Autor: admin

  • Problemy twórców ChatGPT. Użyto Claude’a do zhakowania OpenAI

    Problemy twórców ChatGPT. Użyto Claude’a do zhakowania OpenAI

    Twórcy ChatGPT zorganizowali konkurs na wykrywanie luk. Hakerom wystarczyły 72 godziny, by uzyskać dostęp do kont i poufnych danych.

    Twórcy ChatGPT zostali zhakowani, a do ataku wykorzystano model konkurencji. Zespół białych hakerów z firmy Hackron AI powiadomił, że 25 lipca uzyskał dostęp do wewnętrznego repozytorium kodu OpenAI oraz kont ChatGPT i Codex niektórych pracowników. Zespół hakerski złożył pull request do prywatnego repozytorium OpenAI, co pokazuje, że nawet firmy zajmujące się sztuczną inteligencją nie są bezpieczne przed atakami wykorzystującymi AI.

    OpenAI samo prosiło o błędy. Hakerzy dostarczyli im listę luk

    Analitycy działali w ramach programu bug bounty OpenAI. Zidentyfikowali krytyczne luki, które umożliwiły im przejęcie wewnętrznych narzędzi pracowników oraz dostęp do prywatnych repozytoriów. Łańcuch ataku był skomplikowany: złośliwy obraz HEIF wgrany jako zdjęcie profilowe na forum OpenAI oparte na Discourse, a następnie przepełnienie bufora w przestarzałej bibliotece libheif, które umożliwiło zdalne wykonanie kodu (RCE). Potem nastąpił błąd w mechanizmie SSO OpenAI, co doprowadziło do przejęcia kont ChatGPT oraz Codex, a stąd już prosta droga do GitHuba i wewnętrznego pull requesta.

    W całej tej historii sztuczna inteligencja odegrała kluczową rolę, jednak była to technologia konkurencyjna. Hakerzy wykorzystali model Claude Opus 5 od Anthropic. Wcześniejsze próby z wersją Opus 4.8 zakończyły się niepowodzeniem. Po zidentyfikowaniu niezałatanej biblioteki libheif na forum OpenAI, przekazali modelowi surowe dane serwera i poprosili o napisanie exploita. Claude przeanalizował strukturę pamięci, obliczył, jak wywołać przepełnienie sterty, i wygenerował precyzyjny, uzbrojony kod do stworzenia złośliwego pliku HEIF. Następnie hakerzy tylko wgrali go na forum i dokończyli atak.

    Nie ma jednak ryzyka, że przypadkowy użytkownik z kilkoma tokenami do wykorzystania wejdzie na serwery największych firm. Hakerzy biorący udział w operacji uzyskali dostęp do specjalnej wersji Claude’a z poluzowanymi restrykcjami.

    Czytaj dalej poniżej


    ChatGPT idzie po finanse. Czy jest branża, której nie opanuje?

    Po uzyskaniu dostępu do systemu hakerzy natychmiast zakończyli testy i powiadomili OpenAI oraz Discourse o zidentyfikowanych lukach. Nie badali ani nie pobierali kodu źródłowego OpenAI. Od pierwszego odkrycia do pełnego rozwiązania sprawy minęło 72 godziny. OpenAI naprawiło problem w ciągu 14 godzin od zgłoszenia i wypłaciło 6 500 dolarów nagrody. Discourse również załatało swoją stronę.

  • Delfiny mogą zachowywać się jak szkolni prześladowcy. Odkryto zaskakujący sposób zdobywania pożywienia

    Delfiny mogą zachowywać się jak szkolni prześladowcy. Odkryto zaskakujący sposób zdobywania pożywienia

    Delfin urządza rybom prawdziwy bullying. Zmusza je, żeby same oddały mu obiad

    Delfiny są znane z licznych dziwacznych zachowań, które potrafią zamienić wizerunek słodkiego zwierzaka w obraz prawdziwego drania. Zabawiają się, podrzucając rybki, potrafią celowo irytować inne zwierzęta i czasami wręcz je nękać. Do tej listy niecnych wybryków należy dodać kradzież jedzenia, na wzór amerykańskich filmów o szkolnych łobuzach. Wyjątkowym specem od tego jest pewien delfin o imieniu Bubbles, który od 2017 roku dokucza rybom w południowej części Wielkiej Rafy Koralowej w Australii.

    Bubbles – prawdziwy łobuz, który zmusza ryby do oddania jedzenia

    Delfiny opracowały wiele różnych technik zdobywania pożywienia. Zwykle polują w grupach, otaczając ławice ryb i stopniowo je zagęszczając, aż w końcu chwytają kilka sztuk naraz. Niektóre gatunki nauczyły się formować pierścienie lub ściany z bąbelków, zmuszając ryby do tłoczenia się w jednym miejscu. A co robi Bubbles? Działa w pojedynkę, zmuszając ryby do oddawania mu pożywienia.

    Delfin najpierw skanuje otoczenie za pomocą echolokacji, wybiera konkretną rybę, a następnie rozpoczyna pościg. Nie zabija jednak ofiary – zamiast tego wywiera na niej tak dużą presję, że ryba, będąc w ekstremalnym stresie, zwraca swoją zdobycz. Bubbles połyka wypluty posiłek i ponownie powtarza tę samą czynność. Ta technika zafascynowała badaczy na tyle, że stała się podstawą do badania opublikowanego w czasopiśmie „Ecology and Evolution”.

    Kleptopasożytnictwo – przykład naturalnego bullyingu

    Autorzy badania określają działania Bubblesa jako kleptopasożytnictwo, które polega na odbieraniu pokarmu innym gatunkom, zazwyczaj w agresywny sposób i w wyniku konfrontacji. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że delfin doświadczają jakiś rodzaj niewłaściwej satysfakcji z tego procesu. W jego zachowaniu dostrzega się również element zdrowego nękania, które sięga poza samą chęć zdobycia pożywienia.

    Czytaj dalej poniżej

    Oto "genetyczny ChatGPT". Tak wygląda potężna broń naukowców

    Łatwo jest nam wyobrażać sobie podobne scenariusze i tworzyć analogie do ludzkiego zachowania, jednak badacze przestrzegają przed takimi interpretacjami. To bowiem może prowadzić do antropomorfizacji, czyli przypisywania zachowaniom zwierząt cech typowo ludzkich. Kleptopasożytnictwo występuje również u pszczół, os, niedźwiedzi czy wilków, polega on zwykle na dominacji. Zjawisko to jest jednak rzadko spotykane u zwierząt morskich. Chociaż zarejestrowano przypadki, w których delfiny Risso zmuszały kaszaloty do wymiotów, by spożywać ich resztki, zastosowanie tej techniki w przypadku pojedynczych ataków może być fenomenem.

    Bubbles potrafił powtórzyć ten proces nawet dziesięć razy w ciągu pół godziny, nie zadając rybom żadnych fizycznych obrażeń. Co ciekawe, delfin ten wybiera niemal wyłącznie ryby z gatunku trewal. Badacze zauważyli też, że w trakcie bliskiego podążania za ofiarą, Bubbles wydaje serię kliknięć i tonów o niskiej częstotliwości. Nie wiadomo jednak, czy są one wykorzystywane do lokalizacji odpowiednich ryb, czy mają na celu zwiększenie reakcji stresowej ofiary.

    Autorzy badania podkreślają, że ich obserwacje opierały się jedynie na przypadku Bubblesa, co sprawia, że próba badawcza jest zbyt mała, by wyciągać wnioski dotyczące całego gatunku delfina butlonosego. Niemniej jednak nie można wykluczyć, że podobna strategia występuje u innych osobników – problemem pozostaje trudność w uchwyceniu takich przypadków. W przyszłości pomocne mogą okazać się kamery wideo montowane bezpośrednio na zwierzętach oraz wykorzystanie dronów.

  • Orange dla studentów: szybki światłowód i terabajty danych w telefonie w świetnej cenie

    Orange dla studentów: szybki światłowód i terabajty danych w telefonie w świetnej cenie

    Nowy Rok Akademicki z Orange: Oszczędności dla Studentów

    Z początkiem roku akademickiego nadchodzi czas planowania wydatków w ograniczonym budżecie studenckim. W odpowiedzi na tę potrzebę, operator sieci Orange przygotował dwie oferty skierowane szczególnie do powracających na uczelnie studentów. Zgodnie z preferencjami użytkowników: wiele opcji, elastyczność oraz atrakcyjna cena.

    Choć od czasu moich studiów minęło już wiele lat, przełom września i października wciąż przywołuje wspomnienia z tamtych czasów. Jednym z wyzwań, z jakimi musiałem się wówczas zmierzyć, było zapewnienie sobie dostępu do internetu, zwłaszcza podczas przeprowadzki do nowego mieszkania. Podobnie wyglądała kwestia telefonu, za który co miesiąc trzeba było płacić, niezależnie od tego, czy korzystało się z oferty na kartę, czy abonamentowej.

    Od tego czasu wiele się zmieniło. Choć nadal ponosimy koszty za usługi telekomunikacyjne, są one znacznie niższe w porównaniu z czasami studenckimi. Przeliczając je na dzisiejsze zarobki, różnica jest jeszcze bardziej zauważalna. Dodatkowo, jakość oferowanych usług przez operatorów znacząco wzrosła. W erze moich studiów dostęp do internetu oferowanego przez dostawców telewizji kablowej był luksusem. Brak kabla w mieszkaniu oznaczał skorzystanie z mobilnego internetu o znacznie gorszych parametrach.

    Dziś jakość i dostępność usług telekomunikacyjnych jest znacznie lepsza,i studenci mają w czym wybierać. Operator sieci Orange dostrzegł tę potrzebę i przygotował dedykowane oferty dla społeczności akademickiej. Jedna z nich dotyczy światłowodu, co jest niezwykle istotne dla studenckiego życia, podczas gdy druga skupia się na popularnej ofercie Orange Flex, znanej z korzystnego stosunku jakości do ceny. Oferta ta, w wersji studenckiej, jest jeszcze bardziej atrakcyjna.

    Planujesz rozpoczęcie studiów lub powrót do akademickiej rzeczywistości? Sprawdź, co Orange przygotował dla Ciebie. Możliwe, że pozwoli Ci to zaoszczędzić kilkadziesiąt złotych miesięcznie.

    Czytaj dalej poniżej


    iPhone 18 Pro w Orange. Znamy ceny

    Światłowód od Orange specjalnie dla studentów: Atrakcyjna cena, różne prędkości, elastyczna umowa

    Oferta internetowa przygotowana przez Orange dla studentów nie zawiera żadnych istotnych wad. Na początek … nie ponosimy żadnych kosztów. Aktywacja oraz pierwszy miesiąc abonamentu są bezpłatne. To doskonała okazja, by sprawdzić działanie światłowodu i dostosować prędkość do własnych potrzeb — w każdej chwili możemy ją zmienić. Co zaproponowano dalej? Szybko i tanio! Za prędkość do 300 Mb/s zapłacimy jedynie 49,99 zł miesięcznie. Ta cena obowiązuje od 2. do 12. miesiąca, a umowa jest bezterminowa, co oznacza możliwość rezygnacji w dowolnym momencie bez żadnych kar. To istotne, zwłaszcza jeśli nie pobędziemy w danym mieszkaniu dłużej niż 10 miesięcy w trakcie roku akademickiego.

    Oczywiście 300 Mb/s to nie jedyna opcja dla studentów. W razie potrzeby można skorzystać z prędkości: 600 Mb/s, 1 Gb/s lub 2 Gb/s, wystarczy jedynie dopłacić 10, 20 lub 30 zł miesięcznie do ceny opcji do 300 Mb/s.

    Aby ułatwić wybór, prezentujemy szczegółową tabelę:

    Prędkość światłowodu do 300 Mb/s do 600 Mb/s do 1 Gb/s do 2 Gb/s
    Umowa bezterminowa, korzystaj jak długo chcesz
    Aktywacja 0 złotych
    Abonament w 1. miesiącu (z rabatami) 0 złotych
    Abonament od 2. do 12. miesiąca (z rabatami) 49,99 zł/mies. 59,99 zł/mies. 69,99 zł/mies. 79,99 zł/mies.

    Od 13. miesiąca obowiązują standardowe stawki, a od pierwszego miesiąca doliczana jest opłata za wynajem modemu.

    Dzięki ofercie Orange studenci mogą cieszyć się szybkim i stabilnym światłowodem w przystępnej cenie, co ma ogromne znaczenie. Ponadto istnieje możliwość rezygnacji w każdej chwili. Więcej informacji na temat dostępności oferty oraz szczegółów można znaleźć na stronie internetowej Orange.

    To jednak nie wszystko. Kolejna oferta dotyczy telefonu – Orange Flex z dodatkowymi gigabajtami. Oto, co warto wiedzieć.

    Orange Flex z turbodoładowaniem dla studentów

    Na łamach Antyweb regularnie opisujemy, jak atrakcyjna jest oferta subskrypcyjna Orange Flex. Dla tych, którzy jeszcze jej nie znają, szybkie wprowadzenie: Orange Flex jest subskrypcją, co oznacza brak konieczności podpisywania umowy na czas określony — można zrezygnować w każdej chwili. Do wyboru mamy trzy plany: 75 GB za 35 zł, 150 GB za 50 zł i nielimitowany internet za 80 zł. W zależności od wybranego planu można również bezpłatnie dodać jedną, dwie lub trzy dodatkowe karty SIM/eSIM, co pozwala na korzystanie z pakietu na różnych urządzeniach, takich jak smartwatch, tablet, laptop czy mobilny router. Dodatkowo, studenci mogą liczyć na wyjątkowe bonusy.

    Po weryfikacji statusu studenta na platformie Uniperks można otrzymać nawet 1 TB internetu miesięcznie przez pół roku, co daje łącznie 6 TB za darmo. Co więcej, nowi użytkownicy Orange Flex przez pierwsze 3 miesiące nie zapłacą ani złotówki za korzystanie z usługi. Wystarczy użyć kodu dostępnego na platformie Uniperks. Planujesz wyjazd za granicę? Do końca 2026 roku studenci mogą korzystać z pakietów internetu w roamingu UE w ramach Orange Flex Travel z rabatem sięgającym 25%.

    Oferta studencka Orange Flex jest dostępna zarówno dla osób, które przenoszą numer od innego operatora, jak i dla tych, którzy potrzebują nowego numeru.

    Więcej pieniędzy w kieszeni, szybki internet w mieszkaniu oraz duża liczba gigabajtów w smartfonie — tak można podsumować nowy rok akademicki z Orange. Warto skorzystać!

    Materiał opracowany we współpracy z operatorem sieci Orange

  • Lidl zaszalał. Mocne przeceny na uwielbiany sprzęt Parkside

    Lidl zaszalał. Mocne przeceny na uwielbiany sprzęt Parkside

    Lidl wprowadza kolejną serię promocji na elektronarzędzia marki Parkside. Tym razem zakupy można zrobić online, odwiedzając stronę lidl.pl.


    Lidl zauważył, że wrzesień to idealny czas na zakupy do warsztatu i ogrodu. Na stronie Lidl.pl pojawiła się szeroka oferta przecenionych narzędzi Parkside, zarówno elektronarzędzi zasilanych sieciowo, jak i akumulatorowych. W wielu przypadkach obniżki cen są naprawdę atrakcyjne.

    Promocje na sprzęt Parkside w sklepie internetowym Lidla

    Jednym z dobrze ocenianych produktów jest młotowiertarka udarowa o mocy 1550 W, której cena została obniżona o 100 zł do 219 zł. Urządzenie oferuje trzy tryby pracy: wiercenie bez udaru, wiercenie udarowe i dłutowanie. Maksymalna siła udaru wynosi 5 J, a uchwyt SDS-Plus ułatwia szybką wymianę osprzętu. Tańsze są również akumulatory Parkside. Model PAP 204 A1 o pojemności 4 Ah kosztuje teraz 99 zł, w porównaniu do wcześniejszej ceny 119 zł. Jeszcze bardziej atrakcyjne jest zestawienie akumulatora PAP 202 A1 z ładowarką PLG 20 C1, którego cena spadła z 99 zł do 79 zł.

    Lidl obniżył także cenę szlifierki kątowej PWS 230 F6. Zamiast 209 zł, teraz cena wynosi 167 zł. Szlifierka sprawdzi się doskonale w cięciu i szlifowaniu metalu oraz płytek. Urządzenie wyposażono w aluminiową obudowę przekładni, regulowaną osłonę 2 w 1 oraz blokadę wrzeciona, co ułatwia wymianę narzędzi.

    W ofercie znajdą się także propozycje dla miłośników prac ogrodowych. Akumulatorowe nożyce teleskopowe do żywopłotu PATHS 20 A1 są teraz dostępne za 179 zł zamiast 249 zł. Urządzenie pozwala na pracę na wysokości do około 4 m, a teleskopowa rura może być regulowana w zakresie 43 cm. Głowicę można ustawić w 11 pozycjach, od -60 do 90 stopni. Należy jednak pamiętać, że akumulator i ładowarka nie są częścią zestawu. Również akumulatorowa podkrzesywarka PAHE E6 została przeceniona na 179 zł zamiast 249 zł. Model ten umożliwia cięcie gałęzi na wysokości do 2,7 m i radzi sobie z konarami o grubości do 20 cm.

    Czytaj dalej poniżej


    Mocne promocje na sprzęt Parkside w Lidlu ale tylko dziś

    Dla bardziej wymagających prac przeznaczony jest młot wyburzeniowy PAH 1300 C3. Jego cena została obniżona z 249 zł do 219 zł. Sprzęt ten jest wyposażony w system SDS-Max, regulowany uchwyt dodatkowy oraz system tłumienia wibracji.

  • Tej alternatywy dla Microsoft Office pewnie nie znasz. A powinieneś poznać

    Tej alternatywy dla Microsoft Office pewnie nie znasz. A powinieneś poznać

    Euro-Office, dotychczas pakiet biurowy dostępny jedynie w przeglądarce, wkrótce zyska dedykowane aplikacje. Nextcloud zapowiedział osobny program dla komputerów, który umożliwi lokalną pracę z dokumentami oraz współpracę poprzez serwery Nextcloud. Zdecydowanie warto go poznać.

    Euro-Office to otwartoźródłowy pakiet biurowy przeznaczony do tworzenia i wspólnej edycji dokumentów. W jego portfolio znajdują się edytory tekstów, arkuszy kalkulacyjnych, prezentacji oraz plików PDF, rozwijany przez europejską koalicję firm i organizacji, w tym Nextcloud, IONOS, Open-Xchange oraz Office.eu. Projekt jest stosunkowo nowy, jego rozpoczęcie ogłoszono w I kwartale 2026 roku, a już w czerwcu stał się jedną z technologii dostępnych w Nextcloud Office obok Collabora Online. Do tej pory korzystanie z Euro-Office było głównie możliwe przez przeglądarkę, co ograniczało jego rolę jako zamiennika tradycyjnych pakietów biurowych, takich jak Microsoft Office czy LibreOffice.

    Euro-Office trafi na Windowsa, Linuxa i macOS

    Z dedykowanymi aplikacjami użytkownicy będą mogli edytować pliki bezpośrednio na komputerze, a następnie zapisywać je lokalnie lub na serwerach Nextcloud. Praca na plikach powinna przypominać to, co znamy z klasycznych pakietów biurowych. Aby umożliwić wspólną edycję jednego dokumentu, wystarczy otworzyć go w aplikacji i rozpocząć sesję z wykorzystaniem serwerów Nextclouda.

    W przygotowaniu są wersje dla systemów Windows x64 oraz Arm64, a także dla Linuksa na te same architektury. W przypadku macOS wybór jest ograniczony ze względu na brak wsparcia dla układów Intel w nowszych wersjach systemu; pozostają tylko komputery z układami Apple Silicon w architekturze Arm64. Premiera ma odbyć się w ciągu kilku najbliższych tygodni, ale konkretny termin nie jest jeszcze znany.

    Czytaj dalej poniżej


    Nowe przepisy o AI już działają w Unii Europejskiej. Sprawdź, co zmieni się dla Ciebie

    Wyjście poza przeglądarkę jako krok w dobrym kierunku

    Są ludzie, którzy z różnych względów nie chcą wykonywać pracy biurowej wyłącznie w przeglądarkach. Taka decyzja może znacząco poszerzyć potencjalną grupę odbiorców pakietu, zwłaszcza wśród osób mniej zaznajomionych z technologią, które są przyzwyczajone do klikania w ikony aplikacji. W kontekście prezentacji Euro-Office jako elementu europejskiej suwerenności cyfrowej, powstanie własnych aplikacji było nieuniknione.

    Co istotne, Euro-Office można również uruchomić na prywatnym serwerze lub w chmurze u wybranego dostawcy, co pozwala na pełną kontrolę nad danymi. Jednak aby wspólnie edytować pliki, program będzie musiał być połączony z instancją Nextclouda, nawet gdy plik jest zapisywany lokalnie. Cały projekt Euro-Office powstał w kontekście krytyki sytuacji Europy na rynku technologicznym, gdzie mamy stosunkowo niewiele własnych, czołowych rozwiązań. Większość narzędzi, z których korzystamy, to produkty amerykańskie, co budzi obawy twórców projektu.

    Dwa kontrowersje związane z europejskim projektem

    Euro-Office wywodzi się z kodu OnlyOffice. Niedługo po ogłoszeniu jego powstania pojawił się głośny konflikt dotyczący licencji w środowisku open-source. Twórcy OnlyOffice oskarżyli projekt o naruszenie warunków AGPLv3 w związku z usunięciem niektórych zapisów związanych z oryginalnym brandingiem. Druga strona uznała te wymagania za nieobowiązujące i kontynuowała rozwój swojego forka.

    Interesującym zwrotem akcji jest także fakt, że zastrzeżenia zgłosiła The Document Foundation, organizacja stojąca za popularnym LibreOffice. Krytyka ich dotyczy głównie domyślnego korzystania przez Euro-Office z formatów OOXML, znanych z Worda, Excela i PowerPointa, zamiast otwartego formatu ODF. Pełna zgodność z pakietem Microsoft Office to niewątpliwy atut, gdyż LibreOffice ma z tym często problemy, ale powoduje również, że Euro-Office staje się częściowo zależny od formatu wywodzącego się z ekosystemu Microsoftu.

    Czytaj również: Edytory tekstu na Linuksie: świat nie kończy się na LibreOffice

    Pojawia się więc paradox: Euro-Office ma być elementem europejskiej emancypacji technologicznej, ale jednocześnie jest zależny od największych graczy na rynku poprzez wykorzystanie najbardziej kompatybilnego z popularnym formatem zapisu. Czy jest to dobre czy złe? Dla użytkowników to pozytywna wiadomość, ponieważ nie będą musieli się martwić, że pliki zapisane w Office’ie nie będą działać w Euro-Office. Co do przyszłości projektu, wiele będzie zależało od postawy Microsoftu wobec konkurencji.

  • Szokująca luka w Spotify. Oszuści zarabiają fortunę

    Szokująca luka w Spotify. Oszuści zarabiają fortunę

    Spotify jest zalewane muzyką generowaną przez sztuczną inteligencję, która trafia na profile prawdziwych artystów. Co gorsza, oszuści zyskują na tym finansowo.

    Wyobraźcie sobie, że sztuczna inteligencja tworzy produkt, który jest łudząco podobny do znanej marki, a następnie umieszczacie go na półkach autoryzowanego sklepu danego producenta i… oczekujecie zysków, ponieważ wasza fałszywka jest monetyzowana na równi z oryginałami. Brzmi absurdalnie? Taki proceder ma miejsce na Spotify…

    fath; unsplash

    Podmianka na Spotify. Fałszywe utwory przejmują profile

    Na pewno macie swoich ulubionych artystów, których śledzicie na platformach streamingowych, takich jak Spotify. Wyobraźcie sobie, że wchodząc do aplikacji, otrzymujecie informację o nowym singlu od waszego ulubionego artysty. Pełni ekscytacji klikacie w okładkę, uruchamiacie piosenkę, a waszym uszom ukazuje się… dziwny, sztuczny bełkot stworzony przez AI, który nijak ma się do znanej twórczości zespołu czy wokalistki. Sam artysta prawdopodobnie nie wiedziałby o istnieniu tej piosenki, ponieważ najpewniej nie ma z nią nic wspólnego – to nowy problem, który zalewa Spotify i jednocześnie krzywdzi prawdziwych artystów.

    Na czym to dokładnie polega? Okazuje się, że sprytni oszuści znaleźli nowy sposób na nieuczciwe zarabianie pieniędzy. Z pomocą przychodzi sztuczna inteligencja oraz mało skrupulatne mechanizmy platform streamingowych. Dziennikarskie śledztwo serwisu 404 Media ujawniło poważną, systemową lukę w cyfrowej dystrybucji muzyki, która umożliwia łatwy dostęp do katalogów znanych twórców na Spotify, Apple Music i innych platformach. Co istotne, nie są wymagane żadne umiejętności hakerskie – wystarczy wykorzystać tę lukę.

    Pierwszym krokiem jest skorzystanie z generatora muzyki AI, takiego jak popularne Suno. Przygotowujemy odpowiedni prompt, czekamy na wygenerowanie utworu i pobieramy go. Musimy również stworzyć okładkę, którą można równie dobrze wygenerować w narzędziu AI (np. od Google lub innej firmy). Następnym krokiem jest znalezienie dystrybutora. Aby opublikować swoją muzykę na Spotify i innych platformach, nie musimy podpisywać umowy z wytwórnią – rynek obfituje w dostawców, którzy już za kilka dolarów miesięcznie pomogą opublikować naszą muzykę na popularnych platformach. Wśród nich warto wymienić Distrokid, LANDR czy EmuBands – osobiście korzystam z tego ostatniego i wiem, jak prosty jest ten proces. W „śledztwie” użyto Distrokid, który za miesięczną subskrypcję pobrał mniej niż 4 dolary.

    Czytaj dalej poniżej


    Spotify z dobrą zmianą. Nie trzeba będzie Premium, by skorzystać

    Kradną profile na Spotify. Wystarczy 5 minut

    Po zarejestrowaniu się u cyfrowego dystrybutora tworzy się nowe wydawnictwo. Wgrywamy plik z muzyką, dodajemy okładkę i uzupełniamy resztę informacji, jak tytuł. Co istotne, oszuści jako wykonawcę podają… istniejącego już artystę, który oczywiście nie ma nic wspólnego z daną piosenką. Wówczas pojawi się komunikat „Znaleźliśmy profil XXX na Spotify i Apple Music. Czy to Ty?” – wystarczy potwierdzić, aby dokonać dystrybucji wygenerowanej muzyki w katalogu znanego artysty.

    Teraz najciekawszy fragment – wyobraźcie sobie, że wygenerowana przez was piosenka trafia na profil artysty, który ma kilkaset tysięcy słuchaczy miesięcznie. Wśród nich znajduje się wiele tysięcy osób, które regularnie śledzą jego twórczość, otrzymują powiadomienia o premierach i odwiedzają profil w poszukiwaniu nowych utworów. To daje nam ekspozycję na tysiące, jeśli nie miliony potencjalnych słuchaczy. Samo opublikowanie muzyki na anonimowym profilu nie przyniesie nam wielu odtworzeń, ale połączenie się z popularnym artystą może sprawić, że nasz utwór zyska niespotykaną popularność i trafi w ręce wielu ludzi. Cały proceder ma oczywiście charakter oszukańczy, ale to nie zmienia faktu, że strumień odtworzeń w takich okolicznościach może dosłownie przynosić zyski – a koszty całego przedsięwzięcia są znikome. Warto zauważyć, że tantiemy za tę piosenkę trafią nie do artysty, który posiada profil, lecz do osoby, która wrzuciła dany utwór – czyli do oszusta.

    Nie bez powodu wspomniałem o artystach z setkami tysięcy a nie milionami słuchaczy – największe gwiazdy posiadają armie prawników, którzy chronią ich przed podobnymi incydentami, w przeciwieństwie do artystów na niższych szczeblach, którzy mogą osiągnąć tylko dziesiątki lub setki tysięcy odtworzeń, pozostając w pewnym sensie w undergroundzie, bez akceptowalnej ochrony prawnej i wsparcia ze strony dużych wytwórni. Mają już kuszącą popularność, ale brakuje im skutecznych narzędzi do obrony przed AI. A takich wygenerowanych utworów na Spotify może się pojawić nawet 50 000 dziennie…

    To szokujące, że zaawansowane platformy pozwalają na tak dziurawą weryfikację zawartości, która może trafić na profile znanych artystów. To nie kwestia pojedynczych niedociągnięć – ta weryfikacja w praktyce nie istnieje. Nadszedł czas, aby zająć się dbałością o jakość w streamingu, gdyż w przeciwnym razie obudzimy się w rzeczywistości, w której prawdziwe profile będą zalewane nieprawdziwą muzyką, zyskującą na popularności kosztem tych, którzy powinni na niej zarabiać – a my nadal będziemy zmuszeni płacić za subskrypcję.

  • Te konsole z lat 2000 są dziś warte fortunę. Sprawdź, czy je masz

    Te konsole z lat 2000 są dziś warte fortunę. Sprawdź, czy je masz

    Stare konsole, które jeszcze niedawno kurzyły się na strychach i w piwnicach, obecnie stały się przedmiotami kolekcjonerskimi. Niektóre wersje i edycje osiągają dziś ceny wielokrotnie wyższe niż w dniu premiery.

    Pamiętacie jeszcze konsole PlayStation 2, pierwszego Xboksa czy GameCube’a od Nintendo? Lata 2000 to dla graczy jeden z najważniejszych okresów, przepełnionych fantastycznym sprzętem i premierami gier, które wciąż potrafią dawać radość – nawet po latach. Wiele serii, które na rynku pojawiły się w tamtym czasie, nadal jest rozwijanych. Choć graficznie te tytuły mogą dziś ustępować współczesnym grom, w niektórych przypadkach wciąż przewyższają je pod względem opowiadanej historii czy mechaniki.

    Kto miał w tamtych czasach swoją konsolę, powinien teraz zbadać nie tylko, czy urządzenie działa, ale przede wszystkim sprawdzić jego dokładną wersję, kolor obudowy oraz zawartość zestawu. Jeśli brak wam nostalgii i myślicie o pozbyciu się sprzętu zalegającego na strychu lub w piwnicy, można na tym sporo zarobić. W przypadku standardowych modeli może nie chodzić o fortunę, ale wciąż da się otrzymać przyzwoite pieniądze. Sprawny, standardowy Xbox z 2001 roku wyceniany jest na rynkach europejskich na około 70-150 euro, co przekłada się na około 300-650 zł. Podobnie sytuacja prezentuje się w przypadku konsoli Dreamcast od Segi. GameCube może osiągać nawet około 150 euro (czyli około 650 zł), a kompletny zestaw z pudełkiem i instrukcjami warty jest około 300 euro (około 1300 zł). Zaskakująco, PlayStation 2, które trafiło do sprzedaży w 2000 roku i do dziś pozostaje najlepiej sprzedającą się konsolą na świecie, jest obecnie warte mniej – można je sprzedać za około 80-100 euro, co nie przekracza 500 zł.

    Raj dla graczy. Te konsole wciąż cieszą się popularnością

    Zdecydowanie inaczej wygląda sytuacja z limitowanymi wersjami konsol. Dobrym przykładem jest PlayStation 2 European Automobile Color Collection. Sony stworzyło specjalną wersję urządzenia z okazji sprzedaży 20 milionów egzemplarzy. Kolekcja zawierała konsole w pięciu kolorach, z których każda powstała w zaledwie 2000 egzemplarzach. Według aktualnych danych PriceCharting biała wersja (Snow White) wyceniana jest na około 1700 dolarów bez pudełka (niecałe 6500 zł) oraz na ponad 3800 dolarów w komplecie (około 14 tys. zł). W przypadku nieużywanego egzemplarza wycena przekracza 9200 dolarów (około 35 tys. zł).

    Ciekawym przykładem jest także Panasonic Q, czyli nietypowa wersja GameCube’a przeznaczona na rynek japoński, połączona z odtwarzaczem DVD. W 2026 roku działające egzemplarze regularnie sprzedawały się za około 1000-2200 dolarów (około 3800-8300 zł). PriceCharting informuje, że za „nowy egzemplarz” trzeba zapłacić ponad 4500 dolarów (około 17 tys. zł).

    Sporo może być wart również pierwszy Xbox w specjalnych edycjach. Zielona edycja Mountain Dew z 2004 roku osiąga obecnie około 750 dolarów bez pudełka (około 2800 zł) oraz ponad 1200 dolarów za pełny komplet (około 4500 zł). Fabrycznie nowy egzemplarz jest wyceniany na jeszcze więcej, bo 2200 dolarów (około 8300 zł). Xbox Halo Special Edition w ostatnich miesiącach sprzedawał się zazwyczaj za 400-550 dolarów (około 1500-2000 zł), podczas gdy zaplombowane sztuki osiągały nawet kilka tysięcy dolarów.

    Dlatego przed wystawieniem starej konsoli na sprzedaż warto dokładnie sprawdzić konkretny model, region, kolor, a także to, czy posiadamy oryginalne pudełko, instrukcje oraz akcesoria. Im więcej zachowanych w dobrym stanie elementów, tym większa szansa na uzyskanie wyższej ceny sprzedaży.

  • Ten OLED zmiażdży konkurencję. Takiego ekranu nie było

    Ten OLED zmiażdży konkurencję. Takiego ekranu nie było

    Samsung stworzył ekran o jasności 10 000 nitów. Jednak kluczowa jest jego bateria.

    Rywalizacja w zakresie technologii ekranów i wyświetlaczy OLED weszła na nowy, niespotykany przedtem poziom. Samsung zaprezentował właśnie nowy ekran, który osiąga maksymalną jasność wynoszącą aż 10 000 nitów. Zapowiada się na produkt, który nie tylko zachwyca wzrok, ale również pobudza wyobraźnię.

    Samsung – zdjęcie poglądowe

    Ekran o jasności 10 000 nitów od Samsunga. Prawdziwa rewolucja?

    Samsung Display oficjalnie przedstawił nową generację paneli, oznaczoną jako M16 OLED. Najbardziej zaskakującą informacją jest to, że ekran może osiągać nawet 10 000 nitów jasności – wartość dotychczas niespotykana. Mimo że wzbudza to wielkie emocje, warto uspokoić entuzjasta, ponieważ taki poziom luminacji dotyczy krótkich impulsów i to jedynie w niewielkich fragmentach matrycy, stanowiących około 1% powierzchni obrazu HDR. W przypadku stale wyświetlanego obrazu, nowy panel Samsunga utrzymuje stabilne 2 800 nitów – co i tak jest znakomitym wynikiem, gwarantującym komfortowe oglądanie w pełnym słońcu. Ale skąd ta początkowa ekscytacja i po co nam te 10 000 nitów?

    Kluczowe są innowacje wewnętrzne, czyli technologia stojąca za M16 OLED od Samsunga. To rozwiązanie drugiej generacji, które nie korzysta z tradycyjnego polaryzatora (polarizer-free OLED). Zamiast grubej warstwy blokującej światło, filtry barwne zostały naniesione bezpośrednio na strukturę diod (tzw. On-Cell Film). Dzięki temu ekran może emitować światło znacznie efektywniej, co przekłada się na jasny i wyraźny obraz przy mniejszym zużyciu energii. W tym przypadku oszczędność energii wynosi aż 30% w porównaniu do wcześniejszej generacji oznaczonej jako M14.

    I to jest najlepsza wiadomość z tej nowinki, ponieważ nowe ekrany pojawią się nie tylko w telewizorach, ale także w urządzeniach mobilnych. W przypadku smartfonów, gdzie standardowa jasność wyniesie 800-1000 nitów, bateria będzie działać znacznie dłużej dzięki mniejszemu zużyciu energii, co jest związane z zastosowaniem nowego ekranu OLED. Należy jednak zauważyć, że nieprędko zobaczymy te panele w telefonach Samsunga. Pierwszym urządzeniem, które w pełni wykorzysta możliwości M16 (czyli rozdzielczość 2K, 165 Hz i oszczędność energii) będzie chiński Vivo iQOO 16. Technologia ta ma pojawić się w flagowych modelach Samsunga wraz z premierą serii Galaxy S27, a ponoć z materiałów luminescencyjnych rodziny M16 korzystać będą także tegoroczne modele iPhone’ów 18 Pro, Pro Max i Duo.

    Czytaj dalej poniżej


    Fantastyczna aktualizacja Samsungów. Smartfony z turbodoładowaniem

    OLED jeszcze nas wszystkich przeżyje

    Podejrzewam, że to by było na tyle, jeśli chodzi o „koniec” tradycyjnych ekranów OLED i przejście na przykład na microLED. Samsung udowodnił, że potrafi prawie podwoić maksymalną jasność, osiągając jednocześnie doskonałe parametry dla ekranów smartfonów, przy jednoczesnym zmniejszeniu zapotrzebowania na energię. Właśnie zużycie energii jest jedną z największych bolączek współczesnych telefonów, które wciąż czekają na rewolucję w obszarze akumulatorów. Skoro te nie potrafią zapewnić dwóch lub trzech dni komfortowego użytkowania w przypadku mocnych flagowców, może chociaż energooszczędny ekran pozwoli na dłuższe korzystanie z urządzeń bez potrzeby podłączania ładowarki. Oczywiście, to nie rewolucja, na którą wielu czekało, ale i tak jest to krok w dobrą stronę. Pozostaje mieć nadzieję, że zużycie energii w przyszłości będzie malało przy zachowaniu funkcjonalności urządzeń.

  • Jestem gotowy porzucić smartfon dla tego jednego sprzętu

    Jestem gotowy porzucić smartfon dla tego jednego sprzętu

    Są chwile, gdy standardowy smartfon przestaje spełniać nasze oczekiwania. Nie chodzi jedynie o jakość aparatu, cyfrowy zoom czy dodatkowe tryby fotograficzne. Tuż obok nich pojawia się potrzeba uchwycenia dalekich obiektów lub zwierząt na skraju polany. Oczywiście, istnieją modele smartfonów, które wspierają telekonwertery, a ja także zabrałem ze sobą jeden z takich modeli. Tym razem jednak chciałem skupić się na testowanym obiektywie Sony FE 100-400 mm f/5.6-8 OSS. To narzędzie, które pozwala odłożyć smartfon i sięgnąć po aparat, nieco łatwiejszy niż profesjonalne, ciężkie zestawy.

    Sony FE 100-400 mm f/5.6-8 OSS – test obiektywu

    To pełnoklatkowy telezoom z mocowaniem Sony E, którego cena wynosi 3999 zł. Nie udaje, że jest jasnym obiektywem sportowym ani nie stara się konkurować ze znacznie droższymi modelami z serii GM, co łatwo zauważyć po jego wyglądzie, rozmiarze i wadze. Jego zamysłem było zaoferowanie dużego zasięgu, dobrej jakości obrazu oraz niewielkiej masy w cenie, która nie wymaga… sprzedaży samochodu. Największe wrażenie robi właśnie waga. Sony FE 100-400 mm waży tylko 654 gramy, co jest zbliżone do wielu standardowych telezoomów o dużo mniejszym zasięgu. Przy ogniskowej 400 mm jest to wyjątkowo praktyczne. Można zabrać aparat na dłuższy spacer, wycieczkę czy wielogodzinne fotografowanie przyrody, nie mając poczucia, że plecak jest wypchany sprzętem wymagającym monopodu.

    Kompaktowość, ale nie małość

    Na pełnej klatce zakres 100–400 mm umożliwia uchwycenie większych fragmentów sceny, jak i szybką zmianę na ciasny kadr. W aparatach z matrycą APS-C zasięg odpowiada mniej więcej 150–600 mm. To bardzo praktyczne wartości, które pozwalają fotografować odległe ptaki, samoloty, zwierzęta czy wydarzenia sportowe z dużym komfortem, w porównaniu z typowym zoomem kitowym. Kompaktowość nie oznacza jednak, że mamy do czynienia z kieszonkową konstrukcją. Tubus obiektywu wysuwa się podczas zmiany ogniskowej, a cały zakres można pokonać jednym płynnym ruchem. To wygodne w terenie, ale wymaga przyzwyczajenia, szczególnie przy ustawieniu obiektywu na 400 mm, co wyraźnie zwiększa jego długość. Producent zastosował blokadę zooma, która zapobiega samoczynnemu wysuwaniu się tubusu podczas transportu.

    Obudowa wykonana jest z tworzywa sztucznego, które nie sprawia wrażenia przypadkowo odchudzonego. Konstrukcja została uszczelniona przed kurzem i zachlapaniami, co pozwala na pracę w warunkach, gdzie tańszy model mógłby się poddać. Do dyspozycji są również przełączniki: limiter ostrości, stabilizacja OSS, przycisk blokady ostrości i blokada ogniskowej. W przypadku tańszego teleobiektywu obawy koncentrują się na jakości obrazu. Duży zakres ogniskowych i niska masa często wiążą się z kompromisami widocznymi w centrum kadru. Tutaj jednak Sony pozytywnie zaskakuje. Ostrość w centrum pozostaje bardzo wysoka na całym zakresie, osiągając najlepsze wyniki przy 400 mm.

    Czytaj dalej poniżej

    Takich filmów i zdjęć nie zrobi żaden smartfon. Sony właśnie pokazało, dlaczego telefon nie wystarczy

    To kluczowe, ponieważ właśnie na długim końcu ten obiektyw będzie używany najczęściej. Gdy fotografujemy ptaka, samolot czy sportowca, zazwyczaj zależy nam na wyraźnym detalu, a nie na szerokim otoczeniu. Sony FE 100-400 mm doskonale utrzymuje detale, zbliżając się pod względem centralnej ostrości do znacznie droższych modeli z serii GM.

    Brzegi kadru również nie rozczarowują, chociaż wymagają bardziej precyzyjnego badania. Przy 100 mm spadek ostrości w narożnikach staje się zauważalny głównie przy fotografowaniu z bardzo małej odległości. W typowych ujęciach krajobrazowych, architektonicznych czy podróżniczych nie jest to problem, który mógłby skłonić do rezygnacji z zakupu. Przy 400 mm centrum pozostaje bardzo dobre, a jakiekolwiek osłabienie jakości w skrajnych narożnikach jest niewielkie i akceptowalne. Dystorsja, winietowanie i aberracja chromatyczna są dobrze kontrolowane, również dzięki profilom korekcyjnym, które są zapisane w aparacie i oprogramowaniu. To przykład sytuacji, w której współczesny obiektyw nie musi eliminować każdego problemu optycznego w sposób absolutny, jeśli jego cechy zostały w odpowiedni sposób wzięte pod uwagę przez korpus aparatu.

    Na co zwrócić uwagę? Nazwa podpowiada

    Największy kompromis został zawarty w nazwie obiektywu. Sony FE 100-400 mm zaczyna od f/5.6, ale szybko przechodzi do f/8. Już w okolicach 205 mm przysłona otwiera się do f/8, dlatego przez większość zakresu należy traktować go jako obiektyw o jasności f/8. W dobrym świetle nie stanowi to poważnej przeszkody. W słoneczny dzień można utrzymać rozsądne czasy migawki i fotografować bez drastycznego podnoszenia czułości. Problem pojawia się jednak po zmroku, w lesie lub podczas szybkich wydarzeń w gorszych warunkach atmosferycznych. W takich okolicznościach aparat może wymagać ISO 6400–12800, co oznacza więcej szumu w zdjęciach i mniejszy margines przy późniejszej obróbce.

    Dlatego ten obiektyw nie jest oczywistym wyborem dla kogoś, kto regularnie fotografuje wczesnym rankiem lub późnym wieczorem. Nie zastąpi jasnego 400 mm ani profesjonalnego zoomu o szerszej przysłonie. Jego zadaniem jest umożliwienie fotografowania przyrody, podróży i sportu, gdy warunki oświetleniowe są wystarczające, a mobilność jest ważniejsza od maksymalnej jasności. Stabilizacja optyczna OSS częściowo niweluje ten problem, ułatwiając utrzymanie stabilnego kadru przy 400 mm, a także współpracując z matrycą stabilizacyjną w aparatach Sony. Nie zatrzyma jednak ruchu zwierzęcia ani zawodnika. Aby to osiągnąć, wciąż potrzebne są odpowiednio krótkie czasy migawki, co wiąże się z wyższym ISO.

    Drugim dużym atutem są dwa silniki liniowe. Autofokus działa szybko, cicho i precyzyjnie, a w dynamicznych sytuacjach jego wydajność nie odbiega od tego, co można oczekiwać od droższych obiektywów Sony GM. Podczas fotografowania obiektów w ruchu, biegających zwierząt czy wydarzeń sportowych różnica pomiędzy klasą amatorską a profesjonalną nie jest tak oczywista, jak sugerowałaby cena. Oczywiście wiele zależy od aparatu, ustawień i kontrastów w scenie. W bardzo ciemnych warunkach ograniczeniem często staje się przysłona f/8, a nie sam mechanizm autofokusa. Gdy na matrycę dociera niewiele światła, każdy system AF ma trudniejsze zadanie. W normalnych warunkach obiektyw reaguje jednak szybko i nie wymaga ciągłego poprawiania ostrości. Ciekawym dodatkiem jest minimalna odległość ostrzenia wynosząca 86 cm przy 400 mm. Maksymalne powiększenie 0,41x nie czyni z tego obiektywu typowego makro, ale pozwala na fotografowanie kwiatów, owadów i szczegółów z dużej odległości. To praktyczne pseudo-makro, szczególnie gdy bliższe podejście mogłoby spłoszyć fotografowany obiekt.

    Rozmycie tła zależy od warunków. Z bliska obiektyw doskonale odseparowuje główny motyw, szczególnie przy 400 mm. Jednak gdy fotografowany obiekt znajduje się daleko, a tło zbliża się do niego, przy f/8 rozmycie może stać się mniej zauważalne i mniej atrakcyjne. Nie należy oczekiwać typowego bokeh znanego z jasnych teleobiektywów stałoogniskowych.

    Uniwersalny, wygodny, niedrogi, ale…?

    Patrzę na Sony FE 100-400 mm f/5.6-8 OSS jako na obiektyw przeznaczony dla osób, które chcą znacznie wyjść poza możliwości smartfona, ale nie mają zamiaru nosić ze sobą ciężkiego zestawu za dziesiątki tysięcy złotych. Cena 3999 zł stanowi jego największy atut. Profesjonalny Sony 100-400 mm f/4.5-5.6 GM kosztuje około 22 000 zł, co oznacza ponad pięciokrotną różnicę. Tańsze modele firm niezależnych często są droższe i cięższe, choć można znaleźć kilka wart uwagi alternatyw. Warto także docenić możliwość korzystania z telekonwerterów Sony. Model 1,4x wydłuża zasięg do 560 mm przy f/11, co może być użyteczne w słoneczny dzień. Telekonwerter 2x zapewnia 800 mm przy f/16, jednak tak duża utrata światła znacznie ogranicza stosowanie tego zestawu.

    Nie jest to obiektyw pozbawiony wad. Gorsze warunki oświetleniowe ograniczają jego działanie po zmroku, a tubus wysuwa się podczas zoomowania. Niemniej jednak Sony trafnie skonstruowało ten model, dostarczając lekki, ostry i szybki telezoom, który doskonale sprawdza się w dobrych warunkach oświetleniowych.

    Sony FE 100-400 mm f/5.6-8 OSS



    Plusy

    • Niska masa i wysoka mobilność
    • Szybki i cichy autofokus
    • Krótki dystans ostrzenia
    • Odporność na warunki


    Minusy

    • Słaba jasność (f/5.6–8)
    • Przeciętne rozmycie tła na większych odległościach

  • iPhone 18 Pro ma duży problem z FaceID. Staje się nieużywalne

    iPhone 18 Pro ma duży problem z FaceID. Staje się nieużywalne

    Duże zmiany w projektowaniu smartfonów często niosą ze sobą niespodziewane wyzwania i nie inaczej jest w przypadku najnowszych flagowców od Apple.

    W najnowszych modelach iPhone 18 Pro oraz iPhone 18 Pro Max producent postanowił zrealizować długo zapowiadany krok, umieszczając sensor Face ID pod powierzchnią wyświetlacza OLED. Dzięki temu rozwiązaniu miejsce dotychczasowego wcięcia ogranicza się jedynie do małego otworu na aparat przedni. W codziennym użytkowaniu oraz w normalnych warunkach nowa technologia mapowania twarzy działa bez zarzutu, wykorzystując obszar ekranu o zmniejszonej gęstości pikseli, aby propagować promienie podczerwone. Problemy pojawiają się jednak, gdy zdecydujemy się na zastosowanie popularnych akcesoriów ochronnych. O tym zwrócił uwagę znany YouTuber, Dave2D, który dokładnie opisał, na czym polega problem.

    Zdjęcie przedstawiające zbliżenie ekranu nowego iPhone 18 Pro Max wyraźnie pokazuje, że w miejscu, gdzie znajduje się czujnik Face ID, gęstość pikseli jest znacznie niższa (po prawej stronie obrazka). Dzięki temu rozwiązanie to funkcjonuje bez większego uszczerbku dla jakości wyświetlacza. Aby jednak zachować jednolitość ekranu, piksele o mniejszej gęstości muszą świecić intensywniej. Istnieje zatem obawa, że po kilku latach miejsce, w którym znajduje się Face ID, może być wyraźniej widoczne z powodu wypalenia, co może wpłynąć na estetykę ekranu iPhone’a 18 Pro/Pro Max. Również inny problem został zauważony.

    Szkła ochronne stwarzają problemy

    Jak pokazują pierwsze testy, Face ID umieszczone pod ekranem wykazuje wysoką wrażliwość na materiał, z jakiego wykonano ochronę wyświetlacza. Kiedy na ekran iPhone’a 18 Pro lub Pro Max nałożone jest tradycyjne, przezroczyste szkło ochronne, system rozpoznawania twarzy działa stabilnie i bez zakłóceń. Sytuacja staje się jednak drastycznie gorsza po zastosowaniu szkła o matowym wykończeniu lub modelu z powłoką zabezpieczającą prywatność. Zmatowiona, chropowata powierzchnia takiej osłony rozprasza wiązkę światła podczerwonego, co uniemożliwia prawidłowe zmapowanie twarzy oraz skutkuje powracającymi błędami autoryzacji.

    Dla wielu użytkowników jest to spore rozczarowanie, ponieważ w nowej generacji iPhone’a brakuje systemowej funkcji ochrony prywatności ekranu, która występuje w konkurencyjnych modelach, jak na przykład Samsung Galaxy S26 Ultra. Zastosowanie specjalistycznego szkła prywatnościowego miałoby zatem pełne uzasadnienie, choć obecnie wiąże się z istotnymi ograniczeniami użytkowymi. Sytuacja ta przypomina dobrze znane problemy z urządzeniami Android, gdzie matowe folie lub nawet przezroczyste szkła zakłócały działanie optycznych czytników linii papilarnych umieszczonych pod ekranem.

    Czytaj dalej poniżej


    iPhone 18 Pro z dodatkowym ekranem E-ink. Wystarczy nowa obudowa

    Można się spodziewać, że producenci akcesoriów szybko zareagują na tę sytuację. Pojawienie się na rynku dedykowanych szkieł matowych i prywatyzujących, które będą miały precyzyjnie wycięty, przezroczysty fragment w miejscu ukrycia sensora Face ID, to tylko kwestia czasu. Do tego momentu wszystkim posiadaczom iPhone’a 18 Pro i Pro Max zaleca się korzystanie jedynie ze standardowych, przezroczystych szkieł ochronnych, aby uniknąć problemów z codziennym odblokowywaniem urządzenia.