Phenomen serii The Legend of Heroes był dla mnie dotąd słabo znany i zrozumiały. Składa się ona z ponad 20 gier, które rozgrywają się w różnych zakątkach kontynentu Zemuria, a jednocześnie są mocno ze sobą połączone fabularnie, tworząc jedną rozbudowaną sagę. Dwie części Trails in the Sky można traktować jako swoisty prolog do tego monumentalnego dzieła.
Remake pierwszej części opisywałem na Antyweb rok temu. Była to prawdziwa rewolucja, ponieważ twórcy przekształcili dwuwymiarowe makiety w zachwycającą oprawę 3D opartą na cel shadingu. W połączeniu z bogatym arsenałem elementów rozgrywki zaczerpniętych z najnowszych odsłon serii, otrzymaliśmy całkowicie nowe doświadczenie, które jednocześnie wiernie oddaje fabułę oryginału. Doskonałe oceny oraz dobra sprzedaż tylko utwierdziły twórców w przekonaniu, że warto kontynuować ten pomysł.
Poniżej znajdują się pewne spoilery dla tych, którzy nie grali w pierwszą część.
Powrót na znane ścieżki
Nie sposób byłoby nie kontynuować tej historii, zwłaszcza że „1st chapter” kończy się mocnym cliffhangerem, który prowadzi nas do walki z głównym antagonistą – organizacją Ouroboros, działającą na własną rękę i destabilizującą królestwo Liberl oraz całą Zemurię.
Gra zaczyna się bezpośrednio po zakończeniu pierwszej części. Estelle, porzucona przez Joshuę, nie mogąc się pogodzić z jego zniknięciem, postanawia wrócić do Rolent, z nadzieją, że tam znajdzie swojego przyszywanego brata, z którym nawiązała głębszą więź podczas wydarzeń z poprzedniej odsłony.
Oczywiście, Joshua znika bez śladu, a jedyny trop prowadzi do Ouroborosa. Estelle, jako doświadczony bracer, postanawia ruszyć na poszukiwania i przywrócić Joshuę do domu.
Cechą charakterystyczną serii jest wolne tempo, ogrom dialogów oraz stopniowe budowanie historii postaci pobocznych. I tym razem nie jest inaczej, choć w przeciwieństwie do pierwszej części, akcja przyspiesza znacznie szybciej. W pierwszej grze na ważne wydarzenia czekaliśmy aż do ostatniego rozdziału, podczas gdy tu podobne wydarzenia dzieją się o wiele wcześniej. Prolog oraz dwa pierwsze rozdziały bardziej służą prezentacji samego świata i postaci niż popychaniu fabuły naprzód.
Takie podejście sprawia, że gra z pewnością nie jest dla każdego. Momentami przypomina bardziej powieść wizualną niż typowe jRPG, a sielankowe, relaksujące fragmenty mogą zostać odebrane jako nużące przez tych, którzy przywykli do bardziej dynamicznych scenariuszy, jakie oferują współczesne gry. Warto mieć to na uwadze.
Po co zmieniać coś, co działa?
Druga odsłona rozgrywa się głównie w tym samym miejscu, więc powracają dobrze znane lokacje oraz postacie. W pierwszym momencie można odnieść wrażenie, że wciąż gramy w tę samą grę, co wcześniej.
W miarę postępu fabuły pojawia się więcej świeżości, a samo Liberl przechodzi znaczące zmiany w wyniku działań złowrogiej organizacji. Na ekranie pojawią się też wyraziste osobowości, którym przyjdzie nam stawić czoła.
Walka odbywa się na dwa sposoby. W czasie rzeczywistym atakujemy przeciwników ciosami, ładujemy pasek umiejętności (stosując m.in. idealne uniki) i wykorzystujemy specjalne ataki, co jest wzorowane na mechanice jedynki. Naciskając jeden przycisk, możemy przełączyć się w tryb turowy (najlepiej po ogłuszeniu przeciwnika, co daje nam przewagę), gdzie bohaterowie mogą korzystać z potężnych technik i zaklęć opartych na orbmentach. Ataki mają różnorodne obszary rażenia, co sprawia, że odpowiednie rozmieszczenie naszych postaci na polu bitwy jest kluczowe, a my mamy swobodę w ich przemieszczeniu w każdej turze. Całość wzbogacają różne efekty statusowe oraz system żywiołów, który wpływa na podatności i odporności przeciwników.
Podstawą rozwoju bohaterów są punkty doświadczenia oraz poziomy. Musimy także wyposażać ich w coraz silniejsze orbale oraz ulepszać amulety, w których je umieszczamy, co daje pasywne zdolności, bonusy do statystyk oraz dostęp do potężniejszych zaklęć. Orbale można zdobyć w świecie gry lub syntetyzować i ulepszać w miastach za pomocą kryształów zwanych Sepith. Nie zabrakło również prostego systemu ekwipunku z możliwością nasycania.
Gra zachęca nas do grindowania oraz podejmowania licznych aktywności pobocznych. Tradycyjnie znajdziemy je na tablicy ogłoszeń w gildii Bracerów. Niektóre z nich są znacznie ciekawsze niż w jedynce i wymagają od nas więcej kombinowania, ale większość sprowadza się do prostego znalezienia, pokonania lub przyniesienia czegoś.
Oferowane są również poboczne aktywności, takie jak łowienie ryb czy gotowanie. Na wyższych poziomach trudności mogą być one pomocne, ale na niższych pełnią jedynie funkcję dodatku.
Druga część rozwija również system szybkiej podróży, co w połączeniu z wcześniej wprowadzonym trybem „speed mode” skutecznie niweluje dość częsty w tej grze problem z backtrackingiem. Osobiście korzystałem z opcji przyspieszenia, gdy gra zaczynała stawać się nieco zbyt wolna.
Brak konsekwencji
Trails in the Sky SC korzysta z tego samego stylu graficznego co poprzednia odsłona. Jak już wspomniałem, wiele assetów zostało powtórzonych. Z jednej strony, taki recykling trochę rozczarowuje, z drugiej jednak modele postaci prezentują się naprawdę dobrze.
Niestety, nie można tego samego powiedzieć o lokacjach, gdzie brakuje detali oraz rozmachu. Twórcy nie skupiali się na widowiskowych filtrach czy efektach świetlnych, co sprawia, że gra działa na stosunkowo niskich wymaganiach sprzętowych i powinna działać na niemal każdej platformie (a w razie potrzeby obsługuje również upscalery).
Najmocniejszym punktem gry jest natomiast udźwiękowienie. Angielski dubbing brzmi fenomenalnie – aktorzy kontynuują bardzo dobrą formę z jedynki. Niestety, rozczarowuje fakt, że nie wszystkie kwestie zostały udźwiękowione. Gra potrafi w ramach tej samej sceny przeplatać dialogi głosowe z tekstowymi, co zdecydowanie psuje odbiór. Szkoda, że zabrakło tutaj konsekwencji.
Muzyka jest rzeczywiście dobra, a niektóre utwory mogą wywołać ciarki (szczególnie w połączeniu z tym, co dzieje się na ekranie). Niestety, wiele utworów zostało przeniesionych żywcem z pierwszej części – słuchanie niektórych po raz setny staje się nużące. Szkoda, że nie pokuszono się o jakieś odświeżenie lub wariacje na temat tych samych utworów, chociaż być może intencją było po prostu wierne trzymanie się oryginału.
Jeśli zacząć, to teraz!
Obie części Trails in The Sky tworzą zamkniętą historię, której niektóre wątki będą rozwijane w kolejnych częściach sagi. Mówi się również, że trzecią odsłonę tej trylogii poprowadzi już inny bohater – Kevin Graham.
Jest to zatem idealna okazja, by po raz pierwszy sięgnąć po Trailsy i osobiście przekonać się o fenomenie tej serii. Obie gry to solidne jRPG z barwnymi postaciami, rozbudowanym światem oraz wciągającą fabułą, wywołującą szereg emocji.
Oczywiście, nie wszystko jest idealne. Miejscami doskwiera nadmierny recykling assetów (w tym muzyki) oraz rozczarowuje brak pełnego udźwiękowienia dialogów. Niektórych może również zrazić bardzo powolne tempo, ale to jest element rozpoznawczy całej serii.
Trails in the Sky Second Chapter to znakomite podsumowanie wątków z jedynki oraz silny kandydat na najlepsze jRPG tego roku. Osobiście nie mogę doczekać się kolejnych remake’ów i jestem przekonany, że z samą serią pozostanę na dłużej.
plusy
- Świetna historia, barwne postaci
- Głęboka, taktyczna i rozbudowana walka z widowiskowymi animacjami
- Ciekawy system rozwoju postaci oparty na orbmentach
- Świetny angielski voice acting
- Muzyka
minusy
- Recykling assetów
- Niepełne udźwiękowienie dialogów
- Powolne tempo (ale to akurat typowe dla tej serii)
Grę na potrzeby recenzji udostępnił wydawca. Firma nie miała wglądu ani wpływu na treść artykułu przed publikacją.

















