Autor: admin

  • Recenzja Trails in the Sky 2nd Chapter. Must play dla fanów dobrych jRPG

    Recenzja Trails in the Sky 2nd Chapter. Must play dla fanów dobrych jRPG

    Phenomen serii The Legend of Heroes był dla mnie dotąd słabo znany i zrozumiały. Składa się ona z ponad 20 gier, które rozgrywają się w różnych zakątkach kontynentu Zemuria, a jednocześnie są mocno ze sobą połączone fabularnie, tworząc jedną rozbudowaną sagę. Dwie części Trails in the Sky można traktować jako swoisty prolog do tego monumentalnego dzieła.

    Remake pierwszej części opisywałem na Antyweb rok temu. Była to prawdziwa rewolucja, ponieważ twórcy przekształcili dwuwymiarowe makiety w zachwycającą oprawę 3D opartą na cel shadingu. W połączeniu z bogatym arsenałem elementów rozgrywki zaczerpniętych z najnowszych odsłon serii, otrzymaliśmy całkowicie nowe doświadczenie, które jednocześnie wiernie oddaje fabułę oryginału. Doskonałe oceny oraz dobra sprzedaż tylko utwierdziły twórców w przekonaniu, że warto kontynuować ten pomysł.

    Poniżej znajdują się pewne spoilery dla tych, którzy nie grali w pierwszą część.

    Powrót na znane ścieżki

    Nie sposób byłoby nie kontynuować tej historii, zwłaszcza że „1st chapter” kończy się mocnym cliffhangerem, który prowadzi nas do walki z głównym antagonistą – organizacją Ouroboros, działającą na własną rękę i destabilizującą królestwo Liberl oraz całą Zemurię.

    Gra zaczyna się bezpośrednio po zakończeniu pierwszej części. Estelle, porzucona przez Joshuę, nie mogąc się pogodzić z jego zniknięciem, postanawia wrócić do Rolent, z nadzieją, że tam znajdzie swojego przyszywanego brata, z którym nawiązała głębszą więź podczas wydarzeń z poprzedniej odsłony.

    Oczywiście, Joshua znika bez śladu, a jedyny trop prowadzi do Ouroborosa. Estelle, jako doświadczony bracer, postanawia ruszyć na poszukiwania i przywrócić Joshuę do domu.

    Cechą charakterystyczną serii jest wolne tempo, ogrom dialogów oraz stopniowe budowanie historii postaci pobocznych. I tym razem nie jest inaczej, choć w przeciwieństwie do pierwszej części, akcja przyspiesza znacznie szybciej. W pierwszej grze na ważne wydarzenia czekaliśmy aż do ostatniego rozdziału, podczas gdy tu podobne wydarzenia dzieją się o wiele wcześniej. Prolog oraz dwa pierwsze rozdziały bardziej służą prezentacji samego świata i postaci niż popychaniu fabuły naprzód.

    Takie podejście sprawia, że gra z pewnością nie jest dla każdego. Momentami przypomina bardziej powieść wizualną niż typowe jRPG, a sielankowe, relaksujące fragmenty mogą zostać odebrane jako nużące przez tych, którzy przywykli do bardziej dynamicznych scenariuszy, jakie oferują współczesne gry. Warto mieć to na uwadze.

    Po co zmieniać coś, co działa?

    Druga odsłona rozgrywa się głównie w tym samym miejscu, więc powracają dobrze znane lokacje oraz postacie. W pierwszym momencie można odnieść wrażenie, że wciąż gramy w tę samą grę, co wcześniej.

    W miarę postępu fabuły pojawia się więcej świeżości, a samo Liberl przechodzi znaczące zmiany w wyniku działań złowrogiej organizacji. Na ekranie pojawią się też wyraziste osobowości, którym przyjdzie nam stawić czoła.

    Walka odbywa się na dwa sposoby. W czasie rzeczywistym atakujemy przeciwników ciosami, ładujemy pasek umiejętności (stosując m.in. idealne uniki) i wykorzystujemy specjalne ataki, co jest wzorowane na mechanice jedynki. Naciskając jeden przycisk, możemy przełączyć się w tryb turowy (najlepiej po ogłuszeniu przeciwnika, co daje nam przewagę), gdzie bohaterowie mogą korzystać z potężnych technik i zaklęć opartych na orbmentach. Ataki mają różnorodne obszary rażenia, co sprawia, że odpowiednie rozmieszczenie naszych postaci na polu bitwy jest kluczowe, a my mamy swobodę w ich przemieszczeniu w każdej turze. Całość wzbogacają różne efekty statusowe oraz system żywiołów, który wpływa na podatności i odporności przeciwników.

    Podstawą rozwoju bohaterów są punkty doświadczenia oraz poziomy. Musimy także wyposażać ich w coraz silniejsze orbale oraz ulepszać amulety, w których je umieszczamy, co daje pasywne zdolności, bonusy do statystyk oraz dostęp do potężniejszych zaklęć. Orbale można zdobyć w świecie gry lub syntetyzować i ulepszać w miastach za pomocą kryształów zwanych Sepith. Nie zabrakło również prostego systemu ekwipunku z możliwością nasycania.

    Gra zachęca nas do grindowania oraz podejmowania licznych aktywności pobocznych. Tradycyjnie znajdziemy je na tablicy ogłoszeń w gildii Bracerów. Niektóre z nich są znacznie ciekawsze niż w jedynce i wymagają od nas więcej kombinowania, ale większość sprowadza się do prostego znalezienia, pokonania lub przyniesienia czegoś.

    Oferowane są również poboczne aktywności, takie jak łowienie ryb czy gotowanie. Na wyższych poziomach trudności mogą być one pomocne, ale na niższych pełnią jedynie funkcję dodatku.

    Druga część rozwija również system szybkiej podróży, co w połączeniu z wcześniej wprowadzonym trybem „speed mode” skutecznie niweluje dość częsty w tej grze problem z backtrackingiem. Osobiście korzystałem z opcji przyspieszenia, gdy gra zaczynała stawać się nieco zbyt wolna.

    Brak konsekwencji

    Trails in the Sky SC korzysta z tego samego stylu graficznego co poprzednia odsłona. Jak już wspomniałem, wiele assetów zostało powtórzonych. Z jednej strony, taki recykling trochę rozczarowuje, z drugiej jednak modele postaci prezentują się naprawdę dobrze.

    Niestety, nie można tego samego powiedzieć o lokacjach, gdzie brakuje detali oraz rozmachu. Twórcy nie skupiali się na widowiskowych filtrach czy efektach świetlnych, co sprawia, że gra działa na stosunkowo niskich wymaganiach sprzętowych i powinna działać na niemal każdej platformie (a w razie potrzeby obsługuje również upscalery).

    Najmocniejszym punktem gry jest natomiast udźwiękowienie. Angielski dubbing brzmi fenomenalnie – aktorzy kontynuują bardzo dobrą formę z jedynki. Niestety, rozczarowuje fakt, że nie wszystkie kwestie zostały udźwiękowione. Gra potrafi w ramach tej samej sceny przeplatać dialogi głosowe z tekstowymi, co zdecydowanie psuje odbiór. Szkoda, że zabrakło tutaj konsekwencji.

    Muzyka jest rzeczywiście dobra, a niektóre utwory mogą wywołać ciarki (szczególnie w połączeniu z tym, co dzieje się na ekranie). Niestety, wiele utworów zostało przeniesionych żywcem z pierwszej części – słuchanie niektórych po raz setny staje się nużące. Szkoda, że nie pokuszono się o jakieś odświeżenie lub wariacje na temat tych samych utworów, chociaż być może intencją było po prostu wierne trzymanie się oryginału.

    Jeśli zacząć, to teraz!

    Obie części Trails in The Sky tworzą zamkniętą historię, której niektóre wątki będą rozwijane w kolejnych częściach sagi. Mówi się również, że trzecią odsłonę tej trylogii poprowadzi już inny bohater – Kevin Graham.

    Jest to zatem idealna okazja, by po raz pierwszy sięgnąć po Trailsy i osobiście przekonać się o fenomenie tej serii. Obie gry to solidne jRPG z barwnymi postaciami, rozbudowanym światem oraz wciągającą fabułą, wywołującą szereg emocji.

    Oczywiście, nie wszystko jest idealne. Miejscami doskwiera nadmierny recykling assetów (w tym muzyki) oraz rozczarowuje brak pełnego udźwiękowienia dialogów. Niektórych może również zrazić bardzo powolne tempo, ale to jest element rozpoznawczy całej serii.

    Trails in the Sky Second Chapter to znakomite podsumowanie wątków z jedynki oraz silny kandydat na najlepsze jRPG tego roku. Osobiście nie mogę doczekać się kolejnych remake’ów i jestem przekonany, że z samą serią pozostanę na dłużej.

    Trails in the Sky 2nd Chapter (PC)


    plusy

    • Świetna historia, barwne postaci
    • Głęboka, taktyczna i rozbudowana walka z widowiskowymi animacjami
    • Ciekawy system rozwoju postaci oparty na orbmentach
    • Świetny angielski voice acting
    • Muzyka

    minusy

    • Recykling assetów
    • Niepełne udźwiękowienie dialogów
    • Powolne tempo (ale to akurat typowe dla tej serii)

    Grę na potrzeby recenzji udostępnił wydawca. Firma nie miała wglądu ani wpływu na treść artykułu przed publikacją.

  • Europa coraz bliżej fuzji jądrowej. Osiągnęliśmy istotny punkt w rozwoju projektu ITER

    Europa coraz bliżej fuzji jądrowej. Osiągnęliśmy istotny punkt w rozwoju projektu ITER

    Z włoskiej fabryki wyjechał ostatni z pięciu europejskich sektorów komory próżniowej dla ITER-a, największego budowanego tokamaka na świecie. Dostawa zakończy 15-letni projekt przemysłowy, którego efekty posłużą do badań nad kontrolowaniem fuzji jądrowej. Stawką jest pozyskanie nowego źródła energii: czystego, bezpiecznego i praktycznie nieograniczonego.

    Fusion for Energy przekazała od dawna wyczekiwaną informację. Sektor oznaczony numerem 2 z sukcesem zmontowano w zakładzie Westinghouse Electric Italy w Monfalcone, a stamtąd wyruszył do Francji. Organizacja współpracowała w tym zakresie z konsorcjum AMW, tworzonym przez Ansaldo Nucleare, Westinghouse i Walter Tosto.

    Jak stalowa komora pomieści plazmę o temperaturze 150 mln st. C?

    To dobre pytanie. Komora ze stali nierdzewnej uzyska ostatecznie kształt pierścienia, a każdy z jej dziewięciu sektorów przypomina w przekroju wielką literę D. Wewnątrz ma powstawać plazma: zjonizowany gaz, w którym elektrony są oddzielone od jąder atomowych. Przy temperaturze sięgającej 150 mln stopni Celsjusza, jądra deuteru i trytu, czyli dwóch izotopów wodoru, mają łączyć się, a proces ten wieńczy uwolnienie energii. Tokamak wykorzystuje gigantyczne pola magnetyczne do utrzymywania gorącej plazmy z daleka od ścianek komory: to właśnie owo rozdzielenie rozgrzanego paliwa od otaczającej je konstrukcji pozwala na realizację istotnych dla naszej przyszłości energetycznej eksperymentów.

    Szczelność całości to gwarancja utrzymania próżni, która ogranicza przedostawanie się zanieczyszczeń do wnętrza urządzenia, co jest tam wysoce niepożądane. To także bariera bezpieczeństwa: ma zatrzymywać substancje promieniotwórcze powstające lub wykorzystywane podczas eksperymentów (czystość procesu nie oznacza pełnej wolności od użycia materiałów radioaktywnych). Podwójne stalowe ściany będą chłodzone przepływającą między nimi wodą, która odprowadzi ciepło powstające podczas pracy. Konstrukcja będzie również utrzymywać elementy zamontowane wewnątrz komory, w tym osłony chroniące całość przed neutronami powstającymi w reakcjach syntezy. Wymagań do spełnienia jest zatem naprawdę sporo.

    Ponad 150 kilometrów ściegów spawalniczych

    No, tutaj spawacze mieli masę roboty. Tak duży zbiornik należy wykonać z ogromną precyzją. Produkcję rozpoczęto od stalowych odkuwek, które cięto, obrabiano i łączono zgodnie ze specyfiką geometrii całego projektu. Najpierw powstawały cztery duże segmenty, a po ich zestawieniu otrzymano pełen sektor gotowy do transportu.

    Czytaj dalej poniżej


    Poziom wody w jeziorze spadł. Wyłoniło się historyczne miejsce

    W jednym sektorze łączna długość ściegów spawalniczych przekracza 150 km; każde połączenie poddano hiperrygorystycznym kontrolom. W jednym z bardziej imponujących przedsięwzięć Europy uczestniczyło 15 firm tworzących pełnoprawny łańcuch dostaw, a w różnych zakładach pracowało co najmniej 150 specjalistów, w tym inżynierowie, spawacze oraz pracownicy kontroli jakości. Dzięki doświadczeniom zdobytym podczas produkcji czterech poprzednich sektorów, prace nad piątym sektorem były zdecydowanie łatwiejsze.

    Dostawa z szybkością kuriera

    Oczywiście, jak na warunki poważnego przedsięwzięcia naukowego. Ogromnym osiągnięciem jest to, że na kilka miesięcy przed ukończeniem sektora, termin jego dostawy został przyspieszony. Wszystko dzięki szybszym postępom montażu na placu budowy ITER na południu Francji. Skrócono zatem czas pozostałych prac, zachowując jednocześnie wymagania dotyczące gotowego elementu. Niemniej jednak, nie oznacza to (niestety) przyspieszenia terminu uruchomienia całego urządzenia.

    Czytaj również: Jesteśmy dwa kroki bliżej do stabilnej fuzji jądrowej. Naukowcy świętują.

    Pierwszy europejski sektor dostarczono do ITER-a dwa lata wcześniej, a wysyłka ostatniego pozwala zamknąć etap zaopatrywania budowy w komponenty. Dostęp do kompletnej komory, która musi współpracować z systemami ogrzewania, magnesami oraz aparaturą kontrolną, jest coraz bliższy. Celem jest badanie plazmy oraz technologii potrzebnych przyszłym elektrowniom termojądrowym, przy czym ITER nie będzie funkcjonować jako elektrownia oddająca prąd do sieci. Jednak będzie istotnym punktem naszych starań w kierunku fuzji jądrowej, która zrewolucjonizuje energetykę na całym świecie.

  • Kolejny argument za porzuceniem Spotify. Apple Music dostanie ciekawą funkcję

    Kolejny argument za porzuceniem Spotify. Apple Music dostanie ciekawą funkcję

    Czy chcesz być na bieżąco z nowościami od swoich ulubionych artystów? Apple Music jeszcze bardziej to ułatwi.

    Nie minęło jeszcze wiele czasu od premiery publicznej wersji iOS 27, a Apple już szykuje kolejne innowacje w wersji beta iOS 27.2. Niektórzy użytkownicy mają już możliwość korzystania z funkcji w Apple Music, która znacznie ułatwia śledzenie nowości wydanych przez ulubionych wykonawców.

    Apple Music zacznie odliczać czas do premier albumów

    Apple Music w iOS 27 zyskało na funkcjonalności dzięki usprawnionemu AutoMixowi, przeprojektowanym zakładkom artystów oraz playlistom dla znajomych, ale to nie koniec innowacji. Użytkownicy wersji beta iOS 27.2 odkryli nową funkcję, która odlicza czas do premiery nowego albumu artysty. Warto przypomnieć, że niedawno Apple wzbogaciło swoją usługę muzyczną o terminarze koncertowe, które również są dostępne na kartach poszczególnych artystów lub zespołów. Te dwa rozwiązania umożliwiają pozostanie na bieżąco z aktywnością artystyczną ulubionych muzyków.

    Źródło: X/pdfu

    Warto jednak podkreślić, że funkcja jest obecnie na etapie testów i nie jest dostępna dla wszystkich użytkowników. Trudno także przewidzieć, kiedy stanie się dostępna w wersji publicznej. Beta iOS 27.2 została udostępniona zaledwie wczoraj, a testerzy dopiero odkrywają różne nowości, których Apple nie zdążyło wprowadzić w iOS 27. Już teraz wiadomo, że na horyzoncie widać przeprojektowaną aplikację Zdrowie, która ma oferować znacznie lepsze podsumowania i wytyczne.

    Jeśli wciąż wahacie się przed aktualizacją do iOS 27, zachęcam do zapoznania się z naszym wpisem, w którym dowiecie się, kto może pobrać aktualizację i jak to zrobić. W tym artykule opisuję również moją ulubioną nowość, która całkowicie odmienia sposób użytkowania słuchawek AirPods.

    Czytaj dalej poniżej

    3 powody, dla których warto poczekać z zakupem nowego iPhone'a
  • Twórca Yellowstone wraca z nowym-starym serialem. Duża zmiana w obsadzie

    Twórca Yellowstone wraca z nowym-starym serialem. Duża zmiana w obsadzie

    Nadszedł czas na Samuela L. Jacksona! Nowy serial „Frisco King” jest spin-offem cenionego „Tulsa King” z Sylvestrem Stallone.

    Taylor Sheridan, twórca kultowego „Yellowstone”, nie zwalnia tempa. Tuż przed premierą czwartej odsłony „Tulsa King”, Paramount+ ujawnił pierwsze zdjęcia z długo oczekiwanego spin-offu. Serial, który początkowo miał nosić tytuł „NOLA King” i rozgrywać się w Nowym Orleanie, ostatecznie przenosi akcję do teksańskiego Frisco, gdzie Samuel L. Jackson buduje własne imperium przestępcze. To nie tylko kolejna produkcja w tym uniwersum, ale także znacząca zmiana w obsadzie – do gry wkracza nowa grupa, która ma stać się filarami nowej organizacji przestępczej.

    Frisco King – spin-off Tulsa King z Samuelem L. Jacksonem

    „Frisco King” to bezpośrednia kontynuacja wątków z trzeciego sezonu „Tulsa King”, gdzie po raz pierwszy poznaliśmy postać Russella Lee Washingtona Jr., granego przez Samuela L. Jacksona. Pierwotnie miał być on zabójcą wysłanym, by zlikwidować Dwighta Manfrediego w wykonaniu Sylvestra Stallone, ale ostatecznie ostrzegł go przed zagrożeniem. Teraz, w nowym serialu, Russell próbuje powtórzyć manewr swojego przyjaciela i zbudować własną ekipę w teksańskim mieście. Pierwsze ujawnione zdjęcia pokazują zarówno spotkanie Russella z Dwightem w barze Bred-2-Buck, jak i kolejne etapy jego podróży, podczas których nawiązuje kontakty z lokalnymi mieszkańcami.

    Największą zmianą w porównaniu do poprzednich produkcji Taylora Sheridana jest nowa obsada. Obok Jacksona, który bez wątpienia jest gwiazdą serii, zobaczymy zupełnie nowe twarze. Asa Germann, znany z serialu „Gen V”, wciela się w rolę Teddy’ego – bystrego studenta, który zrezygnował z nauki, by dołączyć do organizacji Russella. Kai Caster, który pojawił się już w „Yellowstone”, zagra Keitha, pracującego jako windziarz w hotelu. Do obsady dołączyły także Lilah Pate z „Outer Banks” oraz Savanna Gann z serialu „English Teacher”, które wcielą się odpowiednio w London i Avery – dwie cheerleaderki, które również staną się częścią rozwijającej się struktury przestępczej.

    Twórca Yellowstone osobiście nadzoruje ten serial

    Co istotne, Taylor Sheridan nie pozostawił tym razem pola do popisu nikomu innemu. Scenarzysta osobiście napisał każdy z ośmiu odcinków nowego serialu, co jednoznacznie wskazuje, jak poważnie on sam oraz platforma podchodzą do tego projektu. Za reżyserię kilku epizodów odpowiadają Christina Alexandra Voros, która poprowadzi również premierowy odcinek, oraz Michael Friedman. W gronie producentów wykonawczych znaleźli się nie tylko Sheridan i Jackson, ale także Sylvester Stallone, co dodatkowo potwierdza ścisłe powiązanie „Frisco King” z „Tulsa King”.

    Czytaj dalej poniżej


    Takiego powrotu w Yellowstone nikt się nie spodziewał. To byłby hit!

    Co ciekawe, aktorzy z „Tulsa King” nie kryją optymizmu dotyczącego przyszłych crossoverów. Frank Grillo i Garrett Hedlund, gwiazdy oryginalnego serialu, w wywiadach podkreślali, że połączenie obu produkcji byłoby naturalnym krokiem, zwłaszcza biorąc pod uwagę obecność dwóch ikon kina w obu światach. Hedlund zwrócił uwagę, że Samuel L. Jackson to artysta, który przez dekady udowadniał swoją niezwykłą konsekwencję i charyzmę, a jego obecność w uniwersum Sheridana wręcz domaga się dalszej współpracy między postaciami.

    Serialu spodziewamy się w Polsce na SkyShowtime.

  • Taki krater zdarza się „raz na 132 lata”. Znaleźliśmy perełkę na Księżycu

    Taki krater zdarza się „raz na 132 lata”. Znaleźliśmy perełkę na Księżycu

    Krater McGetchin jest stosunkowo nową formacją na Księżycu, powstałą w 2024 roku. Analizy wskazują, że takie uderzenia na Srebrnym Globie zdarzają się średnio co 132 lata. Obrazy oraz pomiary temperatury ukazują, w jaki sposób teren w najbliższym otoczeniu krateru uległ zmianom w wyniku tego wydarzenia.


    Krater powstał w okresie między 11 kwietnia a 22 maja 2024 roku, niedaleko wschodniego skraju tarczy Księżyca widocznej z Ziemi. Został nazwany na cześć Thomasa McGetchina, naukowca zajmującego się badaniami dotyczącymi powstawania kraterów oraz mechaniki tego procesu. Wyniki badań dotyczących formacji zostały opublikowane w czasopiśmie Science Advances, a NASA ogłosiła to odkrycie zaledwie wczoraj. Naukowcy na całym świecie mają teraz szansę na zbadanie, jaki wpływ ma duże uderzenie na grunt: zanim działania otwartego kosmosu zatrą księżycowe ślady, z pewnością przydadzą się one także w kontekście badań na Ziemi.

    Jasna plama ujawniła obecność krateru

    Robert Wagner, jeden z naukowców w zespole kamer LRO, to właśnie on odkrył podejrzany ślad podczas rutynowej analizy danych w 2025 roku. Należy pamiętać, że mimo iż Księżyc może wydawać się wielu osobom nudny, jest intensywnie obserwowany przez naukowców: zarówno podczas regularnych przeglądów, jak i analiz automatycznie pozyskanych obrazów. W czasie porównania mapy powierzchni, zauważono dużą jasną plamę otoczoną ciemną obwódką, co stanowiło mocny dowód na to, że na Księżyc spadł fragment kosmicznej skały. Dokładniejsze zdjęcia umożliwiły zbadanie zagłębienia oraz okalającego je terenu.

    LRO obserwuje Księżyc od 2009 roku i jest cennym źródłem zdjęć Srebrnego Globu. NASA wskazuje, że oprogramowanie używane w projekcie LRO identyfikuje różnice między obrazami, ale również wychwytuje zmiany w oświetleniu i cieniach, co może prowadzić do wielu fałszywych alarmów. Te z kolei wymagają manualnego sprawdzenia przez specjalistów, jednak zauważony ślad, obecnie znany jako McGetchin, wyraźnie wyróżniał się na tle typowych drobnych zmian. Po jego zidentyfikowaniu kamery o wąskim kącie podały zdjęcia o skali wynoszącej około metra na piksel. Następnie wykonano zdjęcia z różnych kierunków, aby szczegółowo zbadać topografię terenu.

    Raz na 132 lata

    Krater ma średnicę 222 metrów, jednak obiekt, który go wybił, był znacznie mniejszy. NASA porównuje jego przypuszczalne rozmiary do wielkości kilkukondygnacyjnego budynku, sugerując, iż mogła to być planetoida lub niewielki (~w skali kosmosu) fragment komety. To jedynie oszacowanie na podstawie skutków uderzenia, ale ważne jest, aby pamiętać, że Księżyc nie ma gęstej atmosfery, która mogłaby spowolnić nadlatujące ciała i sprawić, że uległyby one rozpadowi przed dotarciem do powierzchni, stąd tak poważne „zniszczenia”. Nowopowstały krater ma około trzykrotnie większą średnicę niż dotychczasowy rekordzista wśród nowych kraterów zidentyfikowanych podczas misji LRO.

    Czytaj dalej poniżej


    Hubble i Webb rozwiązują zagadkę transneptunowców. Badacze wciąż trafiają na nowe odkrycia


    A dlaczego mówi się, że takie zdarzenia występują raz na 132 lata? Ponieważ posiadamy przede wszystkim średnią częstość występowania tego typu zjawisk: kolejne podobne zderzenie może oczywiście wydarzyć się znacznie wcześniej lub później. Rekord rozmiaru obejmuje również kratery powstałe współcześnie, których pojawienie się udokumentowano poprzez porównanie zdjęć.

    Ślady uderzeń rozciągają się na ponad 100 kilometrów

    Zespół LROC zdołał zidentyfikować pobliskie zaburzenia powierzchni Księżyca na odległość ponad 100 kilometrów od krateru McGetchin. Analiza rozkładu materiału wyrzuconego sugeruje, że jedna z jego części opuszczała miejsce zderzenia pod większym kątem w stosunku do powierzchni niż wcześniej przewidywano. W pobliżu krawędzi badacze zidentyfikowali również ślady wskazujące na co najmniej dwa etapy osadzania wyrzuconych skał i pyłu.

    Czytaj również: Lądowanie na Księżycu nie powinno mieć miejsca? Może zniweczyć osiągnięcia z ostatnich dekad.

    Inny rodzaj zmiany wykrył Diviner, jeden z instrumentów LRO, mierzący temperaturę: otoczenie krateru w nocy było chłodniejsze od sąsiednich obszarów. Jest to związane z spulchnieniem regolitu, gdyż luźniejszy grunt inaczej przewodzi i magazynuje ciepło, przez co jego powierzchnia silniej się wychładza po zachodzie Słońca. Odkrycie krateru oraz analiza tego zjawiska mają wobec tego ogromne znaczenie dla nas w kontekście różnych kwestii: od tych związanych z naszą bytnością na Księżycu, po te występujące głównie na Ziemi.

  • Nowe PSP 3 zawstydzi PS5? Wyciekły informacje o szybkim dysku

    Nowe PSP 3 zawstydzi PS5? Wyciekły informacje o szybkim dysku

    Nowe PSP może zawstydzić duże konsole. Przeciek sugeruje dysk o niesamowitej szybkości.

    W sieci pojawiły się nowe informacje na temat jeszcze nieogłoszonej przenośnej konsoli od Sony. Urządzenie, roboczo nazywane PSP 3, może być wyposażone w tak szybki dysk SSD, że nawet obecna generacja konsol wydaje się przy nim wolna. Czyżby Japończycy planowali powrót do łask graczy?

    PSP 3 z rewolucyjną pamięcią. Szybsza od dużych konsol

    Nie przesadzam mówiąc o tym powrocie do łask graczy – Sony i marka PlayStation obecnie przeżywają trudny okres, w dużej mierze z powodu swoich decyzji. Rezygnacja z wydawania gier na fizycznych nośnikach to tylko jeden z przykładów działań, które nie przysporzyły im sympatii wśród konsumentów. Może nowa konsola, na którą czeka miliony, okaże się remedium? To mogłoby być bardzo rozsądne posunięcie, szczególnie w kontekście PSP. Legendarna konsola nie doczekała się następcy od ponad dekady, a tymczasem rynek oraz zachowania graczy znacznie się zmieniły. Handheldy zyskały na popularności (choćby dzięki Nintendo Switch czy Steam Deckowi), dlatego najwyższy czas, aby Sony wprowadziło coś nowego do swojego portfolio. Wiele wskazuje na to, że będzie to PSP – i to w mocniejszej formie, niż można by oczekiwać. Nadchodzące przecieki sugerują, że przenośna konsola ma być wyposażona w ultra-szybki dysk SSD.

    Domniemana prędkość odczytu w zakresie od 5,5 GB/s do nawet 7,5 GB/s robi ogromne wrażenie. Dla porównania, nawet podstawowe PS5 nie jest w stanie osiągnąć takich wyników. Przyjrzyjmy się, jak te prędkości prezentują się w innych urządzeniach, w tym również konkurencji:

    • PS5: surowy odczyt 5,5 GB/s
    • Xbox Series X: surowy odczyt 2,4 GB/s
    • Pecetowa konkurencja (Steam Deck, ROG Ally): zazwyczaj od 3,5 do 5,0 GB/s
    • PS6: szacuje się, że konsola osiągnie prędkość odczytu do 14,9 GB/s

    Takie parametry dysku w nadchodzącym handheldzie od Sony pozwolą na natywne uruchamianie gier z PS5, co w pewnym sensie przedłuży generację na nowym urządzeniu, umożliwiając zachowanie ogromnej biblioteki gier, a jednocześnie otworzy drogę dla całkowicie nowej konsoli. A jak wygląda kwestia pojemności? Plotki sugerują, że nowe PSP ma być wyposażone w dysk o pojemności 512 GB. Może to wydawać się niewiele, biorąc pod uwagę rozmiary gier z obecnej generacji. Na szczęście zastosowana będzie specjalna kompresja AI z wykorzystaniem Neural Texture Compression (NTC) od AMD. Na przykład, tekstury w wysokiej rozdzielczości będą kompresowane przez sieć neuronową, a następnie w trakcie gry będą dekompresowane przez dedykowany blok GPU. Szacuje się, że rozmiar tekstur dzięki temu może zmniejszyć się o aż 85%.

    Czytaj dalej poniżej

    Aplikacja Schrony PSP – Gdzie szukać schronienia w sytuacjach kryzysowych?


    Czekam na nowe PSP i ufam Sony

    Tak, ufam Japończykom, mimo że to już nie ta sama pro-konsumencka korporacja, co za czasów PS3 i PS4. Niemniej, cieszy mnie zapowiedź, że nowe PSP ma być „prawdziwą” konsolą, a nie tylko maszynką do streamowania gier z chmury czy stacjonarnej konsoli, jak PS Portal. To oczywiście również ciekawe rozwiązanie, które ma swoich zwolenników, ale ja po prostu czekam na rzeczywistego następcę oryginalnego PSP oraz niedocenianej PS Vity. Może tym razem Sony zaproponuje lepszą wizję całego cyklu życia urządzenia i nie porzuci go po kilku latach bezowocnych prób zjednania sobie graczy – tak, uważam, że PS Vita była genialnym sprzętem, który został niesłusznie potraktowany!

  • Grzybiarzu, weź telefon do lasu: jak nie zabłądzić, rozpoznać grzyby i wezwać pomoc

    Grzybiarzu, weź telefon do lasu: jak nie zabłądzić, rozpoznać grzyby i wezwać pomoc

    Planujesz wyprawę na grzyby i zastanawiasz się, czy zostawić smartfona w domu? Lepiej weź go ze sobą, ponieważ w wielu sytuacjach może okazać się niezwykle przydatny.

    Sezon grzybowy w pełni, a jak co roku, pojawia się dylemat: zabrać ze sobą koszyk czy telefon? Odpowiedź brzmi: najlepszym rozwiązaniem jest zabranie obu! Odpowiednio przygotowany smartfon może być w lesie równie nieoceniony jak nóż czy mapa. Co więcej, w niektórych sytuacjach może stać się nawet naszym ratunkiem.

    Smartfon w lesie – niezastąpione narzędzie, nawet bez zasięgu

    Warto zrozumieć, że GPS i dostęp do internetu to dwie odrębne kwestie. GPS ustala naszą lokalizację na podstawie sygnałów satelitarnych i nie wymaga dostępu do sieci. Problemy mogą wystąpić, gdy aplikacja nawigacyjna próbuje wyświetlić mapę, której nie mamy zapisanej w pamięci telefonu. Dlatego zaleca się przed wyruszeniem do lasu pobranie mapy wybranego obszaru do użytku offline. Dzięki temu nawigacja będzie funkcjonować również w miejscach, gdzie zasięg jest słaby lub nie ma go wcale.

    W ten sposób, nawet bez dostępu do internetu, będziemy mogli zaznaczyć miejsce parkingowe, zapisać punkt docelowy czy monitorować przebytą trasę. Pomaga to znacznie zmniejszyć ryzyko zgubienia się.

    Każdy doświadczony grzybiarz wie, że znalezienie dobrego miejsca do zbierania grzybów to tylko połowa sukcesu. Kluczowe jest zapamiętanie lokalizacji, aby w przyszłości móc tam wrócić. Jak wiadomo, pamięć bywa zawodna. Lepiej nie polegać na tym, że za rok przypomnimy sobie, przy którym drzewie rosły prawdziwki. Warto zanotować współrzędne GPS, zrobić zdjęcie okolicy oraz dodać notatkę o dacie, pogodzie i gatunkach, które tam znaleźliśmy.

    Czytaj dalej poniżej


    Ukryta funkcja pilota telewizora zmieni sposób, w jaki oglądasz filmy

    Nie można także zapominać o aplikacjach stworzonych z myślą o grzybiarzach. Szczególnie mniej doświadczeni miłośnicy zbierania grzybów mogą skorzystać z ich wsparcia. Programy oparte na sztucznej inteligencji, takie jak Picture Mushroom, iNaturalist, ShroomID czy Google Lens, mogą po przesłaniu zdjęcia określić potencjalny gatunek. To niezwykle przydatne, zwłaszcza kiedy chcemy szybko zawęzić poszukiwania. Należy jednak pamiętać, że wyniki tych analiz nie powinny być traktowane jako ostateczne, lecz jedynie jako wskazówka. Dwa grzyby, które na zdjęciu wyglądają podobnie, mogą reprezentować zupełnie różne gatunki, a niektóre z nich mają trujące odpowiedniki.

    Grafika: depositphotos.com

  • Nowe słuchawki HyperX. Uszy dziękują, domownicy nie

    Nowe słuchawki HyperX. Uszy dziękują, domownicy nie

    Nowe słuchawki HyperX Cloud Alpha Air to wyjątkowy model, który zapewnia ogromny komfort oraz znakomity dźwięk.

    Firma HyperX z ogromnym zaangażowaniem podjęła krok w nieznane. Słuchawki Cloud Alpha Air wyróżniają się otwartą konstrukcją oraz przewodowym modelem, co pozwala na uzyskanie dźwięku znacznie lepszego niż w tradycyjnych headsetach gamingowych.

    Co wyróżnia HyperX Cloud Alpha Air?

    HyperX już od lat dostarcza graczom doskonałe headsety, które charakteryzują się nie tylko wysoką jakością dźwięku, ale także stonowanym, niemal eleganckim designem, pozbawionym zbędnych udziwnień. Wersje bezprzewodowe oferują natomiast wytrzymałe akumulatory zapewniające długotrwałą pracę bez ładowania. Osobiście korzystam z modeli tej firmy od lat i mogę śmiało stwierdzić, że są to jedne z najlepszych i moich ulubionych słuchawek, które wykorzystuję nie tylko do grania. Dlatego też z zainteresowaniem przyjąłem nowość zaprezentowaną na Gamescomie – model HyperX Cloud Alpha Air, który ma na celu zdobycie nowego terytorium. Mamy tu do czynienia z ich pierwszym modelem o otwartej konstrukcji, typu open-back. Czym to różni się od standardowych modeli?

    W słuchawkach open-back tylna część muszli nie jest szczelnie zamknięta, a ich obudowa jest wykonana z perforowanej siatki lub otworów wentylacyjnych. Dzięki temu powietrze i fale dźwiękowe mogą swobodnie przepływać w obie strony, co ma ogromny wpływ na brzmienie oraz komfort użytkowania. Przede wszystkim, nasza „scena akustyczna” jest otwarta, co sprawia, że dźwięk jest bardziej naturalny. Dzięki temu łatwiej lokalizujemy źródło dźwięku, nie czując się przytłoczeni przez dźwięk zamkniętych przestrzeni. Brak tzw. ciśnienia akustycznego, które kumuluje się w zamkniętych słuchawkach, znacznie podnosi komfort długotrwałego użytkowania, redukując zmęczenie uszu podczas wielogodzinnych sesji. Również nasze własne brzmienie jest naturalne, ponieważ nie jesteśmy odizolowani od dźwięków otoczenia. Rozmawiając, słyszymy siebie wyraźnie i nie potrzebujemy cyfrowego odsłuchu w komunikatorze. Jeśli macie wątpliwości, spróbujcie rozmawiać, mając uszy zasłonięte.

    Niestety, otwarta konstrukcja HyperX Cloud Alpha Air ma swoje negatywne aspekty. Pierwszym jest ucieczka basu, który podczas słuchania muzyki może być nieco osłabiony – brzmienie wydaje się być „suche”. Nieco ratuje to zastosowanie Bass Tube (czerwonej tulei znajdującej się w obrębie 40-milimetrowego przetwornika dynamicznego), aczkolwiek wciąż nie osiągniemy poziomu głębokiego basu znanego z modeli zamkniętych – to kwestia wyboru. Oczywiście bas nie zniknął całkowicie. Dla większości użytkowników, ze względu na brak doświadczenia z wieloma innymi słuchawkami, różnica może być znikoma, jednak dla osób obeznanych z innymi produktami HyperX, brzmienie w tym modelu wyda się specyficzne w porównaniu do zamkniętych słuchawek i nie każdemu przypadnie do gustu.

    Czytaj dalej poniżej


    Brzmij i słysz jak pro – HyperX SoloCast 2 i Cloud Alpha 2 Wireless to idealny zestaw dla twórców i graczy 

    Dodatkowym efektem otwartej konstrukcji jest to, że słyszymy wszystko, co dzieje się wokół (np. stukanie w klawiaturę, hałasy otoczenia), a nasze otoczenie (np. domownicy) doskonale zdaje sobie sprawę z tego, o czym rozmawiamy. Po każdej sesji w słuchawkach moja partnerka była w stanie podsumować tematy rozmów z moją ekipą, chociaż znajdowała się w innym pokoju.

    Specyficzny, ale bardzo wygodny dźwięk

    Podczas rozgrywki szczególnością jest komfort brzmienia, wynikający z połączenia jakości 40 mm neodymowych przetworników oraz otwartej konstrukcji. Dla mnie to doświadczenie łączące mocne uderzenie słuchawek z zachowaniem zdrowego podejścia do mojego aparatu słuchowego. Po kilku godzinach na polu bitwy uszy nie odczuwały zmęczenia, a lekki ból głowy, który czasami towarzyszy używaniu bardziej intensywnych słuchawek, tym razem mnie nie dotknął. Te słuchawki są nie tylko wygodne, ale też zdrowe w dłuższej perspektywie (oczywiście w odpowiedniej skali). Konstrukcja sprzyja również komfortowi, z piankowymi poduszkami nauszników wykończonymi eleganckim materiałem Ultrasuede, które są niezwykle wygodne, nawet na dużych głowach.

    W górnej części znajduje się miękka poduszka, a rozsuwany pałąk pozwala na wygodne dopasowanie do indywidualnych preferencji użytkownika. Nowe słuchawki od HyperX są wykonane z trwałych materiałów, co czyni je solidnymi i wytrzymałymi, a jednocześnie o relatywnie niskiej wadze, wynoszącej 275 gramów (bez mikrofonu) + 12 gramów mikrofonu, który precyzyjnie zbiera dźwięk – nie szumi, a jego działanie zapewnia kapsuła elektretowa o charakterystyce jednokierunkowej. Mikrofon jest odłączany, a na obudowie jednej z muszli znajduje się przycisk do jego wyciszenia, natomiast na drugiej umieszczono pokrętło regulacji dźwięku, które jest delikatnie chropowate, ale działa gładko – może nawet zbyt gładko, przez co momentami nie czułem pełnej kontroli nad jego obrotem, co bywało nieco niewygodne.

    Przewód – świadoma decyzja

    Decyzja o zastosowaniu połączenia przewodowego była świadoma i przemyślana, co dla wielu użytkowników może być zaskoczeniem. HyperX zdecydowało się skoncentrować w modelu Cloud Alpha Air na doznaniach dźwiękowych oraz jakości brzmienia w połączeniu z komfortem użytkowania, co w praktyce kazało zrezygnować z przechowywania akumulatorów, co wpływa na wydajność oraz wagę sprzętu. Na szczęście producent proponuje kilka opcji łączności. Możemy korzystać z przewodu jack 3,5 mm lub specjalnego przedłużacza USB-C, co jest dużym udogodnieniem dla użytkowników laptopów.

    Chociaż osobiście jestem przyzwyczajony do słuchawek bezprzewodowych, nie mam zastrzeżeń do decyzji twórców HyperX Cloud Alpha Air. Ostateczna długość kabla jest wystarczająca, a materiałowy oplot wzbudza wrażenie wysokiej trwałości. Choć dodatkowy kabel może wymagać organizacji na biurku, otrzymujemy w zamian niezwykle ciekawe doświadczenia, które rzadko spotykane w świecie gamingowych słuchawek.

    HyperX Cloud Alpha Air – dla zdecydowanych użytkowników

    Słuchawki Cloud Alpha Air od HyperX są w Polsce dostępne w cenie 639 zł. W tej cenie otrzymujemy otwartą konstrukcję z jej zaletami i wadami – nasze uszy z pewnością będą zadowolone z tego headsetu, ale już domownicy mogą nie podzielać tego entuzjazmu. Moje doświadczenie z tymi słuchawkami było niezwykle komfortowe; doskonale bawiłem się zarówno w grach, jak i korzystając z aplikacji Discord. Jednak nie wszystko brzmiało tak bogato, jak w zamkniętych słuchawkach. To nie jest wada czy błąd tego modelu – to cecha wynika z jego konstrukcji. Dlatego mogę stwierdzić, że to idealny wybór dla tych, którzy poszukują otwartej konstrukcji i rozumieją jej charakterystykę. Przypadkowy zakup Cloud Alpha Air jako „słuchawek do gier” może okazać się nietrafioną decyzją.

  • Na tym filmie będziecie wstrzymywać oddech. Genialni aktorzy w hołdzie poległym

    Na tym filmie będziecie wstrzymywać oddech. Genialni aktorzy w hołdzie poległym

    Ekstremalne oblicze himalaizmu na wielkim ekranie

    Najbardziej ekstremalne oblicze himalaizmu powraca na wielki ekran, a nowy film Apple o pierwszym zdobyciu Mount Everestu może być jednym z najmocniejszych górskich dramatów ostatnich lat.

    Wzbudzający emocje i pełen napięcia, film ten z pewnością przyciągnie uwagę zarówno miłośników gór, jak i pasjonatów kinematografii. Oświetlając niebezpieczeństwa i wyzwania związane z wspinaczką na najwyższą górę świata, twórcy filmu przeniosą widzów w niezwykłą podróż, która zdefiniuje pojęcie odwagi i determinacji.

    Z niecierpliwością czekamy na ten wyjątkowy projekt, który obiecuje ukazać nie tylko fizyczne zmagania wspinaczy, ale także ich wewnętrzne zmagania oraz relacje międzyludzkie, które nadają sens tej niebezpiecznej pasji.

  • Action rozpieszcza fanów elektroniki. Super produkty w niskich cenach

    Action rozpieszcza fanów elektroniki. Super produkty w niskich cenach

    Action w tym tygodniu przygotowało prawdziwą gratkę dla fanów taniej elektroniki. Tak niskich cen dawno nie było.

    Promocja Tygodnia w Action

    W trwającej właśnie Promocji Tygodnia w sklepach Action, największym hitem może okazać się kompaktowa drukarka etykiet Fichero w cenie 44,95 zł. Ta praktyczna urządzenie umożliwia uporządkowanie dokumentów oraz różnorodnych akcesoriów. Drukarka łączy się ze smartfonem przez Bluetooth, a za pomocą aplikacji można przygotować własne projekty etykiet i szybko je wydrukować. Idealnie sprawdzi się do oznaczania słoików z przyprawami, segregatorów, pudełek, szuflad czy przedmiotów znajdujących się na biurku. Urządzenie jest bezprzewodowe i wyposażone w akumulator, który można ładować przez USB-C – odpowiedni przewód znajduje się w zestawie. Dodatkowo, producent dołącza zainstalowaną rolkę etykiet, co pozwala na natychmiastowe korzystanie z urządzenia po wyjęciu z opakowania.

    Do drukarki Fichero dostępne są także przystępne cenowo rolki uzupełniające, które w promocji kosztują 9,95 zł. Pozwalają one na przygotowanie kolejnych etykiet bez konieczności wymiany urządzenia czy zakupu dodatkowych materiałów eksploatacyjnych. W zestawie znajduje się trzy rolki, z których każda zawiera 210 etykiet o wymiarach 30 × 14 mm, co łącznie daje 630 etykiet.

    Action kusi przecenami. Co w tym tygodniu?

    W niższych cenach dostępne są także baterie. Cztery sztuki Panasonic AA kosztują 3,99 zł w promocji, co w prostych obliczeniach daje mniej niż złotówkę za sztukę. Podobna oferta dotyczy czterech baterii Panasonic AAA, które również kosztują 3,99 zł. Z kolei zestaw 10 baterii Varta AA albo Varta AAA można zakupić za 9,49 zł, co pozwala na nabycie każdej sztuki za 95 groszy. Dla bardziej wymagających użytkowników dostępne są cztery wielokrotne baterie GP AA w cenie 13,95 zł oraz cztery baterie GP AAA w tej samej cenie.

    Fani nastrojowego oświetlenia powinni zwrócić uwagę na inteligentną lampę podłogową RGB LSC Smart Connect, dostępną za 59,99 zł. Dzięki aplikacji mobilnej można regulować jasność, wybierać różne kolory oraz dostosować oświetlenie do aktualnej sytuacji – od wieczornego relaksu na kanapie po spotkanie z przyjaciółmi. Lampą można sterować nie tylko z poziomu smartfona, ale również głosowo przy użyciu Asystenta Google, Amazon Alexa lub Siri. Dodatkową atrakcją jest funkcja timera, która pozwala na automatyczne włączanie lub wyłączanie oświetlenia o wyznaczonej porze.

    Czytaj dalej poniżej


    Szaleństwo Parkside w Lidlu. Na półki wracają akumulatory i sprzęt na jesień

    W sprzedaży dostępny jest również Powerbank Xtorm w cenie 44,95 zł, dostępny w różnych kolorach. To niewielkie i poręczne źródło dodatkowej energii dla smartfona lub innego urządzenia, które szczególnie dobrze sprawdzi się poza domem. Powerbank ma pojemność 5000 mAh i umożliwia szybkie ładowanie. Jego największym atutem jest wbudowane, rozkładane złącze USB-C, dzięki któremu można podłączyć smartfon bez potrzeby zabierania ze sobą dodatkowego przewodu.

    W promocyjnej cenie dostępne są również bezprzewodowe słuchawki douszne Solix SL-300, które kosztują 22,95 zł. Pracują do 28 godzin słuchania (z pełnym etui), co sprawia, że idealnie nadają się zarówno do codziennego użytku, jak i na podróże. Dotykowe sterowanie pozwala na komfortowe obsługiwanie najważniejszych funkcji bez potrzeby sięgania po telefon, a pełne naładowanie zestawu zajmuje około 3 godzin.

    Promocja Tygodnia w Action trwa do 22.09