W tym miesiącu Microsoft napotkał szereg problemów związanych z aktualizacją Windows 11. Aktualizacja z początku września okazała się na tyle problematyczna, że firma musiała szybko opracować rozwiązanie kryzysowe, które, niestety, nie naprawiło kluczowego błędu.
Awaryjna aktualizacja wprawdzie naprawiła niektóre błędy, jednak niesie ze sobą nowe problemy
Wrześniowa aktualizacja była na tyle nieudana, że Microsoft musiał podjąć błyskawiczne działania. Niestety, wprowadzone poprawki wydają się być wykonane pośpiesznie i nieudolnie. Mówiąc szczerze, użytkownicy Windows 11 mogą się czuć rozczarowani, ponieważ nie tylko nie usunięto jednego z najistotniejszych błędów, ale także wprowadzono nowe.
Windows 11 i problemy z dźwiękiem – to nie wina twojego sprzętu
8 września Microsoft opublikował aktualizację KB5124008, która miała miejsce przy okazji Patch Tuesday. Już wkrótce okazało się, że aktualizacja ta powoduje problemy z połączeniami RDP i uniemożliwia korzystanie z Windows Subsystem for Linux, platformy używanej m.in. przez Claude Cowork. Sześć dni później, 14 września, wprowadzono awaryjną aktualizację KB5129195, której celem było załatanie tych luk. Rzeczywiście, RDP oraz Claude Cowork zaczęły funkcjonować poprawnie, ale to był koniec pozytywnych wiadomości.
Awaryjna łatka nie rozwiązała problemu z dźwiękiem na niektórych komputerach. Microsoft przyznaje w dokumentacji, że po jej instalacji mogą wystąpić błędy, takie jak „brak wyjścia audio” oraz „To urządzenie nie może zostać uruchomione (Kod 10)” w Menedżerze urządzeń. W niektórych przypadkach głośność zostaje zablokowana na poziomie zerowym, a wszelkie próby zmiany ustawień nie przynoszą rezultatów. Co gorsza, na rozwiązanie problemów najprawdopodobniej będziemy musieli czekać do 13 października, kiedy przypadnie kolejny Patch Tuesday.
Niestety, problemy te nie ograniczają się tylko do komputerów prywatnych. Na części urządzeń wykorzystywanych w firmach może występować проблема z połączeniem z domeną, co w praktyce może prowadzić do utraty bezpiecznego dostępu do firmowej sieci i komplikacji z logowaniem przy użyciu standardowych danych uwierzytelniających.
Czytaj dalej poniżej
Jednak to wciąż nie koniec problemów po wrześniowym Patch Tuesday. Nadal pojawiają się zgłoszenia dotyczące kart graficznych AMD. Użytkownicy różnych modeli Radeonów, takich jak RX 6600, RX 7700 XT, RX 7800 XT, RX 7900 GRE, RX 7900 XTX i RX 9070 XT, skarżą się na czarne ekrany, znikające obrazy, restarty sterowników, zawieszanie systemu oraz inne problemy ze stabilnością.
Nowy Patent Microsoftu w Zakresie Reklam w Graffiti
Microsoft złożył nowy patent, który może wskazywać na nowy kierunek w zakresie reklam w grach wideo.
Microsoft opracował koncepcję systemu reklamowego w grach, która może przypominać rozwiązania znane z gier mobilnych typu free-to-play. Co istotne, reklamy nie będą pojawiać się w przypadkowych momentach. System ma na celu wykrycie naturalnych przerw w rozgrywce, zatrzymanie gry i wyświetlenie materiału promocyjnego w odpowiednim czasie. W zamian za to gracze otrzymają dodatkowy czas na grę bez reklam. Warto zaznaczyć, że samo złożenie patentu nie gwarantuje, że takie rozwiązanie zagości na konsoli Xbox.
Cała technologia została szczegółowo opisana w amerykańskim zgłoszeniu patentowym zatytułowanym „Contextually Aware Management of Interactive Software Application Access”. Dokument został złożony 23 kwietnia 2026 roku, a opublikowany 3 września. Opisuje system, który komunikuje się z aplikacją lub silnikiem gry, aby właściwie zidentyfikować moment, w którym można wyświetlić reklamę.
Wśród przykładowych triggerów Microsoft wymienia: zakończenie walki z bossem, ukończenie zadania, zakończenie przerywnika filmowego, przejście do menu czy ekran ładowania. Dzięki temu, reklamy nie będą pojawiać się w trakcie intensywnej akcji albo podczas kluczowych momentów rozgrywki.
Na tym jednak jeszcze nie koniec. Mechanizm jest jeszcze ciekawszy, bowiem na początku gracze otrzymają określoną pulę czasu na granie bez reklam. Czas ten mógłby być mierzony w minutach lub zależeć od postępów w grze, na przykład od ukończenia poziomu. Gdy przyznany limit zacznie się kończyć, system nie przerywa gry natychmiast. Zamiast tego, czeka na odpowiedni moment, który wskaże gra. Wówczas aplikacja zostaje zamrożona, a na ekranie wyświetla się film reklamowy lub inny materiał promocyjny.
Czytaj dalej poniżej
Po obejrzeniu reklamy, użytkownik zyskuje kolejną porcję czasu, podczas którego może grać bez dodatkowych przerw. To rozwiązanie przypomina nagradzane reklamy znane z gier mobilnych.
Reklamy w grach – nowa rzeczywistość?
Co ciekawe, patent nie został ograniczony wyłącznie do konsoli Microsoftu. Obejmuje on także komputery, telefony, telewizory, gogle VR oraz rozwiązania bazujące na chmurze. Teoretycznie technologia może działać zarówno lokalnie, jak i w chmurze. Daje to firmie Microsoft szeroką paletę możliwości. Patent nie wskazuje konkretnej gry, usługi Xbox ani daty wprowadzenia. Zgłoszenie patentowe nie jest dowodem na to, że firma planuje wdrożenie tego systemu do swoich gier.
Czy reklamy w grach staną się normą?
Microsoft już teraz testuje model reklamowy w swoich usługach związanych z graniem w chmurze, w związku z czym najnowszy patent wpisuje się w szerszy kontekst poszukiwania sposobów monetyzacji dostępu do gier. Interesującą kwestią jest sposób, w jaki firma planuje ograniczyć frustrację graczy. Zamiast reklamy w trakcie intensywnej walki, system ma czekać na moment, w którym gra sama wskaże odpowiedni czas. Takie podejście może być znacznie łagodniejsze od tradycyjnych przerw, ale pomysł ten pokazuje, że model znany z darmowych gier mobilnych zaczyna interesować również twórców platform PC i konsol – a obserwując ostatnie lata na rynku konsolowym, trudno się temu dziwić…
Coraz więcej użytkowników zgłasza powtarzające się problemy z iPhone’ami 18 Pro.
Kilka dni po premierze iPhone’a 18 Pro oraz iPhone’a 18 Pro Max zaczęły napływać informacje o problemach związanych z nowymi urządzeniami Apple. Użytkownicy coraz częściej skarżą się na zawieszanie ekranu dotykowego oraz nieoczekiwane restarty swoich telefonów. Na chwilę obecną nie ma jasnych informacji dotyczących skali problemu, ani tego, czy są one spowodowane przez sprzęt, czy oprogramowanie.
Ekran iPhone’a 18 Pro przestaje reagować
Pierwszym zgłoszonym problemem jest działanie ekranu dotykowego. Część posiadaczy iPhone’a 18 Pro relacjonuje sytuacje, w których urządzenie nie reaguje na dotyk, mimo że wyświetlacz działa. Jeden z użytkowników zamieścił filmik, na którym widać, jak próbuje przesuwać palcem po ekranie bez żadnej reakcji ze strony telefonu. Jak twierdzi, problem pojawił się już kilkakrotnie.
Nie jest jeszcze jasne, czy to błąd charakterystyczny dla nowych modeli. Podobne zgłoszenia dotyczące czułości ekranu pojawiały się już wcześniej, co może sugerować inne przyczyny. Pojawiają się również spekulacje, że niektóre z tych problemów mogą być wynikiem konkretnej kombinacji gestów w systemie iOS 27.
Problemy na tym się nie kończą
Znacznie poważniejszym problemem jest drugi błąd. Nieudana próba uwierzytelnienia przez Face ID w niektórych przypadkach prowadzi do zawieszenia telefonu, po którym następuje jego automatyczny restart. Zgłoszenia dotyczą zarówno modelu iPhone 18 Pro, jak i wersji 18 Pro Max.
Czytaj dalej poniżej
Redakcji 9to5Mac udało się odtworzyć problem przynajmniej na jednym europejskim egzemplarzu iPhone’a 18 Pro. Problemy wydawały się występować podczas korzystania z Face ID w aplikacjach zabezpieczonych biometrią, takich jak aplikacja Hasła czy chronione karty Safari. Po nieudanej autoryzacji telefon przestawał odpowiadać, a po kilku sekundach uruchamiał się ponownie.
Screenshot
W tegorocznych modelach Pro wprowadzono przeprojektowany system Face ID z mniejszymi czujnikami, a kamera podczerwieni została umieszczona pod ekranem. Dzięki temu Apple mogło zmniejszyć Dynamic Island. Na razie nie ma jednak dowodów, że ta zmiana przyczynia się do problemów, z którymi muszą zmagać się użytkownicy.
Apple w milczeniu, użytkownicy sfrustrowani
Obecnie nie ma informacji, jak wielka jest skala problemu. Nie wszyscy właściciele iPhone’a 18 Pro doświadczają opisanych błędów, a Apple jak dotąd nie opublikowało oficjalnego komunikatu wyjaśniającego przyczynę ani potwierdzającego istnienie konkretnej wady w nowych telefonach. W związku z tym warto traktować te doniesienia jako niepokojące informacje o problemach powtarzających się wśród użytkowników. Jeśli ich źródłem okaże się iOS 27, rozwiązanie może nadejść wraz z jedną z kolejnych aktualizacji systemu. Jeśli natomiast problem leży w samych urządzeniach, to wszystko wskazuje na to, że zeszłoroczne modele iPhone’ów pozostaną jednymi z najbardziej udanych w ostatnich latach. Miejmy nadzieję, że Apple zdoła naprawić wszelkie usterki w oprogramowaniu, ponieważ smartfony odgrywają coraz większą rolę w codziennym życiu, a jakiekolwiek niedociągnięcia nie mogą być akceptowane.
Gogle Apple Vision Pro nie zdobyły jeszcze rynku, jednak nowy CEO Apple, John Ternus, mocno wierzy w przyszłość tego innowacyjnego urządzenia.
John Ternus broni Apple Vision Pro. Porównanie do pierwszych komputerów
Gogle Apple Vision Pro nie osiągnęły sukcesu na poziomie iPhone’a, Maca czy Apple Watcha. Mimo to, firma zdaje się nie rezygnować z dalszego rozwoju tej kategorii urządzeń. Nowy CEO Apple, John Ternus, przekonuje, że Vision Pro to tylko początek długiej drogi, porównując je do pierwszych komputerów osobistych, których potencjał nie był od razu oczywisty.
Vision Pro – porażka czy początek czegoś większego?
John Ternus udzielił szczegółowego wywiadu dla francuskiego programu Clique, którego pełna wersja jest dostępna na YouTube:
Prowadzący, Mouloud Achour, zapytał nowego szefa Apple, jakie jest jego zdanie na temat Vision Pro – czy to eksperyment, porażka, czy może pierwszy krok w kierunku przyszłych komputerów?
Ternus nie próbował sugerować, że gogle są już produktem powszechnie dostępnym dla wszystkich. Zdecydował się porównać obecną sytuację Vision Pro do początków komputerów osobistych.
Czytaj dalej poniżej
– Vision Pro to dla mnie niezwykłe urządzenie. Postrzegam je jako początek długiej podróży, podobnie jak pierwsze komputery – stwierdził CEO Apple.
Ternus przypomniał, że pierwsze komputery nie od razu znalazły zastosowanie w domach czy firmach. Z biegiem czasu odkrywano nowe sposoby ich wykorzystania, które wcześniej wydawały się nieoczywiste. Jako przykład podał DTP, czyli komputerowe przygotowywanie publikacji, które zrewolucjonizowało sposób pracy w branży.
W opinii Ternusa, gogle Apple Vision Pro obecnie znajdują się na podobnym etapie rozwoju. Niemniej jednak, wydaje się, że jest to dobra mina do złej gry. Potencjał tego urządzenia jest zauważalny, ale czuję, że komputery osobiste znacznie szybciej stały się powszechne w codziennym życiu.
Apple poszukuje zastosowań dla Vision Pro
Szef Apple przyznał, że Vision Pro ma swoich zwolenników, którzy intensywnie wykorzystują to urządzenie. Mowa tu jednak o tzw. „early adopters”, czyli użytkownikach, którzy testują nowe technologie przed ich upowszechnieniem. Nie ma tu mowy o sprzedaży w milionach egzemplarzy; wciąż pozostaje to niszowe urządzenie. Zdaniem Ternusa, znacznie bardziej interesujące są jednak profesjonalne zastosowania dla gogli, z którymi trudno się nie zgodzić.
Ternus szczególnie zwrócił uwagę na medycynę. Chirurdzy zaczynają korzystać z Vision Pro podczas operacji, ponieważ urządzenie potrafi wyświetlać potrzebne informacje bezpośrednio w polu widzenia. CEO Apple porównał to rozwiązanie z tradycyjnym monitorem, na który lekarz musi patrzeć podczas zabiegu.
To nie jest wyłącznie hipotetyczny scenariusz. Rozwiązania z wykorzystaniem Vision Pro są już rozwijane z myślą o medycynie, w tym przy wizualizacji danych i planowaniu zabiegów.
Drugim obszarem wskazanym przez Ternusa jest branża filmowa. Gogle Vision Pro mogą być używane do przygotowywania scenografii oraz planowania produkcji. Technologia umożliwia zespołowi zobaczenie przestrzennej wizualizacji sceny jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć.
– Będziemy kontynuować rozwój tej kategorii i odkrywać coraz więcej przekonujących zastosowań. Wierzę, że ma ona przed sobą bardzo obiecującą przyszłość – podsumował Ternus.
Tim Cook mówił o „produkcie dla early adopterów”
To nie pierwszy raz, kiedy Apple wyjaśnia, dlaczego Vision Pro nie powinno oceniać się w ten sam sposób co iPhone’a czy Maca. Tim Cook określił to urządzenie jako produkt dla „early adopterów” – osób, które z chęcią sięgają po nowe technologie na długo przed ich popularyzacją.
Ternus rozwija jednak tę argumentację; z jego słów wynika, że Apple nie czeka na moment, w którym obecna generacja Vision Pro stanie się urządzeniem powszechnym. Urządzenie ma raczej wspierać firmę, deweloperów oraz użytkowników w odkrywaniu zastosowań, które z czasem mogą uzasadnić istnienie całej kategorii.
To podejście ma sens, aczkolwiek nie jestem przekonany do analogii z pierwszymi komputerami. Porównanie Ternusa jest wygodne dla Apple, ale tylko częściowo trafne. Historia pokazuje, że komputery osobiste zaczynały jako drogie urządzenia dla entuzjastów i firm, a ich najbardziej wartościowe zastosowania stopniowo się ujawniały. Problem w tym, że komputery osobiste szybko zaczęły dostarczać dowodów na istnienie ogromnego rynku, podczas gdy Vision Pro, po ponad dwóch latach obecności na rynku, wciąż pozostaje urządzeniem bardzo niszowym, a jego najbardziej obiecujące zastosowania dotyczą głównie wyspecjalizowanych branż.
Legendarny Winamp połączy standardowy streaming z plikami na dysku, radiem internetowym i podcastami. Jako kolejny krok w ewolucji muzycznej Winamp nawiązał współpracę z Deezer, co ma na celu podważenie dominacji serwisów takich jak Spotify, Apple Music, Tidala oraz innych. Czy to przedsięwzięcie ma szansę na sukces?
Winamp kojarzymy przede wszystkim z plikami MP3, kultowym intro z beczącymi lamami oraz interfejsem, który pozwalał na mnóstwo personalizacji dzięki dostępnym skórkom. Ten nostalgiczny element będzie kluczowy w nowym podejściu do muzyki w erze streamingu. Już wcześniej zapowiedziano współpracę z Deezerem, mającą na celu stworzenie zupełnie nowego odtwarzacza, jednak z zachowaniem „starego” ducha. Platforma Deezer dostarczy licencjonowane treści, natomiast Winamp będzie odpowiedzialny za sam produkt, markę oraz nawiązywanie relacji z lojalnymi użytkownikami, którzy pamiętają czasy świetności tego odtwarzacza. Pierwsze starcia o zmianę obecnych sił na rynku rozpoczną się w roku 2027.
Streaming i pliki lokalne w jednym zestawieniu
Winamp zdecydował się na współpracę w modelu white-label: to znaczy, że streaming będzie dostarczany przez Deezer, ale pod marką Winampa. Kiedy przyjdzie do zakupu subskrypcji, opłaty będą skierowane do Deezer, a obie firmy rozliczą się między sobą. To z pewnością dobra wiadomość dla obu stron. Winamp nie dysponuje wystarczającymi zasobami ani infrastrukturą do samodzielnego pozyskiwania zasobów muzycznych. Wcześniejsze propozycje łączenia zewnętrznych usług w jednym programie nie zyskały entuzjastycznych reakcji. Ustandaryzowanie dostępu do treści streamingowych w formie jednego katalogu powinno uprościć cały proces i ułatwić powrót legendy.
Winamp nadal będzie „kombajnem” do plików audio, obejmując także kolekcje użytkowników przechowywane w chmurze. Oferowane będą także różnorodne możliwości personalizacji, począwszy od skórek, a skończywszy na wtyczkach rozszerzających jego funkcjonalność. Klasyczna wersja Winampa, której według danych obecnego właściciela nadal używa ponad 40 mln osób na całym świecie, pozostanie dostępna. Obsługa treści w ramach abonamentu z Deezerem będzie dostępna w aplikacji zaraz po premierze nowej platformy, planowanej na 2027 rok.
Deezer potrzebuje nowych kanałów sprzedaży
Wyniki finansowe Deezera za pierwsze półrocze 2026 roku pokazują, że firma nie podejmuje tych działań bez przyczyny. Na koniec czerwca liczba abonentów pozyskanych przez partnerów wyniosła 3,1 mln, co w porównaniu z 3,9 mln rok wcześniej stanowi zauważalny spadek. Przychody w tym segmencie spadły o 7,6 procent, osiągając wartość 70,7 mln euro. Warto to powiązać z wygaszaniem umowy z Mercado Libre, dużą platformą działającą w Ameryce Łacińskiej. Jednocześnie przychody ze sprzedaży własnych usług wzrosły o 6,7 procent, co pokazuje, że Deezer nadal się rozwija, ale ma apetyt na więcej, chcąc to osiągnąć we współpracy z rozpoznawalną marką. Winamp, potencjalnie, może być takim partnerem.
Czytaj dalej poniżej
Winamp, dzięki tej współpracy, zyskuje przede wszystkim ogromną rozpoznawalność, zwłaszcza wśród Millenialsów; jednak generacje Z oraz Alfa raczej nie mają z nim zbyt wiele wspólnego. Znając liczbę obecnych użytkowników, warto zadać pytanie: ile osób byłoby gotowych płacić za streaming? 40 mln na całym świecie to stosunkowo niewiele; zakładam, że o Winampie pamięta znacznie więcej osób, a to oni, oprócz obecnych użytkowników, będą główną bazą klientów po premierze nowej platformy. Czy to może się udać? Tak, pod warunkiem, że kampania reklamowa będzie odpowiednia i skuteczna. Warto jednak pamiętać, że niemal każdy z nas korzysta z jakiegoś serwisu streamingowego, co sprawia, że przekonanie ich do zmiany przyzwyczajeń będzie trudne.
Poprzedni powrót Winampa nie zakończył się sukcesem
O tym warto wspomnieć. W październiku 2018 roku Alexandre Saboundjian, ówczesny szef Radionomy, zapowiadał nowego Winampa na 2019 roku. Obiecany powrót nie nastąpił, a projekt zakończył się wielką porażką. Odświeżona wersja odtwarzacza zadebiutowała dopiero w 2022 roku. Dwa lata później udostępnienie jego kodu na GitHubie zakończyło się usunięciem repozytorium z powodu krytyki warunków licencyjnych oraz wskazania obecności w nim kodu innych firm, na co zgody nigdy nie uzyskano.
Czytaj również: Winamp – kiedyś był najlepszy. Dziś ten „odtwarzacz muzyki” to porażka.
Jednak tym razem Winamp ma za sobą solidnego partnera biznesowego. Nie znamy jeszcze szczegółów dotyczących tego, jak duża część oferty będzie streamingiem, a ile to będzie „klasyczny” Winamp. Jakie będą koszty i czy przedsięwzięcie w ogóle się opłaci, pozostaje jeszcze do ustalenia. Więcej informacji powinno pojawić się w najbliższych miesiącach, a pierwsze szczegóły dotyczące zupełnie odmienionej wersji programu mogą ujrzeć światło dzienne na przełomie roku 2026 i 2027.
Dziś do polskich sklepów wchodzi Realme 16 Pro w edycji Harry Potter, którego cena wynosi 2999 zł. Równocześnie debiutują słuchawki Buds T500 Pro w tej samej stylistyce, wycenione na 499 zł.
Specyfikacje i nowości
Smartfon bazuje na modelu Realme 16 Pro, dostępnym w Polsce od lutego tego roku, który w podstawowej wersji kosztuje 1799 zł. Cena edycji Harry Potter obejmuje przede wszystkim unikalny design oraz dodatkowe akcesoria.
Brązowa tylna obudowa imituje skórę w romby, a wyspa aparatów nawiązuje do sowy Hedwigi. Na metalowej ramce wygrawerowano napis „Welcome to Hogwarts”, a pośrodku umieszczono herby czterech domów Hogwartu, które pod wpływem światła słonecznego mienią się w różnych kolorach. Producent zapewnia, że jest to pierwsze takie rozwiązanie na świecie, jednak ostrzega, że efekt może stopniowo słabnąć podczas codziennego użytkowania.
Smartfon sprzedawany jest w pudełku stylizowanym na szkolny kufer, zawierającym list o przyjęciu do Hogwartu, bilet na pociąg z peronu 9¾, zakładki, pocztówki, etui oraz ozdobiony herbem szkoły kluczyk do szufladki na kartę SIM. Całość dopełnia systemowy motyw z nowymi tapetami, ikonami i animacjami.
Specyfikacje techniczne
Specyfikacja pozostała niemal bez zmian. Smartfon napędza układ MediaTek Dimensity 7300 Max, a jego ekran AMOLED ma przekątną 6,78 cala i odświeżanie 144 Hz. Główny aparat to matryca 200 Mpix, a przednia kamerka ma 50 Mpix. Bateria o pojemności 6500 mAh wspiera ładowanie 45 W. W edycji specjalnej znajduje się 12 GB pamięci RAM, co stanowi różnicę w porównaniu do standardowego wariantu dostępnego w Polsce z 8 GB RAM. To już kolejny licencjonowany smartfon Realme; ubiegłoroczny 15 Pro inspirowany „Grą o Tron” nie był dostępny na naszym rynku.
Realme Buds T500 Pro Harry Potter Edition
Realme Buds T500 Pro w edycji Harry Potter to brązowe słuchawki dokanałowe z etui przypominającym miniaturowy kufer. Zestaw uzupełnia dzianinowy pasek na ramię. Parametry pozostają identyczne jak w standardowym modelu, który w sklepie producenta kosztuje 249 zł. Słuchawki oferują aktywną redukcję szumów do 50 dB, przetworniki 12,4 mm, sześć mikrofonów oraz Bluetooth 6.1; łączny czas pracy z etui wynosi aż 56 godzin.
Dostępność na rynku
Oba urządzenia są dostępne w największych sieciach sklepów z elektroniką, na Allegro, w sklepie producenta oraz u czterech operatorów komórkowych.
Lidl kontynuuje świętowanie 30-lecia marki Parkside. Z tej okazji w sklepach regularnie odbywają się nowe promocje na sprzęt warsztatowy.
Jesień zbliża się wielkimi krokami, a wraz z nią czas na porządki, przygotowanie ogrodu do zimy oraz majsterkowanie w garażu. Lidl kontynuuje urodzinowe promocje Parkside. Od 24 września w sklepach oraz na Lidl.pl zagości kolejna partia sprzętu i akcesoriów w atrakcyjnych cenach. Oferta koncentruje się na domowym warsztacie oraz przygotowaniu samochodu na trudniejsze warunki.
Lidl oferuje promocje na sprzęt do warsztatu i samochodu
Jeżeli szukasz skutecznego rozwiązania do walki z najtrudniejszymi zabrudzeniami, Lidl wprowadza do oferty odkurzacz piorący Parkside o mocy 1600 W. Urządzenie zostało przecenione o 120 zł, obecnie kosztuje 279 zł. Sprzęt ten idealnie nadaje się do odświeżania tapicerki i wykładzin w samochodzie, a także doskonale sprawdzi się przy sprzątaniu po pracach majsterszowskich.
Do mycia auta z zewnątrz przyda się myjka ciśnieniowa Parkside 1800 W. Maksymalne ciśnienie wynosi 135 barów, a cena urządzenia wynosi 229 zł.
Promocje obejmują również sprzęt, który z pewnością zainteresuje osoby podejmujące się samodzielnych prac przy swoim samochodzie. Akumulatorowy klucz udarowy Parkside 20 V będzie dostępny za 199 zł, co oznacza obniżkę o 100 zł. W ofercie znalazły się również bardziej uniwersalne narzędzia. Akumulatorowa grzechotka Parkside Performance 20 V została przeceniona o 50 zł i kosztuje teraz 299 zł. Dodatkowo znajdują się zestawy kluczy dynamometrycznych Parkside za 79,90 zł, zestaw grzechotek 46-elementowy za 59,90 zł oraz zestaw kluczy za 29,99 zł.
Czytaj dalej poniżej
Lidl przygotował także kilka propozycji dla osób, które potrzebują podstawowych elektronarzędzi na wyciągnięcie ręki. Akumulatorowa wiertarko-wkrętarka Parkside 20 V dostępna będzie w cenie 149 zł. Natomiast niewielka akumulatorowa wkrętarka Parkside 4 V kosztuje 49,90 zł, co stanowi obniżkę o 20 zł.
Promocje nie kończą się jednak na marce Parkside. W tej samej ofercie znajdują się liczne produkty marki Ultimate Speed, które skierowane są głównie do kierowców. Podnośnik hydrauliczny o udźwigu do 2 ton kosztuje 129 zł, powerbank z kompresorem został przeceniony do 249 zł, a prostownik do akumulatora kosztuje 179 zł. Dodatkowo, mobilny rozrusznik samochodowy z powerbankiem dostępny jest za 179 zł, a minikompresor samochodowy 12 V kosztuje 49,99 zł.
Jak bateria iPhone 18 Pro Max wypada w porównaniu z konkurencją? Najnowsze testy nie pozostawiają złudzeń.
Decyzja Apple o zwiększeniu pojemności baterii w modelu iPhone 18 Pro Max okazała się strzałem w dziesiątkę. Ostatnie testy jednoznacznie wskazują, że to urządzenie radzi sobie doskonale, pozostawiając wielu rywali w tyle.
iPhone 18 Pro Max deklasuje konkurencję w teście baterii
Nie tak dawno temu omawialiśmy szczegóły dotyczące baterii w nowej serii iPhone 18, zwłaszcza w kontekście pojemności i szybkiego ładowania modelu 18 Pro Max. W internecie pojawił się już test porównawczy efektywności ogniwa nowego flagowca Apple z innymi smartfonami. Wbrew przedpremierowym spekulacjom, amerykański producent zrealizował plan zwiększenia pojemności baterii w sposób wzorowy – nowy iPhone zdecydowanie przewyższa konkurencję.
Test, przeprowadzony przez zespół PhoneArena, opierał się na prostych zasadach: kilka flagowców zostało podłączonych do tej samej sieci WiFi, naładowano je do 100%, wyrównano poziomy jasności ekranów i uruchomiono identyczną playlistę w serwisie YouTube, zawierającą filmy w wysokiej rozdzielczości. Dokonano pomiarów po 5 oraz 7 godzinach odtwarzania materiałów wideo. Podczas pierwszego pomiaru nie odnotowano większych niespodzianek, jednak różnice zaczęły się wyraźnie zarysowywać w kolejnych godzinach. Ostateczny poziom baterii w poszczególnych telefonach wyglądał następująco:
iPhone 18 Pro Max – 61% po 5 godzinach; 42% po 7 godzinach;
Google Pixel 11 Pro XL – 57% po 5 godzinach; 37% po 7 godzinach;
Samsung Galaxy S26 Ultra – 50% po 5 godzinach; 27% po 7 godzinach;
iPhone 17 Pro Max – 48% po 5 godzinach; 22% po 7 godzinach;
Na pierwszy rzut oka można zauważyć dwie kluczowe rzeczy. Po pierwsze, ogromna różnica generacyjna między nowym flagowcem Apple a jego poprzednikiem – przepaść wynosi aż 20% poziomu baterii przy identycznym użytkowaniu po 7 godzinach. To potwierdza, że Apple rzeczywiście zwiększyło zarówno pojemność, jak i efektywność baterii. Drugą istotną kwestią jest wyraźna różnica w porównaniu do flagowca Samsunga. Podczas gdy Galaxy S26 Ultra zbliża się do poziomu 20% i prawie się rozładowuje, tegoroczny iPhone 18 Pro Max wciąż ma niemal połowę naładowanej baterii.
Czytaj dalej poniżej
Lepsza bateria to nie wszystko – magia 2 nm
Co wpływa na tak doskonały wynik nowego iPhone’a 18 Pro Max? Przede wszystkim wspomniana batería, która w tym roku została zauważalnie powiększona. Zaledwie rok temu model Pro Max 17 miał ogniwo o pojemności 4823 mAh, podczas gdy tegoroczna edycja korzysta z akumulatora o pojemności 5391 mAh. Jednak to nie wszystko. Nie mniej istotnym powodem sukcesu jest nowy chip Apple A20 Pro. Nowy układ został wykonany w ultra-zaawansowanym procesie technologicznym 2 nm, co w połączeniu z nowymi dekoderami multimedialnymi oraz zoptymalizowanym panelem OLED, przekłada się na mniejsze zapotrzebowanie na energię podczas odtwarzania treści wideo.
Warto zaznaczyć, że test dotyczył jedynie odtwarzania wideo, a nie innych procesów, takich jak nagrywanie filmów w 4K, wykonywanie zdjęć czy gra w wymagające gry wideo w 3D. Różnice między Apple a konkurencją mogą być mniejsze w tych obszarach lub mogą działać na korzyść innych producentów. Niezależnie od tego, nie można zignorować faktu, że w przypadku typowych zastosowań smartfona, jak oglądanie treści na YouTube, bateria oraz działanie iPhone’a 18 Pro Max zostały doskonale zoptymalizowane. Czy to wyst wystarczający argument, by przesiąść się z ubiegłorocznego modelu? Z pewnością dla wielu użytkowników taka zmiana byłaby obowiązkowa, ale także bardziej wymagający klienci znaleźli przekonujący argument, aby zainwestować w nowe urządzenie od renomowanej marki.
Apple stworzyło Fitness+ z rozmachem, inwestując znaczne fundusze w trenerów, studio i produkcję setek treningów. Dziś jednak usługa ta jest jednym z najsłabszych produktów cyfrowych firmy, stojącym przed poważną reorganizacją.
Pamiętacie polską premierę Apple Fitness+ w grudniu ubiegłego roku? Jeśli nie, to nie jest to nic dziwnego – niewielu ludzi jeszcze pamięta o tej sportowej subskrypcji. To smutne, ponieważ zapowiadało się na naprawdę interesującą usługę, jednak zespół z Cupertino najwyraźniej nie ma pomysłu na dalszy rozwój Fitness+. Już zaczęły się zwolnienia, a w powietrzu unosi się widmo reorganizacji. Apple znów powtarza ten sam błąd.
Brak pomysłu na Fitness+
W ubiegłym tygodniu Apple mogło świętować szóstą rocznicę wprowadzenia Fitness+, jednak niewielu było w nastroju do radosnych obchodów, ponieważ usługa oferująca treningi na życzenie radzi sobie najsłabiej. Apple zainwestowało znaczne sumy w studio nagraniowe, specjalistów z branży treningowej, dedykowaną sekcję w aplikacji Fitness oraz w celebrytów uczestniczących w nagraniach Time to Walk. Wszystko to w obliczu umiarkowanego zainteresowania i spadku liczby użytkowników.
Nie dziwi mnie więc, że Fitness+ tak kiepsko sobie radzi. Sam subskrybowałem usługę przez kilka miesięcy i korzystałem z treningów oferowanych przez trenerów Apple, ale z biegiem czasu usługa straciła na atrakcyjności. Brak nowości i zdefiniowanej ścieżki rozwoju, monotonia treningów oraz brak polskich napisów. Apple, podobnie jak w przypadku Arcade i News+, wzbudziło spore zainteresowanie przy premierze, stworzyło wizję ambitnego projektu, a potem zaniechało jego dalszego rozwoju. Ekscytacja nowością szybko ustąpiła miejsca rozczarowaniu, a kiedy nadszedł czas na wprowadzenie zmian, Apple było zajęte innymi projektami, podczas gdy Tim Cook, specjalista od wdrażania usług, był już na skraju opuszczenia pozycji CEO.
Obecnie funkcjonuje pakiet usług Apple One, który chociaż atrakcyjny, wydaje się nie spełniać wszystkich oczekiwań. Ceny abonamentów rosną, nie przynosząc użytkownikom nic w zamian. Utrzymuje się to głównie z dzięki Apple TV i dodatkowej przestrzeni w iCloud. Reorganizacja jest więc nieunikniona, co Apple zdaje się dostrzegać. Na celowniku znajduję się Fitness+, który według Marka Gurmana musi przejść poważne zmiany, być może nawet całkowite zamknięcie.
Czytaj dalej poniżej
Zwolnienia i dalsze cięcia
Fitness+ generuje znikome przychody, co jest sporym zaskoczeniem, ponieważ pozostałe usługi Apple przynoszą znaczne dochody. Sytuacja ta nie jest nowa; już w listopadzie Mark Gurman zwracał uwagę, że subskrypcja sportowa to najsłabszy produkt cyfrowy Apple. Firma od dłuższego czasu debatowała nad stanem usługi, a w ramach wewnętrznych procesów zwolniono część zespołu odpowiedzialnego za Fitness+. To jednak nie koniec zmian – w nadchodzących miesiącach Apple planuje skoncentrować się na cięciach kosztów oraz wprowadzeniu innych istotnych reform.
Jedna z teorii sugeruje, że Fitness+ może zostać zintegrowany z aplikacją Zdrowie, jednak w obecnym stanie usługi trudno ocenić, czy to właśnie ta droga zostanie obrana przez Apple. Oczywiście w tej chwili nie ma mowy o całkowitym zakończeniu działalności Fitness+, ale jeśli zespół odpowiedzialny za ten dział, z Eddym Cue na czele, nie znajdzie sposobu na przyciągnięcie nowych klientów, dla Apple usługa ta stanie się zbędnym obciążeniem i w końcu może zostać zlikwidowana.
Potężne pieniądze, ale również potężna wydajność i możliwości. Najnowszy Mac Studio z układem M5 Ultra kosztuje niemal 62 tysiące złotych.
Mac Studio to komputer skierowany do specyficznej, aczkolwiek zróżnicowanej grupy użytkowników. Mniejszy i tańszy Mac mini z pewnością spotka się z uznaniem nie tylko zwykłych użytkowników komputerów, ale również tych, którzy wymagają wyższej wydajności. Warto zauważyć, że wcześniejsza wersja z układem M4 była jednym z najbardziej opłacalnych wyborów na rynku, a wydajność nowego modelu z M6 udowadnia, jak wiele można osiągnąć na „nieprofesjonalnym” komputerze, nie tylko w przeglądarce czy podczas pracy z dokumentami, ale także przy obróbce zdjęć, wideo, grafiki czy lokalnych modeli LLM.
Mac Studio z M5 Ultra – recenzja
Potężniejsza wersja Mac Studio to maszyna, która wydaje się nie mieć granic. Nowy model zagościł na moim biurku, pokazując, że Apple potrafi przesuwać granice technologiczne, aczkolwiek czasami zdarzają się drobne niedociągnięcia. Zacznijmy jednak od tego, co się zmieniło, ponieważ wersja z układem M4 Ultra nigdy nie trafiła na rynek, więc bezpośrednim poprzednikiem tegorocznego M5 Ultra jest M3 Ultra.
Specyfikacja i cena testowanego wariantu.
Co zmieniło się względem M3 Ultra?
Obudowa pozostała bez zmian, maksymalna ilość pamięci RAM wynosi nadal 512 GB, a liczba rdzeni GPU osiąga 80. Nowy model zastępuje zarówno M3 Ultra, jak i M4 Max, które były dostępne od marca 2025 roku. Największą zmianą w układzie jest integracja sztucznej inteligencji: Neural Accelerators zostały po raz pierwszy zaimplementowane w GPU w układzie Ultra, co według Apple przekłada się na do 4,3 razy większą moc obliczeniową AI w porównaniu do M3 Ultra. W testach z LM Studio przetwarzanie zapytań odbywa się nawet czterokrotnie szybciej, a generowanie obrazów odbywa się do 4,3 razy szybciej (w obu przypadkach w porównaniu do M3 Ultra). Przepustowość pamięci zwiększyła się o połowę do 1,2 TB/s, co w pracy z dużymi modelami językowymi często decyduje o tempie generowania tekstu.
W montażu wideo trudno znaleźć sufit
Media Engine ma dwa razy więcej bloków kodowania i dekodowania wideo niż w M5 Max, co pozwala na jednoczesne odtwarzanie do 33 strumieni 8K ProRes 422 (przy 30 kl./s). Liczby robią wrażenie, ale to w praktyce, podczas codziennej pracy w Mac Studio z M5 Ultra trudno znaleźć jakiekolwiek ograniczenia. Jednoczesne odtwarzanie wielu ścieżek z plikami 4K w Premiere Pro, nakładanie efektów oraz korekcja kolorów nie stanowi dla niego żadnego wyzwania – w większości przypadków można zrezygnować z renderowania podglądu, bo wszystko działa płynnie „na stole montażowym”. Renderowanie clipów to czas, w którym można zająć się innymi zadaniami, ponieważ rendering kilkuminutowych klipów 4K zajmuje kilkadziesiąt sekund, a komputer pozostaje w pełni operacyjny. Skok w wydajności odczuwalny jest także w pracy z Lightroomem, gdzie ładowanie, edycja i eksport zdjęć odbywa się całkowicie płynnie i w krótszym czasie. Przy takiej specyfikacji to wydaje się oczywiste, ale dopiero doświadczenie robi olbrzymie wrażenie na temat mocy tego komputera.
Czytaj dalej poniżej
Genlock przez USB-C dla produkcji multicam
Jedną z istotnych nowości jest również obsługa genlocka przez USB-C, co będzie niezwykle pomocne dla osób pracujących w produkcji i potrzebujących synchronizacji pracy wielu kamer. Umożliwiając eliminację problemu synchronizacji klatek między ujęciami przy użyciu zewnętrznego generatora sygnału podpinanego przez USB, zredukowano potrzebę dedykowanych kart rozszerzeń czy zewnętrznych urządzeń – wystarczy kabel USB-C i kompatybilny generator.
Wyniki Geekbench pokazują postęp
Jak nowy układ wypada w teście Geekbench w porównaniu do wcześniejszych modeli komputerów Apple? W teście wielordzeniowym uzyskał 51 606 punktów, co stanowi około 32% więcej niż Mac Studio z M3 Ultra i 32-rdzeniowym CPU (39 077 pkt) oraz 47% więcej niż wariant M3 Ultra z 28-rdzeniowym CPU (34 974 pkt). Przewaga nad najszybszym MacBookiem Pro z M5 Max wynosi zatem 47% (35 113 pkt), a nad Mac Studio z M4 Max aż 77% (29 093 pkt). Jeszcze wyraźniejsza różnica występuje w teście Metal: wynik 352 226 punktów to o 41% więcej niż Mac Studio z M3 Ultra i 80-rdzeniowym GPU (249 564 pkt) oraz o 46% więcej niż 28-rdzeniowa wersja M3 Ultra (225 373 pkt).
W stosunku do najlepszego MacBooka Pro z M5 Max i 40-rdzeniowym GPU przewaga wynosi 47% (238 961 pkt). Jednocześnie wydajność pojedynczego rdzenia pozostaje na zbliżonym poziomie: 3702 punkty to wynik o 1% niższy od najlepszego M5 Max (3731 pkt), ale o 6% wyższy niż w Mac Studio z M3 Ultra (3499–3500 pkt). Widać zatem, gdzie tkwią największe różnice i postępy. Użytkownicy gotowi do grania na Macach mogą się cieszyć, ale czeka ich jeszcze długa droga do pełnej optymalizacji, ponieważ gier maksymalnie wykorzystujących potencjał takich układów jest wciąż niewiele. Dla twórców, którzy czasem lubią zagrać, to miły dodatek, natomiast regularni gracze wciąż mają powód, by pozostać przy Windowsie.
Złącza, ekrany i N1
Mac Studio z M5 Ultra dysponuje łącznie sześcioma portami Thunderbolt 5 – dwa z przodu i cztery z tyłu. Każdy z nich obsługuje prędkości do 120 Gb/s oraz natywny standard DisplayPort 2.1. W modelach Max sytuacja wygląda inaczej. Przednie porty USB-C w M5 Ultra obsługują Thunderbolt 5, podczas gdy w Max działają do 10 Gb/s. Na tylnej ściance znajdziemy również dwa porty USB-A, HDMI 2.1, gniazdo Ethernet 10 Gb oraz wyjście słuchawkowe 3,5 mm, a z przodu czytnik kart SDXC UHS-II. Liczba portów nie różni się od poprzednika, jednak obecność złącza słuchawkowego z tyłu, przy częstym podłączaniu słuchawek, może być niewygodna – znacznie lepiej sprawdza się przy stałym podłączeniu głośników.
Nie jestem pewien, czy obecność gniazda słuchawkowego na froncie wpłynęłaby na design sprzętu, ale zdecydowanie poprawiłoby to jego ergonomię. Rozbudowana łączność przekłada się również na obsługę ekranów: M5 Ultra może obsługiwać nawet osiem ekranów 6K przy 60 Hz lub cztery ekrany 8K przy 60 Hz. Łączność wzbogaca bezprzewodowy chip N1, który zapewnia Wi-Fi 7, Bluetooth 6 oraz obsługę Thread.
Ergonomia, brak możliwości rozbudowy
Mac Studio jest stosunkowo ciężki, a przenoszenie go między stanowiskami wymaga znacznego wysiłku. Lepszym rozwiązaniem jest inwestycja w stację dokującą, która umożliwi stałe podłączenie wszystkich akcesoriów, co pozwoli uniknąć codziennej walki z kablami z tyłu obudowy. Porty z tyłu często znajdują się zbyt blisko siebie, co przy grubych wtyczkach może blokować sąsiednie gniazda.
Pomimo postępów w architekturze, Mac Studio wciąż boryka się z jednym problemem, który dotyczy również innych komputerów Apple – brakiem możliwości rozbudowy pamięci. To decyzja, która w maszynie za kilkadziesiąt tysięcy złotych odczuwana jest dwukrotnie silniej. Apple oferuje skoki z 96 GB na 256 GB, a następnie na 512 GB, ale nie ma opcji pośrednich. Dla osób potrzebujących 128 GB jedyną alternatywą jest model M5 Max, ponieważ Ultra nie oferuje takiej konfiguracji. To zmusza do podejmowania koniecznych kompromisów lub do przepłacania za pamięć, która może nie być w pełni wykorzystana. Dodatkowo, ceny pamięci nie spadną – boom na centra danych i sztuczną inteligencję podnosi koszty komponentów. Apple nie jest tutaj wyjątkiem, ale w przypadku Mac Studio brak możliwości przyszłej rozbudowy oznacza, że decyzje podjęte w dniu zakupu są ostateczne. Dla profesjonalistów pracujących z dużymi modelami AI, jest to ryzyko, które muszą zaakceptować. Testowany egzemplarz kosztuje 61 999 zł, ale z pewnością nie zabraknie użytkowników, którzy docenią te możliwości za taką kwotę.
Mac Studio z M5 Ultra
plusy
Znaczne postępy w wydajności, a maksymalna wersja może mieć 512 GB pamięci
Cicha praca, elegancki wygląd
Najwyższej jakości łączność (w tym porty Thunderbolt 5)
Doskonale sprawdzi się w lokalnej AI
minusy
Brak możliwości rozbudowy
Niedobór niektórych wersji oraz kosztowne „bogate” warianty
A może gniazdo słuchawkowe na froncie?
Urządzenie na potrzeby recenzji udostępnił producent. Firma nie miała wglądu ani wpływu na treść artykułu przed publikacją.