Autor: admin

  • Zapomnij o ołówkach z Ikei. Zobacz, co ma Parkside!

    Zapomnij o ołówkach z Ikei. Zobacz, co ma Parkside!

    Parkside: Praktyczne Narzędzia dla Majsterkowiczów

    Parkside pokazuje, że nawet zwykły ołówek można zastąpić czymś bardziej funkcjonalnym. W dzisiejszym artykule przedstawiamy cztery produkty, które powinien posiadać każdy majsterkowicz.

    Zastosowanie Nowoczesnych Narzędzi

    W świecie majsterkowania, precyzja i praktyczność są kluczowe. Dzięki innowacyjnym rozwiązaniom oferowanym przez Parkside, możliwe jest skuteczne i wygodne oznaczanie oraz trasowanie. Tradycyjny ołówek, choć nadal użyteczny, ustępuje miejsca narzędziom, które znacznie ułatwiają pracę.

    Produkty Niezbędne w Warsztacie

    1. Elektroniczny Marker
      Zamiast tradycyjnego ołówka, skorzystaj z elektronicznego markera, który umożliwia precyzyjne oznaczanie różnych powierzchni. Jego zastosowanie sprawia, że prace są szybkie i dokładne.

    2. Laserowy Wszechstronny Poziomica
      Odkryj zalety laserowego poziomica, który pozwala na precyzyjne trasowanie poziomów i kątów. Ten produkt przyspiesza proces pracy, a jego efekty są nie do przecenienia.

    3. Szablon do Oznaczania
      Wykorzystaj szablon, który ułatwia oznaczanie skomplikowanych kształtów. To narzędzie jest idealne do precyzyjnego odwzorowania wzorów oraz projektów.

    4. Narzędzie do Wycinania
      Zainwestuj w nowoczesne narzędzie do wycinania, które zapewnia perfekcyjne krawędzie i wykończenia. To nieoceniona pomoc przy wszelkich pracach montażowych i dekoracyjnych.

    Podsumowanie

    Podsumowując, Parkside oferuje szereg narzędzi, które skutecznie zastępują tradycyjne metody, takie jak pisanie ołówkiem. Inwestując w te cztery produkty, każdy majsterkowicz zyska nową jakość pracy oraz zwiększy swoją efektywność. Nie ma wątpliwości, że nowoczesne podejście do trasowania i oznaczania zmienia sposób, w jaki realizujemy projekty DIY.

  • Naukowiec: jeden prosty trik znacznie skróci czas na telefonie

    Naukowiec: jeden prosty trik znacznie skróci czas na telefonie

    Interesujące wyniki badania i zaskakujące wnioski.

    Jeśli pragniesz ograniczyć czas spędzany ze smartfonem, ale tradycyjne metody, takie jak limity i blokady aplikacji, nie przynoszą rezultatów, może warto zastanowić się nad tym, kto ustala cel. Nowe badanie wykazuje, że kluczem do sukcesu może być nie tylko metoda, ale również samodzielne podejmowanie decyzji. Uczestnicy, którzy osobiście wyznaczyli swoje cele dotyczące ograniczenia korzystania z telefonu, osiągali znacznie lepsze rezultaty niż ci, którzy byli poddani z góry ustalonym normom.

    Własny cel okazał się skuteczniejszy od tego narzuconego

    Badanie przeprowadzono w formie 12-tygodniowego eksperymentu z udziałem 149 osób. Uczestników podzielono na trzy grupy. Pierwsza z nich mogła samodzielnie wybrać cel redukcji korzystania ze smartfona: 10, 20 lub 30 procent. Druga grupa otrzymała ustalony z góry cel na poziomie 14 procent, natomiast trzecia nie miała wyznaczonego celu.

    Badacze zadbali o uczciwość porównania, przyznając uczestnikom w każdej z grup te same zachęty finansowe oraz zapewniając porównywalny poziom trudności dla wybranych celów, co pozwoliło ocenić, czy możliwość podejmowania decyzji miała znaczenie.

    Wyniki były zaskakujące. Osoby, które samodzielnie ustaliły swój cel, ograniczyły korzystanie z telefonu średnio o 26 minut dziennie więcej niż uczestnicy z narzuconym celem. To oznaczało redukcję na poziomie około 73 procent. Dodatkowo, ci, którzy wybierali swoje cele, osiągali je częściej, co skutkowało różnicą wynoszącą 11 punktów procentowych. Rezultat ten jest szczególnie interesujący, ponieważ w pierwszej chwili można by sądzić, że ustalony przez specjalistę limit będzie skuteczniejszy. Okazuje się jednak, że poczucie kontroli nad decyzją może zwiększać zaangażowanie i ułatwiać zmianę nawyków.

    Czytaj dalej poniżej

    Dom 120 m2 w 48 godzin. Nowa technologia budowy bez cegły

    Nie chodzi o całkowite odcięcie od smartfona

    Wyniki badania jednoznacznie pokazują, że najlepszym rozwiązaniem nie jest całkowite odcięcie od telefonu ani zablokowanie wszystkich aplikacji. Kluczowe jest wyznaczenie realistycznego, osobistego celu, do którego dążymy.

    Można rozpocząć od analizy statystyk czasu ekranowego i zdecydować, że w nadchodzącym tygodniu zredukujemy czas korzystania z telefonu o 10 procent. Taki cel może być dla niektórych osób zbyt łatwy, a dla innych zbyt ambitny. Wyniki badania wskazują, że możliwość dostosowania wyzwania do własnych potrzeb ma istotne znaczenie.

    Smartfon może zajmować nam mniej czasu – i nie trzeba do tego zmieniać całego życia

    W trakcie badania zauważono, że ograniczenie korzystania z telefonu wiązało się z pozytywnymi zmianami w zakresie ocen dotyczących uzależnienia od smartfona oraz objawów depresji i lęku. Naukowcy jednak podkreślają, że te wyniki miały charakter drugorzędny, a różnice między grupami w tych aspektach nie były statystycznie istotne, co sprawia, że nie można traktować eksperymentu jako dowodu na bezpośrednią poprawę zdrowia.

    Najważniejszy wniosek jest prosty: zamiast zastanawiać się, ile czasu powinieneś spędzać ze smartfonem, sam zdecyduj, o ile chcesz go ograniczyć. Taki mały element wyboru może sprawić, że postanowienie przestanie być kolejnym narzuconym zakazem, a stanie się konkretnym celem, którego naprawdę pragniesz się trzymać.

  • Yongnuo YN6C-360IV – test. Jak wypada w praktyce?

    Yongnuo YN6C-360IV – test. Jak wypada w praktyce?

    Rynek niedrogiego oświetlenia LED rozwija się w niezwykle szybkim tempie. Jeszcze kilka lat temu lampa oferująca regulowaną temperaturę barwową, tryb RGB i możliwość pracy bez stałego podłączenia do gniazdka była kosztownym dodatkiem do profesjonalnego zestawu. Obecnie takie funkcje są dostępne w znacznie tańszych modelach. Doskonałym przykładem jest Yongnuo YN6C-360IV RGB Light Wand, czyli podłużna lampa LED o mocy 24 W, zaprojektowana z myślą o fotografach, filmowcach oraz szeroko pojętych twórcach.

    Czy niska cena wiąże się z poważnymi kompromisami? Przy bliższym przyjrzeniu się specyfikacji okazuje się, że YN6C-360IV ma kilka argumentów, które mogą zaskoczyć w tym segmencie cenowym.

    Konstrukcja i ergonomia: mobilność przede wszystkim

    Yongnuo postawiło na klasyczną formę lampy typu „light wand”. Urządzenie ma około 57 cm długości i waży około 670 g. Mimo że nie jest ultralekkie, nadal pozostaje wystarczająco poręczne, aby można było wygodnie operować nim jedną ręką czy zamontować na mniej masywnych statywach. Taka konstrukcja zapewnia dużą swobodę podczas fotografowania. Lampę można ustawić pionowo, skierować pod kątem na fotografowaną osobę lub wykorzystać jako element scenografii. Tylny uchwyt ułatwia kontrolowanie kierunku emisji światła, co jest szczególnie istotne podczas pracy bez statywu.

    To sprzęt, który doskonale wpasowuje się w mobilne workflow. Można go zabrać na plener, wykorzystać do nagrywek w mieszkaniu, backstage’u czy podczas sesji produktowej. I to bez konieczności transportowania dużego zestawu oświetleniowego: choć producent oferuje kilka dodatkowych akcesoriów, które pozwalają na szersze zastosowanie lampy.

    Czytaj dalej poniżej


    Amazon niczym TikTok? Platforma wprowadza krótkie filmiki

    Specyfikacja techniczna

    Parametr
    Model Yongnuo YN6C-360IV
    Typ RGB Light Wand / Tube Light
    Moc 24W
    Zakres temperatury barwowej 2700K – 6500K
    Tryby kolorystyczne CCT, RGB
    Dokładność temperatury +/-200K
    Waga 670 g.
    Długość ok. 57 cm
    Zasilanie USB-C (w tym powerbank), zasilacz 12V/2A, bateria NP-F970
    Mocowanie Gwint 1/4″
    Wyświetlacz Wbudowany LCD
    Tryby specjalne RGB pełne spektrum, efekty świetlne
    Zastosowanie Fotografia portretowa, wideo, fotografia produktowa
    Cena orientacyjna ok. 400 zł

    24 W mocy i szeroki zakres temperatury barwowej

    Jednym z kluczowych parametrów lampy Yongnuo YN6C-360IV jest moc wynosząca 24 W. W połączeniu z kompaktową konstrukcją tworzy to uniwersalne narzędzie do pracy.

    Lampa pozwala na regulację temperatury barwowej w zakresie 2700-6500 K, co umożliwia przejście od ciepłego, przytulnego światła do chłodniejszej, dziennej charakterystyki. Takie możliwości znacznie ułatwiają dopasowanie lampy do zastanego oświetlenia oraz tworzenie określonego klimatu sceny.

    Również opcja wykorzystania światła RGB jest istotna. Zamiast ograniczać się do bieli w różnych barwach, można eksperymentować z kolorami i budować kontrastowe tła, akcenty na sylwetce czy bardziej filmową atmosferę.

    Tryb RGB to jeden z powodów, dla których YN6C-360IV wyróżnia się w swojej klasie cenowej. Kolorowe światło pozwala na osiągnięcie efektów, które wcześniej często wymagały dodatkowych filtrów, żeli lub kilku osobnych źródeł światła – zwłaszcza w tej kategorii cenowej.

    Dla twórców może to oznaczać szybkie wprowadzenie kolorowego akcentu do tła. Fotografowie mogą wykorzystać lampę do podkreślenia konturów modela, natomiast filmowcy do stworzenia określonego nastroju w kadrze.

    Należy jednak pamiętać o podstawowej zasadzie: maksymalna moc światła białego nie przekłada się automatycznie na identyczną jasność w każdym kolorze RGB. To naturalna konsekwencja sposobu generowania światła, a nie wada charakterystyczna wyłącznie dla Yongnuo.

    Zasilanie: tutaj zaczyna się prawdziwa dowolność!

    Wielką zaletą YN6C-360IV są różnorodne metody zasilania. Lampę można podłączyć przez USB-C (można korzystać z power banku), użyć zasilacza 12 V/2 A albo zastosować popularny akumulator NP-F970 (niestety, nie jest on częścią zestawu).

    Dzięki temu urządzenie sprawdza się zarówno w studio, jak i w terenie. Powerbank może pełnić funkcję mobilnego źródła energii, natomiast akumulator NP-F umożliwia stworzenie klasycznego zestawu do pracy w plenerze.

    Niestety, akumulator nie jest częścią zestawu, a ja nie miałem żadnego w zapasie, aby sprawdzić, na ile wystarcza on w praktyce. W przypadku power banku wszystko zależy od używanego sprzętu oraz mocy lampy. Jedno jest pewne: możliwości są liczne i warto docenić, że producent oferuje wybór pomiędzy trzema popularnymi standardami. Jednak szkoda, że akumulator nie znajduje się w zestawie.

    Co z jakością lampy? Trudno się do czegokolwiek przyczepić

    W przypadku lamp LED sama moc wyrażona w watach niewiele mówi o rzeczywistej jakości. Wartościowe są stabilność parametrów oraz przewidywalność rezultatów. YN6C-360IV oferuje regulację temperatury barwowej i jest przeznaczona do zastosowań, gdzie użytkownik potrzebuje szybkiej zmiany charakterystyki światła. Deklarowana tolerancja temperatury barwowej pozwala oczekiwać stabilnej pracy podczas jednej sesji.

    To szczególnie istotne w fotografii portretowej. Jeśli temperatura światła pozostaje przewidywalna, późniejsza korekcja materiału staje się prostsza, a kolor skóry nie zmienia się przypadkowo pomiędzy kolejnymi ujęciami.

    Lampa YN6C-360IV: gdzie sprawdzi się najlepiej?

    To przede wszystkim lampa do małych i średnich planów, w których istotne są elastyczność, mobilność oraz możliwość szybkiej zmiany kolorystyki. Akcesorium sprawdzi się w portretach, fotografii produktowej, nagrywaniu filmów na YouTube, streamingu, sesjach kreatywnych czy jako światło kontrowe. Może również pełnić funkcję dodatkowego źródła światła w większym zestawie.

    Szczególnie interesująca jest dla początkujących twórców. Zamiast kupować kilka specjalistycznych urządzeń, można rozpocząć pracę z jednym uniwersalnym źródłem i stopniowo rozwijać cały system.

    Nie należy jednak oczekiwać cudów. YN6C-360IV nie jest zamiennikiem mocnego reflektora LED przeznaczonego do profesjonalnego planu filmowego. W intensywnym świetle słonecznym jego 24 W mogą okazać się niewystarczające jako główne źródło. Podobnie będzie podczas oświetlania dużych pomieszczeń, grup osób czy planów wymagających dużej ilości światła.

    W takich sytuacjach lepiej zastosować mocniejszy panel, a Yongnuo potraktować jako światło dodatkowe. W tej roli konstrukcja tego typu ma najwięcej sensu. Jednak do pracy z jednym, góra dwoma modelami czy niewielkimi produktami – będzie więcej niż wystarczające.

    Czy warto kupić Yongnuo YN6C-360IV?

    Największą zaletą YN6C-360IV jest połączenie mobilności, RGB, regulowanej temperatury barwowej i różnych metod zasilania – wszystko to w prostym w obsłudze pakiecie. To funkcjonalny zestaw cech, który czyni lampę interesującą propozycją dla osób rozpoczynających przygodę z profesjonalnym oświetleniem.

    Nie jest to sprzęt wolny od ograniczeń. Moc 24 W wyraźnie definiuje jego zastosowanie, a konstrukcja (choć solidna, to wciąż dostępna w wersji budżetowej) nie powinna być zestawiana z profesjonalnymi lampami przeznaczonymi do wymagających produkcji komercyjnych.

    Jeżeli jednak potrzebujesz niewielkiego, kolorowego źródła światła do fotografii, wideo, streamingu lub kreatywnych projektów, Yongnuo YN6C-360IV RGB Light Wand jest jednym z najbardziej interesujących wyborów w swojej klasie cenowej. Oferuje wszechstronność i funkcjonalność, które można mieć zawsze pod ręką.

    Yongnuo YN6C-360IV



    plusy

    • Niska cena (względem konkurencji)
    • Elastyczne opcje zasilania (USB-C, NP-F970)
    • Dobre odwzorowanie kolorów
    • Lekka i poręczna konstrukcja
    • Pełne spektrum RGB z precyzyjnym dostrojeniem


    minusy

    • Za słaba do ostrego słońca
    • Spadek jasności w trybie RGB
    • Nie oświetli dużych przestrzeni samodzielnie

    –

    Akcesorium do testów udostępnił producent

  • Dlaczego na studia potrzebujesz dziś tylko jednego (tego) komputera?

    Dlaczego na studia potrzebujesz dziś tylko jednego (tego) komputera?

    A co, jeśli czasy bezpowrotnie minęły? Przez ostatnie dni moim głównym narzędziem pracy, nauki i rozrywki był laptop HyperX OMEN 16, którego sercem jest układ graficzny NVIDIA GeForce RTX 5070. Ten sprzęt udowadnia, że nowoczesna inżynieria pozwala zamknąć mocną stację roboczą, centrum multimedialne, osobistego asystenta AI oraz platformę gamingową w jednej obudowie. Zapomnij o żonglowaniu urządzeniami – ten jeden, odpowiednio wyposażony sprzęt to dziś najbardziej sensowny wybór na studia.

    Ekran, który dba o wzrok i wielozadaniowość bez limitów

    Zacznijmy od tego, co student najdłużej eksploatuje – od ekranu i pracy z tekstem. Zbieranie materiałów do pracy zaliczeniowej czy analizowanie setek stron dokumentacji to zadania, które potrafią być fizycznie wyczerpujące. HyperX OMEN 16 podchodzi do tego tematu wzorowo, oferując 16-calową matrycę OLED o rozdzielczości 2,5K (2560 × 1600 pikseli).

    To, co w kontekście edukacyjnym ma największe znaczenie, to proporcje wyświetlacza wynoszące 16:10. W porównaniu do tradycyjnych ekranów panoramicznych zyskujemy więcej przestrzeni w pionie. W praktyce oznacza to, że czytając obszerny dokument PDF, arkusz kalkulacyjny czy pisząc kod, widzisz na ekranie znacznie więcej treści. Rzadsze przewijanie strony przekłada się na lepsze skupienie i szybszą pracę.

    Co jednak z wielogodzinnymi sesjami przed monitorem? Producenci rzadko eksponują technologie dbające o wzrok, a te decydują o komforcie na koniec dnia. Ekran w tym modelu posiada certyfikat Low Blue Light (redukujący szkodliwe światło niebieskie) oraz technologię DC Dimming. Ta druga jest kluczowa, całkowicie eliminuje efekt migotania podświetlenia, który w wielu innych ekranach (choć niewidoczny gołym okiem) powoduje bóle głowy i pieczenie oczu.

    Moc obliczeniowa na wyciągnięcie ręki

    Oczywiście samo wyświetlanie to nie wszystko. Kiedy masz otwarte dwadzieścia kart w przeglądarce, aplikację do notowania, komunikator oraz uruchomiony w tle program analityczny, potrzebujesz znacznej mocy obliczeniowej. Zapewnia ją 16-rdzeniowy i 32-wątkowy procesor AMD Ryzen 9 8940HX wspierany przez 24 GB pamięci RAM DDR5. Taki zapas mocy gwarantuje, że niezależnie od tego, jak bardzo obciążasz system, nie doświadczysz irytujących przycięć.

    Warto uspokoić także obawy o kulturę pracy. Ktoś mógłby pomyśleć, że tak potężne podzespoły generują hałas podczas zwykłego przeglądania internetu. Nic bardziej mylnego. Dzięki technologii Max-Q od firmy NVIDIA, laptop działa niezwykle inteligentnie. Układ na bieżąco analizuje, co robisz, i odpowiednio rozdziela dostępną energię między procesor a kartę graficzną. Podzespoły, które w danej chwili nie są potrzebne, zostają wygaszone, a taktowanie dostosowywane do aktualnego obciążenia. Efekt? Podczas pisania referatu laptop pozostaje cichszy i chłodniejszy, a bateria wystarcza na dłużej. Pełna moc jest uwalniana dopiero wtedy, gdy sprzęt otrzyma zadanie, które tego wymaga.

    Prywatna sztuczna inteligencja

    Tu dochodzimy do punktu, który stanowi największą rewolucję technologiczną ostatnich lat i absolutny wyróżnik testowanego sprzętu. Mowa o sztucznej inteligencji, ale w wydaniu, którego większość laptopów „do szkoły” po prostu nie jest w stanie zaoferować.

    Zazwyczaj korzystanie z modeli językowych wiąże się z koniecznością dostępu do internetu, opłacania subskrypcji oraz wysyłania zapytań na zewnętrzne serwery. HyperX OMEN 16, wyposażony w kartę NVIDIA GeForce z serii RTX 50, opartą na nowej architekturze Blackwell, zmienia te zasady. To fundament zaprojektowany specjalnie pod natywne przyspieszanie zadań AI, przy zachowaniu znakomitej efektywności energetycznej.

    Dzięki zintegrowanym rdzeniom Tensor karta graficzna obsługuje technologię NVIDIA RTX AI. Oznacza to, że zaawansowane modele sztucznej inteligencji pracują na biurku, a nie na cudzym serwerze. Możesz korzystać z nich bez opłacania abonamentu, bez obaw o przekroczenie limitów zapytań i bez konieczności łączenia się z internetem, korzystając z narzędzi takich jak LM Studio, które oferuje dostęp do popularnych modeli, takich jak Gemma4 czy Qwen 3.5, które można uruchomić na wbudowanej karcie graficznej, zyskując całkowicie lokalny dostęp, bez żadnych ograniczeń.

    To nie tylko kwestia wygody, ale przede wszystkim bezpieczeństwa. Jeśli studiujesz prawo, medycynę, analitykę lub prowadzisz badania naukowe, poufność informacji to absolutny priorytet. Dzięki lokalnemu AI Twoje notatki, teksty źródłowe i wyniki badań nigdy nie opuszczają urządzenia. Możesz streszczać wielostronicowe dokumenty medyczne lub analizować akta bez najmniejszego ryzyka, że wrażliwe dane trafią do chmury.

    Niezawodność dla walczących z deadline’ami

    Studia to często także praca twórcza – zarówno podczas tłumaczenia się w dziekanacie, jak i w sytuacjach, gdy trzeba zmontować wideo na zaliczenie, stworzyć animację 3D czy obrobić fotografię. W takich scenariuszach HyperX OMEN 16 staje się profesjonalnym narzędziem pracy.

    Wielką zaletą dla twórców jest wspomniany już ekran OLED, charakteryzujący się 100-procentowym pokryciem profesjonalnej przestrzeni barw DCI-P3. Kolory, które nadasz swojemu projektowi na ekranie laptopa, będą dokładnie tymi samymi kolorami, które finalnie zobaczy odbiorca.

    Kluczem do spokoju ducha twórcy jest również oprogramowanie. Na sprzęcie można zainstalować sterowniki NVIDIA Studio. To osobna gałąź oprogramowania, certyfikowana przez producentów najważniejszych aplikacji kreatywnych. Zostały one stworzone z myślą o wydajności pracy, a ich nadrzędnym celem jest stabilność. Minimalizują one ryzyko, że Twój program zamknie się z błędem na dwie godziny przed oddaniem ostatecznej wersji projektu.

    Dodatkowo, dzięki potężnemu przyspieszeniu sprzętowemu układu NVIDIA GeForce RTX 5070, eksport wideo trwa znacznie krócej, a podgląd w programie montażowym działa płynnie nawet bez renderowania tła. Osoby, które myślą o tworzeniu treści do sieci, docenią także enkoder NVENC z obsługą AV1. To tak, jakby w laptopie pracował osobny, wyspecjalizowany układ dedykowany wyłącznie nagrywaniu i streamowaniu wideo, co sprawia, że proces ten nie zabiera cennej mocy procesora, niezbędnej do obsługi samej aplikacji czy gry.

    Nie zapominajmy również o codziennej komunikacji. Jeśli uczestniczysz w zdalnych ćwiczeniach lub nagrywasz własne materiały, pokochasz aplikację NVIDIA Broadcast. Wykorzystuje ona sztuczną inteligencję, aby w czasie rzeczywistym odfiltrować hałas z otoczenia (np. hałasującego współlokatora) oraz nałożyć precyzyjne, wirtualne tło, które ukryje nieporządek w pokoju.

    Rozrywka z najwyższej półki (graficznej)

    Po godzinach intensywnej pracy intelektualnej przychodzi czas na zasłużony relaks. To właśnie w grach wideo HyperX OMEN 16 pokazuje, że mocny układ graficzny to inwestycja w spektakularne doświadczenia wizualne. Ekran OLED z obsługą HDR (szczytowa jasność na poziomie 1100 nitów) gwarantuje prawdziwą, głęboką czerń, co w połączeniu z nowymi technologiami renderowania obrazu po prostu zachwyca.

    Uruchamiając oszałamiające 007 First Light lub bardzo oczekiwany Control Resonant, doświadczasz, czym jest path tracing. To technologia, która sprawia, że wirtualne światło nie zatrzymuje się na pierwszej powierzchni, lecz odbija się wielokrotnie, tworząc pełną, globalną iluminację. Światło zachowuje się dokładnie tak, jak w rzeczywistości – czerwona ściana delikatnie zabarwi na różowo sąsiednią białą powierzchnię, a pojedyncze źródło światła realistycznie wypełni całe pomieszczenie. W grach stawiających na dynamiczną akcję zobaczysz, jak doskonale sprawdza się ray tracing, gdzie światło i cienie zachowują się w 100% naturalnie, dokładnie odwzorowując otoczenie bez stosowania sztucznych „wklejek”.

    Możesz zadać sobie pytanie – czy laptop to udźwignie bez utraty płynności? Oczywiście. Odpowiada za to NVIDIA DLSS 4.5. W dużym uproszczeniu: laptop rysuje mniej, a Ty i tak widzisz więcej. Zamiast generować każdy piksel od zera, inteligentny algorytm rekonstruuje brakujące szczegóły z niższej rozdzielczości bazowej. Co więcej, funkcja Dynamic Multi Frame Generation potrafi automatycznie wygenerować do pięciu dodatkowych klatek obrazu pomiędzy tymi rzeczywiście wyrenderowanymi przez grę. Algorytm sam dopasowuje ich liczbę do odświeżania monitora (w tym modelu aż 165 Hz), co podnosi płynność do ekstremalnych wartości bez konieczności ręcznego konfigurowania wielu opcji.

    Dla fanów szybkich gier turniejowych (e-sportu) przygotowano technologię NVIDIA Reflex. Dba ona o to, by komputer nie gromadził „zaległości” w kolejkowaniu zadań. W efekcie kliknięcie przycisku na myszce skutkuje natychmiastową reakcją na ekranie, co skraca czas opóźnienia do niezbędnego minimum.

    Wszystkim tym zarządza OMEN Gaming Hub ze wsparciem oprogramowania OMEN AI, które optymalizuje system pod konkretny tytuł jednym kliknięciem. To idealne rozwiązanie dla osób, które nie chcą spędzać godzin na ustawieniach. Gdy zajdzie potrzeba, Tryb Unleashed bezpiecznie podbije wydajność sprzętu ponad fabryczne limity, a potężna architektura chłodzenia OMEN Tempest Cooling efektywnie odprowadzi z obudowy nagromadzone ciepło.

    Wybór, który ma sens

    Trzeba to powiedzieć wprost: ważący 2,47 kg komputer z 280-watowym zasilaczem to sprzęt, którego z pewnością poczujesz w torbie. To mocna baza, zaprojektowana, aby służyć jako główne centrum dowodzenia w domu lub w akademiku, z możliwością łatwego spakowania i przeniesienia, gdy zajdzie taka potrzeba. Dzięki błyskawicznemu Wi-Fi 7 oraz portowi LAN 2,5 GbE masz pewność, że łączność z siecią nigdy Cię nie zawiedzie.

    Kupując HyperX OMEN 16 wyposażony w NVIDIA GeForce RTX 5070, inwestujesz w spokój na całe lata studiów. Otrzymujesz sprzęt, który udźwignie dziesiątki dokumentów, płynnie wyrenderuje najbardziej skomplikowane projekty, zadba o prywatność dzięki lokalnym modelom AI, a na koniec dnia pozwoli uruchomić najbardziej wymagające gry w najwyższej jakości. To koniec kompromisów.

    HyperX OMEN 16 w opisywanej konfiguracji jest dostępny w Polsce w sklepach RTV Euro AGD.

    Artykuł powstał przy współpracy z markami HP i NVIDIA.

  • Robot sam zszedł z linii produkcyjnej. Nagranie robi wrażenie

    Robot sam zszedł z linii produkcyjnej. Nagranie robi wrażenie

    Humanoidalne roboty są coraz bliżej tego, by trafić do domu zwykłego człowieka. Chińska firma właśnie rozpoczęła produkcję autonomicznej maszyny do zadań wszelakich.


    W ostatnich latach w sieci pojawia się zatrważająca liczba filmików z humanoidalnymi robotami. Mimo to, większość z nich nie opuściła jeszcze linii produkcyjnej i można je zobaczyć co najwyżej na targach technologicznych, wraz z obietnicą zmienienia Twojego życia raz na zawsze. Tymczasem chińska firma XPeng staje na czołowej pozycji, przekształcając te obietnice w rzeczywistość. W Guangzhou ruszyła specjalna linia produkcyjna poświęcona robotowi IRON, który jest humanoidalnym robotem ogólnego przeznaczenia.

    Interesująco prezentuje się nagranie, na którym robot przechodzi przez kolejne etapy montażu, aby na koniec samodzielnie zejść z linii produkcyjnej.

    Robot IRON opuszcza linię produkcyjną

    XPeng nie jest typowym producentem robotów; to w rzeczywistości producent samochodów, który wykorzystuje swoje zaawansowane zaplecze i doświadczenie w automatyce do masowej produkcji. Ta przewaga pozwala firmie być o krok przed konkurencją, co potwierdza fakt, że ponad 80% podstawowych procedur nowej linii produkcyjnej jest zautomatyzowanych.

    Sam robot imponuje również swoimi parametrami. Posiada 76 stopni swobody, a każda dłoń ma aż 21 stopni swobody. Dzięki temu jest w stanie wykonywać subtelne manipulacje i ruchy, które wydają się zaskakująco ludzkie. Konstrukcja robota opiera się na zamkniętej, elastycznej strukturze siatkowej, zaprojektowanej z myślą o połączeniu zwinności oraz bezpieczeństwa.

    Czytaj dalej poniżej


    Te półprzewodniki pomogą nam zbudować technologie przyszłości

    Sercem systemu są trzy chipy Turing AI, oferujące łącznie do 2250 TOPS. Co istotne, model AI XPeng działa bezpośrednio na robocie, eliminując potrzebę przesyłania danych do chmury. Lokalne przetwarzanie danych skraca czas reakcji oraz poprawia percepcję otoczenia. Robot IRON ma być nie tylko ciekawostką, lecz uniwersalną platformą do różnorodnych zadań. Prezes i CEO, He Xiaopeng, podkreśla szerokie możliwości adaptacyjne tego rozwiązania. Firma planuje najpierw wykorzystać robota w swoich sklepach i obiektach, a szersze wprowadzenie na rynek chiński i międzynarodowy zapowiada na 2027 rok.

  • Popularny błąd z Windowsem. Dlaczego restart pomaga?

    Popularny błąd z Windowsem. Dlaczego restart pomaga?

    Czy sądzisz, że opcja „Zamknij” wyłącza system Windows? Nie wierz temu!

    Czy także myśleliście, że kliknięcie przycisku Zamknij w systemie Windows załatwia wszystkie problemy i zapewnia „czysty start” systemu? W rzeczywistości to nieprawda, a rozwiązanie tego problemu leży w mechanizmie znanym jako szybkie uruchamianie. Dziś zajmiemy się kwestią, o której być może nie mieliście pojęcia.

    Klikasz „Zamknij”? Twój Windows wcale się nie wyłącza

    Jak poradzić sobie z problemami systemu Windows? Mam na myśli te nagłe, które mogą pojawić się podczas pracy lub gry i utrudniają korzystanie z systemu, zwłaszcza gdy zakup MacBooka nie wchodzi w grę. Wydawałoby się, że najlepszym rozwiązaniem jest wyłączenie systemu i ponowne uruchomienie go, prawda? Mamy nadzieję, że system Windows zacznie pracę od nowa, na świeżo — jednak rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. To, co postrzegamy jako „reset”, w rzeczywistości jest… jedynie częściowym wyłączeniem procesów. Kiedy klikamy opcję „Zamknij”, system Windows rzeczywiście zamyka nasze programy i kończy procesy, a następnie następuje wylogowanie z naszego profilu użytkownika. Niestety, to kończy się na tym „zamyku”, ponieważ nie dochodzi do prawdziwego resetu całego systemu. Zamiast tego Windows hibernuje sesję jądra oraz załadowane sterowniki, zapisując ich obraz w pliku hiberfil.sys na dysku.

    Włączenie systemu po takim „zamknięciu” nie oznacza, że system startuje od zera — Windows błyskawicznie wczytuje zachowany obraz jądra do pamięci RAM. Efektem tego jest szybkie uruchomienie systemu, które teoretycznie jest gotowe do działania. Jeśli jednak w poprzedniej sesji wystąpił problem, np. z zawieszonym sterownikiem, błędem peryferiów czy wyciekiem pamięci, to wszystkie te usterki zostaną przywrócone po ponownym uruchomieniu. To oznacza, że nasz Windows niejako „dziedziczy” błędy poprzedniej sesji, które najprawdopodobniej wystąpiły, dlatego zdecydowaliśmy się je wyłączyć, sądząc, że to umożliwi właściwe działanie systemu.

    Opisany powyżej scenariusz dotyczy sytuacji, w której klikamy „Zamknij”, a następnie ręcznie włączamy komputer ponownie. Co ciekawe, wynikiem użycia opcji „Uruchom ponownie”, która również pozwala na wyłączenie i automatyczne włączenie komputera, jest zupełnie inny efekt. W tym przypadku Windows z zasady ignoruje mechanizm hibernowania, co oznacza, że sesja jądra zostaje zakończona na stałe. Pamięć podręczna jest również czyszczona, a cały system przechodzi pełny tzw. zimny start — wszystkie sterowniki są ładowane od zera. Rezultat? Choć ponowne uruchomienie za pomocą tej domyślnej opcji może zajmować nieco więcej czasu, to skutecznie eliminuje problemy i błędy, które nękały nasz system w trakcie poprzedniej sesji. Może to pomóc w rozwiązaniu problemów z WiFi, kartą graficzną, sterownikami czy procesami systemu Windows.

    Czytaj dalej poniżej


    Microsoft stworzył następcę Painta. Teraz ubija projekt

    To nie tyle błąd, co relikt przeszłości

    Widząc różnice między tymi dwoma procesami można zadać sobie pytanie – skąd pomysł, aby taka funkcja znalazła się w systemie operacyjnym? Otóż to nic innego jak relikt przeszłości z czasów Windowsa 8. W obliczu powszechnego użycia dysków HDD pełny rozruch często zajmował zbyt wiele czasu, co skłoniło Microsoft do wprowadzenia opcji przyspieszającej ten proces. Dziś, gdy dominują dyski SSD, nie ma potrzeby stosowania takiego mechanizmu uruchamiania — szczególnie jeśli chcemy pozbyć się problemów wynikających z działania jakiegoś procesu czy sterownika. Teraz już wiadomo, że aby uzyskać pełen ponowny start, musimy skorzystać z dedykowanej opcji „Uruchom ponownie”.

    Co więcej, opcję szybkiego startu można również zablokować ręcznie — wystarczy skorzystać z wiersza poleceń lub okna Uruchom (Win + R) i wpisać „shutdown /s /t 0” bez cudzysłowu.

  • Ziemia zmienia swój kształt. I to w iście absurdalny sposób

    Ziemia zmienia swój kształt. I to w iście absurdalny sposób

    Pomiary z lat 1997-2015 wskazują na rosnące tempo unoszenia się biegunów Ziemi i osiadania obszarów równikowych. Mimo to… grawitacyjna figura naszej planety staje się coraz bardziej spłaszczona, co nie stanowi sprzeczności. Choć z „logicznego” punktu widzenia mogłoby się tak wydawać.

    Ziemia, wbrew powszechnym przekonaniom, nie ma kształtu idealnej kuli: jej obrót sprawia, że jest lekko spłaszczona w okolicach biegunów oraz rozszerzona w rejonie równika. Ten kształt nie jest jednak stabilny, ponieważ skorupa i płaszcz reagują na przemieszczenia ogromnych mas lodu oraz wody. Pomiary z systemu GNSS wskazują, że skalista powierzchnia od końca lat 90. coraz szybciej traci część swojego spłaszczenia. Natomiast geoida, czyli figura ilustrująca rozkład potencjału grawitacyjnego Ziemi, zmienia się w przeciwnym kierunku.

    Bieguny unoszą się dwa razy szybciej niż pod koniec lat 90. XX wieku

    Christopher Kotsakis z Uniwersytetu Arystotelesa w Salonikach przeprowadził analizy pionowych ruchów powierzchni zarejestrowanych przez sieć stacji GNSS. W badaniu opublikowanym w Journal of Geophysical Research: Solid Earth wykorzystał przede wszystkim ITRF2014, uzupełniając to danymi z wybranych stacji polarnych z ITRF2020. Odrzucił dane obciążone dużą niepewnością, takie jak: deformacje spowodowane trzęsieniami ziemi czy lokalne anomalie, co pozwoliło mu na zachowanie sieci 886 punktów pomiarowych. Następnie podzielił dane na okresy obejmujące lata 1997-2000, 2001-2005, 2006-2010 oraz 2011-2015.

    Wyniki pokazały, że na początku średnie tempo podnoszenia skalistej powierzchni w rejonach polarnych wynosiło około 0,5 mm rocznie. W latach 2011-2015 wzrosło do około 1 mm rocznie, co wyraźnie przekracza wartości przewidywane jedynie na podstawie polodowcowego odbicia skorupy. Natomiast w pobliżu równika znalazł dane wskazujące na narastające osiadanie, które nie przekracza jednak 1 mm rocznie. Na tej podstawie można oszacować, że różnica między promieniem równikowym a biegunowym skalistej Ziemi stopniowo maleje.

    Lód topnieje i zdejmuje ciężar z biegunów

    Wiele z tych obserwacji jest wynikiem glacjalnego dostosowania izostatycznego: to odpowiedź planety na zniknięcie lądolodów z ostatniej epoki lodowej. Podłoże, które wcześniej było lekko ugięte pod ich ciężarem, wciąż wraca ku górze, co obrazuje bardzo powolne tempo tych zmian, biorąc pod uwagę, że od końca zlodowacenia minęło około 11 tys. lat. Analizując dane, użyto kilku modeli GIA, aby odjąć ten sygnał. Niemniej jednak pozostała deformacja była nadal zbyt duża, by można ją było wyjaśnić jedynie odbiciem po lodowcach. Oznacza to, że obserwujemy wpływ współczesnych przemieszczeń mas, w szczególności utraty lodu Grenlandii i Antarktydy.

    Czytaj dalej poniżej

    Taki krater zdarza się "raz na 132 lata". Znaleźliśmy perełkę na Księżycu

    Wszystko to prezentuje się jak proces przeładowywania elastycznej powłoki planety. Gdy lądolód znika, skały pod nim unoszą się wskutek utraty naciskających na nie mas, a woda, która przepływa do oceanów, zwiększa nacisk na dno na niższych szerokościach geograficznych. Skalista część Ziemi traci swoją „płaskość”. Warto jednak dodać, że mają na to również wpływ zmiany zasobów wód na kontynentach, redystrybucja mas oceanicznych oraz dynamika płaszcza i procesy związane z obrotem planety.

    Geoid i skalista powierzchnia to dwie różne rzeczy

    Sprzeczność pojawia się dopiero w momencie zestawiania geometrii skał z pomiarami pola grawitacyjnego Ziemi. Współczynnik J2 opisuje główną część grawitacyjnego spłaszczenia Ziemi i reaguje przede wszystkim na położenie masy względem osi obrotu. Przenoszenie tych mas z regionów polarnych ku niższym szerokościom geograficznym zwiększa koncentrację masy dalej od osi, co prowadzi do dalszego spłaszczania geoida.

    Czytaj również: Ziemia jest jaśniejsza? Drastyczny skok od 2014 roku.

    Czy jednak badanie dostarcza konkretnych dowodów na zwiększanie się tempa zmian? Odpowiedź brzmi: tak i nie. Dane kończą się na 2015 roku, a sieć GNSS jest zbyt nierównomiernie rozmieszczona, co powoduje dodatkową niepewność przy interpolowaniu pomiarów nad oceanami i obszarami polarnymi. Odpowiedź ze strony grawitacji jest przy tym większa niż w wielu wcześniejszych pracach i może zależeć od istotnego założenia, że deformację po odjęciu GIA można przybliżyć modelem dla sprężystości Ziemi. Są to jednak bardzo interesujące dane, ponieważ wskazują na wpływ nie tylko naszych współczesnych działań, ale również na wydarzenia, które miały miejsce w odległej przeszłości naszej planety.

  • Działaj i odpoczywaj na maksa. Oto HUAWEI Watch GT 7 Pro

    Działaj i odpoczywaj na maksa. Oto HUAWEI Watch GT 7 Pro

    Balans w intensywnych dniach z HUAWEI Watch GT 7 Pro

    Intensywne dni wcale nie muszą oznaczać braku balansu. HUAWEI Watch GT 7 Pro pragnie nam w tym pomóc.

    Nowoczesny design i zaawansowane technologie

    Nowy HUAWEI Watch GT 7 Pro to zegarek o tytanowej kopercie, ceramicznej ramce oraz szafirowym szkle, który łączy wytrzymałość z eleganckim wyglądem. Wpasowuje się on zarówno w styl sportowy, jak i biznesowy. Zastosowany system pozycjonowania Huawei Sunflower, wspomagany algorytmem AI-XDR, odbiera sygnał z sześciu sieci satelitarnych jednocześnie, co zapewnia o 20% większą dokładność śladu GPS, nawet w wymagających warunkach, takich jak gęste lasy czy obszary miejskie z wysokimi budynkami.

    Wielofunkcyjność i wsparcie dla sportowców

    Zegarek oferuje ponad 100 trybów sportowych, w tym specjalistyczne funkcje Pro, takie jak biegi przełajowe, zaawansowany tryb golfowy czy narzędzia do nurkowania swobodnego do 40 metrów głębokości. Bateria o pojemności 867 mAh wystarcza na pracę do 21 dni przy lekkim użytkowaniu, lub do 12 dni w typowym scenariuszu, gdzie stale monitorowane jest tętno i sen. Urządzenie obsługuje również płatności zbliżeniowe przez Curve Pay, umożliwia odbieranie połączeń dzięki wbudowanemu głośnikowi i mikrofonowi oraz pozwala na monitorowanie regeneracji organizmu poprzez analizę HRV, poziomu stresu i gotowości fizycznej.

    Więcej informacji

    Po więcej informacji zapraszamy do obejrzenia wideo powyżej.

    —

    Czytaj dalej poniżej


    Klasyczna karta SIM czy eSIM: co tak naprawdę je różni?

    Materiał powstał we współpracy z marką HUAWEI.

  • Kontynuacja prawie idealna? Ja chcę kolejne gry i filmy. Control Resonant

    Kontynuacja prawie idealna? Ja chcę kolejne gry i filmy. Control Resonant

    Siedem lat po premierze oryginalnego Control, Remedy Entertainment powraca z tytułem, który wykroczył poza utarte schematy serii, proponując unikalne połączenie gry akcji z RPG w otwartym świecie. Zamiast głównej bohaterki Jesse Faden wkraczamy w buty jej brata, Dylana, a surrealistyczna wizja Manhattanu zastępuje biurowe labirynty Najstarszej Siedziby. To odważny krok, ale jak pokazuje reakcja graczy, zapewne najlepszy z możliwych.

    Control Resonant – recenzja gry

    Narracja w Control Resonant koncentruje się na Dylanie Fadenie – postaci zdecydowanie cichszej i bardziej introspektywnej niż jego siostra, Jesse. Jego celem nie jest heroizm, lecz pokuta. Dylan odczuwa odpowiedzialność za inwazję Syku na Najstarszą Siedzibę w pierwszej części, a teraz, po wielu latach uwięzienia przez Federalne Biuro Kontroli, pragnie odkupić swoje winy.

    Relacja Dylana z Jesse, która zniknęła krótko przed wydarzeniami z drugiej gry, stanowi kluczowy element fabuły, a fragmenty z jej udziałem rzucają nowe światło na to, co miało miejsce w pierwszej odsłonie. Regularne rozmowy radiowe z Zoe De Verą – agentką terenową FBK, pełniącą rolę opiekunki Dylana – dodają głębi interaktywności. Gracz ma możliwość wyboru tonu odpowiedzi (złość, rezerwa, poczucie winy), co wpływa na dynamikę ich relacji, choć nie zmienia głównego wątku. Zoe, w tej roli zagrana przez Frankie Kevich, stanowi doskonałe przeciwieństwo dla naiwności Dylana, a jej osobiste zmagania z moralnymi dylematami w biurokratycznej strukturze dodają głębi drugoplanowej postaci.

    Ten świat jest jeszcze bardziej pokręcony

    Świat przedstawiony w Control Resonant to zmieniony Manhattan, który został opanowany przez dziwne zjawiska. Budynki wyginają się, autobusy unoszą się w powietrzu pokryte pleśnią, a całe dzielnice przypominają surrealistyczne instalacje artystyczne. Remedy nie stworzyło jedynie kolejnego otwartego świata z prostą listą zadań, ale zaprojektowało labirynt, w którym grawitacja staje się opcjonalna, a perspektywa ciągle się zmienia. Jest to szalone, ale jednocześnie niezwykle wciągające.

    Czytaj dalej poniżej


    Nie masz Nintendo? To najlepsze "pokemony", w jakie możesz dziś zagrać

    System eksploracji opiera się na podzielonych strefach, z których każda działa jak odrębny rozdział z własną dynamiką. Dylan ma do dyspozycji jeden z najprzyjemniejszych systemów poruszania się – podwójny skok połączony z szybowaniem, wielokrotne „dashe” w powietrzu oraz umiejętność chodzenia po ścianach i sufitach czynią przemierzanie miasta prawdziwą przyjemnością, a nie obowiązkiem. Manipulacje grawitacyjne nie są jedynie ozdobnikami – są kluczowe dla projektowania poziomów, co sprawia, że walka na dachach drapaczy chmur z odwróconą perspektywą nabiera monumentalnego charakteru.

    Wygląda na otwarty świat, ale…

    Manhattan nie jest typowym otwartym światem, w którym już od pierwszych minut możemy swobodnie biegać z jednego końca mapy na drugi. Remedy zaprojektowało kilka dużych, otwartych przestrzeni, które są połączone różnymi szlakami. Dylan systematycznie zdobywa nowe zdolności, które pozwalają mu eksplorować wcześniej niedostępne miejsca, więc już podczas pierwszych godzin możemy dostrzegać przejścia, wysoko położone platformy czy fragmenty lokacji, do których obecnie nie mamy dostępu.

    Czym i jak się walczy?

    Największą zmianą w formule kontrolnej jest rezygnacja z dynamicznego shootera. Dylan posługuje się Aberratorem – bronią o zmiennym kształcie, która może przybierać formy od dualnych ostrzy, przez maczugę, aż po kosę. Każda forma ma swoją unikalną kombinację ciosów oraz specjalne zakończenie, a gracz może przełączać się między nimi w locie, dostosowując styl walki do sytuacji.

    Aberrator na samym początku oferuje trzy podstawowe formy, z których każda zapewnia zupełnie inny styl walki. Szerokie cięcia glefii sprawdzają się przeciwko grupom wrogów, błyskawiczne ciosy bliźniaczych ostrzy zwiększają szansę na trafienie krytyczne, natomiast ciężki topór najlepiej radzi sobie z pojedynczymi celami, zwłaszcza atakowanymi od tyłu. Każdą formę tej broni możemy rozwijać osobno, inwestując w walutę oraz surowce zdobywane podczas eksploracji i walki.

    Mechanika walki ewoluuje z prostego klikania w kierunku złożonego systemu budowania postaci. Drzewko umiejętności jest rozległe, a dodatkowe atuty możemy zdobywać za pomocą artefaktów oraz zdolności przypisanych do bossów zwanych Rezonantami. Kluczowe jest zrozumienie balansu między stanami potyczki, tymczasowymi bonusami do obrażeń po egzekucji oraz zarządzaniem paskiem mocy do aktywacji specjalnych zdolności. Po opanowaniu tych mechanizmów, pojedynki nabierają tempa – Dylan porusza się dynamicznie po arenie, realizuje egzekucje i wykorzystuje zdobyte dodatkowe korzyści.

    Jednakże system walki nie jest pozbawiony wad. Pierwsze godziny rozgrywki mogą być frustrująco trudne – gra słabo tłumaczy mechanikę, a ograniczona liczba dostępnych umiejętności na starcie sprawia, że walka wydaje się sztucznie ograniczona. Dopiero po odblokowaniu kolejnych opcji i eksperymentowaniu z różnymi kombinacjami broni, system zaczyna działać i ujawnia swój pełny potencjał. Bossowie mogą imponować wizualnie, chociaż niektórzy z nich zbytnio polegają na solidnych paskach zdrowia, zamiast na rozbudowanych schematach ataków. System progresji działa w ten sposób, że nie levelujemy postaci, lecz konkretne strefy. Każda aktywność w danej dzielnicy Manhattanu (zabijanie wrogów, odkrywanie skarbów, wykonywanie zadań) podnosi poziom tej strefy. Wraz z awansem strefy odblokowują się ulepszenia (lepszy handlarz, więcej zdrowia z dropów, oznaczenie skarbów), a my zdobywamy jeden punkt umiejętności dla Dylana.

    To gra Remedy. Widać i czuć

    Remedy nie zapomina o swoim charakterystycznym stylu narracyjnym – świat jest pełen notatek, nagrań i dokumentów, które odkrywają lore uniwersum. Pojawiają się wątki sugerujące istnienie organizacji konkurencyjnej względem FBK, co może zwiastować przyszłe rozwinięcie Remedy Connected Universe. Na konsoli PS5 Pro dostępne są trzy presety: tryb jakości z ray tracingiem przy 30 klatkach, tryb wydajnościowy zapewniający 60 fps w skalowanym 4K, oraz kompromisowy balans łączący 40 fps z pełnym śledzeniem promieni (wymagający ekranu 120 Hz z HDMI 2.1). Osobiście wybrałem opcję wydajnościową, ponieważ w tak szybkim tempie walki każda utrata płynności była odczuwalna.

    Aż ma się ochotę na więcej

    Control Resonant to gra, która nie boi się być dziwna i surrealistyczna. W czasach, gdy twórcy unikają ryzyka, Remedy zdecydowało się na radykalną zmianę formuły, tworząc tytuł, który jest zarówno RPG, jak i grą akcji, opowieścią o odkupieniu, jak i surrealistyczną podróżą przez zniekształcony Manhattan. Choć pierwsze godziny mogą być zniechęcające z powodu trudności oraz przytłaczających mechanik, wystarczy odrobina cierpliwości, aby przemienić je w jeden z najbardziej satysfakcjonujących systemów walki i eksploracji.

    Dla fanów „jedynki” jest to spore odstępstwo od dotychczasowych norm – wielu mogło spodziewać się czegoś innego, jednak satysfakcja oraz radość płynąca z pojedynków w pełni rekompensuje kredyt zaufania, który obdarzamy grą. W głębi duszy marzę jednak o dalszym zgłębianiu świata Control, w stylu „Alana Wake’a”, aby jeszcze bardziej poznać ten uniwersum. Może prequel? Możliwości są ogromne, a widać, że Remedy zamierza rozbudowywać tę franczyzę; w powietrzu unosi się także zapowiedź filmu lub serialu. To wszystko to pozytywne wieści dla fanów (w tym dla mnie), więc póki co „Control Resonant” spokojnie wystarczy.

    Control Resonant



    plusy

    • Przyjemna i zróżnicowana eksploracja
    • Głęboki, satysfakcjonujący system walki
    • Świetny design świata i klimat
    • Ciekawa narracja i bohaterowie
    • Bogaty lore i spójne uniwersum
    • Dobrze poprowadzony rozwój bohatera


    minusy

    • Frustrujący i słabo wytłumaczony początek
    • Niezbalansowane starcia z bossami
    • Iluzoryczność wyborów dialogowych

    Grę na potrzeby recenzji udostępnił wydawca. Firma nie miała wglądu ani wpływu na treść artykułu przed publikacją.

  • Ten zegarek dostosuje się do Ciebie i podpowie, co zmienić

    Ten zegarek dostosuje się do Ciebie i podpowie, co zmienić

    Życie rzadko jest spokojne, uporządkowane i w pełni kontrolowane. Częściej ma formę serii gwałtownych zdarzeń, sytuacji, zmian i intensywnego dostosowywania się do otaczającej rzeczywistości – poranne intensywne treningi, całodzienny maraton w pracy, a wieczorem, gdy usiadamy z książką lub oglądamy ulubiony serial, próbujemy złapać oddech przed kolejnym dniem.

    Gdy działamy na pełnych obrotach

    Huawei Watch GT 7 Pro, który właśnie zadebiutował na polskim rynku, został stworzony z myślą o takich właśnie skrajnych momentach. To zegarek, który z radością rejestruje interwały na bieżni, jak i delikatnie przypomina, że nadszedł czas na chwilę oddechu.

    Dokładny GPS na najwyższym poziomie

    Możemy być jeszcze nieco senni, ale zegarek już od samego początku działa na pełnych obrotach. Gdy dajemy z siebie wszystko na treningu lub próbujemy poprawić swoje wyniki, zegarek musi pracować solidnie i bezbłędnie, pokazując nasze położenie. Dlatego Huawei Watch GT 7 Pro wykorzystuje nowoczesny system pozycjonowania Huawei Sunflower oraz zaawansowany algorytm AI-XDR. Konstrukcja opiera się na jednoczesnym odbieraniu sygnału z sześciu sieci satelitarnych: dwuzakresowego GPS, GLONASS, BeiDou, Galileo, QZSS i NavIC. Dodatkowo, analizę ruchu wspomaga czujnik inercyjny IMU.

    Taki zestaw technologii przekłada się na znaczną korzyść – zegarek rejestruje trasę nawet o 20% dokładniej w miejscach, gdzie tradycyjne urządzenia mogą stracić zasięg. Przykładem mogą być dynamiczne zjazdy narciarskie po łukach, gdzie zbocza gór i drzewa często blokują sygnał – tak, na nartach również można z nim jeździć. Jeśli biegamy w gęstym lesie lub szkółce miejskiej wśród wysokich budynków, od razu zauważymy bardziej precyzyjny ślad naszej trasy przy pierwszym uruchomieniu ćwiczenia.

    Wybierz dyscyplinę, a zegarek zmierzy, co trzeba

    Wygląd zegarka, do którego za chwilę wrócimy, sugeruje, że jest on gotowy na wiele więcej, niż moglibyśmy podejrzewać. Huawei Watch GT 7 Pro oferuje ponad sto różnych trybów sportowych, a wersja Pro wprowadza dodatkowe funkcje, niedostępne w podstawowym modelu GT 7 – w tym biegi przełajowe, zaawansowany tryb golfowy z podglądem pola oraz pełen zestaw narzędzi do nurkowania swobodnego, z certyfikacją do 40 metrów głębokości i normą EN13319. Rowerzyści natomiast zyskali nowe funkcje związane z jazdą w terenie – zegarek ostrzega o zbliżających się podjazdach, jego nachyleń oraz długości, a także sygnalizuje ostre zakręty na trasie.

    Czytaj dalej poniżej

    Orange Market nabiera rozpędu. To nie jest kolejny sklep ze smartfonami

    Zapomnij o ładowaniu na wiele dni

    A co z energią? W ciągu dnia możemy odczuwać jej brak, więc będziemy chcieli zregenerować siły przy kawie, z książką, czy w rozmowach ze znajomymi, ale nowy zegarek Huawei działa na zupełnie innych zasadach. Ogniwo o pojemności 867 mAh, wykonane w technologii warstwowej z wysokim zagęszczeniem krzemu, pozwala na działanie do 21 dni przy lekko intensywnym użytkowaniu, do 12 dni w standardowym trybie z ciągłym pomiarem tętna, snu i powiadomieniach, a nawet do 51 godzin ciągłego pomiaru GNSS w trybie biegów przełajowych lub 44 godzin w trybie rowerowym.

    Tak, można płacić zegarkiem

    A skoro zawsze mamy go ze sobą, czyż nie byłoby wygodniej zapłacić za wodę w drodze do domu lub kawę w drodze do pracy, nie sięgając ani po portfel, ani nawet po telefon? Funkcja płatności zbliżeniowych działa z pomocą aplikacji Curve Pay, a możliwość odbierania połączeń bezpośrednio z nadgarstka dzięki wbudowanemu głośnikowi i mikrofonowi to niezwykle przydatna cecha, gdy telefon pozostaje w kieszeni kurtki czy spodni w trakcie biegu, albo gdy schowaliśmy go do plecaka czy torby.

    Co istotne, cały ten zbiór funkcji trafił na nasz rynek w cenie znacznie niższej niż w przypadku konkurencyjnych modeli o podobnym zestawie czujników i materiałów. Tytanowa koperta, szkło szafirowe i wielosystemowy GNSS w zegarkach rywalizujących na rynku często oznaczają cenę na poziomie dwóch, a nawet dwóch i pół tysiąca złotych – tutaj mówimy o znacznie bardziej przystępnej kwocie, wynoszącej 1699 zł (bez promocji na start, która do 18 października zapewnia dodatkowe 200 zł oszczędności). To czyni GT 7 Pro jedną z najbardziej opłacalnych opcji na rynku.

    Kiedy trzeba zwolnić

    Są chwile – te dłuższe lub krótsze – które wymagają zupełnie innych cech od noszonego na nadgarstku urządzenia. Tutaj liczy się to, aby zegarek nie był uciążliwy, nie wymagał znajomości skomplikowanych menu i nie generował dodatkowych bodźców w momencie, gdy człowiek stara się od nich odpocząć.

    Obudowa na każdą okazję

    Watch GT 7 Pro odpowiada na to przede wszystkim swoją spokojną estetyką. Koperta ze stopu tytanu klasy lotniczej, ceramiczna ramka wykonana z nanokrystalicznej ceramiki oraz ceramiczny tył koperty sprawiają, że zegarek prezentuje się elegancko niezależnie od sytuacji – doskonale pasuje zarówno do stroju sportowego, jak i do codziennej stylizacji czy na spotkanie biznesowe. Nowy pasek EasyCross z mechanicznym systemem chowanej końcówki dodatkowo eliminuje problem odstającego fragmentu paska, który zaczepia o inne rzeczy.

    Zegarek nie monitoruje tylko postępów sportowych. Odpoczynek jest równie ważny

    Za funkcje wspierające regenerację odpowiada zestaw czujników działających pod wspólną nazwą Huawei TruSense – optyczny pomiar tętna, pulsoksymetr mierzący poziom saturacji krwi tlenem, czujnik temperatury skóry oraz elektrokardiograf, który uruchamiamy, przyciskając palec do elektrody w dolnym przycisku. Zegarek całodobowo monitoruje zmienność rytmu serca (HRV), na podstawie której oblicza poziom stresu oraz wskaźnik samopoczucia emocjonalnego, a my możemy w dowolnej chwili skorzystać z ćwiczeń oddechowych przeprowadzanych na ekranie. To właśnie te dane, w połączeniu z analizą snu oraz liczbą spalonych kalorii, składają się na nową funkcję gotowości fizycznej, która ma sugerować, czy organizm jest gotowy na kolejny wysiłek, czy raczej potrzebuje jeszcze regeneracji.

    Mini-treningi – duża zmiana?

    Analiza snu uwzględnia również monitorowanie oddechu w nocy, a ekran AMOLED o przekątnej 1,47 cala z szczytową jasnością do 3000 nitów w trybie nocnym automatycznie wygasza się, nie zakłócając odpoczynku. Dodatkowo warto wspomnieć o małym, ale sympatycznym elemencie – minutowe mini-treningi prowadzone przez animowaną pandę, dostępne z poziomu specjalnej tarczy lub w kursach w zakładce „ćwiczenia”, które w kilka chwil rozciągają barki, szyję czy dłonie po długim siedzeniu przy komputerze. Może brzmieć to zabawnie, ale po kilku sesjach, gdy odczuwamy ulgę, szybko przekonamy się do takich „chwil dla siebie”.

    Zegarek dopasowuje się do nas

    Prawda jest taka, że rzadko kiedy udaje nam się żyć według idealnie równego, przewidywalnego planu. Zazwyczaj balansujemy pomiędzy godzinami lub całymi dniami pełnymi intensywnej pracy, a chwilami, w których pragniemy po prostu złapać oddech i nabrać sił. Huawei Watch GT 7 Pro nie próbuje na siłę zmieniać nikogo z naszych nawyków. Zamiast tego, dostosowuje się do naszego tempa: oferuje precyzyjne parametry treningowe w trakcie wysiłku, a gdy zwalniamy, dba o nasz wypoczynek i sen, by później podpowiedzieć, co możemy poprawić.

    —

    Materiał powstał we współpracy z marką Huawei.