Autor: admin

  • ChatGPT „pamięta” Twoje rozmowy i uczy się na nich. Jak to wyłączyć w 2 minuty?

    ChatGPT „pamięta” Twoje rozmowy i uczy się na nich. Jak to wyłączyć w 2 minuty?

    ChatGPT pamięta, o czym rozmawialiście, a te informacje mogą być wykorzystywane do trenowania modeli OpenAI. Jeśli te opcje nie są dla Was komfortowe, możecie je wyłączyć w ustawieniach w mgnieniu oka, jednak usunięcie wcześniej udostępnionych danych to zupełnie inna sprawa.

    Chatboty stają się coraz bardziej zaawansowane, a my oddajemy im coraz więcej naszej prywatności. Pamięć chatbota zapewnia kontekst do udzielanych odpowiedzi i sprawia, że zapamiętuje, jak nazywa się Wasz pies, jak wygląda oraz jakie smakołyki lubi. Trening modeli to osobny proces, ale jeśli nie chcecie, aby Wasze rozmowy były wykorzystywane do rozwijania kolejnych wersji modelu, możecie to wyłączyć.

    Jak wyłączyć trenowanie ChatGPT na własnych rozmowach?

    W przeglądarce wystarczy kliknąć na swój profil (dolny, lewy róg), przejść do Ustawień i sekcji Kontrola danych. Następnie wystarczy wyłączyć przełącznik „Ulepszaj model dla wszystkich”. Na urządzeniach z systemem Android i iPhone warto zacząć od bocznego menu oraz ikony profilu, a potem wybrać tę samą sekcję. Ta zmiana jest globalna i dotyczy całego konta, a nie tylko konkretnego urządzenia.

    Jednak ta zmiana nie wpłynie na wcześniejsze wykorzystanie danych. Wszystko, co wysłaliście do OpenAI, zostanie tam, a te informacje posłużą do trenowania kolejnych modeli. Z wyłączonym ustawieniem istnieje jednak jeden wyjątek: jeśli prześlesz ocenę zakończonej odpowiedzi kciukiem w górę lub w dół, cała rozmowa może zostać przesłana na serwery OpenAI. Firma jasno to podkreśla w swojej dokumentacji, dlatego w przypadku bardziej poufnych rozmów zalecam unikanie „dawania kciuków”. Warto również dodać, że w planach: Business, Enterprise i Edu OpenAI deklaruje domyślny brak treningu na treściach użytkowników.

    Jak wyłączyć pamięć i odwoływanie się do historii rozmów?

    Aby to zrobić, wchodzimy ponownie w Ustawienia, a następnie: Personalizacja, a następnie Pamięć. Jeśli widzisz przełącznik „Włącz pamięć”, wystarczy go wyłączyć. Możliwe, że widzisz inny przełącznik: „Odwołuj się do zapisanych wspomnień”, ale sprawdź również, czy masz wyłączony przełącznik: „Odwołuj się do historii czatów”. To, co zobaczysz, zależy od konta i regionu, ale zazwyczaj pojawi się opcja pierwsza.

    Czytaj dalej poniżej


    OpenAI bierze się za prawników. ChatGPT for Law został ogłoszony

    Warto pamiętać, że wyłączenie pamięci nie usuwa jej zawartości. Zapisane wspomnienia należy usunąć osobno w sekcji „Zarządzaj” lub „Zapisane wspomnienia”. Jeśli masz już pamięć w postaci „podsumowań”, kliknij w trzy kropki, a następnie wybierz opcję „Usuń i wyłącz pamięć”. Wyłączenie odwołań do historii uruchamia proces usuwania zapisanych informacji w ciągu 30 dni.

    Jak usunąć stare rozmowy i inne dane?

    Jeśli chcesz usunąć konkretne informacje, skasuj zarówno zapisane wspomnienie, jak i rozmowy, w których się ono pojawia. Wystarczy kliknąć na „trzy kropki” obok nazwy czatu, a następnie wybrać „Usuń”. Jeśli chcesz usunąć wszystko, wróć do Ustawień, a potem do sekcji Kontrola danych i wybierz „Usuń wszystkie czaty”. Uwaga, tej operacji nie da się cofnąć!

    Należy jednak pamiętać, że związane z usuniętymi rozmowami pliki w Bibliotece, takie jak grafiki i dokumenty, pozostaną tam. Trwałe usunięcie tych elementów z systemów trwa 30 dni. W tym przypadku istnieją pewne wyjątki, na przykład związane z obowiązkami prawnymi oraz względy bezpieczeństwa oraz dane, które wcześniej zostały pozbawione identyfikatorów i odłączone od kont.


    Czat tymczasowy włączamy przyciskiem w górnym prawym rogu – ikonką „chmurki” narysowaną przerywaną linią.

    Czat tymczasowy jak „tryb incognito”

    Jeśli nie chcecie przeszukiwać Ustawień, możecie skorzystać z czatów tymczasowych, które pozwalają na pisanie bez obaw o prywatność. Wystarczy otworzyć nowy czat i wybrać opcję „Czat tymczasowy”, a przed wysłaniem pierwszej wiadomości warto ustawić tryb na „Niespersonalizowany”. W tym przypadku chatbot nie korzysta z kontekstu, instrukcji ani wtyczek: spersonalizowana wersja może korzystać z już istniejących informacji w ChatGPT. W razie potrzeby możecie również zapisać taki czat, w przypadku gdyby okazał się dla Was przydatny.


    Każdy czat tymczasowy można zapisać, co, jak informuje sam ChatGPT, można zrobić zarówno w aplikacjach, jak i w przeglądarce.

    OpenAI może przechowywać tymczasowe rozmowy maksymalnie przez 30 dni w celach bezpieczeństwa. W wyjątkowych przypadkach (np. względy bezpieczeństwa) OpenAI może powiązać je z ograniczonym kontekstem, jednak w większości przypadków są one masowo usuwane przed upływem tego czasu.

    Czytaj również: ChatGPT odpala petardę. Te nowe funkcje to prawdziwy hit.

    Jeżeli macie jakiekolwiek obawy dotyczące prywatności w ChatGPT, możecie kontrolować swoje ustawienia prywatności, a warto wiedzieć, jak to zrobić i w razie potrzeby dostosować je do swoich potrzeb.

  • Fenomenalna obsada, groźna sprawa – na ten film warto czekać

    Fenomenalna obsada, groźna sprawa – na ten film warto czekać

    Premiera „Papierowego tygrysa” zbliża się wielkimi krokami – nowy zwiastun tylko podkręca atmosferę.

    Zacznijmy od obsady i fabuły. Adam Driver i Miles Teller wcielą się w rolę braci, których pozornie korzystny interes szybko zmienia się w walkę o bezpieczeństwo rodziny. Nowy film Jamesa Graya przenosi nas do Nowego Jorku lat 80., ukazując kryminalną historię, w której pieniądze mają swoją cenę.

    Papierowy tygrys – zwiastun i data premiery filmu

    Najnowszy zwiastun filmu nie doczekał się jeszcze polskiej wersji. Poniżej prezentujemy wcześniejszy trailer w wersji polskiej.

    W centrum narracji znajdują się Gary i Irwin Pearl. Starszy z braci, grany przez Adama Drivera, jest byłym policjantem, który działa jako człowiek załatwiający sprawy w mieście. Młodszy, odgrywany przez Milesa Tellera, wchodzi w z nim w interesową układankę obiecującą szybki zysk. Ich plan wiąże się z przedsięwzięciem w okolicy kanału Gowanus w Brooklynie, jednak zamiast finansowego przełomu prowadzi do konfrontacji z rosyjską mafią.

    Dla reżysera Jamesa Graya gangsterskie tło nie jest najważniejsze; jego głównym celem jest ukazanie więzi łączącej braci. Kiedy niebezpieczeństwo zagraża domowi Pearlów na przedmieściach, zagrożone zostaje całe ich dotychczasowe, spokojne życie rodzinne. W roli Hester, żony Irwina, zobaczymy Scarlett Johansson. Ich dwóch synów zagrają młodzi aktorzy, Gavin Goudey oraz Roman Engel.

    Czytaj dalej poniżej


    Wraca hit SkyShowtime - drugi sezon jest jeszcze lepszy

    Reżyser „Ad Astry”, „Imigrantki” i „Królów nocy” ponownie przenosi nas do Nowego Jorku. „Papierowy tygrys” ma być thrillerem osadzonym w latach 80., aczkolwiek jego główny temat pozostaje uniwersalny: co się dzieje z rodziną, gdy biznes przestaje być jedynie biznesem? Film został już zaprezentowany w konkursie głównym tegorocznego festiwalu w Cannes. Scenariusz oraz reżyserię powierzono samemu Gray’owi, a w roli gangsterskiego bossa Simeona Bogoyavicha wystąpi Victor Ptak.

    Poniżej znajduje się wcześniejszy, polski zwiastun filmu.

    Premiera filmu w Polsce zaplanowana jest na 27 listopada.

     

     

  • Sonda BepiColombo dociera do Merkurego. To ważny dla nauki moment

    Sonda BepiColombo dociera do Merkurego. To ważny dla nauki moment

    Osiem lat zajęło misji BepiColombo, aby dotrzeć do celu i rozpocząć przygotowania do wejścia na orbitę Merkurego. Zanim dwa orbitery ruszą do wspólnych badań, czekają je jeszcze tysiące istotnych manewrów.

    BepiColombo, będący wspólnym projektem Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) i Japońskiej Agencji Eksploracji Kosmosu (JAXA), ma za zadanie być pierwszą misją, w której dwie sondy będą jednocześnie krążyć wokół Merkurego. Obecnie sondy są połączone, chociaż nie towarzyszy im już moduł, który dostarczał energię i napęd jonowy przez znaczną część podróży. ESA potwierdziła pomyślne odłączenie, oparte na sygnałach wysyłanych przez przestrzeń na dystansie około 200 milionów kilometrów. Telemetria wskazuje, że wszystko działa prawidłowo, a panele MPO efektywnie ładują akumulatory.

    Ku Słońcu

    Dostanie się do Merkurego oraz utrzymanie tam sond to dwa oddzielne wyzwania. W kierunku Słońca statek napotyka mniejsze opory, gdyż przyspiesza pod wpływem grawitacji, dlatego musi zarządzać tą energią, by dotrzeć do celu z niewielką prędkością w stosunku do samej planety. Energia ta może być oddawana podczas przelotów obok innych planet, co pozwala na korygowanie toru lotu bez zużywania paliwa. W tym celu wykorzystano dziewięć asyst grawitacyjnych: jedną przy Ziemi, dwie przy Wenus oraz sześć przy Merkurym. Według ESA, ogólny dystans przebytej trasy wynosi już około 9,9 miliarda kilometrów. Dla porównania, milion kilometrów silnika 1.9 TDI wydaje się być na tym tle wyjątkowo skromny.

    Podczas podróży wystąpiły problemy, które wymusiły wydłużenie całego procesu. Pojawiły się trudności z dostępną mocą dla elektrycznego napędu modułu MTM. Inżynierowie zmienili więc trajektorię, aby misja mogła dotrzeć do celu mimo ograniczeń ciągu. Opóźnienie wyniosło rok, jednak udało się zachować możliwość realizacji programu: coś za coś. Po odłączeniu MTM-a korekty trajektorii lotu będą kontynuowane przez napęd chemiczny, a porzucony moduł pozostanie na orbicie wokół Słońca na zawsze, aż w końcu ulegnie zniszczeniu.

    Dwie orbity i kilka miesięcy manewrów

    Połączone orbitery planują wejście na orbitę polarną Merkurego 21 listopada 2026 roku. Mio zostanie uwolniony między 9 a 10 grudnia i będzie pozostawał na wydłużonej orbicie przelatującej nad biegunami. Następnie MPO odrzuci osłonę, która chroniła japońską sondę w trakcie podróży, i rozpocznie obniżanie swojej orbity. docelową uda się osiągnąć do 10 marca 2027 roku, a główne obserwacje obu sond zaplanowano na 6 kwietnia. Ponieważ są to daty odległe w czasie, program stanowi jedynie ramowy harmonogram, który może ulec zmianie.

    Czytaj dalej poniżej

    Fizycy zarejestrowali skoki kwantowe dźwięku. Setki odczytów w ciągu dwóch milisekund

    Podział zadań między sondami pozwoli na obserwację Merkurego z dwóch różnych perspektyw, co stanowi nie lada gratkę dla badaczy. MPO skoncentruje się głównie na aspektach geologicznych, składzie powierzchni planety oraz budowie jej wnętrza, natomiast Mio zbada pole magnetyczne oraz oddziaływanie wiatru słonecznego, co w okolicach Merkurego stanowi doskonałą okazję. Planuje się również analizę egzosfery, która w tym rejonie jest szczególnie rozrzedzona. Jednoczesne pomiary w dwóch miejscach pozwolą na aktywne śledzenie zmian, co dostarczy badaczom cennych informacji o Merkurym.

    Upał i przenikliwy chłód. To się nie wyklucza

    Merkury jest królem ekstremalnych warunków. Na nasłonecznionej części temperatura może dochodzić do około 430°C, podczas gdy po stronie nocnej spada do około -180°C. Na orbitach bilans cieplny sond zależy od promieniowania słonecznego, nagrzanej planety oraz ciepła wydobywającego się z własnej elektroniki. Z tego powodu europejski orbiter wyposażono w specjalnie zaprojektowany radiator, który odprowadza ciepło z pokładu w przestrzeń kosmiczną. W Mio zastosowano również obracanie się wokół własnej osi, co ogranicza nierównomierne nagrzewanie kadłuba przez Słońce.

    Mimo ekstremalnych temperatur, na Merkurym mogą znajdować się pokłady lodu w kraterach przy biegunach, na co wskazują wcześniejsze obserwacje prowadzone zarówno przez teleskopy naziemne, jak i kosmiczne. Istnieją partie planety, które pozostają stale zaciemnione i zimne, ponieważ nie dociera do nich bezpośrednie światło słoneczne. Wspólnie z MPO spróbujemy oszacować zawartość wody w tych obszarach oraz ustalić, jakie jest jej rozmieszczenie. Analiza składu tych złóż dostarczy nam wskazówek dotyczących pochodzenia wody na tej planecie.

    Jądro z żelaza

    Jądro Merkurego jest stosunkowo duże w porównaniu do rozmiaru całej planety. Dzięki tym obserwacjom naukowcy mają zamiar wyjaśnić, dlaczego tak jest. Merkury, obok Ziemi, jest jedyną skalistą planetą w Układzie Słonecznym, która posiada globalne i wyraźne pole magnetyczne. Dzięki tym pomiarom można wiele powiedzieć o wnętrzu zarówno Ziemi, jak i Merkurego.

    Czytaj również: BepiColombo to europejska sonda, która bada planetę Merkury

    Nie ograniczymy się jednak tylko do badań samej planety. Śledzenie ruchu sond posłuży także do testów ogólnej teorii względności Einsteina. Bliskie sąsiedztwo Słońca umożliwi nam zbadanie wpływu jego grawitacji na ruch statku i porównanie wyników z przewidywaniami teorii. Szykuje się więc niezwykle interesująca uczta naukowa.

  • Następne pokolenia czeka zupełnie inna Europa. Naukowcy mają złe wieści

    Następne pokolenia czeka zupełnie inna Europa. Naukowcy mają złe wieści

    To, co dla nas jest ekstremum, dla przyszłych pokoleń może stać się częścią codzienności – naukowcy policzyli, ile dodatkowych lat niebezpiecznej pogody czeka osoby urodzone po 2025 roku.

    28 czerwca 2026 roku w Słubicach zanotowano najwyższą temperaturę w historii polskich pomiarów – termometry wskazały 40,5 °C. Tegoroczne lato z pewnością dało się we znaki upałami, a sytuacja ta dotyczy nie tylko Polski, lecz również wielu regionów na świecie. Rekordowa liczba tropikalnych nocy, obciążających organizm, zniszczenie upraw spowodowane intensywnym słońcem oraz pożary w Hiszpanii i Francji są tylko niektórymi przykładami konsekwencji zmian klimatycznych. Sytuacja jest niepokojąca, a prognozy wskazują, że urodzeni po 2025 roku będą musieli stawić czoła niemal dwukrotnie większej liczbie ekstremalnych warunków sprzyjających pożarom niż ich pradziadkowie.

    Pokolenie Beta wobec konsekwencji zmian klimatycznych

    Pokolenie Beta, obejmujące osoby urodzone w latach 2025–2039, będzie mieć wiele uzasadnionych powodów do krytyki swoich rodziców i dziadków. Takie wnioski płyną z badań przeprowadzonych przez naukowców z Vrije Universiteit Brussel, którzy analizowali wpływ zmian klimatu na warunki sprzyjające pożarom w przyszłości. Wyniki ich badań nie napawają optymizmem – przy obecnym tempie zmian klimatycznych dzieci urodzone dzisiaj będą doświadczać ekstremalnych warunków pogodowych sprzyjających pożarom o 84% częściej niż osoby urodzone w 1950 roku.

    Pożary, które tak często dotykają regiony basenu Morza Śródziemnego, powstają w wyniku połączenia wysokich temperatur, suszy oraz wietrznych warunków. Ponad 150-letnia emisja gazów cieplarnianych z paliw kopalnych oraz intensywne niszczenie środowiska przyrodniczego przyczyniły się do wzrostu średniej temperatury Ziemi o 1,4 stopnia Celsjusza. Połączenie tych czynników sprawia, że nie tylko obszar basenu Morza Śródziemnego, ale także Europa Centralna staje się bombą z opóźnionym zapłonem. Stary Kontynent ociepla się bowiem dwukrotnie szybciej niż średnia globalna, co stanowi ogromne wyzwanie dla Pokolenia Beta, które będzie musiało stawić czoła rzeczywistym konsekwencjom tych zmian.

    Badania dotyczące dni sprzyjających pożarom

    Jak zatem powstały tak konkretne liczby? Naukowcy z Vrije Universiteit Brussel nie prognozowali ilości pożarów, ale zbadali liczbę dni, w których występują warunki sprzyjające ich powstawaniu. Połączyli dane demograficzne z wynikami globalnych modeli klimatycznych, uwzględniając lata 1985–2014 jako punkt odniesienia. Dzień ekstremalny zdefiniowano jako taki, w którym warunki były groźniejsze niż w 5% najgorszych dni tego okresu w danym regionie. Analizowano 21 scenariuszy związanych z ociepleniem, od 1,5 do 3,5 stopnia Celsjusza do końca stulecia, co obejmuje zarówno najlepszy, jak i najgorszy możliwy wariant.

    Czytaj dalej poniżej

    Niezwykły eksperyment w przeglądarce. Zobacz teorię względności

    Wspomniane 84 proc. dotyczy obecnej polityki klimatycznej, która prowadzi do ocieplenia o około 2,6 stopnia. Za 86 proc. tego wzrostu odpowiedzialne są zmiany klimatu, a pozostałe 14 proc. to efekt wzrastającej długości życia. W przeliczeniu na całe życie dziecko urodzone w Europie w 2025 roku doświadczy o trzy lata więcej ekstremalnych warunków pogodowych sprzyjających pożarom w porównaniu z osobą urodzoną w 1950 roku, a w basenie Morza Śródziemnego ta różnica wzrośnie do pięciu lat w stosunku do pokolenia baby boomers.

    Rosa Pietroiusti, główny autor badania, podkreśla, że ekstremalna pogoda to warunek konieczny, lecz niewystarczający. Zwiększa ona jednak ryzyko zapłonu, szybkiego rozprzestrzeniania się ognia oraz trudności w jego kontrolowaniu – mieliśmy okazję zaobserwować to podczas tegorocznych pożarów we Francji i Hiszpanii.

    Gdyby jednak udało się ograniczyć ocieplenie do 1,5 stopnia, dzieci urodzone w 2025 roku doświadczyłyby o 1,3 roku mniej ekstremalnych warunków pogodowych sprzyjających pożarom niż w przypadku obecnej polityki. Problem w tym, że według naukowców, ten cel może stać się nieosiągalny w ciągu najbliższych lat.

  • Błąd z ładowaniem słuchawek. Wielu robi to codziennie

    Błąd z ładowaniem słuchawek. Wielu robi to codziennie

    Twoje słuchawki bezprzewodowe mogą się zepsuć szybciej, niż myślisz. Oto codzienne błędy, które je uszkadzają.


    Słuchawki bezprzewodowe to inwestycja, która nie trwa wiecznie. Każdy elektroniczny gadżet może w końcu się zepsuć, a wiele osób nieświadomie przyspiesza ten proces. W tym artykule przyjrzymy się najczęstszym błędom, które prowadzą do szybszej wymiany słuchawek.

    Twoje słuchawki bezprzewodowe mogą się zepsuć szybciej, niż myślisz

    Słuchawki bezprzewodowe zdobyły niepodzielną popularność wśród użytkowników smartfonów i innych urządzeń. Producenci, rezygnując z tradycyjnych złącz jack 3,5 mm, zmotywowali nas do zakupu tych nowoczesnych rozwiązań. Oferują one wygodę, eliminując problem splątanych kabli i ryzyko uszkodzenia przewodu. Słuchawki te są lekkie, często dyskretne, a przy tym dostarczają dźwięk wysokiej jakości (choć często za wyższą cenę). Niestety, pomimo lat obecności na rynku, wiele osób nadal nie potrafi ich właściwie używać.

    Nie chodzi tu o umiejętność ich włączania czy parowania ze smartfonem, lecz o codzienne nawyki, które pozwalają utrzymać słuchawki w dobrym stanie bez ryzyka uszkodzenia. Te małe urządzenia, pełne nowoczesnej technologii, takich jak akumulatory, przetworniki i moduły łączności, są narażone na wiele uszkodzeń. Jakie błędy najczęściej popełniamy, prowadząc do szybszego zużycia naszych słuchawek bezprzewodowych?

    Najczęstsze błędy, które popełniamy

    Pierwszym wrogiem naszych słuchawek jest temperatura. Słuchawki, które wkładamy do uszu, nie tolerują skrajnych wartości temperatury — zarówno niskich, jak i wysokich. Niezbyt rozsądnie jest zostawiać je na desce rozdzielczej samochodu, gdzie mogą się znacząco nagrzać na słońcu. To samo dotyczy mroźnych dni — niskie temperatury mają negatywny wpływ na stan baterii. Akumulator bezprzewodowych słuchawek powinien działać bezawaryjnie przez około 3 lata, jednak niewłaściwe traktowanie z pewnością skróci ten czas.

    Czytaj dalej poniżej


    "Pchełki" które nie są jednorazówkami. To będą słuchawki na lata

    Kolejnym błędem jest ciągłe słuchanie muzyki na maksymalnej głośności. Tak wysokie obciążenie przetwornika szkodzi zarówno słuchawkom, jak i naszemu słuchowi. Długotrwałe użytkowanie na wysokich poziomach głośności prowadzi do zużycia komponentów, co skutkuje gorszą jakością dźwięku oraz nieprzyjemnymi trzaskami. Ponadto, brud, który gromadzi się na słuchawkach, również przyspiesza ich degradację. Kontakt z ciałem powoduje, że woskowina, pot oraz kurz osiadają na siateczkach akustycznych i mikrofonach. Regularne czyszczenie jest kluczowe, aby uniknąć problemów — wystarczy użyć delikatnej szczoteczki oraz patyczka kosmetycznego zwilżonego alkoholem izopropylowym do przetarcia pinów.



    AirPods – Apple po raz kolejny zmieniło rynek

    Nadużywanie trybów ANC oraz transparentnego również nie sprzyja naszym słuchawkom. Mimo że oferują one dużą wygodę, angażują mikrofony, co znacząco zwiększa zużycie baterii. Praca w trybie ANC podczas codziennych czynności, na przykład w biurze, nie jest konieczna i można ją wyeliminować, co pomoże oszczędzić energię akumulatora.

    Jak widać, nawet nowoczesne słuchawki bezprzewodowe mogą sprawiać problemy, jednak większość z nich wynika z niewłaściwego użytkowania. Dla osób, które wolą uniknąć tych komplikacji, może być warto rozważyć powrót do słuchawek przewodowych. Niektórzy użytkownicy podjęli tę decyzję i są z niej zadowoleni.

  • OpenAI szykuje potężny produkt. To będzie mocna premiera

    OpenAI szykuje potężny produkt. To będzie mocna premiera

    W kodzie aplikacji desktopowej ChatGPT odkryto informacje dotyczące nadchodzącego Codex Cloud, który ma wspierać użytkowników w konfiguracji tego środowiska oraz w łączeniu go z prywatnymi zasobami firmy. Zbliżający się OpenAI DevDay, zaplanowany na 29 września, może być doskonałą okazją, by OpenAI przedstawiło coś specjalnego w tej kwestii. Oczekiwane są także inne ciekawe ogłoszenia.


    Cała sytuacja dotyczy nowych elementów zidentyfikowanych w kompilacji 9922 aplikacji OpenAI. Wspomniany tryb będzie miał zdolność realizowania zadań w chmurze, całkowicie bez potrzeby dostępu do komputera użytkownika. Zmiany obejmują również możliwość wyboru środowiska, zapamiętywania tych ustawień oraz obsługi odpowiedzi z serwera, co sugeruje, że może chodzić o nową, odrębną usługę. Niestety, kod aplikacji nie pozwala na weryfikację, czy infrastruktura odpowiadająca tej funkcji jest już aktywna.

    Codex jako samodzielny asystent do rozmowy

    Środowiska programistyczne to zestawy narzędzi, bibliotek oraz ustawień niezbędnych do uruchomienia i testowania projektu. Aby agent mógł wprowadzić nawet drobną poprawkę w kodzie, konieczne jest wykonanie wielu kroków, co często bywa uciążliwe. OpenAI już oferuje automatyczne instalowanie popularnych zależności oraz możliwość korzystania z własnych skryptów konfiguracyjnych, jednak planowane zmiany idą znacznie dalej. Nowy proces będzie oparty na naturalnej konwersacji, w której asystent będzie starał się zrozumieć, co deweloper chce uruchomić.

    Proces rozpocznie się od wskazania repozytoriów i stworzenia prywatnego środowiska. Agent po tym ma analizować zasoby i przygotować „szkielet” konfiguracji do przeglądu przez człowieka.

    Tailscale łączący chmurę z siecią firmową

    W tej kwestii pomocny będzie Tailscale, znany narzędzie, które, w skrócie, umożliwia łatwe połączenie wielu urządzeń w jedną, prywatną sieć. Dzięki temu, środowisko zarządzane przez OpenAI mogłoby uzyskać dostęp do konkretnych zasobów wewnętrznych w firmie. W kodzie znaleziono mechanizmy dotyczące przypisywania, wymiany oraz usuwania kluczy uwierzytelniających do wielokrotnego użytku, a także sprawdzania ich formatu.

    Czytaj dalej poniżej

    Tę nowość w Claude docenicie. Anthropic zapowiada wielkie zmiany

    Wspomniany klucz wymaga jednak odpowiedniej ochrony. Tailscale zaleca przechowywanie go w dedykowanym miejscu. Nie ma dowodów na to, że OpenAI będzie przechowywać te klucze czy zarządzać dostępem w inny sposób. Więcej szczegółów prawdopodobnie poznamy, gdy OpenAI oficjalnie zaprezentuje tę funkcję.

    Proxy jako warstwa zabezpieczeń

    Drugi mechanizm ma na celu ochronę poufnych danych uwierzytelniających używanych w połączeniach z usługami. Taki kod otrzymałby znacznik zastępczy, a jego rzeczywista wartość byłaby przechowywana poza zasięgiem środowiska agenta. Dopiero proxy, jako serwer pośredniczący w komunikacji, wstawiłby je w momencie wysyłania zapytania HTTPS do zatwierdzonej domeny. Oczywiście, możliwe będzie także ograniczenie konkretnych metod HTTP w edytorze, co pozwoli na precyzyjne określenie rodzaju wykonywanej operacji.

    Czytaj również: Problemy twórców ChatGPT. Użyto Claude’a do zhakowania OpenAI

    To jednak nie koniec: trzeci mechanizm weryfikuje „tożsamość” zadania oraz korzysta z protokołu OpenID Connect, co umożliwia uzyskanie krótkotrwałego dostępu do zasobów chmurowych bez długotrwałego używania danych logowania. OpenAI intensywnie pracuje nad możliwością integracji z Microsoft Azure, powiązaną z usługą Entra, co można następnie przypisać do środowiska.

    W tym modelu środowisko „wykonawcze” będzie zarządzane przez OpenAI, a firma udostępni mu określone prywatne zasoby. Z jednej strony znacząco skróci to czas potrzebny na wdrożenie agenta, z drugiej strony rodzi pytania o zaufanie do OpenAI i jego modelu dotyczącego poświadczeń. Czy zobaczymy te nowości podczas nadchodzącego DevDay? Trudno to przewidzieć, jednak Sam Altman i Tibo Sottiaux wielokrotnie zapowiadali na X, że tydzień, w którym odbywa się to deweloperskie święto, będzie pełen znaczących premier.

  • 3 triki, które poprawią jakość obrazu w Twoim telewizorze

    3 triki, które poprawią jakość obrazu w Twoim telewizorze

    Wystarczy dostosować te 3 ustawienia w swoim telewizorze, aby uzyskać znacznie lepszy obraz.

    Oczekiwania wobec nowego telewizora są często bardzo wysokie. Niestety, niekiedy przy pierwszym uruchomieniu możemy być rozczarowani, ponieważ obraz nie spełnia naszych anticipacji. Na szczęście, dzięki zmianie trzech kluczowych ustawień, nasze nowe urządzenie może znacznie poprawić jakość obrazu.

    Samsung – ilustracja przykładowa

    3 ustawienia, które poprawią jakość obrazu Twojego telewizora

    Nie ma potrzeby „naprawiania” nowego telewizora, aby działał prawidłowo. Zazwyczaj każdy ekran ma ukryty potencjał, który może być zablokowany przez fabryczne ustawienia. Producenci, dążąc do wyróżnienia się na tle konkurencyjnych modeli, często ustawiają tryby, które sprawdzają się w warunkach sklepowych, a niekoniecznie w naszych domach. Warto pamiętać, że w sklepie telewizor musi przyciągać uwagę, co często uda się uzyskać za pomocą intensywniejszych kolorów czy podwyższonej jasności. Gdy jednak uruchamiamy go w warunkach domowych, może nas spotkać niemiłe zaskoczenie. Domowe warunki wymagają innego podejścia, a odpowiednie ustawienia są kluczowe dla uzyskania najlepszego obrazu podczas oglądania filmów czy seriali.

    Jak zatem „uratować” obraz swojego telewizora? Istnieją trzy najważniejsze ustawienia, które warto zmienić na początku, aby stworzyć idealny punkt wyjścia do komfortowego oglądania. Pierwszym krokiem jest wyłączenie trybu oszczędzania energii. Popularny tryb Eco ma na celu obniżenie zużycia energii, co wiąże się z drastycznym ograniczeniem maksymalnej jasności ekranu. Obraz może stać się wyblakły, przygaszony z mniejszą dynamiką, co zwłaszcza w ciągu dnia będzie widoczne. Aby wydobyć maksymalne możliwości z naszego telewizora, warto nie ograniczać jego poboru mocy.

    Kolejnym krokiem jest wyłączenie wszelkich funkcji wygładzania obrazu. Ta popularna funkcja występuje pod różnymi nazwami, takimi jak TruMotion, Auto Motion Plus czy Picture Clarity. Niezależnie od nazwy, efektem jej włączenia jest tzw. efekt „operzy mydlanej”. W wyniku tego, film nakręcony w tradycyjnych 24 klatkach na sekundę zyskuje nienaturalną, wręcz mechaniczną płynność, co negatywnie wpływa na wrażenia z oglądania kinowych produkcji.

    Czytaj dalej poniżej

    Wyłączyłem 4 ustawienia i mój telewizor działa jak nowy

    Na końcu pozostaje wyłączenie wszystkich pozostałości po ustawieniach fabrycznych oraz agresywnym podkręcaniu obrazu. W tym celu najlepiej uruchomić tryb kinowy (FILMMAKER mode). To najkorzystniejsza opcja dla naszego domowego urządzenia. Telewizor automatycznie wyłączy wszelkie sztuczne ulepszenia i pozostawi parametry obrazu w najdogodniejszej formule, co sprawdzi się świetnie podczas odtwarzania filmów z płyt czy platform streamingowych. Kontrast, jasność i kolory będą odpowiednie od samego początku, bez sztucznego podkręcania i nadmiernego rażenia w oczy. Generalnie nie ma potrzeby zmieniać tego trybu, chyba że planujesz podłączyć konsolę do gier. W takim przypadku warto aktywować tryb gry, aby zminimalizować opóźnienie.

    A skoro mowa o telewizorach, warto również poruszyć temat różnic między Smart TV a Android TV. Czy istnieją jakieś znaczące różnice? Zdecydowanie tak, a niestety często sprzedawcy w sklepach pomijają ten istotny temat.

  • Pięć miejsc w ogrodzie, na które kamera powinna patrzeć

    Pięć miejsc w ogrodzie, na które kamera powinna patrzeć

    Ogród często jest niedostatecznie monitorowany w całości, a powinien być, ponieważ istotne wydarzenia mogą dziać się nie tylko w jego centralnej części. Na obrzeżach ogrodu też często dzieje się najwięcej: ktoś może podchodzić do bramy, zwierzęta mogą krążyć po posesji lub szukać dziury w płocie, a automatyczny robot koszący trawę pracuje bez naszej obecności.

    Wybór odpowiedniej kamery do konkretnego miejsca decyduje o tym, czy uda się zarejestrować najważniejsze momenty, uchwycić właściwe sytuacje oraz czy obraz będzie wystarczająco czytelny, by dostarczył użytecznych informacji.

    Brama i furtka – pierwszy punkt kontaktu

    Wejście na posesję to miejsce, które powinno mieć najwyższy priorytet. To punkt, w którym zaczynają się odwiedziny zarówno kuriera, jak i gości sprawdzających, czy kogoś nie ma w domu. Tapo C660 KIT może być idealnym rozwiązaniem w tym przypadku, dzięki wysokiej rozdzielczości 4K (3840 na 2160 pikseli, 8 MP), która umożliwia wyraźne odczytanie rysów twarzy czy numeru rejestracyjnego z odległości kilku metrów. Kamera ma pełny obrót 360 stopni w poziomie oraz 90 stopni w pionie. Sensor Starlight w połączeniu z technologią kolorowego widzenia nocnego zapewnia wyraźny obraz nawet po zmroku, eliminując problem z szarością kolorów. Zasilanie urządzenia zapewnia wbudowany akumulator 10 000 mAh, który współpracuje z panelem solarnym. Jest to szczególnie istotne w przypadku bram oddalonych od domu, gdzie doprowadzenie kabli może być problematyczne. Taka niezależność od zasilania może być kluczowa, aby umieścić kamerę w optymalnej lokalizacji, bez obaw o okablowanie.

    Przejścia i wąskie ścieżki między budynkami

    Boczne przejście między garażem a domem, wąski przesmyk za szopą czy ścieżka prowadząca na tyły ogrodu to miejsca, którymi najczęściej przemieszczają się zarówno ludzie, jak i zwierzęta, gdyż często stanowią wygodny skrót. W tym przypadku dobrze sprawdzi się Tapo C615F KIT – model wyposażony w reflektor LED o mocy 800 lumenów, który można aktywować ruchem lub ręcznie z poziomu aplikacji. Kamera ma węższy kąt widzenia niż C660 (100,6 stopnia po przekątnej), jednak zrekompensowany mechanizm obrotu w zakresie 338 stopni w poziomie, co wystarcza, by objąć całą trasę w wąskim przejściu. Jest także wyposażona w funkcję detekcji AI, która rozpoznaje osoby, zwierzęta i pojazdy, a automatyczne śledzenie sprawia, że monitorowanie sytuacji staje się proste. Wbudowana syrena o głośności 97 decybeli działa odstraszająco, gdy ktoś przebywa w miejscu, gdzie nie powinien. Alarm może włączać się automatycznie (zgodnie z ustawieniami) lub na żądanie zdalnie poprzez aplikację.

    Podjazd i miejsce parkingowe

    Podjazd często bywa najdalej oddalonym punktem od domowego routera, a jednocześnie miejscem, gdzie szczególnie liczy się jakość obrazu – zwłaszcza gdy trzeba zidentyfikować pojazd lub osobę kręcącą się przy furtce albo naszym aucie od strony ulicy. Tutaj doskonale sprawdzi się Tapo C615G KIT, model stworzony z myślą o łączności 4G LTE, a nie Wi-Fi. Kamera korzysta z karty nanoSIM i pasm LTE, co oznacza, że działa tam, gdzie zasięg domowej sieci bezprzewodowej na pewno nie dociera, a jedyne, co jest potrzebne, to zasięg operatora komórkowego.

    Czytaj dalej poniżej


    Orange dla studentów: szybki światłowód i terabajty danych w telefonie w świetnej cenie

    Obraz charakteryzuje się rozdzielczością 2K (2304 na 1296 pikseli, 3 MP), a mechaniczny obrót sięga 360 stopni w poziomie, co pozwala na pełne objęcie sytuacji na całym podjeździe. Kamera wykrywa osoby, zwierzęta i pojazdy, a wbudowana syrena ma głośność 98,6 decybela oraz klasę odporności IP65, działającą w zakresie temperatur od -20 do +45 stopni Celsjusza. Co istotne, zasilanie zapewnia wbudowany akumulator o pojemności 6700 mAh współpracujący z dołączonym panelem solarnym Tapo A201, który w pełni naładowany może działać bez doświetlania nawet 120 dni.

    To rozwiązanie sprawdza się w przypadku miejsc, gdzie nie można doprowadzić ani kabla sieciowego, ani przewodu zasilającego. Oprócz wspomnianego podjazdu, znakomicie sprawdzi się także przy końcu długiej działki, przy bramie oddalonej od domu czy na granicy z sąsiednią posesją. Kamera może być używana również w całkowicie innej lokalizacji, np. osobnym budynku znacznie oddalonym od domu.

    Szopa z narzędziami, basen i strefa robota koszącego

    Basen lub szopa narzędziowa po drugiej stronie ogrodu to przykłady miejsc, które również mogą być objęte bezproblemowym i bezprzewodowym monitoringiem. Tutaj sprawdzą się wymienione modele z bateriami i panelami solarnymi: Tapo C660 KIT, Tapo C615F KIT czy Tapo C615G KIT, w zależności od tego, co jest priorytetowe – maksymalna rozdzielczość, mocne doświetlenie reflektorem, czy brak zasięgu Wi-Fi w danym miejscu. Panel słoneczny dołączony do wszystkich trzech zestawów wystarcza, według producenta, po około 45 minutach bezpośredniego nasłonecznienia dziennie, aby zasilić kamerę przez całą dobę, co w praktyce oznacza brak kabli i wykopów.

    Warto również zwrócić uwagę na roboty koszące, które mogą być celem kradzieży, ponieważ są kosztowne i łatwe do przenoszenia. Kamera skierowana na strefę ładowania robota, z detekcją ruchu potrafiącą rozróżnić ludzi od zwierząt, pozwala na odróżnienie sytuacji, w której zwierzę przeszło obok stacji dokującej, od sytuacji, w której ktoś próbuje podnieść robota. Jeśli strefa ładowania znajduje się w zasięgu domowego Wi-Fi, bardziej sensownym rozwiązaniem będzie C660 lub C615F, ale gdy stacja znajduje się na końcu dużej posesji, C615G KIT będzie idealnym wyborem, ponieważ pozwala na monitorowanie tej strefy bez jakiejkolwiek infrastruktury sieciowej, korzystając z LTE. Wszystkie trzy modele nagrywają zdarzenia na kartę microSD do 512 GB lub w chmurze Tapo Care, co w takim przypadku jest wystarczalne – nie ma potrzeby ciągłego nagrywania przez całą dobę, wystarczy uchwycić moment, w którym coś się wydarzy.

    Którą kamerę wybrać?

    Mając do dyspozycji tak dobrze wyposażone zestawy kamer, wybór odpowiedniego modelu coraz częściej zależy od tego, czy w danym miejscu jest dostęp do Wi-Fi, czy można doprowadzić prąd oraz czy warto inwestować w dodatkowe prace, a nie tylko w parametry obrazu, ponieważ te w większości modeli są satysfakcjonujące. Tapo C660 KIT kładzie nacisk na najwyższą rozdzielczość i pełny obrót przy zachowaniu łączności Wi-Fi. Tapo C615F KIT oferuje mocne doświetlenie reflektorem, pracując również w ramach domowej sieci. Tapo C615G KIT idzie o krok dalej, uwalniając kamerę zarówno od Wi-Fi, jak i od kabla zasilającego, korzystając z połączenia 4G LTE z baterią i panelem solarnym. Wybór kamery oraz zaplanowanie monitoringu ogrodu czy działki powinno być teraz znacznie łatwiejsze.

    —

    Materiał powstał we współpracy z marką TP-Link.

  • Recenzja Ninja Crispi Pro. Zaskakująco wszechstronny szklany air fryer

    Recenzja Ninja Crispi Pro. Zaskakująco wszechstronny szklany air fryer

    Pierwszy model Ninja Crispi, który testowałem rok temu, był unikalnym i bardzo oryginalnym urządzeniem w swoim segmencie. Zamiast standardowej szuflady z koszem, producent zdecydował się na użycie szklanych pojemników, które współpracowały z modułem z grzałką i wentylatorem. Pomysł był praktyczny, jednak miał swoje ograniczenia, w tym brak ręcznej regulacji temperatury oraz dodatkowych trybów pracy. Miałem również pewne obawy przed odkładaniem rozgrzanego modułu na blacie.

    Ninja Crispi Pro to większy i wyraźnie droższy model, wyceniony w Polsce na około 900 zł. Choć wciąż korzystamy ze szklanych pojemników, struktura urządzenia uległa zmianie, a regulacja temperatury została wprowadzona. Czy te zmiany są wystarczające?

    Stacja zamiast nakładanego modułu

    W zestawie otrzymujemy stację z grzałką, dwa pojemniki wykonane ze szkła borokrzemowego o pojemności 5,7 oraz 2,3 l, dwie ceramiczne płytki, dwie plastikowe pokrywki oraz książkę z przepisami. Możemy również dokupić trzeci pojemnik o pojemności 3,8 l. Wszystkie pojemniki mają tę samą długość i szerokość, co oznacza, że powierzchnia smażenia pozostaje niezmienna, a różnica sprowadza się jedynie do głębokości.

    Producent zapewnia, że większy pojemnik ma wystarczać do przygotowywania potraw dla nawet 6 osób. W praktyce jednak myślę, że maksymalnie zmieści się tu jedzenie dla 3-4-osobowej rodziny.

    Czytaj dalej poniżej


    Roborock ogarnie dom, ogród i basen. Oto wszystkie nowości

    Najważniejsza zmiana dotyczy samej grzałki, która została umieszczona na stałe w górnej części stacji na metalowym pałąku, a pojemnik wsuwany jest pod nią. Dzięki temu nie musimy już zdejmować gorącego modułu przy każdym zajrzeniu do potrawy, a wysunięcie naczynia automatycznie wstrzymuje pracę urządzenia.

    Pojemnik umieszczany jest na wyjmowanej półce, którą można zainstalować na trzech różnych wysokościach. Im większe naczynie, tym niżej musi być umieszczone. Środkowa pozycja jest dedykowana dla pojemnika o pojemności 3,8 l, więc bez dodatkowego zakupu pozostaje bezużyteczna.

    Nowa konstrukcja zajmuje więcej miejsca niż poprzednik. Stacja waży ponad 5 kg i ma wymiary 31 x 30 x 28 cm. Dodatkowo dwa pojemniki również zajmują sporo miejsca w kuchennych szafkach, a większy z nich waży ponad dwa kilogramy nawet bez zawartości. Pierwszy model Crispi mógł być schowany po zakończonej pracy, podczas gdy wersja Pro wymaga stałego miejsca na blacie (należy też pamiętać o bliskości gniazdka, ponieważ długość przewodu zasilającego wynosi zaledwie 80 cm).

    Same pojemniki zostały skonstruowane podobnie jak w poprzednim modelu, mają trwałe podstawki z uchwytami i nóżkami, co pozwala na natychmiastowe postawienie gorącego naczynia na stole. Niestety, nadal pozostała szczelina pomiędzy szkłem a plastikową podstawką. W poprzednim modelu podczas mycia dostawały się do niej woda i resztki jedzenia. Już rok temu narzekałem na to w recenzji pierwszego Crispi, szkoda, że producent nie wprowadził żadnych ulepszeń w tej kwestii.

    Pokrywki również uległy zmianie. W pierwszym modelu mniejsza z nich miała uszczelkę i boczne zaczepy. W nowym modelu żadna z pokrywek nie ma zatrzasków. Choć nadają się do przykrycia jedzenia w lodówce, przy przenoszeniu pojemnika z płynnej zawartością kompletnie się nie sprawdzą. Oczywiście wszystkie szklane pojemniki, płytki i pokrywki można bez przeszkód myć w zmywarce.

    Programy i regulacja temperatury

    Panel sterujący został umieszczony na froncie, tuż przy górnej krawędzi stacji. Znajduje się tu wyświetlacz, kilka przycisków oraz pokrętło do ustawiania czasu i temperatury. To największa różnica w porównaniu z poprzednim modelem, gdzie można było wybierać tylko jeden z czterech trybów. W Crispi Pro temperaturę można ustawić w zakresie od 40 do 240 stopni Celsjusza (co pięć stopni).

    Do dyspozycji mamy siedem programów: max crisp (najwyższa temperatura, idealna do mrożonek), air fry, roast (pieczenie mięs i warzyw), bake (wypieki), prove (wyrastanie ciasta), dehydrate (suszenie) oraz re-crisp, który służy do odświeżania wczorajszego obiadu. Moc grzałki wzrosła z 1700 do 2050 W, a producent zapewnia, że urządzenie nie wymaga wstępnego nagrzewania. Niestety, nie znajdziemy tutaj funkcji Wi-Fi ani aplikacji, więc wszystkie ustawienia dokonujemy manualnie.

    W pierwszym Crispi zapiekanki i lazania zbyt mocno przypiekały się z wierzchu, a użytkownik nie miał wpływu na temperaturę. W nowym modelu możemy ją obniżyć. Najniższe ustawienia pozwalają również suszyć owoce czy przyspieszać wyrastanie ciasta drożdżowego. Poprzedni model nie miał takich funkcji, co sprawia, że nowa wersja jest zdecydowanie bardziej uniwersalna.

    Charakterystyka działania pozostaje jednak taka sama. Grzałka znajduje się tylko w górnej części, więc aby równomiernie przyrumienić składniki, nadal musimy je obracać lub potrząsać pojemnikiem. Urządzenie nie przypomina o tym sygnałem w połowie pieczenia. W obu przypadkach trzeba zdjąć całe szklane naczynie, które w połączeniu z zawartością znacznie cięższe. Ważne jest, aby uważać, żeby się nie poparzyć.

    Mimo wszystko w porównaniu z poprzednim modelem widoczny jest znaczny postęp w równomierności pieczenia. Szczególnie duży pojemnik z metalową wkładką okazał się doskonały do mrożonych frytek czy warzyw. Kluczowym jest jednak, aby nie wkładać zbyt dużo składników i pozwolić na swobodną cyrkulację powietrza – w przeciwnym razie mamy do czynienia z przypalonym wierzchem i zimnym spodem.

    Szklane naczynia mają dodatkową zaletę – podczas pracy możemy na bieżąco obserwować potrawy i ich stan upieczenia. Po zakończeniu pracy nic nie stoi na przeszkodzie, by takie naczynie postawić bezpośrednio na stole – jest na tyle estetyczne i funkcjonalne. Po posiłku wystarczy dołożyć pokrywkę i schować resztki do lodówki, skąd można je później wyjąć i odgrzać. Producent zapewnia, że zastosowane szkło jest odporne na nagłe zmiany temperatury, co sprawia, że Crispi Pro jest bardzo praktycznym rozwiązaniem.

    Dla kogo jest Crispi Pro?

    Ninja Crispi Pro eliminuje najpoważniejsze ograniczenia pierwszego modelu. Oferuje ręczną regulację temperatury, siedem programów, większy pojemnik oraz grzałkę zamocowaną na stałe w stacji. Pozostają również zalety szklanych naczyń, w których można przygotować składniki, upiec danie i podać je na stół. Resztki wystarczy przykryć pokrywką i schować do lodówki.

    Jednak kilka wad z poprzedniego modelu pozostaje: szczelina pomiędzy szkłem a podstawką oraz krótki przewód zasilający. Ponadto nadal musimy sami pamiętać o obracaniu składników. Urządzenie nie jest również tanie i zajmuje sporo miejsca.

    Jeśli posiadacie pierwszy model Crispi i gotujecie dla jednej lub dwóch osób, wymiana ma sens jedynie w przypadku braku kontroli nad temperaturą. Jeśli dopiero rozważacie zakup frytkownicy beztlenowej bez teflonowego kosza i macie dla niej stałe miejsce na blacie, warto rozważyć model Crispi Pro, głównie ze względu na regulację temperatury i innowacyjny (a przy tym bardzo praktyczny i wygodny) system wymiennych naczyń.

    Ninja Crispi Pro



    plusy

    • Dwa szklane pojemniki w zestawie…
    • …bardzo praktyczne i wszechstronne
    • Wygodny panel z regulacją temperatury
    • Szeroki wachlarz trybów pracy


    minusy

    • Zajmuje sporo miejsca i musi stać na blacie
    • Odsłonięte nagrzewające się elementy grożą poparzeniem
    • Kabel zasilający mógłby być trochę dłuższy

    Urządzenie do testów udostępnił producent. Firma nie miała wglądu ani wpływu na treść artykułu przed publikacją.

  • Ten świat zasługuje na filmy, gry i seriale. Nie mogę się od niego oderwać

    Ten świat zasługuje na filmy, gry i seriale. Nie mogę się od niego oderwać

    Wprowadzenie do świata „Control Resonant”

    Już dwukrotnie zatonąłem w fascynującym uniwersum „Control”, jednak wydaje się, że te przygody były jedynie wprowadzeniem do znacznie szerszej opowieści, która czeka na odkrycie.

    Powrót Uniwersum Remedy

    Uniwersum stworzone przez studio Remedy powraca w wielkim stylu dzięki grze „Control Resonant”. Tym razem gracz zostaje przeniesiony poza mury tajemniczej Najstarszej Siedziby, a w centrum wydarzeń znajduje się Dylan Faden. Twórcy postawili na dynamiczną walkę wręcz oraz rozbudowane elementy action RPG, co znacząco podnosi poprzeczkę w kwestii swobody dostosowywania poziomu trudności do indywidualnych preferencji.

    Ambicja i Rozwój

    „Control Resonant” to nie tylko największy i najbardziej ambitny projekt w historii fińskiego studia, ale także istotny krok w kierunku dalszej rozbudowy tego niezwykłego świata. Gracze mogą spodziewać się jeszcze bardziej złożonej narracji i interakcji w otoczeniu, które wciąga i fascynuje.

    Rozmowa z Twórcą

    Jak powstawała ta gra i jakie są plany Remedy na przyszłość? O tym miałem przyjemność rozmawiać z Sergey’em Mohovem, Lead Gameplay Designerem w Remedy, który pracował nad „Control Resonant”. Zachęcam do obejrzenia naszego wywiadu, w którym zdradza kulisy powstawania gry i jej unikalnych elementów.