Autor: admin

  • Tej funkcji w przeglądarkach lepiej nie używaj. Hakerzy będą mieć cię na widelcu

    Tej funkcji w przeglądarkach lepiej nie używaj. Hakerzy będą mieć cię na widelcu

    BragJack to nowa metoda, która wykorzystuje asystentów AI w przeglądarkach do odczytywania danych oraz realizacji niebezpiecznych i niepożądanych poleceń. Mamy jednak dwie pozytywne wiadomości: metoda została opracowana przez badaczy, co oznacza, że nie jest wyłącznie repertuarem hakerów. Co więcej, do przeprowadzenia takiego ataku potrzebne jest wcześniej zainstalowane złośliwe rozszerzenie, jednak jego pozyskanie jest możliwe. Osobiście również padłem ofiarą tego typu ataku: złośliwe rozszerzenie „uzłośliwiło się” po aktualizacji, a ochroniło mnie tylko dwustopniowe uwierzytelnienie (2FA).

    Gal Weizman z Forever Security zaprezentował tę metodę ataku na różnych przeglądarkach, w tym Chrome, Perplexity Comet, Microsoft Edge, Operze Neon oraz Claude w Chrome. Dzięki swoim odkryciom badacz zdobył ponad 20 tysięcy dolarów w nagrodach, przy czym możliwości ataku różniły się pomiędzy poszczególnymi przeglądarkami i rozszerzeniami.

    Rozszerzenie ingeruje w uprawnienia asystenta

    Asystent AI w przeglądarce wymaga połączenia między modelem a narzędziami, które wykonują jego polecenia. Model odpowiada za zrozumienie zadania oraz jego „egzekucję”, natomiast określony komponent z uprawnieniami przeglądarki odczytuje karty, pobiera ich zawartość lub obsługuje strony. Metoda BragJack wykorzystuje luki w ochronie komunikacji między tymi elementami a samym asystentem. Złośliwe rozszerzenie mogło zmodyfikować stronę, której ufał komponent asystenta, uzyskując tym samym dostęp do jego bardziej „wewnętrznych” funkcji. W tym procesie pomocny był mechanizm declarativeNetRequest, który pozwala rozszerzeniom na modyfikację obsługi żądań sieciowych, w tym również nagłówków odpowiedzi i przekierowań.

    W Chrome dostęp rozszerzeń do wewnętrznego komponentu asystenta był zablokowany, jednak ta ochrona nie obejmowała poprawnie osadzonych żądań aplikacji Gemini. Badacz zmodyfikował zatem nagłówki bezpieczeństwa i przekierował pobieranie zasobu JavaScript, uruchamiając własny kod w ramach jej kontekstu. Następnie komunikował się bezpośrednio z uprzywilejowanym komponentem, omijając standardowy obieg poleceń. W ten sposób można na przykład odczytywać pliki na komputerze, treści stron oraz wykonywać zrzuty ekranu, a być może (choć to nie zostało przetestowane bezpośrednio) również uzyskać dostęp do kamery i mikrofonu.

    Comet otrzymał polecenie podsumowania danych z poczty

    Choć Comet filtrował domenę Perplexity w zakresie komunikacji z rozszerzeniami, jego agent ufał słabiej chronionej domenie testowej. Badacz zablokował przekierowanie tej domeny i uruchomił na niej skrypt, który umożliwił komunikację z agentem. Dzięki temu uzyskał dostęp do historii przeglądania, zrzutów ekranu oraz plików na maszynie. Zademonstrował również, jak można wymusić wykonanie zadania, w ramach którego agent miał streścić wiadomości użytkownika i przesłać wynik na inny adres. W ten sposób możliwe było wygenerowanie wycieku czyichś wiadomości: co prawda w formie „pigułki”, ale mimo to. Osoba dysponująca poufnymi danymi na poczcie może, wiedząc, czego szukać, wyciągnąć z niej wszystko.

    Czytaj dalej poniżej


    Konto HBO Max przejęte przez hakerów. Wysyła do ludzi złośliwe oprogramowanie

    Na podstawie swoich odkryć, Gal Weizman ukuł nawet termin „Prompt Forcing”. I nie jest to bez powodu. „Zwykły” prompt injection polega na umieszczaniu instrukcji w materiałach, które AI przetwarza, mając nadzieję na zmianę jej zachowania. W tym przypadku, w ramach przejętego kanału komunikacji, można przekazać agentowi całe polecenie wraz z dodatkowymi instrukcjami, bez ukrywania ich w innych materiałach, które trafiają do AI.

    Edge sprawdzał uprawnienia… ale w niewłaściwym momencie

    Microsoft oddzielił możliwości swojego asystenta AI w przeglądarce: odpowiedzi na pytania oraz działania na stronach są zwyczajnie odseparowane. Przy wyłączonych rozszerzeniach można było wymusić wysłanie polecenia, jednak agent nie mógł go realizować poprzez interakcję z witrynami. Badacz odkrył jednak błąd w procesie synchronizacji: narzędzia były wyłączane na czas przekazania zadania, a następnie ponownie uruchamiane. W momencie, gdy agent sprawdzał swoje możliwości, miał już odpowiednie uprawnienia do wykonania wstrzykniętego zadania. Ta podatność otrzymała identyfikator CVE-2026-55945.

    W Operze Neon oraz Claude w Chrome badacz także wykorzystywał spreparowane strony, którym ufały komponenty przyjmujące polecenia. Modyfikując je, mógł na przykład doprowadzić do przekazania asystentowi własnego zadania. Dokumentacja techniczna metody ujawnia przy tym dodatkowe obostrzenie: warianty dla Edge i Claude korzystały z uprawnienia rozszerzenia do wychwytywania błędów (czyli wprost: debugowania), co pozwalało zasymulować daną interakcję.

    Poprawki wdrożono, ale…

    Google i Microsoft naprawiły owe podatności. Google uwzględniło poprawkę CVE-2026-0628 już w aktualizacji dla Chrome ze stycznia. Jeśli zastanawiacie się, dlaczego tak długo czekano z informacją o tej metodzie, to podam Wam odpowiedź: celowo czeka się z takimi informacjami, aby każde przedsiębiorstwo mogło nie tylko wdrożyć poprawki dla odkrytych luk, ale także dokładnie przetestować swoje oprogramowanie w celu ujawnienia nowych podatności. Dopiero teraz jest odpowiedni moment, aby przekazać światu informacje o tym, co odkrył badacz.

    Czytaj również: Gemini miał przeprowadzić zwykły test. Zaatakował trzy prawdziwe firmy.

    Przypominam, byście zwracali uwagę na rozszerzenia: zarówno ich liczbę, jak i działanie po aktualizacjach. Zawsze instalujcie te od uznanych twórców, sprawdzajcie recenzje. Zwróćcie również uwagę na ich uprawnienia: zbyt szerokie to wręcz zaproszenie do ataku. Te elementy należy pilnować jak oka w głowie, ponieważ już wkrótce będziemy musieli uwzględnić obecność AI w przeglądarkach. Jeśli nie czujecie się komfortowo z tą funkcjonalnością, po prostu ją wyłączcie. Będzie znacznie bezpieczniej.

  • „Małe czerwone kropki” w kosmosie mogły ujawnić nam swój sekret. To byłby przełom w nauce

    „Małe czerwone kropki” w kosmosie mogły ujawnić nam swój sekret. To byłby przełom w nauce

    Naukowcy ponownie zbadali 217 małych czerwonych kropek i odkryli, że emitują one słabe światło wyjątkowo zwartych galaktyk. Ich właściwości sugerują związek tajemniczych obiektów z intensywnym procesem powstawania gwiazd, mimo że konkretne źródło ich blasku pozostaje na dzień dzisiejszy nieznane.

    Ikoniczny teleskop kosmiczny Jamesa Webba ujawnił astronomom populację bardzo odległych, mocno zwartych obiektów, które emitują światło głównie z jasnych, małych obszarów centralnych. Tak zwane „małe czerwone kropki” (oznaczane jako LRD) są powiązane z okresami wczesnego Wszechświata. Na obecnym etapie trudne jest określenie, w jakim stopniu ich emisję napędzają rosnące czarne dziury, a w jakim procesy związane z tworzeniem gwiazd. Badacze z Wuhan zbadali otaczającą je słabszą emisję i opublikowali swoje wyniki w czasopiśmie Nature Astronomy.

    217 spojrzeń

    Badacze wykorzystali przegląd COSMOS-Web, wykonując pomiary kamerą NIRCam w czterech pasmach podczerwieni. Na początku modelowali i odejmowali światło z jasnych centrów galaktyk, uwzględniając sposób, w jaki instrument rozmywał obraz. Następnie nałożyli na siebie obrazy 217 obiektów, wzmacniając w ten sposób słaby sygnał tych bardziej rozległych emisji. Uzyskany obraz stanowi „uśredniony” widok całej próbki. W najdłuższym analizowanym paśmie galaktyki odpowiadały za około jedną dziesiątą całego blasku.

    Dopasowanie modeli do jasności zmierzonej w poszczególnych pasmach światła dało badaczom średnią masę gwiazdową wynoszącą około miliarda mas Słońca, przy założeniu, że słaba emisja pochodzi głównie z gwiazd. Charakteryzowany promień obszaru obejmującego połowę światła galaktyki wyniósł około 200 parseków, co odpowiada około 650 latom świetlnym. W kontekście tej analizy użyto pojęcia „promienia efektywnego”, wykorzystywanego do porównywania rozmiarów galaktyk. W przypadku galaktyk o podobnej masie gwiazdowej, występujące w tej samej epoce, zazwyczaj mają one rozmiary około 2,5 raza większe. Materia gwiazdowa wokół czerwonych kropek jest więc skoncentrowana na wyjątkowo małym obszarze.

    Gęste otoczenie wskazuje na powstawanie gwiazd

    Właściwości światła wskazują na aktywne powstawanie gwiazd oraz niską metaliczność tych galaktyk. W astronomii metalami nazywa się wszystkie pierwiastki cięższe od wodoru i helu, a małe rozmiary mogą być związane z dużą gęstością gazu. W takim środowisku mogą zachodzić intensywne epizody narodzin gwiazd, być może powiązane z pojawieniem się tych tajemniczych czerwonych kropek. Niemniej jednak, pomiary te nie jednoznacznie wskazują na to, czy takie procesy mają miejsce.

    Czytaj dalej poniżej

    Delfiny mogą zachowywać się jak szkolni prześladowcy. Odkryto zaskakujący sposób zdobywania pożywienia

    Z tych obserwacji wyłaniają się sugestie, aby dokładniej zbadać możliwą rolę hipotetycznych supermasywnych gwiazd. Mogą stanowić one zarówno źródła centralnej emisji, jak i obiekty, z których powstały czarne dziury ukryte w czerwonych kropkach. Nie jest jeszcze jasne, czy LRD reprezentują etap rozwoju galaktyk, wzrost ich czarnych dziur czy interakcję obu tych procesów. Niestety, nie wiemy również, jak wiele układów przechodzi przez podobną fazę i w co później się przekształcają.

    LRD i wczesny Wszechświat

    Czerwone kropki są charakterystyczne dla najwcześniejszych okresów kosmicznych, sprzed osiągnięcia przez Wszechświat wieku około dwóch miliardów lat. Z upływem czasu coraz trudniej było o warunki sprzyjające temu zjawisku. Na przestrzeni miliardów lat kolejne pokolenia gwiazd wzbogacały galaktyki w cięższe pierwiastki. Zmiana składu chemicznego późniejszego Wszechświata mogła wpływać na procesy prowadzące do powstawania LRD. Wyjaśnienie tej rzadkości w bliskim Wszechświecie wymaga jednak potwierdzenia, jakie warunki są rzeczywiście niezbędne.

    Czytaj również: „Kompaktowe galaktyki”. Czym są naprawdę?

    Spektroskopia może okazać się pomocna, ponieważ pozwala na odczytanie charakterystycznych śladów emisji i pochłaniania promieniowania. Umożliwiłaby ona uzyskanie więcej informacji na temat składu i warunków fizycznych gazu, w porównaniu do zastosowanej w tym przypadku fotometrii, która mierzy jasność w wybranych pasmach. Ułatwiłaby również oddzielenie roli galaktyki od emisji centralnego źródła. Znalezienie nieco bliższych LRD, które dałoby się dokładniej zbadać przy użyciu różnych teleskopów, może okazać się istotne. Na chwilę obecną zdecydowanie łatwiej ocenić otoczenie tych „kropek”, niestety nie wiemy jednak, czym one konkretnie są ani skąd się wzięły. A to już sporo.

  • Fizycy zarejestrowali skoki kwantowe dźwięku. Setki odczytów w ciągu dwóch milisekund

    Fizycy zarejestrowali skoki kwantowe dźwięku. Setki odczytów w ciągu dwóch milisekund

    Zespół badawczy z Uniwersytetu Stanforda zarejestrował w czasie rzeczywistym, jak mikroskopijny rezonator traci pojedynczy kwant drgań. Aby osiągnąć ten cel, konieczne było przeprowadzenie setek odczytów w ciągu zaledwie dwóch milisekund. To odkrycie może przyczynić się do rozwoju komputerów kwantowych oraz niezwykle wrażliwych czujników.

    Zespół z Uniwersytetu Stanforda przeprowadził pionierskie badania, rejestrując pojedyncze skoki kwantowe energii drgań w rezonatorze mechanicznym. Jak wskazują autorzy, jest to pierwsza bezpośrednia obserwacja takich zjawisk w czasie rzeczywistym w tym typie układu. O szczegółach informuje szczegółowy artykuł opublikowany w czasopiśmie „Science”. Osiągnięcie to stało się możliwe dzięki połączeniu długo utrzymujących się drgań z detektorem, który śledził energię, unikając jednocześnie niepożądanych zakłóceń, co jest sporym wyzwaniem w świecie kwantowym.

    Fonon jako szczególny kwant

    Dźwięk postrzegamy jako falę, co jest słuszne. Fala ta z upływem czasu słabnie. Gdy dzwony przestają bić, dźwięk wydobywający się z nich również cichnie, ponieważ drgania ustają. Na poziomie kwantowym energia określonego rodzaju drgań jest wymieniana w oddzielnych porcjach, nazywanych fononami, które wiążemy z skoordynowanym ruchem wielu atomów materiału. Fonon jest zatem akustycznym odpowiednikiem fotonu, czyli kwantu światła. W przeprowadzonym eksperymencie zaobserwowano przejście od jednego takiego wzbudzenia do zera, czyli powrót badanego trybu drgań do stanu podstawowego.

    Skoki kwantowe przewidywano już na początku XX wieku: po raz pierwszy zaobserwowano je w uwięzionych jonach w 1986 roku oraz w przypadku fotonów w 2007 roku. W układach mechanicznych jest to jednak znacznie trudniejsze, ponieważ należy jednocześnie utrzymać wzbudzenie przez odpowiednio długi czas oraz odczytywać stan bez generowania nadmiernych zakłóceń. Dotychczasowe badania dostarczały głównie dowodów na kwantowy charakter takich systemów, lecz zaobserwowanie pojedynczych przejść w trakcie ich występowania było poza naszym zasięgiem.

    Dwie milisekundy i setki odczytów

    Badany rezonator został wykonany za pomocą metod stosowanych w produkcji układów scalonych i jest na tyle mały, że można by umieścić setki takich urządzeń w jednym chipie, na przykład w telefonie. Sam rozmiar nie decyduje jednak o niczym: kluczowa okazała się zdolność utrzymywania drgań przez około dwie milisekundy. Dla nas to niemal niezauważalny ułamek czasu, w którym pomieszczono setki odczytów, niezbędnych do ustalenia momentu, w którym energia spadła o jeden kwant.

    Czytaj dalej poniżej

    Świat oszalał na punkcie nowego gatunku kota. To pierwszy przypadek od ponad 100 lat

    Do odczytu wykorzystano nadprzewodzący kubit, czyli obwód elektryczny zdolny do przechowywania informacji kwantowej, którego użyto w charakterze detektora. Połączenie tego kubitu z rezonatorem pozwoliło zachować właściwości obu elementów, które są bardzo małe i delikatne. Każdy odczyt musiał być nie tylko prawidłowy i dokładny, ale również na tyle słaby, by nie generować nadmiernych zakłóceń w układzie, co umożliwiało wykonywanie kolejnych, sensownych pomiarów. Kubit wielokrotnie weryfikował, czy rezonator wciąż zawiera jeden fonon, czy już przeszedł do stanu bezfononowego. Ciąg setek odczytów wskazał na konkretny moment, w którym sygnał detektora przestał sygnalizować obecność pojedynczego wzbudzenia.

    Technologie kwantowe nam za to podziękują

    Dla komputerów kwantowych utrata wzbudzenia może być poważnym błędem obliczeniowym, zanim urządzenie zakończy swoje obliczenia. Aby komputery kwantowe funkcjonowały poprawnie, warto byłoby wcześniej wykrywać takie zdarzenia. Od teraz mamy zatem dowód na możliwość monitorowania przynajmniej jednego rodzaju takich zmian na poziomie pojedynczego kwantu. Możliwość wykrycia błędu stanowi istotny krok naprzód: następnie można zbudować rozwiązania mające na celu jego korekcję.

    Czytaj również: To pierwszy raz, gdy komputer kwantowy osiągnął taki wynik. Czy to święty Graal?

    Autorzy wskazują również na potencjał wytwarzania niezwykle czułych czujników łączących rezonator z kubitem. Dodatkowo trwają prace mające na celu wykorzystanie tej platformy do wykrywania i identyfikowania białek w komórkach. Potencjalne zastosowania są niezwykle szerokie i to bardzo dobra wiadomość dla nauki. Choć wydaje się, że eksperyment jest dość hermetyczny, a jego zrozumienie może być trudne, kluczowe jest to, że przyniesie on znaczące korzyści, które są niezwykle potrzebne w rozwoju technologii kwantowych.

  • Apple Mac Mini z procesorem M6. Stworzony do AI

    Apple Mac Mini z procesorem M6. Stworzony do AI

    Dziś, przyglądając się najnowszemu dziełu inżynierów z Cupertino, trudno uwierzyć, jak daleko zaszła branża technologiczna. Kilka dni temu otrzymałem na biurko najnowszy komputer Apple Mac Mini, wyposażony w innowacyjny układ M6. Oprócz samej jednostki centralnej, miałem okazję zapoznać się z całym ekosystemem Apple, który obejmuje klawiaturę Magic Keyboard, mysz Magic Mouse oraz gładzik Magic Trackpad. Całość dopełnia 27-calowy monitor Apple Studio Display o rozdzielczości 5K. Już po kilkudziesięciu godzinach spędzonych z nowym sprzętem dostrzegam ogromny jego potencjał. Niewielkie rozmiary fizyczne mogą być mylące, zwłaszcza w kontekście obliczeń związanych z lokalnymi modelami AI. Zanim jednak przejdziemy do surowych testów wydajnościowych, warto przyjrzeć się temu urządzeniu z nieco szerszej perspektywy.

    Od budżetowego komputera do pełnoprawnej stacji roboczej

    Aby w pełni zrozumieć, czym jest współczesny Mac Mini z procesorem M6, musimy cofnąć się w czasie do stycznia 2005 roku. Właśnie wtedy Steve Jobs zaprezentował światu pierwszą generację tego niezwykłego komputera podczas targów Macworld Expo. Koncepcja była genialna w swojej prostocie, opierając się na haśle „BYODKM” – Bring Your Own Display, Keyboard, and Mouse (przynieś własny monitor, klawiaturę i mysz). Urządzenie miało być najtańszym sposobem na dostęp do ekosystemu Apple, skierowanym głównie do osób, które przesiadały się z komputerów klasy PC i miały już niezbędne peryferia. Pierwsze modele, napędzane procesorami PowerPC G4, były ciekawe, ale oferowały jedynie ułamek mocy ówczesnych profesjonalnych stacji roboczych.

    Na przestrzeni lat seria przechodziła liczne transformacje. Przejście na procesory Intela przyniosło znaczny wzrost wydajności, a przeprojektowana w 2010 roku aluminiowa obudowa unibody nadała komputerowi charakterystyczny, ikoniczny wygląd, który w pewnym stopniu przetrwał do dziś. W historii tego modelu były jednak także trudne chwile. Przez wiele lat, szczególnie w okresach 2014 i 2018, użytkownicy obawiali się, że Apple całkowicie porzuci tę linię produktów, traktując ją po macoszemu i rzadko aktualizując podzespoły. Prawdziwa rewolucja i renesans nadeszły jednak w 2020 roku z premierą układu M1. Przejście na architekturę Apple Silicon sprawiło, że ten niepozorny „komputerek” nagle zaczął dorównywać, a nawet przewyższać znacznie droższe stacje robocze z procesorami x86. Obecnie, testując wersję z chipem M6, mamy w rękach szczyt tej ewolucji. Mac Mini przestał być jedynie „budżetowym Makiem”; jest teraz pełnoprawnym narzędziem dla twórców wideo, programistów i entuzjastów technologii związanych z AI. Niestety, wzrósł także koszt tego urządzenia, co w dużej mierze odzwierciedla rynkowe realia.

    Mac Mini M6 – co mamy w pudełku?

    Kiedy otworzyłem nowego Maca Mini, od razu zwróciłem uwagę na jego wysoką jakość wykonania. Urządzenie to idealnie wyrzeźbiona bryła z aluminium, która prezentuje się niezwykle elegancko i nowocześnie. Wymiary komputera – 125 x 125 x 50 mm są imponujące, biorąc pod uwagę jego specyfikację. Ta niewielka kostka z powodzeniem zmieści się nawet na najmniejszym biurku, nie rzucając się w oczy i nie zaburzając estetyki przestrzeni pracy. W pudełku, oprócz samego komputera, znajduje się jedynie kabel zasilający. Co ciekawe, układ Apple M6 można by zasilać z mocniejszej ładowarki USB-C, gdyż jego pobór energii nie przekracza 45 W.

    Czytaj dalej poniżej

    Nowy Apple Watch potrafi mniej niż stary. Apple po cichu usunęło funkcję

    Ten minimalizm i miniaturyzacja niosą ze sobą pewne konsekwencje, które dla niektórych użytkowników mogą być istotnymi wadami. Nowy Mac Mini jest urządzeniem całkowicie zamkniętym, co oznacza brak możliwości rozebrania obudowy przez użytkownika w celu dokonania jakichkolwiek modyfikacji. Architektura układów Apple, w tym testowanego M6, opiera się na zunifikowanej pamięci (Unified Memory Architecture), co sprawia, że moduły RAM są wlutowane do płyty głównej i nie można ich rozbudować. Podobna sytuacja dotyczy dysku SSD. Użytkownik nie ma fizycznej możliwości wymiany dysku na większy po zakupie. Z jednej strony pozwala to na wyższe prędkości transferu danych i minimalne opóźnienia w komunikacji między podzespołami, z drugiej jednak zmusza konsumenta do bardzo precyzyjnego zaplanowania swoich potrzeb już na etapie konfiguracji zamówienia w sklepie internetowym. Testowany przeze mnie model posiada 24 GB pamięci RAM oraz dysk o pojemności 512 GB, co zapewne wystarcza w większości zastosowań; jednak cena takiej konfiguracji wynosi 5999 złotych. Bazowy model z 16 GB pamięci oraz dyskiem 256 GB to wydatek rzędu 3999 złotych. 256 GB w dzisiejszych czasach wydaje się zbyt małą pojemnością, a niestety dopłata do 1 TB wynosi aż 2350 złotych (!).

    Rewolucja w portach, czyli ostateczne pożegnanie z przeszłością

    Apple od lat jest firmą, która nie boi się wprowadzać radykalnych zmian, odrzucając przestarzałe standardy i zmuszając rynek do postępu. Najnowszy Mac Mini jest doskonałym przykładem tej zasady. Przyglądając się frontowej części urządzenia zauważamy niezwykle schludny i minimalistyczny panel. Znajdziemy tam jedynie dwa porty USB-C, klasyczne gniazdo słuchawkowe (co cieszy wielu audiofilów i twórców wideo) oraz drobną, dyskretną diodę sygnalizującą stan pracy komputera. Przeniesienie portów na przód to ukłon w stronę ergonomii, co sprawia, że nie musimy ich szukać na oślep z tyłu, aby podłączyć pendrive’a czy czytnik kart pamięci.

    Znacznie większa aktywność panuje z tyłu obudowy. Producent umieścił tam gniazdo zasilania (co ważne, zasilacz jest wbudowany wewnątrz obudowy), port sieciowy Ethernet 2.5 Gbps, jedno złącze HDMI do podłączenia tradycyjnego monitora lub telewizora oraz trzy porty Thunderbolt w formacie USB-C. Co natychmiast rzuca się w oczy, to całkowity brak starych prostokątnych portów USB-A. Apple postanowiło, że czas tradycyjnego standardu zakończył się definitywnie. Chociaż dla zwolenników nowoczesnych rozwiązań jest to krok w dobrym kierunku, musimy uczciwie przyznać, że osoby posiadające starsze akcesoria, dyski twarde czy klucze zabezpieczające, będą zmuszone do zaopatrzenia się w przejściówki, huby lub nowe kable. To cena, jaką płacimy za miniaturyzację.

    Lokalna sztuczna inteligencja bez abonamentu

    Tym, co od początku przykuło moją uwagę, to zaskakujący wzrost wydajności w porównaniu do poprzednich generacji, zwłaszcza w kontekście sztucznej inteligencji, która była gorącym tematem ostatnich miesięcy. Dwunastordzeniowe GPU oraz duża ilość szybkiej pamięci operacyjnej to zestaw idealnie dopasowany do nowoczesnych, zaawansowanych zadań. W dobie powszechnego zachwytu nad rozwiązaniami chmurowymi, Mac Mini M6 przypomina o możliwościach lokalnego przetwarzania danych.

    Taka specyfikacja sprzętowa umożliwia swobodne pobieranie, uruchamianie oraz płynną pracę z lokalnymi, dużymi modelami językowymi (LLM) czy generatorami grafik bez konieczności korzystania z zewnętrznych serwerów. Dysponując 24 GB pamięci, bez problemu można korzystać z modeli o dużych możliwościach. Dla wielu użytkowników, programistów czy badaczy oznacza to całkowitą niezależność od płatnych subskrypcji modeli online. Zapewnia to nie tylko wymierne oszczędności finansowe w skali roku, ale także maksymalną prywatność przetwarzanych danych, co w korporacyjnym lub poufnym środowisku pracy jest wartością najwyższą. Generowanie kodu, analiza skomplikowanych dokumentów czy tworzenie wizualnych zasobów odbywa się tutaj i teraz, na naszym własnym biurku, niezależnie od posiadania połączenia z siecią internetową. O tym jednak szczegółowo opowiem w pełnej recenzji.

    Mac Mini M6 – kultura pracy

    W parze z doskonałymi możliwościami w zakresie AI, w świecie tradycyjnych komputerów PC zazwyczaj idzie znaczące zużycie energii oraz uciążliwy hałas wentylatorów. Jednak dzięki architekturze Apple udało się całkowicie złamać te tradycyjne zasady „fizyki” komputerowej. Nowy Mac Mini jest urządzeniem ekstremalnie cichym, niezależnie od tego, co z nim robię. Nawet przy maksymalnym obciążeniu, angażując wszystkie rdzenie w syntetycznych testach, system pozostaje praktycznie bezgłośny.

    Ku mojemu zaskoczeniu, przy absolutnie maksymalnym obciążeniu cała jednostka pobiera zaledwie 45 W energii prosto z gniazdka. To wartość, którą tradycyjne karty graficzne potrafią pobrać w trybie spoczynku! Na szczególne uznanie zasługuje także świetnie zaprojektowany system chłodzenia. Zainstalowany wewnątrz obudowy pojedynczy wentylator rozkręca się maksymalnie do około 2600 obrotów na minutę. Biorąc pod uwagę zapas prędkości obrotowej, Mac Mini z powodzeniem poradzi sobie z znacznie mocniejszymi procesorami z serii Pro lub Max. Mimo względnie cichej pracy, temperatury podzespołów ukrytych w ciasnej obudowie pozostają w rozsądnych granicach, osiągając maksymalne wartości na poziomie 85 stopni Celsjusza w najgorętszym punkcie układu krzemowego.

    Podsumowanie pierwszych dni z Mac Mini M6

    Apple po raz kolejny udowodniło, że w dziedzinie miniaturyzacji stacji roboczych nie ma sobie obecnie równych na rynku. Komputer, który wymiarami przypomina grubsze pudełko po czekoladkach, oferuje wydajność, która jeszcze kilka lat temu wymagała ogromnej obudowy i kilku wentylatorów. Nowy Mac Mini z procesorem M6 to sprzęt bezkompromisowy, rezygnujący z przestarzałych złączy na rzecz nowoczesnego Thunderbolt, zamykający architekturę w imię szybkości działania i stawiający na energooszczędność, o jakiej konkurencja może jedynie pomarzyć. Na pierwszy rzut oka trudno doszukiwać się w nim większych wad, ale na pełną recenzję przyjdzie jeszcze pora.

  • Smartfon z obiektywem 400 mm? vivo szokuje

    Smartfon z obiektywem 400 mm? vivo szokuje

    Chińska firma vivo zaprezentowała nowe flagowe modele oraz składany smartfon. Miłośnicy fotografii mogą cieszyć się z nowości.


    Producent vivo ponownie stara się zdobyć serca pasjonatów mobilnej fotografii. W tym roku zaprezentowano nową serię X500 z obiektywami ZEISS. Nowinki technologiczne będą imponujące i zdecydowanie nie ograniczą się do drobnych zmian.

    Nowe flagowce z procesorem 2 nm. Vivo zapowiada nowości

    Firma vivo kontynuuje rozwój, prezentując nowe smartfony, które wkrótce wejdą do sprzedaży. W ofercie pojawią się głównie dwa flagowe modele – X500 Pro oraz zaawansowany X500 Pro Max, a także nowy składany smartfon vivo X Fold6. Oczekuje się, że ostatni z wymienionych przyciągnie uwagę nie tylko doskonałymi możliwościami fotograficznymi, ale także zaskakująco dużą baterią, co w porównaniu do konkurencji stanowi znaczący atut. Data europejskiej premiery została ustalona na 27 października 2026 roku.

    Pierwszym, co warto omówić, jest flagowa seria urządzeń, która będzie składać się z modeli żyjących pod oznaczeniem vivo X500 Pro i X500 Pro Max. Model Pro, czyli „mniejszy brat”, wyposażony jest w flagową specyfikację w obudowie z ekranem o przekątnej 6,36 cala. Napędzany jest on wydajnym 2-nanometrowym chipem Dimensity 9600 Pro, oferując niewielkie kompromisy w porównaniu do modelu Pro Max. W kwestii aparatu, telefon korzysta z tej samej matrycy głównej LYTIA L910, ale z innym sensorem teleobiektywu – w modelu Pro zainstalowano sensor Sony LYTIA 610 o rozdzielczości 64 Mpix, a także wsparcie dla lżejszego telekonwertera Gen 2 (ekwiwalent 200 mm).

    Co oferuje model vivo X500 Pro Max? Ten potężny smartfon ma 6,85-calowy ekran 2K ZEISS Master Color Display, a jego mocą napędową jest ten sam 2-nanometrowy układ od MediaTek. Główną matrycą aparatu jest Sony LYTIA L910 (1/1,28 cala), zapewniająca znakomitą rozpiętość tonalną wynoszącą aż 17 EV oraz fizyczną stabilizację obrazu. Kąt wychylenia wyniesie ekwiwalent nawet 3 stopni, co stanowi znakomity wynik w mobilnej fotografii. Oprócz tego, model ten wyposażony jest w teleobiektyw ZEISS APO o rozdzielczości 200 MP (matryca 1/1,4 cala, ekwiwalent 85 mm) ze stabilizacją CIPA 7.0 oraz laserowym autofokusem, umożliwiającym śledzenie obiektów w 60 klatkach na sekundę.

    Czytaj dalej poniżej

    vivo x300 Ultra: nie-recenzja najlepszego fotosmartfona na rynku

    Model ten obsługuje również telekonwerter vivo ZEISS Telephoto Extender Gen 2 Ultra, który oparty jest na układzie Keplera z zestawem piętnastu soczewek ze szkła o niskiej dyspersji. Ta konstrukcja pozwala na uzyskanie optycznego zoomu na poziomie aż 400 mm (4,7x) bez sztucznego powiększania obrazu oraz z zachowaniem wysokiej jakości. Oba smartfony, vivo X500 Pro oraz Pro Max, zadebiutują na europejskim rynku już 27 października 2026 roku.

    Składak z baterią 6900 mAh. vivo X Fold6 oficjalnie

    To jednak nie koniec nowości, ponieważ vivo zaprezentowało również swój nowy składany smartfon. Na rynek europejski trafi także vivo X Fold6. Opis producenta podkreśla zdolności inżynierów, którzy zdołali zmieścić w obudowie składanego telefonu nie tylko wyjątkowy zestaw kamer, ale także dużą baterię. W vivo X Fold6 zastosowano krzemowo-węglowy akumulator BlueVolt o pojemności 6900 mAh.

    Smartfon wykazuje odporność na wodę oraz pył, z certyfikatem IPX8, IPX9 (odporność na mycie gorącą wodą pod ciśnieniem) oraz IP5X. W kwestii aparatu, urządzenie będzie wyposażone w obiektyw główny o rozdzielczości 200 Mpix, a także peryskop z optyką ZEISS. W kategorii fotografii oraz składanych telefonów, ten model ma szansę wprowadzić poważne zmiany na rynku.

  • Od Australii po Europę: dlaczego świat ogranicza smart okulary?

    Od Australii po Europę: dlaczego świat ogranicza smart okulary?

    Inteligentne okulary miały być przyszłością urządzeń noszonych na ciele. Jednak wiele wskazuje na to, że ich koniec może nastąpić, zanim technologia rozwinie się w pełni.


    Pamiętam prezentacje pierwszych modeli inteligentnych okularów, gdy ta technologia dopiero zaczynała swój rozwój. Obecnie każdy może posiadać takie okulary, co doprowadziło do wielu kontrowersji. Okulary, które mogą niepostrzeżenie rejestrować to, co widzi ich właściciel, stają się źródłem obaw. Poufne dokumenty, publiczne toalety, zamknięte dyskoteki – nagle nie masz pewności, czy nie jesteś nagrywany w momencie, kiedy tego nie oczekujesz.

    Oczywiście, na smartfonie również można nagrywać. Problem polega jednak na tym, że jeśli ktoś wyciągnie telefon i zacznie nagrywać, jest to widoczne gołym okiem. W przypadku okularów taka pewność nigdy nie istnieje.

    Coraz więcej państw podejmuje działania przeciwko inteligentnym okularom

    Australia właśnie zaczęła analizować możliwość wprowadzenia zakazu używania inteligentnych okularów w miejscach pracy i w budynkach administracji federalnej. Nie jest to odosobniony przypadek. Kanada, Norwegia, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone już wprowadzają ograniczenia w niektórych lokalizacjach. Europa również przygląda się możliwości zaostrzenia przepisów.

    Pomysł Australii nie dotyczy na razie zakazu importu samych urządzeń. Chodzi tu o miejsca, gdzie kamera na twarzy może rejestrować ludzi bez ich zgody. Właśnie w tym tkwi sedno problemu. Inni nie wiedzą, czy patrzysz, czy nagrywasz. Czy analizujesz obraz za pomocą sztucznej inteligencji, tłumaczysz tekst, opisujesz scenę, czy rozpoznajesz osoby? Granica między patrzeniem a rejestrowaniem praktycznie znika.

    Czytaj dalej poniżej


    Za używanie nawigacji od Google grozi mandat. Czy aplikacja zniknie z Europy?

    Nic dziwnego, że reakcje są coraz bardziej zdecydowane. Kanada wprowadziła ograniczenia dotyczące użycia inteligentnych okularów w niektórych obiektach wojskowych, nawet jeśli urządzenie jest wyłączone lub w trybie samolotowym. W Anglii i Walii sądy zakazują wnoszenia okularów z technologią do budynków, konfiskując je przy wejściu. Nowojorskie sądy wprowadziły podobne restrykcje wcześniej. Oslo wprowadziło zakaz użycia tych okularów na terenach szkolnych. W samej Australii lokalne rady, takie jak Brisbane i Canterbury-Bankstown, ograniczają ich użycie na basenach i w obiektach publicznych. Adelaide rozważa zakazy w parkach, biblioteka i salach spotkań.

  • Mniej koszenia, więcej czasu na ogród. Jak technologia pomaga zamknąć sezon?

    Mniej koszenia, więcej czasu na ogród. Jak technologia pomaga zamknąć sezon?

    Wrzesień to miesiąc, w którym tempo prac w ogrodzie zdecydowanie spada. Nie oznacza to jednak, że zupełnie zapominamy o tym, co dzieje się wokół naszego domu. Wprawdzie niektóre zadania podejmiemy dopiero w przyszłym roku, w tym czasie pojawiają się nowe, typowe dla jesieni. W niniejszym artykule przyjrzymy się obowiązkom, które należy wykonać w ogrodzie o tej porze roku, oraz zastanowimy się nad możliwościami automatyzacji tych czynności, by móc cieszyć się urokami zbliżającej się złotej jesieni.


    Patrząc na prognozy pogody na nadchodzące dni, zauważamy, że ciepłe lato mamy już za sobą. Noce stały się chłodne, dni zdecydowanie zimniejsze, a chmury i deszcz częściej goszczą za oknem. W związku z tym można stwierdzić, że większość prac ogrodowych mamy już za sobą. I to prawda. Są jednak obowiązki, o których pamiętamy również w sezonie jesiennym. Rzadziej sięgamy po kosiarkę, jednak zdecydowanie częściej po grabie czy miotłę, aby uprzątnąć liście. Przyda się również dmuchawa, która pozwoli na szybkie oczyszczenie ogrodu nie tylko z opadających liści, ale także innych drobnych zanieczyszczeń. I skoro już wspomnieliśmy o koszeniu, zatrzymajmy się nad tą czynnością przez chwilę. Jest to bowiem zadanie, któremu poświęcamy niemało czasu. Na szczęście pojawiły się rozwiązania, które pozwalają na automatyzację tego czasochłonnego procesu. Przedstawimy robota koszącego, który także w jesienne dni z powodzeniem zaopiekuje się naszym ogrodem, oferując nam wiele godzin czasu na przyjemności.

    Wrzesień w kalendarzu, a kosiarka wciąż w pracy

    Choć dni są krótsze i chłodniejsze, trawa nie przestaje rosnąć. Owszem, nie musimy już kosić tak często, jak w lecie czy wiosną, ale warto nadal pilnować tego zadania. Po pierwsze, estetyka trawnika będzie zdecydowanie lepsza, gdy będzie regularnie przystrzyżony, a po drugie ułatwi nam to prace w ogrodzie na wiosnę. Co zatem robić? Przede wszystkim należy dbać o trawnik i na bieżąco oceniać jego długość. A gdy nadarzy się okazja, najlepiej po prostu wybrać się na spacer z kosiarką.

    Jak uniknąć zmartwień związanych z koszeniem? Robot koszący Segway Navimow zadba o to za nas, co da nam więcej czasu na relaks w ogrodzie, korzystając z resztek ciepłych dni. Robot ten jest prosty i intuicyjny w obsłudze od pierwszych chwil użytkowania, ponieważ nie wymaga specjalistycznego wsparcia. Można go łatwo podłączyć bez udziału instalatorów, co oszczędza czas i nie powoduje dodatkowych ingerencji w ogród. Sterowanie robotem odbywa się za pomocą intuicyjnej aplikacji mobilnej. Wykorzystując zaawansowane narzędzia, takie jak LiDAR czy kamery, robot tworzy wirtualną mapę ogrodu, wiedząc, gdzie kosić, a gdzie pozostawić bujną trawę. Pracuje, a my w tym czasie możemy korzystać z chwil dla siebie.

    Czytaj dalej poniżej


    Ten zegarek dostosuje się do Ciebie i podpowie, co zmienić

    Automatyczne koszenie z precyzją ogrodnika? Nadchodzi rewolucja w porządkach ogrodowych

    Roboty koszące to obecnie bardzo przydatny sprzęt, który skutecznie pomaga dbać o trawnik. Mają jednak pewne ograniczenia, z których najważniejszym jest niedostateczna precyzja koszenia wzdłuż krawędzi. Opracowano jednak nowatorskie rozwiązanie, które skutecznie eliminuje ten problem. Na wrześniowych targach IFA 2026 w Berlinie Segway Navimow zaprezentował nowego robota: H5 Pro. Wyróżnia się on na tle konkurencji swoimi umiejętnościami koszenia wzdłuż krawędzi, co zawdzięcza technologii EdgeMaestro™, o której krótko opowiemy.

    EdgeMaestro™ to wysuwane o 7,7 cm ramię, które przesuwa główny system tnący w kierunku obrzeża, co umożliwia precyzyjne koszenie tam, gdzie dotychczas pozostawał pasek nieskoszonej trawy. Dotychczas należało sobie z tym radzić za pomocą ręcznej podkaszarki. Już przyszłą wiosną, dzięki Navimow H5 Pro, nie będziemy musieli się tym martwić, ponieważ robot doskonale radzi sobie zarówno z centralną częścią trawnika, jak i jego obrzeżami. Warto śledzić informacje na temat tego robota, w tym te dotyczące rozpoczęcia sprzedaży, która, jak zapowiada producent, odbędzie się na początku 2027 roku. To idealny moment na rozpoczęcie nowego sezonu prac w ogrodzie z pomocnym asystentem.

    Człowiek i robot: idealny duet dla pięknego ogrodu

    Obecność robota koszącego w ogrodzie to także więcej czasu na wykonywanie innych prac, które wcześniej prowadziliśmy obok koszenia trawnika. Skoro to zadanie powierzyliśmy robotowi, możemy skupić się na typowo jesiennych pracach. Przejdźmy się po ogrodzie i sprawdźmy, jakie konkretnie zadania musimy zrealizować w najbliższym czasie.

    Mogą to być już wcześniej wspomniane grabienie liści, ale także sprzątanie innych nieczystości, które pojawiły się w naszym ogrodzie w ostatnich tygodniach. Wrzesień to także czas na przygotowanie roślin do zimowego odpoczynku. Warto zwrócić szczególną uwagę na tę część ogrodu, która w zimie będzie odśnieżana lub gdzie planujemy składować śnieg. Rośliny, które jesienią wymagają przycięcia, również zasługują na naszą uwagę, kiedy robot zajmuje się trawnikiem.

    Dziki kąt w uporządkowanym ogrodzie? Świetny pomysł!

    Przygotowując ogród do zimy, warto także zadbać o bioróżnorodność. Dobrym pomysłem jest pozostawienie części ogrodu naturze, aby mogła nim gospodarować jak najlepiej. Bujna trawa to nie tylko urozmaicenie krajobrazu, ale także schronienie dla drobnych zwierząt, które nie czują się komfortowo na nisko przyciętym trawniku.

    Robot koszący Segway Navimow jest przygotowany na takie scenariusze. W aplikacji możemy wskazać strefę, w której robot nie będzie się poruszał. Tak samo, jak określamy miejsce, które ma być regularnie koszone, możemy wyznaczyć obszar ogrodu, gdzie robot nie wejdzie, pozostawiając go do dyspozycji naszej i natury.

    Robot koszący i zwierzęta mogą żyć ze sobą w zgodzie

    Jedną z największych obaw przed zakupem robota koszącego jest jego potencjalne spotkanie z dzikimi zwierzętami. W szczególności myślimy tutaj o jeżach, które jesienią szukają schronienia w naszych ogrodach. Na szczęście twórcy robotów koszących również mają to na uwadze. Z troski o zwierzęta, robot Navimow H5 Pro został wyposażony w system VisionFence™ 360°. Tworzą go kamery, które rejestrują obraz analizowany przez sztuczną inteligencję, termowizję oraz skaner LiDAR. Dzięki tym technologiom robot jest w stanie wykrywać małe zwierzęta nawet w pochmurne dni, kiedy słońca brakuje.

    W momencie wykrycia przeszkody, którą zidentyfikuje jako żywą istotę, robot zatrzyma ostrza i zmieni trasę, aby uniknąć kolizji i dać czas zwierzęciu na zmianę miejsca przebywania. W celu pozyskania wiedzy niezbędnej do ochrony zwierząt, Segway Navimow nawiązał współpracę z niemiecką organizacją Igelhilfe Schulzendorf, zajmującą się ochroną jeży.

    Warto jednak pamiętać o regularnym obserwowaniu naszego ogrodu również pod kątem dzikich zwierząt, które mogą w nim zamieszkać, niezależnie od tego, czy pracuje tam robot koszący.

    O tym warto pamiętać szykując ogród do zimy

    Jak już wcześniej wspomnieliśmy, na koszeniu trawnika i grabieniu liści jesienne prace się nie kończą. Należy zatroszczyć się o to, aby nasz ogród był jak najlepiej przygotowany na nadejście zimy. Estetyka jest bardzo ważna, dlatego trawniki oraz liście pozostają podstawowym obowiązkiem posiadacza ogrodu o tej porze roku. Co jeszcze powinno nas zainteresować? Należy sprawdzić, czy rabaty i roślinność w nich zasadzona są gotowe na zimowe warunki. To samo dotyczy drzew i krzewów, które jesienią mogą wymagać przycięcia, by przyszłym roku cieszyć nas obfitością owoców. Odpowiednie przycięcie jest kluczowe do uzyskania jak największych zbiorów.

    O czym jeszcze warto pamiętać? Przygotujmy meble ogrodowe i zabezpieczmy je przed mrozem i śniegiem, aby nie uległy uszkodzeniu. Sprawdźmy również sprzęt, który będziemy potrzebować w ogrodzie późną jesienią i zimą. To dobry moment na kontrolę nie tylko dmuchawy, ale także odśnieżarki. Jesień bowiem nie trwa zbyt długo…

    Koniec sezonu to idealny moment nie tylko na przygotowanie ogrodu do zimy, ale także na zreflektowanie się, które obowiązki chcemy wykonywać samodzielnie w przyszłym roku, a które możemy powierzyć technologii. Już w przyszłym sezonie możemy liczyć na pomoc w postaci robota koszącego Navimow H5 Pro, który może przejąć jedno z najbardziej czasochłonnych zadań związanych z koszeniem – ręczne poprawianie krawędzi trawnika.

    Materiał opracowany we współpracy z Segway Navimow

  • Microsoft naprawił właśnie jeden z najbardziej irytujących błędów Windowsa 11

    Microsoft naprawił właśnie jeden z najbardziej irytujących błędów Windowsa 11

    Użytkownicy systemu Windows 11 od dwóch miesięcy borykali się z uciążliwym problemem związanym z Windows Defenderem. Na szczęście, Microsoft w końcu postanowił rozwiązać tę sprawę.

    Nie ma co ukrywać. Windows 11 pełen jest różnych błędów, a kolejne aktualizacje mogą naprawiać poważniejsze problemy, ale jednocześnie wprowadzają nowe, jakby w przeciwnym razie miała zostać zachwiana równowaga wszechświata. Niektóre błędy są bardziej irytujące od innych, a jednym z największych był właśnie problem z Defenderem. Przez blisko dwa miesiące system Windows 11 na wybranych komputerach nieustannie informował, że Microsoft Defender został wyłączony. Problem polegał jednak na tym, że w rzeczywistości nie był wyłączony. Antywirus działał, skanował pliki i chronił system, a mimo to Windows Security regularnie wysyłał alerty z prośbą o włączenie ochrony. Kliknięcie w powiadomienie prowadziło do aplikacji, w której wszystko świeciło się na zielono.

    Microsoft naprawia błędy. Jednym z usuniętych problemów jest irytujące powiadomienie

    Microsoft w końcu zajął się tym zagadnieniem. Wraz z aktualizacją bezpieczeństwa z dnia 17 września 2026 roku błąd został naprawiony. Firma potwierdziła to w zaktualizowanej dokumentacji. Problem dotyczył wszystkich wersji Windows 11, Windows Server, a nawet Windows 10. Pierwsze zgłoszenia zaczęły napływać na początku sierpnia, jednak dopiero pod koniec miesiąca Microsoft oficjalnie przyznał, że coś jest na rzeczy.

    Kwestia jest również taka, że Defender aktualizuje się codziennie, co utrudniało odinstalowanie konkretnej poprawki i powrót do stanu sprzed wystąpienia problemu. Użytkownicy podejmowali próby wyłączania i włączania ochrony, czyszczenia alertów oraz zmiany ustawień powiadomień, ale nic nie przynosiło rezultatów. Windows Security ignoruje wiele ustawień dotyczących powiadomień, mając do tego zazwyczaj uzasadnione powody.

    Grafika: depositphotos.com

    Czytaj dalej poniżej


    Użytkownicy Windows 11 nie powinni pomijać tej aktualizacji. Lepiej sprawdźcie, czy ją macie
  • Nowy Apple Watch potrafi mniej niż stary. Apple po cichu usunęło funkcję

    Nowy Apple Watch potrafi mniej niż stary. Apple po cichu usunęło funkcję

    Nowe modele Apple Watch Series 12 i Apple Watch Ultra 4 miały wprowadzić wiele ulepszeń w porównaniu do swoich poprzedników, jednak w wyniku tych zmian zniknęła jedna funkcja, która była obecna w zegarkach Apple przez ostatnie lata.

    Apple systematycznie podkreśla znaczenie funkcji oferowanych przez Apple Watch, które mają wspierać nas w dbaniu o zdrowie oraz kondycję fizyczną i psychiczną, wprowadzając różnorodne rozwiązania i narzędzia. Firma nieustannie rozwijała możliwości zdrowotne swojego zegarka, dlatego zdziwieniem może być fakt, że najnowsze i najdroższe modele oferują w pewnym zakresie mniej niż ich poprzednicy. Okazuje się, że Apple Watch Series 12 oraz Apple Watch Ultra 4 nie obsługują funkcji, która została wprowadzona w momencie debiutu systemu watchOS 7. Mowa tutaj o automatycznym wykrywaniu mycia rąk oraz przypomnieniach związanych z tą czynnością.

    Funkcja przypominania i automatycznego wykrywania mycia rąk zadebiutowała jesienią 2020 roku, z pewnością w związku z trwającą pandemią. Zegarek wysyłał powiadomienia do użytkowników, przypominając im o regularnym i dokładnym myciu rąk. Apple Watch (funkcja była dostępna od modelu Series 9) potrafił automatycznie wykrywać tę czynność i uruchamiać minutnik z sugestiami dotyczącymi odpowiedniej higieny. Zegarek wykorzystywał czujniki ruchu, mikrofon oraz lokalne algorytmy uczenia maszynowego do rozpoznawania charakterystycznych ruchów ręki oraz dźwięków związanych z myciem. Po wykryciu czynności, automatycznie rozpoczynał 20-sekundowe odliczanie, a w przypadku wcześniejszego zakończenia zachęcał do jego kontynuacji.

    Starszy Apple Watch potrafi coś, czego nie umie najnowszy

    Pandemia już dawno za nami, jednak funkcja ta była dostępna do tej pory. Co ciekawe, nie jest to rezultat wprowadzenia watchOS 27, który miał swoją premierę w zeszłym tygodniu. Funkcja nadal pozostaje częścią systemu i działa na starszych, kompatybilnych zegarkach. Według oficjalnej dokumentacji Apple, modele obsługujące funkcję Mycia rąk to obecnie Apple Watch SE 3, Series 9, Series 10, Series 11, Ultra 2 oraz Ultra 3. Na liście nie znalazły się natomiast Series 12 i Ultra 4.

    Największą zagadką pozostaje przyczyna tej decyzji. Apple nie wyjaśniło dotychczas, dlaczego modele Series 12 i Ultra 4 zostały pominięte. Nie wiadomo, czy chodzi o celowe ograniczenie spowodowane zmianami sprzętowymi, potrzebę aktualizacji oprogramowania, czy też funkcja została trwale usunięta z nowych konstrukcji. Warto przypomnieć, że nowe zegarki Apple Watch mają przeprojektowany system monitorowania zdrowia, wyposażony w bardziej zaawansowane czujniki, które działają z większą częstotliwością, monitorując wiele aspektów związanych ze zdrowiem i aktywnością fizyczną:

    Czytaj dalej poniżej


    Najdroższego iPhone’a nie odblokujesz za pomocą twarzy

    Nowy system monitorowania zdrowia oraz chip S11 sprawiają, że Apple Watch Series 12 oraz Apple Watch Ultra 4 wykonują pomiary tętna i zmienności rytmu zatokowego (HRV) z większą częstotliwością. Te precyzyjne dane wspierają ulepszony zestaw funkcji zdrowotnych i treningowych, w tym nową funkcję oceny gotowości. Nowy chip S11 – najpotężniejszy chip Apple stworzony do urządzeń do noszenia – nie tylko obsługuje system monitorowania zdrowia, ale również napędza nowe funkcje, które zostaną udostępnione jeszcze w tym roku. Pomogą one osobom niesłyszącym i niedosłyszącym wychwycić ważne dźwięki z otoczenia, przy zachowaniu najwyższych standardów prywatności, bezpieczeństwa i dostępności.

  • Wraca hit SkyShowtime – drugi sezon jest jeszcze lepszy

    Wraca hit SkyShowtime – drugi sezon jest jeszcze lepszy

    Na SkyShowtime debiutuje drugi sezon „Strefy gangsterów” w reżyserii Guya Ritchiego, ale to niejedyna interesująca nowość na platformach VOD i w kinach.

    W sercu dziczy

    Katastrofa samolotu zmusza byłego oficera sił specjalnych, Jamesa Belmonta, do przetrwania w bezwzględnej dziczy Alaski, gdzie nie ma dróg, schronienia ani szans na szybką pomoc. Towarzyszy mu Odin, wyszkolony pies bojowy, z którym wcześniej służył w wojsku – ich wzajemne zaufanie oraz zdolność do odczytywania sygnałów, które umykają innym, stają się kluczowe dla przetrwania. W główną rolę wciela się Brad Pitt, a reżyserem filmu jest David Ayer.

    W kinach od 25 września

    Hot Spot

    Polski futurystyczny thriller science-fiction w reżyserii Agnieszki Smoczyńskiej, twórczyni „Córek dancingu”. Akcja toczy się w niedalekiej przyszłości, w społeczeństwie kontrolowanym przez świadomą sztuczną inteligencję, znaną jako Głowa, która zarządza władzą, bezpieczeństwem, komunikacją i rozrywką. Mieszkańcy każdego dnia przyjmują specjalne żelki, które utrzymują ich w stałym połączeniu z systemem – zerwanie tej łączności grozi śmiercią. W obsadzie znajdują się Andrzej Konopka, Noomi Rapace oraz Reika Kirishima.

    W kinach od 25 września

    Birthday Party

    Koniec lat 70., prywatna grecka wyspa. Bogaty potentat Marcos Timoleon organizuje ekskluzywne przyjęcie z okazji 25. urodzin swojej córki Sofii, z którą od długiego czasu jest w konflikcie. Sofia przyjeżdża z partnerem Forsterem, biografem piszącym książkę o jej ojcu, ukrywając przed nim ciążę, mimo że Timoleon już o tym wie. Mężczyzna od początku nie akceptuje tego związku, dostrzegając w nim zagrożenie dla rodzinnej fortuny, choć Sofia wierzy, że ojciec z czasem zmieni zdanie. Główną rolę gra Willem Dafoe, a partnerują mu Vic Carmen Sonne, Joe Cole i Emma Suárez.

    W kinach od 25 września

    Amerykański zakładnik

    Serial oparty na prawdziwych wydarzeniach z 1977 roku, gdy w Indianapolis miała miejsce dramatyczna sytuacja z zakładnikiem. Fred Heckman, szanowany prezenter radiowy, podczas audycji zostaje wciągnięty w dramatyczną sytuację, gdy Tony Kiritsis, mężczyzna zadłużony u swojego doradcy kredytowego, porywa go. Kiritsis domaga się od Heckmana czasu antenowego, aby opowiedzieć światu swoją wersję wydarzeń. W rolach głównych występują Jon Hamm jako Fred Heckman i Giovanni Ribisi jako Tony Kiritsis, a w obsadzie znalazły się też Mireille Enos i William Jackson Harper.

    Na HBO Max od 21 września

    Strefa gangsterów – 2. sezon

    Drugi sezon serialu Guya Ritchiego kontynuuje historię rodziny Harriganów, która stoi na skraju wojny domowej we własnych szeregach. Conrad i Meave Harrigan muszą zjednoczyć rodzinę, by odeprzeć ataki coraz silniejszych rywalizujących gangów, które pragną przejąć ich przestępcze imperium w północnym Londynie. W tym trudnym położeniu znajduje się Harry Da Souza, zaufany i bezwzględny człowiek od brudnej roboty, który musi balansować pomiędzy lojalnością wobec rodziny a własnym bezpieczeństwem. W głównych rolach powracają Tom Hardy jako Harry oraz Pierce Brosnan i Helen Mirren jako głowy rodziny Harriganów.

    Na SkyShowtime od 21 września

    Terror: Devil in Silver (3. sezon)

    Trzecia odsłona antologii grozy „Terror” przenosi nas do szpitala psychiatrycznego w New Hyde, pełnego ludzi, o których społeczeństwo wolałoby zapomnieć. Głównym bohaterem jest Pepper, który w wyniku niefortunnych wydarzeń oraz własnego porywczego charakteru zostaje niesłusznie umieszczony w tej placówce. Musi stawić czoła wrogim pacjentom oraz lekarzom, którzy skrywają mroczne tajemnice, a z czasem okazuje się, że w murach szpitala czai się coś znacznie groźniejszego niż ludzkie zło. W roli Peppera występuje Dan Stevens, a w obsadzie znajdują się także Judith Light, CCH Pounder oraz Aasif Mandvi.

    Emisja co poniedziałek na kanale AMC