Autor: admin

  • Prime Video szykuje mocną jesień. Tych premier nie można przegapić!

    Prime Video szykuje mocną jesień. Tych premier nie można przegapić!

    Jesień 2026 na Prime Video przyniesie kilka naprawdę mocnych premier. Wracają znane seriale. Pojawią się też „Carrie” i „Blade Runner 2099”, więc jest na co czekać.

    Co obejrzeć na Prime Video? Jesień 2026

    Prime Video to interesująca platforma VOD. Z jednej strony koszt subskrypcji wynosi zaledwie około 70 zł rocznie, z drugiej jednak niektóre treści dostępne na platformie wymagają dodatkowych opłat w systemie PPV. Na szczęście wszystkie wymienione poniżej produkcje będą dostępne w ramach subskrypcji.

    Jesień 2026 na Prime Video zapowiada się niezwykle interesująco, szczególnie dla miłośników seriali. We wrześniu do uniwersum Reachera dołączy nowa historia o Neagley, październik przyniesie świeżą adaptację „Carrie”, a także powrót „The Terminal List”. W listopadzie doczekamy się trzeciego sezonu „Władcy Pierścieni: Pierścieni Władzy” oraz długo wyczekiwanego „Blade Runner 2099”. Bez wątpienia jest na co czekać.

    Screenshot

    Neagley – 16 września

    Jack Reacher ustępuje na chwilę miejsca „Neagley” – pierwszemu serialowemu spin-offowi jednego z największych hitów Prime Video. Główną bohaterką jest Frances Neagley, grana przez Marię Sten – była wojskowa, która obecnie działa jako prywatna detektyw w Chicago.

    Gdy dowiaduje się o podejrzanej śmierci bliskiej jej osoby, postanawia samodzielnie przeprowadzić śledztwo. Chociaż Jack Reacher, w tej roli Alan Ritchson, również pojawi się w serialu, zagra jedynie gościnnie. Pierwszy sezon składa się z ośmiu odcinków, które będą dostępne od 16 września.

    Czytaj dalej poniżej

    TVP i Prime Video mają nowy serial. Polacy takie uwielbiają

    The Love Hypothesis – 23 września

    Jedno z najpopularniejszych romansów ostatnich lat zostało zekranizowane. „The Love Hypothesis” powstało na podstawie książki Ali Hazelwood, a w głównych rolach występują Lili Reinhart i Tom Bateman.

    Olive, doktorantka, nawiązuje udawany związek z profesorem Adamem Carlsenem. Jak można się domyślić, układ szybko zaczyna się komplikować. Film wyreżyserowała Claire Scanlon, a scenariusz napisała Sarah Rothschild. Dla fanów komedii romantycznych to prawdopodobnie pozycja obowiązkowa.

    Carrie – 7 października

    „Carrie” autorstwa Stephena Kinga była już wiele razy adaptowana na ekranie, ale tym razem jego historię przenosi na mały ekran Mike Flanagan, autor takich hitów jak „Nawiedzony dom na wzgórzu”, „Zagłada domu Usherów” i „Doktor Sen”. Istnieje duża szansa, że nowa „Carrie” spełni oczekiwania widzów.

    To nie będzie kolejny film, lecz ośmioodcinkowy serial. Tytułową bohaterkę zagra Summer H. Howell. Nowa adaptacja ponownie opowiada o Carrie White, nastolatce odkrywającej swoje telekinetyczne zdolności, ale tym razem umieszcza tę historię we współczesnym świecie. Po śmierci ojca dziewczyna trafia do publicznej szkoły, gdzie staje w obliczu problemów związanych z przemocą rówieśniczą i internetowym hejtem. Wszystkie osiem odcinków zadebiutuje 7 października, co czyni Prime Video doskonałą opcją na halloweenowy maraton.

    The Terminal List – sezon 2 – 21 października

    Chris Pratt z powrotem wciela się w rolę Jamesa Reece’a. Na drugi sezon „The Terminal List” (Lista śmierci) fani musieli czekać ponad cztery lata, jednak w międzyczasie Prime Video rozbudowało serię o prequel „The Terminal List: Dark Wolf” (Mroczny Wilk).

    Nowe odcinki powstały na podstawie „Prawdziwego Wyznawcy”, drugiej powieści Jacka Carra o Reece’ie. Tym razem historia będzie mieć znacznie większy rozmach. Bohater zostaje wciągnięty w międzynarodowy spisek, który prowadzi go przez Afrykę, Bliski Wschód i Europę. Zamiast kolejnej opowieści o osobistej zemście otrzymujemy więc thriller szpiegowski rozgrywający się na kilku kontynentach. Wszystkie osiem odcinków zadebiutuje 21 października.

    Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy – sezon 3 – 11 listopada

    Jedna z największych produkcji Prime Video powraca po dwuletniej przerwie. Akcja trzeciego sezonu „Pierścieni Władzy” rozpoczyna się pięć lat po upadku Eregionu. Śródziemie pogrąża się w wojnie, armie Saurona zdobywają nowe terytoria, a sam Mroczny Władca dąży do wykucia Jedynego Pierścienia, który umożliwi mu podporządkowanie sobie całego Śródziemia.

    W rolach powracających m.in. Charlie Vickers jako Sauron, Morfydd Clark jako Galadriela, Robert Aramayo jako Elrond oraz Daniel Weyman jako Gandalf. Do obsady dołączyli także Jamie Campbell Bower jako Celeborn oraz Simon Pegg, który użyczy głosu Balrogowi. 11 listopada Prime Video udostępni pierwsze cztery odcinki sezonu, a kolejne zostaną wydane 18 i 25 listopada.

    Madden – 18 listopada

    Nie tylko serialami żyje Prime Video. Film „Madden” przedstawia historię Johna Maddena – trenera i komentatora, którego nazwisko jest od dziesięcioleci kojarzone z jedną z najpopularniejszych serii gier sportowych.

    W rolę Maddena wciela się Nicolas Cage, a Christian Bale zagra Ala Davisa, wieloletniego właściciela Raiders. John Mulaney pojawi się jako Trip Hawkins, założyciel Electronic Arts. Film w reżyserii Davida O. Russella ma na celu ukazanie drogi Maddena od sukcesów trenerskich z Raiders, przez karierę telewizyjną, po współpracę przy serii „Madden NFL”. Dla graczy może to być jedna z najciekawszych premier filmowych tej jesieni.

    Blade Runner 2099 – 25 listopada

    Na tę produkcję fani science fiction czekają od lat. „Blade Runner 2099” to kolejny rozdział w historii świata stworzonego przez Philipa K. Dicka, szeroko spopularyzowanego przez film Ridleya Scotta, a następnie rozwiniętego w „Blade Runner 2049” autorstwa Denisa Villeneuve’a.

    Akcja serialu rozgrywa się 50 lat po wydarzeniach przedstawionych w „Blade Runner 2049”. W głównych rolach występują Michelle Yeoh oraz Hunter Schafer, a Ridley Scott pełni rolę jednego z producentów wykonawczych. Serialem opiekuje się Silka Luisa, znana z „Shining Girls”. Pierwszy sezon składa się z ośmiu odcinków, które będą dostępne na Prime Video od 25 listopada.

  • Lidl, Biedronka, Jula czy Castorama? Porównujemy dmuchawy do liści

    Lidl, Biedronka, Jula czy Castorama? Porównujemy dmuchawy do liści

    Dmuchawa do liści: jaką wybrać?

    Grabienie liści może być przyjemne przez pierwsze pięć minut. Z biegiem czasu jednak staje się uciążliwe, zwłaszcza w przypadku większych ogrodów, podjazdów czy tarasów. Dmuchawa oferuje znacznie szybsze rozwiązanie do zbierania liści w jedną lokalizację, a niektóre modele z funkcją odkurzania mają także zdolność zbierania i rozdrabniania liści. Przeanalizowaliśmy, co w jesieni 2026 roku oferują Lidl, Biedronka, Jula i Castorama.

    Cena: 99 zł

    Jedną z najtańszych opcji w naszym zestawieniu jest prosta akumulatorowa dmuchawa Parkside, należąca do systemu X20V Team. Model PALB 20 A1 waży około 1,4 kg i może osiągnąć prędkość powietrza do 210 km/h. Rura została dodatkowo wyposażona w specjalną krawędź, która ułatwia podnoszenie wilgotnych i przyklejonych do podłoża liści.

    Urządzenie z akumulatorem 2 Ah działa do 15 minut, a z akumulatorem 4 Ah – do 30 minut. Ważne jest jednak, że akumulator i ładowarka nie są dołączone do zestawu, co sprawia, że jest to szczególnie korzystny wybór dla tych, którzy już korzystają z innych urządzeń Parkside X20V Team.

    Czytaj dalej poniżej


    Lidl wyprzedaje akumulatory Parkside. 30% taniej na wszystkie warianty

    Cena: 279 zł

    Kolejna propozycja od marki dostępnej w Lidlu nie tylko zdmuchuje liście, ale także je zasysa i rozdrabnia (maksymalna redukcja objętości wynosi 15:1). Odpady trafiają do 40-litrowego worka. Prędkość powietrza osiąga również 210 km/h, a przepływ wynosi 570 m³/h. Do dyspozycji mamy sześć poziomów pracy oraz tryb turbo.

    Urządzenie wymaga dwóch akumulatorów X20V Team, które podobnie jak w modelu PALB 20 A1 nie są dołączone do zestawu. Należy również pamiętać o ograniczeniach — sprzęt nie jest przystosowany do zasysania mokrych liści, ziemi, piasku ani kamieni.

    Cena: 199 zł

    Jeśli nie przeszkadza Ci kabel ciągnący się za Tobą podczas pracy, warto rozważyć dmuchawę Blaupunkt LB3010 z Biedronki. Urządzenie oferuje potężny strumień powietrza. Silnik ma moc 3000 W (moc znamionowa) i 3500 W (moc maksymalna), a prędkość nadmuchu sięga 350 km/h. Do wyboru są dwa tryby pracy: normalny i turbo.

    Dmuchawa waży 2,7 kg i jest przede wszystkim urządzeniem do dmuchania — nie ma funkcji zasysania ani rozdrabniania liści. Sprawdzi się w sytuacjach, gdy zależy nam głównie na szybkim zebranie liści w jedno miejsce. Warto pamiętać o przedłużaczu, ponieważ kabel wychodzący z urządzenia ma jedynie 30 cm długości.

    Cena: 219 zł

    Marka NAC, dostępna w Biedronce, poszerza ofertę o urządzenie 3 w 1, które może zdmuchiwać, zasysać i rozdrabniać liście. Silnik ma moc 3200 W, a prędkość powietrza dochodzi do 250 km/h. Rozdrobnione odpady trafiają do 40-litrowego worka, a stopień rozdrabniania wynosi 10:1.

    Końcówka rury posiada kółka, które ułatwiają prowadzenie po podłożu, a pasek odciążający ręce pozwala na wygodniejszą pracę w dłuższym okresie. To interesująca opcja dla tych, którzy chcą od razu zbierać liście, a nie tylko tworzyć kolejne sterty.

    Cena: 99,99 zł

    Alternatywa dla małego Parkside’a dostępna jest w Juli. Akumulatorowa dmuchawa Meec Tools pracuje z napięciem 18 V, waży 1,4 kg i osiąga prędkość powietrza do 150 km/h oraz przepływ 420 m³/h.

    Brak regulacji mocy oraz dodatkowych funkcji sprawia, że to prosty i lekki sprzęt do oczyszczania ścieżek, tarasu czy niewielkiego ogrodu. Akumulator należy dokupić osobno lub wykorzystać istniejący, zgodny z systemem Meec Tools Multiseries.

    Cena: 349 zł (w promocji do 27 września)

    Ryobi prezentuje wydajniejszą dmuchawę akumulatorową. Model 36 V z bezszczotkowym silnikiem, regulacją prędkości oraz trybem turbo osiąga przepływ powietrza do 936 m³/h, przy maksymalnej prędkości wynoszącej 176 km/h.

    Urządzenie należy do systemu Ryobi MAX POWER 36 V, jednak akumulator i ładowarka muszą być nabyte oddzielnie. Regularna cena przed obniżką wynosiła 699 zł, więc aktualna promocja wydaje się być korzystna.

    Cena: 159 zł

    Jula oferuje także urządzenie sieciowe 2 w 1. Sprzęt Meec Tools może zdmuchiwać i zasysać liście, a wbudowany mechanizm dodatkowo je rozdrabnia. Silnik o mocy 3500 W, prędkość powietrza do 270 km/h i przepływ wynoszący 792 m³/h to jego atuty.

    Rozdrobnione liście trafiają do 35-litrowego worka. Dodatkowe kółka, pasek na ramię oraz bezstopniowa regulacja prędkości zwiększają komfort użytkowania.

    Cena: 99 zł

    Warto zwrócić uwagę na Wuber jako jedną z najtańszych wielofunkcyjnych konstrukcji w tym zestawieniu. Sieciowe urządzenie posiada silnik o mocy 3000 W i łączy funkcje dmuchawy, odkurzacza oraz rozdrabniacza. Prędkość powietrza do 275 km/h i przepływ do 780 m³/h sprawiają, że to praktyczny wybór, a 35-litrowy worek zbiera odpady rozdrobnione w proporcji 10:1.

    Sprzęt posiada sześciostopniową regulację obrotów, pasek oraz kółka ułatwiające prowadzenie urządzenia. Należy jednak pamiętać, że oferta pochodzi od zewnętrznego sprzedawcy Wuber i jest dostępna tylko online — nie kupimy dmuchawy w stacjonarnie w Castoramie.

    Cena: 319 zł

    Dla osób poszukujących rozwiązania bez kabla, Wuber oferuje bezszczotkową dmuchawę akumulatorową 40 V. Urządzenie osiąga prędkość powietrza do 220 km/h i przepływ 846 m³/h, a także oferuje płynną regulację oraz tryb turbo. Bez akumulatorów waży 1,8 kg.

    Sprzęt należy do systemu Share+ i do działania wymaga jednoczesnego podłączenia dwóch akumulatorów, które należy nabyć osobno.

    Cena: 359 zł

    W zestawieniu znajduje się także dmuchawa spalinowa. Wuber W43436 dysponuje dwusuwowym silnikiem o pojemności 25,4 cm³ i mocy 0,75 kW. Osiąga prędkość powietrza 245 km/h oraz przepływ 612 m³/h.

    Sprzęt ten nie wymaga dostępu do gniazdka ani ładowania akumulatorów, ale jego waga wynosi 4,5 kg, a do pracy potrzebna jest mieszanka paliwowo-olejowa. Jest to rozwiązanie dedykowane przede wszystkim dla większych działek i do pracy w miejscach oddalonych od źródła zasilania.

    Jaką dmuchawę do liści wybrać?

    Do niewielkiego ogrodu, tarasu czy podjazdu najlepszym rozwiązaniem będzie lekka dmuchawa akumulatorowa. Jeśli już posiadasz baterie Parkside lub Meec Tools, zakup samego urządzenia może wynieść około 100 zł. Dla większych powierzchni warto zwrócić uwagę nie tylko na prędkość powietrza, ale także na jego przepływ. Różnice między tymi parametrami są istotne: wysoki przepływ, podawany w m³/h, ułatwia przemieszczenie większej ilości liści, natomiast duża prędkość strumienia pomaga w radzeniu sobie z cięższymi lub przyklejonymi do podłoża zanieczyszczeniami.

    Jeszcze bardziej praktycznym wyborem może okazać się model z funkcją odkurzania i rozdrabniania. Zamiast tylko zgarniania odpadów w jedną stertę, taki model zasysa je do worka, zmniejszając ich objętość. Urządzenia sieciowe są zazwyczaj dostępne w przystępnych cenach i nie ogranicza ich czas pracy akumulatora, ale wymagają dostępu do gniazdka i przedłużacza. Z kolei sprzęt akumulatorowy oferuje znacznie większą swobodę, natomiast dmuchawa spalinowa ma sens przede wszystkim na dużych terenach oraz w miejscach, gdzie dostęp do energii elektrycznej jest utrudniony.

  • Ten e-mail opróżnia konta bankowe. Uważaj!

    Ten e-mail opróżnia konta bankowe. Uważaj!

    Nowa próba oszustwa to jeden mail i utracone oszczędności życia. Nie warto ryzykować!

    W dzisiejszych czasach zaawansowanego phishingu nawet jedna niepozorna wiadomość e-mail może prowadzić do utraty oszczędności życia. Służby ostrzegają, że oszuści znaleźli nowy sposób na uśpienie naszej czujności. Chodzi o fałszywą weryfikację konta, która może mieć tragiczne skutki…

    Dostałeś taki e-mail z banku? Natychmiast usuń!

    Podczas porannego przeglądania skrzynki e-mailowej łatwo można przeoczyć istotną wiadomość lub zignorować coś, co wymaga naszej uwagi. Najgorzej, gdy nasza koncentracja zostanie skierowana na rzekomy e-mail od banku, sugerujący konieczność natychmiastowej weryfikacji naszego konta. Robimy to w obawie przed utratą dostępu do karty i pieniędzy, klikamy w link zawarty w wiadomości, podajemy wymagane informacje i po sprawie. Niestety, w ten sposób nie tylko nie załatwimy żadnych istotnych formalności, ale również stracimy oszczędności życia. Według służb, w arsenale cyberprzestępców pojawiło się nowe narzędzie: wspomniany e-mail od banku.

    Choć metoda ta jest stosunkowo nowa, opiera się na sprawdzonych sposobach wywierania presji. „Presja” to kluczowe słowo – oszuści informują nas o konieczności podania szeregu danych, w przeciwnym razie grożą poważnymi problemami. Jakie informacje od nas oczekują? To m.in.:

    • natychmiastowe potwierdzenie tożsamości
    • aktualizacja profilu bezpieczeństwa na koncie online
    • zweryfikowanie danych teleadresowych po rzekomej zmianie regulaminu

    Link zawarty w mailu prowadzi do strony, która łudząco przypomina prawdziwą witrynę banku. Podajemy nasze dane logowania (nawet jednorazowe kody weryfikacyjne), a oszuści pozyskują te informacje, co umożliwia im dostęp do naszego konta. Metoda ta zyskała na popularności na południu Europy (w Grecji), jednak wygląda identycznie niezależnie od regionu.

    Nie daj się złapać i chroń siebie w sieci

    Wobec tak wielu, czasami wyrafinowanych zagrożeń, można odnieść wrażenie, że jesteśmy całkowicie bezradni. Jednak nie jest to prawda – wszystko zależy od naszego podejścia do informacji płynących z poczty e-mail, wiadomości SMS czy rozmów telefonicznych. Choć w całym systemie bezpieczeństwa człowiek może być najsłabszym ogniwem, to samodzielnie możemy zadziałać najskuteczniej – a nie żadne programy antywirusowe czy skrypty. Jak zatem skutecznie się chronić? Przede wszystkim wdrożyć zasadę ograniczonego zaufania. Weryfikujmy każdą informację i szczegół, sprawdzajmy, z jakiej domeny pochodzi wiadomość e-mail, a także numer telefonu, z którego dzwonią. W razie wątpliwości możemy samodzielnie skontaktować się z bankiem.

    Warto również znać procedury stosowane przez prawdziwe banki, ponieważ oszuści podszywający się pod nie często wymagają od nas rzeczy, których prawdziwy bank nigdy nie zażąda. Nasz bank nigdy nie wyśle nam linków do logowania ani nie poprosi o podanie loginu, hasła czy jednorazowych kodów. Oczywiście, weryfikacja nastąpi, ale nie poprzez podanie tych informacji. Dodatkowo, podczas rozmowy z rzeczywistym pracownikiem otrzymamy odpowiedni monit w aplikacji mobilnej, co pozwoli nam zweryfikować jego tożsamość. Gdy widzimy e-mail od banku, który wymaga kliknięcia w link, mamy pewność, że stoi za nim oszustwo – nie ryzykujmy. Zalogujmy się do naszej aplikacji mobilnej, skontaktujmy się z pracownikiem banku i poinformujmy go o sytuacji.

  • Pięć powodów, by nie kupować słuchawek Bluetooth. I dwa, dla których warto

    Pięć powodów, by nie kupować słuchawek Bluetooth. I dwa, dla których warto

    Oto powody, dla których nie warto kupować słuchawek bezprzewodowych – i kilka argumentów zachęcających do ich zakupu.

    Czy warto zainwestować w słuchawki bezprzewodowe? Istnieją argumenty zarówno przeciw, jak i za ich zakupem. Przeanalizujmy, co sprawia, że słuchawki bezprzewodowe są tak kontrowersyjnym wyborem.

    Słuchawki bezprzewodowe zdobywają coraz większą popularność, co wiąże się z ich wygodą oraz rosnącą tendencją do rezygnacji z tradycyjnych gniazd słuchawkowych w smartfonach. Już w modelach takich jak iPhone, Google Pixel czy flagowce Samsunga trudno znaleźć gniazdo mini-jack. Jednak telefony to nie jedyne urządzenia do słuchania muzyki – czy mimo to zakup słuchawek bezprzewodowych jest rozsądny? Zobaczmy, jakie są argumenty zarówno za, jak i przeciw ich posiadaniu.

    5 powodów, dla których zrezygnować z słuchawek bezprzewodowych

    • Wyższa cena za tę samą jakość audio – Aby uzyskać dźwięk porównywalny z modelem przewodowym, za słuchawki bezprzewodowe musimy zapłacić znacznie więcej. Te urządzenia zawierają nie tylko komponenty do przetwarzania dźwięku, lecz także technologie do łączności, synchronizacji obu słuchawek oraz zasilania. To więcej elementów, za które płacimy, a które wpływają na końcową cenę. W efekcie, w porównaniu do słuchawek przewodowych w tej samej cenie, to one będą brzmieć lepiej.
    • Gorsza jakość dźwięku i opóźnienia – Technologia Bluetooth zawsze wiąże się z kompresją stratną, przez co jakość dźwięku dostarczanego do słuchawek jest gorsza niż w przypadku połączenia kablowego. Nawet zaawansowane kodeki, takie jak LDAC czy aptX Lossless, nie zapewniają pełni jakości bezstratnych plików muzycznych. Dodatkowo, pojawiające się opóźnienia mogą utrudniać komfortowe korzystanie z takich słuchawek podczas rozmów, np. przez Discord.
    • Problemy z baterią – Z biegiem czasu nawet najlepsze akumulatory litowo-jonowe ulegają degradacji. Spadek pojemności oznacza krótszy czas pracy na jednym ładowaniu, co wiąże się z koniecznością częstszego ładowania słuchawek. W efekcie ich ogólna wydajność może znacząco się pogorszyć, co wpływa na komfort użytkowania.
    • Trudność w naprawach – Naprawy uszkodzonych słuchawek bezprzewodowych mogą być kosztowne. Wymiana prostego kabla nie wchodzi w grę, a skomplikowana konstrukcja wewnętrzna słuchawek sprawia, że naprawy mogą być nieopłacalne.
    • Płatność za zbędne funkcje – Wiele modeli oferuje dodatkowe funkcje, takie jak sterowanie dotykowe czy mikrofon, który zazwyczaj działa średnio. To wszystko podnosi cenę, a użytkownik często nie korzysta z tych opcji.

    A może jednak warto zainwestować w słuchawki bezprzewodowe?

    To nie jest tak, że słuchawki bezprzewodowe mają tylko wady. Ich największą zaletą jest wygoda wynikająca z braku kabli. Umożliwiają swobodne poruszanie się bez obaw o splątanie przewodów czy ich zerwanie. Nowoczesne modele często oferują aktywną redukcję hałasu, co może znacząco podnieść komfort użytkowania w hałaśliwych warunkach, takich jak podróże.

    Dzięki możliwości łatwego przełączania się między urządzeniami, używanie słuchawek w domu i biurze staje się o wiele bardziej komfortowe. Niezależnie od tego, czy słuchasz muzyki z telefonu, laptopa czy konsoli, jakość dźwięku jest zadowalająca.

    Czytaj dalej poniżej


    Recenzja Jabra Evolve2 Buds. Najlepsze słuchawki TWS do pracy?

    Optymalne rozwiązanie? Posiadanie obu typów słuchawek. Bezprzewodowe na zewnątrz, a przewodowe (z wysokiej półki) w domu. Warto zainwestować w oba typy, aby nie żałować wyboru. W moim doświadczeniu, wysokiej jakości słuchawki przewodowe mogą służyć przez wiele lat, a nawet dekadę, bez konieczności wymiany z powodu problemów z baterią.

  • Ma ponad 5 metrów długości, a pali jak kompakt. Sprawdziłem nowego Lexusa ES

    Ma ponad 5 metrów długości, a pali jak kompakt. Sprawdziłem nowego Lexusa ES

    Nowy Lexus ES aspiruje do roli następcy modelu LS, oferując przestronność, komfort oraz zaskakująco niskie spalanie. W tej kategorii cenowej użytkownicy mogą jednak oczekiwać więcej.

    Do niedawna flagową limuzyną Lexusa w Europie był słynny model LS, ale jego wycofanie pozostawiło lukę, którą japońska marka musiała wypełnić. Choć koncern nie komunikuje tego bezpośrednio, wydaje się, że to model ES ma zająć jego miejsce. Podczas specjalnej prezentacji dla mediów miałem przyjemność przetestować nową hybrydową wersję ES-a, który stał się większy, zyskał ostrzejsze linie i w końcu oferuje multimedia zgodne z współczesnymi standardami. W Polsce zamówiono już 700 egzemplarzy, czy słusznie?

    ES stał się większy i znacznie odważniejszy

    Jedno spojrzenie na ósmą generację Lexusa ES wystarczy, aby dostrzec, że japońscy projektanci poszli o krok dalej niż tylko wykonali lifting. Nowy ES zyskał długość, mierząc aż 5,14 m, stał się bardziej masywny i nieco wyższy. Duży, charakterystyczny grill został zastąpiony bardziej minimalistycznym, zintegrowanym rozwiązaniem, które harmonijnie współgra z wąskimi reflektorami, nadającymi mu futurystyczny wygląd.

    Samochód ma być luksusową limuzyną z odrobiną sportowego zacięcia. Charakteryzuje się ostrymi, czasami kanciastymi liniami oraz wyraźnie opadającą linią dachu – to więc dość złożony projekt, który może nie przypaść do gustu kierowcom oczekującym klasycznego, eleganckiego sedana.

    W środku? Mnóstwo miejsca i wielki tablet

    Podczas testów żartowaliśmy, że nowy ES to idealny pojazd dla kierowców Ubera Black. Dlaczego? Wnętrze zapewnia niesamowicie dużo przestrzeni, zarówno dla kierowcy, jak i pasażera. Na tylnej kanapie można komfortowo się rozłożyć (1102 mm przestrzeni na nogi), nie zmuszając kierowcy do przesuwania fotela – pasażer ma również możliwość skorzystania z dużego podłokietnika. Bagażnik mieści 493 litry, co sprawia, że spakowanie się na dłuższy wyjazd nie powinno sprawić problemu.

    Przednia część wnętrza to z kolei ciekawe połączenie nowoczesności z tradycją – 14-calowy tablet oraz zestaw przycisków do obsługi klimatyzacji.

    Dwa porty USB-C oraz dwie ładowarki bezprzewodowe zapewniają wygodę, a minimalistyczna przekładnia biegów jest dobrze umiejscowiona. Kierownica została delikatnie zmniejszona, a tuż za nią znajduje się 12,3-calowy zestaw zegarów, którego ekran nie wystaje. Lexus stawia na minimalizację rozpraszania uwagi kierowcy.

    Skupmy się na tablecie. To największy ekran Lexusa, ale jego rozmiar nie przekłada się na komfort użytkowania. Interfejs przypomina stare tablety z Androidem, jest wizualnie prosty, jednak niektóre opcje są dziwnie schowane i wymagają przeszukiwania kilku zakładek. Zdarzały się też okresowe przycięcia i spowolnienia animacji, co w samochodzie klasy premium nie powinno mieć miejsca.

    Należy także zwrócić uwagę na asystenta głosowego, aktywowanego poleceniami „hej Lexus” lub „cześć Lexus”. Jego funkcjonalność ogranicza się głównie do ustawiania klimatyzacji i podobnych podstawowych czynności – znalezienie najbliższej stacji benzynowej okazało się problematyczne. W obliczu rozwoju AI zaskakuje, jak niską jakość mają asystenci przy miejscach w nowoczesnych samochodach.

    Na pokładzie znalazło się również nagłośnienie od Mark Levinson, ale i w tym przypadku doświadczono lekkiego rozczarowania. System ma wyraźny bas, ale wysokie tony bywają nieprzyjemne – konieczne jest poświęcenie czasu na ustawienia korektora.

    Jednak w ogólnej ocenie podróż w nowym, hybrydowym Lexusie ES jest przyjemna. Wersja FWD, którą testowałem na początku, była nieco uboga wizualnie, ale po przesiadce do wersji AWD, z eleganckim orzechowym skórzanym wykończeniem, można już poczuć się naprawdę premium. A skoro już mowa o wersjach, przejdźmy do jazdy hybrydowym Lexusem.

    Największe zaskoczenie? Spalanie

    Do testów otrzymałem bazową, hybrydową wersję Lexusa ES 300h z 2,5-litrowym silnikiem benzynowym oraz akumulatorem litowo-jonowym i przekładnią hybrydową eAxle. Jazdy odbywały się po Kopenhadze i jej okolicach, gdzie surowo egzekwowane są ograniczenia prędkości, więc nie miałem zbyt wielu okazji na pełne wykorzystanie potencjału 201 KM systemowej mocy. Gdzie jednak udało się przycisnąć, szybko okazywało się, że Lexus ES 300h – mimo zapewnień producenta o niskim hałasie wewnątrz – dość głośno reaguje przy mocniejszym wciśnięciu gazu.

    Samochód radzi sobie również sprawnie z progami i nierównościami, chociaż zawieszenie jest sztywniejsze niż w poprzednim modelu. Wersję FWD prowadzi się lekko i przyjemnie, jednak dopiero przesiadka na AWD przynosi poczucie pełnej responsywności i większej precyzji – różnice w przyspieszeniu są zauważalne, FWD osiąga setkę w 8 sekund, a AWD w 7,7 sekundy.

    A co ze spalaniem? Lexusem ES 300h w wersji FWD udało mi się uzyskać wynik na poziomie 5 l/100 km w cyklu mieszanym, a wersja AWD osiągnęła imponujące 4,3 l/100 km. To chyba największa zaleta nowego ES-a – przy takich gabarytach uznaje się to za znakomity wynik.

    Duża limuzyna i duża cena

    Nowy ES jest ogromny, niezwykle przestronny z tyłu i potrafi spalić mniej niż niejeden kompakt. Mimo to, nie wszystko wyszło perfekcyjnie – multimedia nadal wymagają dopracowania, a wygląd oraz charakter wnętrza mocno zależą od wybranej wersji.

    Pomimo to, trudno podważyć jedną zasadniczą cechę nowego ES-a – Lexus stworzył samochód bardzo charakterystyczny i świetnie dopasowany do oczekiwań dużej, komfortowej limuzyny. Auto prowadzi się doskonale, mimo ponad 5 metrów długości. Nie wywołuje jednak takiego efektu wow, jakiego można by oczekiwać w tej klasie cenowej. A co z ceną? 260 100 zł za bazowy ES 300h FWD i 273 100 zł za wariant AWD. To kwoty niemałe, ale po licznych zamówieniach przedpremierowych jasno widać, że nie odstraszają one klientów. 700 zamówień w ciemno świadczy o zaufaniu Polaków do japońskiej marki.

  • Oto gry przez które tej jesieni nie wyjdziesz z domu

    Oto gry przez które tej jesieni nie wyjdziesz z domu

    Jesień to doskonały czas na nadrobienie gier, które umknęły nam wcześniej oraz na odkrywanie nowych tytułów – szczególnie w roku 2026, który przynosi na PC mnóstwo znakomitych premier oraz długo oczekiwanych kontynuacji.

    W co grać na PC? Jesień 2026 – najważniejsze premiery i tytuły, które warto nadrobić

    Jakie tytuły umilić sobie czas na PC jesienią 2026? Pierwsze duże premiery we wrześniu, takie jak „The Blood of Dawnwalker” i „Onimusha: Way of the Sword”, już za nami, a w nadchodzących tygodniach czekają na nas „Silent Hill: Townfall”, „CONTROL Resonant”, „Gears of War: E-Day”, „Call of Duty: Modern Warfare 4” oraz „Phantom Blade Zero”. Podpowiadamy, które nowe gry warto ograć tej jesieni oraz co nadrobić, gdy za oknem panują sprzyjające warunki do spędzenia czasu przed komputerem.

    The Blood of Dawnwalker

    Jedna z najważniejszych polskich premier roku jest już dostępna. „The Blood of Dawnwalker” zadebiutował 3 września na PC, PS5 i Xbox Series X/S. Gra została stworzona przez studio Rebel Wolves, utworzone przez byłych twórców „Wiedźmina 3” i „Cyberpunka 2077”.

    To mroczne RPG akcji, osadzone w XIV-wiecznej Europie, w którym wcielamy się w Coena – człowieka za dnia i wampira nocą, który stara się uratować swoją rodzinę. Pora dnia wpływa na dostępne umiejętności i sposoby rozwiązywania problemów. Jeśli szukasz rozbudowanego RPG-a na długie jesienne wieczory, jest to jeden z oczywistych wyborów.

    Onimusha: Way of the Sword

    4 września na PC zadebiutowała „Onimusha: Way of the Sword”. Capcom pierwotnie planował premierę na 25 września, jednak ostatecznie przyspieszył ją o trzy tygodnie. To pierwsza zupełnie nowa odsłona serii od ponad 20 lat.

    Czytaj dalej poniżej

    Oddajesz krew? Grasz za darmo! Świetna akcja twórców Vampire Survivors

    Akcja rozgrywa się w opanowanym przez demony Kioto na początku epoki Edo, a głównym bohaterem jest Miyamoto Musashi. Dla miłośników tytułów takich jak „Sekiro” oraz „Nioh”, którzy dalej marzą o efektownych pojedynkach mieczem w japońskich realiach, warto dać Onimusha szansę.

    Silent Hill: Townfall

    24 września na PC i PS5 zadebiutuje „Silent Hill: Townfall”. Tym razem seria przenosi nas do fikcyjnego szkockiego miasteczka. To dopiero drugi przypadek w historii tej marki, kiedy akcja nie dzieje się w USA (pierwszy to „Silent Hill f”, gdzie eksplorowaliśmy Japonię lat 60.).

    Gracz wciela się w Simona Ordella, który budzi się w wodzie obok doków w mieście St. Amelia. Rozgrywka łączy eksplorację, unikanie zagrożeń, oszczędnie dawkowaną walkę oraz zagadki. Na długi jesienny wieczór ze słuchawkami i wyłączonym światłem, trudno o bardziej odpowiednią propozycję.

    CONTROL Resonant

    Tego samego dnia zadebiutuje „CONTROL Resonant”. Studio Remedy Entertainment przenosi akcję na Manhattan, zdeformowany przez nadprzyrodzone moce.

    Głównym bohaterem, w którego się wcielimy, jest Dylan Faden, znany z pierwszego „Control”. Jesse nadal odgrywa ważną rolę w historii, ale tym razem to jej brat znajduje się w centrum wydarzeń. Remedy rozwija przy tym dotychczasową formułę, wprowadzając elementy action RPG. Dla fanów „Control” i „Alan Wake 2” to zdecydowanie jedna z najważniejszych premier tej jesieni.

    Gears of War: E-Day

    6 października powróci Marcus Fenix. „Gears of War: E-Day” jest prequelem pierwszej części serii, który osadzony jest 14 lat przed wydarzeniami z tamtej odsłony. Zobaczymy początek inwazji szarańczy, a Marcusowi ponownie będzie towarzyszył Dominic Santiago.

    Twórcy zapowiadają powrót do cięższego, bardziej horrorowego klimatu pierwszych gier z tej serii. Tytuł od dnia premiery będzie dostępny w PC Game Pass. Jeśli pragniesz intensywnej, widowiskowej kampanii zamiast kolejnego rozległego otwartego świata, warto zaznaczyć 6 października w kalendarzu.

    Call of Duty: Modern Warfare 4

    Jesień bez Call of Duty? Tym razem to niemożliwe. „Modern Warfare 4” zadebiutuje 23 października. Kampania rozpocznie się od pełnoskalowego konfliktu na Półwyspie Koreańskim, a Captain Price będzie prowadził własne operacje poza oficjalnymi strukturami.

    Gra pojawi się na PC, PS5, Xbox Series X/S oraz Nintendo Switch 2. Dla osób, które regularnie wracają do Call of Duty, ta odsłona, w której cykl ma już ponad miliard różnych tytułów, będzie jedną z największych premier października.

    Phantom Blade Zero

    29 października ukaże się „Phantom Blade Zero”. Premiera pierwotnie planowana na 9 września została ostatecznie przesunięta na koniec października.

    To efektowna gra akcji inspirowana chińską mitologią, steampunkiem oraz sztukami walki, która stawia na błyskawiczne pojedynki, widowiskowe animacje i mroczny świat fantasy. Jeśli bardziej cenisz wymagającą walkę oraz efektowne starcia niż setki dialogów, jest na co czekać.

    Co warto nadrobić z początku 2026 roku?

    Jesienne premiery to zaledwie część tegorocznego katalogu. Wciąż są inne hity, które ukazały się w tym roku, ale być może nie mieliśmy jeszcze okazji ich wypróbować.

    27 lutego zadebiutował „Resident Evil Requiem” – kolejna duża odsłona survival horroru od Capcomu, obok Silent Hilla stanowiąca pozycję obowiązkową na jesienne wieczory.

    Fani wymagających pojedynków mogą sięgnąć po „Nioh 3”, dostępne od 6 lutego. Gra rozwija formułę znaną z poprzednich części, umożliwiając przełączanie się między stylami samuraja i ninja.

    19 marca na rynku pojawił się natomiast „Crimson Desert” – rozbudowana przygodowa gra akcji z otwartym światem. Miesiąc później, 17 kwietnia, na PC zadebiutowała długo oczekiwana PRAGMATA, czyli produkcja science fiction od Capcomu, która łączy dynamiczną akcję z elementami logicznymi.

    Na liście tytułów do nadrobienia warto również uwzględnić „007 First Light”. Produkcja autorstwa twórców Hitmana zadebiutowała 27 maja i przedstawia zupełnie nową historię młodego Jamesa Bonda, który dopiero rozpoczyna swoją karierę w MI6.

  • Wiedźmin 3 dostaje drugie życie. CD Projekt szykuje wielki powrót

    Wiedźmin 3 dostaje drugie życie. CD Projekt szykuje wielki powrót

    Nasza duma narodowa będzie najwyraźniej trwała wiecznie, ponieważ CD Projekt RED nie pozwoli światu zapomnieć o swoim flagowym tytule. Minęło już 11 lat od premiery „Dzikiego Gonu”, ale gra jeszcze w tym miesiącu zyska nowe życie. „Wiedźmin 3: Remaster” zadebiutuje już 29 września 2026 roku. Sprawdzamy, co się zmieni, kto otrzyma go za darmo i co wiadomo o nowym dodatku „Pieśni przeszłości”.

    Wiedźmin 3: Remaster – co się zmieni, ile kosztuje i kiedy wyjdzie?

    Trzecia odsłona serii o Wiedźminie powraca. „Wiedźmin 3: Dziki Gon – Remaster” to gruntownie odświeżona wersja gry z 2015 roku. Premiera odbędzie się już 29 września 2026 roku, a dotychczasowi posiadacze tego tytułu na obsługiwanych platformach otrzymają aktualizację bez dodatkowych opłat. Na tym jednak nie koniec. W 2027 roku Geralt powróci w jeszcze jednym pełnoprawnym dodatku fabularnym.

    Wiedźmin 3: Remaster – kiedy premiera?

    „Wiedźmin 3: Dziki Gon – Remaster” zadebiutuje 29 września 2026 roku na PC, PlayStation 5, Xbox Series X|S oraz Nintendo Switch 2. W przypadku konsoli Nintendo będzie to natywna wersja, przygotowana z myślą o nowym sprzęcie, a nie starsza edycja uruchamiana dzięki kompatybilności wstecznej. Na PC Wiedźmin 3 po raz pierwszy pojawi się również w Battle.net.

    Remaster nie trafi natomiast na PlayStation 4, Xbox One ani na pierwszy Nintendo Switch.

    Ile będzie kosztował Remaster Wiedźmina 3?

    Jeśli posiadacie już „Wiedźmina 3” na jednej z obsługiwanych platform, Remaster otrzymacie bez dodatkowych opłat. Dotyczy to właścicieli gry na PC, PlayStation 5 oraz Xbox Series X|S.

    Czytaj dalej poniżej

    Wiedźmin 3 wraca, GTA VI zachwyca, a Xbox strzela PlayStation do pustej. Co słychać w branży gier?

    Nieco inaczej wygląda sytuacja w przypadku konsol Nintendo. Osoby posiadające „Wiedźmina 3” na pierwszym Switchu będą mogły bezpłatnie odebrać wersję Remastered na Nintendo Switch 2.

    Nowi gracze będą musieli zakupić grę. Nic jeszcze nie wiadomo o cenie obowiązującej na wszystkich platformach. Jej wysokość będzie zapewne zależała od wybranego sklepu i aktualnych promocji.

    Serca z Kamienia i Krew i Wino teraz za darmo

    Przy okazji powrotu „Wiedźmina 3” CD Projekt przygotował sporą niespodziankę dla dotychczasowych graczy. „Serca z Kamienia” oraz „Krew i Wino”, które ukazały się w 2015 i 2016 roku, zostały włączone do podstawowej wersji gry. Osoby, które wcześniej ich nie zakupiły, a mają podstawowego „Wiedźmina 3”, mogą więc otrzymać oba rozszerzenia bez dodatkowych opłat.

    Screenshot

    Zmieniła się również oferta w sklepach cyfrowych. Samodzielne dodatki zostały wycofane ze sprzedaży, a podstawową wersję gry zastąpiła Edycja Kompletna, zawierająca już podstawę oraz „Serca z Kamienia” oraz „Krew i Wino”. Na PlayStation 4 i Xbox One oba rozszerzenia są dostępne do pobrania bez dodatkowych opłat.

    Co zmieni Wiedźmin 3: Remaster?

    CD Projekt RED zapowiada ulepszenia oprawy graficznej, wydajności oraz rozgrywki. Na razie nie ujawniono jednak pełnej listy zmian technicznych. Wiadomo natomiast, że nie będzie to wyłącznie kolejny pakiet poprawek wizualnych.

    Znacznie więcej wiadomo o zmianach w samej rozgrywce. Studio zapowiedziało udoskonalony system walki, nowe drzewko umiejętności oraz odświeżone znaki wiedźmińskie. Geralt ma poruszać się płynniej, poprawione zostanie zachowanie przeciwników, a jazda na Płotce otrzyma przebudowany system sterowania.

    Dodatkowo, wprowadzone zostaną elementy takie jak transmogrification, umożliwiająca zmianę wyglądu wyposażenia bez wpływu na jego parametry, rozbudowany tryb fotograficzny (zatrzymywanie rozgrywki w celu wykonania zrzutu ekranu) oraz międzyplatformowa obsługa modów (pobieranie i uruchamianie modyfikacji stworzonych na PC bezpośrednio na konsolach nowej generacji). Remaster powstaje we współpracy ze studiem Yigsoft.

    Screenshot

    Co stanie się z zapisami gry i osiągnięciami?

    Nie będzie potrzeby rozpoczynania przygody od początku. CD Projekt potwierdził, że dotychczasowe zapisy gry pozostaną kompatybilne, a system postępów międzyplatformowych będzie działał tak jak wcześniej.

    Gracze zachowają również zdobyte osiągnięcia i trofea, w tym te związane z „Sercami z Kamienia” i „Krwią i Winem”. To dobra wiadomość dla osób, które spędziły już w grze setki godzin i po premierze Remastera chcą kontynuować rozpoczętą wcześniej rozgrywkę (chociaż, jak to bywa, wiele osób zdecyduje się eksplorować świat z poprawioną grafiką od zera).

    Nowy dodatek już w 2027 roku

    Remaster nie będzie ostatnim krokiem w kierunku „Wiedźmina 3”. W 2027 roku ukażą się „Pieśni przeszłości” – trzeci pełnoprawny dodatek fabularny po „Sercach z Kamienia” i „Krwi i Winie”. Rozszerzenie będzie płatne.

    Geralt wyruszy do zupełnie nowego regionu o nazwie Letten, będącego rodzinnymi stronami Jaskra. Na pierwszy rzut oka to spokojna i dostatnia kraina, pełna urodzajnych pól, lokalnych tradycji i hucznie obchodzonych świąt. Jak łatwo się domyślić, sielanka nie potrwa długo, a na horyzoncie pojawi się tajemnica, którą będzie trzeba rozwiązać. Wiedźmin będzie musiał zmierzyć się z nowymi przeciwnikami oraz ze złem, które uśpione było przez lata.

    „Pieśni przeszłości” powstają we współpracy z polskim studiem Fool’s Theory, którego zespół ma doświadczenie w pracy nad wcześniejszymi grami z serii. Dodatek trafi na PC, PlayStation 5, Xbox Series X|S oraz Nintendo Switch 2. Nie będzie dostępny na PlayStation 4, Xbox One i pierwszym Switchu.

    Wiedźmin przez trzy lata z rzędu

    CD Projekt szykuje wyjątkowo intensywny okres dla swojej najważniejszej serii. Remaster „Wiedźmina 3” pojawi się 29 września 2026 roku, „Pieśni przeszłości” mają zadebiutować w 2027 roku, a obecne plany firmy zakładają premierę „Wiedźmina 4” już w 2028 roku.

    Dla osób, które mają już „Wiedźmina 3”, wrześniowy Remaster będzie przede wszystkim dużą, bezpłatną aktualizacją. Odświeżona oprawa, zmiany w rozgrywce oraz zachowanie dotychczasowych zapisów sprawiają, że będzie to dobry moment na powrót na Kontynent. Tym bardziej że oba wcześniejsze rozszerzenia są już dostępne bez dodatkowych opłat, a w 2027 roku Geralt otrzyma zupełnie nową przygodę – ponad dekadę po premierze „Krwi i Wina”.

  • Majsterkujesz przy elektryce? Nie przegap tych produktów Parkside

    Majsterkujesz przy elektryce? Nie przegap tych produktów Parkside

    Parkside to nie tylko wiertarki, pilarki i szlifierki. W Lidlu znajdziemy również narzędzia do prac elektrycznych: większe niezbędniki, stacje lutownicze, zaciskarki, rurki termokurczliwe i akcesoria do przewodów. Sprawdziliśmy najciekawsze propozycje do domowego warsztatu.

    Elektryka z Parkside

    Marka Parkside znana jest przede wszystkim z elektronarzędzi, jednak jej oferta jest znacznie bardziej rozbudowana. W Lidlu można znaleźć wiele narzędzi do prac elektrycznych i elektronicznych – od izolowanych narzędzi ręcznych po lutownice, zaciskarki, rurki termokurczliwe, taśmy izolacyjne oraz elementy do łączenia przewodów.

    Wybraliśmy kilka ciekawych produktów, które mogą być przydatne podczas kompletowania lub uzupełniania domowego warsztatu.

    Zestaw narzędzi elektryka do 1000 V

    Cena: 189 zł

    Zamiast gromadzić podstawowe narzędzia pojedynczo, warto rozważyć zakup gotowego, 13-elementowego zestawu Parkside. W skład zestawu wchodzą m.in. szczypce boczne, obcinak do kabli, wydłużone szczypce płaskie, narzędzia do zdejmowania izolacji oraz pięć wkrętaków. Ponadto znajdziemy składane miarki, próbnik faz 125–250 V i torbę.

    Czytaj dalej poniżej

    Lidl kończy lato z przytupem. Hit Parkside 300 złotych taniej!

    Część narzędzi ręcznych w zestawie ma izolację przystosowaną do pracy przy napięciu do 1000 V. Należy jednak pamiętać, że takie oznaczenie nie zwalnia z przestrzegania zasad bezpieczeństwa ani z posiadania odpowiednich kwalifikacji do pracy przy instalacjach elektrycznych.

    Dwie stacje lutownicze i lutownica z akcesoriami

    W ofercie Parkside znajduje się kilka stacji lutowniczych. Najbardziej rozbudowaną opcją jest cyfrowa stacja lutownicza PLSD 60 C3 o mocy 60 W. Umożliwia ona regulację temperatury w zakresie od 200 do 480°C i jest wyposażona w cyfrowy wyświetlacz. Przyciski szybkiego wyboru pozwalają na natychmiastowe ustawienie 300 lub 400°C, a nagrzewanie do maksymalnej temperatury trwa zazwyczaj do dwóch minut. W zestawie, za który zapłacimy 99 zł, znajdują się m.in. dwie wymienne końcówki, dwie szpulki spoiwa po 10 g oraz gąbka.

    Tańszą alternatywą jest stacja lutownicza Parkside PLS 48 D2 o mocy 48 W za 49,99 zł. Tutaj temperaturę reguluje się pokrętłem w zakresie od 100 do 500°C, a nagrzewanie do maksymalnej temperatury zajmuje około sześciu minut. W zestawie znajdziemy m.in. wymienny płaski grot, dwie szpulki cyny po 5 g oraz gąbkę do czyszczenia.

    Trzecia opcja to lutownica Parkside PLK 60 A1 o mocy 60 W z zakresem regulacji temperatury od 200 do 480°C. Jest sprzedawana w 17-elementowym zestawie, który zawiera m.in. sześć grotów, spoiwo, plecionkę do rozlutowywania, pompkę do odsysania spoiwa, dwie pęsety antystatyczne oraz stojak. Wszystko to zamknięte jest w poręcznej walizce. Za tę lutownicę zapłacimy 74,90 zł.

    Wkrętaki Parkside do 1000 V

    Kolejna propozycja to 8-elementowy zestaw wkrętaków Parkside z długimi wymiennymi końcówkami, przeznaczony do pracy przy elementach pod napięciem do 1000 V.

    W tym przypadku osiem elementów nie oznacza ośmiu osobnych wkrętaków. Zestaw składa się z jednej rękojeści, pięciu wymiennych trzpieni oraz dwóch kluczy do szaf sterowniczych, co w efekcie oszczędza miejsce. Narzędzia są dostarczane w poręcznym etui. Koszt kompletu wkrętaków to 48,99 zł.

    450 rurek termokurczliwych i 12 taśm izolacyjnych

    Parkside prowadzi również sprzedaż materiałów, które w końcu przydają się podczas pracy z przewodami. Jedną z propozycji jest zestaw aż 450 rurek termokurczliwych Parkside. Dla amatorów taka ilość powinna wystarczyć na długie lata, a koszt to jedynie 9,99 zł.

    Warto również dołożyć do elektrycznego zestawu komplet 12 taśm izolacyjnych Parkside za 14,99 zł. Choć mogą to być mniej spektakularne zakupy niż nowa lutownica czy zaciskarka, takie drobiazgi często są niezbędne i kończą się w najmniej odpowiednim momencie.

    Zaciskarka z zestawem 1801 elementów

    Jeśli regularnie pracujesz z kablami, interesującą opcją jest zaciskarka sprzedawana w zestawie liczącym aż 1801 elementów za 64,90 zł. Narzędzie to przeznaczone jest do tulejek kablowych zgodnych z DIN 46228 i obsługuje przekroje od 0,25 do 10 mm². Zaciskarka wykonuje zacisk czworokątny, a większość zestawu stanowią tulejki o różnych rozmiarach.

    Parkside oferuje także bardziej uniwersalny zestaw zaciskarek 5 w 1 PCZS 181 A1. Jego najważniejszym elementem jest zaciskarka z pięcioma wymiennymi wkładkami, odpowiednimi do różnych typów końcówek i złączy. Zestaw obejmuje również tulejki i inne akcesoria – łącznie 181 elementów w cenie 139 zł.

    Złącza, zaciski i listwy

    Osobną kategorię stanowią drobne elementy do wykonywania połączeń przewodów. Parkside oferuje zestawy listew zaciskowych, złączy lutowniczych oraz zacisków kablowych, z których każdy kosztuje jedynie 9,99 zł.

    To właśnie takie niewielkie elementy, podobnie jak rurki termokurczliwe czy taśma izolacyjna, warto mieć pod ręką w warsztacie. Zamiast dokupować je pojedynczo przed każdą pracą, można po prostu trzymać cały zestaw w skrzynce z narzędziami.

    Nóż, szczypce i inne narzędzia do kabli

    Ofertę uzupełniają izolowane narzędzia ręczne do pracy przy instalacjach do 1000 V. W zależności od wariantu można wybierać spośród m.in. noża do kabli, szczypiec do zdejmowania izolacji, kombinerków, szczypiec bocznych oraz prostych i wygiętych szczypiec wydłużonych. Te akcesoria kosztują 24,99 zł każde.

    Wszystkie te produkty pokazują, że zielone logo Parkside można obecnie znaleźć nie tylko na wiertarkach, pilarkach czy szlifierkach. Oferta marki obejmuje także wiele mniejszych narzędzi, które pozwalają skompletować rozbudowane stanowisko do prac elektrycznych i elektronicznych.

  • Czy warto wydać TYLE PIENIĘDZY na szczoteczkę do zębów Dysona?

    Czy warto wydać TYLE PIENIĘDZY na szczoteczkę do zębów Dysona?

    Dyson niedawno zaprezentował szczoteczkę do zębów, która oferuje znacznie więcej niż standardowe mycie zębów. Nie jest tajemnicą, że cena tej innowacji jest znacząca. Czy warto w nią inwestować?


    Jeśli przez lata używałeś szczoteczek za parę złotych z dyskontów, możesz być zaskoczony, że niektórzy są skłonni wydać aż 1999 zł na ten model. Często można usłyszeć pytanie: „Ale po co?” w kontekście takich wydatków.

    Niedawno Dyson wprowadził na rynek szczoteczkę z wbudowaną kamerą, która analizuje technikę mycia zębów i prowadzi użytkownika przez cały proces. Czy jednak rzeczywiście warto wydawać na nią aż tak dużo?

    Dyson CameraJet jako nowoczesny gadżet

    Dyson znany jest z tego, że wprowadza skomplikowane rozwiązania tam, gdzie nie są one konieczne. Odkurzacze otrzymują lasery, suszarki wyświetlacze, a teraz szczoteczki z kamerami. Model CameraJet wyposażono w obiektyw o rozdzielczości 100 tys. pikseli, który rejestruje 28 zdjęć na sekundę. Algorytm uczenia maszynowego analizuje obraz i identyfikuje przestrzenie międzyzębowe. Gdy znajdzie odpowiednią szczelinę, uruchamia precyzyjny strumień płynu w ciągu zaledwie 100 milisekund od wykrycia luki.

    Ponadto użytkownicy mają dostęp do podglądu na żywo w aplikacji MyDyson, mogą korzystać z mapowania szczotkowania oraz otrzymywać informacje zwrotne na temat techniki. Końcówki wymienne zostały wyposażone w technologię RFID. Cały system zaprojektowano tak, aby szczotkowanie oraz czyszczenie przestrzeni międzyzębowych odbywały się w tym samym czasie.

    Czytaj dalej poniżej

    Leroy Merlin rozwiązuje częsty problem w domu tym gniazdkiem

    Jednak problem pojawia się na etapie analizy ceny. W Polsce Dyson CameraJet kosztuje 1999 zł. To znaczna kwota jak na urządzenie, którego podstawowym zadaniem jest wciąż mycie zębów.

    Nie tylko Dyson z zaawansowanymi funkcjami

    Na rynku jest wiele rozwiązań, które nie pozostają w tyle. To nie jest tak, że jedynym wyborem jest Dyson za 1999 złotych albo szczoteczka z supermarketu. Na rynku dostępne są inne urządzenia, które czerpią z niektórych pomysłów Dysona, ale w znacznie niższej cenie.

    Dobrym przykładem jest Oral-B iO 10. Ta szczoteczka wykorzystuje czujniki oraz system śledzenia 3D, analizując położenie urządzenia podczas mycia i oferując wskazówki dotyczące obszarów jamy ustnej, które zostały już wyczyszczone. Producent dostarcza także informacji zwrotnych na temat nacisku, czasu szczotkowania oraz pokrycia poszczególnych obszarów. Aktualna cena tego modelu na stronie Oral-B wynosi 1249,95 zł.

    Philips Sonicare DiamondClean 9900 oferuje z kolei technologię SenseIQ, inteligentny czujnik nacisku oraz funkcję Smart Coverage Feedback, która wspomaga poprawę techniki szczotkowania. Cena na stronie Philips wynosi 1639 zł.

    Ciekawą alternatywą jest również Oclean X Ultra 20. To zdecydowanie bardziej „gadżeciarska” konkurencja dla Dysona, mimo że brakuje jej kamery. Szczoteczka jest wyposażona w ekran dotykowy, głosowe przewodnictwo AI oraz analizuje 12 obszarów jamy ustnej, oferując informacje zwrotne w czasie rzeczywistym. Obecna cena w Polsce waha się od 499 do 599 zł, w zależności od oferty.

    Warto zauważyć, że żadna z tych szczoteczek nie jest bezpośrednim odpowiednikiem urządzenia Dysona. Oral-B śledzi ruch szczoteczki, Philips analizuje technikę, a Oclean wykorzystuje AI i czujniki.

    Jedynie Dyson używa kamery do rozpoznawania przestrzeni międzyzębowych i automatycznie kieruje tam strumień płynu. Czy to oznacza, że CameraJet jest warta 1999 zł? Niekoniecznie.

    Jeśli ktoś pragnie mieć najbardziej unikatową szczoteczkę na rynku i naprawdę wykorzysta podgląd z kamery, automatyczne czyszczenie przestrzeni międzyzębowych oraz system MyDyson, CameraJet oferuje coś, czego konkurencja nie zapewnia. Jednak dla większości użytkowników nie ma potrzeby inwestowania w szczoteczkę za 1999 zł, aby uzyskać inteligentne śledzenie szczotkowania, analizę techniki czy zintegrowaną irygację.

  • To najgorzej zaprojektowana misja ostatnich lat. Miałem ochotę rzucić kontrolerem

    To najgorzej zaprojektowana misja ostatnich lat. Miałem ochotę rzucić kontrolerem

    W wielu grach pojawia się etap, który z jakiegoś powodu odstaje od reszty. Czy to pod względem jakości, czy też zmienionej mechaniki. Czasem zdarza się tak, że jedna misja na tyle jest inna, że możemy powiedzieć o innym rodzaju gry. Przykładowo, dzieje się tak, gdy w grze akcji pojawia się segment skradankowy. Niby jest to tylko jeden epizod, krótki wyrywek z całej gry, ale może wpłynąć na całościowy odbiór gry. Czasem dochodzi nawet do sytuacji, że po latach chętnie przeszedłbyś grę jeszcze raz, ale powstrzymuje cię myśl: o nie, musiałbym znowu się męczyć w tej misji.


    Osobiście takie odczucie wywołuje jedna z misji w nowym tytule The Blood of Dawnwalker, stworzonym przez polskie studio Rebel Wolves. Jeden z segmentów tej gry jest tak frustrujący, że mam wrażenie, iż nigdy do niej nie wrócę. W poniższym opisie wystąpią spojlery.

    Księżycowy turniej jako najgorsza misja ostatnich lat

    W grze The Blood of Dawnwalker wcielamy się w postać Coena, który jest Wędrowcem. Oznacza to, że w ciągu dnia pozostaje on człowiekiem, a w nocy zmienia się w wrakira (odpowiednika wampira). W rezultacie, rozgrywka zarówno w dzień, jak i w nocy, może wyglądać zupełnie inaczej, w zależności od tego, jak rozwijamy naszą postać.

    Mamy do wyboru trzy drzewka umiejętności: uniwersalny fechtunek, który możemy wykorzystywać zarówno w dzień, jak i w nocy, czarnoksięstwo dostępne za dnia oraz umiejętności wampira dostępne tylko w nocy. W trakcie naszej wędrówki możemy skoncentrować się na rozwijaniu jednego z tych drzew, dwóch, lub inwestować w każde z trzech umiejętności.

    Czytaj dalej poniżej

    Warto pobrać iOS 27 tylko dla tej nowości. Dlaczego musieliśmy na to czekać tyle lat

    Wszystkie te informacje są istotne, ponieważ podczas misji Księżycowy turniej, która ma nas doprowadzić do bojara Bakira, jego prywatny stańczyk proponuje nam pewien układ. Umożliwi nam udział w turnieju, pod warunkiem, że odzyskamy dla niego rodowy pierścień. Jest to jedyny sposób na dostanie się do bojara poza zamkiem Svartrau.

    Turniej jest niczym innym jak dobrze znanym nam trybem battle-royale. Uczestnicy wprowadzani są na arenę różnymi wejściami, a my dysponujemy jedynie podstawowym ekwipunkiem, ponieważ nasz musimy oddać. Jeśli po drodze znajdziemy coś przydatnego, możemy to wykorzystać. Na arenie czeka nas wiele potworów i bestii.

    Z pozoru zadanie wydaje się proste, ale szybko można napotkać liczne frustracje. Brak sprzętu sprawia, że jesteśmy dużo słabsi niż normalnie, ale to nie jest najgorsze. Podstawowym rozwiązaniem byłoby wykorzystanie pazurów i wampirzych mocy, by zrekompensować straty. Nie możemy tego jednak zrobić. W turnieju musimy uczestniczyć incognito, a jakiekolwiek wykorzystanie wampirzych mocy, czy picie krwi przeciwników ujawni naszą tożsamość, co prowadzi do klęski. Czarnoksięstwo również odpada. W związku z tym pozostaje nam jedynie fechtunek. Każdy, kto zaniedbał rozwój tej umiejętności, może napotkać poważne trudności.

    Co więcej, mimo gry na poziomie „pojedynkowicz”, gdzie dostajemy zapewnienie, że przeciwnicy będą mieli niską pulę punktów życia, w trakcie turnieju zmieniają się w prawdziwe gąbki pochłaniające obrażenia. A jest ich naprawdę sporo. Pierwsze starcia stawiają nas naprzeciw watah demonicznych wilków, którzy są jednymi z najbardziej znienawidzonych przeciwników w społeczności graczy.

    Przeciążenie i nieścisłości

    Jeśli uda ci się przejść przez wszystkie etapy turnieju, czeka cię uczta. Zostaniesz posadzony naprzeciw bojara i zmuszony do spożycia trunku. Nasz Coen chwyta za kielich, podnosi go do twarzy i bierze haust. Problem tkwi w tym, że jest noc, jesteśmy we wampirzej postaci, musimy zachować anonimowość, a mimo to wymachujemy pazurami tuż przed twarzą bojara. Sama ta sytuacja, połączona z brakiem jakiejkolwiek reakcji otoczenia, spowodowała, że złapałem się za głowę.

    To jednak nie koniec absurdów tej misji. Bakir prowadzi nas do swojego skarbca po nasze nagrody, a my odzyskujemy nasz ekwipunek. Co więcej, możliwe jest, że będziemy przeciążeni, co dodatkowo utrudnia sytuację. Odzyskane przedmioty nie wracają na swoje miejsca, co zmusza nas do ręcznego założenia ich na postać. W połączeniu z problemami z kontrolerem, gdzie z niewiadomych przyczyn sterowanie w ekwipunku zmienia się na mysz i klawiaturę, może to przyprawić o ból głowy. Szczególnie gdy będąc przeciążonym, chciałem zniszczyć przedmiot, a sterowanie przeskoczyło na moją zbroję, przez co musiałem wczytać ostatni zapis.

    Planowałem ponownie przejść The Blood of Dawnwalker, lecz powstrzymam się. Dopóki mam w ustach gorycz pozostawioną przez tę misję, nie wrócę do tej gry. Obawiam się, że może to nie nastąpić nigdy.