Autor: admin

  • Kup iPhone 18 Pro za ułamek ceny. Promocja w Plusie

    Kup iPhone 18 Pro za ułamek ceny. Promocja w Plusie

    Nowy iPhone 18 Pro za 170 zł? Ciekawa promocja pojawiła się w Plusie.

    Nowy smartfon z logo Apple to nie tylko symbolem nowoczesności, ale także gwarancją wysokiej ceny — szczególnie gdy mówimy o modelach Pro czy Pro Max. Na szczęście, zakup można zredukować do akceptowalnego poziomu, korzystając z interesujących promocji. Taką ofertę przygotowała sieć Plus, która rozpoczęła przedsprzedaż nowej serii smartfonów tej marki.

    Nowy iPhone 18 Pro w atrakcyjniejszej cenie

    iPhone 18 Pro to doskonały przykład telefonu z wyższej półki, nawet w podstawowej wersji z 256 GB pamięci. Producent wycenił ten model na 6299 zł, co dla wielu osób może być zbyt dużą przeszkodą finansową. Istnieją jednak opcje promocji, dzięki którym ostateczny koszt staje się bardziej przystępny. Jedną z takich promocji przygotowała sieć Plus, która oferuje możliwość przedsprzedaży nowych urządzeń Apple.

    Flagową ofertą Plusa jest system wymiany, który może przypominać długoterminowy wynajem samochodu. Zasada jest prosta: płacimy opłatę wstępną i podpisujemy umowę na określoną liczbę rat. W przypadku Plusa umowa dotyczy 36 miesięcy, ale po 24 miesiącach możemy zdecydować się na wymianę telefonu na nowy model, co wiąże się z anulowaniem ostatnich 12 rat. Ostatecznie, w takiej sytuacji płacimy jedynie 24 raty, ciesząc się nowym iPhone’em, a następnie zyskując dostęp do aktualnego modelu.

    Brzmi interesująco? Aby dowiedzieć się, ile rzeczywiście nas to będzie kosztować, przyjrzyjmy się kosztom zakupu iPhone’a 18 Pro 256 GB, czyli „najtańszego” sprzętu z niedawno ogłoszonej serii. Apple wyceniło go na 6299 zł, natomiast oferta Plusa przedstawia się następująco: opłata aktywacyjna wynosi 649 zł płatne z góry, plus 24 raty po 170,82 zł, co w sumie daje 4 748,68 zł. To o półtora tysiąca mniej niż cena sugerowana przez producenta, chociaż warto pamiętać, że telefon nie staje się naszą własnością — nie możemy go odsprzedać.

    Czytaj dalej poniżej


    Apple zrobiło to po raz pierwszy od 15 lat. Zaczęła się nowa era.

    A jak przedstawia się sytuacja w przypadku najlepiej wyposażonego modelu iPhone Pro Max? Wersja 2 TB kosztuje 12 799 zł, jednak oferta Plusa przy dwóch latach użytkowania prezentuje się korzystniej — 1349 zł opłaty startowej oraz 24 raty po 345,83 zł, co łącznie daje 9648,92 zł.

    Czy wynajem iPhone’a 18 to dobra decyzja?

    Propozycja Plusa jest dedykowana osobom, które nie chcą na dłużej posiadać telefonu i nie interesuje ich jego późniejsza odsprzedaż. Ekonomicznie może to nie być najkorzystniejsze rozwiązanie, ale daje możliwość korzystania z nowego urządzenia bez wydawania z góry ponad 6000 zł i konieczności sprzedawania go samodzielnie. Jeżeli preferujecie posiadanie urządzenia na własność, istnieją także opcje ratalne — na przykład za 0% na 12 miesięcy. W takiej sytuacji ceny są zbliżone do tych oferowanych przez producenta, a iPhone 18 Pro z 256 GB pamięci kosztuje 12 x 470,82 zł. To bezpieczniejszy wybór, jeśli planujemy korzystać z modelu przez dłużej niż dwa lata i nie zamierzamy go wymieniać w tym czasie. Choć sam trzymam się jeszcze szesnastki w wersji Pro i nie odczuwam potrzeby wymiany na 18, to muszę przyznać, że nowy aparat i dodatkowe funkcje są bardzo kuszące…

  • Orange potwierdza ważną nowość. Skorzystasz na iPhonie

    Orange potwierdza ważną nowość. Skorzystasz na iPhonie

    Orange wprowadza znaczące zmiany w obszarze obsługi wiadomości RCS. Na początku z nowej usługi skorzystają jedynie właściciele smartfonów z systemem Android, podczas gdy użytkownicy iPhone’ów będą musieli jeszcze poczekać.


    W połowie sierpnia tego roku ogłoszono, że od 5 października 2026 roku Orange rozpocznie stopniowe wdrażanie nowej usługi RCS, opartej na własnym rozwiązaniu operatora, rezygnując równocześnie z dotychczasowych zasad. Proces ten nie obejmie od razu wszystkich klientów, a jego zakończenie zaplanowano najpóźniej na 30 czerwca 2027 roku. Użytkownicy będą mieli przed sobą długą drogę do pełnego korzystania z nowoczesnych wiadomości, takich jak SMS i MMS, choć nie wszyscy skorzystają z tej innowacji od razu.

    RCS w Orange to SMS 2.0 – wszystko, co znasz z tradycyjnego SMS-a, lecz w dużo bardziej zaawansowanej formie. Możesz wysyłać zdjęcia i filmy w wysokiej jakości, sprawdzać, czy Twoja wiadomość została przeczytana oraz czy rozmówca aktualnie na nią odpowiada. Wszystko z pełnym szyfrowaniem end-to-end i bez potrzeby instalacji dodatkowych aplikacji.

    Orange przechodzi na własne rozwiązanie RCS

    Użytkownicy korzystający z RCS będą mieli możliwość przesyłania zdjęć i filmów w wysokiej jakości, sprawdzania potwierdzeń odczytu, a także informacji o tym, że rozmówca pisze. Dodatkowo dostępne będą rozmowy grupowe oraz możliwość przesyłania plików o wielkości do 100 MB. Aby skorzystać z tych funkcji, wymagana jest aktywna łączność z internetem mobilnym lub Wi-Fi. Należy jednak zwrócić uwagę na istotne ograniczenie – jak wcześniej informował Orange, wsparcie będzie dostępne wyłącznie dla urządzeń z systemem Android (wersja 10 lub nowsza). Na razie iPhone’y nie znajdują się na liście zgodnych urządzeń, co rodzi pytania wśród użytkowników o ewentualne zmiany w tej kwestii.

    Z najnowszych informacji udzielonych przez rzecznika Orange na platformie X (dawniej Twitter) wynika, że obsługa RCS na iPhone’ach jest również planowana. To odpowiedź na wpis wiceministra cyfryzacji Michała Gramatyki, który na mediach społecznościowych poinformował, że Orange jako pierwszy operator w Polsce włączy RCS na iPhone’ach:

    Czytaj dalej poniżej

    Doładuj T-Mobile i zgarnij hot-doga za darmo

    Kiedy dokładnie RCS z Orange będzie dostępny na iPhone’ach, na razie pozostaje nieznane. Wojtek Jabłczyński przyznał, że firma pracuje nad obsługą RCS dla tych urządzeń, jednak na ten moment nie może podać żadnych konkretnych szczegółów.

  • Mam dość TikToka, Amazon nie. Kolejna platforma go kopiuje

    Mam dość TikToka, Amazon nie. Kolejna platforma go kopiuje

    Amazon Prime wprowadza swoje własne TikToki, czyli krótkie treści wideo. Dlaczego? Nie jestem pewien…


    Jeżeli nie jesteście fanami formatu treści z TikToka, mam raczej niepokojące wieści. Krótkie filmiki zadebiutują na Amazonie – platforma zamierza bowiem starać się o uwagę młodszej części widowni, czerpiąc inspiracje z popularnych formatów na Instagramie, YouTube i TikToku. Cóż, chyba naprawdę się na to starzeję…

    Źródło: Depositphotos

    Wiadomości na wzór TikToka w Amazon Prime Video

    Po co tracić czas na pełnoformatowe programy informacyjne, podcasty czy dokumenty, gdy można skompresować najważniejsze informacje w krótkim klipie? Kilkadziesiąt sekund materiału z wiadomością to nowa propozycja Amazon Prime, która ma przyciągnąć młodszych widzów. To również próba zdobycia użytkowników zakochanych w krótkich filmikach, które dominują na TikToku, Instagramie i innych platformach społecznościowych. Nowa funkcja zadebiutuje przede wszystkim na telewizorach, urządzeniach stacjonarnych oraz w przeglądarkowej wersji VOD Amazona. Czy Amazon Prime to rzeczywiście odpowiednie miejsce na tego typu treści?

    Klipy będą umieszczane w dedykowanych karuzelach: Trending Topics (tematy na czasie) oraz Local News (wiadomości lokalne) i będą dostępne niezależnie od aktywnej subskrypcji. To odpowiedź na zmieniające się preferencje młodszej publiczności, która rzadko spędza czas na tradycyjnym przeglądaniu wiadomości. Informacje podawane są przez media społecznościowe, w prostych, dynamicznych formach, które nie zawsze wymagają głębokiego zaangażowania. Amazon stara się wpisać w ten trend, proponując swoją wersję informacyjnego dziennikarstwa w stylu TikToka, Instagrama i innych platform.

    Choć pomysł wydaje się odpowiedzią na aktualne trendy, mam wobec niego wiele zastrzeżeń.

    Czytaj dalej poniżej

    Masz Amazon Prime? Tej oferty nie możesz przegapić

    Oscar Nord; Unsplash

    Oscar Nord; Unsplash

    Podstawowym problemem, jaki dostrzegam, jest sam fakt wprowadzania krótkich treści wideo. Wiem, że są one niezwykle popularne i cieszą się dużym zainteresowaniem, lecz to nie oznacza, że są one dobre dla nas i że powinniśmy zmierzać w tym kierunku. Wydaje się, że zdrowy rozsądek ustępuje miejsca wielkim pieniądzom, gdyż w krótkich filmikach kryje się potencjał komercyjny – można je zignorować lub spróbować wykorzystać, co zamierza zrobić Amazon. Czy jednak rzeczywiście czekają tam na niego jakiekolwiek zyski?

    Osobiście w to wątpię – uważam, że ruch Amazona jest naiwnością. To tak, jakby firma była przekonana, że format wideo i jego długość są jedynymi elementami, które przyczyniły się do sukcesu krótkich filmików. Tymczasem młodsi odbiorcy przede wszystkim pragną „ludzkiego oblicza” w treściach, autentyczności oraz odarcia z profesjonalizmu, z jakim kojarzona jest telewizja oraz inne media obwarowane rygorystycznymi zasadami. Obawiam się, że Amazon nie zaoferuje niczego na tyle autentycznego, by młodsze pokolenia zechciały spędzać czas przy tych krótkich materiałach. Naturalnie nie podważam ich merytoryczności ani rzetelności – po prostu podejrzewam, że ten format (nawet jeśli trwa kilkadziesiąt sekund) nie trafi w gusta tzw. Generacji Z, ze względu na brak dostosowania do ich oczekiwań oraz preferencji.

    Na marginesie, Amazon nie jest pionierem w tej dziedzinie – jeszcze w lipcu swoje „tiktoki” wprowadziły HBO Max, Peacock, Netflix oraz Disney.

  • ENDORFY znowu pozamiatało. Na takie słuchawki czekałem!

    ENDORFY znowu pozamiatało. Na takie słuchawki czekałem!

    ENDORFY: Siła polskiego rynku gamingowego

    Każde wspomnienie o marce ENDORFY napełnia mnie radością, ponieważ świadczy o tym, że w Polsce mamy producenta, który skutecznie konkuruje z zagranicznymi markami. I radzi sobie naprawdę świetnie! Nadszedł czas, aby podjąć wyzwanie w kolejnej kategorii produktowej: słuchawkach bezprzewodowych dedykowanych graczom. Wszystko wskazuje na to, że debiut będzie naprawdę udany.

    Rekomendacje dla wirtualnych graczy

    Jako osoba, która codziennie przegląda wiele elektronicznych akcesoriów, regularnie otrzymuję prośby o rekomendacje dotyczące zakupu produktów z różnych kategorii. W szczególności dotyczą one słuchawek do komputerów oraz konsol, które mogą znacznie poprawić jakość gry. Wiele osób poszukuje uniwersalnych słuchawek, które sprawdzą się nie tylko podczas grania, ale również podczas oglądania filmów, słuchania muzyki oraz prowadzenia rozmów online.

    Moja rekomendacja w najniższej półce cenowej to model ENDORFY Viro Infra. To prosty, ale niezwykle skuteczny wybór, który spełnia oczekiwania wielu graczy. Jak dotąd nie słyszałem żadnych głosów niezadowolenia, a wręcz przeciwnie.

    Jeżeli dysponujesz nieco większym budżetem, warto rozważyć słuchawki ENDORFY Viro – to niezawodny wybór, który nie tylko nie zawodzi, ale również spełnia wszelkie oczekiwania. A co z bezprzewodowymi rozwiązaniami? Do tej pory polegałem na produktach rywalizujących marek zagranicznych. Zastanawiałem się, kiedy ENDORFY zdecyduje się na rywalizację w tym segmencie rynku. Odpowiedź na to pytanie została właśnie udzielona. Słuchawki ENDORFY Viro Wireless oraz Viro Infra Wireless trafiły na moje biurko, a ja z radością korzystam z nich od kilku dni.

    ENDORFY Viro Wireless: zapomnij o kablu

    Jedną z największych wad słuchawek bezprzewodowych jest konieczność ich regularnego ładowania. Nic nie irytuje tak jak sytuacja, gdy chcemy zagrać, a słuchawki zasugerują, że potrzebują jeszcze chwili, ponieważ zapomnieliśmy je naładować. W modelu ENDORFY Viro Wireless ten problem praktycznie nie istnieje, a jeśli już, zdarza się niezwykle rzadko. Dlaczego? Producent zadbał o to, aby słuchawki mogły pracować na baterii nawet przez miesiąc typowego użytkowania. Tak, dobrze przeczytaliście – cały miesiąc. Według oficjalnych specyfikacji, ENDORFY Viro Wireless mogą pracować nawet przez 240 godzin w trybie Bluetooth lub 130 godzin w trybie 2.4 GHz, co jest zasługą dużej baterii w ich wnętrzu.

    To dopiero początek ich długo oczekiwanej listy zalet. Słuchawki mogą łączyć się z urządzeniami dźwiękowymi na trzy sposoby: Bluetooth, 2.4 GHz (odbiornik USB w zestawie) oraz przewodowo (mini jack). Co więcej, ENDORFY Viro Wireless potrafią pracować w trybie hybrydowym: gdy są połączone z komputerem za pomocą odbiornika 2.4 GHz, mogą jednocześnie odbierać połączenia z telefonu podłączonego przez Bluetooth, co czyni je wyjątkowo uniwersalnym rozwiązaniem. Dodatkowo, dedykowane oprogramowanie pozwala na personalizację dźwięku.

    Oferują także mikrofon z funkcją eliminacji hałasu otoczenia (ENC), co zapewnia niezakłóconą komunikację, nawet w głośnym środowisku. Dodatkowo metalowa konstrukcja z możliwością wymiany nausznic z serii ENDORFY EARPADS podnosi komfort użytkowania.

    Słuchawki dostępne są w trzech wersjach kolorystycznych: czarnej, szarej Alt Gray i białej Onyx White. Wszystkie mają nausznice z przyjemnego w dotyku, oddychającego materiału, co zapewnia wysoki komfort użytkowania, nawet podczas długich godzin pracy.

    Na liście zalet warto również wymienić wirtualny tryb dźwięku 7.1, wygodne sterowanie odtwarzaniem multimediów przy pomocy przycisków na słuchawkach oraz szybkie ładowanie, dzięki któremu są niemal ciągle gotowe do używania.

    ENDORFY Viro Infra Wireless: jakość na pierwszym miejscu

    Rozpocznijmy od ceny. 249 złotych to kwota, jaką musimy zapłacić, aby stać się posiadaczami słuchawek ENDORFY Viro Infra Wireless. Co otrzymujemy w zamian? Bardzo funkcjonalny sprzęt, który zachwyca prostą funkcjonalnością, doskonały dla osób szukających wygodnych, lekkich słuchawek o przyzwoitej jakości dźwięku. Bateria w tym modelu wystarcza na 40 godzin słuchania w trybie Bluetooth i 24 godziny w trybie 2.4 GHz. Dzięki temu udało się osiągnąć niską wagę słuchawek — tylko 280 gramów, co czyni je idealnym rozwiązaniem nawet podczas długich dni pracy przy komputerze.

    ENDORFY Viro Infra Wireless łączą się z urządzeniami zgodnymi na cztery sposoby: 2.4 GHz, Bluetooth, USB-C lub mini jack 3,5 mm, co umożliwia podłączenie ich do praktycznie wszystkiego. Możemy również wymieniać nausznice z serii ENDORFY EARPADS, co zwiększa komfort i personalizację. Dodatkowo model ten posiada dwa tryby pracy: Gaming Mode, zwiększający wrażenia podczas grania, oraz Vocal Mode, wzmacniający dźwięk ludzkiego głosu, co jest szczególnie przydatne podczas rozmów.

    Wszechstronność w ofercie ENDORFY

    Omówione słuchawki wzbogacają portfolio audio marki ENDORFY. Bez względu na nasze potrzeby, oferta obejmuje szereg modeli przewodowych, a teraz również dwa bezprzewodowe. Choć wyglądają podobnie, są dedykowane różnym grupom użytkowników. Niezależnie od tego, jak istotny jest dla nas czas pracy na baterii, możliwość korzystania z dwóch urządzeń jednocześnie czy waga słuchawek, z pewnością znajdziemy model, który spełnia nasze oczekiwania.

    Które z tych słuchawek wybrałbym dla siebie? Na to pytanie odpowiem jednoznacznie: obie pary! Bez wątpienia znajdą zastosowanie w moim codziennym użytkowaniu.

    Materiał opracowany we współpracy z właścicielem marki ENDORFY

  • Instagram, Facebook i WhatsApp z nową subskrypcją. Meta One oficjalnie

    Instagram, Facebook i WhatsApp z nową subskrypcją. Meta One oficjalnie

    Meta wprowadza nową usługę abonamentową Meta One, oferującą zaawansowane funkcje dla popularnych aplikacji społecznościowych i komunikatorów.

    Meta One poszerza możliwości dostępne w Instagramie, Facebooku, WhatsAppie oraz Meta AI, dodając nowe funkcje związane z sztuczną inteligencją, personalizacją oraz narzędziami dla twórców i firm. Podstawowe wersje tych aplikacji pozostaną bezpłatne, jednak nowy abonament pozwoli na uzyskanie jeszcze większych korzyści. Jak zapewnia firma, płatne funkcje są skierowane do osób, które oczekują szerszych możliwości w zakresie wykorzystania AI, indywidualizacji doświadczeń oraz bardziej zaawansowanych narzędzi do zarządzania obecnością w mediach społecznościowych. Meta One ma oferować ponad 50 nowych funkcji.

    Meta One rozszerzy możliwości aplikacji Mety

    Użytkownicy indywidualni mogą skorzystać z różnych planów: Instagram Plus (12,99 zł miesięcznie), Facebook Plus (12,99 zł) oraz WhatsApp Plus (10,49 zł). W ofercie znajdą się również niestandardowe czcionki, motywy, ikony aplikacji, rozbudowane statystyki oraz dodatkowe możliwości organizacji rozmów. Dla bardziej wymagających użytkowników przygotowano pakiety Core (29,99 zł miesięcznie) i Premium (89,99 zł), które oferują wyższe limity generowania i edytowania treści w Meta AI przy użyciu modeli Muse oraz częstsze korzystanie z funkcji, takich jak Restyle na Instagramie. Oba warianty obejmują wszystkie aplikacje obsługiwane przez Meta One: Instagram, Facebook i WhatsApp.

    Oferta skierowana do twórców internetowych i firm obejmuje pakiet Essential (od 73,99 zł miesięcznie), Advanced (od 239 zł), Expert (od 699 zł) oraz Max (od 2399 zł). W zależności od wybranego wariantu, użytkownicy zyskają weryfikację konta, ochronę przed phishingiem, zaawansowaną analitykę, możliwość planowania publikacji oraz zwiększony dostęp do Agenta Biznesowego Meta, który jest dostępny przez całą dobę, aby odpowiadać klientom.

    To zaledwie początek, ponieważ Meta zapewnia ponadto, że w przyszłości pojawią się dodatkowe funkcje powiązane z abonamentem Meta One, w tym nowe narzędzia związane z aplikacją Edits oraz bardziej zaawansowane funkcjonalności AI dla twórców i firm.

    Czytaj dalej poniżej


    Social media nie chcą już naszych danych. Chodzi im o coś innego

    Obraz stockowy z Depositphotos

  • Jeżeli używasz tej usługi, to mogłeś zostać ofiarą przestępców. Koniecznie sprawdź

    Jeżeli używasz tej usługi, to mogłeś zostać ofiarą przestępców. Koniecznie sprawdź

    Jeśli korzystasz z Twitcha, warto zwrócić uwagę na używane rozszerzenia przeglądarki. Jak pokazuje raport od Socket, dodatki takie jak Twitch Enhanced Viewer czy JeetBot, które obiecywały oglądanie transmisji bez reklam i w wysokiej jakości, okazują się problematyczne. Wersje tych rozszerzeń przekazywały zewnętrznym serwerom tokeny, które umożliwiały dostęp do kont użytkowników.

    Raport Socketa dotyczy narzędzi omijających reklamy, ograniczenia regionalne i umożliwiających odblokowanie jakości 1080p, a także zbierających punkty na określonych kanałach. Co gorsza, okazało się, że te rozszerzenia zbierały także poświadczenia użytkowników i przekazywały je, przypuszczalnie, w ręce przestępców. Sesyjne tokeny były przesyłane do podmiotów spoza Twitcha podczas oglądania materiałów.

    Problemy z rozszerzeniami dla Chrome i Firefoksa

    Dodatki dla przeglądarek miały dostęp do nagłówka Authorization, który jest używany przez klienta Twitcha w trakcie komunikacji z usługą. Dzięki temu mogły wydobyć token OAuth i dołączyć go jako parametr auth do adresu przekierowywanego żądania dotyczącego listy odtwarzania. Żądania te trafiały na serwer proxy, a więc pośrednika kontrolowanego przez JeetBota, komercyjną, rosyjskojęzyczną usługę obsługującą Twitcha, Kicka i VK Live. Umieszczenie poświadczenia w adresie stwarza również ryzyko jego zarejestrowania w logach serwera, co pozwala każdemu, kto ma do nich dostęp, na jego odczytanie. Już samo odebranie takiego żądania sprawia, że pośrednik uzyskuje dostęp do tokenu, niezależnie od tego, czy adres zostanie zapisany w logach.

    Warto podkreślić, że token OAuth pozwala oprogramowaniu na wykonywanie określonych operacji w imieniu użytkownika. Dokumentacja Twitcha wyjaśnia, że zakres tych działań zależy od uprawnień przypisanych do tokena, dlatego samo jego posiadanie nie oznacza automatycznie pełnej kontroli nad kontem. Socket wskazuje na dostęp do czatu, prywatnych wiadomości oraz punktów. Nie podano jednak informacji, ile kont mogło zostać objętych tymi działaniami.

    Sprzeczne deklaracje w sklepach

    W kodzie rozszerzeń odnaleziono listę dziesięciu rosyjskojęzycznych kanałów, które były na stałe wpisane do aplikacji. Podczas ich oglądania token nie był dołączany do przekierowywanego żądania, podczas gdy w przypadku pozostałych kanałów domyślnie trafiał do pośrednika. W starszych wersjach wtyczek zauważono jeszcze „bardziej agresywny” sposób przekazywania danych, gdzie tokeny były przesyłane osobnymi żądaniami do przygotowanego do tego celu „punktu zbiorczego” na serwerze obsługującym rozszerzenia.

    Czytaj dalej poniżej

    Masz taki router? CERT Polska ostrzega, koniecznie zrób aktualizację!

    Rozgorzała kontrowersja. Autor wtyczki dla Firefoksa przyznał, że wcześniejsze wersje przesyłały token OAuth na jego serwer, argumentując to koniecznością zapewnienia obrazu w jakości 1080p lub 1440p. Z kolei w Chrome Web Store nadal widnieje oświadczenie, że twórca nie zbiera ani nie wykorzystuje danych użytkowników w żaden sposób. Każdy może samodzielnie ocenić te sprzeczności. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez Socket wyraźnie obrazują mechanizm działania tych wtyczek oraz potencjalne zagrożenia, jakie niosą.

    Usuwanie dodatków – ale to nie wszystko

    Na szczęście liczba zainstalowanych wtyczek jest ograniczona: w Chrome Web Store jest ich około 30 tysięcy, a w sklepie Firefoksa nieco ponad 600. Co ciekawe, autorzy wtyczek już je zaktualizowali, trudno jednak powiedzieć, czy w nowych wersjach nie zawierają nadal podejrzanego kodu. Zarówno Google, jak i Mozilla jak dotąd nie podjęły żadnych działań w tej sprawie, a moim zdaniem powinny to zrobić: deweloper ten raczej nie ma dobrych zamiarów.

    Rekomenduje się usunięcie Twitch Enhanced Viewer oraz JeetBot z przeglądarki, a następnie zakończenie wszystkich sesji w ustawieniach konta Twitch, wylogowanie się i ponowne zalogowanie. Taka sekwencja ma na celu „unieważnienie” starego, najprawdopodobniej przekazanego deweloperowi tokenu. Działania te powinny zredukować dwa źródła ryzyka: dalsze przechwytywanie poświadczeń oraz wykorzystanie tych już przesłanych. Twitch zaleca w takich przypadkach zmianę hasła, co również jest dobrą praktyką. Należy zachować ostrożność wobec tego rodzaju dodatków: zazwyczaj obiecują one przydatne funkcje, a kończą na przechwytywaniu naszych danych. Przypominam sobie sytuację sprzed ponad 5 lat, kiedy jedna „uzłośliwiona” wtyczka niemal przejęła wszystkie moje ważne konta w różnych usługach: po aktualizacji zyskała złośliwe mechanizmy, a przez długi czas służyła mi głównie do wykonywania zrzutów ekranowych. Udało mi się uniknąć utraty danych tylko dzięki ustawieniu dwuskładnikowego logowania wszędzie tam, gdzie to możliwe.

  • Niecały miesiąc do premiery „Zwierząt”. Netflix zebrał genialną obsadę

    Niecały miesiąc do premiery „Zwierząt”. Netflix zebrał genialną obsadę

    Nadchodzi mocny thriller, za który odpowiada nie kto inny, niż Ben Affleck.

    To pierwszy reżyserski projekt Bena Afflecka od czasu „Air” z 2024 roku i zarazem najambitniejsza jak dotąd próba przeniesienia klasyki Akiry Kurosawy na amerykański grunt. Choć twórcy nie mówią o tym otwarcie, „Zwierzęta” to w praktyce remake „Niebios i piekła” Akiry Kurosawy z 1963 roku, przeniesiony w realia współczesnego Los Angeles. Amerykańska wersja dokłada do klasycznej fabuły porwania więcej komentarza społecznego na temat samego miasta i nie tylko.

    Zwierzęta – nowy film Netflix od Bena Afflecka. Zwiastun i data premiery

    Fabuła filmu krąży wokół Marka Kimballa, granego przez samego Afflecka, polityka kandydującego na burmistrza Los Angeles, który na pierwszy rzut oka ma wszystko: udaną karierę, kochającą żonę Abigail (Kerry Washington) i spokojne życie rodzinne. Ta fasada pęka w chwili, gdy dochodzi do porwania syna pary, Denny’ego, granego przez Christophera Woodleya. Od tej chwili film na zmianę pokazuje twardą walkę o głosy w kampanii oraz ciepłe, spokojne chwile w domu. To zderzenie dwóch światów stopniowo podkręca emocje i nasila stres towarzyszący zdesperowanym rodzicom, którzy za wszelką cenę próbują odzyskać swoje dziecko.

    Affleck, który współtworzył scenariusz razem z Connorem McIntyre’em i Billym Rayem, nie kryje, że „Zwierzęta” to więcej niż typowy thriller kryminalny. W rozmowach promujących film reżyser podkreśla, że kluczowe pytanie brzmi, kim naprawdę jesteśmy, gdy z naszych twarzy spadają maski, i czy ludzie kierują się prawdziwym kompasem moralnym, czy raczej własnym interesem. Równie istotny wątek to małżeństwo Marka i Abigail – Affleck opisuje film jako studium tego, co oznacza związanie się z drugą osobą, jakie kompromisy i wymiany temu towarzyszą.

    W kryzysowej sytuacji do akcji wkracza Dayle, enigmatyczna „naprawiaczka problemów” – zdobywczyni Emmy Gillian Anderson. Jej postać stawia Kimballom brutalnie jasne ultimatum – życie syna wisi na włosku, więc wszystkie skrywane dotąd tajemnice między małżonkami muszą wyjść na światło dzienne. Największym atutem „Zwierząt” wydaje się jednak skład aktorski, jaki udało się zebrać Affleckowi. Oprócz niego i Kerry Washington w filmie znajduje się wspomniana Gillian Anderson oraz zdobywca Emmy Steven Yeun, laureatka nagrody za najlepszą aktorkę w Cannes Adrianą Paz i Luis Gerardo Méndez. Pełny skład uzupełniają Ray Fisher, Christopher Woodley, Matt Gerald oraz Jacob Estrada. Affleck przyznaje, że podczas castingu szukał aktorów, którzy są dobrzy we współpracy, a ekipa spędziła kilka tygodni na próbach przed rozpoczęciem zdjęć, które kręcono w okazałej rezydencji Kimballów w Los Angeles.

    Czytaj dalej poniżej

    Disney zauważa Polskę. To może być nowy rozdział naszych seriali

    Do premiery „Zwierząt” (w oryginale „Animals”) zostały już tylko tygodnie – Netflix pokaże film 9 października 2026 roku, a produkcja trafi jednocześnie do wybranych kin. Niestety, najwyraźniej, nie w Polsce.

    Co warto obejrzeć na Netflix?

    Ale zanim „Zwierzęta” trafią na Netflix, w serwisie będziemy mogli obejrzeć „Lalkę” Bolesława Prusa – produkcję, która patrzy na klasyczną opowieść z zupełnie nowej perspektywy. Premiera 16 września, a dzień później, 17 września, czekają nas aż dwie premiery: drugi sezon spin-offu „Stranger Things: Opowieści z ’85”, którego akcja toczy się między drugim a trzecim sezonem oryginału oraz czwarty sezon antologii „Potwór”, tym razem poświęcony historii Lizzie Borden, oskarżonej o zabójstwo siekierą swoich rodziców. 25 września zadebiutuje „Unabomber” – inspirowany prawdziwą historią dramat z Russellem Crowe, Shailene Woodley i Jacobem Tremblayem w rolach głównych, opowiadający o przemianie Teda Kaczynskiego z genialnego studenta Harvardu w poszukiwanego przez FBI terrorystę.

  • To przerażające, co potrafią te roboty. Uczą się prosto od ludzi

    To przerażające, co potrafią te roboty. Uczą się prosto od ludzi

    Humanoidy zaczynają robić wrażenie niezwykle zaawansowanych. Aby zobrazować ten postęp, należy wspomnieć o systemie ZEST, który pozwala robotom na odtwarzanie skomplikowanych ruchów wyłącznie na podstawie nagrań oraz animacji. Badacze przetestowali go dotychczas na trzech konstrukcjach, a efekty są nieco przerażające.


    Prace nad tym systemem prowadził Jean-Pierre Sleiman z RAI Institute, który opracował metodę naśladowania ruchów, opisaną w czasopiśmie Science Robotics. Roboty współpracujące z tym systemem potrafią na przykład czołgać się, wykonywać elementy baletu, wskakiwać na podesty, a nawet kopać piłkę, unikając w ten sposób negatywnego wizerunku, z którym często się spotykają na platformach jak TikTok. Niemniej jednak, sekwencje ruchów wymagające podpór ciała oraz szybkich zmian pozycji pozostają wciąż wyzwaniem. Mimo to, maszyna była w stanie wykonać elementy breakdance’a, co świadczy o jej zaawansowanej koordynacji i umiejętności utrzymywania równowagi w trakcie realizacji skomplikowanych sekwencji ruchowych.

    Nagrania i animacje jako źródło danych

    ZEST korzysta z różnych rodzajów materiałów źródłowych, charakteryzujących się zmiennym poziomem dokładności. System może opierać się na precyzyjnym rejestrowaniu ruchów człowieka (motion capture), jak również na mniej dokładnych danych pochodzących z nagrań wideo. Trzecim źródłem są animacje komputerowe, oparte na charakterystycznych pozach, które modelują przebieg ruchu, jaki robot ma opanować. Taka różnorodność materiałów pozwala na skuteczne dostosowanie uczenia do dostępnych nagrań oraz anatomii robota, co jest niezbędne do uzyskania naturalnych i przekonywujących efektów w ruchach humanoidów.

    Ugruntowanie „wiedzy” robota w zakresie ruchów polega na uczeniu ze wzmocnieniem: program sterujący monitoruje wyniki i samodzielnie poprawia działania na podstawie oceny ich efektywności. ZEST automatycznie identyfikuje słabe punkty w sekwencjach, co pozwala na efektywniejsze ukierunkowanie treningu na trudniejsze elementy ruchowe. Co istotne, metoda ta nie wymaga manualnego oznaczania momentów, w których robot podpiera się dłońmi, kolanami lub ciałem – wszystko odbywa się automatycznie.

    Metoda „zero-shot”

    Nazwa ZEST rozwija się jako Zero-shot Embodied Skill Transfer, co wiąże się z kilkoma istotnymi aspektami. Terminy „zero-shot” oznaczają uruchomienie systemu na fizycznym robocie z wcześniejszym nauczonym sterowaniem w symulacji, bez potrzeby dodatkowego dostrajania sprzętu. Mimo to, trening pozostaje konieczny: potrzeba około dziesięciu godzin na wytrenowanie pojedynczego sterownika na karcie NVIDIA L4, a każdy z nich jest przeznaczony dla konkretnej umiejętności, co wskazuje na pewne ograniczenia tego rozwiązania.

    Czytaj dalej poniżej

    Dane Steama mówią jasno. Gracze mają w poważaniu kryzys cenowy

    Niemniej jednak, ta sama procedura uczenia może obsługiwać różne ruchy oraz typy robotów. Jednakże, ten szczególny wariant sterowania, obejmujący wiele umiejętności, badacze zbadali jedynie w warunkach symulacyjnych. Obecnie wiadomo, że metodyka uczenia wielu ruchów (choć pojedyncze umiejętności testowano na robotach) działa w warunkach laboratoryjnych, jednak nie na finalnych konstrukcjach.

    Salta i breakdance

    Humanoid Atlas został wykorzystany między innymi do demonstracji czołgania i breakdance’u, natomiast mniejszy Unitree G1, reprezentujący naszego Edwarda Wachockiego, potrafił wykonywać elementy baletu oraz ruchy związane z pokonywaniem podestów. Osiągnięcia badaczy zasługują na uznanie, ponieważ robot w trakcie takich ruchów musi umiejętnie utrzymać równowagę, przejść ciężar ciała na kolejne podpory oraz wykonać następne kroki z uwzględnieniem minimalnych zmian w punktach ciężkości.

    Czytaj również: Trudno oderwać wzrok! Z tym robotem możesz zagrać w… tenisa.

    Wykorzystano również robota Spot, który pokazał przydatność systemu w kontekście robotów czworonożnych. Animacje posłużyły do nauki kolejnych salt w tył, balansowania na przednich nogach oraz obrotów. Oznacza to, że metodę można dostosować także do ruchów wykraczających poza tradycyjne konstrukcje humanoidalne. W przypadku najbardziej skomplikowanych akrobacji, system sterowania umożliwiał niewielkie odstępstwa od animowanego wzorca, aby zapewnić fizyczną wykonalność ruchów.

    Roboty stają się coraz bardziej sprawne

    To niewątpliwie dobra wiadomość dla całej branży humanoidów. Zanim jednak humanoidy na stałe zagoścą w naszych domach i fabrykach, upłynie jeszcze sporo czasu. Kluczowym warunkiem dla zrealizowania tej rewolucji jest jednak zwiększenie ich zdolności manualnych. Jak pokazują „olimpiady robotów”, humanoidy mogą być naprawdę nieporadne w trakcie wykonywania ruchów. Dzięki jednak coraz lepszym systemom nauki odwzorowywania ruchów, stają się znacznie sprawniejsze, co z kolei wpłynie na to, czy ich funkcjonowanie w naszym otoczeniu będzie nie tylko użyteczne i efektywne, ale również bezpieczne.

  • Premium bez przesady. Takie etui lubię najbardziej

    Premium bez przesady. Takie etui lubię najbardziej

    Minimalistyczny design może iść w parze z solidną ochroną. Jeśli szukacie etui „premium”, ale bez zbędnych ozdób, nowa seria od Native Union z pewnością przypadnie Wam do gustu.

    Apple, wprowadzając iPhone’a 18 Pro, postanowiło zrezygnować z długotrwałej tradycji i umożliwić posiadaczom starszych modeli smartfonów korzystanie z tych samych etui. Do tej pory zespół z Cupertino starannie tworzył konstrukcje, w których nowe etui nie pasowały do starszych modeli, np. poprzez zmianę położenia aparatu. W odpowiedzi na tę zmianę, firmy takie jak Native Union wprowadziły nową serię akcesoriów, które są kompatybilne z modelami 17 Pro i 18 Pro. Miałem okazję przetestować te etui na swoim iPhonie. W przeciwieństwie do wielu akcesoriów z kategorii „quasi-premium”, nowa seria Native Union nie razi jarmarcznym designem.

    Etui (Re)Classic do iPhone’a łączy minimalizm z solidną ochroną

    Czy kiedykolwiek kupiliście iPhone’a w iSpot lub Cortland? Sprzedawcy często zachęcają do zakupu etui, zwłaszcza tych markowych, takich jak Guess czy Karl Lagerfeld, które nie tylko są drogie, ale także swoim designem przypominają turecki bazar. Osobiście nie noszę etui na co dzień, a jeśli już, to wybieram silikonowe etui Apple, które udało mi się kupić na promocji – jedno potrafi wystarczyć mi na całą generację. Cenię sobie etui dopasowane, minimalistyczne i bez zbędnych dodatków. Kolekcje (Re)Classic i Active od Native Union idealnie wpisują się w te preferencje.

    Zacznijmy od modelu (Re)Classic, który osobiście bardziej mi odpowiada. Etui – co dla mnie istotne – wykonane jest z materiału pochodzącego z recyklingu, będącego alternatywą dla skóry i nie zawierającego żadnych składników pochodzenia zwierzęcego. Ramka pokryta jest miłym w dotyku, fakturowanym wykończeniem, a wnętrze akcesorium wyłożone jest miękką mikrofibrą, która chroni plecy telefonu przed zarysowaniami.

    Etui posiada również wygodny przycisk Camera Control, podwyższone krawędzie, które delikatnie wystają ponad ekran oraz oczywiście obsługę MagSafe. Zestaw idealnych rozwiązań praktycznych łączy się z estetycznym wyglądem – jasny brąz (Re)Classic prezentuje się naprawdę elegancko. Producent zapewnia odporność na upadki do 1,8 m, i chociaż nie testowałem go w ekstremalnych warunkach, etui zdaje się oferować bardzo dobrą ochronę.

    Czytaj dalej poniżej


    Takiego urządzenia w ofercie Apple jeszcze nie było. Ten ruch ma sens

    Jednym z kluczowych aspektów, na które zawsze zwracam uwagę przy ocenie etui, jest spasowanie przycisków. W modelu (Re)Classic spasowanie jest doskonałe, przyciski są stabilne i pracują z satysfakcjonującym kliknięciem. Jedynym mankamentem może być rzeczywiście mocne dopasowanie – etui przylega ściśle do telefonu, co jest widoczne zwłaszcza przy obiektywach aparatu, które niemalże przytulają się do krawędzi. To powoduje, że etui (Re)Classic nie jest łatwe do zdjęcia, co dla niektórych użytkowników może być potencjalną wadą.

    Etui Active dla wymagających – bardziej zabudowane, lecz mniej dopracowane

    Seria Active to nieco inna historia. Tutaj również mamy do czynienia z alternatywą skóry, ale konstrukcja jest nieco grubsza i bardziej gumowa, skierowana do osób, które często upuszczają swoje smartfony – producent zapewnia ochronę do 3 m. W porównaniu z (Re)Classic, Active również posiada wyściółkę z mikrofibry, przycisk Camera Control oraz obsługę MagSafe, ale wyróżnia się dodatkowo zabudowaną wyspą aparatów i ramek o właściwościach antywstrząsowych.

    Etui Active również prezentuje się bardzo elegancko i minimalistycznie, jednak fizyczne przyciski mają pewien luz, co można odczuć podczas użytkowania. Dla niektórych może być to niewielki detal, ale ja osobiście uważam to za irytujące. Dodatkowo, ze względu na konstrukcję, zdejmowanie etui jest jeszcze trudniejsze, choć przyznaję, że taki sposób budowy zapewnia poczucie bezpieczeństwa.

    Oba modele etui nie zwiększają znacząco wagi urządzenia i mają uniwersalny charakter, pasując zarówno do eleganckiej stylizacji, jak i na wyjścia na rower. Wspominam o tym, ponieważ dla niektórych etui stanowi część ich garderoby.

    A co z ceną? Model (Re)Classic u sprawdzonych sprzedawców można znaleźć najtaniej za 215 zł, natomiast model Active za 169 zł. Nie jest to wprawdzie ta sama półka co bardzo drogi TechWoven od Apple, ale nadal należy do wyższej kategorii cenowej. Otrzymujemy w zamian solidną ochronę, wysokiej jakości materiały oraz minimalistyczny, interesujący design, który dobrze koresponduje ze stylistyką urządzeń Apple.

  • Szpiedzy i przestępcy używali Claude’a na potęgę. Anthropic ujawnia skalę procederu

    Szpiedzy i przestępcy używali Claude’a na potęgę. Anthropic ujawnia skalę procederu

    Anthropic ujawnił dokument, w którym hakerzy oraz, prawdopodobnie, szpiedzy wykorzystywali Claude do włamań, kradzieży danych, a nawet do budowy systemów militarnych. Podczas jednego z opisanych ataków, sztuczna inteligencja odegrała kluczową rolę w przeprowadzeniu operacji. Jak wielokrotnie podkreślałem: nasz najważniejszy wynalazek jest również wykorzystywany w celach jednoznacznie negatywnych.


    W jednym z opisanych przypadków, napastnik zdobył ponad 2100 zestawów tokenów Azure AD w zaledwie 34 godziny. Tokeny te służą do potwierdzania tożsamości oraz uprawnień w infrastrukturach. Jak podkreśla Anthropic, większość pracy została wykonana przez agenta sztucznej inteligencji. W innym incydencie wykazano, że przejście od jednego skradzionego tokenu należącego do programisty do uzyskania pełnych uprawnień administracyjnych w chmurze zajęło… około trzy godziny.

    Jackpot na aplikacjach dla Androida

    Anthropic zbadał działalność hakerów z grupy ShinyHunters, znanych z masowych kradzieży danych i wymuszeń, którzy w ostatnim czasie byli szczególnie aktywni. W tym przypadku operator uruchomił w chmurze Amazona dziesięć instancji obliczeniowych, które pobrały 1,8 miliona różnych pakietów APK z różnych sklepów. System analizował te pakiety, poszukując zapisanych na stałe danych dostępowych z pomocą narzędzia TruffleHoga. Potwierdzone znaleziska trafiały na specjalny kanał na Telegramie, uporządkowane według typów źródeł.

    Równocześnie, proces związany z GitHubem dostarczył skradzione osobiste tokeny dostępowe, co pozwoliło na wykonywanie tam działań w ramach przyznanych (lub podkradzionych, jak się okazuje) uprawnień. Wśród innych działań osób powiązanych zapewne z ShinyHunters, Anthropic wymienia włamanie do dostawcy produktu SaaS i kradzież danych około 200 jego klientów, co zrealizowano w zaledwie 34 godziny. Napastnicy kradli również klucze dostępu do usług opartych na sztucznej inteligencji, aby móc prowadzić dalsze działania bez kosztów, wykorzystując cudze kredyty i obciążając karty ofiar.

    Szpiedzy również zainteresowani AI

    Znów na celowniku są Rosjanie. Anthropic potwierdził w swoim raporcie aktywność grupy Midnight Blizzard, którą związano z rosyjskim wywiadem. Wśród celów tych przestępców znalazło się 20 podmiotów związanych z instytucjami państwowymi na całym świecie. W tym przypadku Claude pomagał w przygotowywaniu infrastruktury pod działania, konstruował skuteczne ataki phishingowe i wydobywał dane od ofiar. Wykorzystywane były automatyczne procedury oparte na instrukcjach dla Claude Code.

    Czytaj dalej poniżej

    CERT ostrzega: Fałszywy mandat i niebezpieczny SMS
    Raport obejmuje różnorodne formy aktywności przestępczej: oprócz hakerów, narzędzia wykorzystywali również szpiedzy.

    Agenci w tym przypadku modyfikowali i ponownie budowali cyberprzestępcze narzędzia, tak długo aż przestawały być wykrywane przez jakiekolwiek zabezpieczenia. W innych opisanych wątkach, takich jak włamania do firm obsługujących hotelowe sieci Wi-Fi, udało się przekierować ruch gości na serwery należące do napastników. Zmiany w DNS-ach oraz inne kampanie pozwalały na przejmowanie kont w aplikacji WhatsApp i kradzież wiadomości z popularnych usług.

    Chińscy cyberprzestępcy również aktywni

    Dobrze znana chińska grupa GTG-10007 wykorzystywała Claude’a do koordynacji swoich działań. Automatyzacja poszła bardzo daleko, bowiem narzędzia oparte na sztucznej inteligencji pracowały także w czasie nieobecności operatorów, wykrywając wcześniejsze nieznane błędy w oprogramowaniu do wykrywania włamań. Anthropic przyznaje, że znalezione podatności były następnie testowane w „laboratoriach” przestępców. Później zauważono próby wykorzystania tych samych podatności w atakach na instytucje rządowe na całym świecie.

    Czytaj również: Waszyngton nienawidzi twórcy Claude’a. Kolejny cios dla Anthropica

    Potwierdzone włamania dotyczyły między innymi firmy rozwijającej produkt technologiczny dla sektora edukacji oraz instytucji rządowych w Azji Południowo-Wschodniej. Konta sprawców zostały zablokowane, wzmocniono zabezpieczenia, a ofiary zostały poinformowane o działaniach przestępców. Okazuje się, że długo nie musieliśmy czekać na to, jak przestępcy zaczną wykorzystywać sztuczną inteligencję w swoich działaniach.

    Po wydaniu nowych narzędzi, takich jak Fable i Mythos, hakerzy zdają się iść „all in” w sztuczną inteligencję. Skoro AI może przyspieszyć ich działania oraz rozszerzyć zasięg ich rażenia, to dlaczego mieliby z tego nie skorzystać? Niestety, z tych popularnych systemów będą korzystać również osoby, które nie zamierzają używać ich w dobrych celach, więc musimy być tego świadomi.