Kategoria: Wiadomości

  • Recenzja Ace Combat 8: Wings of Theve. Poczuć się jak Maverick…

    Recenzja Ace Combat 8: Wings of Theve. Poczuć się jak Maverick…

    Ace Combat 8: Wings of Theve koncentruje się na spektakularnych walkach powietrznych oraz znacznie bardziej rozwiniętej fabule. To tytuł, który powinien zadowolić nie tylko miłośników „siódemki”, choć niesie ze sobą także pewne słabsze momenty.


    Seria Ace Combat zadebiutowała w 1995 roku na konsoli PlayStation i od tego czasu doczekała się wielu odsłon. Ostatnia istotna część, Skies Unknown, miała premierę w styczniu 2019 roku i odniosła spory sukces. Na kontynuację czekaliśmy ponad siedem lat. Czy w końcu spełni oczekiwania głodnych fanów?

    Fabuła i bohaterowie

    W Ace Combat 8 wracamy do znanego z poprzednich części fikcyjnego uniwersum Strangereal. Akcja toczy się około dekadę po wydarzeniach z poprzedniej odsłony, gdy Republika Sotoa atakuje Federację Centralnej Usei i zajmuje jej stolicę, Theve. Resztki armii i uchodźcy ukrywają się na pokładzie starego lotniskowca Endurance. My wcielamy się w rolę uratowanego na morzu „milczącego” pilota Rexa, który szybko zostaje wykorzystany przez machinę propagandową, przedstawiającą nas jako legendarnego asa lotnictwa znanego pod przydomkiem „Wings of Theve”. Dołączamy do eskadry Joker, w której służą m.in. były wykładowca akademicki, cywilna pilotka akrobatyczna oraz zapalony fan rocka.

    Po raz pierwszy w serii przerywniki filmowe oglądamy z perspektywy pierwszej osoby – na odprawach, w stołówce czy na pokładzie lotniskowca. Narracja w grze została znacznie rozwinięta, a w trakcie misji jesteśmy świadkami licznych dialogów przez radio, w których możemy również brać udział, podejmując proste decyzje wpływające na przebieg zadań.

    Czytaj dalej poniżej

    Rockstar oszalał. Kolekcjonerka GTA 6 bez gry i za 1800 zł

    Fabuła jest z pewnością ambitniejsza niż w poprzednich częściach. Twórcy poruszają temat propagandy oraz manipulacji w mediach społecznościowych, nadając całości wyraźny antywojenny kontekst. Niestety, sposób narracji bywa czasami męczący. Liczne przerywniki filmowe, melodramatyczne dialogi, jak w anime, oraz dłuższy czas oczekiwania na pierwszą misję mogą zniechęcić nowych graczy, którzy mogą być niecierpliwi.

    Chociaż na pierwszy rzut oka Ace Combat 8 może wydawać się „Call of Duty z odrzutowcami”, w rzeczywistości jest znacznie bliżej jRPG w konwencji militarnej. Osoby, które mają uczulenie na „japońszczyznę”, powinny trzymać się z daleka, ponieważ w tej grze znajdą jej pod dostatkiem. Realizm również nie jest mocną stroną tej produkcji.

    Kampania składa się z prologu oraz 30 misji, a jej ukończenie zajmuje około 20-25 godzin. Schemat rozgrywki pozostaje znajomy. Po odprawie wybieramy w hangarze samolot oraz uzbrojenie, a potem udajemy się do walki. Po wykonaniu zadania otrzymujemy ocenę oraz walutę, którą możemy przeznaczyć na nowe maszyny i ulepszenia. Tym razem mamy również możliwość decydowania o wyposażeniu naszych trzech skrzydłowych.

    Kampania i skrzydłowi

    Misje są dość zróżnicowane. Oferują klasyczne pojedynki myśliwców, ataki na cele naziemne i morskie, eskorty, przeloty poniżej zasięgu radaru oraz zadania na czas, w których musimy zdobyć określoną liczbę punktów. Nie zabrakło także starć z gigantycznymi superbroniami, które od lat są znakiem rozpoznawczym serii. Niestety, w drugiej połowie kampanii pewne zadania mogą się powtarzać, co sprawia, że gra wydaje się nieco dłużąca.

    W Ace Combat 8 po raz kolejny wracają rozkazy dla skrzydłowych (które były nieobecne od czasów Ace Combat 6). Używając krzyżaka na padzie, możemy zlecać eskadrze ataki na konkretne cele, pozwolić jej działać samodzielnie, wezwać do ochrony lub zezwolić na użycie broni specjalnej. Istotną rolę w grze odgrywają teraz chmury. Wchodząc w nie, możemy zgubić naprowadzane rakiety, ale musimy się liczyć z turbulencjami, utratą widoczności i oblodzeniem. Kiedy przeciwnik zakłóca radar, pozostaje nam wypatrywać smug kondensacyjnych.

    Model lotu pozostaje zręcznościowy. Mamy do wyboru uproszczone sterowanie Standard oraz bardziej wymagające Expert, w którym samodzielnie kontrolujemy przechylenie maszyny. Zalecam od razu wybrać te drugie, ponieważ wbrew nazwie nie wymaga dużego doświadczenia i jest bardzo dostępne, a jednocześnie zapewnia znacznie lepsze wrażenia z zabawy.

    Kampania uzupełnia tryb wieloosobowy Ace Combat Online. Miejscem spotkań graczy jest baza lotnicza, która pomieści do 100 osób, z automatami z klasycznymi grami Namco. Zapowiedziano misje kooperacyjne przeciwko komputerowym wrogom, starcia dwóch czteroosobowych drużyn z dodatkowymi przeciwnikami sterowanymi przez komputer, klasyczną rywalizację między graczami oraz tryby okresowe. Serwery wystartują na dobre dopiero po premierze, więc nie mogę ocenić tego aspektu gry.

    Znamy jednak zasady dodatkowych opłat. Sezony mają trwać około dwóch miesięcy, a każdy z nich otrzyma przepustkę Ace Pass, z darmową oraz płatną ścieżką nagród. Wariant Premium Plus umożliwia od razu odblokowanie 30 poziomów, a samoloty z przepustki mają później trafić do sprzedaży jako DLC. Kupon na Premium Plus znajdziemy w edycji Deluxe. Taki model w grze sprzedawanej za pełną cenę budzi mieszane uczucia. Pytanie brzmi, czy elementy pay-to-win będą znaczące i jak mocno wpłyną na balans rozgrywki.

    Chmury i muzyka

    Ace Combat 8 działa na Unreal Engine 5, wzbogaconym o autorską technologię Cloudly, odpowiedzialną za chmury i warunki atmosferyczne. Efekty robią wrażenie, szczególnie w powietrzu. Chmury są zaskakująco naturalne, na osłonie kabiny naszego odrzutowca osiadają krople i szron, a wszystkie modele 3D są bardzo szczegółowe. Niestety, teren z bliska wypada gorzej – podczas lotu na małej wysokości widać, że budynki i tekstury podłoża są pozbawione detali.

    Wszystko to wiąże się z dość wysokimi wymaganiami sprzętowymi na PC – aby grać w 1080p, twórcy zalecają aż 32 GB pamięci RAM i kartę GeForce 3070. To spore wymaganie.

    Muzyka stanowi jeden z najmocniejszych punktów gry. Za ścieżkę dźwiękową po raz kolejny odpowiadają Keiki Kobayashi, Ryo Watanabe i Mitsuhiro Kitadani. Partie orkiestrowe i chóralne przeplatają się z rockowymi motywami, co znakomicie buduje klimat i pozwala poczuć się jak Tom Cruise w Top Gunie.

    Dubbing przygotowano w języku angielskim, japońskim i chińskim, a polska wersja obejmuje jedynie napisy i interfejs. Brak rodzimych głosów ma znaczenie, ponieważ podczas misji radio praktycznie nie milknie. W ten sposób otrzymujemy część poleceń, w tym informacje o zmianie celów misji. Czytanie napisów podczas gwałtownych manewrów jest problematyczne i mocno wybija z rytmu, a w trakcie samej transmisji dzieje się tak dużo, że trudno się w tym połapać.

    Dla kogo jest Ace Combat 8?

    Ace Combat 8: Wings of Theve rozwija znaną formułę. Oferuje najdłuższą kampanię w historii serii, ambitniejszą fabułę oraz fantastycznie wyglądające niebo. Powrót do wydawania rozkazów dla skrzydłowych oraz większe możliwości stosowania broni specjalnej urozmaicają rozgrywkę, ale podstawy pozostają bliskie temu, co oferowały poprzednie odsłony serii.

    Nie wszystkie zmiany są jednak korzystne. Rozbudowana fabuła oznacza powolny i przegadany początek, a w dalszej części kampanii – powtarzalność zadań.

    Jeżeli lubiliście Ace Combat 7 lub tęskniliście za zręcznościowymi grami lotniczymi z wysokim budżetem, nowy Ace Combat z pewnością Was zadowoli. Gra ma potencjał, aby być świetna w trybie multiplayer, pod warunkiem, że twórcy nie przekształcą jej w skarbonkę po premierze. W każdym razie, w kategorii widowiskowych zręcznościówek tego typu, seria aktualnie przeżywa swój złoty okres i zdaje się być całkowicie poza konkurencją.

    Ace Combat 8: Wings of Theve



    plusy

    • Długa, rozbudowana kampania z przekonującą historią
    • Zróżnicowane misje i starcia z superbroniami
    • Powrót rozkazów dla skrzydłowych
    • Chmury wpływające na przebieg walki
    • Znakomicie wyglądające niebo i samoloty


    minusy

    • Powolny, przegadany początek kampanii
    • Brak polskiego dubbingu
    • Przepustka sezonowa w grze za pełną cenę

    Grę do recenzji udostępnił wydawca. Firma nie miała wpływu na treść artykułu przed publikacją.

  • Xpeng G9 AWD Performance to prawie 5 metrów SUV-a premium. Ma prawie wszystko, czego można zapragnąć

    Xpeng G9 AWD Performance to prawie 5 metrów SUV-a premium. Ma prawie wszystko, czego można zapragnąć

    Samochody marki Xpeng to nowość na polskim rynku. Chińska firma rozpoczęła swoją ekspansję w Polsce w kwietniu ubiegłego roku, prezentując modele P7, G7 oraz G9. Miałem okazję przetestować ten ostatni – potężnego SUV-a w wersji AWD Performance i mogę szczerze powiedzieć, że zakochałem się w nim od pierwszego przejazdu. Jest niezwykle wygodny, ładuje się w błyskawicznym tempie i przyspiesza do setki w nieco ponad 4 sekundy. Należy jednak podkreślić, że cena nie jest najniższa.

    Prawie 5 metrów eleganckiego minimalizmu

    Dla tych, którzy sceptycznie podchodzą do kolejnych dużych SUV-ów, Xpeng G9 może początkowo wydawać się zbyt masywny – ma bowiem długość 4,89 m i szerokość niemal 2 m. Po pierwszym zajęciu miejsca w środku, czułem się jak w małym pokoju na kołach, ponieważ przestronność wnętrza robi ogromne wrażenie. To ma zarówno swoje zalety, jak i wady. Ale zanim przejdziemy do szczegółów, rzućmy okiem na zewnętrzną stronę G9.

    W przypadku stylizacji nadwozia dominują łagodne linie i zaokrąglenia. Z przodu biegnie cienki pasek LED przez całą szerokość, a poniżej znajdują się wąskie reflektory. Maska jest niemal pozbawiona przetłoczeń, jedynie po bokach możemy dostrzec bardziej wyraziste linie, biegnące od przedniego błotnika, przez drzwi, aż do wyraźnie zaznaczonego progu.

    Znajdziemy też niewielki spojler nad tylną szybą, a tył pojazdu jest szeroki i zaokrąglony. Otrzymałem do testów (subiektywnie) najładniejszą wersję w odcieniu zielonym, która prezentuje się elegancko i z klasą, nie przyciągając nadmiernej uwagi.

    Przestrzeń, wygoda i wielkie ekrany – w Xpeng G9 aż chce się siedzieć

    Muszę ostrzec antyfanów dotykowego sterowania – w G9 fizycznych przycisków jest naprawdę mało. Większość funkcji kontroluje się z poziomu 15-calowego ekranu, który działa na autorskim systemie XMART OS, opartym na podzespołach Snapdragon 8295. Kolejny duży ekran umieszczono przed pasażerem, który służy głównie do multimediów (Apple TV, Spotify, YouTube i inne), ale można nim również sterować klimatyzacją oraz funkcjami masażu w fotelach. Warto zaznaczyć, że kierowca nie może widzieć zawartości ekranu pasażera – to znaczy, że widzi, ale jest ona zaciemniona.

    Bezpośrednio za kierownicą (na której znajdują się rolki do regulacji głośności oraz ustawienia kierownicy i lusterek) umieszczono ekran o przekątnej 10,25 cala, wyświetlający zegary oraz konfigurowalne elementy cyfrowe, takie jak miniaturka nawigacji.

    Deska rozdzielcza jest prosta, mocno zaokrąglona i pozbawiona zbędnych ozdobników. Zgrabnie ukryto wywiewy klimatyzacji, a pod głównym ekranem znajdują się dwie ładowarki indukcyjne z wylotami powietrza.

    Oświetlenie ambientowe jest prowadzone w formie cienkich, dyskretnych linii – możemy nim sterować z poziomu ekranu. Warto dodać, że nie znajdziemy tutaj guzika do uruchamiania silnika – auto jest gotowe do jazdy po wykryciu kluczyków wewnątrz.

    Fotele przednie są seryjnie podgrzewane i wentylowane (zarówno siedzisko, jak i oparcie) i zapamiętują ustawienia użytkowników. Fotel kierowcy regulowany jest w 8 płaszczyznach, łącznie z podparciem lędźwiowym, a fotel pasażera w 6. Masaż, o którym wspomniałem w kontekście ekranu pasażera, to już wyposażenie dodatkowe – podobnie jak skóra Nappa i regulowane podparcie nóg.

    Wszystko to dostępne jest w pakiecie Premium Comfort & Audio za 16 900 zł, ponieważ w podstawowej wersji AWD Performance otrzymujemy tapicerkę z ekoskóry. Pakiet Premium odpowiada również za jakość dźwięku – zamiast standardowego zestawu Xpeng z 8 głośnikami, mamy system Dynaudio XOPERA z Dolby Atmos (format dźwięku przestrzennego, w którym dźwięk może dochodzić także z góry).

    Wnętrze samochodu nie ma żadnych luzów, trzasków ani odczucia plastikowości. Materiały są miękkie i przyjemne w dotyku, a fotele mocno zabudowane oraz bardzo komfortowe.

    Tylna kanapa i bagażnik – auto idealne dla rodziny

    Nie można narzekać na przestronność z przodu, ale pasażerowie z tyłu doświadczają prawdziwego luksusu. Znajdzie się tam dużo miejsca nad głową, a przestrzeń na nogi może wynosić od 90 cm, w zależności od ustawienia przednich foteli. Fotele tylne również są wentylowane i podgrzewane z opcją masażu, a także można regulować kąt oparcia tylnej kanapy o 10°. Istnieje również podłokietnik z uchwytami na kubki oraz gniazdo zasilania przy tylnym panelu klimatyzacji.

    A jeśli chodzi o bagażnik? Oferuje on pojemność 660 l, a po złożeniu tylnej kanapy nawet 1576 l, a jeśli to komuś wciąż mało, to pod przednią maską w tzw. frunku znajdziemy schowek o pojemności 71 l. Duże zakupy, wózek dziecięcy czy walizki – wszystko powinno się zmieścić bez problemów.

    Wszystko w ekranie, czyli kilka słów o intuicyjności

    Nie mam problemu z dotykowym sterowaniem i ograniczaniem dostępności fizycznych przycisków, pod warunkiem, że system jest przejrzysty i intuicyjny. System w Xpengu G9 wymaga jednak pewnego przyzwyczajenia, a czasami przeskakiwania przez różne, nie zawsze logiczne zakładki ustawień. Przykładem może być zmieniające się domyślne ustawienie elementów interfejsu na ekranie przed kierowcą.

    W domyślnej konfiguracji widoczne były wizualizacje otoczenia samochodu generowane przez systemy ADAS oraz wspomniana miniaturka nawigacji. Taki układ jest bardzo użyteczny, dlatego nie chciałem nic zmieniać, ale auto zrobiło to za mnie. Po pewnym czasie po uruchomieniu samochodu te elementy zniknęły, a przy kolejnym odpaleniu wyświetlane były już inne widgety, a ja nie mogłem znaleźć rozwiązania. Przeszukałem wszystkie zakładki, ale nie znalazłem tej domyślnej konfiguracji, która… samoistnie wróciła następnego dnia.

    Napotykałem także inne drobne problemy, na przykład z nieklikalnością niektórych ikon, czy brakiem możliwości usunięcia belki ze skrótami, która wysuwa się z góry. Chciałem wrócić do ekranu głównego, ale nie mogłem – w przypadku, gdy system przejmuje odpowiedzialność za tak kluczowe funkcje, jak ustawienie kierownicy lub lusterek, nie powinno być miejsca na takie niespodzianki. Przydałoby się jakieś awaryjne rozwiązanie, którego w Xpengu G9 nie ma.

    Potężna moc i pneumatyka w standardzie

    Xpeng G9 to ogromna maszyna wymagająca ogromnej mocy, dlatego pod maską znajduje się silnik indukcyjny o mocy 224 KM (około 165 kW), a przy tylnej osi – synchroniczny silnik z magnesami trwałymi o mocy 351 KM (około 258 kW). Łącznie dysponujemy więc 575 KM (około 423 kW) oraz momentem obrotowym 695 Nm. Taki zestaw to popularne rozwiązanie w elektrykach z napędem na wszystkie koła, ponieważ silnik indukcyjny nie ma magnesów, więc gdy nie jest zasilany, praktycznie nie stawia oporu. Można go zatem wyłączyć, kiedy nie jest potrzebny, co pozwala na oszczędność energii.

    Setka pojawia się na liczniku po 4,2 sekundy, co oznacza, że jest o ponad 2 sekundy szybsza niż w tylnonapędowej wersji Long Range – i to w aucie, które waży 2395 kg. Prędkość maksymalna wynosi co prawda „tylko” 200 km/h – dokładnie tyle samo, co w słabszych wersjach. Do wyboru mamy tryby jazdy: ECO, komfortowy, sportowy i indywidualny, a także tryby śniegowy i deszczowy. Jest także regulacja wysokości zawieszenia pneumatycznego, z szerokim zakresem od -50 do +50 mm w odniesieniu do normalnej wysokości, regulowana ręcznie lub automatycznie w zależności od wybranego trybu.

    Warto dodać, że AWD Performance ma pneumatyczne zawieszenie w standardzie, podczas gdy wersje RWD korzystają z klasycznego zawieszenia sprężynowego.

    Bateria i ładowanie

    Energię w Xpeng G9 AWD Performance magazynuje akumulator o pojemności 94,6 kWh brutto, zbudowany z ogniw LFP (litowo-żelazowo-fosforanowych), które są tańsze i trwalsze od popularnych ogniw NMC, chociaż zazwyczaj mniej pojemne przy tej samej wadze. Według producenta, pozwala to na przejechanie do 540 km w cyklu WLTP przy średnim zużyciu 20,1 kWh/100 km. W trybie mieszanym realnie można zasięgnąć około 450-480 km – ja, jeżdżąc głównie po mieście, osiągnąłem zużycie na poziomie 14,4 kWh/100 km.

    Największym atutem G9 jest jednak ładowanie. Maksymalna moc przy ładowarce prądu stałego wynosi 525 kW, a uzyskanie energii od 10 do 80 proc. zajmuje około 12 minut. Niestety w Polsce jest niewiele ładowarek, które wykorzystają ten potencjał, co sprawia, że to auto, na które nasza infrastruktura jeszcze nie jest gotowa.

    Nie tylko zresztą nasza krajowa infrastruktura nie jest gotowa – podczas europejskiego testu G9 na ładowarce 500 kW osiągnął 452 kW. Stacja mogła dostarczyć maksymalnie 600 A, podczas gdy G9 potrafi przyjąć nawet 700 A.

    Jak jeździ się Xpengiem G9? Szalenie przyjemnie

    Przez pierwsze kilka kilometrów czułem się, jakby siedział za sterami autobusu, ponieważ auto, z powodu dużych rozmiarów i mocno wysuniętego przodu, początkowo sprawia wrażenie, że ledwo mieści się na drodze. Ułatwienie zapewniają jednak liczne czujniki: kamery, radary oraz czujniki ultradźwiękowe rozmieszczone wokół nadwozia.

    W ruchu miejskim kontroluje nas monitorowanie martwego pola, asystent utrzymania pasa ruchu oraz ostrzeżenie przed ruchem poprzecznym przy wyjeździe tyłem z miejsca parkingowego. Przy wysiadaniu auto ostrzeże, jeśli z tyłu nadjeżdża samochód lub rowerzysta. Na trasie odciąża nas tempomat adaptacyjny, który współpracuje z systemem utrzymywania auta na środku pasa i potrafi samodzielnie zmieniać pas ruchu. W Xpengu G9, mimo ograniczonego zaufania do technologii, czułem się bardzo bezpiecznie.

    Pomimo dużych rozmiarów, auto prowadzi się jednym palcem. G9 jest responsywny, dynamiczny, płynnie wchodzi w zakręty i delikatnie reaguje na naciśnięcie pedału gazu. Po obniżeniu pneumatyki w trybie sportowym można niemal poczuć się jak w miejskim hatchbacku, co zapewnia wiele radości dzięki natychmiastowemu momentowi obrotowemu. Również pokonywanie progów zwalniających oraz wszelkich drogowych nierówności nie stanowi dla niego problemu – G9 po prostu przez nie przepływa.

    Na parkingu z pomocą przychodzą kamery 360°, które pokazują auto i jego otoczenie z lotu ptaka, oraz funkcja „przezroczystej podłogi”. Wówczas na ekranie wyświetla się obraz spod samochodu, odtworzony zarejestrowany wcześniej przez kamery, co ułatwia ocenę odległości do krawężnika. Samochód oferuje także funkcję samodzielnego parkowania w miejscach, gdzie widać wyraźne linie. Po wrzuceniu biegu wstecz na ekranie głównym pojawią się dostępne miejsca parkingowe, wystarczy kliknąć „start autopark”. Parkowanie odbywa się powoli i niezwykle precyzyjnie – można zobaczyć to na naszym TikToku.

    G9 oczywiście ma również system rekuperacji, ale nie oferuje typowego trybu one-pedal driving, pozwalającego na całkowite zatrzymanie samochodu bez używania hamulca – przy niskich prędkościach auto nadal delikatnie się toczy. Jednak z łatwością można to zrealizować, szczególnie w sytuacji, gdy z przodu znajduje się hamujący samochód – wystarczy tylko lekko musnąć pedał.

    Wielki, szybki i wygodny – ale nie tani

    Xpeng G9 AWD Performance to auto, z którym trudno się rozstać. Przestronna kabina, miękkie pneumatyczne zawieszenie, wygodne fotele z masażem, komfort prowadzenia, doskonałe audio i mnóstwo czujników bezpieczeństwa – wszystko to sprawia, że w dłuższą trasę z rodziną chce się ruszać właśnie tym pojazdem. Dodatkowo otrzymujemy 575 KM, setkę w 4,2 s oraz ładowanie o mocy do 525 kW, chociaż w Polsce wciąż trudno o odpowiednią ładowarkę.

    Nie obyło się oczywiście bez kilku drobnych zgrzytów. Oprogramowanie potrafi płatać figle, co bywa irytujące, zwłaszcza w aucie kontrolowanym prawie całkowicie z ekranu.

    Największą barierą pozostaje jednak cena. Podstawowa wersja AWD Performance kosztuje 315 900 zł, a egzemplarz, którym jeździłem, z matowym lakierem Kaitoke Green oraz pakietem Premium Comfort & Audio to wydatek rzędu 340 700 zł. To z pewnością auto premium, które będzie miało trudności z dotarciem do szerszej publiczności. Gdy dysponujemy takim budżetem na samochód, często pojawiają się preferencje związane z konkretną marką, a Xpeng nie miał jeszcze wystarczająco dużo czasu, by zdobyć nasze zaufanie, pozostając wciąż egzotycznym tworem na rynku.

  • 24,8 mln użytkowników Facebooka w Polsce – co my właściwie jeszcze tam robimy?

    24,8 mln użytkowników Facebooka w Polsce – co my właściwie jeszcze tam robimy?

    Facebook w 2026 roku – czy jego znaczenie nadal trwa?

    Obecny status Facebooka jest dość osobliwy. Mniej więcej nikt już nie wyraża entuzjazmu wobec tej platformy – traktujemy ją jak przydatny, aczkolwiek rutynowy element codzienności, podobnie jak telefon. W moim otoczeniu niewielu dzieli się nowymi zdjęciami na Facebooku, ale to właśnie tam często organizują się różnorodne mikrospołeczności. Serwis Marka Zuckerberga nie stał się jednak internetowym cmentarzyskiem, jak przepowiadano przy okazji powstania każdej nowej platformy społecznościowej. Na przestrzeni lat znacząco zmienił się sposób, w jaki z niego korzystamy.

    Facebook umiera? Statystyki mówią co innego

    Z danych z narzędzi reklamowych platform społecznościowych, zebranych przez NapoleonCat, wynika, że w sierpniu 2026 roku potencjalna grupa odbiorców Facebooka w Polsce wynosiła około 24,8 miliona kont. Nie powinniśmy jednak utożsamiać tej wartości z rzeczywistą liczbą aktywnych użytkowników – to bardziej estymacje dotyczące osób, do których mogą docierać reklamy. Niemniej jednak skala ta pozostaje ogromna.

    Struktura wiekowa tej grupy robi jeszcze większe wrażenie. Największy odsetek stanowią osoby w wieku od 25 do 34 lat – 26,6%. Kolejne 22,6% przypada na osoby w wieku 35–44 lata, a 17,3% na grupę wiekową 45–54. Niestety NapoleonCat nie podaje danych dla grupy docelowej 13-17. Facebook nie jest więc jedynie platformą dla osób starszych, jak sugerują niektóre stereotypy, aczkolwiek młodsze pokolenia istotnie nie są na niej zbyt aktywne.

    Różnice pokoleniowe są wyraźne. Badanie Pew Research Center przeprowadzone w USA w 2025 roku wykazało, że z Facebooka korzysta 68% dorosłych w wieku 18–29 lat oraz aż 80% osób w wieku 30–49 lat. W przypadku Instagrama proporcje są odwrotne – to odpowiednio 80% i 62%. TikTok również zdecydowanie lepiej przyciąga młodsze grupy: korzysta z niego 63% badanych w wieku 18–29 lat i 44% osób od 30. do 49. roku życia.

    Czytaj dalej poniżej

    Instagram, Facebook i WhatsApp z nową subskrypcją. Meta One oficjalnie

    Jeszcze wyraźniejsza różnica występuje wśród nastolatków. Wspomniane wcześniej badanie nie uwzględniało osób niepełnoletnich, ale Pew Research Center przeprowadziło odrębną analizę w 2025 roku obejmującą Amerykanów w wieku 13–17 lat. Niestety, trudno ocenić, na ile mamy do czynienia z aktywnymi kontami lub regularnością korzystania. Pytanie zadane nastolatkom brzmiało „czy kiedykolwiek korzystałeś z jednej z wymienionych aplikacji”. Z danych wynika, że Facebooka używało jedynie 31% badanych, podczas gdy w przypadku TikToka ten wskaźnik wynosił 68%, a dla Instagrama 63%. Niekwestionowanym liderem pozostawał YouTube, z wynikiem aż 92%. Niestety, nie udało mi się znaleźć równie aktualnych i porównywalnych danych dotyczących polskich nastolatków.

    Można więc stwierdzić, że Facebook nie tyle umiera, co starzeje się razem z pierwotną grupą odbiorców.

    Meta wciąż walczy, ale…

    Facebook coraz mocniej kieruje się w stronę modelu znanego z TikToka. Algorytmy proponują treści publikowane przez konta, których użytkownik nie obserwuje, a wideo stają się coraz bardziej dominującym formatem. Meta w 2024 roku podała, że młodzi dorośli spędzali na Facebooku niemal 60% czasu na oglądaniu filmów.

    Mam jednak wrażenie, że to, co przyjemne w konsumowaniu treści na TikToku i Instagramie, w przypadku Facebooka staje się dość kłopotliwe. Z jednej strony zniechęca mnie nieco przestarzały interfejs, a z drugiej – wszechobecne, anonimowe komentarze, które często mają na celu wywoływanie chaosu, obrażanie czy prowokacje.

    Facebook nie spełnia już swojej pierwotnej funkcji

    Kilkanaście lat temu Facebook był przede wszystkim miejscem do obserwowania życia znajomych. Zdjęcia z wakacji, statusy związkowe, wpisy na tablicy, albumy z imprez i obowiązkowe życzenia urodzinowe tworzyły wówczas naszą cyfrową rzeczywistość. Może nie każdy to pamięta, ale były czasy, kiedy graliśmy tam w gry (patrz: FarmVille).

    Obecnie wiele z tych funkcji zostało przejętych przez inne platformy. Instagram stał się miejscem do prezentowania własnego życia i obserwowania influencerów oraz ulubionych artystów. Z kolei TikTok stał się ogromną maszyną do odkrywania nowego treści i pochłaniania naszego czasu. Prywatne rozmowy rozproszyły się po różnych aplikacjach komunikacyjnych, w tym na Messengerze, który z jednej strony jest oddzielnym bytem, a z drugiej wciąż jest „przyklejony” do Facebooka (nie mogę znieść decyzji o zlikwidowaniu desktopowej wersji Messengera na systemie Mac).

    To grupy i Marketplace trzymają Facebooka przy życiu

    Z moich obserwacji wynika, że obecnie Facebook to przede wszystkim mikrospołeczności. Grupy tworzone na tej platformie zastępują tradycyjne fora dyskusyjne. Również sprzedaż rzeczy z drugiej ręki za pośrednictwem Marketplace wciąż ma się dobrze.

    Facebook ma ogromną przewagę w obszarze lokalnych społeczności i zaspokajania konkretnych potrzeb. To tutaj szukamy grup mieszkańców osiedla, pytamy innych właścicieli tego samego modelu samochodu o pomoc w rozwiązaniu problemu, sprawdzamy wydarzenia w okolicy, a także wystawiamy na sprzedaż niepotrzebne przedmioty. W takich zastosowaniach serwis pozostaje zaskakująco użyteczny.

    Ciemna strona Facebooka

    Wspominałem o niskim poziomie dyskusji na grupach Facebooka, ale w tym kontekście trudno winić samą platformę. Z drugiej strony, są pewne działania Mety, które zasługują na potępienie i szerokie nagłośnienie.

    Za Facebookiem od lat ciągną się kontrowersje dotyczące prywatności, moderowania treści i reklam. W Polsce jedną z twarzy walki z tym procederem stał się Rafał Brzoska, dyrektor generalny InPostu. Jego konflikt z Metą rozpoczął się, gdy na Facebooku pojawiły się reklamy wykorzystujące bez zgody wizerunki jego oraz jego żony, Omeny Mensah, m.in. do promowania fałszywych inwestycji. W podobnych kampaniach pojawiali się m.in. Andrzej Duda, Karol Nawrocki, Adam Glapiński czy Martyna Wojciechowska.

    Obecnie Brzoska nie tylko walczy o swoje prawa, ale także dąży do zmian na całym rynku. We wrześniu 2026 roku nagłośnił raport Fundacji Instrat, zgodnie z którym Meta może w Polsce osiągać około 760 milionów złotych rocznie z emisji oszukańczych reklam. Zgodnie z obliczeniami autorów, odpowiadałoby to aż 37% przychodów raportowanych przez polską spółkę Mety za 2025 roku.

    Jak nietrudno się domyślić, firma zakwestionowała zarówno metodologię raportu, jak i część wynikających z niego wniosków. Zdaniem Mety, między lipcem 2025 a czerwcem 2026 roku usunięto w Polsce 137 tysięcy oszukańczych reklam, z czego ponad 88% jeszcze przed ich zgłoszeniem przez użytkowników.

    Rafał Brzoska kontra Facebook

    Równocześnie Brzoska rozwija własną inicjatywę #150% STOP SCAM, w ramach której pod koniec sierpnia uruchomiono ScamWatch – narzędzie do monitorowania reklam na platformach Mety. Do 23 września zgromadziło ono ponad 2,3 miliona reklam, które niemal wszystkie poddano analizie. Ponad 346 tysięcy oznaczono jako podejrzane, a ponad 28 tysięcy jako materiały o bardzo wysokim ryzyku.

    Inicjatywa #150% STOP SCAM proponuje również rozwiązania: obowiązkową weryfikację reklamodawców, fundusz dla ofiar oszustw oraz kary dla platform w wysokości 150% przychodu uzyskanego z emisji reklamy uznanej za oszustwo, oraz powiązanych z nią reklam.

    Brzoska zaczyna także publicznie domagać się od Mety odpowiedzi, pytając m.in. o skuteczność Biblioteki Reklam oraz brak obowiązkowej weryfikacji tożsamości wszystkich reklamodawców. Nie brakuje mu również odwagi, by wymieniać z imienia i nazwiska polskich przedstawicieli amerykańskiego giganta. Kierownictwo Mety w Polsce zostało zaproszone na specjalne posiedzenie sejmowej Komisji Cyfryzacji, Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii, poświęcone m.in. oszukańczym reklamom i deepfake’om. Żaden z zaproszonych przedstawicieli firmy jednak nie pojawił się w Sejmie. Brzoska nagłośnił tę sprawę, publikując w mediach społecznościowych zdjęcie pustego miejsca, które miało być zarezerwowane dla reprezentantów Mety.

    Facebook nie może być bezkarny

    Sprawa Brzoski pokazuje, jak bezradny w podobnych sytuacjach może czuć się przeciętny użytkownik. Jeden z najbogatszych Polaków dysponuje pieniędzmi, prawnikami, rozpoznawalnością i zasięgami, które pozwalają mu publicznie naciskać na Metę i przyciągać uwagę mediów oraz polityków do tego problemu. Co jednak ma zrobić zwykły użytkownik Facebooka, który stracił oszczędności przez fałszywą reklamę? Jaką kontrolę nad oszustwami krążącymi w sieci może mieć osoba mniej znana, której wizerunek jest wykorzystywany bezprawnie do promowania oszustwa?

    Rozmawiamy tutaj o jednym z największych koncernów technologicznych świata, zarządzającym platformami używanymi przez miliardy ludzi. Taka skala niesie ze sobą nie tylko ogromne możliwości, ale i odpowiedzialność. Właśnie dlatego tak ważna jest presja ze strony użytkowników, mediów, regulatorów oraz polityków. Big Tech nie powinien działać w przekonaniu, że rozmiar platformy zwalnia go z odpowiedzialności za to, co dzieje się w jego systemie reklamowym.

  • Garmin dla biegaczy w świetnej cenie. Trzeba się pośpieszyć

    Garmin dla biegaczy w świetnej cenie. Trzeba się pośpieszyć

    MediaExpert przygotował wyjątkową okazję dla wszystkich miłośników biegania i aktywności fizycznej.


    Fantastyczny zegarek, Garmin Forerunner 165 Music w turkusowym kolorze trafił na promocję i można go nabyć za jedyne 899 złotych. To doskonała okazja, aby dołączyć do ekosystemu marki Garmin bez ponoszenia wysokich kosztów za topowe modele. Warto jednak się pospieszyć, gdyż oferta promocyjna jest ograniczona czasowo i obowiązuje jedynie do 28 września, do końca dnia.

    Ekran AMOLED i swoboda muzyki offline

    Jednym z największych atutów modelu Forerunner 165 jest nowoczesny wyświetlacz AMOLED o przekątnej 1,2 cala. Ekran charakteryzuje się wysokim kontrastem, żywymi kolorami oraz dużą jasnością, co zapewnia doskonałą czytelność parametrów treningowych, nawet w pełnym słońcu. Wyświetlacz jest dotykowy, jednak Garmin zachował również tradycyjny układ pięciu fizycznych przycisków, co zapewnia komfort i intuicyjną nawigację w codziennym użytkowaniu oraz ułatwia obsługę zegarka nawet podczas intensywnego biegu, gdy dłonie są spocone lub w rękawiczkach.

    Wersja Music eliminuję potrzebę biegania z ciężkim telefonem w kieszeni bądź opasce na ramieniu. Zegarek dysponuje wbudowaną pamięcią na utwory oraz wspiera synchronizację playlist z czołowymi aplikacjami streamingowymi, takimi jak Spotify, YouTube Music czy Deezer. Wystarczy połączyć zegarek bezprzewodowo z słuchawkami przez Bluetooth, aby cieszyć się ulubioną muzyką podczas każdego treningu.

    Osobisty trener biegowy i płatności zbliżeniowe

    Wewnątrz Garmin Forerunner 165 znajduje się potężny zestaw narzędzi analitycznych zaprojektowanych z myślą o biegaczach na każdym poziomie zaawansowania. Urządzenie oferuje adaptacyjne plany treningowe Garmin Coach, codzienne sugestie ćwiczeń dostosowane do aktualnej formy użytkownika oraz precyzyjny moduł GPS do dokładnego pomiaru dystansu i tempa. Zegarek nieustannie monitoruje tętno, poziom natlenienia krwi, jakość snu oraz wskaźnik energii Body Battery, co ułatwia skuteczne zarządzanie regeneracją i zapobieganie przetrenowaniu.

    Czytaj dalej poniżej

    Garmin za darmo ulepsza smartwatche. Nowe funkcje zdrowia i bezpieczeństwa

    Warto również dodać, że urządzenie doskonale sprawdza się w codziennym użytkowaniu. Obsługa płatności zbliżeniowych Garmin Pay umożliwia wygodne płacenie za zakupy czy napoje po treningu bez potrzeby noszenia portfela lub smartfona. W cenie 899 złotych jest to obecnie jedna z najbardziej opłacalnych propozycji w segmencie smartwatchy sportowych.

  • Nie chcesz instalować Messengera? Możesz korzystać z niego inaczej

    Nie chcesz instalować Messengera? Możesz korzystać z niego inaczej

    Chcesz korzystać z Messengera bez instalacji aplikacji? Istnieje na to skuteczny sposób, który nie wymaga nadmiernego kombinowania. Co ważne, to oficjalne rozwiązanie stworzone przez Metę.

    Jak uzyskać dostęp do Messengera bez aplikacji?

    Nie musisz instalować aplikacji Messenger, aby odczytywać i wysyłać wiadomości. Meta udostępnia przeglądarkową wersję komunikatora, z której możesz korzystać na komputerze. Do rozmów można również dotrzeć bezpośrednio przez stronę Facebooka. W tym artykule wyjaśnimy, jak wejść na Messenger bez instalacji aplikacji oraz na co warto zwrócić uwagę.

    Messenger w przeglądarce

    Najprostszym rozwiązaniem jest oficjalna strona Messengera. Wystarczy otworzyć przeglądarkę na komputerze (np. Chrome, Safari) i wejść na stronę messenger.com.

    Następnie zaloguj się na swoje konto. Po zalogowaniu będziesz mieć dostęp do swojej listy rozmów i będziesz mógł korzystać z komunikatora bez instalacji dodatkowego oprogramowania.

    Messenger.com to oficjalna przeglądarkowa wersja komunikatora Mety. Za jej pomocą możesz m.in. wysyłać i odbierać wiadomości, przesyłać zdjęcia i inne pliki, korzystać z czatów grupowych oraz zarządzać ustawieniami rozmów.

    Czytaj dalej poniżej


    Instagram, Facebook i WhatsApp z nową subskrypcją. Meta One oficjalnie

    Jeżeli regularnie korzystasz z Messengera na komputerze, możesz również dodać stronę messenger.com do zakładek w przeglądarce.

    Messenger dostępny również na Facebooku

    Inny sposób korzystania z Messengera jest związany z Facebookiem. Po zalogowaniu na facebook.com kliknij ikonę Messengera w prawym górnym rogu strony.

    Wybierając tę opcję, nie musisz przechodzić na messenger.com. Możesz prowadzić rozmowy bezpośrednio na Facebooku. W ten sposób możesz wysyłać wiadomości, zdjęcia, filmy, naklejki czy GIF-y. Meta umożliwia także prowadzenie rozmów głosowych i wideo na komputerze.

    Jeśli zależy Ci głównie na komunikatorze, wygodniej może być korzystać z messenger.com, gdzie cały interfejs strony jest przystosowany do obsługi rozmów, co eliminuje rozpraszające elementy Facebooka.

    Czy Messenger bez aplikacji działa na telefonie?

    W przypadku telefonu sytuacja jest nieco inna. Strona messenger.com została zaprojektowana z myślą o komputerach. Gdy otworzysz ją na telefonie, pojawi się link do App Store lub Google Play, aby pobrać aplikację Messenger. Na stronie Facebooka również zobaczysz ikonę Messengera, ale jej kliknięcie otworzy aplikację.

    Jednak istnieje sposób, który może zadziałać. Otwórz messenger.com w przeglądarce telefonu, a następnie wybierz opcję wyświetlenia wersji desktopowej strony. Na iOS wystarczy kliknąć ikonę poziomych linii obok pola adresu i wybrać „Poproś o wersję pełną”. Należy jednak zaznaczyć, że Meta nie dokumentuje oficjalnie tego rozwiązania, więc nie ma gwarancji, że zadziała na każdym urządzeniu.

    Strona messenger.com prosi o PIN. Co zrobić?

    Po zalogowaniu na messenger.com (lub przez Facebooka) możesz zobaczyć prośbę o podanie kodu PIN. Nie chodzi tutaj o hasło do Twojego konta.

    Messenger stosuje pełne szyfrowanie w rozmowach osobistych, a historia zaszyfrowanych czatów może być przechowywana w tzw. bezpiecznej pamięci. Jeśli podczas jego konfiguracji wybrałeś PIN jako metodę zabezpieczenia, może być on wymagany do przywrócenia historii rozmów na nowym urządzeniu lub w przeglądarce.

    W związku z tym, jeśli ta funkcjonalność była aktywowana, messenger.com może poprosić o podanie PIN-u podczas logowania na komputerze. Po jego wpisaniu możliwe będzie przywrócenie zapisanej historii zaszyfrowanych czatów.

    Czy można korzystać z Messengera po dezaktywacji Facebooka?

    Tak, dezaktywacja i usunięcie konta na Facebooku to dwie różne kwestie.

    Jeżeli jedynie dezaktywowałeś Facebooka, wciąż masz możliwość korzystania z Messengera. Twoje zdjęcie profilowe będzie widoczne w rozmowach, a inni będą mogli znaleźć Cię w Messengerze i wysłać wiadomość. Korzystanie z komunikatora Mety nie spowoduje także automatycznej reaktywacji profilu na Facebooku.

    Inaczej wygląda sytuacja w przypadku trwałego usunięcia konta na Facebooku (to inna operacja niż dezaktywacja). Wraz z jego usunięciem stracisz również możliwość korzystania z powiązanego konta Messenger.

    Messenger bez aplikacji – najprostszy sposób

    Jeśli korzystasz z komputera, nie potrzebujesz dodatkowego programu (Meta zrezygnowała z desktopowej wersji komunikatora na systemy macOS i Windows). Wystarczy otworzyć messenger.com w przeglądarce i zalogować się na swoje konto. Alternatywnie, rozmowy znajdziesz bezpośrednio na facebook.com.

    W przypadku smartfonów Meta stawia przede wszystkim na aplikację Messenger. Można wymusić uruchomienie komunikatora w przeglądarce na telefonie, jak na komputerze (sprawdzono, działa!), ale nie znalazłem żadnych informacji o tym w oficjalnych materiałach pomocy Mety. Dlatego, jeśli zależy Ci na korzystaniu z Messengera bez instalacji dodatkowego oprogramowania, tylko przeglądarka na komputerze pozostaje oficjalnie obsługiwanym rozwiązaniem.

    zdjęcia: Unsplash, Depositphotos

  • Apple znowu to zrobiło. Pierwsze wrażenia z AirPods 5

    Apple znowu to zrobiło. Pierwsze wrażenia z AirPods 5

    Nowe AirPods 5 od Apple to zaskakujący produkt. Na szczęście, zdziwienie jest przede wszystkim pozytywne.

    Podobnie jak w przypadku modelu AirPods 4, tak i w nowym modelu „piątki” Apple zdecydowało się wprowadzić słuchawki z aktywną redukcją szumów (ANC) o otwartej konstrukcji, zamiast w wersji dokanałowej. Przez ostatni tydzień miałem je często w uszach i muszę przyznać, że… spisują się naprawdę dobrze.

    Apple AirPods 5 – dwa warianty, podobna cena

    Z dużym zainteresowaniem śledziłem wrześniową prezentację Apple, gdzie zaprezentowano nie tylko flagowe produkty, ale również nowe AirPods. Model 5 wchodzi na rynek w dwóch wariantach, a co ciekawe, oba zostały wyposażone w ANC. Aktywna redukcja szumów dostępna jest w dwóch modelach o otwartej konstrukcji, pozbawionych charakterystycznych gumek. Co istotne, są one oferowane w rozsądnych cenach.

    • AirPods 5 – 599 zł za wersję podstawową
    • AirPods 5 z bezprzewodowym etui – 699 zł

    Oba warianty dysponują ANC, a za dodatkowe 100 zł otrzymujemy etui ładowane bezprzewodowo. To jednak nie jedyna zaleta „droższego” modelu, ponieważ oferuje on również możliwość regulacji głośności za pomocą panelu dotykowego oraz dłuższy czas pracy na baterii przy włączonej redukcji hałasu. Ja korzystam z tego bardziej zaawansowanego wariantu i przez ostatni tydzień głównie z ich pomocą słuchałem muzyki. Czy są warte niemal siedmiu stówek?

    Wygoda – czy dla każdego?

    Największym „ale” w przypadku słuchawek o otwartej konstrukcji jest to, czy zadziałają dobrze w naszych uszach. Nawet tak premium produkt, jak nowy model AirPods, może wypaść z ucha lub powodować obawy o zgubienie jednej z słuchawek. Niemniej, gumka zatykająca przewód słuchowy dba o to, aby urządzenie trzymało się ucha solidnie. W moim przypadku tego problemu nie było, a podczas spacerów czy treningów czułem się z nimi bardzo komfortowo. Są bowiem niezwykle lekkie i nieinwazyjne, co czyni je jednymi z najlepszych słuchawek „dousznych” dostępnych obecnie na rynku.

    Szkoda, że nie zdecydowano się na wprowadzenie wariantu dokanałowego. Taka opcja mogłaby być dobrą alternatywą dla osób, które z różnych powodów nie korzystają z słuchawek o otwartej konstrukcji. Finalnie mamy do wyboru tylko jedną konstrukcję, ale w obu wersjach z ANC. I przyznaję, że aktywna redukcja szumów to największe (i pozytywne) zaskoczenie tegorocznej edycji. Apple chwaliło się uzyskaniem aż o 50% lepszej redukcji w porównaniu do modelu oznaczonego numerem 4 – faktycznie, hałas otoczenia jest redukowany wzorowo. Dźwięki ulicy, gwar i inne niepożądane brzmienia są tak skutecznie wycinane, że możemy całkowicie odciąć się od otoczenia.

    Czytaj dalej poniżej




    Nowa generacja AirPods już jest. Znamy ceny

    Jakość dźwięku również stanowi krok naprzód w porównaniu do poprzedniego modelu, oferując zdecydowanie lepszy, bardziej wyrazisty bas oraz pełniejszy, komfortowy dla ucha dźwięk. Bez względu na klarowność czy nasycenie, słuchanie muzyki w AirPods 5 to wyjątkowe doznanie w kategorii słuchawek TWS. Trudno wskazać konkurencyjny model, który byłby lepszym wyborem dla posiadaczy iPhone’ów.

    Jeśli chodzi o czas pracy na baterii, to tutaj mam jedno zastrzeżenie. Przy korzystaniu z wspomnianego ANC możemy liczyć na maksymalnie 5 godzin słuchania – o ile wybierzemy droższy wariant słuchawek. W tańszej wersji czas ten skraca się do 4 godzin, co w obu przypadkach pozostawia mnie z poczuciem niedosytu. Wiem, że można lepiej – konkurencja udowadnia, że da się uzyskać więcej godzin słuchania z aktywnym wyciszeniem otoczenia.

    To wprowadza nas do ostatniej kwestii – który model jest bardziej opłacalny? Nie mam wątpliwości, że warto dopłacić te 100 zł i cieszyć się AirPods 5 z etui ładowanym bezprzewodowo. Nie chodzi tylko o sposób ładowania, ale również o dodatkowe funkcje. Możliwość regulacji głośności poprzez przesuwanie palcem po słuchawce jest dla mnie obowiązkowa – ta funkcjonalność działa bardzo dobrze i jest niezwykle przydatna. Dodatkowo, zyskujemy prawie godzinę pracy na baterii dłużej z włączonym ANC podczas słuchania muzyki. To dużo dobrego w zamian za 100 zł dopłaty. Moim zdaniem, nie ma się co zastanawiać.

    Na bardziej kompleksowy test (a w zasadzie recenzję) przyjdzie jeszcze czas. Jednak po pierwszym tygodniu użytkowania mogę stwierdzić, że AirPods 5 zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie.

  • Czekaliśmy na to 5 lat. Mapy Google na Android Auto z nową funkcją

    Czekaliśmy na to 5 lat. Mapy Google na Android Auto z nową funkcją

    Aplikacja Google Maps na platformie Android Auto została zaktualizowana, aby ułatwić kierowcom orientację podczas pokonywania kolejnych manewrów na trasie.

    Nowością jest prezentacja wyraźnych wskazówek wizualnych, które informują o obecności sygnalizacji świetlnej oraz znaków STOP na zbliżającym się skrzyżowaniu. Choć tego rodzaju informacje są znane w ekosystemie giganta z Mountain View, ich forma prezentacji uległa znaczącej zmianie, co zwiększa praktyczność nawigacji w codziennej jeździe.

    Warto przypomnieć, że Google Maps wyświetla znaki STOP oraz sygnalizację świetlną na trasach już od około sześciu lat. Do tej pory oznaczenia te były jedynie stałymi, pasywnymi elementami naniesionymi na podgląd mapy, co oznaczało, że kierowcy musieli samodzielnie wypatrywać niewielkich ikon na ekranie. Najnowsza modyfikacja zmienia ten stan rzeczy, łącząc informacje o oznakowaniu z konkretnymi instrukcjami nawigacyjnymi. Teraz wskaźniki sygnalizacji i znaku STOP pojawiają się bezpośrednio w sekcji powiadomień o nadchodzącym skręcie, obok wyświetlanej nazwy ulicy.



    Bezpieczeństwo i wyższy komfort jazdy w nowych miejscach

    Wprowadzone udogodnienie, choć subtelne, niesie ze sobą istotne korzyści praktyczne. Wyświetlanie czytelnych komunikatów w zasięgu wzroku kierowcy pozwala na lepszą ocenę sytuacji na drodze przed wykonaniem manewru. Zapobiega to m.in. zaskoczeniu przez słabo widoczny lub późno zauważony znak STOP. Rozwiązanie to będzie szczególnie ważne podczas jazdy w nieznanych miastach oraz obszarach, gdzie wysoki poziom koncentracji jest kluczowy dla bezpiecznego podróżowania.

    Co istotne, nowa funkcja dostępna jest nie tylko w systemie Android Auto, ale także bezpośrednio w aplikacji na smartfonach. Oznacza to, że z nowości najprawdopodobniej skorzystają również użytkownicy systemów iOS używający platformy Apple CarPlay. Jak w przypadku wielu wizualnych poprawek od Google, nowość jest wdrażana po stronie serwera. Dlatego funkcja będzie dostępna użytkownikom stopniowo, a nie wszyscy kierowcy zobaczą ją w tym samym czasie.

    Czytaj dalej poniżej


    Mapy Google mają ukrytą opcję którą pokochasz. Warto ją znać

  • Laptop do gier zamiast PC? Sprawdziłem i muszę wam coś doradzić

    Laptop do gier zamiast PC? Sprawdziłem i muszę wam coś doradzić

    Laptop do gier czy PC? Sprawdziłem, co bardziej się opłaca i na co postawić.

    Rynek podzespołów komputerowych obecnie jest niezwykle konkurencyjny, a ceny rosną w zastraszającym tempie. W obliczu tych trudności zacząłem rozważać zakup gamingowego laptopa. Zestaw o wartości 4-5 tysięcy złotych, który w pakiecie oferuje ekran – wydaje się kuszącą alternatywą. Ale czy to rzeczywiście dobry wybór? Postanowiłem go zweryfikować.

    Gaming w 2026 roku: PC czy laptop?

    Odnalezienie nowego sprzętu do grania w 2026 roku to prawdziwe wyzwanie. Jeśli nie dysponujemy nieograniczonym budżetem (a ja niestety nie mam), czeka nas nie tylko trudne poszukiwanie opłacalnych podzespołów, lecz również wydanie znacznie większej kwoty niż jeszcze rok lub dwa lata temu. Wcześniej kryptowaluty podnosiły ceny kart graficznych, teraz gorączka AI wpłynęła na wzrost praktycznie wszystkich komponentów. Znalezienie naprawdę atrakcyjnego zestawu z dobrym RTX-em w cenie około 4000–4500 zł, tak jak miało to miejsce w latach 2023 i 2024, stało się niemal niemożliwe. W trakcie poszukiwań doszedłem do punktu, w którym zacząłem się zastanawiać – czy gamingowy laptop nie byłby lepszym rozwiązaniem? To w końcu gotowy produkt, skomponowany w jedną całość z ekranem, klawiaturą i głośnikami. Może ta zamknięta opcja sprawdzi się najlepiej w obecnych niepewnych czasach?

    Postanowiłem zatem głębiej zbadać ten temat, bo współczesne laptopy do gier zaskakują jakością. Ich ekrany często wyposażone są w doskonałe matryce OLED, a producenci zwracają uwagę na dobre odświeżanie oraz mocne podzespoły. Jak to naprawdę wygląda i czy laptop do gier ma jakiekolwiek przewagi nad pecetem?

    Pułapka mobilnych kart graficznych

    Największym wyzwaniem, które stają przed laptopami do gier, a co równocześnie stanowi różnicę względem komputerów stacjonarnych, jest kwestia kart graficznych. Nie każdy gracz zdaje sobie z tego sprawę, dlatego warto tę sprawę podkreślić – mobilna karta graficzna (np. RTX 5060) ma niewiele wspólnego z jej desktopową wersją, oznaczoną tym samym numerem. Laptopowa wersja znacząco różni się wydajnością w porównaniu do stacjonarnej – jest to efekt ograniczeń rozmiarów i fizyki. „Duża” karta graficzna w obudowie komputera stacjonarnego może korzystać z ogromnej mocy (nawet 200–300W), że jej mobilny odpowiednik musi zmieścić się w budżecie energetycznym około 100–140 W, dzieląc ciepłowody z procesorem.

    Desktopowe odpowiedniki mają również łatwiejsze warunki chłodzenia. W większych modelach system chłodzenia składa się z kilku dedykowanych wentylatorów. W laptopach wentylatorów jest mniej, są one mniejsze i mają do obsłużenia znacznie więcej komponentów. Efekt? Obudowa laptopa potrafi się niezwykle mocno nagrzewać – karta graficzna nie jest w stanie pobierać mocy swojego większego odpowiednika. Uważa się, że laptopowe wersje kart graficznych są o jeden, a czasem nawet dwa segmenty mniej wydajne. W efekcie, posiadając laptop z drogim RTX 5070, nie osiągniemy wyników porównywalnych z PC wyposażonym w ten sam model.

    Kultura pracy: pozostawia wiele do życzenia

    Gdy mówimy o kartach graficznych, warto poświęcić chwilę na omówienie chłodzenia. Mimo że mamy do czynienia z mniej wydajną kartą, która pobiera mniej energii, to nie oznacza, że laptop działa cicho i chłodno. Wręcz przeciwnie – w przestrzeni laptopa brakuje miejsca na efektywne rozpraszanie ciepła, a producenci walczą z wysokimi temperaturami podczas grania w nowości. W rezultacie wentylatory pracują z pełną mocą, generując przy tym znaczący hałas.

    Oczywiście komputer stacjonarny również może hałasować, jednak w innych okolicznościach oraz przy większych obciążeniach. Dla laptopa poziom hałasu może przypominać dźwięk silnika odrzutowego, gdy w pecie będzie to zaledwie grzanie się. W rezultacie posiadacze komputerów stacjonarnych mogą liczyć na cichszą pracę, ponieważ w obudowach tych maszyn znajduje się więcej miejsca, wentylatorów i lepsza cyrkulacja powietrza, co pozwala na skuteczniejsze obniżenie temperatur.

    Konstrukcja zamknięta czy otwarta?

    Nie bez znaczenia pozostaje również aspekt przyszłościowy. Kiedy kupujemy peceta, w ciągu kilku lat może on stracić na wydajności – ale wystarczy wymienić element, który przestaje spełniać nasze oczekiwania. Kartę graficzną można zaktualizować na lepszą, procesor podobnie, a pamięć RAM można łatwo zwiększyć. Tymczasem w przypadku laptopów… cóż, w najlepszym przypadku wymienimy dysk na większy lub dodamy pamięć RAM. Na wymianę GPU czy CPU nie mamy co liczyć bez zakupu nowej maszyny.

    Laptop to konstrukcja zamknięta, która nie pozwala na istotny upgrade podzespołów. To niebagatelny czynnik, bo nie musimy być ekspertami, aby znajomy informatyk mógł pomóc nam wymienić procesor na lepszy, co znacząco poprawi osiągi komputera nawet po kilku latach. Zamiast kupować nową maszynę, możemy w mniejszym zakresie poprawić jej wydajność. Laptop tej możliwości nam nie oferuje.

    Prosta matematyka: każda złotówka się liczy

    Bilans opłacalności jest jednoznaczny – choć może to brzmieć paradoksalnie, to pod względem wydajności jedna złotówka wydana na komputer gamingowy jest warta więcej niż ta sama złotówka wydana na laptop. W przypadku dwóch urządzeń za tę samą kwotę klasyczny pecet zaoferuje nam większą wydajność.

    Z drugiej strony, zakup laptopa oznacza, że w zestawie otrzymujemy ekran, klawiaturę i głośniki – do poważnego grania potrzebujemy tylko myszki. Dla jednych może to być zbędny koszt, ponieważ w cenie laptopa te „dodatki” są już uwzględnione. Dla innych gamingowy laptop może być jedynym sposobem na dostęp do gier. Studenci podróżujący między domem a akademikiem lub osobami żyjącymi na walizkach i często podróżującymi – przyczyny mogą być różne, by uzasadnić taki zakup.

    Wnioski są więc jasne – gamingowy laptop ma sens, jeśli potrzebujesz przenośnego komputera i chcesz jednocześnie grać w gry wideo. Natomiast w przypadku stacjonarnego trybu życia, w którym masz swój „kącik gracza”, najlepszym rozwiązaniem będzie klasyczny PC w eleganckiej obudowie – oczywiście z masą RGB.

  • Jak piszą ludzie z wysokim IQ? 4 cechy

    Jak piszą ludzie z wysokim IQ? 4 cechy

    Wszyscy korzystamy ze smartfonów i komunikatorów, ale każdy na swój sposób. A ten wiele zdradza na temat nas samych: naszej osobowości, temperamencie …

    Współczesne korzystanie z smartfonów i komunikatorów, choć powszechne, przybiera różne formy. Sposób, w jaki się komunikujemy, może wiele powiedzieć o nas: o naszej osobowości, temperamencie i… inteligencji. Zaskakujące jest, iż osoby o wyższym ilorazie inteligencji można rozpoznać po sposobie, w jaki piszą wiadomości.

    Pokaż swój WhatsApp, a powiem Ci, czy jesteś inteligentny

    W otoczeniu z pewnością macie znajomych, którzy słyną z zwięzłego odpowiadania na wiadomości tekstowe. Z drugiej strony są osoby, które potrafią zasypać nas długimi wiadomościami nawet w przypadku błahych spraw. Każdy z nas ma swój własny styl komunikacji, będący nie tylko odzwierciedleniem charakteru, lecz również inteligencji. Naukowcy oraz badacze zaczęli analizować cechy komunikacji i badać, jak nasze pisanie koreluje z poziomem IQ. Z badań wynika, że osoby o wyższym ilorazie inteligencji stosują zestaw niepisanych reguł w komunikacji tekstowej. Przedstawmy zatem cztery główne cechy, według których można rozpoznać inteligentnego rozmówcę.

    Konkret bez dygresji

    Przesadne dygresje, niekończące się monologi – to cechy, które rzadko można zauważyć w wiadomościach od osób o wysokim IQ. Takie osoby preferują konkretność, ograniczając się do dwóch, może trzech precyzyjnych informacji. Nie ma u nich miejsca na chaotyczne teksty czy zawiłe opowieści. Zamiast tego otrzymujemy klarowny komunikat, który prowadzi nas prosto do sedna sprawy. Dla inteligentnego rozmówcy sztuka komunikacji polega na prostocie: maksymalna treść przy minimalnej liczbie zbędnych słów. Warto jednak zaznaczyć, że nie chodzi tu o bycie bezwzględnie lakonicznym, lecz o umiejętne dobieranie słów.

    Nie za krótko, nie za długo – minimalizm nie jest okej

    Osoby inteligentne szybko przechodzą do sedna i unikają zbędnego „szumu informacyjnego”, ale nie oznacza to, że ich odpowiedzi są nadmiernie lakoniczne. Nie powinniśmy oczekiwać od nich krótkich i zdawkowych odpowiedzi, takich jak „ok”, „aha” czy „spoko”. Rozmówcy z wysokim IQ są świadomi, jak takie krótkie wiadomości mogą być odbierane, co pozwala im unikać wprowadzania drugiej osoby w stan niepewności. Błyskotliwi rozmówcy zdają sobie sprawę z dynamiki społecznej podczas dialogu. Ich odpowiedzi będą zwięzłe, ale pełne, często z dodatkiem emotikonów, aby wyrazić wsparcie i zrozumienie. To wzajemny szacunek oparty na zrozumieniu i precyzji. Rozmowa z taką osobą staje się zatem bardzo przyjemna.

    Czytaj dalej poniżej

    Messenger zostanie wyłączony na tych platformach. Zostało niewiele czasu

    Noc to nie czas na trudne tematy

    Osoby o wysokim ilorazie inteligencji nie będą dzielić się swoimi emocjami w nocnych godzinach, unikając „przesady” i roztrząsania dylematów. Zdają sobie sprawę z tego, jak zmęczenie, które towarzyszy po intensywnym dniu, może wpływać na ich zdolność do obiektywnej oceny sytuacji. Dlatego wolą poczekać na dzień, kiedy obie strony są w lepszej formie, co umożliwi skuteczniejsze rozważenie problemu. W ten sposób unikają nieprzyjemnych sytuacji, a przynajmniej nie budzą nikogo powiadomieniami z Messengera…

    Cierpliwość przede wszystkim

    Cierpliwość to kolejny przykład, jak inteligencja wpływa na kulturę interakcji z innymi. W epoce, w której wszyscy jesteśmy nieustannie online, wielu z nas oczekuje natychmiastowych odpowiedzi. Przesyłając wiadomość, często chcemy, aby druga osoba przeczytała ją i odpowiedziała bez opóźnienia. Osoby o wysokim IQ rozumieją, że nie każdy jest w stanie reagować od razu, że mogą być zajęte i że warto poczekać na odpowiedź. Zamiast wysyłać kolejne wiadomości czy wyczekiwać na powiadomienie, szanują przestrzeń drugiego człowieka, przejawiając zdrową cierpliwość.

  • Router w tym miejscu to błąd. Przesuń go o metr, by internet przyspieszył

    Router w tym miejscu to błąd. Przesuń go o metr, by internet przyspieszył

    Problemy z internetem nie zawsze wynikają z winy operatora. Czasami wystarczy… przesunąć nasz router.

    Wyobraźmy sobie sytuację, w której mamy umowę na światłowód, a operator obiecuje doskonały transfer danych, za który przecież płacimy niemałe pieniądze. Mimo to nasz internet sprawia problemy – zacina się, wolno pobiera pliki, a oglądanie seriali w jakości HD staje się uciążliwe. Czy winny jest router, czy sieć? Niekoniecznie…

    Typowe problemy z WiFi, czyli jak uniknąć niepotrzebnych wydatków

    Scenariusz, w którym nasze połączenie internetowe szwankuje, jest znany wielu osobom. Często narzekamy, że mimo drogiego abonamentu i wysokiej prędkości oferowanej przez dostawcę, pobieranie plików czy streaming to prawdziwa męka. Zazwyczaj winimy dostawcę lub niskiej jakości router. Choć warto rozważyć wymianę urządzenia na model o lepszych parametrach, zwłaszcza do gier wideo w chmurze, problem często leży gdzie indziej.

    Kłopoty z WiFi oraz niska prędkość mogą być wynikiem lokalizacji naszego routera. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy, jak ważne jest odpowiednie ulokowanie tego urządzenia. Czasami wystarczy przesunąć router o metr lub postawić go na półce, aby internet zaczął działać znacznie lepiej. I to bez dodatkowych wydatków oraz długich rozmów z infolinią dostawcy. Dlatego zanim zdecydujemy się na zakup nowego sprzętu, powinniśmy sprawdzić, czy nasz router jest umiejscowiony w odpowiednim miejscu.

    Aby zrozumieć, jak działa router, musimy wiedzieć, że jego antena (lub anteny, w przypadku droższych modeli) nie rozsyłają sygnału równomiernie we wszystkich kierunkach. Sygnał WiFi przypomina bardziej pączka z dziurką lub spłaszczoną kulę. Kiedy ustawimy router na podłodze, ograniczamy jego potencjał w sposób drastyczny. W ten sposób marnujemy ogromne ilości sygnału, a fale natrafiają na przeszkody (np. meble) pod najmniej korzystnym kątem.

    Czytaj dalej poniżej

    Wyrzuciłem router operatora i kupiłem nowy. WiFi śmiga jak nigdy przedtem

    Optymalne miejsce dla routera domowego to półka lub szafka, a więc cokolwiek położone około 1 do 1,5 metra nad ziemią. Warto wykorzystać meble, takie jak komody czy szafki, lub nawet zawieszenie urządzenia na ścianie, aby zapewnić mu odpowiednią drogę do rozprzestrzeniania sygnału w całym domu. To bezkosztowe rozwiązanie może znacząco wpłynąć na jakość naszego internetu. Należy unikać chowania routera w szufladzie czy zamkniętej szafce, co również ogranicza moc sygnału bezprzewodowego.

    Najwięksi wrogowie WiFi w domu

    Wybierając odpowiednie miejsce na router, warto stawiać na centralne punkty mieszkania, takie jak korytarz, jeśli jest umiejscowiony centralnie. Nie jest to jednak jedyny czynnik, na który musimy zwrócić uwagę. Niektóre meble mogą znacznie osłabiać sygnał WiFi. Przykładem są akwaria, które doskonale pochłaniają mikrofale (szczególnie w paśmie 2,4 GHz, które wprawia cząsteczki wody w rezonans), skutecznie osłabiając sygnał routera.

    Podobnie sytuacja ma się z lustrami, które mogą odbijać sygnał. Odbijają one fale i tworzą martwe strefy, co może całkowicie odciąć niektóre pomieszczenia od dostępu do internetu, gdy stoją na drodze fal routera. Nie musimy jednak przeprowadzać generalnego remontu, ponieważ wiele luster jest montowanych na stałe, np. jako drzwi w szafie. Dlatego warto poszukać lepszego miejsca dla samego routera, aby unikać takich przeszkód. Gdy nasz metraż jest na tyle duży, że martwych stref jest dużo, pomocą służy sieć mesh, która jest jedną z najlepszych opcji na rozprowadzenie WiFi po wszystkich pomieszczeniach.