Kategoria: Wiadomości

  • Jeżeli używasz tej usługi, to mogłeś zostać ofiarą przestępców. Koniecznie sprawdź

    Jeżeli używasz tej usługi, to mogłeś zostać ofiarą przestępców. Koniecznie sprawdź

    Jeśli korzystasz z Twitcha, warto zwrócić uwagę na używane rozszerzenia przeglądarki. Jak pokazuje raport od Socket, dodatki takie jak Twitch Enhanced Viewer czy JeetBot, które obiecywały oglądanie transmisji bez reklam i w wysokiej jakości, okazują się problematyczne. Wersje tych rozszerzeń przekazywały zewnętrznym serwerom tokeny, które umożliwiały dostęp do kont użytkowników.

    Raport Socketa dotyczy narzędzi omijających reklamy, ograniczenia regionalne i umożliwiających odblokowanie jakości 1080p, a także zbierających punkty na określonych kanałach. Co gorsza, okazało się, że te rozszerzenia zbierały także poświadczenia użytkowników i przekazywały je, przypuszczalnie, w ręce przestępców. Sesyjne tokeny były przesyłane do podmiotów spoza Twitcha podczas oglądania materiałów.

    Problemy z rozszerzeniami dla Chrome i Firefoksa

    Dodatki dla przeglądarek miały dostęp do nagłówka Authorization, który jest używany przez klienta Twitcha w trakcie komunikacji z usługą. Dzięki temu mogły wydobyć token OAuth i dołączyć go jako parametr auth do adresu przekierowywanego żądania dotyczącego listy odtwarzania. Żądania te trafiały na serwer proxy, a więc pośrednika kontrolowanego przez JeetBota, komercyjną, rosyjskojęzyczną usługę obsługującą Twitcha, Kicka i VK Live. Umieszczenie poświadczenia w adresie stwarza również ryzyko jego zarejestrowania w logach serwera, co pozwala każdemu, kto ma do nich dostęp, na jego odczytanie. Już samo odebranie takiego żądania sprawia, że pośrednik uzyskuje dostęp do tokenu, niezależnie od tego, czy adres zostanie zapisany w logach.

    Warto podkreślić, że token OAuth pozwala oprogramowaniu na wykonywanie określonych operacji w imieniu użytkownika. Dokumentacja Twitcha wyjaśnia, że zakres tych działań zależy od uprawnień przypisanych do tokena, dlatego samo jego posiadanie nie oznacza automatycznie pełnej kontroli nad kontem. Socket wskazuje na dostęp do czatu, prywatnych wiadomości oraz punktów. Nie podano jednak informacji, ile kont mogło zostać objętych tymi działaniami.

    Sprzeczne deklaracje w sklepach

    W kodzie rozszerzeń odnaleziono listę dziesięciu rosyjskojęzycznych kanałów, które były na stałe wpisane do aplikacji. Podczas ich oglądania token nie był dołączany do przekierowywanego żądania, podczas gdy w przypadku pozostałych kanałów domyślnie trafiał do pośrednika. W starszych wersjach wtyczek zauważono jeszcze „bardziej agresywny” sposób przekazywania danych, gdzie tokeny były przesyłane osobnymi żądaniami do przygotowanego do tego celu „punktu zbiorczego” na serwerze obsługującym rozszerzenia.

    Czytaj dalej poniżej

    Masz taki router? CERT Polska ostrzega, koniecznie zrób aktualizację!

    Rozgorzała kontrowersja. Autor wtyczki dla Firefoksa przyznał, że wcześniejsze wersje przesyłały token OAuth na jego serwer, argumentując to koniecznością zapewnienia obrazu w jakości 1080p lub 1440p. Z kolei w Chrome Web Store nadal widnieje oświadczenie, że twórca nie zbiera ani nie wykorzystuje danych użytkowników w żaden sposób. Każdy może samodzielnie ocenić te sprzeczności. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez Socket wyraźnie obrazują mechanizm działania tych wtyczek oraz potencjalne zagrożenia, jakie niosą.

    Usuwanie dodatków – ale to nie wszystko

    Na szczęście liczba zainstalowanych wtyczek jest ograniczona: w Chrome Web Store jest ich około 30 tysięcy, a w sklepie Firefoksa nieco ponad 600. Co ciekawe, autorzy wtyczek już je zaktualizowali, trudno jednak powiedzieć, czy w nowych wersjach nie zawierają nadal podejrzanego kodu. Zarówno Google, jak i Mozilla jak dotąd nie podjęły żadnych działań w tej sprawie, a moim zdaniem powinny to zrobić: deweloper ten raczej nie ma dobrych zamiarów.

    Rekomenduje się usunięcie Twitch Enhanced Viewer oraz JeetBot z przeglądarki, a następnie zakończenie wszystkich sesji w ustawieniach konta Twitch, wylogowanie się i ponowne zalogowanie. Taka sekwencja ma na celu „unieważnienie” starego, najprawdopodobniej przekazanego deweloperowi tokenu. Działania te powinny zredukować dwa źródła ryzyka: dalsze przechwytywanie poświadczeń oraz wykorzystanie tych już przesłanych. Twitch zaleca w takich przypadkach zmianę hasła, co również jest dobrą praktyką. Należy zachować ostrożność wobec tego rodzaju dodatków: zazwyczaj obiecują one przydatne funkcje, a kończą na przechwytywaniu naszych danych. Przypominam sobie sytuację sprzed ponad 5 lat, kiedy jedna „uzłośliwiona” wtyczka niemal przejęła wszystkie moje ważne konta w różnych usługach: po aktualizacji zyskała złośliwe mechanizmy, a przez długi czas służyła mi głównie do wykonywania zrzutów ekranowych. Udało mi się uniknąć utraty danych tylko dzięki ustawieniu dwuskładnikowego logowania wszędzie tam, gdzie to możliwe.

  • Niecały miesiąc do premiery „Zwierząt”. Netflix zebrał genialną obsadę

    Niecały miesiąc do premiery „Zwierząt”. Netflix zebrał genialną obsadę

    Nadchodzi mocny thriller, za który odpowiada nie kto inny, niż Ben Affleck.

    To pierwszy reżyserski projekt Bena Afflecka od czasu „Air” z 2024 roku i zarazem najambitniejsza jak dotąd próba przeniesienia klasyki Akiry Kurosawy na amerykański grunt. Choć twórcy nie mówią o tym otwarcie, „Zwierzęta” to w praktyce remake „Niebios i piekła” Akiry Kurosawy z 1963 roku, przeniesiony w realia współczesnego Los Angeles. Amerykańska wersja dokłada do klasycznej fabuły porwania więcej komentarza społecznego na temat samego miasta i nie tylko.

    Zwierzęta – nowy film Netflix od Bena Afflecka. Zwiastun i data premiery

    Fabuła filmu krąży wokół Marka Kimballa, granego przez samego Afflecka, polityka kandydującego na burmistrza Los Angeles, który na pierwszy rzut oka ma wszystko: udaną karierę, kochającą żonę Abigail (Kerry Washington) i spokojne życie rodzinne. Ta fasada pęka w chwili, gdy dochodzi do porwania syna pary, Denny’ego, granego przez Christophera Woodleya. Od tej chwili film na zmianę pokazuje twardą walkę o głosy w kampanii oraz ciepłe, spokojne chwile w domu. To zderzenie dwóch światów stopniowo podkręca emocje i nasila stres towarzyszący zdesperowanym rodzicom, którzy za wszelką cenę próbują odzyskać swoje dziecko.

    Affleck, który współtworzył scenariusz razem z Connorem McIntyre’em i Billym Rayem, nie kryje, że „Zwierzęta” to więcej niż typowy thriller kryminalny. W rozmowach promujących film reżyser podkreśla, że kluczowe pytanie brzmi, kim naprawdę jesteśmy, gdy z naszych twarzy spadają maski, i czy ludzie kierują się prawdziwym kompasem moralnym, czy raczej własnym interesem. Równie istotny wątek to małżeństwo Marka i Abigail – Affleck opisuje film jako studium tego, co oznacza związanie się z drugą osobą, jakie kompromisy i wymiany temu towarzyszą.

    W kryzysowej sytuacji do akcji wkracza Dayle, enigmatyczna „naprawiaczka problemów” – zdobywczyni Emmy Gillian Anderson. Jej postać stawia Kimballom brutalnie jasne ultimatum – życie syna wisi na włosku, więc wszystkie skrywane dotąd tajemnice między małżonkami muszą wyjść na światło dzienne. Największym atutem „Zwierząt” wydaje się jednak skład aktorski, jaki udało się zebrać Affleckowi. Oprócz niego i Kerry Washington w filmie znajduje się wspomniana Gillian Anderson oraz zdobywca Emmy Steven Yeun, laureatka nagrody za najlepszą aktorkę w Cannes Adrianą Paz i Luis Gerardo Méndez. Pełny skład uzupełniają Ray Fisher, Christopher Woodley, Matt Gerald oraz Jacob Estrada. Affleck przyznaje, że podczas castingu szukał aktorów, którzy są dobrzy we współpracy, a ekipa spędziła kilka tygodni na próbach przed rozpoczęciem zdjęć, które kręcono w okazałej rezydencji Kimballów w Los Angeles.

    Czytaj dalej poniżej

    Disney zauważa Polskę. To może być nowy rozdział naszych seriali

    Do premiery „Zwierząt” (w oryginale „Animals”) zostały już tylko tygodnie – Netflix pokaże film 9 października 2026 roku, a produkcja trafi jednocześnie do wybranych kin. Niestety, najwyraźniej, nie w Polsce.

    Co warto obejrzeć na Netflix?

    Ale zanim „Zwierzęta” trafią na Netflix, w serwisie będziemy mogli obejrzeć „Lalkę” Bolesława Prusa – produkcję, która patrzy na klasyczną opowieść z zupełnie nowej perspektywy. Premiera 16 września, a dzień później, 17 września, czekają nas aż dwie premiery: drugi sezon spin-offu „Stranger Things: Opowieści z ’85”, którego akcja toczy się między drugim a trzecim sezonem oryginału oraz czwarty sezon antologii „Potwór”, tym razem poświęcony historii Lizzie Borden, oskarżonej o zabójstwo siekierą swoich rodziców. 25 września zadebiutuje „Unabomber” – inspirowany prawdziwą historią dramat z Russellem Crowe, Shailene Woodley i Jacobem Tremblayem w rolach głównych, opowiadający o przemianie Teda Kaczynskiego z genialnego studenta Harvardu w poszukiwanego przez FBI terrorystę.

  • To przerażające, co potrafią te roboty. Uczą się prosto od ludzi

    To przerażające, co potrafią te roboty. Uczą się prosto od ludzi

    Humanoidy zaczynają robić wrażenie niezwykle zaawansowanych. Aby zobrazować ten postęp, należy wspomnieć o systemie ZEST, który pozwala robotom na odtwarzanie skomplikowanych ruchów wyłącznie na podstawie nagrań oraz animacji. Badacze przetestowali go dotychczas na trzech konstrukcjach, a efekty są nieco przerażające.


    Prace nad tym systemem prowadził Jean-Pierre Sleiman z RAI Institute, który opracował metodę naśladowania ruchów, opisaną w czasopiśmie Science Robotics. Roboty współpracujące z tym systemem potrafią na przykład czołgać się, wykonywać elementy baletu, wskakiwać na podesty, a nawet kopać piłkę, unikając w ten sposób negatywnego wizerunku, z którym często się spotykają na platformach jak TikTok. Niemniej jednak, sekwencje ruchów wymagające podpór ciała oraz szybkich zmian pozycji pozostają wciąż wyzwaniem. Mimo to, maszyna była w stanie wykonać elementy breakdance’a, co świadczy o jej zaawansowanej koordynacji i umiejętności utrzymywania równowagi w trakcie realizacji skomplikowanych sekwencji ruchowych.

    Nagrania i animacje jako źródło danych

    ZEST korzysta z różnych rodzajów materiałów źródłowych, charakteryzujących się zmiennym poziomem dokładności. System może opierać się na precyzyjnym rejestrowaniu ruchów człowieka (motion capture), jak również na mniej dokładnych danych pochodzących z nagrań wideo. Trzecim źródłem są animacje komputerowe, oparte na charakterystycznych pozach, które modelują przebieg ruchu, jaki robot ma opanować. Taka różnorodność materiałów pozwala na skuteczne dostosowanie uczenia do dostępnych nagrań oraz anatomii robota, co jest niezbędne do uzyskania naturalnych i przekonywujących efektów w ruchach humanoidów.

    Ugruntowanie „wiedzy” robota w zakresie ruchów polega na uczeniu ze wzmocnieniem: program sterujący monitoruje wyniki i samodzielnie poprawia działania na podstawie oceny ich efektywności. ZEST automatycznie identyfikuje słabe punkty w sekwencjach, co pozwala na efektywniejsze ukierunkowanie treningu na trudniejsze elementy ruchowe. Co istotne, metoda ta nie wymaga manualnego oznaczania momentów, w których robot podpiera się dłońmi, kolanami lub ciałem – wszystko odbywa się automatycznie.

    Metoda „zero-shot”

    Nazwa ZEST rozwija się jako Zero-shot Embodied Skill Transfer, co wiąże się z kilkoma istotnymi aspektami. Terminy „zero-shot” oznaczają uruchomienie systemu na fizycznym robocie z wcześniejszym nauczonym sterowaniem w symulacji, bez potrzeby dodatkowego dostrajania sprzętu. Mimo to, trening pozostaje konieczny: potrzeba około dziesięciu godzin na wytrenowanie pojedynczego sterownika na karcie NVIDIA L4, a każdy z nich jest przeznaczony dla konkretnej umiejętności, co wskazuje na pewne ograniczenia tego rozwiązania.

    Czytaj dalej poniżej

    Dane Steama mówią jasno. Gracze mają w poważaniu kryzys cenowy

    Niemniej jednak, ta sama procedura uczenia może obsługiwać różne ruchy oraz typy robotów. Jednakże, ten szczególny wariant sterowania, obejmujący wiele umiejętności, badacze zbadali jedynie w warunkach symulacyjnych. Obecnie wiadomo, że metodyka uczenia wielu ruchów (choć pojedyncze umiejętności testowano na robotach) działa w warunkach laboratoryjnych, jednak nie na finalnych konstrukcjach.

    Salta i breakdance

    Humanoid Atlas został wykorzystany między innymi do demonstracji czołgania i breakdance’u, natomiast mniejszy Unitree G1, reprezentujący naszego Edwarda Wachockiego, potrafił wykonywać elementy baletu oraz ruchy związane z pokonywaniem podestów. Osiągnięcia badaczy zasługują na uznanie, ponieważ robot w trakcie takich ruchów musi umiejętnie utrzymać równowagę, przejść ciężar ciała na kolejne podpory oraz wykonać następne kroki z uwzględnieniem minimalnych zmian w punktach ciężkości.

    Czytaj również: Trudno oderwać wzrok! Z tym robotem możesz zagrać w… tenisa.

    Wykorzystano również robota Spot, który pokazał przydatność systemu w kontekście robotów czworonożnych. Animacje posłużyły do nauki kolejnych salt w tył, balansowania na przednich nogach oraz obrotów. Oznacza to, że metodę można dostosować także do ruchów wykraczających poza tradycyjne konstrukcje humanoidalne. W przypadku najbardziej skomplikowanych akrobacji, system sterowania umożliwiał niewielkie odstępstwa od animowanego wzorca, aby zapewnić fizyczną wykonalność ruchów.

    Roboty stają się coraz bardziej sprawne

    To niewątpliwie dobra wiadomość dla całej branży humanoidów. Zanim jednak humanoidy na stałe zagoścą w naszych domach i fabrykach, upłynie jeszcze sporo czasu. Kluczowym warunkiem dla zrealizowania tej rewolucji jest jednak zwiększenie ich zdolności manualnych. Jak pokazują „olimpiady robotów”, humanoidy mogą być naprawdę nieporadne w trakcie wykonywania ruchów. Dzięki jednak coraz lepszym systemom nauki odwzorowywania ruchów, stają się znacznie sprawniejsze, co z kolei wpłynie na to, czy ich funkcjonowanie w naszym otoczeniu będzie nie tylko użyteczne i efektywne, ale również bezpieczne.

  • Premium bez przesady. Takie etui lubię najbardziej

    Premium bez przesady. Takie etui lubię najbardziej

    Minimalistyczny design może iść w parze z solidną ochroną. Jeśli szukacie etui „premium”, ale bez zbędnych ozdób, nowa seria od Native Union z pewnością przypadnie Wam do gustu.

    Apple, wprowadzając iPhone’a 18 Pro, postanowiło zrezygnować z długotrwałej tradycji i umożliwić posiadaczom starszych modeli smartfonów korzystanie z tych samych etui. Do tej pory zespół z Cupertino starannie tworzył konstrukcje, w których nowe etui nie pasowały do starszych modeli, np. poprzez zmianę położenia aparatu. W odpowiedzi na tę zmianę, firmy takie jak Native Union wprowadziły nową serię akcesoriów, które są kompatybilne z modelami 17 Pro i 18 Pro. Miałem okazję przetestować te etui na swoim iPhonie. W przeciwieństwie do wielu akcesoriów z kategorii „quasi-premium”, nowa seria Native Union nie razi jarmarcznym designem.

    Etui (Re)Classic do iPhone’a łączy minimalizm z solidną ochroną

    Czy kiedykolwiek kupiliście iPhone’a w iSpot lub Cortland? Sprzedawcy często zachęcają do zakupu etui, zwłaszcza tych markowych, takich jak Guess czy Karl Lagerfeld, które nie tylko są drogie, ale także swoim designem przypominają turecki bazar. Osobiście nie noszę etui na co dzień, a jeśli już, to wybieram silikonowe etui Apple, które udało mi się kupić na promocji – jedno potrafi wystarczyć mi na całą generację. Cenię sobie etui dopasowane, minimalistyczne i bez zbędnych dodatków. Kolekcje (Re)Classic i Active od Native Union idealnie wpisują się w te preferencje.

    Zacznijmy od modelu (Re)Classic, który osobiście bardziej mi odpowiada. Etui – co dla mnie istotne – wykonane jest z materiału pochodzącego z recyklingu, będącego alternatywą dla skóry i nie zawierającego żadnych składników pochodzenia zwierzęcego. Ramka pokryta jest miłym w dotyku, fakturowanym wykończeniem, a wnętrze akcesorium wyłożone jest miękką mikrofibrą, która chroni plecy telefonu przed zarysowaniami.

    Etui posiada również wygodny przycisk Camera Control, podwyższone krawędzie, które delikatnie wystają ponad ekran oraz oczywiście obsługę MagSafe. Zestaw idealnych rozwiązań praktycznych łączy się z estetycznym wyglądem – jasny brąz (Re)Classic prezentuje się naprawdę elegancko. Producent zapewnia odporność na upadki do 1,8 m, i chociaż nie testowałem go w ekstremalnych warunkach, etui zdaje się oferować bardzo dobrą ochronę.

    Czytaj dalej poniżej


    Takiego urządzenia w ofercie Apple jeszcze nie było. Ten ruch ma sens

    Jednym z kluczowych aspektów, na które zawsze zwracam uwagę przy ocenie etui, jest spasowanie przycisków. W modelu (Re)Classic spasowanie jest doskonałe, przyciski są stabilne i pracują z satysfakcjonującym kliknięciem. Jedynym mankamentem może być rzeczywiście mocne dopasowanie – etui przylega ściśle do telefonu, co jest widoczne zwłaszcza przy obiektywach aparatu, które niemalże przytulają się do krawędzi. To powoduje, że etui (Re)Classic nie jest łatwe do zdjęcia, co dla niektórych użytkowników może być potencjalną wadą.

    Etui Active dla wymagających – bardziej zabudowane, lecz mniej dopracowane

    Seria Active to nieco inna historia. Tutaj również mamy do czynienia z alternatywą skóry, ale konstrukcja jest nieco grubsza i bardziej gumowa, skierowana do osób, które często upuszczają swoje smartfony – producent zapewnia ochronę do 3 m. W porównaniu z (Re)Classic, Active również posiada wyściółkę z mikrofibry, przycisk Camera Control oraz obsługę MagSafe, ale wyróżnia się dodatkowo zabudowaną wyspą aparatów i ramek o właściwościach antywstrząsowych.

    Etui Active również prezentuje się bardzo elegancko i minimalistycznie, jednak fizyczne przyciski mają pewien luz, co można odczuć podczas użytkowania. Dla niektórych może być to niewielki detal, ale ja osobiście uważam to za irytujące. Dodatkowo, ze względu na konstrukcję, zdejmowanie etui jest jeszcze trudniejsze, choć przyznaję, że taki sposób budowy zapewnia poczucie bezpieczeństwa.

    Oba modele etui nie zwiększają znacząco wagi urządzenia i mają uniwersalny charakter, pasując zarówno do eleganckiej stylizacji, jak i na wyjścia na rower. Wspominam o tym, ponieważ dla niektórych etui stanowi część ich garderoby.

    A co z ceną? Model (Re)Classic u sprawdzonych sprzedawców można znaleźć najtaniej za 215 zł, natomiast model Active za 169 zł. Nie jest to wprawdzie ta sama półka co bardzo drogi TechWoven od Apple, ale nadal należy do wyższej kategorii cenowej. Otrzymujemy w zamian solidną ochronę, wysokiej jakości materiały oraz minimalistyczny, interesujący design, który dobrze koresponduje ze stylistyką urządzeń Apple.

  • Szpiedzy i przestępcy używali Claude’a na potęgę. Anthropic ujawnia skalę procederu

    Szpiedzy i przestępcy używali Claude’a na potęgę. Anthropic ujawnia skalę procederu

    Anthropic ujawnił dokument, w którym hakerzy oraz, prawdopodobnie, szpiedzy wykorzystywali Claude do włamań, kradzieży danych, a nawet do budowy systemów militarnych. Podczas jednego z opisanych ataków, sztuczna inteligencja odegrała kluczową rolę w przeprowadzeniu operacji. Jak wielokrotnie podkreślałem: nasz najważniejszy wynalazek jest również wykorzystywany w celach jednoznacznie negatywnych.


    W jednym z opisanych przypadków, napastnik zdobył ponad 2100 zestawów tokenów Azure AD w zaledwie 34 godziny. Tokeny te służą do potwierdzania tożsamości oraz uprawnień w infrastrukturach. Jak podkreśla Anthropic, większość pracy została wykonana przez agenta sztucznej inteligencji. W innym incydencie wykazano, że przejście od jednego skradzionego tokenu należącego do programisty do uzyskania pełnych uprawnień administracyjnych w chmurze zajęło… około trzy godziny.

    Jackpot na aplikacjach dla Androida

    Anthropic zbadał działalność hakerów z grupy ShinyHunters, znanych z masowych kradzieży danych i wymuszeń, którzy w ostatnim czasie byli szczególnie aktywni. W tym przypadku operator uruchomił w chmurze Amazona dziesięć instancji obliczeniowych, które pobrały 1,8 miliona różnych pakietów APK z różnych sklepów. System analizował te pakiety, poszukując zapisanych na stałe danych dostępowych z pomocą narzędzia TruffleHoga. Potwierdzone znaleziska trafiały na specjalny kanał na Telegramie, uporządkowane według typów źródeł.

    Równocześnie, proces związany z GitHubem dostarczył skradzione osobiste tokeny dostępowe, co pozwoliło na wykonywanie tam działań w ramach przyznanych (lub podkradzionych, jak się okazuje) uprawnień. Wśród innych działań osób powiązanych zapewne z ShinyHunters, Anthropic wymienia włamanie do dostawcy produktu SaaS i kradzież danych około 200 jego klientów, co zrealizowano w zaledwie 34 godziny. Napastnicy kradli również klucze dostępu do usług opartych na sztucznej inteligencji, aby móc prowadzić dalsze działania bez kosztów, wykorzystując cudze kredyty i obciążając karty ofiar.

    Szpiedzy również zainteresowani AI

    Znów na celowniku są Rosjanie. Anthropic potwierdził w swoim raporcie aktywność grupy Midnight Blizzard, którą związano z rosyjskim wywiadem. Wśród celów tych przestępców znalazło się 20 podmiotów związanych z instytucjami państwowymi na całym świecie. W tym przypadku Claude pomagał w przygotowywaniu infrastruktury pod działania, konstruował skuteczne ataki phishingowe i wydobywał dane od ofiar. Wykorzystywane były automatyczne procedury oparte na instrukcjach dla Claude Code.

    Czytaj dalej poniżej

    CERT ostrzega: Fałszywy mandat i niebezpieczny SMS
    Raport obejmuje różnorodne formy aktywności przestępczej: oprócz hakerów, narzędzia wykorzystywali również szpiedzy.

    Agenci w tym przypadku modyfikowali i ponownie budowali cyberprzestępcze narzędzia, tak długo aż przestawały być wykrywane przez jakiekolwiek zabezpieczenia. W innych opisanych wątkach, takich jak włamania do firm obsługujących hotelowe sieci Wi-Fi, udało się przekierować ruch gości na serwery należące do napastników. Zmiany w DNS-ach oraz inne kampanie pozwalały na przejmowanie kont w aplikacji WhatsApp i kradzież wiadomości z popularnych usług.

    Chińscy cyberprzestępcy również aktywni

    Dobrze znana chińska grupa GTG-10007 wykorzystywała Claude’a do koordynacji swoich działań. Automatyzacja poszła bardzo daleko, bowiem narzędzia oparte na sztucznej inteligencji pracowały także w czasie nieobecności operatorów, wykrywając wcześniejsze nieznane błędy w oprogramowaniu do wykrywania włamań. Anthropic przyznaje, że znalezione podatności były następnie testowane w „laboratoriach” przestępców. Później zauważono próby wykorzystania tych samych podatności w atakach na instytucje rządowe na całym świecie.

    Czytaj również: Waszyngton nienawidzi twórcy Claude’a. Kolejny cios dla Anthropica

    Potwierdzone włamania dotyczyły między innymi firmy rozwijającej produkt technologiczny dla sektora edukacji oraz instytucji rządowych w Azji Południowo-Wschodniej. Konta sprawców zostały zablokowane, wzmocniono zabezpieczenia, a ofiary zostały poinformowane o działaniach przestępców. Okazuje się, że długo nie musieliśmy czekać na to, jak przestępcy zaczną wykorzystywać sztuczną inteligencję w swoich działaniach.

    Po wydaniu nowych narzędzi, takich jak Fable i Mythos, hakerzy zdają się iść „all in” w sztuczną inteligencję. Skoro AI może przyspieszyć ich działania oraz rozszerzyć zasięg ich rażenia, to dlaczego mieliby z tego nie skorzystać? Niestety, z tych popularnych systemów będą korzystać również osoby, które nie zamierzają używać ich w dobrych celach, więc musimy być tego świadomi.

  • Poważne zarzuty wobec biedronki. UOKiK mówi o zmowie i grozi ogromną karą

    Poważne zarzuty wobec biedronki. UOKiK mówi o zmowie i grozi ogromną karą

    Kierowcy współpracujący z siecią Biedronka nie mieli możliwości swobodnego przejścia do konkurencji. UOKiK ujawnił długotrwały mechanizm zmowy, na który nałożono kary przekraczające 571 milionów złotych.

    W teorii doświadczenie i umiejętności powinny umożliwiać łatwiejszą zmianę pracy na lepiej płatną. W praktyce, w przypadku kierowców współpracujących z centrami dystrybucyjnymi Biedronki, ta zasada nie była respektowana. O decyzji o przejściu do innej firmy decydowała przeszłość zawodowa kierowcow. Bez zgody dotychczasowego pracodawcy, kierowca napotykał na kilkumiesięczną blokadę wjazdu do centrum dystrybucyjnego, co czyniło zmianę zatrudnienia nieopłacalną dla potencjalnych konkurentów. Organizatorem wspomnianej nielegalnej zmowy, uznanej przez UOKiK za naruszającą zasady uczciwej konkurencji, było Jeronimo Martins Polska.

    Zmiana pracy? Konieczna zgoda dotychczasowego pracodawcy oraz zderzenie ze zmową

    Jeronimo Martins Polska, stojące za marką Biedronka, od długiego czasu współpracuje z firmami transportowymi. W najnowszym oświadczeniu UOKiK podano, że przewoźnicy lat temu podjęli decyzję o zawarciu zmowy, ograniczając kierowcom prawo do poszukiwania lepszego zatrudnienia. Jak działała ta procedura? Kierowca, który wcześniej pracował w jednej z firm objętych zmową, musiał uzyskać zgodę swojego byłego pracodawcy na zmianę miejsca pracy. W przypadku odmowy, nakładano na niego kilkumiesięczną blokadę możliwości wjazdu do centrum dystrybucyjnego.


    Źródło: UOKiK

    Taka procedura automatycznie utrudniała kierowcy przejście do innej firmy, przez co brak możliwości pracy czynił zmianę zatrudnienia praktycznie niemożliwą. UOKiK twierdzi, że nielegalne porozumienie pozwalało przewoźnikom ograniczyć konkurencję w zakresie pozyskiwania kierowców, zmniejszając ryzyko utraty pracowników na rzecz innych firm obsługujących to samo centrum dystrybucyjne – co w efekcie spowalniało wzrost wynagrodzeń.

    „Zdrowa konkurencja na rynku pracy to dla pracowników szansa na uczciwe, rynkowe wynagrodzenia i lepsze warunki zatrudnienia, a dla ich rodzin – na wyższy poziom życia. Zmowa tę konkurencję ograniczała: utrudniała kierowcom zmianę pracodawcy, a przedsiębiorcom pozwalała zmniejszyć presję na wzrost wynagrodzeń” – Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.

    Czytaj dalej poniżej


    Dzwonili do ludzi bez zgody. Skończyło się potężną karą

    Zmowa trwała od 2017 roku do 2024 roku, kiedy to UOKiK przeprowadził przeszukania w siedzibach podejrzanych podmiotów. Urząd, kierowany przez Tomasza Chróstnego, podkreśla, że spółka Jeronimo Martins Polska była organizatorem zmowy, egzekwując uzgodnione warunki oraz pośrednicząc w wymianie informacji, odnosząc przy tym korzyści. Co ciekawe, z wewnętrznych dokumentów wynika, że zarówno Jeronimo Martins Polska, jak i uczestniczące w zmowie firmy były świadome nielegalności działań.

    Znaczące kary dla Biedronki i firm partnerskich

    UOKiK nałożył na uczestników zmowy kary o łącznej wartości 571 960 550 zł. Zdecydowana większość tej kwoty, wynosząca 525 mln zł, obciąża właściciela Biedronki jako organizatora. Reszta kar została nałożona na współpracujących przewoźników. Sankcje objęły także osiem osób fizycznych bezpośrednio odpowiedzialnych za niedozwolone ustalenia, w tym właścicieli, wspólników oraz menedżerów firm takich jak Euro Finannce, EF Transport, Trans-GP, Rolko, Solus, P.P.H.U. „Zadroga” W. Zadroga, G. Zadroga, Rasz, Nowa Logistic oraz Sławomir Sajdak sp.j.


    Wśród uczestników zmowy wyróżnia się firma Międzynarodowy i Krajowy Przewóz Towarów Kazimierz Olszański, która złożyła wniosek o łagodzenie kar w ramach programu leniency i przekazała urzędowi kluczowe informacje o działalności zmowy. Choć nie uzyskała całkowitego zwolnienia z kary, ponieważ zgłosiła się po rozpoczęciu postępowania, karę obniżono jej o połowę, końcowo wynoszącą ponad 166,6 tys. zł. Ostateczna decyzja podlegała weryfikacji przez Komisję Europejską, która zgodziła się z argumentacją urzędu.

  • Shelly Camera – inteligentny monitoring Full HD, który zadba o dom i Twoich bliskich podczas Twojej nieobecności

    Shelly Camera – inteligentny monitoring Full HD, który zadba o dom i Twoich bliskich podczas Twojej nieobecności

    Lato to okres, kiedy nasze domy pozostają puste – czasami na weekend, czasami na dwa tygodnie wakacji, a w przypadku domów lub apartamentów wakacyjnych nawet na kilka miesięcy. W tym czasie wyjątkowo ujawniają się możliwości Shelly Camera. Kamera nie tylko umożliwia monitorowanie sytuacji w domu w czasie naszej nieobecności, ale przede wszystkim dostarcza poczucie spokoju. W każdej chwili możemy sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, zobaczyć, co robią pozostawione w domu zwierzęta, czy zweryfikować, czy oczekiwany gość rzeczywiście dotarł na miejsce.

    W 2026 roku inteligentna kamera do monitoringu wnętrz oferuje znacznie więcej niż tradycyjny podgląd obrazu na żywo. Nowoczesne urządzenia nie tylko rejestrują obraz, ale również wykrywają zdarzenia, eliminują nadmiar powiadomień, umożliwiają komunikację dwukierunkową oraz współpracują z innymi elementami inteligentnego domu. Shelly Camera z powodzeniem pokazuje kierunek rozwoju takich rozwiązań. To kompaktowa kamera wewnętrzna, która łączy obraz w rozdzielczości Full HD, rozpoznawanie obiektów za pomocą AI działającej w chmurze, lokalne automatyzacje oraz mechanizmy zapewniające użytkownikowi większą kontrolę nad prywatnością i danymi.

    Shelly Camera przesyła obraz na żywo oraz rejestruje nagrania w rozdzielczości Full HD 1080p. Pole widzenia wynosi 110° w poziomie i 70° w pionie, co pozwala na objęcie monitoringiem dużej części salonu, korytarza, domowego biura czy strefy wejściowej. Przy słabym oświetleniu kamera korzysta z czarno-białego trybu nocnego, co umożliwia monitorowanie pomieszczenia również po zgaszeniu światła.

    Podgląd obrazu na żywo jest dostępny zdalnie za pośrednictwem aplikacji Shelly Smart Control.

    Od powiadomień na telefonie do informacji, które naprawdę mają znaczenie

    Jednym z głównych problemów starszych kamer był nie tyle brak nagrań, ile nadmiar powiadomień, które często niewiele informowały użytkowników. Poruszająca się zasłona, zmieniający się cień czy przechodzący przez pokój pupil mogły generować identyczny alert. Po kilku takich komunikatach wiele osób rezygnowało z powiadomień, rezygnując tym samym z jednej z najważniejszych funkcji kamery.

    Czytaj dalej poniżej

    HAMMER wchodzi z drzwiami. Pokazali takie nowości, że głowa mała

    Shelly Camera korzysta z działających w chmurze algorytmów AI, które pozwalają na odróżnienie ludzi, zwierząt i pojazdów. Dzięki temu kamera nie traktuje każdego ruchu w kadrze w ten sam sposób, a dostarcza użytkownikowi więcej informacji o wykrytym zdarzeniu. Gdy kamera zarejestruje zdarzenie, użytkownik otrzymuje powiadomienie w czasie rzeczywistym z podglądem obrazu. Wystarczy spojrzeć na telefon, aby sprawdzić, czy przez pokój przeszedł kot, ktoś pojawił się przy wejściu do domu lub w pobliżu posesji został wykryty pojazd.

    Podgląd obrazu na żywo jest dostępny zdalnie za pośrednictwem aplikacji Shelly Smart Control. Konfiguracja jest intuicyjna i nie wymaga dodatkowej centralki – kamera łączy się bezpośrednio z domową siecią Wi-Fi. Bluetooth ułatwia pierwsze parowanie urządzenia, natomiast zasilanie odbywa się przez port USB-C. W zestawie znajduje się przewód o długości dwóch metrów.

    Dzięki funkcji dwukierunkowej komunikacji Shelly Camera może służyć nie tylko do obserwowania wydarzeń w domu. Wbudowany mikrofon pozwala słyszeć dźwięki z monitorowanego pomieszczenia, a głośnik umożliwia rozmowę przez kamerę. Dzięki temu można skontaktować się z osobą przebywającą w domu lub natychmiast zareagować, gdy kamera wykryje niespodziewanego gościa.

    Funkcja ta może być szczególnie przydatna podczas monitorowania zwierząt. Zamiast stale obserwować transmisję na żywo, użytkownik może otrzymać powiadomienie po wykryciu ruchu, szybko sprawdzić w aplikacji, co się dzieje, a w razie potrzeby skorzystać z dwukierunkowej komunikacji.

    Strefy detekcji

    Kamera może również monitorować strefę wejściową w domu lub apartamencie wakacyjnym, a także miejsca o ograniczonym dostępie w niewielkim biurze czy lokalu handlowym. Użytkownik może samodzielnie określić, w których obszarach kadru kamera ma wykrywać ruch. Pozwala to skoncentrować monitoring na drzwiach, korytarzu lub innej istotnej części pomieszczenia, unikając reakcji na każdą zmianę obrazu w całym polu widzenia.

    Taka możliwość jest szczególnie przydatna w sytuacji, gdy w kadrze znajduje się okno, telewizor lub inne miejsca, gdzie często występuje ruch, który nie jest istotny z punktu widzenia bezpieczeństwa.

    Strefy detekcji (Detection Zones) określają obszary, w których kamera ma wykrywać ruch, a nie należy ich mylić ze strefami prywatności (Blackout Zones), które całkowicie zasłaniają wybrane fragmenty obrazu.

    Shelly Camera oferuje tryb prywatności (Privacy Mode), który pozwala użytkownikowi wyłączyć nagrywanie i transmisję obrazu.

    Większa kontrola nad obrazem, nagraniami i prywatnością

    Funkcja Privacy Mode pozwala wstrzymać nagrywanie oraz podgląd na żywo, kiedy monitoring nie jest potrzebny, a następnie włączyć je ponownie przed wyjściem z domu. Dzięki temu kamera działa tylko wtedy, gdy rzeczywiście chcemy z niej korzystać.

    Dodatkową ochronę prywatności zapewniają Blackout Zones, czyli strefy, które trwale ukrywają wybrane fragmenty kadru. Jeśli kamera obejmuje jednocześnie wejście do domu oraz miejsce, którego domownicy nie chcą rejestrować – na przykład część prywatnej przestrzeni do pracy czy okno sąsiada – odpowiedni obszar można wyłączyć z obrazu.

    Istotną zaletą jest również możliwość wyboru miejsca przechowywania nagrań. Shelly Camera obsługuje zapis lokalny na karcie microSD (sprzedawanej oddzielnie) oraz zapis w chmurze. Użytkownik ma więc możliwość wybrania rozwiązania, które najlepiej spełnia jego potrzeby pod względem dostępu do nagrań i prywatności.

    Dla bardziej zaawansowanych użytkowników Shelly Camera oferuje jeszcze jedną, rzadziej spotykaną funkcję – współpracę z lokalnymi modelami AI uruchamianymi na własnym sprzęcie użytkownika. Dzięki temu można integrować kamerę z indywidualnie tworzonymi systemami automatyki, bez konieczności korzystania z usług chmurowych. Taki system daje większą swobodę w projektowaniu własnych scenariuszy oraz większą kontrolę nad przetwarzaniem danych.

    Shelly Camera wykorzystuje działające w chmurze algorytmy AI do rozpoznawania osób, zwierząt i pojazdów.

    Gdy kamera staje się czujnikiem całego inteligentnego domu

    Największa różnica między standardową kamerą Wi-Fi a urządzeniem zintegrowanym z systemem smart home ujawnia się w momencie wykrycia zdarzenia. W pierwszym przypadku użytkownik otrzymuje obraz lub powiadomienie. W drugim – na wykryte zdarzenie może zareagować cały inteligentny dom.

    Dla osób, które już korzystają z rozwiązań smart home lub dopiero tworzą taki system, Shelly Camera współpracuje z oświetleniem, czujnikami i innymi inteligentnymi urządzeniami. Kamera obsługuje Home Assistant oraz Frigate NVR, co pozwala na jej integrację z bardziej rozbudowanymi systemami monitorowania i automatyki domowej. Obsługa MQTT, WebSocket i WebRTC dodatkowo zwiększa możliwości integracji. Urządzenie jest również kompatybilne z Amazon Alexa, Google Home oraz Samsung SmartThings.

    W praktyce oznacza to, że wykrycie ruchu przez kamerę może na przykład automatycznie włączyć światło, uruchomić wcześniej zdefiniowany scenariusz lub wywołać działanie innych urządzeń. Za pośrednictwem platform takich jak Home Assistant oraz innych kompatybilnych systemów smart home, kamera może współpracować z czujnikami, oświetleniem, inteligentnymi gniazdkami czy przekaźnikami, stając się integralną częścią złożonej automatyki domowej.

    Shelly Camera dostępna jest w kolorze czarnym i białym, co ułatwia dopasowanie jej zarówno do minimalistycznych, nowoczesnych wnętrz, jak i bardziej tradycyjnych aranżacji. Kompaktowa konstrukcja pozwala ustawić urządzenie na płaskiej powierzchni lub zamontować je na ścianie lub suficie przy użyciu dołączonego uchwytu. Kamera objęta jest dwuletnią gwarancją producenta.

    O wartości domowej kamery nie decyduje jedynie rozdzielczość czy szerokość pola widzenia. Równie istotne jest poczucie bezpieczeństwa, jakie zapewnia użytkownikowi. Powiadomienia w czasie rzeczywistym, rozpoznawanie obiektów z wykorzystaniem działającej w chmurze AI oraz dwukierunkowa komunikacja pozwalają na szybkie uzyskanie informacji o sytuacji w domu i odpowiednią reakcję w razie potrzeby. Z kolei lokalny zapis nagrań, Privacy Mode oraz Blackout Zones zapewniają większą kontrolę nad prywatnością. Integracja z Home Assistant i innymi zgodnymi platformami powoduje, że kamera staje się aktywnym elementem inteligentnego domu.

    Połączenie tych możliwości sprawia, że urządzenia takie jak Shelly Camera idealnie odpowiadają na potrzeby inteligentnego domu w 2026 roku. Naszym celem nie jest bowiem częstsze sprawdzanie, co dzieje się w domu, ale osiągnięcie stanu, w którym nie musimy tego robić – a mimo to mamy pewność, że wszystko jest pod kontrolą.

    Shelly Camera kosztuje 179 zł. Urządzenie można zamówić w oficjalnym sklepie producenta.

  • EarFun Wave Pro X – recenzja. Za tę cenę potrafią zaskakująco dużo

    EarFun Wave Pro X – recenzja. Za tę cenę potrafią zaskakująco dużo

    EarFun Wave Pro X to słuchawki, które przynoszą innowacje kojarzone z droższymi modelami do segmentu średniej klasy. Po kilkunastu dniach użytkowania łatwo dostrzec, dlaczego producent nazywa je flagowym produktem.

    Marka EarFun była mi dotychczas nieznana, jednak szybkie poszukiwania w Internecie ujawniają, że ma ona spore grono zwolenników – zarówno wśród wymagających audiofilów, jak i tych poszukujących alternatyw dla dużych marek, takich jak Sony czy Bose. Firma działa na rynku od kilku lat, a jej najnowszy model – EarFun Wave Pro X – może wprowadzić spore zamieszanie w branży.

    Model Wave Pro X zadebiutował na rynku kilka dni temu jako naturalna ewolucja dobrze przyjętego modelu Wave Pro. Na papierze zmiany względem poprzednika są znaczące. Producent zdecydował się na zastosowanie układu Qualcomm QCC3095, Bluetooth 6.0, ośmiu mikrofonów, adaptacyjny system ANC (Active Noise Cancellation), obsługę technologii Auracast oraz rozbudowany zestaw kodeków, z których najbardziej skorzystają posiadacze urządzeń z Androidem. Największą nowością jest technologia DCAA, czyli Dual-Coaxial Acoustic Architecture. To rozwiązanie wykorzystuje dwa przetworniki w każdej słuchawce ustawione współosiowo: 40-milimetrowy przetwornik DLC oraz 10-milimetrowy przetwornik LCP. Dzięki współosiowej konstrukcji i cyfrowej synchronizacji, DCAA łączy mocny i precyzyjny bas dużego przetwornika DLC z łagodną górą niewielkiego tweetera LCP, co wydatnie poprawia spójność całego pasma dźwięku. Już podczas pierwszego użycia słuchawek odczuwalna jest wyraźna różnica w jakości dźwięku.

    EarFun Wave Pro X – wygodne słuchawki

    Pierwsze wrażenie związane z wyglądem Wave Pro X jest jednak mniej spektakularne. Słuchawki prezentują się schludnie, ale ich estetyka nie przyciąga uwagi. Tworzywo sztuczne oraz srebrne elementy na zewnętrznych częściach muszli jedynie przełamują zachowawczą stylistykę, która powoduje, że Wave Pro X wygląda jak jeden z wielu modeli dostępnych na rynku. Moje największe zastrzeżenie dotyczy zawiasów oraz regulacji pałąka, która czasami sprawia wrażenie, jakoby samoistnie się „zwijała”. Choć na chwilę obecną działa poprawnie, metalowe wzmocnienia zwiększyłyby poczucie trwałości.

    Natomiast w kwestii komfortu słuchawki wypadły zdecydowanie lepiej. Ważą jedynie 259 gramów, mają miękkie poduszki z pianki, co pozwala na wygodne noszenie ich przez wiele godzin bez uczucia ucisku czy zmęczenia. Pomimo dużych wymiarów mojej głowy, mogłem korzystać z nich przez dłuższy czas. Umiarkowany docisk, który oferują słuchawki, jest korzystny podczas pracy i podróży, chociaż przy gwałtownych ruchach mogą się lekko przesunąć. Do biegania czy intensywnych treningów wybrałbym jednak inny model z obawy przed koniecznością częstego ich poprawiania. W zestawie znajduje się także sztywne etui transportowe, w którym znajdziemy dodatkowe przewody USB i minijack 3,5 mm. Muszle można obrócić, dzięki czemu można je zapakować płasko, jednak nie ma możliwości ich złożenia. Choć etui nie jest najmniejsze i zajmuje sporo miejsca, zapewnia poczucie, że sprzęt przeżyje podróż w plecaku bez problemów.

    Dwa przetworniki zmieniają grę

    Wave Pro X grają zaskakująco dobrze, nawet na iPhonie, gdzie ograniczeni jesteśmy do mniej zaawansowanych kodeków. Przy pierwszym uruchomieniu miałem wrażenie, że dźwięk nie jest najsympatyczniejszy, ale z czasem doceniłem mocny, szybki i dobrze kontrolowany bas, wyraźne średnie tony oraz szczegółową górę. Wokal nie ginie pod niskimi tonami, a instrumenty w bardziej skomplikowanych utworach pozostają dobrze rozdzielone. Choć nie jestem ekspertem, uważam, że Wave Pro X oferują lepszą precyzję gry niż moje dotychczasowe słuchawki. Aplikacja EarFun Audio pomaga również, oferując m.in. 10-pasmowy korektor oraz gotowe profile, które umożliwiają dostosowanie charakterystyki dźwięku i uzyskanie lepszego efektu.

    W zakresie obsługiwanych formatów słuchawki nie zawodzą. Są dostępne kodeki SBC, AAC, LC3, LDAC, aptX Adaptive i aptX Lossless, a także certyfikaty Hi-Res Audio oraz Hi-Res Wireless. Jak już wspomniałem, prawdziwe korzyści z ich potencjału odniosą przede wszystkim użytkownicy urządzeń z Androidem lub innych kompatybilnych sprzętów. Używając ich głównie na iPhonie, byłem ograniczony do kodeka AAC. Umożliwia to również korzystanie z trybu przewodowego USB Audio (choć w zestawie jest tylko kabel USB-A do USB-C, więc konieczne jest poszukiwanie innego) lub klasycznego przewodu 3,5 mm, z którego na nowszych iPhone’ach również nie skorzystamy. Co ważne, adaptacyjne ANC w słuchawkach EarFun Wave Pro X działa także w trybie przewodowym, co z pewnością docenią zwolennicy tego rodzaju połączenia.

    ANC – dobrą jakość

    W przypadku EarFun Wave Pro X system ANC oparty jest na ośmiu mikrofonach oraz adaptacyjnym systemie, który na bieżąco dopasowuje działanie filtrów do otoczenia. W praktyce najlepiej sprawdza się z jednostajnym, niskim hałasem, jak szum wentylacji czy hałasy komunikacji miejskiej. Podczas testów w warszawskim metrze sprawdzał się zaskakująco dobrze, ponieważ różnica z włączonym ANC była ewidentna. Niemniej jednak, przy szybko zmieniającym się hałasie tryb adaptacyjny może czasem reagować zbyt nerwowo i nieskutecznie. Choć nie jest to poziom najlepszych modeli na rynku, to w tej półce cenowej stanowi naprawdę dobry wybór.

    Do dyspozycji mamy również tryb transparentny, który wpuszcza dźwięki z otoczenia bez potrzeby zdejmowania słuchawek. Przydaje się to w trakcie rozmowy, na dworcu czy przy przechodzeniu przez ulicę. Sterowanie odbywa się za pomocą fizycznych przycisków na prawej słuchawce, co jest dla mnie wygodne, ponieważ nie trzeba trafiać w panel dotykowy ani zastanawiać się, czy gest został rozpoznany. Rozmowy telefoniczne również wypadają przyzwoicie, dzięki ośmiu mikrofonami skutecznie minimalizującym hałas tła, ale sam głos nie zawsze brzmi tak naturalnie, jak w najlepszych słuchawkach. To jest wystarczające do codziennych rozmów, lecz nie polecałbym Wave Pro X głównie do wideokonferencji.

    Aplikacja jeszcze lepsza

    Aplikacja EarFun Audio jest jednym z najmocniejszych punktów zestawu, mimo że jej tłumaczenie na język polski wymaga kilku poprawek. Oprócz zaawansowanego korektora pozwala przełączać tryby ANC i dostosować intensywność redukcji hałasu z opcjami AI, aktywować tryb niskich opóźnień do gier, zmieniać funkcje przycisków, włączać Sound Sense, który dostosowuje dźwięk do odtwarzanej muzyki, zarządzać połączeniem multipoint oraz ustawić limit głośności. Słuchawki mogą jednocześnie współpracować z dwoma urządzeniami, co umożliwia szybkie przełączanie się między laptopem a telefonem.

    Technologia Google Fast Pair dodatkowo upraszcza proces parowania na Androidzie, a Auracast przygotowuje słuchawki na rosnącą popularność transmisji audio w przestrzeni publicznej. Czas parowania na iPhonie nie jest najszybszy, ale wystarczy kilka minut, aby można było komfortowo korzystać ze słuchawek. Dostępny jest także LE Audio dla niektórych smartfonów (Samsung S25, Google Pixel 9) czy dla nadajnika Creative BT-W6, który wykorzystuje łączność Bluetooth Low Energy do przesyłania muzyki i dźwięku przy zachowaniu wysokiej jakości i zmniejszonym zużyciu energii.

    Bateria jako atut

    Deklarowany czas pracy EarFun Wave Pro X wynosi do 90 godzin odtwarzania bez ANC oraz do 50 godzin z aktywną redukcją hałasu. Pełne ładowanie trwa około dwóch godzin, a 15 minut ładowania zapewnia baterię do 10 godzin pracy. W praktyce oznacza to, że można zapomnieć o konieczności ładowania, nawet przy regularnym korzystaniu z ANC i długich podróżach samolotem. Wave Pro X oferują zasięg do około 15 metrów, co pozwala na swobodę korzystania z muzyki bez konieczności trzymania telefonu blisko siebie.

    W Polsce za słuchawki EarFun Wave Pro X zapłacimy 649,99 zł, a są one dostępne między innymi na Amazonie. To znacznie mniej niż w przypadku flagowych modeli największych marek, chociaż oszczędności są widoczne w materiałach obudowy, zawiasach i nieco słabszym ANC. Czy warto? Moim zdaniem tak, szczególnie jeśli komuś zależy na dobrej jakości dźwięku, długim czasie pracy na baterii i wsparciu dla nowoczesnych kodeków. Wave Pro X oferują również bardzo dobrą aplikację, USB Audio, multipoint, Auracast oraz znakomitą baterię. Do głównych wad zaliczyłbym plastikową konstrukcję, przeciętną stabilność przy gwałtownych ruchach głowy oraz ANC, które w sytuacjach z bardziej skomplikowanym hałasem pokazuje swoje ograniczenia. W tej cenie to jednak bardzo kompletny i dobrze brzmiący model.

    EarFun Wave Pro X



    Plusy

    • Lekka i komfortowa konstrukcja
    • Dobry dźwięk
    • Przyzwoite ANC działające także w trybie przewodowym
    • Funkcjonalna aplikacja


    Minusy

    • Głównie zoptymalizowane pod urządzenia z Androidem
    • Sporadyczne problemy z ANC
    • Wymagana dodatkowa konfiguracja dla lepszego efektu
    • Delikatny mechanizm regulacji pałąka

    Urządzenie na potrzeby recenzji udostępnił producent. Firma nie miała wglądu ani wpływu na treść artykułu przed publikacją.

  • Biedronka zagrała z grubej rury. Konkurent Parkside na mocnej obniżce

    Biedronka zagrała z grubej rury. Konkurent Parkside na mocnej obniżce

    Biedronka regularnie organizuje promocje na sprzęt warsztatowy. Tym razem obniżki dotyczą produktów marki Niteo, co stanowi doskonałą okazję do zakupu podstawowych elektronarzędzi oraz akumulatorów w atrakcyjnych cenach.


    Biedronka ponownie wprowadza promocje, tym razem koncentrując się na elektronarzędziach. Ostatnia akcja dotyczyła sprzętu marki NAC, a teraz nastał czas, aby zwrócić uwagę majsterkowiczów na ofertę Niteo. W ramach najnowszej promocji dostępnych jest wiele elektronarzędzi oraz akcesoriów z systemu 20 V, a ceny zapewniają atrakcyjne oferty. Okres trwania promocji to 14-26 września, jednak dostępność sprzętu może się różnić w zależności od konkretnego sklepu.

    Biedronka wprowadza wyprzedaż sprzętu Niteo

    Warto zwrócić uwagę na klucz udarowy Niteo Pro 20 V w cenie 299 zł. Urządzenie oferuje maksymalny moment obrotowy wynoszący 1356 Nm i jest wyposażone m.in. w przełącznik obrotów, antypoślizgową rękojeść oraz oświetlenie LED. Warto również zainwestować w podstawowe elektronarzędzia, takie jak akumulatorowa wiertarko-wkrętarka 20 V, której cena wynosi 79,90 zł, oraz akumulatorowa szlifierka kątowa 20 V, wyceniona na 119 zł. Szlifierka obsługuje tarcze o średnicy 125 mm i posiada beznarzędziowy system zabezpieczenia osłony.



    W ogrodzie przydać się może akumulatorowa pilarka łańcuchowa 20 V, dostępna za 119 zł, a do sprzątania warsztatu czy podjazdu można wykorzystać akumulatorową dmuchawę 20 V w cenie 69,90 zł. Oba te urządzenia korzystają z tego samego systemu akumulatorowego.

    Biedronka obniżyła także ceny akumulatorów. Akumulatory litowo-jonowe 20 V można nabyć już od 59,90 zł, a ładowarka 2,4 A do dwóch akumulatorów jest dostępna w cenie 29,90 zł. To doskonała okazja dla osób, które dopiero zaczynają kompletować zestawy Niteo, aby zaopatrzyć się w kilka akumulatorów.

    Czytaj dalej poniżej


    Wyprzedaż ciężkiego sprzętu Parkside. Lidl kokietuje majsterkowiczów

    Na koniec warto zwrócić uwagę na poziomicę laserową 360°, idealną dla osób przeprowadzających remonty w mieszkaniach. Jej cena wynosi 199 zł, a urządzenie oferuje zielone linie laserowe oraz pilot. W ofercie znajdują się także akumulatorowe lampy robocze i warsztatowe, których ceny zaczynają się od 19,90 zł.

  • To będzie lepsze niż nowe iPhone’y. Apple przygotowuje kolejną premierę!

    To będzie lepsze niż nowe iPhone’y. Apple przygotowuje kolejną premierę!

    Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że jeszcze tej jesieni Apple wreszcie odświeży przystawkę do telewizora: Apple TV 4K. Według najnowszych doniesień firma przez wiele miesięcy wstrzymywała premierę nowego urządzenia, ponieważ chciała połączyć jego debiut z bardziej zaawansowaną wersją Siri oraz funkcjami Apple Intelligence. Najwyraźniej okres oczekiwania dobiega końca, a nowe Apple TV może trafić na rynek jeszcze tej jesieni.


    Apple TV czekało na nową Siri – powody opóźnienia premiery

    Obecne Apple TV 4K zadebiutowało w 2022 roku i korzysta z układu A15 Bionic. Przez kilka lat urządzenie nie potrzebowało radykalnych zmian, ponieważ jego podstawowe zadania, takie jak streaming filmów czy obsługa aplikacji, nie wymagały najnowszego procesora.

    Sytuacja zmieniła się wraz z rozwojem Apple Intelligence. Apple pragnie, aby przyszłe urządzenia domowe znacznie lepiej wykorzystywały możliwości sztucznej inteligencji. Według wcześniejszych doniesień, to właśnie z tego powodu nowe Apple TV oraz inne produkty z kategorii smart home musiały poczekać na swoją premierę.

    Źródło: Unsplash

    Potężniejszy procesor otworzy drogę dla Apple Intelligence

    Najnowsze przecieki sugerują, że nowe Apple TV 4K może otrzymać układ A19 lub A19 Pro. To znaczny krok naprzód w porównaniu do A15 Bionic, który napędza aktualny model. Taki procesor powinien zapewnić nie tylko większą wydajność, ale także odpowiedni zapas mocy dla funkcji związanych z sztuczną inteligencją. Wraz z nowszym układem przewiduje się także większą ilość pamięci RAM, mowa nawet o 8 lub 12 GB, podczas gdy obecny Apple TV 4K dysponuje jedynie 6 GB. Zwiększona pamięć może okazać się kluczowa zarówno dla Apple Intelligence, jak i bardziej wymagających aplikacji oraz gier.

    Siri AI może zmienić sposób korzystania z telewizora

    Najważniejszą nowością nie będzie sama szybkość urządzenia. Apple pracuje nad wprowadzeniem Siri AI w systemie tvOS, co może znacznie rozszerzyć możliwości sterowania zarówno telewizorem, jak i innymi usługami firmy przy użyciu poleceń głosowych. W kodzie tvOS 27 już odkryto odniesienia sugerujące obsługę nowej wersji asystenta.

    Czytaj dalej poniżej

    Apple A20 Pro wytarło podłogę konkurencją. Przepaść to mało powiedziane

    W praktyce Siri może stać się znacznie bardziej przydatna przy wyszukiwaniu treści, obsłudze aplikacji czy sterowaniu urządzeniami inteligentnego domu. Apple ma na celu, aby jej nowe możliwości bazowały nie tylko na prostych komendach, ale również na lepszym rozumieniu kontekstu.

    Apple nie zapomni o graczach

    Mocniejszy procesor może uczynić Apple TV ciekawszą platformą do grania. A19 i A19 Pro oferują znacznie większe możliwości graficzne niż obecny A15, a urządzenie stale podłączone do zasilania nie musi martwić się ograniczeniami typowymi dla smartfonów. Na horyzoncie pojawia się również nowy pilot: Siri Remote. Mimo iż szczegóły dotyczące jego funkcji pozostają niepewne, sama konstrukcja ma zachować obecny kształt, a główny nacisk ma zostać położony na modernizację podzespołów.

    Premiera bliżej, niż się wydaje?

    Apple dotąd nie ogłosiło oficjalnej daty premiery nowego Apple TV 4K. Doniesienia jednak wskazują na jesień 2026 roku. Tym razem Apple TV może doczekać się czegoś więcej niż tylko kolejnego szybszego procesora. Połączenie wydajnego układu, większej ilości pamięci oraz potencjału Siri AI może sprawić, że niewielka przystawka stanie się kluczowym elementem całego ekosystemu Apple w domu. I szczerze? Czekam na tę premierę z większym niepokojem niż na nowe iPhone’y…