Rynek zegarków sportowych przeznaczonych dla biegaczy od lat dominowany jest przez serię Forerunner firmy Garmin, lecz sytuacja ta może wkrótce ulec zmianie.
Fińska firma Suunto postanowiła wprowadzić do gry nowy model – Suunto Run 2. To urządzenie, które swoim wyposażeniem oraz możliwościami stawia wyzwanie rynkowej czołówce i pozytywnie zaskakuje ceną. Koperta, wykonana ze stali nierdzewnej, waży zaledwie 35 gramów i ma grubość 11,7 mm, co sprawia, że jest niemal niewyczuwalna na nadgarstku, zarówno podczas intensywnych interwałów, jak i na co dzień czy w nocy. Ekran chroniony jest szkłem Gorilla Glass, a obudowa zapewnia wodoszczelność na poziomie 5 ATM.
Największe wrażenie robi bez wątpienia ekran AMOLED o przekątnej 1,32 cala i jasności sięgającej aż 2000 nitów. Taki parametr gwarantuje doskonałą czytelność danych nawet w ostrym słońcu. Co istotne, wyświetlacz nie zużywa baterii w zastraszającym tempie. Ogniwo o pojemności 380 mAh pozwala na około 10 dni codziennego użytkowania lub do 24 godzin ciągłego działania w najdokładniejszym trybie dwupasmowego GNSS (śledzącym sygnały L1 i L5 w sieciach GPS, GLONASS, Galileo, BeiDou i QZSS). Biegacze poszukujący przygód poza utartymi szlakami docenią możliwość korzystania z bezpłatnych map offline na całym świecie oraz wbudowany odtwarzacz muzyki i podcastów, co pozwala na pozostawienie telefonu w domu.
Zaawansowana analityka treningowa i świetny sensor tętna
Producent wyciągnął wnioski z opinii recenzentów i użytkowników, którzy narzekali na precyzję pomiarów w pierwszej generacji tego modelu. W Suunto Run 2 zastosowano całkowicie nowy, przeprojektowany 12-kanałowy czujnik tętna, który ma zapewniać znacznie większą dokładność wskazań niezależnie od intensywności treningu. Dla biegaczy, którzy chcą wyznaczać i łamać swoje rekordy, przygotowano zaawansowane narzędzia, w tym tryby Ghost Runner oraz Pace Maker, a także funkcję Live Finish Prediction, która na bieżąco prognozuje czas na mecie. System EnergySense w czasie rzeczywistym szacuje rezerwy energii, co pomaga podjąć właściwą decyzję o przyspieszeniu lub zwolnieniu tempa. To bardzo przydatne odpowiedniki funkcji oferowanych również przez Garmin w swoich droższych zegarkach.
Suunto poszło jeszcze dalej i wprowadziło do oferty profesjonalny pas piersiowy Suunto Smart Heart Rate Belt 2, wyceniony na 429 zł, zasilany klasyczną baterią CR2032 (zapewniającą do 460 godzin pracy). Akcesorium to wykorzystuje pomiar EKG oraz sześcioosiowy moduł IMU. Oprócz precyzyjnego odczytu tętna, rejestruje również parametry dynamiki biegu: kadencję, czas kontaktu z podłożem, oscylację pionową, czas lotu oraz balans lewej i prawej stopy. W połączeniu z zegarkiem, pas odblokowuje technologię Suunto ZoneSense, która na podstawie zmienności rytmu serca (HRV) wyznacza rzeczywiste strefy tlenowe i beztlenowe, uwzględniając aktualne zmęczenie organizmu.
Przepaść cenowa, która daje do myślenia
To, co sprawia, że Suunto Run 2 stanowi groźną konkurencję dla Garmina, to bez wątpienia cena. Podstawowy wariant z 4 GB pamięci wyceniony został na 1279 zł. Z kolei za najbardziej rozbudowaną wersję z 64 GB wbudowanej pamięci, przeznaczonej na bogaty zestaw map z całego świata, muzykę oraz podcasty, zapłacimy 1499 zł. Obie wersje dostępne są w trzech kolorach – czarnym, zielonym oraz beżowym.
Porównując te kwoty z flagowymi zegarkami biegowymi konkurencji, takimi jak Garmin Forerunner 970, który kosztuje prawie 3000 zł, oferta Suunto prezentuje się znakomicie. Biegacze otrzymują topowy ekran AMOLED, świetne zaplecze nawigacyjno-analityczne, mapy offline oraz wysoką jakość wykonania za niemal połowę ceny amerykańskiego rywala. Wygląda na to, iż układ sił na rynku zegarków sportowych właśnie ulega bardzo dynamicznej zmianie, co z pewnością przyniesie korzyści konsumentom.
Telewizory dawno przestały być jedynie sprzętem do oglądania filmów i seriali. Dzisiejsze modele posiadają dostęp do internetu, własne systemy operacyjne, mikrofony, aplikacje oraz zaawansowane mechanizmy analizy danych. Niedawne testy telewizorów LG ujawniły jednak, że ich aktywność może być znacznie większa, niż przypuszcza to przeciętny użytkownik… i nie jest to dobra wiadomość.
Badacze z Gamers Nexus, Level1Techs oraz niezależni specjaliści ds. bezpieczeństwa przeprowadzili szczegółową analizę różnych modeli telewizorów, w tym popularnych w Polsce modeli OLED od LG. Używając narzędzia Wireshark do monitorowania ruchu sieciowego, zauważyli, że urządzenia te aktywnie skanują lokalną sieć.
Telewizory miały zdolność wykrywania innych urządzeń podłączonych do tej samej infrastruktury, takich jak smartfony, zegarki czy komputery. Analizowane informacje obejmowały m.in. adresy IP oraz dane dotyczące pobliskich sieci Wi-Fi. Zdaniem badaczy, takie działanie pozwala na stworzenie szczegółowego obrazu urządzeń znajdujących się w danym gospodarstwie domowym.
Należy jednak podkreślić, że nie oznacza to, iż każdy telewizor LG wykorzystuje te możliwości w sposób szkodliwy. Producent zapewnia, że skanowanie pobliskich urządzeń jest częścią funkcji smart TV, mającej na celu m.in. wykrywanie oraz łączenie urządzeń znajdujących się w tej samej sieci.
Wątpliwości dotyczące dostępu do mikrofonu
Znacznie poważniejsza jest kwestia nagrywania dźwięku. W trakcie testów badacze uzyskali nagrania z mikrofonu telewizora LG, nawet gdy ekran znajdował się w trybie czuwania i wydawał się wyłączony. Co więcej, po odłączeniu telewizora od sieci Ethernet, urządzenie kontynuowało lokalne zapisywanie danych. Po ponownym podłączeniu do internetu zgromadzone informacje mogły być przesyłane dalej.
Warto jednak zaznaczyć, że LG zaprzecza, jakoby jego telewizory nagrywały przypadkowe rozmowy użytkowników. Według firmy, przetwarzanie głosu zachodzi jedynie po naciśnięciu przycisku głosowego na pilocie lub w przypadku aktywowania funkcji rozpoznawania głosu — stąd cała sprawa budzi tyle kontrowersji i wymaga dalszego zbadania.
Analiza oglądanych treści – po co to robić?
Kolejnym istotnym elementem jest ACR, czyli Automated Content Recognition. Technologia ta pozwala na identyfikację oglądanych treści na podstawie cyfrowych śladów generowanych przez obraz i dźwięk. Może obejmować nie tylko materiały odtwarzane bezpośrednio w systemie telewizora, ale także treści pochodzące z zewnętrznych źródeł.
Dla producentów takie informacje mają ogromne znaczenie reklamowe. Dane dotyczące oglądanych treści, a także urządzeń znajdujących się w domu, mogą pomóc w tworzeniu bardziej szczegółowych profili użytkowników, co z kolei umożliwia ich późniejszą monetyzację.
Źródło: LG
Masz telewizor LG? Oto, co warto zrobić, jeśli nie zgadzasz się na takie praktyki
Autorzy testów rekomendują odłączenie telewizora od internetu oraz korzystanie z osobnej przystawki do telewizora. Takie radykalne działanie pozwoli ograniczyć zakres danych przetwarzanych przez system smart TV, a nawet całkowicie wyeliminować jego połączenie z internetem.
Ta sytuacja pokazuje, jak bardzo zmieniła się definicja „wyłączonego” urządzenia. Czarny ekran niekoniecznie oznacza, że telewizor przestał działać. W przypadku inteligentnych urządzeń najważniejsze pytanie brzmi dziś nie tylko to, co widzimy na ekranie, ale także, co telewizor robi, gdy na niego nie patrzymy… przerażające, prawda?
„Dexter: Zmartwychwstanie” powraca z drugim sezonem. Paramount+ opublikowało właśnie pierwszy oficjalny teaser oraz ujawniło datę premiery nowych odcinków.
Powrót „Dexter: Zmartwychwstanie” – teaser drugiego sezonu i data premiery
Paramount+ zaprezentował pierwszy oficjalny teaser drugiego sezonu serialu „Dexter: Zmartwychwstanie” oraz ujawnili datę premiery. Michael C. Hall powróci w swojej najsłynniejszej roli 30 października 2026 roku, co będzie miało miejsce tuż przed Halloween.
Pierwszy sezon „Dexter: Zmartwychwstanie” kontynuował historię z „Dexter: New Blood”, łącząc Dextera Morgana z jego synem Harrisonem. W październiku 2025 roku Paramount+ oficjalnie potwierdził zamówienie drugiego sezonu. Teraz mamy już pewność, że produkcja postała.
Dexter powraca „ostrzejszy niż kiedykolwiek”
Krótki teaser nie zdradza zbyt wiele o fabule. Widzimy Dextera podczas badania wzroku, co nawiązuje do motywu upływu czasu, który pojawi się w nowych odcinkach. Zapowiedź towarzyszy hasło, które mówi, że Dexter wraca „ostrzejszy niż kiedykolwiek” (ang. „sharper than ever”).
Spokojna wizyta u okulisty szybko przechodzi w charakterystyczne dla serii obrazy narzędzi, po które sięga Dexter. To, co widzimy w teaserze, to zaledwie przedsmak, ponieważ znacznie więcej informacji o fabule dostarczają oficjalny opis sezonu oraz doniesienia od „Entertainment Weekly”.
Czytaj dalej poniżej
Dexter zmierzy się z dwoma głównymi przeciwnikami. Jeden z nich to seryjny morderca, który zdobył ponurą sławę przez dekady zbrodni, a drugi dopiero rozpoczyna terroryzowanie Nowego Jorku. Nie będą to jednak jedyni „seryjni”, którzy pojawią się w nowych odcinkach.
Problemy głównego bohatera się nie kończą, ponieważ jednym z motywów sezonu ma być kryzys wieku średniego Dextera. Po latach polowania na innych zabójców będzie musiał stawić czoła również faktowi, że sam nie jest już młody.
Brian Cox i Dan Stevens w rolach antagonistów
Nowym członkiem obsady jest Brian Cox, znany głównie z „Sukcesji”. Aktor wcieli się w Dona Framta, znanego jako New York Ripper. To seryjny morderca, który niegdyś terroryzował Nowy Jork. Choć nie działa już aktywnie, wciąż wykorzystuje swoją ponurą sławę, aby szantażować bliskich swoich dawnych ofiar.
Drugim z głównych przeciwników będzie Lucas Stark, zwany Five Borough Killerem, grany przez Dana Stevensa. Zabójca kontaktuje się z policją, zapowiadając zbrodnie, które następnie realizuje. Jak zdradził showrunner Clyde Phillips, jego makabryczne czyny będą obejmować kolejne dzielnice Nowego Jorku, wywołując szybko strach w całym mieście.
W gronie nowych antagonistów znajdzie się również Ray Ballard, znany jako Sleepy-Eyed Strangler, w tej roli Gabriela Luna. Jego postać zakrada się do domów przyszłych ofiar, wprowadza drobne zmiany, takie jak przestawianie przedmiotów czy odwracanie zdjęć, zanim na koniec zaatakuje.
Do regularnej obsady drugiego sezonu dołączyli także Bokeem Woodbine oraz Nona Parker Johnson. Woodbine zagra kapitana Mixona, natomiast Johnson wcieli się w jego córkę, Fionę Mixon, funkcjonariuszkę nowojorskiej policji.
Trzyletnia przerwa w akcji
Jednym z największych zaskoczeń jest trzyletni przeskok czasowy. Drugi sezon nie rozpocznie się bezpośrednio po wydarzeniach finałowych pierwszego.
Ta zmiana jest szczególnie istotna dla historii Harrisona. Syn Dextera będzie miał już 21 lat i rozpocznie pracę w nowojorskiej policji. Jego partnerką zostanie Fiona Mixon. Oboje zostaną przydzieleni do śledztwa dotyczącego podejrzanego o bycie New York Ripperem, co może również prowadzić do pojawienia się uczucia między bohaterami.
Relacja Dextera i Harrisona nadal pozostanie jednym z kluczowych wątków serialu. Tym razem sytuacja stanie się jeszcze bardziej skomplikowana. Ojciec wciąż działa według własnego kodeksu i morduje przestępców, podczas gdy jego syn zaczyna karierę po drugiej stronie barykady.
Powrót Krysten Ritter
W drugim sezonie zobaczymy także postać, której powrót nie był do końca pewny. Krysten Ritter ponownie wcieli się w Mię LaPierre, znaną jako Lady Vengeance. Bohaterka miała zginąć w więzieniu, jednak istnieje możliwość, że jednak przeżyła. Inny scenariusz sugeruje, że będzie to występ gościnny, a postać pojawi się jako duch-wspomnienie, nawiedzające Dextera.
Do swoich ról powrócą również Uma Thurman, Jack Alcott, Ntare Guma Mbaho Mwine, Kadia Saraf, Dominic Fumusa, Desmond Harrington i James Remar. Nad serialem nadal czuwa Clyde Phillips, pełniący rolę showrunnera i producenta wykonawczego. W skład producentów wykonawczych powrócił również Michael C. Hall.
Kiedy drugi sezon „Dexter: Zmartwychwstanie” pojawi się w Polsce?
Paramount+ oficjalnie zapowiedział premierę drugiego sezonu „Dexter: Zmartwychwstanie” na 30 października 2026 roku. Data ta dotyczy jednak Stanów Zjednoczonych, a sytuacja w Polsce wygląda nieco inaczej.
W Polsce serial jest dostępny na platformie SkyShowtime. Ta platforma potwierdziła, że drugi sezon również zagości w jej ofercie, jednak na razie nie ogłoszono konkretnej daty premiery. Nie można więc przesądzać, że polscy widzowie zobaczą nowe odcinki dokładnie 30 października. Tego dnia nowy sezon „Dexter: Zmartwychwstanie” zadebiutuje tylko na Paramount+. Jaki jest możliwy scenariusz dla naszego kraju? Pierwszy sezon miał premierę w USA w lipcu 2025 roku, natomiast w Polsce (na SkyShowtime) dopiero 12 września 2025. Jeśli ten sam cykl powtórzy się w przypadku drugiego sezonu, polska premiera na SkyShowtime prawdopodobnie odbędzie się na przełomie grudnia 2026 i stycznia 2027. Przypominam jednak, że to jedynie moje spekulacje. Na potwierdzenie daty premiery w polskim SkyShowtime będziemy musieli po prostu poczekać.
Gracze mają uzasadnione powody do frustracji w obliczu ostatnich działań Xboksa. Początkowo firma ogłosiła limity godzinowe dla usługi Game Pass, a teraz rozpoczęła eksperymenty z cenami.
Wydaje się, że marki gamingowe rozpoczęły wyścig po najbardziej kontrowersyjne decyzje antykonsumenckie. Niedawno Sony ogłosiło rezygnację z fizycznych nośników, a teraz Xbox wprowadza ograniczenia czasowe dla subskrybentów Game Passa. Firma najwyraźniej postanowiła podnieść poprzeczkę, ponieważ według użytkowników, wprowadza system dynamicznych cen, który może różnić się dla każdego gracza w zależności od jego zachowań.
Personalizowane ceny: płacisz więcej niż twój znajomy
Na Reddicie użytkownik synthlov3r opublikował zrzut ekranu przedstawiający ofertę Xbox Game Pass Ultimate za 16,09 USD miesięcznie. Cena ta obowiązuje przez 12 miesięcy, po czym wraca do standardowej stawki 22,99 USD. W skali roku oznacza to 193,08 USD, co daje oszczędności na poziomie 82,80 USD w porównaniu do regularnej opłaty. Problem w tym, że inni użytkownicy dostrzegli całkowicie różne kwoty: niektórzy otrzymali ofertę za 18, inni za 20 dolarów. Co interesujące, jedna osoba zauważyła, że zniżka była widoczna na koncie zapasowym, lecz nie na głównym. Sugeruje to, że Xbox celuje w konkretne grupy użytkowników, być może tych, którzy zrezygnowali z subskrypcji lub wahają się przed powrotem.
Microsoft oficjalnie nie potwierdził, że jest to stały program cenowy, jednak kierunek, w jakim zmierzają zmiany, jest wyraźny. W kwietniu cena Game Pass Ultimate została obniżona z 29,99 USD do 22,99 USD, po tym jak liczba subskrybentów rzuciła się w dół po wcześniejszej podwyżce. Nowa szefowa Asha Sharma wcześniej sugerowała, że ceny Game Passa powinny być bardziej elastyczne. Personalizowane zniżki mieszczą się w tej strategii.
Warto jednak zauważyć, że dynamiczne ceny w gamingowym świecie to delikatna kwestia. Mogą one prowadzić do sytuacji, w której jedna osoba płaci mniej, a druga więcej, przy braku wyraźnych powodów tego stanu rzeczy. Przykład dwóch graczy: jeden z nich otrzymuje znaczną zniżkę na prawie każdą grę, podczas gdy drugi musi płacić pełną cenę. Pod koniec roku może się okazać, że ten drugi wydał nawet kilkaset złotych więcej na te same produkty. Nie oszukujmy się – dynamiczne ceny Game Passa to tylko preludium do wprowadzenia tego systemu w przypadku poszczególnych tytułów.
WhatsApp nie przestaje zaskakiwać. Co tym razem przygotowali twórcy popularnego komunikatora?
WhatsApp wprowadza nową funkcję, która, choć na pierwszy rzut oka może wydawać się nieznacząca, ma potencjał do znacznego poszerzenia możliwości komunikatora. Firma Meta pracuje nad rozwiązaniem, które umożliwi użytkownikom integrowanie z aplikacją zewnętrznych agentów sztucznej inteligencji. Co więcej, jedno konto WhatsApp będzie mogło obsługiwać równocześnie aż pięciu takich agentów.
Agenci AI dostaną własne czaty
Mechanizm funkcjonowania nowej funkcji będzie stosunkowo prosty. Po skonfigurowaniu nowego bota, WhatsApp wygeneruje klucz API, który użytkownik będzie mógł wykorzystać do połączenia wybranego agenta z komunikatorem. Konkretny proces będzie zależał od platformy, na której działa dany agent. Po zakończeniu konfiguracji sztuczna inteligencja zyska własną rozmowę w WhatsAppie, co umożliwi użytkownikowi wysyłanie wiadomości oraz wydawanie poleceń związanych z wykonaniem określonych zadań. To rozwiązanie przypomina sposób, w jaki zewnętrzni agenci AI są już obsługiwani w innych komunikatorach.
WhatsApp wprowadza istotne ograniczenia, które mogą okazać się kluczowe
Nowa funkcja ma jednak kilka istotnych ograniczeń. Agent będzie miał dostęp wyłącznie do informacji udostępnionych w przypisanym mu czacie. Nie zobaczy innych rozmów, kontaktów ani multimediów użytkownika. Na obecnym etapie nie będzie również możliwości dodawania zewnętrznych agentów do grup ani społeczności.
Co istotne, rozmowy te nie będą podlegały szyfrowaniu end-to-end. Dodatkowo WhatsApp pozwoli na skonfigurowanie maksymalnie pięciu agentów na jednym koncie, z możliwością nadania każdemu z nich własnej nazwy i zdjęcia profilowego.
Czytaj dalej poniżej
Funkcja jest obecnie testowana wśród wybranych użytkowników systemu Android i powinna stopniowo stać się dostępna dla większej liczby osób. Z perspektywy Meta to naprawdę interesujący krok, szczególnie w kontekście wcześniejszych ograniczeń związanych z wykorzystaniem WhatsAppa jako interfejsu dla zewnętrznych chatbotów AI. Widać, że firma dąży do tego, aby nie zostać zbyt daleko w tyle za konkurencją, więc nie pozostaje jej nic innego, jak tylko zakasać rękawy i działać!
Klienci czterech dużych banków, którzy stracili pieniądze na skutek nieautoryzowanych transakcji, mają szansę je odzyskać. To rezultat działań UOKiK.
Spór dotyczący sposobu, w jaki banki traktują nieautoryzowane transakcje płatnicze, trwa od lat. W najnowszym rozwoju sytuacji pojawiło się światełko w tunelu sugerujące, że w tej kwestii mogą nastąpić istotne zmiany. Prezes UOKiK wydał cztery decyzje zobowiązujące Alior Bank, mBank, BNP Paribas oraz Bank Millennium do wprowadzenia daleko idących zmian proceduralnych. Instytucje te mają zrewidować dotychczasowe praktyki, a ponadto ponownie przeanalizować zgłoszenia klientów, które wcześniej zostały rozpatrzone negatywnie.
Banki nie zawsze wywiązują się z obowiązku zwrotu pieniędzy poszkodowanym konsumentom. Często odmawiają wypłaty lub zwracają środki po terminie. Problematyczne są też wprowadzające w błąd informacje udzielane w odpowiedzi na złożone reklamacje. Postawiliśmy kolejne zarzuty bankom, które nie rozliczają się z konsumentami w sytuacji zgłoszenia nieautoryzowanej transakcji i wprowadzają w błąd. Nasze działania obejmują już łącznie 15 banków. Przypominam, że za naruszenie zbiorowych interesów konsumentów możemy nałożyć na przedsiębiorcę karę do 10 proc. obrotu.
– mówi Prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Bank nie może automatycznie obarczać klienta winą
Jednym z kluczowych problemów, na które zwracał uwagę UOKiK, jest podejście konkretnych banków do zwrotu pieniędzy związanych z nieautoryzowanymi transakcjami. Zgodnie z przepisami, po zgłoszeniu nieautoryzowanej transakcji bank powinien co do zasady zwrócić środki najpóźniej do końca następnego dnia roboczego. Od tej zasady istnieją wyjątki, na przykład w przypadku uzasadnionego i udokumentowanego podejrzenia oszustwa ze strony klienta. Urząd kwestionował działania banków, które nie zwracały pieniędzy w terminie lub korzystały z tzw. mechanizmu zwrotu warunkowego. Środki co prawda trafiały na konto poszkodowanego na czas rozpatrywania reklamacji, ale mogły zostać ponownie pobrane, jeśli bank uznał, że odpowiedzialność za transakcję ponosi klient.
Czytaj dalej poniżej
UOKiK zwraca również uwagę, że fakt, iż transakcja została potwierdzona, na przykład kodem, kartą kodów lub w aplikacji bankowej, nie oznacza automatycznie, że klient rzeczywiście zgodził się na daną transakcję. Urząd podkreślał ten problem już w 2022 roku, zaznaczając, że sam fakt poprawnego uwierzytelnienia nie wystarcza do wykazania autoryzacji konkretnej płatności.
Kwestia nieautoryzowanych transakcji płatniczych jest dla nas niezwykle istotna. Zakończone postępowania trwały prawie cztery lata i towarzyszył im intensywny dialog z sektorem bankowym oraz innymi instytucjami, takimi jak KNF i Ministerstwo Finansów. Zakończenie tych czterech postępowań to nie tylko formalność – to przede wszystkim sygnał realnej zmiany praktyk banków, którą obserwujemy w ostatnich latach. Równolegle pracowaliśmy nad tym, aby przekonać banki do wprowadzenia wielu dodatkowych zabezpieczeń, chroniących środki przed próbami wyłudzeń i kradzieży z kont. W tej dziedzinie również osiągnęliśmy znaczące postępy.
– podsumowuje Prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Alior Bank, mBank, BNP Paribas i Bank Millennium zobowiązały się także do powrotu do spraw, które wcześniej zakończyły się odmową. Oznacza to, że każda sprawa nie zostanie jednak automatycznie rozwiązana pozytywnie, ale dotychczasowe decyzje banków będą musiały zostać ponownie przeanalizowane według nowych zasad.
Wprowadzone zmiany przez cztery popularne banki to nie koniec sprawy. UOKiK informuje, że w toku pozostaje jeszcze 10 postępowań, w których innym bankom postawiono podobne zarzuty. Możliwe, że zbliżamy się do prawdziwej rewolucji, ale już teraz dostrzegamy początek istotnych zmian na polskim rynku bankowym, który powinien stać się bardziej przychylny klientom.
Marka HAMMER zorganizowała własne stoisko na targach IFA 2026, prezentując szereg nowości. W ofercie znalazły się tradycyjne pancerniki, jednak wprowadzono również kilka interesujących nowinek.
Polska marka HAMMER od lat znana jest przede wszystkim z telefonów, które doskonale znoszą upadki, kontakt z olejami czy pracę w trudnych warunkach. To urządzenia, które zdobyły zaufanie profesjonalistów – od budowlańców po mechaników i serwisantów. Dzięki ich niezawodności użytkownicy mogą pracować bez obaw o uszkodzenia. Targi IFA 2026 w Berlinie pokazują, że firma, będąca częścią MPTech, nie zamierza ograniczać się tylko do pancernych smartfonów. Choć nadal odgrywają one kluczową rolę, na stoisku znalazły się również smartwatche oraz inne ciekawe akcesoria.
Pancerna technologia zyskuje dwie nowe generacje
Najważniejszymi premierami berlińskiego wydarzenia są nowe smartfony: HAMMER CONSTRUCTION 3 THERMAL 5G oraz HAMMER BLADE 6 PRO 5G. Oba urządzenia zadebiutują na rynku w październiku, zatem marka nie zapomina o swoich flagowych produktach, kontynuując rozwój swojego unikalnego DNA.
W szczegółach, pierwsze modele, CONSTRUCTION 3 oraz CONSTRUCTION 3 THERMAL 5G, są kontynuacją serii zaprojektowanej z myślą o osobach pracujących w trudnych warunkach. Producent wyposażył je w kamerę termowizyjną (dostępną tylko w wersji THERMAL 5G), laserowy dalmierz oraz detektor przewodów. Dzięki temu, wykonując prace wykończeniowe lub przegląd instalacji, użytkownik nie będzie musiał używać tradycyjnych narzędzi, ponieważ wystarczy mu smartfon do podstawowych zadań. Dodatkowo, urządzenie posiada kamerę noktowizyjną o rozdzielczości 24 Mpix. Na pokładzie znajdziemy procesor MediaTek D7100, wspierany przez 12 GB RAM i 256 GB pamięci wewnętrznej. Akumulator o pojemności 6500 mAh powinien zapewnić długotrwałą pracę, a konstrukcja spełniająca normy IP69 i MIL-STD-810H gwarantuje odporność na kurz, wodę i uszkodzenia mechaniczne.
Podczas targów IFA 2026 miałem okazję osobiście przetestować nowy model CONSTRUCTION. Na stoisku zorganizowano specjalne stanowisko, które pozwalało zobaczyć, jak urządzenie reaguje na zbliżenie do przewodów. Używając singularnej kamery noktowizyjnej, mogłem również wykonać analizę w ciemniejszych obszarach. Inne stanowisko skupiało się na testach wytrzymałości, gdzie smartfony, przy włączonym liczniku, były zanurzone w wodzie oraz pokryte cementem przez długie godziny, a mimo to nadal działały bez zarzutu.
Czytaj dalej poniżej
Z kolei BLADE 6 PRO 5G kierowany jest do nieco szerszej grupy odbiorców. Seria BLADE od dawna łączy w sobie odporność z bardziej użytkową formą, a nowa wersja nie jest wyjątkiem. Smartfon wyposażono w 6,67-calowy ekran AMOLED, procesor MediaTek D7400, 12 GB RAM oraz 256 GB pamięci na pliki. Główny aparat o rozdzielczości 50 Mpix z optyczną stabilizacją obrazu jest odpowiedzią na oczekiwania użytkowników, którzy potrzebują zarówno do dokumentacji technicznej, jak i fotografii rodzinnych w trakcie wakacji.
Nowoczesna kamera noktowizyjna o rozdzielczości 64 Mpix to z kolei ukłon w stronę osób, które czasem muszą zajrzeć w ciemniejsze zakamarki. Całość zasila bateria 5000 mAh z funkcją ładowania indukcyjnego, a obudowa nadal spełnia normy IP69 oraz MIL-STD-810H.
Oba modele łączy jedna kluczowa technologia: HEXCore. To innowacyjne rozwiązanie opracowane przez HAMMER, które ma na celu skuteczniejsze rozpraszanie energii uderzeń oraz tłumienie wibracji. Konstrukcja obudowy została zaprojektowana w oparciu o mikroskopijne heksagony, przypominające strukturę plastra miodu, co pozwala jeszcze lepiej amortyzować wstrząsy.
VENTUS, czyli drugie oblicze HAMMERA
HAMMER pokazuje, że wytrzymały smartfon nie musi być nieporęczną cegłą. Producent wraca z serią VENTUS, która łączy smukłą konstrukcję z wysoką odpornością. HAMMER VENTUS 5G ma zaledwie 8,2 mm grubości i waży 172 g. Jeśli spojrzymy na rynek, szybko zauważymy, że niektóre standardowe smartfony mogą mieć podobne wymiary, i to bez dodatkowych wzmocnień. Tymczasem VENTUS 5G spełnia normy IP68, IP69 oraz MIL-STD-810H. Oferuje także 6,77-calowy ekran AMOLED z odświeżaniem 120 Hz, główny aparat o rozdzielczości 108 Mpix z elektroniczną stabilizacją oraz baterię 5000 mAh z ładowaniem 45 W. W zestawie znajduje się etui z technologią BumpAIR, wykorzystującą wzmocnione narożniki oraz komory powietrzne do rozpraszania energii uderzeń.
Nie tylko smartfonami HAMMER żyje
Choć smartfony HAMMERA pozostają centralnym punktem targów, producent wyraźnie poszukuje nowych możliwości. Zapowiedziano premierę HAMMER WATCH 3 na listopad, który zostanie wyposażony w 1,48-calowy ekran AMOLED, chroniony szkłem Gorilla Glass 3, NFC, GPS z obsługą map offline oraz akumulator 590 mAh. Zegarek ma być odporny na wodę do 5 ATM i spełniać normę MIL-STD-810H. W Berlinie zaprezentowano także wariant MILITARY EDITION Sapphire z szafirowym szkłem, którego cechą szczególną jest lepsza odporność na zarysowania.
W segmencie akcesoriów znajdują się dwie interesujące nowości. HAMMER HEAT VIEW to kompaktowa kamera termowizyjna, którą można podłączyć do smartfona z Androidem. Oferuje rozdzielczość 256×192 piksele oraz zakres pomiaru od -20 do 550 °C, zasilając się bezpośrednio z telefonu. Majsterkowicze będą z pewnością zadowoleni. Urządzenie jest małe i kompatybilne z każdym smartfonem działającym na systemie Android.
Z kolei HAMMER BONE HEADPHONES to słuchawki o przewodnictwie kostnym, co oznacza, że ich użytkownicy mogą cieszyć się muzyką, nie odcinając się od bodźców z otoczenia. Idealne dla biegaczy czy rowerzystów, którzy irytują się, gdy słuchawki odcinają ich od świata. Słuchawki oferują odporność IPX8 oraz 32 GB wbudowanej pamięci, co pozwala na korzystanie z nich bez konieczności zabierania ze sobą telefonu podczas treningu.
HAMMER przywraca klasykę
Na koniec warto wspomnieć, że HAMMER nie zapomina o segmencie, od którego wszystko się zaczęło – klasycznych telefonach. W czwartym kwartale na rynek trafią dwa nowe modele: HAMMER LUMEN LTE z akumulatorem 7000 mAh, pełniącym rolę powerbanku, oraz latarką o jasności 1200 lumenów, a także HAMMER BOOST 3 LTE – kompaktową propozycją z baterią 3500 mAh i wsparciem dla VoLTE.
Artykuł sponsorowany, powstały na zlecenie marki HAMMER.
Drugi sezon World of Tanks: HEAT pod tytułem „Ogień i popiół” zainaugurowano 2 września. Wargaming wprowadził do gry nowego Agenta, trzy nowe pojazdy, mapę ukazującą miasto zniszczone przez wulkan oraz format starć 20 na 20.
Gambit i trzy nowe pojazdy
Gambit to Agent defensywny, którego zadaniem jest utrzymanie linii obrony oraz ukaranie przeciwników, którzy ją naruszą. Jego pasywna umiejętność nakłada narastające osłabienie na pojazdy, które go ostrzeliwują. Po osiągnięciu odpowiedniej liczby warstw, Gambit ma możliwość zablokowania umiejętności przeciwnika. Efekt ten staje się silniejszy, im bliżej znajduje się cel. Jego superumiejętność, Iron Curtain, rozstawia drony, które na krótko zwiększają wytrzymałość Gambita oraz jego sojuszników w pobliżu.
Gambit dysponuje dwoma czołgami, które można odblokować za darmo na torze przepustki. M60A3E2 ma możliwość tymczasowego wzmocnienia pancerza oraz gąsienic. Dzięki dodatkowej zdolności może wystrzelić ładunek ogłuszający pobliskich wrogów, jednak jego użycie naraża maszynę na ostrzał. Z kolei T-72SH skupia się na zakłócaniu, z jedną z jego zdolności zaburzającą działanie systemów namierzania przeciwników oraz drugą, która pozwala na rozstawienie urządzeń zadających obrażenia i blokujących wrogów w zasięgu.
Trzeci pojazd trafia do Ember, agentki dostępnej w grze od jej premiery. M1150 ABV to pojazd bojowy z miotaczem ognia, zaprojektowany do walki na bliskich dystansach, jednak dzięki dwóm umiejętnościom potrafi zadawać obrażenia również na średnim dystansie.
Inferno One i bitwy 20 na 20
Nowa mapa, Inferno One, to alternatywna wersja Islandii, na której miasto zostało zniszczone wskutek wybuchu wulkanu. Płynąca lawa nie jest jedynie tłem; jej rzeki z czasem zmieniają kształt bezpiecznych stref, co zmusza obie drużyny do przestawiania się na nowe pozycje. Przy jednym z punktów kontrolnych lawa napływa w trakcie meczu. Gracze mogą przez nią przejechać, jednak narażają czołg na obrażenia oraz podpalenie.
Czytaj dalej poniżej
Druga istotna zmiana dotyczy trybu Podboju, który otrzymał nowy format. Bitwy 20 na 20 zbierają w jednym meczu 40 graczy, z tymi samymi zasadami co w wariancie 10 na 10. Obowiązuje przejęcie pięciu baz, a liczba odrodzeń jest nieograniczona. Wargaming nie planuje jednak wprowadzenia tego formatu na stałe. Podobnie jak wcześniej w przypadku trybu Podłożenie/Rozbrojenie, większe bitwy będą dostępne początkowo w weekendy w godzinach szczytu, a ich dostępność ma być stopniowo zwiększana w trakcie sezonu.
Przepustka zostaje po sezonie
Równocześnie z seasonem rusza także przepustka Bitewna „Ogień i popiół”, oferująca nagrody do odblokowania podczas gry. Wariant Premium kosztuje 1000 monet, czyli 36 zł, i umożliwia zbieranie nagród bez konieczności przestrzegania ustalonej kolejności. Co istotne, przepustka nie zniknie po zakończeniu sezonu, lecz trafi do archiwum, gdzie pozostanie dostępna w kolejnych sezonach, wraz ze wszystkimi nagrodami. Analogiczne zasady będą dotyczyć przyszłych przepustek. Status Premium pozostanie przypisany do konkretnej przepustki, za którą został wykupiony.
Jak HEAT wypada po trzech miesiącach?
Miałem okazję spędzić kilkanaście godzin grając przy premierze pierwszego sezonu. Strzelanie w tej grze dostarcza prawdziwej frajdy i jest najsilniejszym elementem HEAT. Wystrzały brzmią potężnie, trafienia w pancerz są wyraźnie odczuwalne, a czołgi sprawiają wrażenie odpowiednio ciężkich. Wargaming znacząco uprościł jednak model walki w porównaniu do klasycznego World of Tanks. Skomplikowane obliczenia penetracji zostały zastąpione celownikiem, który zmienia kolor. Zielony oznacza, że pocisk przebije pancerz, a czerwony, że się odbije.
Wielką zaletą jest również oprawa graficzna. Wargaming stworzył na potrzeby HEAT własny silnik od podstaw. Eksplozje są spektakularne, oświetlenie wygląda znakomicie, a modele pojazdów są bogate w detale. Ponadto, tempo starć jest bardzo dynamiczne. Po zniszczeniu czołgu nie musimy obserwować reszty meczu, gdyż niewielki czas odrodzenia pozwala na szybki powrót do walki. Pojedyncze starcie trwa około 10 minut, a przez większość tego czasu dzieje się coś interesującego.
Jednakże nie wszystko jest idealne; reszta aspektów gry, otaczających samą walkę, wypada znacznie gorzej. Nie możemy wybrać trybu ani mapy, gry losują je za nas. Po wejściu do kolejki nie ma również możliwości zmiany Agenta ani pojazdu. W efekcie możemy trafić na mapę, która zupełnie nie pasuje do wybranej maszyny. Jeszcze gorsza sytuacja występuje w komunikacji. Gra opiera się na współpracy trzech ról, ale brakuje czatu tekstowego oraz głosowego. Pozostaje jedynie system oznaczeń, który nie działa zbyt efektywnie.
Pechowo, ekonomia też budzi wątpliwości. Nowy pojazd kosztuje około 200 tys. kredytów, natomiast za jeden mecz zdobywamy jedynie kilka tysięcy. W związku z tym, aby odblokować pojedynczy czołg, musimy rozegrać kilkadziesiąt bitew. To zdecydowanie zbyt dużo. Na szczęście nie oznacza to oczywistego „pay to win”. Wszystkie moduły można bowiem odblokować w trakcie zwykłej gry, a przepustka Premium jedynie zmienia ich kolejność.
Pierwszy sezon „Lost Eden”, który zakończył się 2 września, wprowadził agentkę, dwa czołgi oraz mapę. Sezon „Ogień i popiół” jest w tej kwestii zdecydowanie bogatszy. Największą nowością są bitwy 20 na 20, jednak do rozegrania takiego meczu potrzeba jednocześnie 40 graczy. Wargaming na razie udostępnia je tylko w weekendowych godzinach szczytu. Jeszcze w tym sezonie przekonamy się, czy tryb będzie dostępny przez cały tydzień.
To propozycja dla każdego, kto szuka ciekawego sposobu na nagrywanie wideo i robienie zdjęć z taką perspektywą.
Sony niedawno poszerzyło swoją ofertę obiektywów dla pełnoklatkowych aparatów Alpha, wprowadzając model długo oczekiwany przez twórców. FE 8-14 mm F3,5 G to pierwsza w historii konstrukcja typu „rybie oko” ze zmienną ogniskową, zaliczająca się do uznawanej serii G. Obiektyw ten nie tylko wprowadza szerokokątną perspektywę, ale również umożliwia płynne przejście od efektu kołowego do diagonalnego „fisheye” w kompaktowym formacie, jak podkreśla Sony.
Od koła do pełnego kadru: praktyczne zastosowanie 8–14 mm
Zakres ogniskowych od 8 do 14 mm obejmuje dwa tradycyjne tryby pracy obiektywów „fisheye”. Przy ogniskowej 8 mm obraz na pełnej klatce przybiera formę okręgu – typowy, kołowy efekt z kątem widzenia 180°. Zmiana zoomu do 14 mm wypełnia kadr diagonalnym fisheye, również z kątem widzenia 180°, ale na przekątnej matrycy. Taka elastyczność eliminuje konieczność wyboru między dwoma osobnymi obiektywami. Zamiast tego można dostosować kąt widzenia do danej sceny, niezależnie od tego, czy chodzi o fotografię krajobrazową, architekturę, sport, czy produkcje wideo – zauważa Sony.
Wysoka rozdzielczość, jakiej można oczekiwać od serii G, została zachowana w całym zakresie ogniskowych dzięki zaawansowanej konstrukcji optycznej zaprojektowanej przez Sony. Wykorzystano szkło ED (Extra-low Dispersion) oraz soczewki asferyczne, co sprzyja efektywnemu ograniczeniu aberracji chromatycznej i innych zniekształceń. Obiektyw zdolny jest do ostrzenia już od 0,15 m, a przy maksymalnej ogniskowej osiąga powiększenie 0,22x. Takie właściwości umożliwiają uzyskanie efektownych zbliżeń z charakterystyczną, wygiętą perspektywą – zarówno w fotografii, jak i w filmach.
Wielu z nas doskonale zdaje sobie sprawę, jak ważne są wymiary i waga sprzętu, który zabieramy ze sobą. Sony wzięło to pod uwagę, ponieważ obiektyw FE 8-14 mm F3,5 G waży jedynie około 314 g, ma maksymalną średnicę 63,1 mm i długość 82,8 mm. Wewnętrzny mechanizm zoomu minimalizuje przesunięcia środka ciężkości przy zmianie ogniskowej, co ułatwia stabilną pracę. Co istotne, Sony przewidziało jego zastosowanie w produkcjach immersyjnych. Dwa korpusy VENICE Extension System Mini z tym obiektywem ustawione obok siebie uzyskują rozstaw osi optycznych około 64 mm, co zbliża się do przeciętnego rozstawu źrenic. To rozwiązanie wspiera tworzenie treści przestrzennych oraz materiałów VR, zapewniając naturalne wrażenie głębi.
Czytaj dalej poniżej
Dla twórców wideo kluczowe są nie tylko parametry optyczne, ale także sposób działania mechanizmów. Obiektyw zapewnia szybki i precyzyjny autofokus, funkcję Linear Response MF, ograniczenie efektu „oddychania” ostrości oraz cichą pracę. Dodatkowo, oferuje praktyczne elementy obsługi, takie jak przełącznik trybu ostrzenia z blokadą, blokada zoomu oraz pierścień przysłony umożliwiający przełączanie między trybem skokowym a płynnym. Konstrukcja obiektywu jest odporna na pył i wilgoć, a przedni element pokryty jest powłoką fluorową, co ułatwia utrzymanie czystości w terenie.
Dostępność i premiera Sony FE 8-14 mm F3,5 G
Obiektyw FE 8-14 mm F3,5 G trafi do sprzedaży pod koniec września 2026 roku. Jego pierwsza publiczna prezentacja odbędzie się na stoisku Sony podczas targów IBC 2026 w Amsterdamie, które rozpoczną się 11 września.
SteelSeries w tym roku obchodzi 25-lecie działalności. Duński producent jest przede wszystkim znany ze słuchawek, myszek oraz klawiatur. Do jego portfolio dołącza teraz kontroler do PC i Xboksa. Aeon Pro to propozycja z wyższej półki, wyposażona w stację dokującą, która obsługuje obie platformy, dwa wymienne akumulatory oraz ekran OLED umożliwiający szybkie zmiany ustawień.
Gamepad będzie dostępny w dwóch wersjach kolorystycznych: czarnej i białej. Sugerowana cena w Europie wynosi około 260 euro (w Polsce cena nie jest jeszcze znana, ale można się spodziewać, że nie będzie zbyt niska). Do mnie trafił egzemplarz czarny.
Konstrukcja i ergonomia
W zestawie otrzymujemy stację dokującą, dwa akumulatory oraz wymienne gałki drążków. Podstawka służy do komunikacji z komputerem i konsolą, a także do ładowania kontrolera za pomocą sprężynujących styków. Ma osobne miejsce do ładowania zapasowego akumulatora oraz magnetyczny uchwyt na dodatkowe gałki. Choć producent promuje akcesorium w kontekście łączności z dwiema platformami równolegle, w pudełku znajdziemy tylko jeden kabel USB-C.
Na pierwszy rzut oka widoczny jest monochromatyczny ekran OLED, za pomocą którego możemy wybrać aktywne urządzenie, przełączyć profil, zmienić przypisanie przycisków oraz sprawdzić poziom naładowania akumulatora. Do tych czynności nie jest wymagana aplikacja na komputerze. Ekran jest czytelny i odpowiednio podświetlony. Menu aktywujemy kombinacją dwóch przycisków, a nawigujemy po nim standardowo za pomocą gałki lub krzyżaka.
Jest to kontroler licencjonowany przez Xboksa, co jest podkreślone dużym logo marki pełniącym funkcję przycisku zasilania. Interesującym rozwiązaniem jest przeniesienie przycisków select, share oraz menu niżej, tuż nad dolną krawędź. Taka lokalizacja ułatwia ich osiągnięcie kciukiem, choć osobiście miałem tendencję do sięgania po nie w kierunku środka pada, co powodowało pewne pomyłki.
Czytaj dalej poniżej
Ogólnie rzecz biorąc, kształt kontrolera nie odbiega znacząco od tego, co znamy z padów Xboksa. Każdy, kto ceni ten design i uznaje go za wygodny oraz ergonomiczny, poczuje się tutaj jak w domu. Aeon Pro jest przy tym lżejszy od Elite Series 2 (305 g vs 345 g).
Spusty działają w dwóch trybach. W trybie analogowym wykorzystują czujniki Halla, co pozwala na płynne stopniowanie gazu i hamulca w wyścigach. Po przełączeniu w tryb mechaniczny, spusty mają krótki skok i wyczuwalny klik. Przełączanie odbywa się wygodnymi suwakami, do których łatwo sięgnąć palcami wskazującymi.
Z tyłu znajdują się również cztery metalowe łopatki, które można dowolnie skonfigurować. Ważne jest, że nie są one odłączane, co może stanowić wyzwanie dla niektórych użytkowników, ponieważ wyraźnie odstają od bryły kontrolera. Mimo to są odpowiednio wyprofilowane, aby wygodnie opierały się na palcach, co należy uznać za plus.
W krzyżaku, przyciskach ABXY oraz tylnych łopatkach zastosowano mikroprzełączniki, które mają trwałość liczoną w milionach naciśnięć. Efekt kliknięcia jest przyjemny i zapewnia wyraźną informację zwrotną, co sprawia, że kontroler jest głośniejszy niż inne modele.
Kontroler korzysta z analogów, które wykorzystują efekt Halla, co praktycznie eliminuje problem dryftu, typowy dla starszych modeli opartych na potencjometrach. Gałki drążków są wymienne i mocowane magnetycznie. W zestawie otrzymujemy dwie dodatkowe: wklęsłą wysoką oraz wypukłą niską. Choć technologia TMR byłaby bardziej nowoczesnym rozwiązaniem, producent nie zdecydował się na jej zastosowanie.
Największa innowacja kryje się pod klapką na spodzie. Mamy tutaj wymienną baterię, identyczną z tą, którą SteelSeries montuje w swoich słuchawkach Arctis Nova Pro oraz Elite. Mechanizm pozwala na ładowanie jednego ogniwa w stacji dokującej podczas używania drugiego. Po wyładowaniu wystarczy zamienić je miejscami i grać dalej. SteelSeries nieco wyolbrzymia, nazywając to nieskończonym czasem pracy na baterii. Oczywiście stacja dokująca ma dedykowane piny, które pozwalają na przesyłanie energii bezpośrednio do kontrolera, więc gdy nie gramy, obie baterie są ładowane równolegle.
Łączność i oprogramowanie
Stacja QuickSwitch Dock z dwoma portami USB-C pełni jednocześnie rolę nadajnika komunikacji bezprzewodowej. Do jednego portu podłączamy komputer, do drugiego konsolę Xboksa. Oba urządzenia mogą być podłączone równocześnie, a aktywna platforma jest wybierana z menu kontrolera lub przełącza się automatycznie w zależności od naszych ustawień, co czyni to rozwiązanie bardzo praktycznym. Ciekawym aspektem jest to, że jest to autorskie rozwiązanie SteelSeries, które zostało zgłoszone do opatentowania.
Z komputerem oraz konsolą kontroler komunikuje się poprzez stację w paśmie 2,4 GHz. Dodatkowo producent wyposażył go w moduł Bluetooth, co pozwala na połączenie z innymi zgodnymi urządzeniami, jak smartfony czy tablety.
Do wyboru mamy osiem domyślnych profili, dostosowanych do różnych gatunków gier, takich jak strzelanki, MOBA, wyścigi i przygodówki. Możemy przełączać je bezpośrednio z menu na ekranie OLED. Własne profile stworzymy w darmowej aplikacji SteelSeries GG na PC, która umożliwia również automatyczne przełączanie pomiędzy profilami po uruchomieniu przypisanej gry. Warto jednak zaznaczyć, że brak dedykowanej aplikacji na Xboksa czy smartfony sprawia, że kontroler jest przede wszystkim przeznaczony dla posiadaczy komputerów – bez odpowiedniego sprzętu nie wydobywamy pełni jego możliwości.
W oprogramowaniu możemy dostosować przyciski, drążki i spusty, w tym martwe strefy. Umożliwia również aktualizację firmware, zmianę przypisań funkcji podstawowych i dodatkowych, ustawienia zasilania oraz intensywności wibracji dla każdego z czterech silników. Co więcej, producent przewidział integrację z Sonarem, swoim oprogramowaniem do obsługi dźwięku na PC.
Akumulatory i ładowanie
SteelSeries zadeklarowało około 12 godzin pracy na jednym akumulatorze. W przypadku dwóch naładowanych akumulatorów uzyskujemy łącznie około 24 godziny pracy, z wymianą w trakcie gry. Choć jest to wynik o niewielkim wyróżnieniu, to jednak konkurencyjne kontrolery oferują 20-30 godzin pracy bez wymiany akumulatorów. Żaden z nich nie ma jednak wymiennych baterii (poza padami Xboksa działającymi na baterie AA, gdzie użytkownicy mogą mieć zestaw akumulatorków).
Proces wymiany baterii jest prosty i szybki – kontroler automatycznie uruchamia się po włożeniu nowego ogniwa, co działa na tej samej zasadzie, co w słuchawkach tej marki. Pełne naładowanie trwa około 2,5-3 godzin, co jest zdecydowanie krótszym czasem niż cały proces rozładowania akumulatora w padzie.
Informacje o poziomie naładowania obu baterii są widoczne na wyświetlaczu wbudowanym w kontroler. Analogiczny komunikat pojawia się również po odłożeniu kontrolera do stacji dokującej. Ekran przygasa po pewnym czasie, ale nie znalazłem opcji, która pozwalałaby go całkowicie wyłączyć.
Cena na tle konkurencji
Sugerowana cena Aeon Pro w Europie wynosi niecałe 260 euro, co przy obecnym kursie daje ponad tysiąc złotych. Jest to spora kwota, szczególnie gdy spojrzymy na konkurencję. Turtle Beach Stealth Ultra można kupić za 530 zł, Xbox Elite Series 2 (z akcesoriami) za 640 zł, a Razer Wolverine V3 Pro do Xboksa i PC za około 850 zł. Żaden z tych modeli nie oferuje jednak systemu wymiennych baterii ani stacji dokującej z jednoczesną obsługą dwóch platform – za to głównie dopłacamy, wybierając SteelSeries.
Rozważając tę kwotę, nie można nie zauważyć pewnych oszczędności ze strony producenta. Brak drugiego kabla USB w zestawie trudno uzasadnić, optymalnym byłoby również dołączenie opcjonalnego dongla USB, który pozwalałby na podłączenie kontrolera do drugiej platformy w innym pomieszczeniu. Byłoby to znaczące poszerzenie wszechstronności całego zestawu. Zdecydowanie przydałby się także futerał lub przynajmniej materiałowy woreczek, ponieważ pad w stacji jest narażony na gromadzenie się kurzu, a nie każdy jest zwolennikiem takiego przechowywania kontrolera (Chińskie firmy to wiedzą, dlatego często dołączają duże futerały z miejscem na stację dokującą).
Mimo tych niezrozumiałych oszczędności, SteelSeries Aeon Pro to kontroler unikatowy w swojej kategorii. Jeżeli posiadamy peceta i Xboksa w tym samym pomieszczeniu oraz szukamy pada, który umożliwia wygodne granie na obu platformach, będzie to strzał w dziesiątkę. Docenią go również osoby, które już mają inne urządzenia w tym ekosystemie i mogą wymieniać między nimi akumulatory.
SteelSeries Aeon Pro
plusy
Stacja z przełączaniem PC/Xbox
Dwa wymienne akumulatory
Ustawienia dostępne na ekranie OLED
Drążki i spusty z czujnikami Halla
Mikroprzełączniki
minusy
Wysoka cena
Jeden przewód USB w zestawie
Brak dodatkowego dongle’a USB i etui
Urządzenie na potrzeby recenzji udostępnił producent. Firma nie miała wglądu ani wpływu na treść artykułu przed publikacją.