórcy narzędzi. Bądźcie czujni i monitorujcie Claude’a, jeśli opłacacie subskrypcję.

  • Gdy PlayStation i XBOX się ociągają, ta „konsola” stawia je pod ścianą

    Gdy PlayStation i XBOX się ociągają, ta „konsola” stawia je pod ścianą

    Sony i Microsoft wciąż nie ogłosili daty premiery swoich nowych konsol, podczas gdy Valve już kilka miesięcy temu wprowadziło na rynek Steam Machine, wyzyskując moment zawahania swoich konkurentów.

    Obecna generacja konsol ma już prawie sześć lat, a ani Sony, ani Microsoft nie zademonstrowali jeszcze swoich nowych urządzeń w pełnej krasie. Sony zaktualizowało swoją ofertę o PlayStation 5 Pro, ale zmiany są jedynie nieznaczne, obejmujące lepsze podzespoły i bardziej zaawansowane oprogramowanie, które podnosi jakość gier dzięki technologii PlayStation Spectral Super Resolution. Na temat PlayStation 6 wiemy jedynie, że Sony stara się wyjść z ekosystemem w kierunku „poza salon”, łącząc granie stacjonarne z urządzeniami przenośnymi oraz usługami online. Niestety, szczegóły dotyczące samej konsoli, jej ceny ani specyfikacji wciąż pozostają nieznane.

    Stanowisko Microsoftu jest podobne. Nowy XBOX, znany jako Project Helix, ma ambicję stać się czymś więcej niż prostym następcą Series X|S. Firm głównie koncentruje się na analizie nowych modeli sprzedaży i sposobów na obniżenie kosztów produkcji, które rosną m.in. z powodu drogich pamięci i nośników SSD. Sugeruje to większe zaangażowanie chmury, subskrypcji oraz potencjalnie tańszych urządzeń o niższej wydajności. Asha Sharma, nowa szefowa działu gier w Microsoftcie, stwierdziła, że Project Helix zatarłby granice między tradycyjnym graniem na konsoli a doświadczeniem PC. Co dokładnie oznacza to stwierdzenie? Tego wciąż nie możemy powiedzieć, ale można przypuszczać, że nowa generacja przyniesie wiele niespodzianek.

    Valve nie czeka na nową generację konsol – ma swoją własną wizję

    Brak konkretnych informacji na temat przyszłości konsol wykorzystuje Valve, które doskonale wstrzeliło się w okres kryzysu pamięci RAM. Steam Machine pojawiło się na rynku pod koniec czerwca, a choć producent wyraźnie zaznacza, że nie jest to tradycyjna konsola, urządzenie zostało zaprojektowane z myślą o graniu przed telewizorem. Twórcy najpopularniejszej platformy sprzedażowej gier PC oraz Steam Decka już kilkanaście lat temu podjęli próbę realizacji podobnego pomysłu, jednak Steam Machines działające pod kontrolą SteamOS nie odniosły sukcesu. Dziś jednak sytuacja wygląda inaczej. Steam Deck udowodnił, że SteamOS może działać w formie konsolowej, a Proton, intensywnie testowany na Steam Decku, znacznie poprawił kompatybilność z grami przeznaczonymi dla systemu Windows. Właściciele Steam Machine nie muszą też zaczynać budowy swojej kolekcji gier od podstaw – po zalogowaniu mają dostęp do swojego dotychczasowego zbioru gier, zapisów w chmurze oraz całego konta.

    Steam Machine – nie jest idealne, ale wywiera presję

    W niedużej obudowie Steam Machine zainstalowano półstandardowy, 6-rdzeniowy i 12-wątkowy procesor od AMD w architekturze Zen 4, 16 GB pamięci DDR5 oraz 8 GB VRAM. Użytkownicy mogą wybierać między dyskami o pojemności 512 GB lub 2 TB, a SteamOS dostosowano do obsługi z kanapy przy wykorzystaniu kontrolera. Oferuje to wygodę znaną z tradycyjnych konsol, ale bez ograniczeń związanych z zamkniętymi ekosystemami PlayStation czy Xboksa.

    Czytaj dalej poniżej

    W ten sposób wymienisz baterię w sprzęcie Nintendo. Wcale nie jest łatwiej

    Steam Machine to interesujące rozwiązanie, lecz ma jeden znaczący problem. Podstawowa konfiguracja kosztuje w Polsce 4389 zł. To wciąż mniej niż obecne ceny PlayStation 5 Pro w naszym kraju, ale na tyle dużo, że za podobną kwotę można złożyć lepszy komputer. Testy pokazują również, że sprzęt Valve nie jest stworzony do bezkompromisowego grania w 4K. Mimo to, dla Sony i Microsoftu Steam Machine może być niewygodnym konkurentem. Valve nie musi czekać na „nową generację”, ponieważ ich sprzęt już teraz korzysta z ogromnej biblioteki gier PC, częstych promocji, modów, a także otwartego charakteru ekosystemu. Jeśli gracze zaczną postrzegać to urządzenie jako alternatywę dla konsol, PlayStation 6 oraz nowy Xbox będą musiały zaoferować coś więcej niż tylko wyższą wydajność.

  • Legendarny serial grozy powraca. Fani czekali na to latami

    Legendarny serial grozy powraca. Fani czekali na to latami

    Fani czekali na ten moment od miesięcy: antologia „Terror” powraca z trzecim sezonem – premiera jednocześnie z debiutem w USA!

    W nowym sezonie twórcy postanowili odejść od historycznych i wojennych realiów, jakie pamiętamy z poprzednich odsłon. Akcja przenosi nas do zamkniętego oddziału szpitala psychiatrycznego New Hyde. Głównym wątkiem nowej serii jest historia Peppera, pracownika firmy przeprowadzkowej z Queens, którego wybuchowy temperament i seria niefortunnych zdarzeń prowadzą do niesłusznego umieszczenia go w placówce dla ludzi zepchniętych na margines społeczny. W tę rolę wciela się Dan Stevens, znany z takich produkcji jak „Abigail”, „Legion” i „Downton Abbey”.

    Terror: Devil in Silver – 3. sezon serialu z premierą w Polsce

    Życie Peppera w New Hyde nie należy do łatwych. Musi uważać na nieprzyjaznych pacjentów oraz lekarzy, którzy skrywają własne tajemnice. Co gorsza, w szpitalu krąży tajemniczy potwór, żywiący się… ludzkim cierpieniem. Historia prowadzi do kluczowego pytania: czy największym zagrożeniem nie jest przypadkiem sam Pepper? Scenariusz oparty jest na powieści Victora LaValle’a o tym samym tytule, a autor współtworzył serial razem z Chrisem Cantwellem, znanym z produkcji „Halt and Catch Fire”. Reżyserią dwóch pierwszych odcinków zajmuje się Karyn Kusama, nominowana do Emmy, która wcześniej pracowała przy „Yellowjackets”. W ekipie producentów wykonawczych znajduje się również Ridley Scott.

    W przeciwieństwie do typowych opowieści grozy, „Devil in Silver” koncentruje się na krytyce amerykańskiego systemu psychiatrycznego. Twórcy ukazują losy ludzi, o których na co dzień zapomina ten system, wplatając ich trudne doświadczenia w intrygującą fabułę z nagłymi zwrotami akcji. Połączenie istotnego tematu społecznego z horrorem psychologicznym to niewątpliwie największy atut tego serialu, gdyż oferuje coś znacznie głębszego niż tanie straszydła.

    Gdzie oglądać Terror: Devil in Silver?

    Polska premiera odbędzie się równocześnie z amerykańską, w poniedziałek 21 września. Pierwszy odcinek zadebiutuje na antenie AMC o godzinie 3:00 w oryginalnej wersji angielskiej, a tego samego dnia o 22:00 zaplanowano powtórkę z tłumaczeniem. Taki harmonogram, z premierowym pokazem w nocy po angielsku oraz wieczorną powtórką z polskim lektorem, zostanie utrzymany przez cały sezon. Kolejne odcinki stacja pokaże w każdy poniedziałek o tych samych godzinach. Fani mają więc do wyboru: zarwać noc o trzeciej, aby obejrzeć wersję oryginalną, lub usiąść przed telewizorem wieczorem i włączyć wersję po polsku.

    Czytaj dalej poniżej

    Finałowy sezon kultowego sci-fi powróci szybciej niż myślisz! Padła data, jest też zwiastun!

    Poprzednie sezony „Terroru” ustawiły poprzeczkę wysoko, a znani twórcy za sterami dają nadzieję, że trzeci sezon również stanie się jesiennym hitem, nie tylko na AMC. Ta antologia od samego początku budowała silną reputację dzięki umiejętnemu łączeniu realnych wydarzeń historycznych z elementem grozy nadprzyrodzonej. Pierwszy sezon „Terroru” bazuje na powieści Dana Simmonsa, opowiadając dramatyczną wersję prawdziwej i tragicznej wyprawy kapitana Sir Johna Franklina, który w 1845 roku wyruszył na dwóch statkach – HMS Erebus i HMS Terror – w poszukiwaniu Przejścia Północno-Zachodniego. Mimo doskonałego przygotowania i nowoczesnego wówczas wyposażenia, załoga zostaje uwięziona w arktycznym lodzie, a ich walka o przetrwanie komplikuje nie tylko mróz i głód, ale także tajemnicza, nadprzyrodzona istota.

    Druga seria nie zdobyła tak entuzjastycznych recenzji. „The Terror: Infamy” całkowicie zmienił scenerię, przenosząc akcję do czasów drugiej wojny światowej oraz społeczności japońsko-amerykańskiej, która doświadcza serii tajemniczych, tragicznych zgonów. Główny bohater, Chester Nakayama, wraz z bliskimi trafi do obozu internowania dla Amerykanów japońskiego pochodzenia, gdzie musi zmierzyć się nie tylko z prześladowaniami ze strony rządu, ale także z mściwym duchem, domagającym się sprawiedliwości za dawne krzywdy.

    Czy warto obejrzeć 1. sezon „Terroru”? Gdzie jest dostępny?

    Największym ograniczeniem jest fakt, że serial nie jest dostępny w żadnym abonamencie, a można go jedynie nabyć w cenie 29,99 zł za sezon na Prime Video. Jeśli jeszcze nie widzieliście „Terroru”, początkowy wydatek może wydawać się znaczny, ale dla pierwszego sezonu naprawdę warto zainwestować te 30 zł.

  • Zebrali 1 mld USD i pokażą SpaceX, jak działa rakieta wielokrotnego użytku

    Zebrali 1 mld USD i pokażą SpaceX, jak działa rakieta wielokrotnego użytku

    Rynek komercyjnych lotów kosmicznych to znacznie więcej niż tylko SpaceX. Firma Stoke Space właśnie osiągnęła kolejny przełom na drodze do rewolucji w transporcie orbitalnym dzięki swojej innowacyjnej technologii.

    Pomimo braku dotychczasowych misji orbitalnych, Stoke Space ogłosiło zdobycie 1 miliarda dolarów w najnowszej rundzie finansowania. Całkowity kapitał zgromadzony przez firmę osiągnął już imponującą wysokość 2,3 miliarda dolarów, co zapewnia jej miejsce w gronie najbardziej obiecujących podmiotów w branży kosmicznej. Inwestorzy z widocznym entuzjazmem wspierają wizję założycieli, którzy rozpoczęli działalność w zaledwie sześć lat temu, w czasie szczytowego momentu pandemii COVID-19. Zgromadzone fundusze mają być przeznaczone na dokończenie prac nad pierwszą rakietą Nova Pathfinder oraz przyspieszenie rozwoju jej większej wersji.

    Co wyraźnie wyróżnia Stoke Space na tle konkurencji, to ambitny projekt zakładający wielokrotne wykorzystanie obu stopni rakiety. Zamiar odzyskania nie tylko pierwszego, ale także drugiego stopnia rakiety to innowacyjne podejście. W dolnym stopniu zastosowano silniki Zenith zasilane ciekłym metanem i tlenem, podczas gdy górny stopień będzie wyposażony w silnik Andromeda używający cieczy: wodoru i tlenu, z kilkunastoma komorami spalania umieszczonymi w pierścieniu. Taka konstrukcja pozwala osiągnąć wysoką sprawność w próżni kosmicznej oraz wykorzystać unikalną osłonę termiczną chłodzoną cieczą. Dzięki temu drugi stopień ma zdolność bezpiecznego przetrwania ekstremalnych warunków podczas powrotu do atmosfery z prędkości orbitalnych.

    Stoke Space dąży do konkurencji z Falconem 9

    Debiut rakiety Nova Pathfinder planowany jest na początek 2027 roku. Pierwszy lot stanowić będzie próbę dla nowatorskich technologii oraz zweryfikuje, czy koncepcja pełnego odzysku sprawdzi się w rzeczywistych warunkach kosmicznych. W podstawowej wersji, Nova Pathfinder oferować będzie udźwig około 3 ton na niską orbitę okołoziemską przy zachowaniu obu stopni rakiety oraz 7 ton, jeśli zrezygnujemy z ich odzyskiwania. Inżynierowie z Stoke Space rozszerzają jednak swoje ambitne plany, prowadząc równolegle prace nad większą konstrukcją, znaną jako Block 2.

    Docelowy wariant Block 2 ma zadebiutować w 2029 roku i według zapowiedzi, będzie zdolny do wynoszenia ładunków o masie do 15 ton w trybie pełnego odzysku. Takie osiągnięcie wprowadzi Stoke Space do segmentu średnich rakiet nośnych w momencie, gdy SpaceX może planować stopniowe zakończenie projektu Falcon 9 na rzecz systemu Starship. Firma zamierza skorzystać z rosnącego popytu na rynku wynoszenia satelitów, oferując niezawodne i w pełni odzyskiwalne rakiety, gotowe do częstych misji. Pozostaje nam tylko kibicować i życzyć powodzenia.

    Czytaj dalej poniżej


    Pierwsza prywatna rakieta poleciała na orbitę z Europy. Spectrum pisze historię

    źródło: Stoke Space

  • Garmin ma się czego obawiać. Ten zegarek jest tańszy i lepszy niż Forerunner

    Garmin ma się czego obawiać. Ten zegarek jest tańszy i lepszy niż Forerunner

    Rynek zegarków sportowych przeznaczonych dla biegaczy od lat dominowany jest przez serię Forerunner firmy Garmin, lecz sytuacja ta może wkrótce ulec zmianie.

    Fińska firma Suunto postanowiła wprowadzić do gry nowy model – Suunto Run 2. To urządzenie, które swoim wyposażeniem oraz możliwościami stawia wyzwanie rynkowej czołówce i pozytywnie zaskakuje ceną. Koperta, wykonana ze stali nierdzewnej, waży zaledwie 35 gramów i ma grubość 11,7 mm, co sprawia, że jest niemal niewyczuwalna na nadgarstku, zarówno podczas intensywnych interwałów, jak i na co dzień czy w nocy. Ekran chroniony jest szkłem Gorilla Glass, a obudowa zapewnia wodoszczelność na poziomie 5 ATM.

    Największe wrażenie robi bez wątpienia ekran AMOLED o przekątnej 1,32 cala i jasności sięgającej aż 2000 nitów. Taki parametr gwarantuje doskonałą czytelność danych nawet w ostrym słońcu. Co istotne, wyświetlacz nie zużywa baterii w zastraszającym tempie. Ogniwo o pojemności 380 mAh pozwala na około 10 dni codziennego użytkowania lub do 24 godzin ciągłego działania w najdokładniejszym trybie dwupasmowego GNSS (śledzącym sygnały L1 i L5 w sieciach GPS, GLONASS, Galileo, BeiDou i QZSS). Biegacze poszukujący przygód poza utartymi szlakami docenią możliwość korzystania z bezpłatnych map offline na całym świecie oraz wbudowany odtwarzacz muzyki i podcastów, co pozwala na pozostawienie telefonu w domu.

    Zaawansowana analityka treningowa i świetny sensor tętna

    Producent wyciągnął wnioski z opinii recenzentów i użytkowników, którzy narzekali na precyzję pomiarów w pierwszej generacji tego modelu. W Suunto Run 2 zastosowano całkowicie nowy, przeprojektowany 12-kanałowy czujnik tętna, który ma zapewniać znacznie większą dokładność wskazań niezależnie od intensywności treningu. Dla biegaczy, którzy chcą wyznaczać i łamać swoje rekordy, przygotowano zaawansowane narzędzia, w tym tryby Ghost Runner oraz Pace Maker, a także funkcję Live Finish Prediction, która na bieżąco prognozuje czas na mecie. System EnergySense w czasie rzeczywistym szacuje rezerwy energii, co pomaga podjąć właściwą decyzję o przyspieszeniu lub zwolnieniu tempa. To bardzo przydatne odpowiedniki funkcji oferowanych również przez Garmin w swoich droższych zegarkach.

    Suunto poszło jeszcze dalej i wprowadziło do oferty profesjonalny pas piersiowy Suunto Smart Heart Rate Belt 2, wyceniony na 429 zł, zasilany klasyczną baterią CR2032 (zapewniającą do 460 godzin pracy). Akcesorium to wykorzystuje pomiar EKG oraz sześcioosiowy moduł IMU. Oprócz precyzyjnego odczytu tętna, rejestruje również parametry dynamiki biegu: kadencję, czas kontaktu z podłożem, oscylację pionową, czas lotu oraz balans lewej i prawej stopy. W połączeniu z zegarkiem, pas odblokowuje technologię Suunto ZoneSense, która na podstawie zmienności rytmu serca (HRV) wyznacza rzeczywiste strefy tlenowe i beztlenowe, uwzględniając aktualne zmęczenie organizmu.

    Przepaść cenowa, która daje do myślenia

    To, co sprawia, że Suunto Run 2 stanowi groźną konkurencję dla Garmina, to bez wątpienia cena. Podstawowy wariant z 4 GB pamięci wyceniony został na 1279 zł. Z kolei za najbardziej rozbudowaną wersję z 64 GB wbudowanej pamięci, przeznaczonej na bogaty zestaw map z całego świata, muzykę oraz podcasty, zapłacimy 1499 zł. Obie wersje dostępne są w trzech kolorach – czarnym, zielonym oraz beżowym.

    Porównując te kwoty z flagowymi zegarkami biegowymi konkurencji, takimi jak Garmin Forerunner 970, który kosztuje prawie 3000 zł, oferta Suunto prezentuje się znakomicie. Biegacze otrzymują topowy ekran AMOLED, świetne zaplecze nawigacyjno-analityczne, mapy offline oraz wysoką jakość wykonania za niemal połowę ceny amerykańskiego rywala. Wygląda na to, iż układ sił na rynku zegarków sportowych właśnie ulega bardzo dynamicznej zmianie, co z pewnością przyniesie korzyści konsumentom.

  • Twój telewizor cię podsłuchuje. Może to robić nawet przy wyłączonym ekranie

    Twój telewizor cię podsłuchuje. Może to robić nawet przy wyłączonym ekranie

    Telewizory dawno przestały być jedynie sprzętem do oglądania filmów i seriali. Dzisiejsze modele posiadają dostęp do internetu, własne systemy operacyjne, mikrofony, aplikacje oraz zaawansowane mechanizmy analizy danych. Niedawne testy telewizorów LG ujawniły jednak, że ich aktywność może być znacznie większa, niż przypuszcza to przeciętny użytkownik… i nie jest to dobra wiadomość.

    Badacze z Gamers Nexus, Level1Techs oraz niezależni specjaliści ds. bezpieczeństwa przeprowadzili szczegółową analizę różnych modeli telewizorów, w tym popularnych w Polsce modeli OLED od LG. Używając narzędzia Wireshark do monitorowania ruchu sieciowego, zauważyli, że urządzenia te aktywnie skanują lokalną sieć.

    Telewizory miały zdolność wykrywania innych urządzeń podłączonych do tej samej infrastruktury, takich jak smartfony, zegarki czy komputery. Analizowane informacje obejmowały m.in. adresy IP oraz dane dotyczące pobliskich sieci Wi-Fi. Zdaniem badaczy, takie działanie pozwala na stworzenie szczegółowego obrazu urządzeń znajdujących się w danym gospodarstwie domowym.

    Należy jednak podkreślić, że nie oznacza to, iż każdy telewizor LG wykorzystuje te możliwości w sposób szkodliwy. Producent zapewnia, że skanowanie pobliskich urządzeń jest częścią funkcji smart TV, mającej na celu m.in. wykrywanie oraz łączenie urządzeń znajdujących się w tej samej sieci.

    Wątpliwości dotyczące dostępu do mikrofonu

    Znacznie poważniejsza jest kwestia nagrywania dźwięku. W trakcie testów badacze uzyskali nagrania z mikrofonu telewizora LG, nawet gdy ekran znajdował się w trybie czuwania i wydawał się wyłączony. Co więcej, po odłączeniu telewizora od sieci Ethernet, urządzenie kontynuowało lokalne zapisywanie danych. Po ponownym podłączeniu do internetu zgromadzone informacje mogły być przesyłane dalej.

    Warto jednak zaznaczyć, że LG zaprzecza, jakoby jego telewizory nagrywały przypadkowe rozmowy użytkowników. Według firmy, przetwarzanie głosu zachodzi jedynie po naciśnięciu przycisku głosowego na pilocie lub w przypadku aktywowania funkcji rozpoznawania głosu — stąd cała sprawa budzi tyle kontrowersji i wymaga dalszego zbadania.

    Analiza oglądanych treści – po co to robić?

    Kolejnym istotnym elementem jest ACR, czyli Automated Content Recognition. Technologia ta pozwala na identyfikację oglądanych treści na podstawie cyfrowych śladów generowanych przez obraz i dźwięk. Może obejmować nie tylko materiały odtwarzane bezpośrednio w systemie telewizora, ale także treści pochodzące z zewnętrznych źródeł.

    Dla producentów takie informacje mają ogromne znaczenie reklamowe. Dane dotyczące oglądanych treści, a także urządzeń znajdujących się w domu, mogą pomóc w tworzeniu bardziej szczegółowych profili użytkowników, co z kolei umożliwia ich późniejszą monetyzację.

    Źródło: LG

    Masz telewizor LG? Oto, co warto zrobić, jeśli nie zgadzasz się na takie praktyki

    Autorzy testów rekomendują odłączenie telewizora od internetu oraz korzystanie z osobnej przystawki do telewizora. Takie radykalne działanie pozwoli ograniczyć zakres danych przetwarzanych przez system smart TV, a nawet całkowicie wyeliminować jego połączenie z internetem.

    Ta sytuacja pokazuje, jak bardzo zmieniła się definicja „wyłączonego” urządzenia. Czarny ekran niekoniecznie oznacza, że telewizor przestał działać. W przypadku inteligentnych urządzeń najważniejsze pytanie brzmi dziś nie tylko to, co widzimy na ekranie, ale także, co telewizor robi, gdy na niego nie patrzymy… przerażające, prawda?

  • Dexter powróci w Halloween! Od ostatniego sezonu sporo się zmieniło

    Dexter powróci w Halloween! Od ostatniego sezonu sporo się zmieniło

    „Dexter: Zmartwychwstanie” powraca z drugim sezonem. Paramount+ opublikowało właśnie pierwszy oficjalny teaser oraz ujawniło datę premiery nowych odcinków.

    Powrót „Dexter: Zmartwychwstanie” – teaser drugiego sezonu i data premiery

    Paramount+ zaprezentował pierwszy oficjalny teaser drugiego sezonu serialu „Dexter: Zmartwychwstanie” oraz ujawnili datę premiery. Michael C. Hall powróci w swojej najsłynniejszej roli 30 października 2026 roku, co będzie miało miejsce tuż przed Halloween.

    Pierwszy sezon „Dexter: Zmartwychwstanie” kontynuował historię z „Dexter: New Blood”, łącząc Dextera Morgana z jego synem Harrisonem. W październiku 2025 roku Paramount+ oficjalnie potwierdził zamówienie drugiego sezonu. Teraz mamy już pewność, że produkcja postała.

    Dexter powraca „ostrzejszy niż kiedykolwiek”

    Krótki teaser nie zdradza zbyt wiele o fabule. Widzimy Dextera podczas badania wzroku, co nawiązuje do motywu upływu czasu, który pojawi się w nowych odcinkach. Zapowiedź towarzyszy hasło, które mówi, że Dexter wraca „ostrzejszy niż kiedykolwiek” (ang. „sharper than ever”).

    Spokojna wizyta u okulisty szybko przechodzi w charakterystyczne dla serii obrazy narzędzi, po które sięga Dexter. To, co widzimy w teaserze, to zaledwie przedsmak, ponieważ znacznie więcej informacji o fabule dostarczają oficjalny opis sezonu oraz doniesienia od „Entertainment Weekly”.

    Czytaj dalej poniżej

    Serial Harry Potter z pierwszym zwiastunem. Jest też termin premiery

    Dexter zmierzy się z dwoma głównymi przeciwnikami. Jeden z nich to seryjny morderca, który zdobył ponurą sławę przez dekady zbrodni, a drugi dopiero rozpoczyna terroryzowanie Nowego Jorku. Nie będą to jednak jedyni „seryjni”, którzy pojawią się w nowych odcinkach.

    Problemy głównego bohatera się nie kończą, ponieważ jednym z motywów sezonu ma być kryzys wieku średniego Dextera. Po latach polowania na innych zabójców będzie musiał stawić czoła również faktowi, że sam nie jest już młody.

    Brian Cox i Dan Stevens w rolach antagonistów

    Nowym członkiem obsady jest Brian Cox, znany głównie z „Sukcesji”. Aktor wcieli się w Dona Framta, znanego jako New York Ripper. To seryjny morderca, który niegdyś terroryzował Nowy Jork. Choć nie działa już aktywnie, wciąż wykorzystuje swoją ponurą sławę, aby szantażować bliskich swoich dawnych ofiar.

    Drugim z głównych przeciwników będzie Lucas Stark, zwany Five Borough Killerem, grany przez Dana Stevensa. Zabójca kontaktuje się z policją, zapowiadając zbrodnie, które następnie realizuje. Jak zdradził showrunner Clyde Phillips, jego makabryczne czyny będą obejmować kolejne dzielnice Nowego Jorku, wywołując szybko strach w całym mieście.

    W gronie nowych antagonistów znajdzie się również Ray Ballard, znany jako Sleepy-Eyed Strangler, w tej roli Gabriela Luna. Jego postać zakrada się do domów przyszłych ofiar, wprowadza drobne zmiany, takie jak przestawianie przedmiotów czy odwracanie zdjęć, zanim na koniec zaatakuje.

    Do regularnej obsady drugiego sezonu dołączyli także Bokeem Woodbine oraz Nona Parker Johnson. Woodbine zagra kapitana Mixona, natomiast Johnson wcieli się w jego córkę, Fionę Mixon, funkcjonariuszkę nowojorskiej policji.

    Trzyletnia przerwa w akcji

    Jednym z największych zaskoczeń jest trzyletni przeskok czasowy. Drugi sezon nie rozpocznie się bezpośrednio po wydarzeniach finałowych pierwszego.

    Ta zmiana jest szczególnie istotna dla historii Harrisona. Syn Dextera będzie miał już 21 lat i rozpocznie pracę w nowojorskiej policji. Jego partnerką zostanie Fiona Mixon. Oboje zostaną przydzieleni do śledztwa dotyczącego podejrzanego o bycie New York Ripperem, co może również prowadzić do pojawienia się uczucia między bohaterami.

    Relacja Dextera i Harrisona nadal pozostanie jednym z kluczowych wątków serialu. Tym razem sytuacja stanie się jeszcze bardziej skomplikowana. Ojciec wciąż działa według własnego kodeksu i morduje przestępców, podczas gdy jego syn zaczyna karierę po drugiej stronie barykady.

    Powrót Krysten Ritter

    W drugim sezonie zobaczymy także postać, której powrót nie był do końca pewny. Krysten Ritter ponownie wcieli się w Mię LaPierre, znaną jako Lady Vengeance. Bohaterka miała zginąć w więzieniu, jednak istnieje możliwość, że jednak przeżyła. Inny scenariusz sugeruje, że będzie to występ gościnny, a postać pojawi się jako duch-wspomnienie, nawiedzające Dextera.

    Do swoich ról powrócą również Uma Thurman, Jack Alcott, Ntare Guma Mbaho Mwine, Kadia Saraf, Dominic Fumusa, Desmond Harrington i James Remar. Nad serialem nadal czuwa Clyde Phillips, pełniący rolę showrunnera i producenta wykonawczego. W skład producentów wykonawczych powrócił również Michael C. Hall.

    Kiedy drugi sezon „Dexter: Zmartwychwstanie” pojawi się w Polsce?

    Paramount+ oficjalnie zapowiedział premierę drugiego sezonu „Dexter: Zmartwychwstanie” na 30 października 2026 roku. Data ta dotyczy jednak Stanów Zjednoczonych, a sytuacja w Polsce wygląda nieco inaczej.

    W Polsce serial jest dostępny na platformie SkyShowtime. Ta platforma potwierdziła, że drugi sezon również zagości w jej ofercie, jednak na razie nie ogłoszono konkretnej daty premiery. Nie można więc przesądzać, że polscy widzowie zobaczą nowe odcinki dokładnie 30 października. Tego dnia nowy sezon „Dexter: Zmartwychwstanie” zadebiutuje tylko na Paramount+. Jaki jest możliwy scenariusz dla naszego kraju? Pierwszy sezon miał premierę w USA w lipcu 2025 roku, natomiast w Polsce (na SkyShowtime) dopiero 12 września 2025. Jeśli ten sam cykl powtórzy się w przypadku drugiego sezonu, polska premiera na SkyShowtime prawdopodobnie odbędzie się na przełomie grudnia 2026 i stycznia 2027. Przypominam jednak, że to jedynie moje spekulacje. Na potwierdzenie daty premiery w polskim SkyShowtime będziemy musieli po prostu poczekać.