Autor: admin

  • Twój telefon ładuje się zbyt wolno? Być może popełniasz ten prosty błąd

    Twój telefon ładuje się zbyt wolno? Być może popełniasz ten prosty błąd

    Szybkie ładowanie smartfona zależy nie tylko od mocy ładowarki. Równie ważne są: obsługiwany standard, odpowiedni kabel oraz możliwości samego telefonu. Zobacz, co naprawdę wpływa na czas ładowania i jak uniknąć najczęstszych błędów.


    Jak najszybciej naładować smartfon? Nie chodzi tylko o moc ładowarki

    Wielu użytkowników sądzi, że wystarczy kupić ładowarkę o dużej mocy, aby przyspieszyć ładowanie telefonu. W praktyce jest to bardziej skomplikowane. Czas ładowania zależy od czterech kluczowych elementów: smartfona, ładowarki, kabla oraz stosowanego standardu ładowania. Jeżeli choć jeden z tych elementów nie jest zgodny z innymi, telefon nie osiągnie maksymalnej prędkości ładowania. W tym artykule omówimy, na co zwrócić uwagę, aby maksymalnie przyspieszyć ładowanie swojego urządzenia.

    Zacznij od sprawdzenia możliwości smartfona

    Najważniejszym krokiem w poszukiwaniu informacji o szybkim ładowaniu jest zapoznanie się ze specyfikacją telefonu. To producent określa maksymalną moc ładowania, którą dany model obsługuje. Jeśli Twój smartfon obsługuje ładowanie o mocy 25 W, zakup ładowarki o mocy 100 W nie spowoduje, że urządzenie naładuje się cztery razy szybciej. Telefon pobierze jedynie tyle energii, ile pozwalają jego możliwości.

    To dotyczy zarówno urządzeń z systemem Android, jak i iPhone’ów. Telefon i ładowarka ustalają parametry zasilania, a smartfon pobiera tylko taką moc, którą potrafi obsłużyć i uzna za bezpieczną.

    Jak różne potrafi być szybkie ładowanie?

    Czytaj dalej poniżej


    Sposób na szybsze ładowanie telefonu? Włącz jedną opcję
    • Samsung Galaxy S25 Ultra – ładowanie przewodowe do 45 W.
    • Xiaomi 15 Ultra – ładowanie przewodowe do 90 W.
    • OnePlus 13 – ładowanie przewodowe do 100 W.
    • iPhone 16 Pro – Apple nie podaje maksymalnej mocy przewodowej; deklaruje do 50% baterii w ok. 30 minut z zasilaczem 20 W lub mocniejszym (w praktyce mówi się o ok. 38–45 W maks. mocy ładowania).
    • Google Pixel 9 Pro – Google również nie podaje w specyfikacji maksymalnego poboru w watach; deklaruje do 55% w ok. 30 minut z użyciem ładowarki 45 W.

    Sama moc to za mało

    To jeden z najczęściej popełnianych błędów. Dwie ładowarki o mocy 65 W mogą ładować ten sam telefon z różnymi prędkościami.

    Powód jest prosty – oprócz samej mocy, ważny jest również obsługiwany standard ładowania. Obecnie jednym z najpopularniejszych rozwiązań jest USB Power Delivery (USB PD). Coraz więcej producentów korzysta także z PPS (Programmable Power Supply), która precyzyjniej dostosowuje napięcie i natężenie do potrzeb urządzenia.

    Niektórzy producenci stosują własne technologie, takie jak SuperVOOC, HyperCharge czy TurboPower. W takim przypadku pełna prędkość ładowania może być osiągnięta wyłącznie przy użyciu kompatybilnej ładowarki i odpowiedniego przewodu.

    Dobry kabel również ma znaczenie

    Nawet najlepsza ładowarka nie pomoże, jeśli używasz niewłaściwego kabla. Starsze lub słabszej jakości przewody mogą ograniczać maksymalną moc ładowania, a w skrajnych przypadkach telefon przełączy się na znacznie wolniejszy tryb.

    Dla większości nowoczesnych smartfonów warto wybierać dobrej jakości przewody USB-C przeznaczone do szybkiego ładowania (maks. obsługiwana moc jest zazwyczaj podana na opakowaniu). Przy bardzo wysokich mocach stosowanych przez niektórych producentów mogą być wymagane również dedykowane kable zgodne z ich własnymi technologiami.

    Ładuj przewodowo, jeśli liczy się czas

    Jeżeli zależy Ci na jak najszybszym uzupełnieniu energii, najlepszym rozwiązaniem nadal pozostaje ładowanie przewodowe.

    Choć ładowanie bezprzewodowe jest bardzo wygodne, to przewodowe wciąż jest bardziej efektywnym sposobem szybkiego ładowania. Podczas ładowania indukcyjnego część energii jest tracona w postaci ciepła, co sprawia, że przewód zazwyczaj ma przewagę pod względem efektywności.

    Nie każda ładowarka do laptopa będzie najlepszym wyborem

    Nowoczesna ładowarka USB-C do laptopa jest w stanie naładować większość smartfonów, ale nie oznacza to, że zawsze uczyni to z maksymalną prędkością.

    Kluczowa jest zgodność obsługiwanych standardów, takich jak USB Power Delivery, PPS lub dedykowane rozwiązania producenta smartfona. Zanim zdecydujesz się na jedną ładowarkę do wszystkich urządzeń, sprawdź, jakie technologie szybkiego ładowania obsługuje Twój telefon.

    Ogranicz korzystanie z telefonu podczas ładowania

    Jeśli naprawdę zależy Ci na czasie, najlepiej na kilka minut odłożyć telefon. Oglądanie filmów, granie, lub korzystanie z wymagających aplikacji zwiększa pobór energii oraz temperaturę urządzenia.

    Nowoczesne smartfony monitorują temperaturę akumulatora i automatycznie ograniczają moc ładowania, aby chronić baterię przed przegrzaniem. Im mniej obciążony jest telefon, tym łatwiej utrzymać wysoką prędkość ładowania.

    Zdejmij grube etui, jeśli telefon mocno się nagrzewa

    Szybkie ładowanie generuje więcej ciepła. Jeśli telefon jest umieszczony w grubym etui, może ono utrudniać jego odprowadzanie.

    Nie oznacza to, że musisz zdejmować pokrowiec za każdym razem, ale jeśli urządzenie wyraźnie się nagrzewa, zdjęcie etui może pomóc w jego chłodzeniu i wydłużeniu czasu utrzymania wysokiej mocy ładowania.

    Dlaczego telefon zwalnia pod koniec ładowania?

    To zjawisko jest zupełnie normalne. Najwyższa moc w smartfonie jest osiągana zazwyczaj wtedy, gdy bateria jest mocno rozładowana. Wraz ze wzrostem naładowania, elektronika stopniowo zmniejsza moc, aby ograniczyć temperaturę i chronić akumulator.

    Właśnie dlatego producenci często podają czas potrzebny do osiągnięcia 50% lub 80% naładowania. To sprytny sposób na poprawienie wrażenia użytkownika, ponieważ ostatnie kilka lub kilkanaście procent ładowane jest zwykle znacznie wolniej.

    Jak ładować telefon najszybciej?

    Jeśli zależy Ci na maksymalnej prędkości ładowania, używaj przewodowej ładowarki zgodnej z wymaganym standardem dla Twojego smartfona oraz odpowiedniego kabla. Sama wysoka moc zasilacza nie gwarantuje najlepszych wyników – równie istotna jest zgodność protokołów ładowania.

    Nie zawsze musisz kupować ładowarkę tej samej marki, co telefon. Często równie dobrze sprawdzi się wysokojakościowy model innego producenta, o ile obsługuje standardy wymagane przez Twój smartfon. W ten sposób wykorzystasz pełnię możliwości swojego urządzenia, unikając płacenia za moc, której telefon i tak nie będzie w stanie wykorzystać.

  • Złodziej WiFi kradnie internet? W ten sposób się go pozbędziesz

    Złodziej WiFi kradnie internet? W ten sposób się go pozbędziesz

    Co zrobić, gdy złodziej WiFi kradnie nam internet? Jest kilka skutecznych sposobów na to, aby się go pozbyć.

    Domowa sieć WiFi to źródło, na którym polegamy, jednak może zostać zhakowana przez nieproszonych gości. Konsekwencje tego są poważne — złodziej WiFi może znacząco spowolnić nasze łącze oraz uzyskać dostęp do naszych prywatnych danych. W tym artykule przedstawiamy skuteczne metody, które pozwolą nam na eliminację takiego intruza.

    Pora zmienić hasło do WiFi

    Jeżeli podejrzewamy, że do naszej sieci loguje się nieuprawniony użytkownik, powinniśmy działać bezzwłocznie. Najważniejszym krokiem jest zmiana hasła do WiFi. W przypadku, gdy ktoś uzyskał dostęp do naszego routera, kluczowym jest natychmiastowe zabezpieczenie sieci. Ważne jest, aby nowe hasło było długie i złożone, zawierało zarówno małe, jak i wielkie litery, cyfry oraz znaki specjalne. Jak przeprowadzić zmianę hasła do WiFi? Mamy dwie opcje. Pierwsza – jeśli nasz router ma dedykowaną aplikację, możemy zmodyfikować hasło za jej pomocą. Alternatywnie, możemy zalogować się do routera przez przeglądarkę:

    1. Wpisz w przeglądarce adres IP routera (najczęściej jest to 192.168.1.1 lub 192.168.0.1)
    2. Zaloguj się używając danych widocznych na obudowie urządzenia (login i hasło; w przypadku braku loginu spróbuj „admin”)
    3. Znajdź sekcję zatytułowaną „hasło”, „Password” lub „key” itp.
    4. Ustaw nowe hasło

    Po zapisaniu naszego nowego hasła warto zrestartować router. Będziemy musieli na nowo połączyć się z siecią na wszystkich naszych urządzeniach, ale przynajmniej pozbędziemy się niechcianego gościa.

    Ręczne blokowanie złodzieja WiFi

    Kolejna metoda polega na ręcznym odłączeniu urządzeń, które budzą nasze podejrzenia. W panelu zarządzania routerem poszukaj sekcji z listą podłączonych urządzeń. Na tej liście znajdziesz nasze sprzęty, takie jak telefony domowników, laptopy, konsole do gier czy telewizor. Szukaj urządzenia, którego nie rozpoznajesz, a następnie skopiuj jego adres MAC.

    Czytaj dalej poniżej


    Nowy mobilny router WiFi 7 - zaskakuje nie tylko wyglądem

    Następnie przejdź do sekcji „kontrola dostępu” lub „filtracja adresów MAC”. Wybierz opcję blokowania, wklej skopiowany adres MAC, a tym samym zablokujesz to urządzenie w swojej sieci WiFi. Jest to dość prosta metoda, która nie wymaga zmiany hasła i pozwala skutecznie pozbyć się intruza. Niemniej jednak warto regularnie zmieniać hasło — w końcu stawką jest nasze bezpieczeństwo, zwłaszcza gdy mieszkamy w bloku i sygnał naszego routera dociera do innych mieszkań. Prewencja jest kluczowa dla zapewnienia sobie spokoju ducha.

    Dodatkowe zabezpieczenia internetu

    Warto również zastanowić się nad zmianą hasła do samego routera, które jest wykorzystywane do logowania się do panelu administracyjnego. Choć wydaje się to mało prawdopodobne, że osoba nieuprawniona mogłaby zdobyć te dane, to jednak nie możemy zignorować ryzyka. W przypadku, gdy intruz uzyska dostęp do naszego WiFi, może zmienić hasło do naszej sieci domowej. Takie sytuacje, choć rzadkie, mogą się zdarzyć, dlatego ważne jest, aby rozważyć ten krok podczas organizacji naszej sieci WiFi.

    Unikajmy również udostępniania hasła do sieci wszystkim gościom, którzy nas odwiedzają. Zamiast tego, warto stworzyć tzw. guest WiFi, czyli sieć z tymczasowym hasłem, która umożliwi dostęp do internetu bez ujawniania naszych urządzeń.

  • Linux dla ucznia? W teorii brzmi świetnie, w praktyce bywa różnie

    Linux dla ucznia? W teorii brzmi świetnie, w praktyce bywa różnie

    Linux jest systemem operacyjnym, który cieszy się uznaniem ze względu na swoją darmowość i wszechstronność. Jednak czy jest to właściwy wybór jako system operacyjny dla ucznia? Przyjrzyjmy się ograniczeniom, które mogą wystąpić w kontekście nauki, korzystania z aplikacji biurowych oraz gier.

    Linux na komputerze dla ucznia – czy ma to sens?

    Linux ma wielu oddanych zwolenników, którzy podkreślają jego zalety. Jest darmowy, regularnie aktualizowany, a także potrafi przywrócić życie starszym komputerom. Czy zatem warto zainstalować Linuxa na laptopie ucznia? Choć może to brzmieć dobrze na papierze, szczególnie w przypadku starszego sprzętu, w praktyce odpowiedź może być bardziej skomplikowana. Dla wielu uczniów Linux może okazać się mniej wygodnym rozwiązaniem w porównaniu do Windowsa.

    Linux ma sporo zalet

    Rozpocznijmy od pozytywów. Współczesne dystrybucje, takie jak Linux Mint, Ubuntu czy Fedora, są o wiele łatwiejsze w obsłudze niż te sprzed kilku lat. Odpowiednio dobrany system może działać płynnie również na starszym sprzęcie, nie wymaga opłat licencyjnych i daje dostęp do szerokiej gamy darmowych aplikacji.

    To również doskonałe środowisko do nauki programowania, pracy z terminalem, administracji systemami oraz korzystania z narzędzi open source. Nie jest przypadkiem, że Linux od lat dominuje wśród serwerów oraz jest chętnie wykorzystywany przez programistów.

    Problem zaczyna się w szkole

    Największym wyzwaniem związanym z edukacją nie jest sam Linux, lecz zgodność z oprogramowaniem, które jest używane podczas nauki.

    W wielu szkołach uczniowie korzystają z Microsoft 365, a nauczyciele często wymagają zapisywania prac w formatach DOCX, XLSX lub PPTX. Niestety, na systemie Linux nie można zainstalować desktopowych wersji Worda, Excela i PowerPointa. Uczniowie muszą zatem polegać na Microsoft 365 w przeglądarce lub korzystać z alternatywnych rozwiązań, takich jak LibreOffice.

    Taka opcja może wystarczyć do prostych dokumentów, jednak w przypadku bardziej zaawansowanych plików mogą wystąpić różnice w formatowaniu, układzie dokumentu czy działaniu niektórych funkcji Excela. Oznacza to, że chociaż Linux nadaje się do celów edukacyjnych, często wymaga dodatkowego wysiłku, którego użytkownik Windowsa zwykle nie musi podejmować.

    Gry działają coraz lepiej, ale nie wszystkie

    Jeszcze kilka lat temu gra na Linuxie była domeną najbardziej zdeterminowanych entuzjastów. Obecnie sytuacja uległa znacznej poprawie dzięki platformie Steam oraz technologii Proton, która umożliwia uruchamianie wielu gier zaprojektowanych dla Windowsa.

    Niemniej, nie oznacza to pełnej kompatybilności. W przypadku niektórych gier online wiele zależy od zastosowanego systemu ochrony przed oszustwami oraz decyzji producentów. Dobrymi przykładami są popularne gry takie jak Fortnite, która nie jest oficjalnie dostępna na Linuksie oraz Apex Legends, którego twórcy zakończyli wsparcie dla tego systemu.

    Jeśli komputer ma być używany zarówno do nauki, jak i do wspólnego grania w popularne tytuły online, Windows pozostaje znacznie bezpieczniejszym wyborem.

    Programy używane na lekcjach też mogą sprawiać problemy

    W szkołach korzysta się nie tylko z programów biurowych. Nierzadko nauczyciele wymagają użycia konkretnych aplikacji do grafiki, projektowania, robotyki czy edukacji zawodowej. Sporo z tych programów jest dostępnych wyłącznie na Windowsie lub macOS. Przykładem jest chociażby desktopowa wersja Adobe Photoshop, która nie jest dostępna na Linuksie.

    Oczywiście często istnieją zamienniki albo metody uruchomienia takich aplikacji, jednak wiąże się to z dodatkowymi komplikacjami, których większość uczniów wcale nie potrzebuje.

    A może dwa systemy?

    Jednym z rozwiązań może być zainstalowanie dwóch systemów operacyjnych na jednym komputerze. Linux może z powodzeniem służyć do codziennych zadań, podczas gdy Windows mógłby być używany do gier lub aplikacji wymaganych w szkole.

    To podejście ma sens w przypadku bardziej zaawansowanych użytkowników, jednak wymaga odpowiedniej konfiguracji, zajmuje więcej miejsca na dysku i wprowadza dodatkowe złożoności. Dla ucznia, który pragnie jedynie szybko odrobić pracę domową i pograć po lekcjach, nie zawsze będzie to najlepszy wybór.

    Kiedy Linux ma sens?

    Jeśli komputer ma być przede wszystkim wykorzystywany do nauki programowania, administracji systemami, prac z terminalem lub poznawania narzędzi open source, Linux może być doskonałym wyborem. Dotyczy to jednak z reguły starszych dzieci. System sprawdzi się również, gdy chcemy ożywić starszy laptop, który z Windows działa zbyt wolno.

    To świetna opcja dla uczniów zainteresowanych informatyką, którzy pragną zrozumieć działanie komputerów i nie boją się samodzielnych rozwiązań problemów.

    Jaki system dla większości uczniów?

    Na Linuksie można przygotowywać dokumenty, uczestniczyć w zajęciach online, przeglądać internet oraz korzystać z wielu popularnych aplikacji. Problemy zaczynają się w momencie, gdy potrzebne okazują się konkretne programy wymagane przez szkołę, albo gdy ulubiona gra, w którą grają znajomi, nie działa tak jak na Windowsie lub jest całkowicie niedostępna na inne systemy.

    Każda taka sytuacja wymaga poszukiwania alternatyw, dodatkowej konfiguracji lub korzystania z obejść. Dla entuzjasty może być to ciekawe wyzwanie, jednak dla większości uczniów – niepotrzebne źródło frustracji.

    Jeżeli komputer ma być głównie narzędziem do nauki i codziennego użytku, Windows nadal pozostaje bardziej niezawodnym wyborem. Linux to znakomity system operacyjny, ale reality szkolna wciąż częściej sprzyja użytkownikom Windows. Dla większości dzieci i nastolatków oznacza to po prostu mniej problemów i więcej czasu na naukę, zamiast na rozwiązywanie kwestii związanych z kompatybilnością oprogramowania.

  • Marvel’s Wolverine zbiera oklep przed premierą. Wstrzymajcie się z preorderem

    Marvel’s Wolverine zbiera oklep przed premierą. Wstrzymajcie się z preorderem

    Marvel’s Wolverine miał być mocnym zakończeniem obecnej generacji konsol PlayStation, jednak w miarę zbliżania się premiery pojawia się coraz więcej sygnałów, które sugerują, że zamiast hitu otrzymamy solidnego średniaka.

    Tegoroczne zainteresowanie graczy koncentruje się głównie na GTA VI, jednak osobiście w ostatnim artykule podkreśliłem, że bardziej emocjonuje mnie zbliżająca się premiera Wolverina od Insomniac Games. Po dwóch znakomitych częściach Spider-Mana, gra z Rosomakiem w roli głównej wydawała się autentycznym pewniakiem – wystarczyło połączyć charakter Logana z doskonałym systemem walki oraz dynamiczną akcją, które Insomniac dostarczało w nienagannej formie. Pierwsze zwiastuny rozbudziły ogromne nadzieje, lecz im więcej fragmentów rozgrywki wycieka do sieci, tym większe mam obawy, że twórcy mogą nie udźwignąć tego wyzwania. Potwierdza się stara zasada, że przed dokonaniem zamówienia preordera warto wyjść na spacer i dwa razy przemyśleć swoją decyzję.

    Pierwsze opinie nie napawają optymizmem

    Premiera Marvel’s Wolverine zbliża się wielkimi krokami. Jeszcze za rok będziemy mówić tylko o nowej generacji konsol, więc w obliczu tego, gra o Rosomaku mogła być postrzegana jako ostatni taniec Sony w bieżącej generacji – kropka nad „i”, która przypieczętuje jego sukces nad konkurencją ze stajni Microsoftu. Dla PlayStation powinno to być formalnością, wszak Xbox na ostatniej prostej skręcił kostkę i ostro zderzył się z rzeczywistością. Wiele wskazuje jednak na to, że Marvel’s Wolverine nie okaże się takim hitem, na jaki liczyliśmy. Sprzedaż z pewnością będzie fantastyczna, bo Wolverine ma jedno z największych gron fanów zarówno wśród młodszych, jak i starszych entuzjastów – lecz czy gra ta przewyższy ostatniego Spider-Mana? To wątpliwe.

    Choć do premiery pozostał jeszcze miesiąc, wielu testerów ma już możliwość rozgrywki w nową produkcję Insomniac. Wnioski są zaskakująco pesymistyczne, a najczęściej powtarzającymi się zarzutami są monotonia i stagnacja. Wolverine stracił to, co w Spider-Manie było najlepsze: swobodę eksploracji i możliwość poruszania się po mieście na pajęczych sieciach. To naturalne, biorąc pod uwagę zupełnie inny styl postaci, ale czynnik, który miał te braki zrównoważyć – mianowicie system walki – nie wydaje się tak widowiskowy, jak moglibyśmy oczekiwać.

    Wykastrowany Wolverine – gra sprzed 17 lat robiła to lepiej?

    Wolverine to postać brutalna, agresywna i porywcza. Rozdziera swoich wrogów bez litości, siekając ich za pomocą adamantowych pazurów. X-Men Origins: Wolverine sprzed 17 lat wykazał, jak zrealizować to zadanie całkiem przyzwoicie. Insomniac miał za zadanie zrobić to lepiej i dostosować do możliwości współczesnego sprzętu.

    Czytaj dalej poniżej

    To byłby mój wymarzony smartfon. Lepszy od iPhone'a i Androida

    Z materiałów wideo dostępnych w sieci wynika, że twórcy podeszli do tematu z dużą ostrożnością. Mechaniki nie są tak zaawansowane, jak moglibyśmy oczekiwać po Wolverinie, a nawet finiszery, choć brutalne, sprawiają wrażenie bardziej przyjaznych dla rodzin niż w produkcji Activision sprzed lat. W Spider-Manie możliwości urozmaicania walki różnymi kombinacjami ciosów były stosunkowo obfite – w Wolverinie sprawiają wrażenie symulatora klikania jednego przycisku.

    Pojawiają się również skargi na zbyt powtarzalne i niewyróżniające się lokacje, bierność wrogów, którzy czekają na ciosy jak treningowe kukły, oraz błędy techniczne, takie jak przenikanie przez tekstury. To są uwagi pochodzące z wersji przedpremierowej, ale trudno uwierzyć, że to problemy, które da się naprawić na miesiąc przed premierą.

    Na koniec pojawia się także pytanie o to, jak Marvel’s Wolverine wygląda. Gra zdaje się być znacznie uboższa pod względem wizualnym w porównaniu do tego, co Sony pokazywało w oficjalnych materiałach. Biorąc pod uwagę wszystkie te czynniki, oczekiwania stają się zdecydowanie bardziej stonowane. Nowa produkcja Insomniac zapowiada się więc na solidnego średniaka, który z pewnością spotka się z krytycznymi uwagami ze strony recenzentów.

  • Płacisz 1000 dolarów i zapominasz o komarach Hit TikToka stał się faktem

    Płacisz 1000 dolarów i zapominasz o komarach Hit TikToka stał się faktem

    I stało się. Możesz teraz zakupić do swojego domu sprzęt, który automatycznie wykrywa komary i eliminuje je za pomocą krótkiego impulsu lasera: bez użycia oprysków i innych chemikaliów. Po ponad roku kampanii crowdfundingowej producent ogłosił rozpoczęcie produkcji seryjnej, co oznacza początek niezależnych testów i recenzji.


    Photon Matrix przypomina miniaturowy system obrony przeciwlotniczej, jednak jego głównym celem jest likwidacja komarów. W związku z tym jego zadanie jest znacznie bardziej skomplikowane. Urządzenie samodzielnie lokalizuje owada, ustala jego położenie i kieruje na niego wiązkę lasera, która niszczy jego skrzydła. W aktualizacji kampanii z 30 lipca firma zapowiedziała rozpoczęcie masowej produkcji w sierpniu oraz przygotowanie do pierwszych dostaw. Sklep producenta przyjmuje już teraz zamówienia na dwie wersje, jednak oba urządzenia wciąż są opisane jako dostępne jedynie w przedsprzedaży.

    LiDAR namierza komara, a laser uszkadza jego skrzydła

    Wszystko zaczyna się od skanowania przestrzeni za pomocą LiDAR-u, czujnika mierzącego odległość światłem lasera. Dzięki skuteczności radarów fal milimetrowych oraz modułowi wizyjnemu z wykorzystaniem algorytmów AI, urządzenie potrafi odróżnić owady od większych obiektów, co jest istotne, aby nie kierować strzałów w kierunku pszczół, co na pewno byłoby błędem.

    Producent deklaruje, że system reaguje na owady wielkości od 2 do 20 mm, poruszające się z prędkością nieprzekraczającą 1 m/s. Galwanometr kieruje następnie krótki impuls lasera w obliczony punkt, aby uszkodzić skrzydła komara i strącić go z powietrza. Cała operacja przebiega automatycznie. To naprawdę niezwykłe rozwiązanie.

    Deklarowany zasięg wersji Pro wynosi nawet do 6 metrów, ale nie oznacza to, że działa idealnie w każdym kierunku. Urządzenie skanuje sektor o kącie 90 stopni, dlatego producent sugeruje, aby ustawić je w pobliżu okna, drzwi lub łóżka, najlepiej powyżej wysokości głowy. Aby uzyskać większy obszar pokrycia, konieczne byłoby użycie kilku jednostek w tym samym czasie. Skuteczność rozpoznawania i trafiania może być uzależniona od wielkości owada, jego prędkości, odległości, warunków atmosferycznych oraz innych czynników.

    Czytaj dalej poniżej

    Folia aluminiowa pod telewizorem? Nowy trik podbija internet

    Cena? Lepiej usiądźcie

    Model przeznaczony do wnętrz korzysta z niewidzialnego promieniowania podczerwonego o długości fali 976 nm. Jego cena to 988 dolarów, co w uproszczeniu daje około 4 tysiące złotych. Wariant z widzialnym niebieskim laserem o długości 450 nm został zaprojektowany głównie do użytku na zewnątrz i kosztuje nieco więcej: 1088 dolarów, co przekracza cztery tysiące z złotych.

    Obie wersje ważą około 1,2 kg i mają wymiary 200 x 92 x 84 mm. Pobierają nie więcej niż 20 W, generują hałas poniżej 30 dB i posiadają obudowę klasy IP56, co zapewnia ochronę przed pyłem oraz intensywnymi strugami wody. Urządzenie można zasilać z sieci o napięciu 24 V lub z powerbanka przez kabel USB-C–DC. Akumulator o pojemności 20 000 mAh ma wystarczać na 4–5 godzin pracy, według testów producenta. Obsługa odbywa się za pomocą pokrętła lub aplikacji łączącej się przez Bluetooth lub Wi-Fi. Sklep zapowiada realizację zamówień w ciągu maksymalnie 120 dni; jeśli się zdecydujecie, będziecie musieli poczekać na swój model.

    Co z bezpieczeństwem i skutecznością?

    Automatyczna praca lasera w pobliżu ludzi oraz zwierząt wymaga wdrożenia odpowiednich zabezpieczeń. W specyfikacji producent podaje, że wewnętrzne źródło opisane jest jako laser klasy 4 zgodnie z normą IEC 60825-1, zamknięty w obudowie i kontrolowany przez wielowarstwowy system ochronny. Photon Matrix ma wykrywać ludzi, analizować tło i blokować strzał w sytuacjach niebezpiecznych, ale… niestety, na chwilę obecną, to jedynie deklaracja producenta. Brakuje raportów z niezależnych badań, które umożliwiłyby ocenę funkcjonowania tych mechanizmów w rzeczywistych warunkach. Szczególnie martwi mnie wersja działająca w podczerwieni, ponieważ jej wiązka pozostaje niewidoczna dla ludzkiego oka.

    Czytaj również: Wkrótce dopadną nas… komary. Oto coś, co chciałbym mieć w swoim ogrodzie.

    Ciekawi mnie również jak wejdzie w interakcję z rzeczywistością. Sprzęt może ograniczyć zużycie chemicznych środków owadobójczych i działać wyłącznie w określonym obszarze, jednak nie wiadomo jeszcze, jak poradzi sobie w pomieszczeniu, ogrodzie lub placówce medycznej w dłuższym czasie. Jak podaje producent, Photon Matrix przeszedł od wiralu do produkcji seryjnej, ale to teraz nastąpi kluczowy test jego skuteczności i bezpieczeństwa. Jeśli pierwsze egzemplarze rzeczywiście się sprawdzą, może to być prawdziwy hit. Gdybym miał problem z komarami w Rzeszowie, na pewno chciałbym sobie to kupić. Na szczęście tu dobrze pryskają, a w tym sezonie nie widziałem ani jednego komara w domu.

  • Walizki narzędziowe Parkside pod lupą. Te rozwiązania naprawdę mają sens!

    Walizki narzędziowe Parkside pod lupą. Te rozwiązania naprawdę mają sens!

    Gotowa walizka z narzędziami to jeden z najprostszych sposobów na skompletowanie tego, co najbardziej potrzebne w domowym warsztacie. Parkside ma w swojej ofercie kilka takich rozwiązań. Nie zabrakło też pustych walizek do samodzielnego wypełnienia sprzętem. Sprawdźmy, czym się różnią i który zestaw warto wybrać.

    Walizki narzędziowe Parkside – porównanie. Którą wybrać?

    Parkside kojarzy się przede wszystkim z elektronarzędziami, ale dużą popularnością cieszą się również gotowe zestawy podręcznego sprzętu. To prosty sposób na szybkie skompletowanie wyposażenia do remontu, garażu lub warsztatu bez konieczności zakupu każdego elementu osobno. W ofercie znajdziemy zarówno niewielkie zestawy do podstawowych napraw, jak i rozbudowane walizki zawierające ponad sto elementów. Czym różnią się poszczególne zestawy? Który z nich najlepiej pasuje do konkretnych potrzeb? Przekonajmy się.

    Walizka z narzędziami 122 elementy – największy dostępny zestaw

    Cena: 429 zł

    To najbardziej rozbudowany zestaw spośród wszystkich produktów uwzględnionych w zestawieniu. W walizce znajdziemy m.in. klucze, nasadki, śrubokręty, szczypce, młotek oraz wiele innych narzędzi przydatnych podczas codziennych prac w domu i garażu. Każdy element ma swoje miejsce w usztywnianej walizce, co ułatwia transport i pomaga utrzymać porządek.

    Jeżeli dopiero kompletujesz domowy warsztat i zależy Ci na szerokim wyposażeniu już na start, ten zestaw będzie jednym z najbardziej oczywistych wyborów.

    Walizka narzędziowa 90 elementów – rozbudowany zestaw do domu

    Cena: 309 zł

    Model 90-elementowy to propozycja dla osób, które nie potrzebują aż tak dużego zestawu, ale nadal chcą mieć pod ręką szeroki wybór narzędzi. Znajdziemy tu m.in. klucze płasko-oczkowe z grzechotką, nasadki, miarkę, szczypce oraz inne akcesoria przydatne podczas domowych napraw.

    To dobry wybór dla osób, które regularnie wykonują drobne prace montażowe, skręcają meble lub samodzielnie zajmują się podstawowymi naprawami.

    Skrzynka z wkrętarką 4 V – wszystko w jednym

    Cena: 349 zł

    Ten zestaw wyróżnia się obecnością kompaktowej akumulatorowej wkrętarki 4 V wraz z akcesoriami. Oprócz niej w skrzynce znajdują się również klasyczne narzędzia ręczne, m.in. bity, klucze imbusowe, poziomica i piła ręczna. Na uwagę zasługuje również ergonomiczna konstrukcja skrzynki, z dwiema szufladkami.

    Dzięki temu można od razu rozpocząć wiele prostych prac montażowych bez konieczności kupowania osobnej wkrętarki. To praktyczna propozycja dla osób urządzających pierwsze mieszkanie albo szukających jednego zestawu do podstawowych zastosowań.

    Walizka narzędziowa 35 elementów – najpotrzebniejsze narzędzia

    Cena: 89,90 zł

    Jeżeli zależy Ci wyłącznie na podstawowym wyposażeniu, 35-elementowa walizka będzie najprostszym rozwiązaniem. Producent umieścił w niej m.in. kombinerki, śrubokręty, młotek, poziomicę, nóż i nożyczki, czyli narzędzia przydatne podczas najczęstszych drobnych napraw.

    To rozsądny wybór dla osób, które sięgają po narzędzia sporadycznie i nie potrzebują rozbudowanego zestawu.

    Zestaw narzędzi w torbie – mobilność przede wszystkim

    Cena: 99 zł

    Nie każdy potrzebuje sztywnej walizki. Miękka torba, nawet jeśli nie zajmuje mniej miejsca, to łatwiej ją wcisnąć między inne szpargały znajdujące się w szafce. Taka konstrukcja ułatwia również przenoszenie narzędzi między domem, garażem czy działką.

    23-elementowy zestaw obejmuje m.in. młotek, szczypce, klucz nastawny, poziomicę, nóż oraz śrubokręty. To praktyczne rozwiązanie do podstawowych napraw i dobra propozycja dla osób, którym zależy przede wszystkim na mobilności.

    Organizer – uporządkowana drobnica

    Cena: 54,99 zł

    Wkręty, kołki, bity i drobne elementy montażowe bardzo szybko potrafią wypełnić każdy zakamarek skrzynki narzędziowej. Organizer Parkside pozwala uporządkować je w osobnych przegródkach, dzięki czemu łatwiej znaleźć potrzebny element.

    Organizer może być osobną miniskrzyneczką na akcesoria lub umieszczony w większym pojemniku. Warto jednak pamiętać, że produkt jest przeznaczony do kompatybilnych skrzynek asortymentowych Parkside w rozmiarach M, L i XL. Przed zakupem trzeba więc sprawdzić zgodność z posiadanym systemem przechowywania.

    Klasyczna skrzynka na narzędzia – dla osób z własnym wyposażeniem

    Cena: 39,99 zł (obecnie przeceniona z 59,99 zł)

    Jeżeli masz już komplet narzędzi, ale brakuje Ci miejsca do ich wygodnego przechowywania, klasyczna skrzynka narzędziowa może być bardziej praktycznym zakupem niż kolejna walizka z gotowym zestawem akcesoriów.

    To rozwiązanie dla osób, które chcą uporządkować swoje wyposażenie i wygodnie przenosić je między garażem, warsztatem a miejscem wykonywania pracy.

    Skrzynka narzędziowa z rozkładanymi szufladami – organizacja w starym stylu

    Cena: 109 zł

    Drugą propozycją jest skrzynka wyposażona w cztery rozkładane na boki szuflady oraz pojemną dolną komorę. Taki układ ułatwia segregowanie narzędzi, akcesoriów i drobnych elementów montażowych.

    To dobry wybór dla osób, które mają już większą kolekcję wyposażenia i chcą utrzymać porządek w narzędziach bez konieczności przeszukiwania jednej dużej komory.

  • Postawiła się sztucznej inteligencji, trafiła do więzienia. Bunt przeciw AI przybiera na sile

    Postawiła się sztucznej inteligencji, trafiła do więzienia. Bunt przeciw AI przybiera na sile

    Nie wszystkim podoba się obecny triumfalny marsz sztucznej inteligencji w kierunku bezwzględnego rozwoju. Istnieją osoby, które otwarcie sprzeciwiają się tym trendom i wieszczą dla nas naprawdę katastroficzne wizje. Czy mają rację? Tego nie możemy stwierdzić już teraz – przyszłość przyniesie odpowiedzi. Jedna postać jednak została wyniesiona na ołtarze ofiar wpływów AI, ponieważ czołowa aktywistka trafiła do więzienia.

    Wynd Kaufmyn, rzeczona aktywistka, rozpoczęła 14-dniową karę pozbawienia wolności za udział w blokadzie siedziby OpenAI w San Francisco. Może być to pierwsza osoba uwięziona za protest wymierzony bezpośrednio w rozwój technologii sztucznej inteligencji. Kaufmyn jest emerytowaną nauczycielką z Berkeley oraz wieloletnią aktywistką polityczną. 22 lutego 2025 roku, razem z członkami organizacji StopAI, usiadła przed wejściem do biura OpenAI przy Third Street w San Francisco, po tym jak grupa spięła drzwi łańcuchem i zamknęła je na kłódkę. Protest miał na celu zwrócenie uwagi na zagrożenia związane z wyścigiem laboratoriów do tworzenia coraz potężniejszych modeli sztucznej inteligencji.

    14 dni więzienia za protest

    Według doniesień „Guardiana”, Kaufmyn stanowi prawdopodobnie pierwszą osobę, która trafiła do więzienia za protest przeciwko sztucznej inteligencji. Jak podaje komunikat prokuratury okręgowej San Francisco, OpenAI wezwało policję, gdy protestujący zablokowali wejście do budynku. Funkcjonariusze poinformowali grupę, że znajduje się na terenie prywatnym i mogą kontynuować demonstrację na pobliskim chodniku. Kaufmyn i reszta uczestników protestu odmówili przeniesienia się; policja przecięła zatem łańcuch i rozwiązała protest. W czerwcu ława przysięgłych uznała aktywistkę za winną zakłócania działalności firmy, wtargnięcia z zamiarem jej zakłócenia, uczestnictwa w bezprawnym zgromadzeniu oraz niepodporządkowania się poleceniom policji dotyczącym rozejścia się.

    Sędzia wymierzył Kaufmyn 14 dni więzienia, grzywnę oraz koszty sądowe, a także nakazał jej zachować odległość co najmniej 20 jardów (ok. 18 metrów) od siedziby OpenAI. Jeden z czterech zarzutów – zakłócanie działalności firmy – został oddalony ze względów związanych z Pierwszą Poprawką. W związku z tym zasady zaliczania kary mogą skrócić rzeczywisty czas pobytu aktywistki za kratami do siedmiu dni. Kaufmyn rozpoczęła odbywanie kary 14 sierpnia, więc w tej chwili jest już za kratami.

    Aktywistka powoływała się na „stan wyższej konieczności”

    Kaufmyn nie przyznała się do winy i uzasadniała swoją obronę stanem wyższej konieczności. Twierdziła, że naruszenie prawa miało na celu zapobieżenie znacznie większej szkodzie: powstaniu sztucznej superinteligencji, której ludzie nie będą w stanie kontrolować. W jej obronie zeznawał m.in. Stuart Russell, profesor informatyki na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley oraz jeden z najbardziej rozpoznawalnych badaczy bezpieczeństwa sztucznej inteligencji. Przekonywał, że kontynuacja rozwoju tak potężnych systemów powinna być uzależniona od rygorystycznych zasad: a tych obecnie brakuje. I nie miejmy złudzeń, że takie zasady pojawią się „na czas”.

    Czytaj dalej poniżej

    Google uznało, że Sam Altman z OpenAI... nie żyje. Jedna zmiana wywołała lawinę

    Ława przysięgłych jednak odrzuciła ów argument, że prognozowane ryzyko usprawiedliwia blokowanie prywatnego budynku. Jako że prawo w USA jest silnie precedensowe, prokuratura uznała werdykt za sygnał, że protestujący nie mają podstaw, aby narażać bezpieczeństwo publiczne w imię takiego celu (jednak nie zdecydowano się na jego konkretyzację).

    Zwolennicy Kaufmyn nazwali ją „Rosą Parks walki z ryzykiem wynikającym z AI”, lecz w tej kwestii być może warto zachować ostrożność. Równanie pokojowego, de facto, protestu przeciwko sztucznej inteligencji z walką przeciwko segregacji rasowej jest obarczone silnym ładunkiem historycznym i sugeruje, że władze z pewnością stają przed dużym problemem, bowiem Kaufmyn zostanie uznana za „męczenniczkę”.

    Lęk przed superinteligencją nie jest bezpodstawny

    Muszę przyznać, że sama uważam się za entuzjastkę rozwoju AI. Niemniej jednak zdaję sobie sprawę, jak wiele z tych technologii jest słabo regulowanych. Już teraz mamy ogromny problem z zbyt zaawansowanymi modelami, które potrafią wiele rzeczy, od rozwiązywania problemów w pracy po… niekontrolowane atakowanie innych firm. Nie jest zatem dziwne, że ktoś się tego boi. Jestem wręcz przekonana, że ten lęk jest absolutnie uzasadniony.

    Inicjatywa StopAI jest radykalna, bowiem pragnie absolutnego zaprzestania dążeń do stworzenia superinteligencji. Jednak nie są oni osamotnieni w tej kwestii i mają sojuszników nawet wśród tych, którzy współpracują z technologią. Jeszcze w lipcu 1378 pracowników firm zajmujących się modelami granicznymi podpisało apel ostrzegający, iż automatyzacja badań nad AI może przyspieszyć rozwój technologii ponad zdolności do kontrolowania tych rozwiązań. Nie żądali oni jednak całkowitego zakazu, lecz budowy międzynarodowych mechanizmów umożliwiających, w razie potrzeby, celowe spowolnienie tego rozwoju. W sierpniu natomiast Bernie Sanders, znany ze swoich stanowczych działań, wezwał szefów OpenAI, Anthropic i Meta do wprowadzenia „taktycznej przerwy”, powołując się m.in. na ryzyko wykorzystania modeli do produkcji broni biologicznej.

    Czytaj również: Sensacja w OpenAI. Sztuczna inteligencja „zwariowała” i przygotowała plan swojej ucieczki.

    Możliwe, że ci aktywiści się mylą, ale równie dobrze może być tak, że to twórcy tych modeli błądzą. Spór dotyczy obecnie tempa pracy, odpowiedzialności korporacji oraz granic dozwolonego protestu. Więzienie dla aktywistki wynika z naruszenia prawa, lecz to nie unieważnia istotności debaty na temat bezpieczeństwa AI. Sądy będą nadal badać kwestie ściśle uwzględnione w prawie, podczas gdy społeczeństwo będzie prowadzić dyskusję na temat potencjalnych skutków rozwoju AI. Najprawdopodobniej nie będziemy w stanie nigdy dogonić tempa rozwoju AI, a niewątpliwie zmierzamy w kierunku mgły, nie zdając sobie sprawy, co się za nią kryje. Może to doprowadzić do katastrofy ludzkości, ale równie dobrze za tą mgłą może znajdować się zupełnie inny, być może lepszy świat. Nic więc dziwnego, że wielu obawia się, iż podejmujemy zbyt wielkie ryzyko.

  • Najlepszy internet mobilny. W ten sposób nie przepłacisz

    Najlepszy internet mobilny. W ten sposób nie przepłacisz

    Jaki internet mobilny się opłaca? Sprawdzamy najciekawsze oferty u popularnych operatorów.


    W gąszczu ofert na usługi internetowe łatwo się pogubić. Dziś przyjrzymy się, jaki internet mobilny oferują polscy operatorzy. Kto proponuje najtańsze usługi, kto ma drożej, a kto oferuje najlepsze dodatki? Sprawdźmy, na co warto zwrócić uwagę przy wyborze internetu mobilnego!

    Internet mobilny – interesująca alternatywa

    Internet mobilny zyskuje na popularności i nie ma w tym nic dziwnego – stanowi ciekawą alternatywę dla oferty stacjonarnej. Działa na prostych zasadach, korzystając z fal radiowych oraz nadajników danej sieci komórkowej. Mobilny router nie wymaga od nas wiercenia ani instalowania kabli – wystarczy umieścić w nim aktywną kartę SIM od operatora, a po chwili możemy cieszyć się dostępem do sieci, łącząc się z routerem przez WiFi.

    Oferta polskich operatorów nieustannie się rozwija. W dzisiejszych czasach standardem stało się 5G, co umożliwia ofertę nie tylko dużej ilości gigabajtów, lecz także wysokiej prędkości. To z kolei umożliwia płynne pobieranie dużych plików, granie online oraz streamowanie w jakości HD. Niemniej jednak, mnogość ofert może znacząco utrudniać wybór. W poniższej analizie przyjrzymy się propozycjom popularnych sieci komórkowych i wybierzemy najciekawszą ofertę internetu mobilnego.

    Internet mobilny w Orange – korzystne oferty z telewizją

    Na początek przyjrzyjmy się ofercie Orange. Operator ten proponuje pakiet internetu mobilnego 5G, obejmujący 500 GB oraz telewizję (47 kanałów), który kosztuje 55 zł miesięcznie przy umowie na 24 miesiące. Cena ta uwzględnia rabaty, bez których miesięczny rachunek wyniósłby 70 zł. Oferowany pakiet telewizyjny to wersja podstawowa, w skład której wchodzi dostęp do kanałów TVP, TVN, Polsatu i innych. Warto zauważyć, że przy aktywacji wymagana jest opłata startowa w wysokości 60 zł, a do korzystania z internetu niezbędny jest router lub telefon 5G.

    Czytaj dalej poniżej


    Nawet pół roku bez opłat w Orange. Sieć zaskoczyła klientów

    Za 100 zł miesięcznie (bez rabatów 115 zł) można uzyskać ten sam pakiet internetu, ale z dodatkowymi kanałami TV oraz dostępem do Amazon Prime. Łącznie dostępnych jest 179 kanałów, co daje spore możliwości oglądania. Idąc dalej, interesującą opcją jest pakiet za 110 zł, który oferuje brak limitu gigabajtów. To zabezpieczenie przed nagłym wyczerpaniem pakietu, co z pewnością docenią gracze. Bardziej ekonomiczna opcja za 85 zł również znajdzie swoich zwolenników – 500 GB internetu domowego oraz dodatkowe 500 GB transferu w telefonie to idealna oferta dla małego gospodarstwa domowego.

    T-Mobile – jakie oferty internetu mobilnego?

    W przypadku T-Mobile oferta podstawowa jest prosta. Za 55 zł miesięcznie (z rabatami) otrzymujemy 100 GB internetu 5G, a po wykorzystaniu pakietu prędkość spada do zaledwie 16 kb/s. Choć to nie jest atrakcyjna oferta, sytuacja poprawia się, gdy zdecydujemy się na rozbudowę pakietu. Za 80 zł miesięcznie (z rabatami, na 12 lub 24 miesiące) mamy internet 5G bez limitu oraz strefę domową (3 zmiany darmowe). To już zdecydowanie lepsza propozycja, która gwarantuje spokój w obliczu kończącego się pakietu. Niekiedy możemy zainwestować 100 zł miesięcznie, by uzyskać ten sam nielimitowany pakiet, wzbogacony o antenę domową.

    Najwięcej możliwości zyskujemy, decydując się na połączenie internetu światłowodowego z telewizją. Operator oferuje okresowe rabaty, co sprawia, że przez pierwsze sześć miesięcy każda oferta jest tańsza. Najkorzystniejsza wydaje się oferta internetu światłowodowego z telewizją – Światłowód 900 Mb/s + MagentaTV M za średnio 132,50 zł miesięcznie. To niewielki dodatek w porównaniu do podstawowej wersji, która oferuje wzrost prędkości do 900 Mb/s, co z pewnością zadowoli rodziny. Każda oferta obejmuje telewizję i abonament komórkowy bez limitów, jednak należy podkreślić, że mówimy wciąż o internecie światłowodowym, a nie typowym mobilnym, ale oferta ta zasługuje na uwagę, ponieważ propozycje stricte mobilne w T-Mobile są dość ograniczone.

    Plus – interesujące oferty na internet mobilny

    Na starcie Plus oferuje trzy różne pakiety internetu mobilnego, które można dostosować do swoich potrzeb. Najtańszy pakiet oznaczony jest literą S – po rabatach płacimy 40 zł miesięcznie, otrzymując jedynie 50 GB transferu. To nie jest opłacalna oferta, ponieważ pakiet M za 60 zł miesięcznie oferuje już aż 600 GB. Największy pakiet L to oferta, która zapewnia nielimitowany transfer danych za 90 zł.

    W teorii pakiet M będzie idealny dla gospodarstwa domowego używającego internetu w standardowy sposób, czasem oglądającego filmy i seriale w aplikacjach streamingowych. Rzeczywiście, 600 GB wystarczy na dłuższą metę. Jednak za mniej niż 100 zł otrzymujemy pakiet nielimitowany, który moim zdaniem jest najlepszym wyborem dla wymagających użytkowników, elastycznym i umożliwiającym pobieranie gier oraz innych dużych plików. Z perspektywy konkurencji, oferta 60 zł/600 GB wypełnia lukę rynkową, ponieważ jest po prostu przystępna cenowo.

    Czym kusi Play?

    Jak w przypadku innych operatorów, Play także daje możliwość wyboru pomiędzy internetem mobilnym a abonamentem czy innymi dodatkami. Przyjrzyjmy się podstawowym ofertom – dostępne są trzy pakiety. Najtańszy internet bezprzewodowy to 150 GB 5G za 30 zł miesięcznie po rabatach. Środkowy wariant to 500 GB za 50 zł, a internet bez limitu (podobnie jak w przypadku Plusa) kosztuje 90 zł.

    Najbardziej korzystna jest oferta środkowa, łącząca niską cenę z dużą ilością danych – 500 GB za 50 zł. W sytuacji, gdy nie pobieramy dużych plików, a korzystamy głównie ze streamingu i przeglądania internetu (np. zdalnie), taki pakiet w zupełności odniesie sukces, nawet przy dwóch użytkownikach.

    Warto jednak zwrócić uwagę na wyjątkową ofertę no limit – nielimitowany transfer danych oraz nielimitowana prędkość za 90 zł. Bez względu na nasze zużycie będziemy mieć zawsze pełną prędkość, co stanowi istotną różnicę w porównaniu do niektórych konkurencyjnych rozwiązań. To oferta, którą docenią zarówno gracze, jak i bardziej wymagający użytkownicy.

    Jaki internet wybrać? Podsumowanie

    Oferowane pakiety są liczne (nawet jeśli skupiliśmy się wyłącznie na internecie mobilnym), ale spróbujmy wskazać kilku faworytów. Najlepszym tanim internetem mobilnym jest obecnie oferta Play – 500 GB za 50 zł. To znaczny pakiet w przystępnej cenie. Jeśli szukacie większego zapasu danych, warto pomyśleć o opcji od Plusa – 600 GB za 60 zł. W kategorii nielimitowanego transferu dominuje jednak Play, oferując swój pakiet za 90 zł.

  • Trik z folią aluminiową na lepszy sygnał Wi-Fi. To naprawdę działa

    Trik z folią aluminiową na lepszy sygnał Wi-Fi. To naprawdę działa

    Każdy z nas przynajmniej raz w życiu zetknął się z frustrującym problemem słabego zasięgu Wi-Fi. Tymczasem rozwiązanie tego problemu może być tuż za rogiem – w naszej kuchni.


    Internet od lat dostarcza różnorodnych domowych metod na walkę z martwymi strefami, a jednym z najczęściej polecanych rozwiązań jest umieszczenie zwykłej folii aluminiowej za routerem. Choć pomysł ten może wydawać się typowym, mało wiarygodnym hackiem, naukowcy postanowili zbadać tę teorię w warunkach laboratoryjnych, i okazało się, że ma w sobie nieco prawdy.

    Sygnał z anteny routera rozchodzi się jednorodnie w wszystkich kierunkach, co przypomina działanie ogrodowego zraszacza. W wyniku tego zjawiska duża część energii marnuje się, przenikając przez ściany do sąsiadów albo wylatując przez okno, podczas gdy nasz fotel w salonie pozostaje w cyfrowym cieniu. Odpowiednio uformowana folia aluminiowa umieszczona za routerem działa jak lustro dla fal radiowych, odbijając je w stronę, gdzie potrzebujemy stabilnego połączenia. Błyszcząca strona tej metalowej powierzchni kieruje strumień danych bezpośrednio do naszego biurka czy łóżka, tworząc tzw. kierunkowy ekran sygnału.

    Przełomowe badania w tej dziedzinie przeprowadzili naukowcy z renomowanego Dartmouth College w 2017 roku. W warunkach laboratoryjnych udowodnili, że zastosowanie zakrzywionych, metalowych reflektorów dostosowanych do geometrii pomieszczenia pozwoliło na zwiększenie mocy sygnału w wybranych miejscach o 55,1%, przy jednoczesnym obniżeniu go o 63,3% w obszarach, gdzie był zbędny. Warto jednak zauważyć, że badacze korzystali ze specjalnie zaprojektowanych i wydrukowanych w 3D nakładek o milimetrowej precyzji. W przypadku domowego, samodzielnego składania folii „na oko” przyrost wydajności jest skromniejszy i zazwyczaj wynosi od 10% do 20%, co wciąż stanowi istotną poprawę bez ponoszenia jakichkolwiek kosztów. Dodatkowym atutem takiego rozwiązania jest poprawa bezpieczeństwa, ponieważ ograniczenie wycieku sygnału poza ściany mieszkania zmniejsza ryzyko przechwycenia naszej domowej sieci przez osoby z zewnątrz.

    Jak skutecznie poprawić jakość domowego Wi-Fi?

    Jeżeli chcesz wypróbować ten prosty patent, wystarczy wyciąć kawałek folii o długości około 30 cm i wysokości odpowiadającej routerowi oraz jego antenom. Następnie należy delikatnie wygiąć go w literę „C”, kierując błyszczącą stroną do wnętrza łuku w stronę routera i ustawić pionowo za urządzeniem. Aby zmierzyć efekty, warto przeprowadzić test prędkości internetu na telefonie lub komputerze przed i po zamontowaniu ekranu. Co ciekawe, inne metalowe przedmioty o zakrzywionej powierzchni, takie jak puszka po napoju, taca czy garnek, równie dobrze mogą posłużyć jako domowe akcesoria do odbicia fal.

    Czytaj dalej poniżej

    Po co kłaść monetę na routerze WiFi? Zaskakujące wyjaśnienie

    Domowe reflektory sygnału nie są jedynym sposobem na radzenie sobie z wolnym ładowaniem stron. Zanim zdecydujesz się na zakup nowego sprzętu, warto zwrócić uwagę na to, jak ustawiony jest router. Najlepiej umieścić go w centralnym punkcie domu, w miarę możliwości wysoko i z dala od przeszkód oraz grubych ścian nośnych. Regularne ponowne uruchamianie urządzenia pozwala oczyścić jego pamięć podręczną i zoptymalizować jego działanie na mniej obciążonych kanałach. Jeżeli jednak twoje mieszkanie jest duże, ma kilka pięter lub grube żelbetowe stropy, podstawowe triki mogą okazać się niewystarczające. W takich przypadkach najskuteczniejszym i najtrwalszym rozwiązaniem będzie zainwestowanie w nowocześniejszy router lub system Wi-Fi Mesh, który skutecznie pokryje cały obszar domowy.

  • Bilety na koncerty pełne pułapek. UOKiK pokazuje, na co uważać

    Bilety na koncerty pełne pułapek. UOKiK pokazuje, na co uważać

    Planujesz uczestnictwo w koncercie, ale masz obawy dotyczące ewentualnych nieprzewidywanych sytuacji? UOKiK przypomina, że organizatorzy mają wiele obowiązków, a my posiadamy szereg praw, które mogą nas chronić w różnych sytuacjach.

    Zakup biletu na koncert lub festiwal to nie tylko emocje, ale również wyzwanie, zwłaszcza przy popularnych artystach, których wydarzenia wykupywane są w błyskawicznym tempie. Często jesteśmy zmuszeni działać w pośpiechu, gdyż zjawisko wzmożonego zainteresowania jest powszechne. UOKiK przypomina jednak, że presja czasu nie umniejsza praw kupujących. Wręcz przeciwnie, wielkie muzyczne wydarzenie należy traktować jako umowę między stronami. Dlatego przed dokonaniem zakupu warto dokładnie sprawdzić, za co płacimy oraz jakie zasady będą obowiązywać na miejscu.

    Kluczowe znaczenie ma wybór oficjalnych kanałów sprzedaży biletów. UOKiK zaleca przede wszystkim korzystanie z autoryzowanych i zweryfikowanych sprzedawców. Już na etapie zakupu, platforma powinna dostarczyć warunki uczestnictwa oraz dane kontaktowe, a także informacje o ewentualnych pośrednikach. Takie podejście ma znaczenie, ponieważ ochrona konsumencka przysługuje jedynie przy zakupach od przedsiębiorców.

    Cena biletu nie może być niespodzianką

    Źródło: Unsplash

    Jedną z kluczowych zasad ochrony kupujących jest przejrzystość cen biletów na koncert. Konsument ma prawo znać całkowity koszt biletu już w momencie przeglądania oferty. Poza ceną samej wejściówki, mogą występować dodatkowe opłaty: serwisowe, za dostawę, czy inne usługi. Żadne z dodatkowych kosztów nie powinny być ujawniane dopiero na końcu procesu zakupu. UOKiK zwraca uwagę, że takie stopniowe zwiększanie ceny przez wcześniej nieujawnione opłaty może być przykładem tzw. drip pricingu, co stanowi praktykę nieuczciwą, za którą sprzedawca może zostać ukarany.

    Nie można również ignorować faktu, że ważnym elementem zakupu biletów są regulaminy poszczególnych platform, organizatorów oraz obiektu, w którym odbędzie się wydarzenie. Każdy z tych dokumentów stanowi część umowy i może zawierać m.in. zasady dotyczące wstępu osób niepełnoletnich, ograniczenia w nagrywaniu, wymogi co do formatu biletu, przepisy dotyczące wniesienia plecaków i napojów, a także zasady korzystania z szatni. Sprzedawca jest zobowiązany do jasnego informowania o zasadach funkcjonowania wirtualnej kolejki oraz rzeczywistej dostępności biletów. Nie może sugerować, że bilety są dostępne lub wyprzedane, jeżeli nie jest to zgodne z rzeczywistością. Warto również pamiętać o ważnym wyjątku: zakup biletu przez internet na wydarzenie odbywające się w konkretnym terminie nie daje standardowego prawa do rezygnacji w ciągu 14 dni bez podania przyczyny. Zwrot jest możliwy tylko w przypadku, gdy przewiduje to regulamin.

    Odwołany koncert? Możesz domagać się zwrotu pieniędzy

    Źródło: Unsplash

    Procedura zwrotu pieniędzy różni się w przypadku odwołania koncertu lub jego przełożenia. W przypadku zmiany terminu sprzedawca powinien umożliwić wykorzystanie biletu w nowym terminie lub zwrot ceny. Gdy wydarzenie zostaje odwołane, organizator może zaproponować voucher, bilet na inny występ lub wejściówkę na kolejną edycję, ale konsument nie ma obowiązku zgadzania się na takie rozwiązania. Może zażądać zwrotu pieniędzy, włączając w to obowiązkowe koszty poniesione przy zakupie. UOKiK przypomina jednak, że reklamować można nie tylko odwołany koncert. Podstawą do uzyskania pełnego zwrotu może być także zmiana programu, brak zapowiadanej gwiazdy, dwa sprzedane bilety na to samo miejsce czy też nieczytelnie wydrukowana wejściówka. Reklamację najlepiej zgłaszać na piśmie do podmiotu odpowiedzialnego za problem — warto więc sprawdzić, kto za co odpowiada. Przedsiębiorca ma 14 dni na udzielenie odpowiedzi, a brak reakcji w tym terminie oznacza uznanie reklamacji.

    Szczególną ostrożnością warto wykazać się przy zakupach z drugiej ręki. Nabywca, kupując bilet od osoby prywatnej, nie korzysta z ochrony konsumenckiej. Co więcej, odsprzedaż biletu z zyskiem jest w Polsce zabroniona. To tylko niektóre z porad, jakie udostępnił UOKiK. Szczegółowy poradnik dostępny jest na stronach Urzędu i warto się z nim zapoznać przed wybraniem się na kolejny koncert lub festiwal muzyczny.

    Obraz stockowy z Depositphotos.