Nowy Lexus ES aspiruje do roli następcy modelu LS, oferując przestronność, komfort oraz zaskakująco niskie spalanie. W tej kategorii cenowej użytkownicy mogą jednak oczekiwać więcej.
Do niedawna flagową limuzyną Lexusa w Europie był słynny model LS, ale jego wycofanie pozostawiło lukę, którą japońska marka musiała wypełnić. Choć koncern nie komunikuje tego bezpośrednio, wydaje się, że to model ES ma zająć jego miejsce. Podczas specjalnej prezentacji dla mediów miałem przyjemność przetestować nową hybrydową wersję ES-a, który stał się większy, zyskał ostrzejsze linie i w końcu oferuje multimedia zgodne z współczesnymi standardami. W Polsce zamówiono już 700 egzemplarzy, czy słusznie?
ES stał się większy i znacznie odważniejszy
Jedno spojrzenie na ósmą generację Lexusa ES wystarczy, aby dostrzec, że japońscy projektanci poszli o krok dalej niż tylko wykonali lifting. Nowy ES zyskał długość, mierząc aż 5,14 m, stał się bardziej masywny i nieco wyższy. Duży, charakterystyczny grill został zastąpiony bardziej minimalistycznym, zintegrowanym rozwiązaniem, które harmonijnie współgra z wąskimi reflektorami, nadającymi mu futurystyczny wygląd.
Samochód ma być luksusową limuzyną z odrobiną sportowego zacięcia. Charakteryzuje się ostrymi, czasami kanciastymi liniami oraz wyraźnie opadającą linią dachu – to więc dość złożony projekt, który może nie przypaść do gustu kierowcom oczekującym klasycznego, eleganckiego sedana.
W środku? Mnóstwo miejsca i wielki tablet
Podczas testów żartowaliśmy, że nowy ES to idealny pojazd dla kierowców Ubera Black. Dlaczego? Wnętrze zapewnia niesamowicie dużo przestrzeni, zarówno dla kierowcy, jak i pasażera. Na tylnej kanapie można komfortowo się rozłożyć (1102 mm przestrzeni na nogi), nie zmuszając kierowcy do przesuwania fotela – pasażer ma również możliwość skorzystania z dużego podłokietnika. Bagażnik mieści 493 litry, co sprawia, że spakowanie się na dłuższy wyjazd nie powinno sprawić problemu.
Przednia część wnętrza to z kolei ciekawe połączenie nowoczesności z tradycją – 14-calowy tablet oraz zestaw przycisków do obsługi klimatyzacji.
Dwa porty USB-C oraz dwie ładowarki bezprzewodowe zapewniają wygodę, a minimalistyczna przekładnia biegów jest dobrze umiejscowiona. Kierownica została delikatnie zmniejszona, a tuż za nią znajduje się 12,3-calowy zestaw zegarów, którego ekran nie wystaje. Lexus stawia na minimalizację rozpraszania uwagi kierowcy.
Skupmy się na tablecie. To największy ekran Lexusa, ale jego rozmiar nie przekłada się na komfort użytkowania. Interfejs przypomina stare tablety z Androidem, jest wizualnie prosty, jednak niektóre opcje są dziwnie schowane i wymagają przeszukiwania kilku zakładek. Zdarzały się też okresowe przycięcia i spowolnienia animacji, co w samochodzie klasy premium nie powinno mieć miejsca.
Należy także zwrócić uwagę na asystenta głosowego, aktywowanego poleceniami „hej Lexus” lub „cześć Lexus”. Jego funkcjonalność ogranicza się głównie do ustawiania klimatyzacji i podobnych podstawowych czynności – znalezienie najbliższej stacji benzynowej okazało się problematyczne. W obliczu rozwoju AI zaskakuje, jak niską jakość mają asystenci przy miejscach w nowoczesnych samochodach.
Na pokładzie znalazło się również nagłośnienie od Mark Levinson, ale i w tym przypadku doświadczono lekkiego rozczarowania. System ma wyraźny bas, ale wysokie tony bywają nieprzyjemne – konieczne jest poświęcenie czasu na ustawienia korektora.
Jednak w ogólnej ocenie podróż w nowym, hybrydowym Lexusie ES jest przyjemna. Wersja FWD, którą testowałem na początku, była nieco uboga wizualnie, ale po przesiadce do wersji AWD, z eleganckim orzechowym skórzanym wykończeniem, można już poczuć się naprawdę premium. A skoro już mowa o wersjach, przejdźmy do jazdy hybrydowym Lexusem.
Największe zaskoczenie? Spalanie
Do testów otrzymałem bazową, hybrydową wersję Lexusa ES 300h z 2,5-litrowym silnikiem benzynowym oraz akumulatorem litowo-jonowym i przekładnią hybrydową eAxle. Jazdy odbywały się po Kopenhadze i jej okolicach, gdzie surowo egzekwowane są ograniczenia prędkości, więc nie miałem zbyt wielu okazji na pełne wykorzystanie potencjału 201 KM systemowej mocy. Gdzie jednak udało się przycisnąć, szybko okazywało się, że Lexus ES 300h – mimo zapewnień producenta o niskim hałasie wewnątrz – dość głośno reaguje przy mocniejszym wciśnięciu gazu.
Samochód radzi sobie również sprawnie z progami i nierównościami, chociaż zawieszenie jest sztywniejsze niż w poprzednim modelu. Wersję FWD prowadzi się lekko i przyjemnie, jednak dopiero przesiadka na AWD przynosi poczucie pełnej responsywności i większej precyzji – różnice w przyspieszeniu są zauważalne, FWD osiąga setkę w 8 sekund, a AWD w 7,7 sekundy.
A co ze spalaniem? Lexusem ES 300h w wersji FWD udało mi się uzyskać wynik na poziomie 5 l/100 km w cyklu mieszanym, a wersja AWD osiągnęła imponujące 4,3 l/100 km. To chyba największa zaleta nowego ES-a – przy takich gabarytach uznaje się to za znakomity wynik.
Duża limuzyna i duża cena
Nowy ES jest ogromny, niezwykle przestronny z tyłu i potrafi spalić mniej niż niejeden kompakt. Mimo to, nie wszystko wyszło perfekcyjnie – multimedia nadal wymagają dopracowania, a wygląd oraz charakter wnętrza mocno zależą od wybranej wersji.
Pomimo to, trudno podważyć jedną zasadniczą cechę nowego ES-a – Lexus stworzył samochód bardzo charakterystyczny i świetnie dopasowany do oczekiwań dużej, komfortowej limuzyny. Auto prowadzi się doskonale, mimo ponad 5 metrów długości. Nie wywołuje jednak takiego efektu wow, jakiego można by oczekiwać w tej klasie cenowej. A co z ceną? 260 100 zł za bazowy ES 300h FWD i 273 100 zł za wariant AWD. To kwoty niemałe, ale po licznych zamówieniach przedpremierowych jasno widać, że nie odstraszają one klientów. 700 zamówień w ciemno świadczy o zaufaniu Polaków do japońskiej marki.
