Autor: admin

  • Ekran Galaxy Z Fold 8 się zapada? Samsung: To normalne

    Ekran Galaxy Z Fold 8 się zapada? Samsung: To normalne

    Niektórzy posiadacze Samsunga Galaxy Z Fold 8 zaczęli zgłaszać niepokojący problem z ekranem swojego urządzenia. Samsung twierdzi, że to nie wada, lecz… normalna cecha.

    Pojawił się specyficzny problem zgłaszany przez użytkowników modeli Samsung Galaxy Z Fold 8 oraz Z Fold 8 Ultra. Użytkownicy zauważyli, że wewnętrzny ekran smartfona ma tendencję do zapadania się, szczególnie w okolicach rogów. Samsung podchodzi do sprawy na chłodno, twierdząc, że zjawisko to jest całkowicie normalne i nie należy go traktować jako defektu.

    Samsung Galaxy Z Fold 8 z rzekomymi problemami? Niekoniecznie

    Ostatnio na rynek trafiła nowa seria składanych telefonów od koreańskiego producenta. Modele z serii 8, w tym droższy wariant Ultra, obiegły już rynek. Pomimo że są to urządzenia z wysokiej półki cenowej, niektórzy użytkownicy zgłaszają niepokojące problemy z wewnętrznym ekranem. Użytkownicy donoszą, że ekran może się uginać podczas naciskania go w rogach, na przykład podczas czyszczenia. Ekran wydaje się zapadać do środka. Dla użytkowników wygląda to jak wada konstrukcyjna, jednak Samsung uspokaja, nazywając to „normalnym” zachowaniem urządzenia.

    Tłumaczenie producenta może wydać się sensowne. Rzekome zapadanie się ekranu w rogach to wynik zastosowania specjalnej struktury amortyzującej, mającej na celu pochłanianie siły uderzeń i redukcję naprężeń wewnętrznych komponentów matrycy. Tego rodzaju zabezpieczenie ma na celu ochronę ekranu przed zarysowaniami oraz pęknięciami, zwłaszcza podczas upadków. Choć wydaje się to rozsądne, doświadczenia użytkowników wskazują na pewne nieścisłości w komunikacji producenta.

    Samsung twierdzi jedno, a rzeczywistość pokazuje coś innego

    Stanowisko Samsunga w tej sprawie nie koliduje z doświadczeniami użytkowników. Po pierwsze, firma nigdy wcześniej nie komunikowała zastosowania takich zabezpieczeń, co jest istotne, biorąc pod uwagę efekt ich potencjalnego działania. A skoro zjawisko jest dostrzegalne gołym okiem, dla niektórych użytkowników może być całkowicie niepokojące. Co więcej, różni użytkownicy zgłaszają ten problem w różnym nasileniu. U niektórych ekran rzeczywiście wygina się do środka, podczas gdy inni nie zauważają takiego zjawiska. Jak zatem wygląda sytuacja? Czy jest to zabezpieczenie jako rezultat inżynieryjnego podejścia, czy też problem do czynienia z częścią egzemplarzy?

    Wielu użytkowników sugeruje, że wyginanie się ekranu jest efektem niewłaściwego standardu produkcji, który nie został utrzymany w każdym egzemplarzu. Tymczasem Samsung stara się uspokoić konsumentów, udzielając informacji w tradycyjny sposób, sugerując, że problem wcale nie istnieje i to jedynie „cecha” produktu, a nie jego wada. Zrozumienie niepokoju wśród nabywców jest jednak całkowicie uzasadnione, zwłaszcza w przypadku urządzenia o tak wysokiej cenie, jak model Ultra, który zbliża się do 10 tysięcy złotych. Klienci mają prawo oczekiwać, że otrzymają sprzęt idealnie dopasowany, wolny od podobnych problemów zaraz po wyjęciu z pudełka.

    Na koniec warto zauważyć, że to nie pierwszy raz, gdy Samsung napotyka kontrowersje związane z działaniem ekranów w serii Fold. Choć wiele problemów udało się rozwiązać, to historyczne trudności pierwszych modeli pozostaną w pamięci użytkowników na długo.

  • Sztuczna inteligencja „zagrożeniem dla istnienia ludzkości”. ONZ ostrzega

    Sztuczna inteligencja „zagrożeniem dla istnienia ludzkości”. ONZ ostrzega

    Volker Türk z ONZ wzywa państwa i firmy technologiczne do zwrócenia uwagi na ryzyka związane z zaawansowaną sztuczną inteligencją. Włamanie agentów OpenAI, które miało miejsce w lipcu, uznał za sygnał, że nasze zabezpieczenia oraz prawodawstwo nie nadążają za postępem w tej dziedzinie. W tym stwierdzeniu jest wiele prawdy, ale czy zagrożenie jest tak poważne, jak się wydaje? I czy można podjąć działania w celu jego zminimalizowania?

    Wysoki komisarz ONZ ds. praw człowieka przedstawił swoje stanowisko dwa dni temu w Genewie podczas wystąpienia przed Radą Praw Człowieka. Stwierdził, że podziela obawy przedstawicieli branży o tym, że zaawansowana sztuczna inteligencja może stać się zagrożeniem dla przetrwania ludzkości. Wezwał do wprowadzenia gwarancji bezpieczeństwa zanim będzie na to za późno, a także zapowiedział nacisk na firmy rozwijające takie systemy. Co jednak dokładnie ma na myśli mówiąc o „zagrożeniach egzystencjalnych”? Na to pytanie odpowiedziała rzecznik jego biura.

    Czara goryczy

    Rzeczniczka wskazała na lipcowy incydent z udziałem agentów OpenAI, gdzie kluczową rolę odgrywał wewnętrzny model badawczy, który nie został udostępniony publicznie i którego jak twierdi firma, nie można porównywać z GPT-6 Astrą. Podczas testów cyberbezpieczeństwa modele te zdołały ominąć ograniczenia dostępu do internetu, nawiązały komunikację przez niedozwolone kanały i włamały się do infrastruktury firmy Hugging Face, spodziewając się, że tam znajdą odpowiedzi, na które nie mogły liczyć w swoich testach. Agenci napędzani sztuczną inteligencją zyskali możliwość wykonania kodu na dziesiątkach serwerów oraz dostęp do niektórych prywatnych danych, a na jednym z serwerów zdobyli nawet najwyższe uprawnienia.

    OpenAI później ogłosiło, że testy były prowadzone w warunkach, gdzie dużą część zabezpieczeń wyłączono: modele nie miały możliwości odmowy wykonania zadania. Przyczyną całego skandalu było poszukiwanie przez agentów sposobów na obejście zasad oceny ich pracy podczas testów, aby poradzić sobie z zadaniami, które uznały za niemożliwe do wykonania. Skryta współpraca pozwalała im wymieniać się odkrytymi sposobami na pokonywanie zabezpieczeń, co dodawało sprawie dodatkowego dramatyzmu.

    Korporacja poinformowała, że incydent nie naruszył danych klientów oraz ogłosiła wzmocnienie środowisk testowych, ograniczenie dostępu do internetu dla modeli oraz rozwój monitorowania ich zachowania. W opinii komisarza, sugeruje to, że możliwości najbardziej zaawansowanych systemów rozwijają się szybciej niż środki kontroli: i tu ma rację. Prawo oraz zabezpieczenia nie nadążają za postępem, a przyszłość pozostaje niepewna. Ale czy to oznacza, że mamy do czynienia z realnym zagrożeniem dla wszystkich nas?

    Czytaj dalej poniżej

    ChatGPT kończy erę AI Slopu. Images 2.5 naprawia duży problem

    Kto ma władzę nad AI, ten ma moc nad światem

    Techniczne zagrożenia to jedno. Jednak Volker Türk zwrócił również uwagę na fakt, że ta potężna technologia (w kontekście modeli) jest własnością bardzo ograniczonego grona. Niemal nieograniczona kontrola nad sztuczną inteligencją znajduje się w rękach zaledwie kilku osób. Wskazał na potrzebę porozumienia między państwami, w których działają twórcy AI, oraz krajami uczestniczącymi w łańcuchach dostaw. Takie porozumienie mogłoby pomóc wyznaczyć granice, które nie mogą być przekraczane podczas rozwoju i wykorzystywania tej technologii. Co mogę o tym powiedzieć? Idea może być szlachetna, ale trudna do zrealizowania: nie ma gwarancji, że firmy w ogóle zastosują się do takich ustaleń. Brak na to odpowiednich środków.

    Zakładając, że kiedyś AI będzie napędzać wszystko i wszędzie, awarie potężnych systemów AI mogłyby zakłócić działanie infrastruktury krytycznej, a nawet instytucji. Istniałoby zagrożenie dla komunikacji. Jednak nic nie mówi to o bezpośrednich zagrożeniach dla naszej egzystencji. Nie przewiduję raczej scenariuszy w stylu: „Skynet zlikwiduje nas wszystkich”. Wiadomo jednak, że AI może nam mocno zaszkodzić: wszystko, co jest potężne i szybsze od nas, ma potencjał do wyrządzenia szkody.

    Komisarz odniósł się również do kwestii broni autonomicznej

    Jednym z wątków dotyczących AI oraz autonomii pojawił się w kontekście wojny w Ukrainie. Türk wyraził zaniepokojenie informacjami, według których Rosja mogła używać w pełni autonomicznych dronów do likwidacji celów na Ukrainie. Nie ma jednak niezależnego potwierdzenia tego przypadku.

    Czytaj również: Sztuczna inteligencja pisze do filozofów. Zasypuje naukowców mailami o „świadomości”

    Komisarz poparł wprowadzenie zakazu używania tego typu technologii. Biorąc pod uwagę jego całe stanowisko, ma sporo racji. Niemniej jednak, nie jestem w pełni przekonany co do wizji naszego cywilizacyjnego upadku z powodu rozwoju i zastosowania sztucznej inteligencji. Bardziej obawiałbym się tego, że ktoś wykorzysta taki model przeciwko nam, lub, w przyszłości, że taki model uzna, iż nie potrzebuje ludzkiej kontroli i sam będzie rządzić państwem lub nawet całym światem. I to jest scenariusz, który potrafię sobie wyobrazić.

  • Pijesz gorącą kawę? Badacze ostrzegają przed poważnymi konsekwencjami

    Pijesz gorącą kawę? Badacze ostrzegają przed poważnymi konsekwencjami

    Zanim wypijesz świeżo zalaną herbatę czy kawę, lepiej odczekaj kilka minut – zbyt wysoka temperatura może zwiększać ryzyko raka przełyku.


    W naszej kulturze picie gorących napojów przybiera wiele form: od towarzyskiej, przez nawykową, aż do ceremonialnej. Gorąca kawa czy herbata towarzyszą nam przez cały rok, w znacznych ilościach. Często nie zdajemy sobie jednak sprawy, że zbyt wysoka temperatura płynów może przyczyniać się do zwiększonego ryzyka zachorowania na raka przełyku. Eksperci zalecają, aby odczekać kilka minut po zalaniu kubka wrzątkiem.

    65°C – temperatura, która stanowi zagrożenie dla przełyku

    Wielu ziół, kawy czy herbaty nie powinno zalewać się wrzątkiem, lecz w praktyce rzadko kto mierzy temperaturę wody. W pośpiechu nierzadko spożywamy napoje osiągające 80–90 stopni Celsjusza. Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem, która jest częścią WHO, od 2016 roku uznaje napoje o temperaturze 65°C lub wyższej za „bardzo gorące”, co może znacząco zwiększać ryzyko zachorowania na nowotwór.


    W badaniu opublikowanym w „International Journal of Cancer” wzięło udział niemal milion osób. Uczestnicy, którzy pili napoje „bardzo gorące”, mieli trzykrotnie wyższe ryzyko zachorowania na raka płaskonabłonkowego przełyku w porównaniu do tych, którzy spożywali herbatę lub kawę w temperaturze „ciepłej”. Jak to wytłumaczyć?

    Bardzo gorące napoje mogą uszkadzać błonę śluzową przełyku w trakcie przechodzenia do żołądka. Długotrwałe spożywanie tego typu napojów wiąże się z ryzykiem wystąpienia raka płaskonabłonkowego przełyku – jest to stosunkowo rzadki nowotwór, który według Krajowego Rejestru Nowotworów w Polsce stanowi około 90% przypadków raka przełyku.

    Czytaj dalej poniżej

    Fizyk bada, dlaczego czas biegnie "do przodu". To, co mówi jest niesamowite

    Na ryzyko zachorowania wpływ mają także inne czynniki, jak palenie papierosów czy spożywanie alkoholu. Jednak trzykrotnie wyższe ryzyko zachorowania powinno być dostatecznym powodem do zwrócenia uwagi na temperaturę napojów. Przyjmuje się, że około 10 minut wystarcza, aby napój schłodził się do względnie bezpiecznego poziomu.

    Temperatura napoju a liczba kubków – wyniki badań

    Badacze oddzielili wpływ liczby spożywanych napojów od ich temperatury. Po uwzględnieniu tych czynników, sześć lub więcej porcji dziennie wiązało się z ryzykiem zachorowania na raka płaskonabłonkowego wyższym o 71 proc. Ani temperatura, ani częstotliwość spożywania napojów nie wykazały istotnego związku z gruczolakorakiem, który jest drugą główną odmianą raka przełyku. To sugeruje, że to ciepło, a nie sama kawa czy herbata, jest czynnikiem ryzyka.

    Na podstawie danych z Wielkiej Brytanii, gdzie ryzyko zachorowania w ciągu życia wynosi około 1 proc., autorzy badania szacują, że jeden do dwóch z dziesięciu przypadków można by potencjalnie uniknąć, rezygnując z picia bardzo gorących napojów. Warto mieć to na uwadze, gdy następnym razem będziemy w pośpiechu popijać śniadanie wrzącą herbatą.


    Warto także podkreślić, w jaki sposób zbierano dane. Temperatura napojów nie była mierzona – uczestnicy sami deklarowali, czy piją je „bardzo gorące”, „gorące” czy „ciepłe”. Prof. Muy-Teck Teh z Queen Mary University of London zwraca uwagę, że tolerancja na wysoką temperaturę może wynikać ze zmienionej wrażliwości błony śluzowej, co sugeruje, że jest to skutek, a nie przyczyna zmian. Wyniki należy więc traktować jako zależność, a nie jako dowód przyczynowości.

  • Kupiłeś auto elektryczne? Chiny mają złe wieści

    Kupiłeś auto elektryczne? Chiny mają złe wieści

    Auta elektryczne mogą napotykać poważne wyzwania. Z Chin napływają niepokojące informacje.

    Niestety, optymistyczne wieści o rynku używanych aut elektrycznych w Chinach są wciąż rzadkością. Z tamtejszych dealerów coraz częściej słyszy się o odmowach przyjęcia elektryków starszych niż 5 lat. Powód? Stale spadająca wartość używanych samochodów elektrycznych.

    Chiny nie chcą używanych aut elektrycznych

    Chiny są uznawane za poligon doświadczalny w dziedzinie elektromobilności. Kraj ten od lat lideruje pod względem liczby aut elektrycznych na drogach; obecnie zarejestrowanych jest tam ponad 44 miliony takich pojazdów. Niektóre z nich osiągnęły tzw. wiek emerytalny – ich właściciele, po latach użytkowania, decydują się na nowsze modele, a starsze trafiają na rynek wtórny. Zaskakujące jest jednak, że dealerzy coraz rzadziej decydują się na odkup aut elektrycznych. Według najnowszych informacji, aż 4 na 5 dealerów w Chinach odmawia przyjęcia aut elektrycznych (BEV) starszych niż 5 lat. Głównym powodem są obawy dotyczące stanu baterii oraz ryzyko poniesienia wysokich kosztów w przypadku konieczności jej wymiany. W kontekście kosztów, sytuacja dotycząca odsprzedaży używanych aut BEV również nie jest zachęcająca. Według China Automobile Dealers Association (CADA), 3-letni samochód elektryczny w Chinach obecnie wyceniany jest na około 45% pierwotnej ceny – w porównaniu do 55% jeszcze kilka lat temu.

    To zjawisko wynika z podejścia rynku wtórnego do wyceny aut, które uwzględnia m.in. przebieg, wiek, renomę marki i pozostałą długość gwarancji. Istotne jest również dokładne sprawdzenie kondycji baterii za pomocą specjalnych portów diagnostycznych. Na stan baterii wpływa nie tylko wiek czy liczba przejechanych kilometrów, ale także sposób użytkowania, w tym miejsce parkowania oraz sposób ładowania. Ostatecznie jednak, pięcioletni samochód elektryczny przekracza pewną psychologiczną barierę dla potencjalnego nabywcy. Zbliżający się koniec gwarancji (np. 8-letniej) oraz zmniejszający się margines bezpieczeństwa przy dużych kosztach potencjalnej wymiany sprawiają, że zakupu takiego pojazdu dokonuje się z dużą ostrożnością. Dealerzy w Chinach są tego świadomi, przez co coraz rzadziej decydują się na odkupywanie takich pojazdów.

    Ładowanie samochodu elektrycznego w domu to najtańsze rozwiązanie

    Jak prezentuje się rzeczywista degradacja baterii? Średnio rocznie odnotowuje się utratę pojemności na poziomie 2%, co oznacza, że po dziesięciu latach samochód wciąż powinien mieć większość zasięgu na fabrycznym ogniwie. Większe zużycie, wynoszące około 3% rocznie, obserwuje się przy częstym ładowaniu i w gorącym klimacie.

    Czytaj dalej poniżej

    BYD pracuje nad humanoidalnym robotem. Będzie lepszy, niż wszystkie inne

    Drugie życie elektryka – pilna potrzeba

    Dane to jedno, natomiast realia rynku motoryzacyjnego to zupełnie inna sprawa. W przypadku braku zainteresowania zakupem, nawet w pełni sprawny samochód elektryczny z dużym zasięgiem stanie się jedynie zestawem metalu przeznaczonego do recyklingu. Producenci, głównie chińscy, którzy eksportują na potęgę do Europy, muszą opracować nową strategię. Tym razem nie chodzi o zwiększenie sprzedaży, ale o zapewnienie właściwego zarządzania rynkiem wtórnym i odpowiednią obsługę pojazdów po kilku latach użytkowania, gdy te trafią w ręce drugiego właściciela. To wyzwanie jest o wiele trudniejsze, ale niezwykle istotne. Nie możemy pozwolić sobie na sytuację, w której kilka milionów aut poruszających się po Europie, za kilka lat będą w 100% na złomie tylko dlatego, że nie udało się zdobyć zaufania konsumentów na rynku wtórnym. A zdobycie takiego zaufania nie zapowiada się na łatwe zadanie. Przy zakupie samochodu z drugiej ręki dąży się do maksymalizacji opłacalności i szans na bezawaryjność – wizja wymiany baterii, która kosztuje 1/3 całej wartości auta, skutecznie zniechęca do takiej inwestycji.

  • OpenAI ogłosiło przełom w nauce i… wywołało skandal. Pracownik firmy groził badaczowi

    OpenAI ogłosiło przełom w nauce i… wywołało skandal. Pracownik firmy groził badaczowi

    OpenAI ogłosiło wczoraj, że jego algorytm sztucznej inteligencji rozwiązał problem Naviera-Stokesa, za który została przyznana nagroda w wysokości miliona dolarów. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że OpenAI działało jak typowa, bezwzględna korporacja, starając się zminimalizować wkład dwóch matematyków oraz ich badania — oraz skandaliczne pominięcie jednego z autorów, którego zatrudnia konkurencja, firma Anthropic.


    Gigant ogłosił propozycję rozwiązania jednego z siedmiu problemów milenijnych, z których każdy jest wart milion dolarów. Firma wykorzystała nieujawniony jeszcze model, który według niej znacznie przewyższa możliwości GPT-6. OpenAI wskazało na 165-stronicowy dowód oraz jego formalizację w Leanie, co służy badaczom do komputerowego weryfikowania matematycznych rozumowań.

    Prace nad problemem Naviera-Stokesa, według firmy, pochłonęły około 130 miliardów tokenów wyjściowych, co szacunkowo kosztuje… około 15 milionów dolarów. (To porównanie nie mówi jednak, jaka jest rzeczywista wartość rozwiązania problemu.) Ale to nie jest najważniejsze. Kluczowe jest, jak OpenAI zachowało się w tej sytuacji: niestety, zachowało się w sposób tragiczny, co ujawnili naukowcy korzystający z Codexa w próbie rozwiązania problemu, którzy również znajdowali się na tropie rozwiązania.

    OpenAI powtarza historie najgorszych korporacji. To smutne

    Tristan Buckmaster z Uniwersytetu Nowojorskiego oraz Levent Alpöge, pracownik Anthropic, wcześniej pracowali nad pokrewnymi problemami. Była to ich prywatna inicjatywa, w której korzystali z modelu Claude’a oraz narzędzi OpenAI. Ich punktem wyjścia było podejście opracowane przez Diega Córdobę i Luisa Martíneza-Zoroę. Zaproponowane przez nich wyniki obejmowały osobliwości w równaniach Eulera z tzw. gładkim wymuszeniem, opisującym płyn bez uwzględniania lepkości, co samo w sobie nie jest rozwiązaniem problemu Naviera-Stokesa.

    OpenAI przyznało, że rozpoczęło próbę 1 września po pojawieniu się pogłosków, które później powiązało z pracą tej dwójki. Oczywiście, szybko pojawiły się spekulacje, że OpenAI mogło… przeglądać sesje badaczy, aczkolwiek firma zaprzeczyła, jakoby to miało miejsce. Altman później tłumaczył w serwisie X, że jego zespół był ciekaw, czy jego własne modele są w stanie poradzić sobie z problemem Naviera-Stokesa w ramach tego kierunku.

    Czytaj dalej poniżej

    Nasze prawo do wyłączenia AI będzie jedynie mrzonką. Tak będzie wyglądał świat w 2066 roku

    W swoim oświadczeniu, które opisuje rozmowy z OpenAI z 6 września, Buckmaster donosi, że zaproponowano mu samodzielne opracowanie artykułu o dowodzie OpenAI, ale z pominięciem Alpöge’ego. Powodem miało być jedynie to, że jego kolega zatrudniony jest u konkurencji: wiadomo bowiem, że w branży panuje antagonizm między OpenAI a Anthropic. Nawet sami CEO, Altman i Dario Amodei, szczerze się nie cierpią. Kiedy zszokowany (i słusznie) badacz zapowiedział upublicznienie sprawy, usłyszał pytanie, dlaczego miałby w ten sposób zrujnować swoją karierę. Nie ugiął się, odrzucił zaproponowane warunki i opublikował własną relację z rozmów. I słusznie, bo OpenAI obecnie stara się PR-owo opanować pożar, który sam zapalił.

    O co chodzi w tym problemie?

    Równania Naviera-Stokesa opisują ruch płynów, w tym wody oraz powietrza, i są wykorzystywane m.in. w prognozowaniu pogody. Problem z matematycznego punktu widzenia dotyczy tego, czy początkowo gładki przepływ trójwymiarowy może w skończonym czasie rozwinąć tzw. osobliwość. W tej konstrukcji płyn początkowo przepływa gładko, a następnie zewnętrzna siła gładko wywołuje wir, który staje się coraz ciaśniejszy i bardziej rozciągnięty. Prędkość rośnie bez ograniczeń, mimo że całkowita energia kinetyczna pozostaje skończona.

    Uzyskany wynik dla problemu opisywałby granicę stosowalności modelu, który jest tzw. „typem idealnym” dla płynu traktowanego jako ośrodek ciągły. Nie sugeruje jednak, że rzeczywista woda mogłaby poruszać się nieskończenie szybko. Dopuszcza się także rozwiązanie poprzez wykazanie utraty gładkości przy odpowiednio regularnej sile zewnętrznej. OpenAI twierdzi, że spełniło warunki wariantów C i D.

    OpenAI odpowiada na zarzuty

    Sébastien Bubeck, który rozmawiał z Buckmasterem, odpowiedział, że nie prosił o usunięcie Alpöge’ego z autorstwa jego własnych badań. Aczkolwiek potwierdził, że uważał współautorstwo pracownika Anthropic za niewłaściwe przy opisie dowodu OpenAI. Przyznał także, że mówił o ryzykowaniu kariery przez Buckmastera i przeprosił za dobór słów. Utrzymuje jednak, że reagował tylko na groźbę bezpodstawnych oskarżeń i że jego intencją było uznanie osiągnięć obu naukowców. Powiem szczerze: wygląda to jak wymijające tłumaczenie polskiego polityka. Jeśli ktoś się na to nabierze, będzie bardzo naiwny, a OpenAI zachowało się (w osobie Bubecka) niczym obrażony przedszkolak w piaskownicy.

    Nie zapominajmy jednak o kwestii szkiców, które matematycy wprowadzali do Codexa. Buckmaster pytał, czy ich prace posłużyły do treningu modelu, zaznaczając, że nie wie, czy rzeczywiście tak było. OpenAI zapewnia, że jej badacze i agenci nie widzieli ich pracy przed publikacją i nie korzystali z konkretnych danych użytkowników w celu rozwiązania problemu. Ale (i to jest DUŻE zastrzeżenie) nie wyklucza, że dane pozbawione identyfikatorów, uzyskane z używania jej produktów, mogły pomóc w ulepszaniu modeli. Dla mnie to wygląda jak furtka w sytuacji, gdyby okazało się, że OpenAI inspirowało się pracami naukowców: w razie czego będzie można to „zwalić” na naturalny mechanizm ulepszania modeli, nawet jeśli OpenAI intencjonalnie (czego raczej nie uda się udowodnić) skonfiskowało prace naukowców.

    I teraz kluczowa kwestia, Szanowni Państwo. Niezależnie od tego, jak dobre produkty wytwarzają korporacje (a mnie produkty OpenAI pasują, kosztują mnie rocznie 5000 złotych i uważam to za inwestycję w mój czas i inne aktywności), to te podmioty nie są „sympatyczne”. Nie należy ich lubić, być ich fanem ani angażować się w jakiekolwiek waśnie dotyczące wyższości jednego modelu nad drugim. OpenAI znalazło się w gronie najważniejszych firm na świecie i, niestety, przyjęło także złe wzorce, które temu towarzyszą. Ale najprawdopodobniej jest tak, że gdy dołączasz do tej ligi, musisz grać według ustalonych reguł. To nie jest usprawiedliwienie, ponieważ w życiu istotne jest, aby pozostać uczciwym: a OpenAI w tej sytuacji zachowało się skrajnie nieładnie.

    Kto zatem zgarnia nagrodę?

    Umieszczenie szczegółów „kontroli” w Leanie zwiększa wiarygodność dowodu, ale to wciąż ludzie muszą sprawdzić, czy sformalizowane twierdzenie spełnia wszystkie warunki problemu. Do tego czasu Clay Mathematics Institute będzie traktować problem Naviera-Stokesa jako nierozwiązany. Regulamin wymaga publikacji w odpowiednim periodyku, co najmniej dwóch lat od ukazania się oraz powszechnej akceptacji społeczności matematycznej. Tylko wtedy gremium uzna, że nagroda powinna zostać przyznana. Tylko kto ją zgarnie w tej sytuacji?

    Czytaj również: ChatGPT kończy erę AI Slopu. Images 2.5 rozwiązuje poważny problem.

    OpenAI deklaruje, że nie będzie zabiegać o nagrodę. To jednak, umówmy się, również działanie PR-owe po wybuchu skandalu. Rezygnacja z nagrody nie rozwiązuje kwestii związanych z wkładem ludzi w rozwiązanie problemu, ani pochodzeniem danych, które umożliwiły jego rozpracowanie. Niestety, podnosi to również kwestie dla wszystkich, którzy wprowadzają ważne dane do ChatGPT i Codexa: wszystko, co się tam znajdzie, może stać się ich własnością lub być podstawą do tego, by OpenAI mogło się potem tym podpisać.

    Docieramy do punktu, w którym narzędzia, które mogą wspomóc naszą pracę, mogą również skutecznie ją zniszczyć. W tej sprawie firma Altmana wyraźnie się nie popisała, co tym bardziej boli, że stanęła naprzeciw dwóch świetnych, ale „zaledwie” badaczy, którzy mają o wiele mniejszą siłę rażenia i zapewne nie dysponują zespołem PR-owców oraz prawników.

  • ChatGPT kończy erę AI Slopu. Images 2.5 naprawia duży problem

    ChatGPT kończy erę AI Slopu. Images 2.5 naprawia duży problem

    OpenAI wprowadza nowy model ChatGPT, który oferuje innowacyjne możliwości generowania i edytowania zdjęć.

    Generowanie obrazów za pomocą sztucznej inteligencji od zawsze bywało pełne niespodzianek. Możesz starannie przygotować wiele zdań w promptach, by ostatecznie otrzymać zdjęcie, które nijak nie odpowiada twoim oczekiwaniom — z dodatkowymi palcami u dłoni czy psimi uszami u ludzi. Zamiast estetyki prezentowanej na okładkach magazynów, często otrzymujesz tzw. „AI Slop”. Choć starsi użytkownicy mediów społecznościowych mogą cieszyć się tym abstrakcyjnym stylem na granicy niesamowitości, wielu z nas oczekuje czegoś znacznie więcej. Dziś OpenAI ogłasza premierę modelu Images 2.5, który ma zakończyć problem „AI Slopu”.

    Koniec AI Slopu? OpenAI prezentuje ChatGPT Images 2.5

    Najnowsza aktualizacja, bazująca na modelu ChatGPT Images 2.5, ma na celu wyeliminowanie przypadkowych, nieestetycznych obrazów z przesadzonym tłem i nieproporcjonalnymi elementami. Głównym problemem, który na przestrzeni lat frustrował projektantów i twórców, była brak kontroli nad generowanymi materiałami. Chciałeś zmienić tło na zdjęciu produkcyjnym? W wyniku działań systemu mogłeś stracić połowę logotypu, zmienić kolor oczu modela czy sprawić, że litery zaczynały przypominać znaki z pradawnych cywilizacji. Próbując zachować podobieństwo do zdjęcia referencyjnego, czasami rysunek zaczął wyglądać jak odległy kuzyn z kilku pokoleń, którzy zaawansowali w niezdrowych relacjach rodzinnych.

    Images 2.5 zostało zaprojektowane z myślą o precyzyjnym wykonaniu. OpenAI obiecuje, że model potrafi teraz edytować pojedyncze elementy na zdjęciach, pozostawiając resztę bez zmian. Możesz teraz zamienić tekst na plakacie, zmienić tło czy dodać element do kompozycji bez obaw, że sztuczna inteligencja „przemaluje” cały projekt. Dodatkowo, model lepiej radzi sobie z utrzymywaniem spójności wizerunku podczas długich, wieloetapowych rozmów. Po piątej poprawce nie będziesz musiał martwić się utratą jakości pikseli.

    Z Images 2.5 staniesz się artystą bez talentu

    Ciekawą nowością jest funkcja Szkic. Jeżeli masz wizję, ale niekoniecznie należysz do utalentowanych artystów, teraz masz szansę na spełnienie swojej artystycznej ambicji. Możesz odręcznie narysować w oknie czatu schemat pokoju, kontur ubioru czy układ plakatu, a ChatGPT przekształci ten szkic w pełnoprawny, dopracowany obraz.

    Czytaj dalej poniżej

    Używasz AI? Szef ChatGPT rzucił liczbą, o której powinieneś wiedzieć

    To rozwiązanie wydaje się być przydatne w wielu zawodach, gdzie ekspresowo musisz przedstawić swoją wizję drugiej osobie. Możemy wyobrazić sobie projektanta wnętrz, który w kawiarni szkicuje palcem na ekranie tabletu koncepcję aranżacji, a Images 2.5 w kilka sekund przekształca to w fotorealistyczną wizualizację. Stworzenie własnej koszulki przy użyciu gotowych szablonów również stanie się niezwykle proste.

    Model ma być również znacznie szybszy — podobno o połowę. Osobiście wielokrotnie doświadczałem długiego oczekiwania podczas generowania zdjęć w ChatGPT, czekając czasem kilkanaście minut na odpowiedź. W tej wersji ma to być płynniejsze, niczym rozmowa. Dla programistów przygotowano także dwa warianty: Flare i bardziej zaawansowany Sunburst.

    Czy to definitywny koniec internetowego śmietnika zalewanego przeciętnymi grafikami? Prawdopodobnie nie. Niemniej jednak, jeżeli wkrótce zauważysz, że na mediach społecznościowych coraz rzadziej pojawiają się obrazy generowane przez AI, z pewnością będziesz miał swojego winnego.

  • Nowy gatunek złodzieja może na Ciebie czyhać. Wykrada najcenniejszy zasób ery AI

    Nowy gatunek złodzieja może na Ciebie czyhać. Wykrada najcenniejszy zasób ery AI

    Czy posiadasz płatną wersję Claude’a? Uważaj, ponieważ istnieje ryzyko, że ktoś może beztwojej wiedzy wykorzystywać twój limit tokenów, a ty nawet nie zauważysz, że ponosisz koszty cudzej pracy.


    Złodzieje w erze internetu polowali na dane osobowe, hasła do kont bankowych i dane kart płatniczych, natomiast ich następcy w erze sztucznej inteligencji dążą do pozyskania zasobów, które napędzają nowoczesną rewolucję AI. Mowa tutaj o tokenach, które są niezbędne do działania każdego modelu językowego i rozliczane są w formie abonamentów, których wartość może sięgać 200 dolarów miesięcznie. Okazuje się, że mogą być one kradzione w sposób tak subtelny, że ofiara przez długie tygodnie nie zdaje sobie sprawy z tego, że ktoś inny korzysta z jej środków.

    Hakerzy mogą wykorzystywać twój abonament Claude’a

    Narzędzia takie jak Claude Code mają możliwość zastąpienia całych zespołów specjalistów, rozwiązując złożone problemy na zawołanie. W trakcie tej działalności zużywają jednak ogromne ilości tokenów, które są fragmentami tekstu, na jakie modele dzielą wszystko, co przetwarzają – każde pytanie, każda linijka kodu oraz każda odpowiedź to kolejne setki takich fragmentów odliczanych od limitu abonamentowego. Koszty abonamentów są znaczące, ponieważ w przypadku oferty Anthropic mówimy o próg startowym wynoszącym około 80 zł za plan Pro oraz nawet 200 dolarów (przeszło 900 zł) za najwyższy plan Max z priorytetem w kolejce.

    Użytkownicy ostrożnie podchodzą do pisania poleceń, ponieważ każde z nich generuje wydatki. Przykład Granta De Swardta – niezależnego konsultanta ds. AI z East Sussex – może więc być źródłem wielu nerwów, gdyż jego konta wykorzystywały tokeny w szybkim tempie bez jego wiedzy. Środki – a więc również pieniądze – dosłownie przeciekały przez palce, a Anthropic początkowo nie mogło zidentyfikować źródła problemu. Okazało się, że klucz sesji Claude wpadł w niepowołane ręce.

    Kiedyś kopali kryptowaluty, teraz spalają tokeny AI

    Pamiętacie mechanizm z czasów boomu kryptowalutowego, który polegał na przejmowaniu komputerów do cichego kopania cyfrowych monet dla hakera? Tym razem sytuacja jest podobna, z tą różnicą, że złodziej nie potrzebuje mocy obliczeniowej ofiary, wystarczy mu jedynie dostęp do cudzej serwerowni.

    Czytaj dalej poniżej

    ChatGPT będzie się od ciebie uczył. Ułatwi ci to pracę

    Grant De Swardt zgłosił incydent związany z znikającymi zasobami do Anthropic, co skutkowało zablokowaniem jego konta oraz unieważnieniem wszystkich aktywnych sesji, zatrzymując wykorzystywanie tokenów. Przeprowadzono również dochodzenie, które pozwoliło ustalić źródło problemu. Okazało się, że przeszedł klucz sesji Claude, który został wykorzystany do generowania nieautoryzowanych tokenów OAuth dla Claude Code – niestety, firma nie była w stanie ustalić, jak doszło do przejęcia.

    Ofierze nietypowej kradzieży zwrócono 44,49 £ za niewykorzystany okres abonamentu, ale nie rozwiązuje to problemu, ponieważ tożsamość sprawcy wciąż nie została ustalona. Zespół wsparcia technicznego nie dostarcza szczegółowego zestawienia użycia, więc gdyby nie czujność ofiary, ta dyskretna kradzież mogłaby trwać znacznie dłużej.

    O szczegółach tego incydentu można przeczytać na Reddicie w specjalnym wątku. Ważne jest, że podobnych przypadków jest tam więcej, co jest najbardziej niepokojące. Potwierdza się bowiem, że to nie pojedynczy przypadek, ale nowa gałąź cyberprzestępczości, trudna do wykrycia i zwalczania. Powodzenie wzbudza nadzieję, że Anthropic na część z incydentów natknęło się samodzielnie i poinformowało użytkowników, ale trudno określić, jak wiele takich niepożądanych procesów działa obecnie w tle, nie wiedząc o tym ofiary ani twórcy narzędzi. Bądźcie czujni i monitorujcie Claude’a, jeśli opłacacie subskrypcję.

  • Gdy PlayStation i XBOX się ociągają, ta „konsola” stawia je pod ścianą

    Gdy PlayStation i XBOX się ociągają, ta „konsola” stawia je pod ścianą

    Sony i Microsoft wciąż nie ogłosili daty premiery swoich nowych konsol, podczas gdy Valve już kilka miesięcy temu wprowadziło na rynek Steam Machine, wyzyskując moment zawahania swoich konkurentów.

    Obecna generacja konsol ma już prawie sześć lat, a ani Sony, ani Microsoft nie zademonstrowali jeszcze swoich nowych urządzeń w pełnej krasie. Sony zaktualizowało swoją ofertę o PlayStation 5 Pro, ale zmiany są jedynie nieznaczne, obejmujące lepsze podzespoły i bardziej zaawansowane oprogramowanie, które podnosi jakość gier dzięki technologii PlayStation Spectral Super Resolution. Na temat PlayStation 6 wiemy jedynie, że Sony stara się wyjść z ekosystemem w kierunku „poza salon”, łącząc granie stacjonarne z urządzeniami przenośnymi oraz usługami online. Niestety, szczegóły dotyczące samej konsoli, jej ceny ani specyfikacji wciąż pozostają nieznane.

    Stanowisko Microsoftu jest podobne. Nowy XBOX, znany jako Project Helix, ma ambicję stać się czymś więcej niż prostym następcą Series X|S. Firm głównie koncentruje się na analizie nowych modeli sprzedaży i sposobów na obniżenie kosztów produkcji, które rosną m.in. z powodu drogich pamięci i nośników SSD. Sugeruje to większe zaangażowanie chmury, subskrypcji oraz potencjalnie tańszych urządzeń o niższej wydajności. Asha Sharma, nowa szefowa działu gier w Microsoftcie, stwierdziła, że Project Helix zatarłby granice między tradycyjnym graniem na konsoli a doświadczeniem PC. Co dokładnie oznacza to stwierdzenie? Tego wciąż nie możemy powiedzieć, ale można przypuszczać, że nowa generacja przyniesie wiele niespodzianek.

    Valve nie czeka na nową generację konsol – ma swoją własną wizję

    Brak konkretnych informacji na temat przyszłości konsol wykorzystuje Valve, które doskonale wstrzeliło się w okres kryzysu pamięci RAM. Steam Machine pojawiło się na rynku pod koniec czerwca, a choć producent wyraźnie zaznacza, że nie jest to tradycyjna konsola, urządzenie zostało zaprojektowane z myślą o graniu przed telewizorem. Twórcy najpopularniejszej platformy sprzedażowej gier PC oraz Steam Decka już kilkanaście lat temu podjęli próbę realizacji podobnego pomysłu, jednak Steam Machines działające pod kontrolą SteamOS nie odniosły sukcesu. Dziś jednak sytuacja wygląda inaczej. Steam Deck udowodnił, że SteamOS może działać w formie konsolowej, a Proton, intensywnie testowany na Steam Decku, znacznie poprawił kompatybilność z grami przeznaczonymi dla systemu Windows. Właściciele Steam Machine nie muszą też zaczynać budowy swojej kolekcji gier od podstaw – po zalogowaniu mają dostęp do swojego dotychczasowego zbioru gier, zapisów w chmurze oraz całego konta.

    Steam Machine – nie jest idealne, ale wywiera presję

    W niedużej obudowie Steam Machine zainstalowano półstandardowy, 6-rdzeniowy i 12-wątkowy procesor od AMD w architekturze Zen 4, 16 GB pamięci DDR5 oraz 8 GB VRAM. Użytkownicy mogą wybierać między dyskami o pojemności 512 GB lub 2 TB, a SteamOS dostosowano do obsługi z kanapy przy wykorzystaniu kontrolera. Oferuje to wygodę znaną z tradycyjnych konsol, ale bez ograniczeń związanych z zamkniętymi ekosystemami PlayStation czy Xboksa.

    Czytaj dalej poniżej

    W ten sposób wymienisz baterię w sprzęcie Nintendo. Wcale nie jest łatwiej

    Steam Machine to interesujące rozwiązanie, lecz ma jeden znaczący problem. Podstawowa konfiguracja kosztuje w Polsce 4389 zł. To wciąż mniej niż obecne ceny PlayStation 5 Pro w naszym kraju, ale na tyle dużo, że za podobną kwotę można złożyć lepszy komputer. Testy pokazują również, że sprzęt Valve nie jest stworzony do bezkompromisowego grania w 4K. Mimo to, dla Sony i Microsoftu Steam Machine może być niewygodnym konkurentem. Valve nie musi czekać na „nową generację”, ponieważ ich sprzęt już teraz korzysta z ogromnej biblioteki gier PC, częstych promocji, modów, a także otwartego charakteru ekosystemu. Jeśli gracze zaczną postrzegać to urządzenie jako alternatywę dla konsol, PlayStation 6 oraz nowy Xbox będą musiały zaoferować coś więcej niż tylko wyższą wydajność.

  • Legendarny serial grozy powraca. Fani czekali na to latami

    Legendarny serial grozy powraca. Fani czekali na to latami

    Fani czekali na ten moment od miesięcy: antologia „Terror” powraca z trzecim sezonem – premiera jednocześnie z debiutem w USA!

    W nowym sezonie twórcy postanowili odejść od historycznych i wojennych realiów, jakie pamiętamy z poprzednich odsłon. Akcja przenosi nas do zamkniętego oddziału szpitala psychiatrycznego New Hyde. Głównym wątkiem nowej serii jest historia Peppera, pracownika firmy przeprowadzkowej z Queens, którego wybuchowy temperament i seria niefortunnych zdarzeń prowadzą do niesłusznego umieszczenia go w placówce dla ludzi zepchniętych na margines społeczny. W tę rolę wciela się Dan Stevens, znany z takich produkcji jak „Abigail”, „Legion” i „Downton Abbey”.

    Terror: Devil in Silver – 3. sezon serialu z premierą w Polsce

    Życie Peppera w New Hyde nie należy do łatwych. Musi uważać na nieprzyjaznych pacjentów oraz lekarzy, którzy skrywają własne tajemnice. Co gorsza, w szpitalu krąży tajemniczy potwór, żywiący się… ludzkim cierpieniem. Historia prowadzi do kluczowego pytania: czy największym zagrożeniem nie jest przypadkiem sam Pepper? Scenariusz oparty jest na powieści Victora LaValle’a o tym samym tytule, a autor współtworzył serial razem z Chrisem Cantwellem, znanym z produkcji „Halt and Catch Fire”. Reżyserią dwóch pierwszych odcinków zajmuje się Karyn Kusama, nominowana do Emmy, która wcześniej pracowała przy „Yellowjackets”. W ekipie producentów wykonawczych znajduje się również Ridley Scott.

    W przeciwieństwie do typowych opowieści grozy, „Devil in Silver” koncentruje się na krytyce amerykańskiego systemu psychiatrycznego. Twórcy ukazują losy ludzi, o których na co dzień zapomina ten system, wplatając ich trudne doświadczenia w intrygującą fabułę z nagłymi zwrotami akcji. Połączenie istotnego tematu społecznego z horrorem psychologicznym to niewątpliwie największy atut tego serialu, gdyż oferuje coś znacznie głębszego niż tanie straszydła.

    Gdzie oglądać Terror: Devil in Silver?

    Polska premiera odbędzie się równocześnie z amerykańską, w poniedziałek 21 września. Pierwszy odcinek zadebiutuje na antenie AMC o godzinie 3:00 w oryginalnej wersji angielskiej, a tego samego dnia o 22:00 zaplanowano powtórkę z tłumaczeniem. Taki harmonogram, z premierowym pokazem w nocy po angielsku oraz wieczorną powtórką z polskim lektorem, zostanie utrzymany przez cały sezon. Kolejne odcinki stacja pokaże w każdy poniedziałek o tych samych godzinach. Fani mają więc do wyboru: zarwać noc o trzeciej, aby obejrzeć wersję oryginalną, lub usiąść przed telewizorem wieczorem i włączyć wersję po polsku.

    Czytaj dalej poniżej

    Finałowy sezon kultowego sci-fi powróci szybciej niż myślisz! Padła data, jest też zwiastun!

    Poprzednie sezony „Terroru” ustawiły poprzeczkę wysoko, a znani twórcy za sterami dają nadzieję, że trzeci sezon również stanie się jesiennym hitem, nie tylko na AMC. Ta antologia od samego początku budowała silną reputację dzięki umiejętnemu łączeniu realnych wydarzeń historycznych z elementem grozy nadprzyrodzonej. Pierwszy sezon „Terroru” bazuje na powieści Dana Simmonsa, opowiadając dramatyczną wersję prawdziwej i tragicznej wyprawy kapitana Sir Johna Franklina, który w 1845 roku wyruszył na dwóch statkach – HMS Erebus i HMS Terror – w poszukiwaniu Przejścia Północno-Zachodniego. Mimo doskonałego przygotowania i nowoczesnego wówczas wyposażenia, załoga zostaje uwięziona w arktycznym lodzie, a ich walka o przetrwanie komplikuje nie tylko mróz i głód, ale także tajemnicza, nadprzyrodzona istota.

    Druga seria nie zdobyła tak entuzjastycznych recenzji. „The Terror: Infamy” całkowicie zmienił scenerię, przenosząc akcję do czasów drugiej wojny światowej oraz społeczności japońsko-amerykańskiej, która doświadcza serii tajemniczych, tragicznych zgonów. Główny bohater, Chester Nakayama, wraz z bliskimi trafi do obozu internowania dla Amerykanów japońskiego pochodzenia, gdzie musi zmierzyć się nie tylko z prześladowaniami ze strony rządu, ale także z mściwym duchem, domagającym się sprawiedliwości za dawne krzywdy.

    Czy warto obejrzeć 1. sezon „Terroru”? Gdzie jest dostępny?

    Największym ograniczeniem jest fakt, że serial nie jest dostępny w żadnym abonamencie, a można go jedynie nabyć w cenie 29,99 zł za sezon na Prime Video. Jeśli jeszcze nie widzieliście „Terroru”, początkowy wydatek może wydawać się znaczny, ale dla pierwszego sezonu naprawdę warto zainwestować te 30 zł.

  • Zebrali 1 mld USD i pokażą SpaceX, jak działa rakieta wielokrotnego użytku

    Zebrali 1 mld USD i pokażą SpaceX, jak działa rakieta wielokrotnego użytku

    Rynek komercyjnych lotów kosmicznych to znacznie więcej niż tylko SpaceX. Firma Stoke Space właśnie osiągnęła kolejny przełom na drodze do rewolucji w transporcie orbitalnym dzięki swojej innowacyjnej technologii.

    Pomimo braku dotychczasowych misji orbitalnych, Stoke Space ogłosiło zdobycie 1 miliarda dolarów w najnowszej rundzie finansowania. Całkowity kapitał zgromadzony przez firmę osiągnął już imponującą wysokość 2,3 miliarda dolarów, co zapewnia jej miejsce w gronie najbardziej obiecujących podmiotów w branży kosmicznej. Inwestorzy z widocznym entuzjazmem wspierają wizję założycieli, którzy rozpoczęli działalność w zaledwie sześć lat temu, w czasie szczytowego momentu pandemii COVID-19. Zgromadzone fundusze mają być przeznaczone na dokończenie prac nad pierwszą rakietą Nova Pathfinder oraz przyspieszenie rozwoju jej większej wersji.

    Co wyraźnie wyróżnia Stoke Space na tle konkurencji, to ambitny projekt zakładający wielokrotne wykorzystanie obu stopni rakiety. Zamiar odzyskania nie tylko pierwszego, ale także drugiego stopnia rakiety to innowacyjne podejście. W dolnym stopniu zastosowano silniki Zenith zasilane ciekłym metanem i tlenem, podczas gdy górny stopień będzie wyposażony w silnik Andromeda używający cieczy: wodoru i tlenu, z kilkunastoma komorami spalania umieszczonymi w pierścieniu. Taka konstrukcja pozwala osiągnąć wysoką sprawność w próżni kosmicznej oraz wykorzystać unikalną osłonę termiczną chłodzoną cieczą. Dzięki temu drugi stopień ma zdolność bezpiecznego przetrwania ekstremalnych warunków podczas powrotu do atmosfery z prędkości orbitalnych.

    Stoke Space dąży do konkurencji z Falconem 9

    Debiut rakiety Nova Pathfinder planowany jest na początek 2027 roku. Pierwszy lot stanowić będzie próbę dla nowatorskich technologii oraz zweryfikuje, czy koncepcja pełnego odzysku sprawdzi się w rzeczywistych warunkach kosmicznych. W podstawowej wersji, Nova Pathfinder oferować będzie udźwig około 3 ton na niską orbitę okołoziemską przy zachowaniu obu stopni rakiety oraz 7 ton, jeśli zrezygnujemy z ich odzyskiwania. Inżynierowie z Stoke Space rozszerzają jednak swoje ambitne plany, prowadząc równolegle prace nad większą konstrukcją, znaną jako Block 2.

    Docelowy wariant Block 2 ma zadebiutować w 2029 roku i według zapowiedzi, będzie zdolny do wynoszenia ładunków o masie do 15 ton w trybie pełnego odzysku. Takie osiągnięcie wprowadzi Stoke Space do segmentu średnich rakiet nośnych w momencie, gdy SpaceX może planować stopniowe zakończenie projektu Falcon 9 na rzecz systemu Starship. Firma zamierza skorzystać z rosnącego popytu na rynku wynoszenia satelitów, oferując niezawodne i w pełni odzyskiwalne rakiety, gotowe do częstych misji. Pozostaje nam tylko kibicować i życzyć powodzenia.

    Czytaj dalej poniżej


    Pierwsza prywatna rakieta poleciała na orbitę z Europy. Spectrum pisze historię

    źródło: Stoke Space