Kategoria: Wiadomości

  • Mars będzie dla nas nie lada wyzwaniem. I to jeszcze zanim postawimy na nim pierwsze kroki

    Mars będzie dla nas nie lada wyzwaniem. I to jeszcze zanim postawimy na nim pierwsze kroki

    U 13 astronautów przebywających przez pół roku w kosmosie zmiany w budowie i pracy serca okazały się łagodne i odwracalne. Regularny trening pomaga ochronić układ krążenia przed skutkami podróży, a próba symulująca marsjańską grawitację przyniosła dodatkowe powody do optymizmu.

    Wyprawa na Marsa to niezwykle skomplikowane przedsięwzięcie: ludzki organizm musi przystosować się najpierw do mikrograwitacji, a później do grawitacji Czerwonej Planety oraz… ostatecznie z powrotem do warunków na Ziemi. To prawdziwy emocjonujący rollercoaster. Kluczowe jest pytanie dotyczące kondycji serca po podróży oraz gotowości astronautów do pracy po lądowaniu. Zespół kierowany przez Benjamina Levine’a, kardiologa współpracującego z NASA, zajął się tym zagadnieniem. Publikacja oparta na tych badaniach ukazała się 15 września 2026 roku w czasopiśmie Circulation.

    Mikrograwitacja a obciążenie serca

    Na Ziemi grawitacja pełni wiele kluczowych funkcji w kontekście naszych organizmów: wpływa m.in. na rozkład krwi oraz różnice ciśnienia między górną a dolną częścią ciała. Przejście do mikrograwitacji diametralnie zmienia tę sytuację, co również wpływa na napełnianie serca oraz obciążenie jego ścian. Serce, będąc mięśniem, dostosowuje się strukturalnie do takich zmian, co może prowadzić do utraty masy i zmiany właściwości mechanicznych po dłuższym okresie redukcji obciążenia. Po powrocie do ziemskiego ciążenia układ krążenia musi ponownie radzić sobie z utrzymywaniem odpowiedniego przepływu krwi w pozycji stojącej.

    Levine badał podobne problemy również na Ziemi, wykorzystując długotrwałe leżenie jako model części skutków pobytu w kosmosie. Ograniczenie aktywności prowadziło do zmniejszenia masy serca oraz wzrostu jego sztywności, jednak ćwiczenia, nawet podczas długotrwałego leżenia, skutecznie przeciwdziałały tym zmianom. Stosowanie treningu wydolnościowego podczas misji uniwersalnie jest zatem kluczowe, mimo że nie uwzględniono w badaniach wszystkich warunków towarzyszących lotowi. Dzięki najnowszym wnioskom z badań jasno wiemy, jak serce zachowuje się u astronautów, którzy naprawdę spędzili miesiące w warunkach mikrograwitacji.

    Astronauci sami wykonywali USG

    Uczestnicy misji zostali przeszkoleni w zakresie wykonywania USG serca. Podczas lotu specjalista na Ziemi zdalnie prowadził ich, podpowiadając, gdzie umieścić głowicę, jak ją obrócić oraz kiedy zarejestrować obraz. Według Levine’a było to wystarczające do uzyskania materiału o odpowiedniej jakości do badań. Taka procedura umożliwiła śledzenie fizycznych zmian w sercu i uzupełniła informacje, których same pomiary tętna oraz ciśnienia nie były w stanie dostarczyć ze względu na ich ograniczenie w kontekście użytecznych danych.

    Czytaj dalej poniżej

    W Europie zaczyna brakować chmur? Naukowcy badają dziwny fenomen


    W ciągu sześciu miesięcy zmiany struktury oraz funkcji serca ustabilizowały się, a po powrocie astronautów na Ziemię parametry wróciły do normy. Jest to w dużej mierze zasługą ochronnego działania stosowanych programów treningowych. Należy jednak zauważyć, że obserwacja oparta była jedynie na 13 osobach. Wynik ten potwierdza skuteczność treningu w tych warunkach, ale nie pozwala na wnioskowanie, że zabezpieczy on każdego uczestnika misji o dowolnej długości. Musimy brać pod uwagę możliwość wystąpienia urazu czy choroby astronauty podczas misji, co mogłoby uniemożliwić regularne uczestniczenie w treningach.

    Próba „na Marsie”

    Po powrocie z ISS badacze sprawdzili również reakcję układu krążenia w próbie symulującej wpływ grawitacji marsjańskiej, wynoszący około 38% ziemskiej. U żadnego astronauty nie stwierdzono większego obciążenia układu sercowo-naczyniowego niż podczas stania na Ziemi tuż przed lotem. To pozytywna obserwacja dotycząca przystosowania do ciążenia po wielu miesiącach w przestrzeni kosmicznej. Trzeba jednak zauważyć, że po lądowaniu uczestnicy korzystali z rozbudowanej pomocy medycznej, a część z nich otrzymywała również płyny dożylnie, co może wpływać na uzyskane wyniki.

    Czytaj również: Skąd astronauci wezmą domy na Marsie? Z drukarki 3D

    W scenariuszu z dwiema półrocznymi podróżami oraz 18 miesiącami na Marsie, załoga spędziłaby poza Ziemią około dwóch i pół roku. To znaczny czas, przewyższający to, co udało się zarejestrować w jakimkolwiek pełnym badaniu. Na ISS astronauci mają do dyspozycji bieżnię, rower treningowy i sprzęt oporowy; takiego wyposażenia nie należy jednak oczekiwać w statku kosmicznym, który będzie musiał zmagać się z kompromisami w zakresie masy, przestrzeni i zasilania. Projektanci misji będą musieli zapewnić możliwość efektywnych ćwiczeń przez cały czas trwania podróży, uwzględniając jednocześnie przerwy spowodowane urazami czy chorobami, co zawsze może się zdarzyć.

    Mars, zanim w ogóle postawimy na nim stopę, będzie dla nas ogromnym wyzwaniem: nasze organizmy nie są przystosowane do podróży w kosmosie. Ratuje nas jedynie umiejętność adaptacji, która również ma swoje granice, o czym nasze organizmy przypominają nam w boleśnie przekonywujący sposób. Z pewnością jeszcze nie raz i nie dwa o tym przypomną.

  • REDMI Note 17 Pro Max 5G oficjalnie. Takiej baterii Xiaomi jeszcze nie miało

    REDMI Note 17 Pro Max 5G oficjalnie. Takiej baterii Xiaomi jeszcze nie miało

    Xiaomi oficjalnie wprowadza do Europy smartfony z serii REDMI Note 17. To cztery modele, które wyróżniają się pojemnymi bateriami, zwiększoną odpornością oraz wieloletnim wsparciem oprogramowania.

    Najważniejszą premierą dzisiejszego dnia jest model REDMI Note 17 Pro Max 5G, który jako pierwszy przedstawiciel linii Pro Max wnosi nowe możliwości. Smartfon został wyposażony w akumulator o pojemności 9210 mAh, co według Xiaomi pozwala na nawet trzy dni pracy na jednym ładowaniu. Ponadto, zastosowano technologię ładowania 100 W HyperCharge oraz ładowanie zwrotne o mocy 27 W. Producent zaznacza, że jest to największa bateria kiedykolwiek zastosowana w smartfonie przeznaczonym na rynek europejski.



    Model Pro Max wykorzystuje procesor Snapdragon 6 Gen 5, a dzięki funkcji rozszerzenia pamięci RAM, można zwiększyć jej pojemność z 8 GB do 16 GB. W urządzeniu znalazły się także innowacyjne rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji, takie jak Xiaomi HyperAI, Google Gemini oraz funkcja Circle to Search. REDMI Note 17 Pro Max 5G oraz REDMI Note 17 Pro 5G (który również będzie dostępny) dysponują 6,83-calowymi ekranami o rozdzielczości 2772 × 1280 pikseli, oferującymi jasność sięgającą 3500 nitów oraz odświeżanie do 120 Hz.

    Xiaomi REDMI na wciągu. Wybór dla każdego



    Mocnym atutem nowej generacji smartfonów REDMI ma być ich wytrzymałość. Xiaomi wprowadza standard REDMI Titan Quality, a oba modele Pro uzyskały certyfikat TÜV SÜD 5-Star Titan Quality. Konstrukcje te spełniają normy IP66 i IP68, a testy SGS potwierdzają ich odporność na upadki z wysokości do trzech metrów na granitową powierzchnię. Dodatkowo, firma obiecuje do sześciu lat aktualizacji zabezpieczeń dla wszystkich urządzeń z serii. Akumulatory mają zachowywać minimalnie 80 proc. swojej pierwotnej pojemności po 1000 pełnych cyklach ładowania, co przekłada się na około sześć lat standardowego użytkowania.

    Xiaomi REDMI Note 17 Pro 5G wyróżnia się baterią o pojemności 8340 mAh i ładowaniu 67 W, podczas gdy REDMI Note 17 5G oraz podstawowy REDMI Note 17 korzystają z akumulatorów o pojemności 7700 mAh i szybkości ładowania 45 W. Cała seria przeszła również istotne zmiany stylistyczne. Pojawiły się płaskie ekrany, delikatnie zaokrąglone narożniki oraz przeprojektowane moduły aparatów. Szczególnym akcentem jest unikalna kolorystyka wykończenia modelu Pro Max o nazwie Cloud Blush, której tylny panel zmienia kolor z białego na różowo-pomarańczowy pod wpływem promieniowania UV.

    Czytaj dalej poniżej


    Samsung Galaxy S27 Pro dostanie coś, o czym iPhone może tylko pomarzyć

    Xiaomi REDMI Note 17 w Polsce. Ceny i dostępność

    W Polsce, REDMI Note 17 Pro Max 5G zadebiutuje w cenie 2399 zł za wersję 8/256 GB oraz 2699 zł za variant 8/512 GB. REDMI Note 17 Pro 5G został wyceniony na 1799 zł za 6/256 GB i 2199 zł za 8/512 GB. Model REDMI Note 17 5G kosztuje 1399 zł w wersji 6/128 GB i 1499 zł w wersji 6/256 GB, natomiast podstawowy REDMI Note 17 w tych samych konfiguracjach został wyceniony na 1099 zł i 1299 zł odpowiednio.



    Od 17 września rozpoczną się również oferty premierowe. Przy zakupie REDMI Note 17 Pro Max 5G do 31 października będzie można nabyć odkurzacz Robot Vacuum S40C za symboliczną złotówkę. Klienci decydujący się na zakup REDMI Note 17 Pro 5G otrzymają w tym samym okresie AirFryer 10 L lub odkurzacz Stick Vacuum Cleaner 4 również za 1 zł. Do 11 października REDMI Note 17 5G będzie objęty rabatem w wysokości 250 zł, natomiast REDMI Note 17 zniżką w wysokości 200 zł. Dostępność promocji oraz poszczególnych wariantów może się różnić w zależności od oferty mi.com oraz partnerów handlowych.

  • iPhone nie dla każdego. 3 powody, dlaczego nie warto kupować

    iPhone nie dla każdego. 3 powody, dlaczego nie warto kupować

    Czy iPhone Duo jest dla każdego? Absolutnie nie – przygotowałem 3 powody, dlaczego warto się wstrzymać z zakupem.

    Najnowszy składany iPhone Duo budzi ogromne emocje, a wiele osób jest zachwyconych nowym rodzajem urządzenia w ofercie Apple. Czy jednak jest to telefon dla każdego? Absolutnie nie. Przygotowałem 3 powody, dlaczego warto wstrzymać się z zakupem tego urządzenia.

    Powód 1: Brak teleobiektywu i kompromisy

    Czy są tutaj miłośnicy mobilnej fotografii? Jeśli jesteś fanem sprzętu Apple, to z pewnością miałeś okazję przekonać się, jak doskonały software i hardware w dziedzinie fotografii oferuje ta firma. W szczególności jest to zauważalne w nowej generacji modeli Pro i Pro Max oznaczonych numerem 18, które zostały zaprezentowane na ostatnim wydarzeniu w Cupertino. Muszę przyznać, że byłem pod wrażeniem. Zarówno poprawiony software, jak i obsługa aparatu prezentują się znakomicie, a zmienna przysłona wprowadza zupełnie nowe możliwości w zakresie mobilnej fotografii.

    W porównaniu do tych modeli, iPhone Duo nie zapowiada się na fotograficznego giganta. Mimo bardzo wysokiej ceny, wynoszącej 9999 zł w wariancie podstawowym, urządzenie oferuje znacznie mniej możliwości w zakresie robienia zdjęć. Otrzymujemy jedynie dwa obiektywy (podstawowy i szerokokątny), a brakuje teleobiektywu. Jeśli optyczny zoom, na przykład z iPhone Pro, jest dla Ciebie kluczowy, to w przypadku składaka od Apple nie ma na to szans. Można to częściowo zrozumieć, ponieważ konstrukcja urządzenia (dość cienka po rozłożeniu) mogła uniemożliwić umieszczenie teleobiektywu. Choć możliwe, że w przyszłości zostanie to „naprawione”, tegoroczna seria debiutująca nie da nam takich możliwości – i to mimo wysokiej ceny.

    Powód 2: Duża masa ponad 250 g

    iPhone Duo nie jest telefonem dla osób, które preferują lekkie i smukłe urządzenia. Jeśli mieliście okazję korzystać z iPhone Air, wiecie, jak poręczny potrafi być nowoczesny smartfon. Niestety, składany iPhone Duo to jego całkowite przeciwieństwo, ważące 254 gramy. To znacząco więcej niż u konkurencji; na przykład, Samsung Galaxy Z Fold 8 waży nieco ponad 200 g, a mówimy o urządzeniach o porównywalnych rozmiarach i będących bezpośrednimi rywalami.

    Czytaj dalej poniżej

    Już wiem, co będzie lepsze od iPhone Duo. Ten składak też wchodzi do Polski

    Nie możemy zapominać, że nikt o zdrowych zmysłach nie korzysta z iPhone’a bez etui, a odpowiednie zabezpieczenie również swoje waży, co sprawia, że w naszej kieszeni lub torebce ląduje naprawdę ciężki zawodnik. Zdecydowanie nie dla każdego!

    Powód 3: Zabójcza cena i dopiero pierwsza generacja

    Już wspominałem o cenie w kontekście aparatu i muszę do niej wrócić w podsumowaniu. W Polsce za iPhone Duo trzeba zapłacić przynajmniej 9999 zł (wersja z pamięcią 256 GB). To z pewnością mniej niż sugerowały niektóre plotki, ale realnie to znaczna kwota. Praktycznie 10 tysięcy złotych za telefon w pierwszej generacji brzmi ryzykownie, ponieważ choć Apple na pewno wyciągnęło wiele wniosków z działań konkurencji, to nadal pozostaje debiutantem na rynku składanych smartfonów. Czy urządzenie obędzie się bez typowych problemów „wieku dziecięcego”? Śmiem wątpić i zakładam, że pewne, choćby drobne, trudności z pewnością się pojawią.

    W związku z tym, oferta ta nie jest optymalna dla osób, które oceniają opłacalność i sens swoich zakupów, nie będąc jednocześnie ufanownikami najnowszych gadżetów i technologii. Na horyzoncie pojawia się nowy MacBook z ulepszonym chipem i ekranem OLED, który zaoferuje potężną moc oraz gotowość do codziennej pracy – może to on powinien stać się Twoim celem zakupowym?

  • Zestawy Parkside i Parkside Performance na obniżce. Kaufland wie co robi

    Zestawy Parkside i Parkside Performance na obniżce. Kaufland wie co robi

    Nie tylko w Lidlu można znaleźć sprzęt Parkside. Tym razem promocyjne obniżki czekają na nas w Kauflandzie, gdzie ceny spadły zarówno w przypadku podstawowej zielonej linii, jak i mocniejszych wariantów Performance.

    Kaufland wprowadził nową gamę promocji skierowaną do majsterkowiczów. W gazetce znaleźć można szereg produktów z linii Parkside i Parkside Performance, w tym elektronarzędzia, odkurzacze warsztatowe, akcesoria oraz urządzenia do obróbki drewna. Część asortymentu dostępna jest obecnie w naprawdę atrakcyjnych cenach.

    Promocja trwa od czwartku 17 września do środy 30 września, co daje czas na zastanowienie się i dokładne przemyślenie decyzji.

    Kaufland obniża ceny sprzętu Parkside i Parkside Performance

    Na długiej liście promocji znajduje się akumulatorowa wiertarko-wkrętarka Parkside 20 V w cenie 149 zł. Urządzenie oferuje 17-stopniową regulację momentu obrotowego oraz dwa biegi, a w zestawie znajdują się akumulator 2 Ah oraz ładowarka. Piła tarczowa o mocy 1500 W kosztuje również 149 zł, natomiast wyrzynarka do drewna i metalu dostępna jest za 79,99 zł. Strug elektryczny 750 W można nabyć za 119 zł, a szlifierka taśmowa 850 W została wyceniona na 129 zł.

    Interesująco prezentuje się także oferta na sprzęt Parkside Performance. Akumulatorowy odkurzacz warsztatowy 20 V dostępny jest w cenie 799 zł, a większy odkurzacz warsztatowy o mocy 1300 W został przeceniony do 899 zł. Drugi model oferuje moc zasysania 260 AirWatt oraz filtr z systemem redukcji emisji pyłów.

    Czytaj dalej poniżej

    Biedronka zagrała z grubej rury. Konkurent Parkside na mocnej obniżce

    Dla miłośników pracy z drewnem Kaufland przygotował stół do piły tarczowej w cenie 499 zł. W gazetce dostępna jest także piła tarczowa Parkside za 149 zł, co sprawia, że skompletowanie pełnego zestawu jest łatwe. To jednak nie koniec promocji. Akumulatorowy odkurzacz Parkside Performance 20 V kosztuje 799 zł, a bezprzewodowy głośnik Bluetooth z tej samej serii wyceniono na 329 zł. Dodatkowo można nabyć lokalizator Parkside Performance za 129 zł, przydatny podczas poszukiwania przewodów czy rur.

    Grafika: depositphotos.com

  • Hubble i Webb rozwiązują zagadkę transneptunowców. Badacze wciąż trafiają na nowe odkrycia

    Hubble i Webb rozwiązują zagadkę transneptunowców. Badacze wciąż trafiają na nowe odkrycia

    Niewielkie obiekty, znajdujące się poza orbitą Neptuna, mają kolorystykę przypominającą ich większych krewniaków. Jednakże, przeszłe zderzenia mogły znacząco wpłynąć na ich powierzchnię. Obserwacje przeprowadzone przez teleskopy Hubble’a oraz Webba sugerują, że te obiekty zachowały ślady warunków, w jakich powstały. A jest ich zdecydowanie mniej, niż przewidują niektóre modele.


    Za orbitą Neptuna krążą pozostałości z czasów formowania planet, znane jako obiekty transneptunowe (TNO). Część z nich może stanowić swoiste „archiwum” etapu, w którym pył i drobne okruchy łączyły się, tworząc większe ciała, określane mianem planetozymali. Zespoły badawcze, oparte na skoordynowanych obserwacjach Hubble’a i Kosmicznego Teleskopu Jamesa Webba, sprawdziły, czy te najmniejsze obiekty badawcze nadal zachowują ślady tamtych wydarzeń. Wyniki tych badań zostały opublikowane w The Astronomical Journal, a temat ten został również poruszony przez NASA.

    Dwie grupy i dwie historie

    Badacze dokonują rozróżnienia na obiekty „zimne” i „gorące”, co odnosi się do charakterystyki ich orbit. Grupa „zimna” porusza się po orbitach zbliżonych do kołowych, o niewielkim nachyleniu względem głównej płaszczyzny naszego układu. Przyjmuje się, że powstały one mniej więcej w tych samych miejscach, w których obecnie się znajdują, w pasie Kuipera. Ze względu na stosunkowo „spokojną” historię orbitalną, mogą stanowić one cenne źródło informacji na temat materiałów, z których budowały się odległe rejonu dzisiejszego Układu Słonecznego.

    Natomiast w przypadku obiektów „gorących” ich historia jest zupełnie inna. Zgodnie z aktualnymi modelami, powstały one bliżej Słońca, m.in. pomiędzy orbitami Urana a Neptuna, a migracja dużych planet rozrzuciła je na zewnątrz. Obecnie wiele z tych obiektów krąży po mocno wydłużonych orbitach, wyraźnie przechylonych względem płaszczyzny planet. Porównanie obu grup pozwala zatem zweryfikować, czy różnice w ich miejscach narodzin oraz w późniejszej ewolucji wpływają również na najmniejsze obiekty.

    Różne rozmiary, ale podobna kolorystyka

    Burzliwe historie tych obiektów mogły spowodować znaczące zniekształcenia ich kształtów, usuwanie części ich powierzchni lub rozbicie większych ciał na mniejsze fragmenty. W takich scenariuszach, drobne TNO mogłyby odbijać światło w sposób odmienny niż ich więksi krewni. Astronomowie dokładnie analizują tego typu kwestie, m.in. oceniając jasność obiektów w różnych zakresach długości fal, co umożliwia określenie ich kolorów. Barwy te dostarczają wskazówek na temat składu powierzchni i jej przekształceń, chociaż do dokładnego opisu chemicznego może brakować szczegółów. Teleskop Hubble’a odpowiadał za część pomiarów w świetle widzialnym, a Webb uzupełnił je obserwacjami w bliskiej podczerwieni.

    Czytaj dalej poniżej

    Ta planeta w Układzie Słonecznym kurczy się. I to szybciej, niż zakładano


    Zespół z Northern Arizona University ocenił, że małe obiekty populacji zimnej prezentowały wąski zakres barw, zgodny z obserwacjami większych ciał. Populacja gorąca okazała się znacznie bardziej zróżnicowana, podobnie jak jej większe odpowiedniki. Nie zaobserwowano więc systematycznej zmiany kolorystyki w miarę zmniejszania się rozmiarów obiektów, co można by oczekiwać w scenariuszu dotyczących silnych zniekształceń spowodowanych zderzeniami. Możliwe, że takich „incydentów” było mniej, niż się spodziewano, bądź ich skutki nie zdołały wymazać różnic związanych z pierwotnym składem. Podobieństwo tego typu wspiera więc inną hipotezę: o zachowaniu dawnych cech, jednak nie dowodzi, że powierzchnie pozostały w zasadzie nietknięte od czasów narodzin Układu Słonecznego.

    Ile światła odbija powierzchnia? To dobre pytanie

    Warto zwrócić uwagę na analizę z University of Victoria, która dotyczyła liczebności obiektów o różnej jasności. Najsłabszy wykryty obiekt w bliskiej podczerwieni wykazał jasność równą 29,3 magnitudo, co oznacza bardzo niski poziom sygnału. Tego rodzaju obserwacje pozwalają oszacować średnice obiektów, ale wymagają uwzględnienia odległości oraz założeń dotyczących albedo – zdolności powierzchni do odbijania światła. Najsłabsze ujawnione detekcje przypisano średnicę około 10 km, przy założonym albedo 0,15.

    Czytaj również: Wyścig z 3I/ATLAS na granicy Układu Słonecznego. Co zobaczył teleskop Hubble’a?

    Rozkłady jasności populacji zimnej i gorącej okazały się podobne, co wskazuje na podobny kształt ich rozkładów rozmiarów. Należy jednak zauważyć, że najmniejszych ciał znaleziono mniej, niż wynikałoby z niektórych modeli powstawania planetozymali, co dotkliwie sprawdza hipotezę sformułowaną w poprzednich badaniach przeprowadzonych przez Northern Arizona University. W tej kwestii jednak problemem jest stosunkowo niewielka próba oraz niepewność dotycząca rzeczywistego albedo małych TNO. Dalsze obserwacje powinny dostarczyć odpowiedzi na pytania, czy zgodność ta będzie utrzymywać się dla większej liczby ciał oraz czy uda się oddzielić ślady ich narodzin od skutków późniejszych „bliskich spotkań”, mających miejsce przez miliony lat. Kosmiczna archeologia, jak można by rzec!

  • Apple wyjaśnia jak działa nowy tryb w aparacie iPhone 18 Pro. Zapowiada się znakomicie!

    Apple wyjaśnia jak działa nowy tryb w aparacie iPhone 18 Pro. Zapowiada się znakomicie!

    Nowa funkcja od pierwszych zapowiedzi budziła sporo pytań. Teraz Apple chce rozwiać wszelkie wątpliwości.

    Apple ujawniło szczegóły dotyczące działania funkcji Reference Image, nowego trybu fotograficznego dostępnego w iPhonie 18 Pro. Rozwiązanie to zostało zaprojektowane z myślą o rosnącym problemie manipulowania obrazami oraz tworzenia realistycznych zdjęć przy użyciu sztucznej inteligencji. Celem jest oddanie w ręce użytkowników narzędzi, które pozwolą na późniejsze zweryfikowanie, czy fotografia rzeczywiście została wykonana aparatem i czy nie została zmanipulowana.

    Aparat tworzy bezpieczny, cyfrowy „negatyw”

    Proces weryfikacji rozpoczyna się już na poziomie czujnika aparatu. Każdy sensor w iPhonie 18 Pro dysponuje unikalnymi mechanizmami kryptograficznymi, które umożliwiają powiązanie wykonanej fotografii z konkretnym urządzeniem. Dane o obrazie, informacje z sensora oraz podpisa metadane są przesyłane do zabezpieczonego procesu weryfikacji.

    Apple wykorzystuje również kryptograficzne znaczniki czasu. Dzięki nim możliwe jest określenie przedziału czasowego, w którym fotografię wykonano, bez polegania wyłącznie na czasie ustawionym w systemie telefonu. W tym procesie bierze udział także Secure Enclave, dedykowany bezpieczny podsystem odpowiedzialny za podpisywanie wybranych danych urządzenia.

    Weryfikacja bez ujawniania identyfikacji fotografa

    Po sprawdzeniu wszystkich elementów, dane są przetwarzane w Private Cloud Compute, gdzie powstaje finalny plik JPEG, będący obrazem referencyjnym. Apple stosuje zarówno tradycyjne metody kryptograficzne, jak i zabezpieczenia odporne na potencjalne zagrożenia związane z przyszłymi komputerami kwantowymi.

    Czytaj dalej poniżej


    Nowy iOS 27 już jest. Wielka fala aktualizacji od Apple dostępna

    Istotnym założeniem systemu jest prywatność. Osoba weryfikująca zdjęcie nie powinna na jego podstawie ustalać tożsamości fotografa, konkretnego modelu iPhone’a ani powiązywać ze sobą kilku zdjęć wykonanych tym samym urządzeniem.

    Obraz referencyjny ma stanowić odpowiedź na erę generatywnej sztucznej inteligencji, w której coraz trudniej odróżnić autentyczne zdjęcie od cyfrowej manipulacji. Apple pragnie jednocześnie umożliwić potwierdzenie pochodzenia fotografii bez rezygnacji z anonimowości autora. Jak to wykaże się w praktyce? Przekonamy się, jednak w obliczu realiów, w których weryfikacja informacji jest rzadkością, nawet jeśli jest to zadanie względnie proste, może okazać się, że zestaw narzędzi będzie niewystarczający.

    Źródło

  • To koniec SkyShowtime? Nad serwisem wisi groźba zamknięcia

    To koniec SkyShowtime? Nad serwisem wisi groźba zamknięcia

    SkyShowtime, jedna z młodszych platform na rynku streamingowym, może zostać zamknięta, zanim jeszcze rozwinie swoje skrzydła. W serwisie dostępna jest popularna seria „Yellowstone”.

    SkyShowtime to platforma, która mogła wprowadzić zamieszanie na polskim rynku. To właśnie ona dostarcza Polakom nową falę dzieł Taylora Sheridana, twórcy uznawanego za pioniera uniwersum „Yellowstone”. Produkcje z tej serii są objęte czasową wyłącznością, a pakiet SkyShowtime jest dostępny u operatorów sieciowych, co sprawia, że biblioteka serwisu nieustannie się powiększa. Nawet jeśli SkyShowtime nie miałoby bezpośrednio konkurować z największymi graczami, wydawało się, że uda mu się zająć swoją niszę, zaspokajając potrzeby kulturowe swoich oddanych widzów. Niestety, nad serwisem zaczynają zbierać się czarne chmury.

    Możliwe zakończenie działalności SkyShowtime

    O sytuacji informują m.in. Variety oraz „The Hollywood Reporter”. Zarząd SkyShowtime poinformował dyrektora generalnego Monty’ego Sarhana, że rozpoczął tzw. przegląd opcji strategicznych dotyczących przyszłości firmy. Wśród analizowanych możliwości znajduje się również zamknięcie działalności. Zarząd podkreśla, że jak dotąd żadna decyzja nie została podjęta i wszystkie warianty są rozważane. Na ten moment serwis będzie funkcjonował bez zmian.

    Cała sytuacja zbiegła się w czasie z planowaną fuzją Paramount Skydance oraz Warner Bros. Discovery. Transakcja o wartości 110 miliardów dolarów może całkowicie zmienić układ sił na rynku streamingowym. Paramount Skydance posiada platformę Paramount+, zaś Warner Bros. Discovery posiada m.in. HBO Max oraz Playera. Pojawia się więc pytanie o przyszłość SkyShowtime oraz sens utrzymywania samodzielnej platformy, gdy przyszły właściciel dysponować będzie bardziej popularnymi mediami.

    SkyShowtime jest stosunkowo nowym graczem na europejskim rynku streamingu. Platforma została uruchomiona w 2022 roku jako wspólne przedsięwzięcie Paramount Global i Comcastu. Jej oferta opiera się na katalogach kilku znanych marek, w tym Paramount+, Peacock oraz Sky. Serwis jest obecny na około 20 europejskich rynkach, w tym w Polsce.

    Czytaj dalej poniżej


    Najlepsze filmy i seriale science fiction. Subiektywna topka
  • Sony oficjalnie o dacie premiery PS6. To chcieliście usłyszeć?

    Sony oficjalnie o dacie premiery PS6. To chcieliście usłyszeć?

    Wszyscy oczekujemy na pierwsze informacje dotyczące terminu premiery PlayStation 6. Sony zaczyna uchylać rąbka tajemnicy.

    Jeśli liczyliście na konkretne informacje, to Sony ponownie studzi nadzieje dotyczące PlayStation 6 i jasno wskazuje, że na obecnym etapie nie ma jeszcze ustalonego terminu premiery nowej konsoli. Najnowsze komentarze firmy osłabiają przekonanie, że PS6 zadebiutuje w 2027 roku, mimo że ten rok od dawna przewijał się w wielu spekulacjach.

    Sony o dacie premiery PlayStation 6

    W oficjalnym oświadczeniu Sony podkreśliło, że najpierw chce ocenić warunki rynkowe, zanim zobowiąże się do konkretnego harmonogramu wydania kolejnej generacji. Hiroki Totoki zwrócił uwagę na globalny kryzys komponentów, który wpływa na decyzje związane z planowaniem przyszłego PlayStation. To istotny sygnał, ponieważ sugeruje, że firma nie traktuje roku 2027 jako pewnika. Na ten moment są to jedynie spekulowane ramy czasowe, a nie konkretne plany wprowadzenia nowego sprzętu na rynek.


    Skąd potencjalne opóźnienie premiery PlayStation 6?

    Największym wyzwaniem są ceny i dostępność pamięci, zwłaszcza DRAM, które pozostają pod presją w związku z rosnącym popytem ze strony infrastruktury AI. Sony obawia się, że przy obecnych kosztach trudno byłoby wyprodukować miliony konsol w cenie akceptowalnej dla rynku. W tle jest również doświadczenie z początku cyklu PS5, kiedy ograniczenia podażowe utrudniły start generacji. Dlatego firma woli wstrzymać się z podejmowaniem decyzji, dopóki nie zaobserwuje stabilizacji w łańcuchu dostaw.

    Na ten moment Sony nie ujawnia nazwy handlowej, specyfikacji, wyglądu ani ceny PS6. Jednocześnie spółka nie wstrzymała prac nad projektem – wręcz przeciwnie, w najnowszych wynikach finansowych zasugerowała wzrost wydatków związanych z platformą kolejnej generacji. PlayStation 6 powstaje, ale żaden oficjalny termin ani miejsce w kalendarzu nie zostały ogłoszone. To może nie całkiem to, czego oczekiwaliśmy, ale sytuacja Sony (przynajmniej w tej kwestii) wydaje się zrozumiała, zwłaszcza że PS6 prawdopodobnie nie jest jedynym nowym sprzętem, nad którym pracuje firma.

    Czytaj dalej poniżej


    Ujawniono prototyp najmniejszej PS1 w historii - działa 20 godzin na bateriach

  • SpaceX opublikował plan misji Starshipa. 6 orbit i wodowanie w Pacyfiku

    SpaceX opublikował plan misji Starshipa. 6 orbit i wodowanie w Pacyfiku

    SpaceX przez długi czas milczało, ale wreszcie, po kolejnych opóźnieniach, mamy nie tylko nową datę startu, ale przede wszystkim szczegółowy opis misji, która będzie się różniła od wszystkich poprzednich.

    Przygotowania do czternastego testowego lotu potężnej rakiety Starship przebiegają zgodnie z planem, a SpaceX oczekuje jedynie na ostateczną zgodę regulacyjną. Start misji zaplanowano na wtorek, 22 września, a okno startowe otworzy się o godzinie 14:15 czasu polskiego i potrwa 75 minut. Wszystko wskazuje na to, że firma Elona Muska stawia tym razem wszystko na jedną kartę, wprowadzając przełomowe zmiany i po raz pierwszy planując wysłanie statku na pełnoprawną orbitę okołoziemską. Relację na żywo z tego niemal dziesięciogodzinnego wydarzenia będzie można śledzić na platformie X.

    Pełna orbita i komercyjny ładunek

    W przeciwieństwie do poprzednich misji, które kończyły się na suborbitalnych trajektoriach w celu zapewnienia maksymalnego bezpieczeństwa podczas fazy uczenia się, Starship SN41 ma osiągnąć wysokość około 275 kilometrów nad powierzchnią Ziemi. Plan zakłada, że po osiągnięciu orbity, maszyna okrąży naszą planetę mniej więcej sześć razy, zanim ostatecznie wykona manewr deorbitacji i wyląduje w wodach Oceanu Spokojnego, na zachód od wybrzeży Chile. Co niezwykle istotne, lot ten będzie historyczny z jeszcze jednego powodu. Po raz pierwszy Starship wyniesie na orbitę ładunek komercyjny, którym będą 26 najnowszych satelitów Starlink V3. Sprzęt ten ma drastycznie zwiększyć przepustowość sieci Starlink, ponieważ zaledwie ta jedna misja dostarczy systemowi dziesięciokrotnie więcej mocy przerobowych w porównaniu do pojedynczego startu rakiety Falcon 9 z podobną liczbą satelitów Starlink V2. Ciekawostką jest fakt, że trzy z wyniesionych satelitów zostały specjalnie zmodyfikowane i wyposażone w zestaw kamer, które posłużą inżynierom do przeprowadzenia szczegółowej inspekcji osłony termicznej Starshipa jeszcze w trakcie trwania misji, co pozwoli na ocenę jej gotowości do przyszłych lądowań.

    Oczywiście pełny profil misji zostanie zrealizowany tylko wtedy, gdy Starship będzie w idealnym stanie. SpaceX zainstalowało w rakiecie ponad 500 różnych czujników, które monitorują każdy aspekt rakiety, od zbiorników z paliwem po stan silników. Dopiero po zakończeniu pierwszego wznoszenia podejmowana będzie decyzja, czy misja będzie miała ciąg dalszy, czy też zakończy się w Oceanie Indyjskim. Po około 25 minutach od startu Starship na 18 sekund uruchomi jeden z silników Raptor, aby wznieść się na wyższą orbitę i przygotować do rozładunku satelitów. Na każdym etapie orbita będzie zaplanowana tak, aby w razie problemów z silnikiem Starship bezpiecznie opuścił orbitę i spadł do oceanu, gdzie nikomu nie będzie zagrażał. Po niespełna 9 godzinach na orbicie, jeden z silników Raptor zostanie uruchomiony ponownie na około 11 sekund, aby rozpocząć proces deorbitacji, który potrwa godzinę. Całość powinna zakończyć się wodowaniem u wybrzeży Chile.

    Poprawki i historyczna próba ponownego użycia

    Inżynierowie SpaceX nie spoczęli na laurach i wprowadzili szereg modyfikacji sprzętowych oraz programowych w obu stopniach rakiety, aby rozwiązać problemy z poprzednich lotów oraz zwiększyć prawdopodobieństwo sukcesu. Pierwszy stopień, znany jako Super Heavy, otrzymał udoskonalone filtry paliwa oraz poprawione oprogramowanie, które mają zapobiec powtórce problemów z niedrożnością spowodowaną lodem, które utrudniły ponowny zapłon silników podczas trzynastego lotu. Dzięki tym zmianom booster powinien tym razem z powodzeniem przeprowadzić całą sekwencję powrotu i spokojnie wylądować w rejonie Zatoki Meksykańskiej. Ogromny nacisk położono również na przetestowanie nowych rozwiązań związanych z osłoną termiczną górnego stopnia, wykorzystując cenne wnioski zebrane podczas inspekcji statku SN40, kiedy ten unosił się na wodach Oceanu Indyjskiego. W modelu SN41 dodano między innymi ulepszone mechanizmy retencyjne w newralgicznych punktach oraz zastosowano innowacyjne, zakrzywione kafelki, mające na celu ograniczenie przepływu plazmy w szczelinach. Z punktu widzenia idei pełnej wielokrotności użytku, najważniejszy jest fakt, że w nadchodzącym teście po raz pierwszy wykorzystane zostaną dwa kafelki osłony termicznej odzyskane z poprzedniego lotu (ze statku nr 40), aby sprawdzić ich wytrzymałość w kolejnym ekstremalnym powrocie z orbity.

    Czytaj dalej poniżej


    Starship poleci już w tym tygodniu. W środku dnia i do tego z ładunkiem na orbitę

    Wszystko wskazuje na to, że wkraczamy w kluczowy etap prac nad Starshipem, który będzie miał ogromne znaczenie dla przyszłości tego statku oraz amerykańskich planów powrotu na Księżyc.

  • Masz Samsunga? Za kilka dni czeka Cię ogromna zmiana

    Masz Samsunga? Za kilka dni czeka Cię ogromna zmiana

    Użytkownicy smartfonów Samsung powinni przygotować się na istotną zmianę, która dla wielu może okazać się bardzo pozytywną wiadomością!

    Samsung planuje poważne zmiany w metodzie synchronizacji zdjęć na swoich urządzeniach mobilnych. Aplikacja Galeria otrzyma nową funkcjonalność związaną z integracją ze Zdjęciami Google, co zastąpi dotychczasową współpracę z OneDrive firmy Microsoft. Szczegóły dotyczące tych zmian zostały ujawnione w najnowszej aktualizacji systemowej, jednak większość użytkowników nie będzie mogła jeszcze z nich skorzystać.

    OneDrive znika z Galerii Samsunga

    Współpraca pomiędzy Samsungiem a OneDrive dobiega końca. Microsoft oraz Samsung potwierdzili, że funkcja synchronizacji zdjęć i filmów za pośrednictwem Galerii zostanie wyłączona z dniem 30 września tego roku. Co istotne: wszelkie zdjęcia i filmy, które zostały zapisane wcześniej, nie zostaną usunięte z chmury Microsoftu. Nadal będą dostępne w aplikacji OneDrive i będzie można je pobrać na urządzenie.

    Problematyczne jest to, że po zakończeniu integracji zdjęcia przechowywane wyłącznie na OneDrive nie będą automatycznie wyświetlane w Galerii. Samsung zaleca, aby użytkownicy wcześniej pobrali ważne materiały lub skorzystali z alternatywnej usługi do tworzenia kopii zapasowych.

    Źródło: https://www.sammobile.com/news/samsung-gallery-replacing-onedrive-google-photos-sync/

    Zdjęcia Google zastąpią OneDrive

    Oczekiwania rosną, ponieważ pojawiła się informacja, która wzbudza dużo ciekawości. W aktualizacji systemowej aplikacji Gallery Cloud Sync, oznaczonej numerem 1.6.09.31, dodano informację o integracji ze Zdjęciami Google. Na urządzeniach z interfejsem One UI 9 ta funkcja jest już dostępna, mimo że pozostaje ukryta dla większości użytkowników.

    Czytaj dalej poniżej


    Masz Samsunga? Musisz zareagować w ciągu kilku dni

    Niektórzy testerzy byli w stanie aktywować nową funkcję. Z przesłanych zrzutów ekranu wynika, że użytkownik będzie miał możliwość połączenia Galerii Samsunga z kontem Google, sprawdzenia dostępnego miejsca w chmurze oraz zarządzania synchronizacją i zwalnianiem przestrzeni.

    Dla użytkowników Galaxy oznacza to przede wszystkim mniejsze uzależnienie od dodatkowej aplikacji. Zdjęcia Google są jedną z najpopularniejszych platform do tworzenia kopii zapasowych zdjęć na systemie Android, a bezpośrednia integracja z systemową Galerią Samsunga może ułatwić codzienne korzystanie z obu usług.

    To także odpowiedź na zmieniający się rynek. Od lat Samsung oferował bliską integrację z OneDrive, podczas gdy użytkownicy Zdjęć Google zmuszeni byli korzystać z osobnej aplikacji. Teraz korzystanie z ulubionej platformy do przechowywania zdjęć będzie znacznie łatwiejsze.

    Nowa funkcja może pojawić się już w październiku

    Samsung nie skomentował jeszcze oficjalnie nowej usługi, z którą będzie zintegrowana ich galeria. Dlatego też trudno spodziewać się konkretnych informacji dotyczących terminów. Biorąc jednak pod uwagę, że 30 września wygasa integracja z OneDrive, można założyć, że koreański gigant nie zamierza pozostawać „bez niczego” zbyt długo – a już w październiku zaprezentuje nowego partnera. Można już jednak stwierdzić, że użytkownicy Galaxy, korzystający z OneDrive, powinni być gotowi na nadchodzące zmiany. Zdjęcia nie znikną z konta Microsoftu, ale sposób ich współpracy z systemem zostanie drastycznie zmieniony. Czy czas zainwestować w większe konto u Google?