Autor: admin

  • Leapmotor B03X zadziwia ceną. Jak spisuje się na drodze?

    Leapmotor B03X zadziwia ceną. Jak spisuje się na drodze?

    Bez agresywnej stylistyki, pragmatycznie i z dużą dozą spokoju – tak można krótko opisać Leapmotor B03X, nowego gracza na rynku miejskich samochodów elektrycznych. Producent sugeruje, że będzie to ciekawa alternatywa dla droższych crossoverów segmentu B, oferująca coś wyjątkowego. Jak sprawdza się w praktyce? Miałem okazję to sprawdzić podczas jazdy testowej.

    Przyjazny gadżet zamiast agresywnego SUV-a

    Leapmotor prezentuje nową propozycję dla kierowców, która stanowi samodzielną próbę zdefiniowania, czym powinno być miejskie auto segmentu B. Nie mamy tu do czynienia ani z agresywnym SUV-em, ani kolejnym crossoverem z kryzysem tożsamości – jedynym agresywnym aspektem jest tutaj cena. Nowy model Leapmotor B03X dostępny jest w przystępnej cenie poniżej 100 tysięcy złotych. Choć oferta dotyczy najtańszego wariantu, to nadal mamy do czynienia z ciekawym produktem, stworzonym z wysokiej jakości materiałów, z pomysłowym podejściem do swojej identyfikacji.

    Trudno klasyfikować model B03X jako typowe auto miejskie z określonego segmentu – zrobił na mnie wrażenie jako fajny gadżet, który chciałbym mieć w swojej kolekcji, podobnie jak nowoczesny składany telefon czy inteligentny zegarek. W tym przypadku jednak użyteczność auta można zdecydowanie łatwiej uzasadnić, ponieważ mamy do czynienia z naprawdę solidnym środkiem do przemieszczania się. Zanim opowiem więcej o wrażeniach z pierwszej jazdy (testy miały miejsce w Hiszpanii, w okolicach Malagi), przyjrzyjmy się kilku danym dotyczącym modelu.

    Rzut oka na dane i modele

    Leapmotor w modelu B03X oferuje kompaktową sylwetkę o długości 4,27 metra, szerokości 1,81 metra i wysokości 1,63 metra, a także całkiem niezły rozstaw osi wynoszący 2,605 metra. Mamy zatem do czynienia z autem, które nie jest zbyt duże, ale jednocześnie zapewnia komfort pasażerom w środku. Potwierdzam – przy wzroście 188 cm czułem się wygodnie zarówno jako pasażer, jak i kierowca, choć pozycja za kierownicą mogłaby oferować nieco więcej regulacji – było mi nieco za wysoko. Ale do sedna – sprawdźmy wersje auta oraz ich ceny:

    Life

    • EV PRO (39,8 kWh, 177 KM, zasięg 292 km)
    • Cena premierowa: 94 900 zł

    Life z większym zasięgiem

    • EV PROMAX (53,0 kWh, 197 KM, zasięg 382 km)
    • Cena premierowa: 104 400 zł

    Design

    • EV PROMAX (53,0 kWh, 197 KM, zasięg 382 km)
    • Cena premierowa: 112 900 zł

    Co dostajemy w bazowej cenie, bez dodatkowych opłat? Lista elementów jest imponująca:

    • Pompa ciepła oraz funkcja V2L (zasilanie urządzeń zewnętrznych do 3,3 kW)
    • Pełny pakiet 21 asystentów jazdy ADAS poziomu 2
    • 7 poduszek powietrznych (w tym centralna)
    • Multimedia: centralny ekran dotykowy 14,6″ HD (Leap OS 4.0 Plus) + cyfrowe zegary 8,8″, bezprzewodowy Apple CarPlay / Android Auto, ładowarka indukcyjna 15W, nawigacja online, łączność 4G z OTA
    • Reflektory i światła tylne LED, automatyczna klimatyzacja; kamera cofania oraz tylne czujniki parkowania
    • Kabel do ładowania Typu 2 Tryb 3 (do Wallboxa / słupków AC)
    • 18-calowe felgi stalowe (aluminiowe dostępne w wersji Life PROMAX oraz Design)

    Podczas jazdy testowej miałem do dyspozycji wersję Design z napędem EV PROMAX (53,0 kWh). Ta oferta zawierała m.in. kamery 360 stopni, 12 głośników z efektem dźwięku 7.1 (w wersji Life 6 głośników) oraz fotele pokryte tapicerką z ekoskóry.

    Plastik nie trzeszczy, wnętrze jest przyjemne

    Wnętrze, jak na elektryka przystało, nie ciska w nas morzem przycisków ani szczelin. Jest stonowane, choć nie brakuje mu nowoczesnych akcentów. Panel przedni, prowadzący od jednych drzwi do drugich, ozdobiony jest charakterystycznym wzorem marki, co stanowi jedyną „ekstrawagancję”, obok znanej maskotki Leapmotor. Pośrodku znajduje się duży, 14,6-calowy tablet, a za kierownicą widoczny jest 8,8-calowy cyfrowy wskaźnik dla kierowcy, na którym znajdziemy standardowe informacje, takie jak prędkość czy położenie pojazdu. Fizyczne przyciski są zredukowane do minimum, można je znaleźć jedynie na kierownicy, służą one do regulacji głośności czy ustawienia lusterek bocznych. Pozostałe funkcje obsługiwane są za pomocą ekranu dotykowego.

    Tablet nie zaskakuje oprogramowaniem, ale jego responsywność, czułość dotyku i szybkość działania są na wysokim poziomie. Na dotyk reaguje znakomicie, a jego faktura sprawia, że obsługa odbywa się komfortowo – chociaż osoba przyzwyczajona do tradycyjnych przycisków może mieć trudności z intuicyjną obsługą. To jednak nie jest krytyka wobec Leapmotor, a raczej cecha nowoczesnych samochodów elektrycznych. Pod środkowymi nawiewami znajdują się dwa uchwyty na kubki i ładowarka indukcyjna 15W, w której w moim przypadku wylądowała karta od pojazdu. Jeśli chodzi o łączność, mamy tu oczywiście bezprzewodowe Apple CarPlay i Android Auto.

    Dużym plusem jest jakość wykonania wnętrza. Pierwsze wrażenie z pojazdem sprawia wrażenie produktu premium, mimo że nie jest on szczególnie drogi. Materiały użyte do wykończenia kabiny są bardzo przyjemne w dotyku, a fotele są wygodne. Nic nie trzeszczy ani nie budzi wątpliwości co do jakości, co czasem ma miejsce nawet w droższych autach.

    Leapmotor B03X na zakręcie i nie tylko

    Już pierwsze metry za kółkiem Leapmotor B03X sprawiły, że w mojej głowie pojawił się tylko jeden komentarz – to auto prowadzi się dziwnie! Oferuje 3 tryby wspomagania kierownicy, a w najsilniejszym odczujemy dość dużą izolację od oporu drogi – nawet w najmocniejszym wspomaganiu trybu Sport, ta izolacja pozostaje odczuwalna. Można oczywiście przyzwyczaić się do tego sposobu prowadzenia, ale czułem pewne oddzielenie od drogi. Finalnie chciałbym lepiej czuć, co się dzieje pod kołami, a nie prowadzić auto jak w grze wideo. Nie zmienia to jednak faktu, że manewrowanie nowym Leapmotorem jest precyzyjne, co wspomaga średnica zawracania wynosząca 10 metrów. Producent może się tym pochwalić, ponieważ to rezultat zbliżony do znacznie mniejszych aut miejskich, podczas gdy B03X to 4,3-metrowy samochód, który świetnie skręca. Pomagają w tym również czujniki i kamery 360, zapewniające bardzo dobrą kontrolę nad położeniem auta, co ułatwia parkowanie w ciasnych miejscach.

    Mimo że czujniki są bardzo dokładne, niektóre bywają… zbyt natarczywe, jak np. ten kontrolujący pas ruchu. Mimo regularnego trzymania się właściwej pozycji na drodze, samochód regularnie sygnalizował mi zbytnie zbliżenie się do linii pasa. To oczywiście element bezpieczeństwa, ale czułość była nieco zbyt mocna – warto dostosować te ustawienia przed dłuższą podróżą.

    Jeśli chodzi o jazdę, możliwa jest obsługa „jednym pedałem”, co oznacza silne rekuperacje, którą możemy ustawić w 3 poziomach. Producent sugeruje również żeglowanie, czyli wolniejsze wytracanie prędkości po puszczeniu pedału gazu. A na pewno nie brakuje przyspieszenia – silnik o mocy 197 KM w wersji PROMAX generuje 200 Nm momentu obrotowego, co pozwala osiągnąć prędkość 100 km/h w 8,6 sekundy. To może nie jest wynik rajdowy, ale dla miejskiego auta jest to naprawdę imponujące osiągnięcie. Daje to również możliwość swobodnego wyprzedzania na trasie, do której warto pojechać z planem ładowania – szacowany zasięg w trybie mieszanym WLTP dla baterii 53,0 kWh (Life i Design) wynosi 382 km. Co ciekawe, średnie zużycie energii WLTP według producenta wynosi 15,7 kWh/100 km, podczas gdy na teście udało się zejść do mniej niż 13 kWh/100 km. Czyżby producent był wobec siebie zbyt surowy?

    Jak sytuacja wygląda przy pokonywaniu zakrętów? Tego się nieco obawiałem, jednak na szczęście niepotrzebnie. Bateria umieszczona w podłodze skutecznie obniża środek ciężkości, co wpływa na stabilność pojazdu. Nawet przy przejeżdżaniu przez łuki z większą prędkością nie czułem wątpliwości co do kontroli nad autem.

    Przestronność oraz inteligentne rozwiązania

    Auta dość sprawnie wykorzystują swoje gabaryty, oferując przestronną przestrzeń bagażową. Producent deklaruje łączną pojemność na poziomie 510 litrów, ale uwaga – ta liczba obejmuje również schowek pod podłogą bagażnika.

    Wspomniany schowek ma pojemność 105 litrów, jest wykonany z tworzywa sztucznego i wyposażony w zawór, dzięki któremu można go łatwo umyć – idealnie nadaje się do przewozu brudniejszych rzeczy, takich jak akcesoria dla zwierząt, sprzęt sportowy czy narzędzia. Rozwiązanie to jest naprawdę dobrze przemyślane.

    Co z większymi przedmiotami? Rower czy zestaw instrumentów mogą się nie zmieścić do głównego bagażnika, ale eksperci podpowiadają, że tylna kanapa jest niezwykle funkcjonalna. Znajdziemy tam rozwiązanie strefy transportowej – podnoszone siedzenia, które zwalniają przestrzeń między przednimi fotelami a oparciem tylnej kanapy, oferując płaskie miejsce do przewozu nawet telewizora czy roweru.

    Czy to się opłaca? Wrażenia po jeździe Leapmotor B03X

    Moje wrażenia po jeździe testowej Leapmotorem B03X są zdecydowanie pozytywne – ale czy to auto się opłaca? Zastanówmy się: za mniej niż 100 tysięcy złotych mamy wersję Life PRO z silnikiem o mocy 177 KM i bogatym wyposażeniem, w tym pompę ciepła, pełen pakiet 21 asystentów, ładowanie 30–80% w 16–17 minut (moc do 100 kW) oraz elegancki, design z nutą nowoczesności. Wystarczy spojrzeć na oferty konkurencji, aby dostrzec, że Leapmotor ma do zaoferowania naprawdę korzystną opcję.

    Nie jest to może samochód dla pasjonatów motoryzacji, który wywołuje dreszcz emocji, ale nie można zaprzeczyć, że może być ciekawym wyborem i dostarczyć radości z jazdy. Dla mnie to pojazd diametralnie różny od mojego „codziennego” auta – napęd na przód, silnik elektryczny, wolniejsze przyspieszenie oraz charakter nastawiony na bezproblemowe dotarcie z punktu A do B, w możliwie najbardziej komfortowy i praktyczny sposób. Zdecydowanie chciałbym mieć go u siebie, ponieważ w modelu B03X nic nie jest w stanie mnie zirytować.

  • Nowa Tesla stanowi zagrożenie? Strażacy mają sporo obaw

    Nowa Tesla stanowi zagrożenie? Strażacy mają sporo obaw

    Brak kierownicy w Cybercabie może być komfortowy dla pasażerów, lecz stanowi wyzwanie dla służb ratunkowych. Strażacy wyrażają swoje zaniepokojenie związane z awaryjnym systemem autonomicznej taksówki Tesli.

    Na początku bieżącego miesiąca pierwsze egzemplarze Tesli Cybercab trafiły do użytkowników. To długo oczekiwany projekt autonomicznych taksówek, który w końcu wkracza na rynek, zbierając mieszane opinie. Klienci doceniają wygodę, przestrzeń na nogi oraz ogólny poziom zaawansowania technologii, jednak wskazują na problemy z nerwowymi hamowaniami, niepewnymi zmianami pasów ruchu oraz czasem oczekiwania na przyjazd pojazdu. Do krytyki dołączają także strażacy, którzy podchodzą do Cybercab z większym dystansem. Ich obawy koncentrują się głównie na ukrytym na ekranie dotykowym joysticku, który w sytuacjach awaryjnych może utrudniać działania ratunkowe.

    Z myślą o autonomicznej jeździe, ale nie o wypadkach

    Cybercab, w przeciwieństwie do innych modeli Tesli, został zaprojektowany przede wszystkim z myślą o autonomicznej jeździe. W tym pojeździe nie znajdziemy tradycyjnej kierownicy, pedałów ani drążka zmiany biegów. Zamiast tego, Cybercab wyposażony jest w duży ekran i przestrzeń dla pasażerów. Zamówienie Cybercaba możliwe jest za pomocą aplikacji, podobnie jak w przypadku Ubera, dzięki czemu auto autonomicznie przyjeżdża na miejsce.

    Pojazd korzysta z zaawansowanych czujników Tesli, które przez lata były doskonalone, umożliwiających precyzyjne monitorowanie drogi, otoczenia oraz autonomiczne kierowanie. Pojawiają się jednak sygnały, że Cybercab porusza się nieco chaotycznie, przypominając niepewnego kierowcę. Jednak to nie ten element budzi największe obawy wśród służb. Strażacy w Austin z niepokojem zwracają uwagę na brak manualnych elementów sterujących oraz konieczność korzystania z awaryjnego joysticka wycofywanego z ekranu dotykowego, co w sytuacjach kryzysowych może okazać się problematyczne.

    Dotykowy joystick w awaryjnej sytuacji – strażacy nie są tym zachwyceni

    Nawet zakładając, że Tesla doskonale opanowała kwestie bezpieczeństwa na drodze, nie można wykluczyć, że w wyniku ludzkiego błędu dojdzie do wypadku. Dla służb ratunkowych, w tym strażaków, kluczowe jest, aby w obliczu zagrożenia zdrowia lub życia pasażera pojazd został jak najszybciej oddalony od niebezpieczeństwa oraz by ofiary wypadku mogły być uwolnione. Wyobraźmy sobie sytuację, w której uszkodzone auto stwarza zagrożenie dla innych uczestników ruchu. W przypadku tradycyjnego pojazdu, strażak w pierwszej kolejności próbowałby przestawić go manualnie, korzystając z kierownicy. Jednak w przypadku Cybercaba, gdzie kierownica nie istnieje, ratownicy muszą sięgać po awaryjny joystick dostępny na ekranie dotykowym. Co się stanie, kiedy strażak będzie miał na sobie grube rękawice, a jego dłonie będą spocone lub mokre, lub gdy ekran zostanie uszkodzony?

    Czytaj dalej poniżej


    Co tam się zadziało? Kuriozalny błąd Tesli i kilkanaście tysięcy samochodów do poprawy

    Dodatkowo, sterowanie pojazdem przy pomocy panelu dotykowego, który przypomina interfejs gry, może okazać się trudne w trakcie akcji ratunkowej – mimo że Tesla przeprowadza szkolenia dla strażaków dotyczące awaryjnych scenariuszy związanych z Cybercab. W związku z powyższymi obawami pojawia się pytanie o tym, kiedy można spodziewać się regulacji dotyczących autonomicznych taksówek. Choć jest ich jeszcze relatywnie niewiele, już teraz na amerykańskich ulicach można spotkać nie tylko pojazdy Tesli, ale i Waymo oraz Zoox.

    Obecnie każdy producent może wprowadzać własne rozwiązania, co zmusza służby ratunkowe do dostosowania się do tych innowacji. W przypadku tradycyjnych pojazdów podstawowe elementy obsługi są intuicyjne i uniwersalne dla całej branży. W przyszłości służby ratunkowe będą musiały wypracować pewien standard, który ułatwi przeprowadzenie akcji ratunkowych. Być może zmiany w tej sprawie nastąpią po zakończeniu dochodzenia prowadzonego przez National Highway Traffic Safety Administration. Regulujący sprawdzają, w jaki sposób pozbawione kierownicy, pedałów i lusterek Cybercaby Tesli spełniają federalne normy bezpieczeństwa.

  • Lidl sprzedaje tani lokalizator za grosze — alternatywa dla AirTaga

    Lidl sprzedaje tani lokalizator za grosze — alternatywa dla AirTaga

    W Lidlu w atrakcyjnej cenie można nabyć lokalizator, który może być alternatywą dla AirTagów od Apple. Warto rozważyć tę opcję.


    Kiedy Apple wprowadziło AirTaga, wielu krytyków argumentowało, że firma z Cupertino po raz kolejny przychodzi z propozycją bezużytecznego gadżetu w zbyt wysokiej cenie. Niewielki lokalizator miał jedno jasno określone zadanie: pomagać w odnajdywaniu kluczy, plecaków, walizek oraz innych łatwo gubionych przedmiotów. Już wkrótce okazało się jednak, że Apple trafiło w znacznie szerszą potrzebę rynku, a AirTagi szybko zyskały na popularności.

    AirTag zaczęto wykorzystywać nie tylko do lokalizacji przedmiotów zagubionych w domu, ale również w czasie podróży do śledzenia bagażu czy zabezpieczania cennych rzeczy. Kluczowe znaczenie miała tu rozwinięta sieć urządzeń Apple, która pozwalała lokalizatorowi na przekazywanie swojego położenia, nawet gdy znajdował się daleko od właściciela.

    Sukces AirTaga dostrzegła konkurencja, która zrozumiała rosnące zapotrzebowanie na niewielkie lokalizatory. W efekcie na rynku pojawiły się kolejne modele, często oferujące podobne funkcjonalności. Niestety, wiele z nich działało wyłącznie w ramach własnych aplikacji, co znacznie ograniczało ich efektywność poza zasięgiem urządzenia właściciela. Odpowiedź na ten problem nadeszła, gdy Apple udostępniło swoją sieć Find My (Znajdź) dla akcesoriów zewnętrznych. Dzięki temu konkurencyjne lokalizatory mogą korzystać z ogromnej bazy urządzeń Apple w pobliżu, oferując użytkownikom informacje o lokalizacji zgubionych przedmiotów w sposób zbliżony do oryginalnego AirTaga.

    AirTagi z silną konkurencją. Trzy lokalizatory za ułamek ich ceny

    Rynek akcesoriów tego typu rośnie, jednak AirTag nadal pozostaje kosztownym gadżetem, a wydatki mogą się znacznie zwiększyć w przypadku, gdy chcemy zabezpieczyć kilka przedmiotów jednocześnie. W oficjalnym sklepie Apple w Polsce pojedynczy lokalizator kosztuje 149 zł, co oznacza, że wyposażenie w nie kluczy, plecaka czy walizki może szybko stać się wydatkiem rzędu kilkuset złotych. Nic więc dziwnego, że tańsze odpowiedniki zgodne z siecią Find My cieszą się rosnącą popularnością. Oferują one zachowanie kluczowej zalety rozwiązania Apple, czyli dostęp do rozbudowanej sieci lokalizacyjnej, przy równoczesnym znacznym obniżeniu kosztów zakupu kilku lokalizatorów. Taką możliwość dają m.in. lokalizatory marki TRONIC, które można nabyć w wyjątkowo korzystnej cenie w stacjonarnych sklepach Lidla.

    Czytaj dalej poniżej


    6 terabajtów internetu za darmo. Orange rusza z promocją

    Lidl obniżył cenę zestawu trzech niewielkich lokalizatorów TRONIC, które mogą być niezastąpione w pilnowaniu kluczy, plecaka czy walizki. Obecnie za komplet trzeba zapłacić 39,99 zł zamiast 49,99 zł, co oznacza, że jeden lokalizator kosztuje nieco ponad 13 zł. Urządzenia te korzystają z technologii Bluetooth 5.4, a producent zapewnia o czasie czuwania sięgającym 8 miesięcy. W zestawie znajdują się także trzy baterie oraz trzy silikonowe paski ułatwiające przymocowanie lokalizatorów do wybranych przedmiotów. Można wybierać z dwóch wersji kolorystycznych. Należy jednak pamiętać, że lokalizator nie jest uniwersalny. W sprzedaży dostępne są dwa warianty: jeden przeznaczony dla systemu iOS (sieć Find My), a drugi dla Androida (sieć Centrum lokalizacji Google). Przed dokonaniem zakupu warto wybrać odpowiedni model.

  • Microsoft szykuje rewolucję. Aż 9 poprawek jednej funkcji

    Microsoft szykuje rewolucję. Aż 9 poprawek jednej funkcji

    Microsoft traktuje problem z Bluetooth w Windows 11 poważnie. Nowa aktualizacja testowa przynosi aż dziewięć poprawek, mających na celu poprawę funkcjonowania tej technologii. Użytkownicy mogą liczyć na stabilniejsze połączenia, lepszą obsługę słuchawek oraz dokładniejsze informacje o stanie urządzeń.

    Bluetooth w Windows 11 bywa jak gra na loterii. Czasem wszystko działa bez zarzutu, innym razem połączenie znika, a system twierdzi, że słuchawki są podłączone, mimo że leżą w etui. Microsoft postanawia wreszcie zająć się tą frustrującą sytuacją. Do testerów w kanale Release Preview trafiła aktualizacja 26200.9539, która oferuje dziewięć poprawek dotyczących technologii Bluetooth. W ciągu ostatnich pięciu lat firma raczej unikała tego tematu.

    Microsoft podejmuje działania w celu naprawy Bluetooth

    Microsoft wprowadza konkretne zmiany. Przede wszystkim, stan połączenia ma być wreszcie zgodny z rzeczywistością. Koniec z urządzeniami, które są widoczne jako aktywne długo po rozłączeniu. Firma poprawia także jakość rozmów przez platformy takie jak Teams, Google Meet, WhatsApp czy Telegram. Podczas wideorozmowy, regulując głośność zestawu słuchawkowego, użytkownicy zobaczą systemowy suwak, a nie tylko regulację w aplikacji.

    Zmiany obejmują również poprawę stabilności panelu Bluetooth oraz zarządzania urządzeniami w ustawieniach Windows 11, a także lepszą obsługę mikrofonów w akcesoriach wykorzystujących klasyczne Bluetooth Audio. Microsoft eliminuje także błąd, który powodował, że moduł Bluetooth mógł być faktycznie wyłączony, mimo że przełącznik w ustawieniach nadal wskazywał, że wszystko działa poprawnie.

    Microsoft zamierza działać dwutorowo. Po pierwsze, wprowadza poprawki, aby usunąć błędy i poprawić stabilność. Po drugie, zaczyna naciskać na producentów sprzętu audio, aby podnieśli jakość sterowników. Nowa inicjatywa o nazwie Driver Quality Initiative ma na celu ograniczenie liczby problematycznych i przestarzałych sterowników dostępnych w Windows Update. Firma zwraca uwagę, że chodzi nie tylko o minimalizację awarii, lecz także o poprawę ogólnej stabilności, wydajności i zmniejszenie zużycia energii.

    Czytaj dalej poniżej


    Microsoft pompuje zabezpieczenia w Windows 11. To największa zmiana od lat

    Grafika: depositphotos.com

  • Apple Watch Ultra 4 rzuca wyzwanie Garminowi

    Apple Watch Ultra 4 rzuca wyzwanie Garminowi

    Czy warto przesiadać się z Apple Watch Ultra 3 na 4? Przyjrzyjmy się różnicom między tymi dwoma modelami.

    Podczas ostatniej prezentacji Apple uwagę większości z nas przyciągnęły przede wszystkim nowe smartfony, ale także segment zegarków przyniósł interesujące nowości. Nowy Apple Watch Ultra 4 ma potencjał, aby stanowić konkurencję dla Garmina. Zastanówmy się jednak, czy zmiana z poprzedniego modelu, oznaczonego numerem 3, jest rzeczywiście uzasadniona. Przyjrzyjmy się bliżej.

    Apple Watch Ultra 4 vs. jego poprzednik – czy warto dokonać zmiany?

    Na pierwszy rzut oka Apple nie zdołało przekonać nas do zmiany. Posiadacze Apple Watch Ultra 3 mogą odczuwać, że na rynku debiutuje… praktycznie taki sam model, przypominający swojego poprzednika. Urządzenie oznaczone numerem 4 startuje w tej samej cenie co w ubiegłym roku, a wizualnie niemal w niczym się nie różni. Posiada kopertę 49 mm wykonaną z tytanu Grade 5, grubość 12 mm, ekran LTPO3 OLED (1–3000 nitów) oraz wodoszczelność do 100 m, a dostępne kolory pozostały bez zmian. Jedyna, chociaż niewielka różnica, to waga – wzrosła z 61,6 g do 63 g. Te zmiany zdają się być dość symboliczne, prawda?

    Na szczęście, po przyjrzeniu się specyfikacji, dostrzegamy znaczące zmiany. W nowym modelu zastosowano chip Apple S11 z dedykowanym procesorem Secure Enclave do niezależnego przetwarzania dźwięku. Zmodyfikowane zostały również funkcje zdrowotne – pomiar tętna będzie realizowany przez całą dobę co 5 sekund, a próbki zmienności rytmu zatokowego (HRV) będą pobierane 24 razy częściej. Co więcej, Apple Watch Ultra 4 wprowadza wskaźnik gotowości do treningu, oceniany w skali od 0 do 10. To nowa funkcja, która uwzględnia obciążenie treningowe, sen, parametry życiowe oraz regenerację, klasyfikując użytkowników według statusów: Recover, Pace Yourself, Ready, Go For It.

    Następną nowością jest wydłużenie czasu pracy na baterii do 50 godzin (z wcześniejszych 42). W trybie niskiego zużycia energii możemy korzystać ze smartwatcha przez 84 godziny (w porównaniu do 72 godzin w zeszłym roku), a czas pracy podczas treningu z pełnym GPS i HR wzrósł do 18 godzin, z 14 godzin. Jakie jeszcze nowe funkcje oferuje ten model?

    Czytaj dalej poniżej

    Apple ulepsza zegarki. Przełomowa zmiana w Apple Watch
    • Live Rewind: dwukrotne wciśnięcie cyfrowej koronki przywraca ostatnie 15 sekund rozmowy w formie tekstu;
    • Siri Recap: podsumowanie rozmów na żywo;
    • Nowy gest pojedynczego tapnięcia;

    Co istotne, nowa asystentka Siri AI w systemie watchOS 27 nie będzie dostępna wyłącznie na Ultra 4 – trafi także na modele Ultra 3 i Ultra 2 (przy użyciu smartfona wspierającego Apple Intelligence). Dla użytkowników w Polsce jest to raczej ciekawostka, niż funkcja o pełnym zastosowaniu.

    Co zaskakuje? Z pewnością wprowadzenie wskaźnika regeneracji i gotowości do wysiłku w Apple Watch Ultra 4 jest krokiem w stronę tego, co oferuje choćby Garmin. Brak funkcji podobnej do Body Battery z Garmina był powszechnie krytykowany przez użytkowników, a teraz Apple podjęło ten kluczowy krok. W połączeniu z dłuższym czasem działania z pełnym GPS, można zauważyć, że firma zdecydowanie dąży do przyciągnięcia najbardziej wymagających sportowców.

    Czy jednak te zmiany są wystarczające, by zrezygnować z modelu trzeciego na rzecz Apple Watch Ultra 4? Osobiście nie jestem przekonany. Zmiany są wciąż niewielkie, a niektóre nowości systemowe i tak trafią na starszy model. Inaczej sytuacja wygląda w przypadku posiadaczy pierwszego Ultra lub innych zegarków, którzy chcą wejść do tej zaawansowanej rodziny urządzeń od Apple – czwórka z pewnością będzie dobrym wyborem, bogatym w ciekawe funkcje i nowoczesne technologie. Jednak jeśli korzystasz z modelu trzeciego, to przesiadka nie wydaje się uzasadniona.

  • Sony grozi graczom sądem i odcięciem wsparcia. Burza wokół końca płyt trwa

    Sony grozi graczom sądem i odcięciem wsparcia. Burza wokół końca płyt trwa

    Decyzja Sony o stopniowym odejściu od fizycznych płyt z grami na PlayStation wzbudziła ogromne kontrowersje wśród graczy. Krytyka firmy nie ogranicza się już tylko do internetowych komentarzy. Sony wprowadziło w Japonii specjalną politykę, mającą na celu ochronę swoich pracowników przed agresywnymi klientami, i ostrzega, że w skrajnych przypadkach może ograniczyć obsługę, a nawet podjąć kroki prawne. Mimo to, firma nie planuje rezygnować z kontrowersyjnego planu.

    Sony mówi „dość” agresywnym klientom

    Nowe zasady Sony dotyczą zachowań, które firma uznaje za niedopuszczalne w kontakcie z obsługą klienta. Na liście tych zachowań znalazły się m.in. uporczywe żądania, groźby, znieważanie pracowników, próby zastraszania oraz nadmierne żądania przeprosin czy nieuprawnione wizyty na terenie firmy. Sony podkreśla, że w przypadku nękania pracowników, może ograniczyć lub całkowicie zawiesić obsługę danej osoby. W poważniejszych przypadkach firma deklaruje możliwość współpracy z policją i prawnikami oraz zastosowanie działań prawnych.

    Nie oznacza to jednak, że Sony ma zamiar karać każdego krytyka. Najważniejsze są sytuacje, w których niezadowolenie klienta przeradza się w groźby lub bezpośrednie ataki na pracowników.

    Wszystko zaczęło się od ogłoszenia końca wsparcia fizycznych nośników

    Źródłem obecnych emocji jest zapowiedź zakończenia produkcji i wsparcia fizycznych nośników z nowymi grami PlayStation. Sony planuje się ku cyfrowej dystrybucji, a produkcja nowych nośników ma zostać wygaszona do stycznia 2028 roku.

    Dla części graczy jest to znacznie więcej niż „zmiana w sposobie sprzedaży”. Fizyczne wydania umożliwiają kolekcjonowanie gier, ich odsprzedaż i przechowywanie, niezależnie od tego, czy dana produkcja nadal znajduje się w cyfrowym sklepie. Nic więc dziwnego, że decyzja wywołała protesty; petycja przeciwko planom Sony zebrała już setki tysięcy podpisów.

    Kolejny problem: co właściwie kupujemy?

    Kontrowersje dotyczą także charakteru cyfrowych zakupów. W jednym z pozwów w USA konsumenci zarzucają Sony, że przyciski „Kup” i „Potwierdź zakup” mogą sugerować, iż nabywa się produkt, podczas gdy użytkownik w rzeczywistości otrzymuje jedynie licencję na korzystanie z gry – i nigdy nie wiadomo, jak długo ta licencja będzie obowiązywać.

    Sony stara się skierować tę sprawę do indywidualnego arbitrażu, powołując się na warunki korzystania z PlayStation Network. Firma argumentuje również, że rozsądny konsument powinien zdawać sobie sprawę, iż cyfrowa gra jest licencjonowana, a nie sprzedawana w takim samym sensie, jak fizyczny przedmiot.

    Sony nie zamierza się wycofać ze swojej decyzji

    Mimo rosnącej krytyki oraz kilku postępowań prawnych, Sony deklaruje, że będzie ostrożnie realizować plan odejścia od fizycznych płyt. Firma znajduje się w wyjątkowo trudnej sytuacji: z jednej strony chce ograniczyć koszty i znaczenie tradycyjnej dystrybucji, z drugiej — musi zmierzyć się z graczami, którzy nie chcą całkowicie przechodzić na cyfrowe rozwiązania.

    Spór o płyty PlayStation staje się więc czymś większym niż tylko dyskusją o nośnikach. To konflikt o to, czym właściwie jest zakup gry w cyfrowym świecie oraz jakie prawa powinien mieć konsument. Niezależnie od naszych pragnień, rzeczywistość okazuje się często bardziej brutalna, niż wielu z nas to dostrzega na co dzień…

    Źródło

  • Windows w końcu dogadania macOS. Dostał wyczekiwane wsparcie od Google

    Windows w końcu dogadania macOS. Dostał wyczekiwane wsparcie od Google

    Prawie pół roku po premierze wersji macOS, Google w końcu oddaje w ręce użytkowników Windowsa natywną aplikację Gemini.


    W kwietniu bieżącego roku Google wprowadziło na rynek natywną aplikację Gemini dla komputerów Mac, co spowodowało, że posiadacze urządzeń z systemem Windows musieli czekać niemal pół roku dłużej na swoją wersję. Obecnie jednak użytkownicy Windows mogą już pobrać aplikację Gemini, która została stworzona z myślą o współpracy z najpopularniejszymi narzędziami.

    Windows dogonił Maca – w końcu otrzymał natywną aplikację Gemini

    Gemini może obecnie ustępować w wyścigu AI takim narzędziom jak ChatGPT czy Claude, lecz mimo to ponad miliard użytkowników korzysta z tego produktu Google co miesiąc. Dzięki nowo wydanej wersji, ta olbrzymia grupa użytkowników będzie mogła zyskać do niej dostęp na platformie Windows, co zostało ogłoszone na oficjalnym blogu Google.

    Źródło: Google

    Z ogłoszenia dowiadujemy się, że aplikację uruchomimy skrótem klawiszowym Alt+Spacja, a okno Gemini wyświetli się nad aktualnie otwartymi oknami, co przypomina działanie na Macu. Wewnątrz znajdziemy wszystkie funkcje znane z wersji webowej oraz mobilnej – zadania wieloetapowe będą realizowane przez agenta Gemini Spark, a podsumowanie projektów utworzy się na podstawie danych pobranych z Gmaila i Dysku Google. Dodatkowo, użytkownicy będą mogli korzystać z generowania obrazów przez Nano Banana oraz tworzenia materiałów wideo poprzez Gemini Omni.

    Google zapewnia, że aplikacja działa w tle, nie obciążając przy tym systemu, a kolejne natywne funkcje będą dodawane w miarę upływu czasu. Aplikację można pobrać ze strony gemini.google/desktop dla systemów Windows 10 oraz 11.

    Czytaj dalej poniżej

    Rok Google AI Plus za darmo. Wystarczy spełnić kilka warunków

    A skoro już poruszamy temat Gemini, zachęcamy do zapoznania się z artykułem na temat limitów w tym narzędziu od Google. Dowiecie się, jak je sprawdzić, co wpływa na tempo ich zużycia oraz ile czasu trzeba czekać na ich odnowienie.

  • Już wiem, co będzie lepsze od iPhone Duo. Ten składak też wchodzi do Polski

    Już wiem, co będzie lepsze od iPhone Duo. Ten składak też wchodzi do Polski

    Czy iPhone Duo rozczarowuje, czy zachwyca? W Polsce nadchodzi jego interesująca alternatywa.

    Apple właśnie zadebiutowało w świecie składanych smartfonów, prezentując model iPhone Duo. Jednak konkurencja na tym rynku jest już obecna od pewnego czasu i nie zamierza czekać na rozwój sytuacji. Vivo X Fold6, który zadebiutuje w Europie (w tym w Polsce) 1 października, oferuje konstrukcję, która w wielu aspektach przewyższa najnowszy produkt z Cupertino. Wydaje się, że to w pełni dopracowany flagowiec, który może zdobyć uznanie nawet wśród zapalonych fanów marki Apple.

    Dlaczego Vivo X Fold6 ma przewagę nad iPhone Duo?

    Kluczowa różnica tkwi w aparatach. Podczas gdy iPhone Duo dysponuje dwoma modułami fotograficznymi o rozdzielczości 48 Mpix (głównym oraz ultraszerokokątnym), Vivo X Fold6 oferuje zestaw trzech obiektywów sygnowanych przez firmę ZEISS: główny 200 Mpix, ultraszerokokątny 50 Mpix oraz teleobiektyw peryskopowy 50 Mpix z trzykrotnym zoomem optycznym. To oznacza, że składany smartfon Vivo może nie tylko lepiej radzić sobie z codziennymi zdjęciami, ale także oferuje funkcje, których iPhone Duo nie posiada – teleobiektyw jest dla wielu użytkowników kluczowy, a w pierwszej generacji składanego iPhone’a zabrakło go.

    Konstrukcyjnie oba urządzenia idą w różnych kierunkach. iPhone Duo ma formę „paszportową” (bardziej kwadratowa), z mniejszymi ekranami: 5,4 cala na zewnątrz i 7,6 cala w środku. Z kolei Vivo X Fold6 zachowuje klasyczne proporcje smartfona po złożeniu (6,5 cala na zewnątrz), a po rozłożeniu oferuje aż 8 cali przestrzeni roboczej. Co więcej, Vivo jest cieńsze (4,8 mm po rozłożeniu w porównaniu do 5,4 mm iPhone’a) i lżejsze (228–245 g w zależności od wersji, w porównaniu do 254 g Apple).

    Kiedy i za ile w Polsce?

    Pod maską Vivo X Fold6 kryje się potężny akumulator o pojemności 6900–7000 mAh (europejska wersja ma nieco mniejszą pojemność niż chińska). Smartfon napędza procesor MediaTek Dimensity 9500 Super, 12–16 GB pamięci RAM oraz do 1 TB przestrzeni na dane. Europejska premiera Vivo X Fold6 odbędzie się 1 października 2026 roku, a z dużym prawdopodobieństwem tego samego dnia smartfon zadebiutuje również w polskich sklepach. Cena nie została jeszcze ujawniona, ale biorąc pod uwagę specyfikację i pozycjonowanie, można się spodziewać kwoty zbliżonej do innych flagowych składaków. Warto dodać, że w pudełku znajdziemy etui, kabel USB-C oraz igłę do tacki SIM, jednak ładowarki najprawdopodobniej nie będzie.

    Czytaj dalej poniżej

    To dlatego Google instaluje bez pytania nową aplikację na każdym Androidzie

    Skąd moja ekscytacja tym telefonem? Przywykliśmy do tego, że zdjęcia z smartfonów reprezentują wysoki poziom, jednak pojawienie się składanych modeli zaczęło wprowadzać niepokojący trend: forma ponad użyteczność. Oczywiście, rozumiem, że nie każdy z pasją robi zdjęcia lub potrzebuje bardzo rozbudowanego zestawu obiektywów, ale skoro technologia została opracowana, to dlaczego większy (rozkładany) ekran ma oznaczać rezygnację z lepszych aparatów? Dodatkowo, dobieranie obiektywów stało się normą: szeroki i ultraszeroki kąt to obecnie standard, mimo że w początkowych modelach (np. w iPhonie X) obecność dwóch obiektywów oznaczała posiadanie szerokiego oraz teleobiektywu. Uważam, że to bardziej użyteczny duet, ponieważ oprócz trybu makro, ultraszeroki obiektyw nie daje tyle korzyści, co zoom optyczny.

    Dlatego cieszy mnie nadejście Vivo X Fold6 – nareszcie nie trzeba wybierać pomiędzy nowoczesnym projektowaniem z rozkładanym ekranem a solidnym zestawem aparatów. Jak w praktyce poradzi sobie Vivo X Fold6? O tym przekonam się niebawem.

  • Ten Segway dokosi każdy skrawek trawnika. I ochroni jeże

    Ten Segway dokosi każdy skrawek trawnika. I ochroni jeże

    Każdy właściciel ogrodu doskonale zna problem: robot koszący wykonuje doskonałą pracę na środku trawnika, lecz pozostawia nieestetyczny, niedocięty pas trawy przy płocie, wokół rabat kwiatowych czy krawężników. Na szczęście, ten problem staje się przeszłością.

    Segway postanowił raz na zawsze rozwiązać ten problem i zaprezentował na targach IFA nową kosiarkę automatyczną Navimow H5 Pro. Model ten wyposażony jest w wysuwane ramię EdgeMaestro, które wychyla się na 7,7 cm, co pozwala na precyzyjne docinanie trawy wzdłuż krawędzi. Dzięki zastosowaniu wielokierunkowego pływającego ramienia oraz modułu Rake Module, urządzenie sprawnie prowadzi trawę w stronę ostrza i stabilnie dostosowuje się do nierówności terenu. Dodatkowo, zaawansowany algorytm EdgeSense 2.0 skutecznie rozpoznaje przejścia między trawnikiem a ścieżkami czy rabatami. Wszystko to sprawia, że trawnik jest równo przycięty w całej powierzchni, a poziom hałasu podczas koszenia krawędzi wynosi jedynie 58 dB(A).



    Również trudny i zróżnicowany teren nie stanowi dla nowego modelu żadnej przeszkody. Navimow H5 Pro napędzany jest systemem Xero-Turn All-Wheel Drive (AWD), w którym każde z czterech kół napędzane jest niezależnie. To pozwala robotowi pokonywać zbocza o nachyleniu sięgającym nawet 80% (38,6°), pokonywać przeszkody o wysokości do 6 cm oraz sprawnie manewrować bez ryzyka utknięcia czy uszkodzenia darni. Sercem systemu nawigacji jest zaawansowana technologia EFLS Tri-fusion, która łączy nawigację satelitarną NRTK, czujniki wizyjne oraz LiDAR. Wspierająca ją sztuczna inteligencja na bieżąco dobiera optymalny sposób orientacji w przestrzeni w zależności od otoczenia.

    Inteligentna technologia w służbie naturze

    Inżynierowie Segway zadbali nie tylko o znakomite efekty koszenia, ale również o bezpieczeństwo małych mieszkańców naszych ogrodów. System 360° VisionFence wzbogacono o wbudowany czujnik termiczny, co ma kluczowe znaczenie po zmroku lub przy słabym oświetleniu, kiedy z ukrycia wychodzą m.in. jeże. Te zwierzęta, w obliczu zagrożenia, nie uciekają, lecz kurczą się w kulkę, co czyni je szczególnie narażonymi na potrącenia. Gdy czujniki termiczne i kamery AI wykryją obecność żywego stworzenia, kosiarka niezwłocznie zatrzymuje ostrza i zmienia trasę.



    Troska o środowisko wykracza poza samą technologię. Producent nawiązał oficjalną współpracę z niemiecką organizacją Igelhilfe Schulzendorf e.V., wspierając finansowo i organizacyjnie ratowanie oraz rehabilitację jeży. W ramach tej inicjatywy technologia wykrywania zwierząt jest testowana i doskonalona we współpracy z ekspertami. Dodatkowo, w aplikacji mobilnej Navimow, użytkownicy mogą łatwo wyznaczyć tzw. „dziki zakątek” – strefę wyłączoną z koszenia, w której gęstsza trawa stanowi naturalne schronienie dla lokalnej fauny. W ten sposób nowa generacja robotów Segway pokazuje, że bezobsługowa pielęgnacja ogrodu może iść w parze z odpowiedzialnością i szacunkiem dla natury.

    Czytaj dalej poniżej


    Smartfony znów mogą być interesujące. HONOR Robot Phone pokazuje zupełnie nowy kierunek
  • Tego Apple nie powiedziało o iPhonie Duo. A warto o tym wiedzieć

    Tego Apple nie powiedziało o iPhonie Duo. A warto o tym wiedzieć

    Premiera pierwszego składanego iPhone’a w Polsce

    Pierwszy składany iPhone trafi do sprzedaży w przyszłym miesiącu. iPhone Duo zaskakuje na wielu poziomach, jednak Apple nie powiedziało nam o wszystkim.

    iPhone Duo od kilkunastu godzin wzbudza zainteresowanie na całym świecie. To pierwszy składany smartfon z logo nadgryzionego jabłka, który Apple wprowadza na rynek, starając się zdobyć część segmentu zajmowanego przez Samsunga oraz wielu chińskich producentów, którzy od lat rywalizują o miano najlepszego składaka. Debiut iPhone’a Duo na polskim rynku zaplanowano na 23 października, a tydzień wcześniej ruszy jego przedsprzedaż. Za podstawową wersję z 256 GB pamięci użytkownik będzie musiał zapłacić 9999 zł. Najdroższy wariant, oferujący 2 TB, na polskim rynku będzie kosztować 15999 zł. Do wyboru są dwie wersje kolorystyczne: gwiezdna biel oraz nocne niebo. Więcej szczegółów na temat samego iPhone’a Duo można znaleźć w naszym podsumowaniu konferencji.

    Bezprzewodowe ładowanie MagSafe i iPhone Duo

    Tuż po konferencji w sieci zaczęły pojawiać się pytania dotyczące obecności jednej z najpopularniejszych funkcji iPhone’ów, z której użytkownicy korzystają od lat. Mowa o wsparciu dla technologii MagSafe oraz bezprzewodowego ładowania. Apple informuje, że bezprzewodowe ładowanie MagSafe oferuje:

    optymalne wyrównanie magnetyczne, dzięki czemu ładowanie jest szybsze i bardziej wydajne. Wykorzystuje również technologie, które zmniejszają zużycie energii w porównaniu do innych metod ładowania bezprzewodowego.

    MagSafe to bardzo wygodne rozwiązanie, a wstępne obawy o brak wsparcia dla tej technologii w iPhonie Duo, które pojawiły się w mediach społecznościowych, zyskały na znaczeniu. Apple w trakcie wczorajszej konferencji nie udzieliło informacji o bezprzewodowych możliwościach składaka. Jednak po ukazaniu się karty produktu oraz pełnych danych technicznych okazuje się, że iPhone Duo obsługuje MagSafe i jest zgodny z dostępnymi na rynku ładowarkami bezprzewodowymi, które oferują MagSafe oraz Qi2 o mocy do 25 W.

    iPhone Duo – Akcesoria od Apple

    iPhone Duo doczeka się także własnej linii akcesoriów stworzonych przez Apple. Na pierwszy ogień trafił Etui Folio z podpórką, które w oficjalnym sklepie kosztuje 629 zł. Etui, dostępne w dwóch wersjach kolorystycznych (granat i jasny beż), wykonane jest z tkaniny TechWoven i ma wbudowaną podpórkę z regulacją kąta nachylenia. Ułatwia to oglądanie filmów, prowadzenie rozmów FaceTime i czytanie. Wbudowane magnesy zapewniają idealne dopasowanie do telefonu oraz obsługę ładowania MagSafe, Qi2 25 W oraz Qi, bez konieczności zdejmowania etui.

    W sprzedaży dostępne jest również bardziej klasyczne, dwuczęściowe etui do iPhone’a Duo, które kosztuje 399 zł. Jego zadaniem jest ochrona obu części urządzenia przed upadkami i zarysowaniami. Wykonano je z poliwęglanu z matowym wykończeniem, a dzięki wbudowanym magnesom obsługuje MagSafe oraz ładowanie Qi2 25 W i Qi, bez potrzeby zdejmowania etui. Akcesorium to dostępne jest w dwóch wersjach kolorystycznych: granat i piasek.

    Co ciekawe, w sieci pojawiają się już komentarze dotyczące niekompatybilności iPhone’a Duo z niektórymi akcesoriami MagSafe oferowanymi przez Apple. Jednym z nich jest portfel wykonany z tkaniny FineWoven, który pomieści do trzech kart i obsługuje sieć „Znajdź”. Niestety, portfel jest zbyt duży, aby można go było komfortowo umieścić na tylnej obudowie iPhone’a Duo.