Kategoria: Wiadomości

  • Jak piszą ludzie z wysokim IQ? 4 cechy

    Jak piszą ludzie z wysokim IQ? 4 cechy

    Wszyscy korzystamy ze smartfonów i komunikatorów, ale każdy na swój sposób. A ten wiele zdradza na temat nas samych: naszej osobowości, temperamencie …

    Współczesne korzystanie z smartfonów i komunikatorów, choć powszechne, przybiera różne formy. Sposób, w jaki się komunikujemy, może wiele powiedzieć o nas: o naszej osobowości, temperamencie i… inteligencji. Zaskakujące jest, iż osoby o wyższym ilorazie inteligencji można rozpoznać po sposobie, w jaki piszą wiadomości.

    Pokaż swój WhatsApp, a powiem Ci, czy jesteś inteligentny

    W otoczeniu z pewnością macie znajomych, którzy słyną z zwięzłego odpowiadania na wiadomości tekstowe. Z drugiej strony są osoby, które potrafią zasypać nas długimi wiadomościami nawet w przypadku błahych spraw. Każdy z nas ma swój własny styl komunikacji, będący nie tylko odzwierciedleniem charakteru, lecz również inteligencji. Naukowcy oraz badacze zaczęli analizować cechy komunikacji i badać, jak nasze pisanie koreluje z poziomem IQ. Z badań wynika, że osoby o wyższym ilorazie inteligencji stosują zestaw niepisanych reguł w komunikacji tekstowej. Przedstawmy zatem cztery główne cechy, według których można rozpoznać inteligentnego rozmówcę.

    Konkret bez dygresji

    Przesadne dygresje, niekończące się monologi – to cechy, które rzadko można zauważyć w wiadomościach od osób o wysokim IQ. Takie osoby preferują konkretność, ograniczając się do dwóch, może trzech precyzyjnych informacji. Nie ma u nich miejsca na chaotyczne teksty czy zawiłe opowieści. Zamiast tego otrzymujemy klarowny komunikat, który prowadzi nas prosto do sedna sprawy. Dla inteligentnego rozmówcy sztuka komunikacji polega na prostocie: maksymalna treść przy minimalnej liczbie zbędnych słów. Warto jednak zaznaczyć, że nie chodzi tu o bycie bezwzględnie lakonicznym, lecz o umiejętne dobieranie słów.

    Nie za krótko, nie za długo – minimalizm nie jest okej

    Osoby inteligentne szybko przechodzą do sedna i unikają zbędnego „szumu informacyjnego”, ale nie oznacza to, że ich odpowiedzi są nadmiernie lakoniczne. Nie powinniśmy oczekiwać od nich krótkich i zdawkowych odpowiedzi, takich jak „ok”, „aha” czy „spoko”. Rozmówcy z wysokim IQ są świadomi, jak takie krótkie wiadomości mogą być odbierane, co pozwala im unikać wprowadzania drugiej osoby w stan niepewności. Błyskotliwi rozmówcy zdają sobie sprawę z dynamiki społecznej podczas dialogu. Ich odpowiedzi będą zwięzłe, ale pełne, często z dodatkiem emotikonów, aby wyrazić wsparcie i zrozumienie. To wzajemny szacunek oparty na zrozumieniu i precyzji. Rozmowa z taką osobą staje się zatem bardzo przyjemna.

    Czytaj dalej poniżej

    Messenger zostanie wyłączony na tych platformach. Zostało niewiele czasu

    Noc to nie czas na trudne tematy

    Osoby o wysokim ilorazie inteligencji nie będą dzielić się swoimi emocjami w nocnych godzinach, unikając „przesady” i roztrząsania dylematów. Zdają sobie sprawę z tego, jak zmęczenie, które towarzyszy po intensywnym dniu, może wpływać na ich zdolność do obiektywnej oceny sytuacji. Dlatego wolą poczekać na dzień, kiedy obie strony są w lepszej formie, co umożliwi skuteczniejsze rozważenie problemu. W ten sposób unikają nieprzyjemnych sytuacji, a przynajmniej nie budzą nikogo powiadomieniami z Messengera…

    Cierpliwość przede wszystkim

    Cierpliwość to kolejny przykład, jak inteligencja wpływa na kulturę interakcji z innymi. W epoce, w której wszyscy jesteśmy nieustannie online, wielu z nas oczekuje natychmiastowych odpowiedzi. Przesyłając wiadomość, często chcemy, aby druga osoba przeczytała ją i odpowiedziała bez opóźnienia. Osoby o wysokim IQ rozumieją, że nie każdy jest w stanie reagować od razu, że mogą być zajęte i że warto poczekać na odpowiedź. Zamiast wysyłać kolejne wiadomości czy wyczekiwać na powiadomienie, szanują przestrzeń drugiego człowieka, przejawiając zdrową cierpliwość.

  • Router w tym miejscu to błąd. Przesuń go o metr, by internet przyspieszył

    Router w tym miejscu to błąd. Przesuń go o metr, by internet przyspieszył

    Problemy z internetem nie zawsze wynikają z winy operatora. Czasami wystarczy… przesunąć nasz router.

    Wyobraźmy sobie sytuację, w której mamy umowę na światłowód, a operator obiecuje doskonały transfer danych, za który przecież płacimy niemałe pieniądze. Mimo to nasz internet sprawia problemy – zacina się, wolno pobiera pliki, a oglądanie seriali w jakości HD staje się uciążliwe. Czy winny jest router, czy sieć? Niekoniecznie…

    Typowe problemy z WiFi, czyli jak uniknąć niepotrzebnych wydatków

    Scenariusz, w którym nasze połączenie internetowe szwankuje, jest znany wielu osobom. Często narzekamy, że mimo drogiego abonamentu i wysokiej prędkości oferowanej przez dostawcę, pobieranie plików czy streaming to prawdziwa męka. Zazwyczaj winimy dostawcę lub niskiej jakości router. Choć warto rozważyć wymianę urządzenia na model o lepszych parametrach, zwłaszcza do gier wideo w chmurze, problem często leży gdzie indziej.

    Kłopoty z WiFi oraz niska prędkość mogą być wynikiem lokalizacji naszego routera. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy, jak ważne jest odpowiednie ulokowanie tego urządzenia. Czasami wystarczy przesunąć router o metr lub postawić go na półce, aby internet zaczął działać znacznie lepiej. I to bez dodatkowych wydatków oraz długich rozmów z infolinią dostawcy. Dlatego zanim zdecydujemy się na zakup nowego sprzętu, powinniśmy sprawdzić, czy nasz router jest umiejscowiony w odpowiednim miejscu.

    Aby zrozumieć, jak działa router, musimy wiedzieć, że jego antena (lub anteny, w przypadku droższych modeli) nie rozsyłają sygnału równomiernie we wszystkich kierunkach. Sygnał WiFi przypomina bardziej pączka z dziurką lub spłaszczoną kulę. Kiedy ustawimy router na podłodze, ograniczamy jego potencjał w sposób drastyczny. W ten sposób marnujemy ogromne ilości sygnału, a fale natrafiają na przeszkody (np. meble) pod najmniej korzystnym kątem.

    Czytaj dalej poniżej

    Wyrzuciłem router operatora i kupiłem nowy. WiFi śmiga jak nigdy przedtem

    Optymalne miejsce dla routera domowego to półka lub szafka, a więc cokolwiek położone około 1 do 1,5 metra nad ziemią. Warto wykorzystać meble, takie jak komody czy szafki, lub nawet zawieszenie urządzenia na ścianie, aby zapewnić mu odpowiednią drogę do rozprzestrzeniania sygnału w całym domu. To bezkosztowe rozwiązanie może znacząco wpłynąć na jakość naszego internetu. Należy unikać chowania routera w szufladzie czy zamkniętej szafce, co również ogranicza moc sygnału bezprzewodowego.

    Najwięksi wrogowie WiFi w domu

    Wybierając odpowiednie miejsce na router, warto stawiać na centralne punkty mieszkania, takie jak korytarz, jeśli jest umiejscowiony centralnie. Nie jest to jednak jedyny czynnik, na który musimy zwrócić uwagę. Niektóre meble mogą znacznie osłabiać sygnał WiFi. Przykładem są akwaria, które doskonale pochłaniają mikrofale (szczególnie w paśmie 2,4 GHz, które wprawia cząsteczki wody w rezonans), skutecznie osłabiając sygnał routera.

    Podobnie sytuacja ma się z lustrami, które mogą odbijać sygnał. Odbijają one fale i tworzą martwe strefy, co może całkowicie odciąć niektóre pomieszczenia od dostępu do internetu, gdy stoją na drodze fal routera. Nie musimy jednak przeprowadzać generalnego remontu, ponieważ wiele luster jest montowanych na stałe, np. jako drzwi w szafie. Dlatego warto poszukać lepszego miejsca dla samego routera, aby unikać takich przeszkód. Gdy nasz metraż jest na tyle duży, że martwych stref jest dużo, pomocą służy sieć mesh, która jest jedną z najlepszych opcji na rozprowadzenie WiFi po wszystkich pomieszczeniach.

  • Widzisz dwa szare ptaszki na WhatsApp? Oto co się stało

    Widzisz dwa szare ptaszki na WhatsApp? Oto co się stało

    Czy zastanawiasz się, co oznaczają dwa szare ptaszki na WhatsApp? Nie ma powodów do niepokoju! To kolejna funkcjonalność, która ma na celu ułatwienie życia użytkownikom.


    Co oznaczają dwa szare ptaszki na WhatsApp?

    W komunikatorze WhatsApp pojawiają się różne symbole obok wiadomości: jeden szary ptaszek, dwa szare lub dwa niebieskie. To wizualne sygnalizacje informujące o statusie wiadomości. Dwa szare ptaszki oznaczają, że wiadomość dotarła do odbiorcy, jednak nie świadczy to o tym, że została przeczytana.

    Dwa szare ptaszki i cisza. Czy ktoś przeczytał Twoją wiadomość?

    Dwa szare ptaszki (potocznie nazywane haczykami) oznaczają, że wiadomość została dostarczona na telefon odbiorcy lub jedno z jego połączonych urządzeń. Należy jednak pamiętać, że dostarczenie wiadomości nie jest równoznaczne z jej przeczytaniem. Dwa szare haczyki jedynie potwierdzają, że wiadomość dotarła do jednego z urządzeń odbiorcy.

    WhatsApp stosuje trzy podstawowe symbole:

    Czytaj dalej poniżej

    WhatsApp rozpieszcza użytkowników. Mała zmiana, duża wygoda
    • jeden szary ptaszek – wiadomość została wysłana;
    • dwa szare ptaszki – wiadomość została dostarczona;
    • dwa niebieskie ptaszki – wiadomość została przeczytana.

    Jeśli zamiast haczyka widzisz ikonę zegara, oznacza to, że wiadomość nie została jeszcze wysłana ani dostarczona. Przyczyną mogą być problemy z połączeniem internetowym.

    Dwa szare ptaszki, a mimo to wiadomość została przeczytana – czy to możliwe?

    Taka sytuacja jest całkowicie możliwa. WhatsApp umożliwia bowiem wyłączenie potwierdzeń odczytu. W takim przypadku odbiorca może przeczytać Twoją wiadomość, a przy niej nadal będą widniały szare haczyki.

    Aby zmienić tę opcję, przejdź do ustawień prywatności WhatsApp – Ustawienia (Twój awatar w prawym dolnym rogu ekranu) → Prywatność → Potwierdzenia odczytu. Należy pamiętać, że wyłączenie funkcji działa w obie strony, co oznacza, że jeśli ją dezaktywujesz, Ty również nie będziesz widział, czy inni przeczytali Twoje wiadomości.

    Istnieją jednak wyjątki: potwierdzeń odczytu nie można wyłączyć w czatach grupowych ani w przypadku wiadomości głosowych.

    Czy dwa szare ptaszki oznaczają, że ktoś mnie zablokował?

    Na to pytanie również odpowiadam z pełnym spokojem – nie, nikt Cię nie zablokował. Dwa szare ptaszki oznaczają, że wiadomość została dostarczona do odbiorcy. Jeśli jednak w momencie wysyłania miała miejsce blokada Twojego numeru przez odbiorcę, drugi haczyk się nie pojawi, a jedyny dostępny haczyk pozostanie szary.

    W żadnym wypadku szary haczyk nie jest dowodem na blokadę. Przyczyn braku dostarczenia wiadomości może być wiele, na przykład wyłączony telefon, brak dostępu do internetu lub chwilowe problemy z połączeniem. WhatsApp nie informuje wprost o zablokowaniu, dlatego na podstawie statusu wiadomości nie można stwierdzić tego jednoznacznie.

    Co oznaczają dwa szare ptaszki w grupie na WhatsApp?

    W przypadku rozmów grupowych zasady są nieco inne. Dwa szare haczyki pojawiają się, gdy wiadomość zostanie dostarczona do wszystkich uczestników grupy, a dwa niebieskie oznaczają, że wszyscy ją przeczytali.

    Aby sprawdzić więcej szczegółów, otwórz informacje o wysłanej wiadomości. Przytrzymaj dymek wiadomości, a pojawi się menu, w którym wybierzesz „Informacje”. W nowym oknie zobaczysz, do których uczestników wiadomość dotarła i którzy ją przeczytali.

    Dlaczego na WhatsAppie jest tylko jeden szary ptaszek?

    Jak już wspomniałem – jeden szary haczyk oznacza, że wiadomość została wysłana, ale jeszcze nie dotarła do odbiorcy.

    Może to nastąpić, gdy telefon odbiorcy jest wyłączony, nie ma dostępu do internetu lub wiadomość nie została dostarczona do żadnego z jego połączonych urządzeń. Do tego, godny uwagi możliwy powód, to zablokowanie nadawcy, ale sam pojedynczy haczyk nie pozwala tego ustalić.

    Warto również pamiętać o połączonych urządzeniach. WhatsApp może być powiązany nie tylko z telefonem, ale również z tabletem czy komputerem. To może prowadzić do pewnych nieporozumień zwłaszcza, gdy interpretujemy status wiadomości według własnych scenariuszy.

    Jeżeli odbiorca korzysta z WhatsAppa na komputerze, wiadomość może dotrzeć do tego urządzenia, nawet gdy jego telefon jest wyłączony. Właśnie dlatego istotne jest, aby nie wyciągać zbyt pochopnych wniosków dotyczących ignorowania nas przez znajomych, ponieważ sytuacja może być zgoła inna.

    zdjęcia: Depositphotos

  • Wyłączasz komputer, by go „zresetować”? Robisz to źle: pomaga restart, nie wyłączenie

    Wyłączasz komputer, by go „zresetować”? Robisz to źle: pomaga restart, nie wyłączenie

    Wielu użytkowników nie jest tego świadomych – trudno się dziwić. Niektóre rozwiązania Microsoftu są naprawdę mało intuicyjne.

    W Windows 11 przycisk „Zamknij” nie zawsze oznacza całkowite wyłączenie systemu. Dla użytkownika komputer „znika” z ekranu i przestaje działać, ale przy domyślnie aktywnym mechanizmie Szybkiego uruchamiania, część systemu zostaje zapisana na dysku. Celem tego rozwiązania jest przyspieszenie kolejnego uruchomienia. Microsoft nazywa to specjalnym rodzajem zamykania, który korzysta z hibernacji w innej formie.

    Windows zapisuje część systemu na dysku

    Po wybraniu opcji „Zamknij” Windows zamyka aplikacje i wylogowuje użytkownika, ale przy włączonym Szybkim uruchamianiu nie zamyka całkowicie sesji jądra systemu. Zamiast tego, jego zawartość, wraz z aktywnymi sterownikami, jest zapisywana w pliku hibernacji. Dzięki temu, przy następnym uruchomieniu komputer nie musi przechodzić przez całą procedurę startową od nowa.

    To wyjaśnia, dlaczego włączanie komputera po zwykłym zamknięciu może trwać krócej niż po pełnym rozruchu. Z perspektywy użytkownika, wszystko wydaje się być normalnym wyłączeniem, ale diabeł tkwi w szczegółach.

    Dlaczego ponowne uruchomienie często pomaga?

    To ważne rozróżnienie, zwłaszcza gdy komputer zaczyna działać niestabilnie. Opcja ponownego uruchamiania nie korzysta z mechanizmu Szybkiego startu, dlatego Windows wykonuje pełny cykl startowy. Jądro i sterowniki są ponownie ładowane, co może usunąć problemy, które mogły się utrzymać po zwykłym zamknięciu systemu.

    Czytaj dalej poniżej

    Nie musisz używać programu producenta. Są lepsze narzędzia do skanowania

    W praktyce oznacza to, że gdy komputer zaczyna zwalniać, występują problemy ze sterownikami lub któreś urządzenie nie działa prawidłowo, warto ponownie uruchomić komputer, zamiast go zwyczajnie wyłączać i uruchamiać ponownie.

    Aktualizacje również mają znaczenie

    Pełny restart jest także istotny podczas instalowania części aktualizacji systemowych. Niektóre zmiany wymagają ponownego uruchomienia, aby system mógł prawidłowo zastąpić pliki i załadować nowe komponenty. Zwykłe zamknięcie komputera może nie prowadzić do takiego samego efektu. To jeden z powodów, dla których po instalacji aktualizacji Windows często prosi o ponowne uruchomienie.

    Możesz wymusić pełne wyłączenie

    Jeżeli z jakiegoś powodu potrzebujesz pełnego zamknięcia systemu, Windows udostępnia odpowiednie polecenie. W wierszu poleceń można użyć komendy:

    shutdown /s /t 0

    Microsoft informuje, że to polecenie wykonuje pełne zamknięcie zamiast hybrydowego mechanizmu szybkiego uruchamiania.

    Można również całkowicie dezaktywować funkcję Szybkiego startu w ustawieniach zasilania. Nie zawsze jest to jednak konieczne, ponieważ mechanizm został zaprojektowany, aby przyspieszyć uruchamianie komputera.

    Polecenie „Wyłącz” nie oznacza tego, czego się spodziewasz

    Nie jest więc prawdą, że Windows 11 po kliknięciu „Zamknij” pozostawia komputer normalnie działający. Urządzenie rzeczywiście przechodzi w stan wyłączenia, ale system może wcześniej zachować część swojego stanu na dysku. To kompromis między pełnym resetem a szybkim uruchamianiem.

    Dlatego warto pamiętać, że gdy chcemy po prostu zakończyć pracę systemu, możemy użyć polecenia „Zamknij”. Gdy komputer sprawia problemy i potrzebujemy prawdziwego odświeżenia systemu, lepszym wyborem będzie „Uruchom ponownie”.

  • DJI Romo P2 – test. Najładniejszy robot sprzątający

    DJI Romo P2 – test. Najładniejszy robot sprzątający

    DJI jest znane przede wszystkim z dronów, kamer i gimbali. Jednak ROMO P2 pokazuje, że producent pragnie wykorzystać swoje doświadczenie w zupełnie nowej kategorii. To robot sprzątający, który zamiast rywalizować jedynie pod względem mocy, stawia na percepcję otoczenia, precyzyjną nawigację i automatyczne podejmowanie decyzji – dodatkowo wyróżniając się zupełnie inny wyglądem na tle konkurencji!

    Po kilku generacjach coraz bardziej zaawansowanych robotów sprzątających, ten kierunek wydaje się być szczególnie interesujący. ROMO P2 nie porusza się bezmyślnie po mieszkaniu, wykonując jedynie zaprogramowaną trasę. Nieustannie analizuje otoczenie, rozpoznaje rodzaj zabrudzenia, reaguje na przeszkody i potrafi zmieniać sposób sprzątania w zależności od sytuacji. Tutaj widać najbardziej „dronowe” DNA firmy.


    Przezroczysty robot, którego nie da się pomylić z konkurencją

    Jeśli chodzi o wzornictwo, ROMO P2 z całą pewnością nie stara się wtapiać w tło. Przezroczyste elementy obudowy robota ujawniają część przewodów, zbiorników oraz mechaniki urządzenia. Podobną stylistykę przyjęła stacja dokująca. W świecie sprzętu AGD, który zazwyczaj wygląda bardzo podobnie, jest to odważne i charakterystyczne rozwiązanie – dodam, że jestem ogromnym fanem tej estetyki.


    Warto jednak zauważyć, że przezroczyste powierzchnie łatwiej uwydatniają kurz, ślady po wodzie czy drobne zarysowania.

    Nawigacja to największy atut ROMO P2

    Najciekawsza część konstrukcji znajduje się nie na zewnątrz, lecz w systemie nawigacji. DJI połączyło LIDAR, kamery z obiektywami typu fisheye, czujniki 3D ToF oraz dodatkowe sensory rozmieszczone wokół obudowy. Efektem jest system, który pozwala robotowi znacznie dokładniej oceniać przestrzeń niż w przypadku prostszych konstrukcji.

    Czytaj dalej poniżej

    Recenzja SteelSeries Aeon Pro. Jeden pad do PC i Xboksa z "nieskończonym" czasem pracy na baterii

    ROMO P2 potrafi rozpoznawać popularne przeszkody, takie jak przewody, obuwie czy zabawki. Mimo że brzmi to imponująco, nie oznacza to stuprocentowej skuteczności. Robotowi zdarzało się ominąć przeszkodę zbyt szerokim łukiem, przez co pozostawił spory fragment podłogi w pierwotnym stanie, bojąc się podjechać bliżej. Niemniej jednak, jest to zdecydowanie bardziej kontrolowane zachowanie niż chaotyczne odbijanie się od mebli, do którego przyzwyczaiły nas starsze generacje konkurencyjnych robotów.


    Duża zmiana to również robotyczne „nogi”. ROMO P2 potrafi pokonać pojedynczą przeszkodę o wysokości nawet 4 cm, a w odpowiedniej konfiguracji nawet do 8,5 cm. To może mieć znaczenie w mieszkaniach z wysokimi progami, prowadnicami drzwi przesuwnych czy innymi elementami, na których tradycyjne roboty często się zatrzymują, a także pomoże w wygodnym dostaniu się na dywan.

    Sam robot ma wymiary 351 x 351 x 98 mm, co czyni jego wysokość niespełna 10 cm idealnym rozwiązaniem do podjeżdżania pod większość mebli, co jest dużym plusem.

    Jak robot radzi sobie w praktyce?

    Na papierze 36 000 Pa prezentuje się imponująco, jednak sama wartość maksymalnej siły ssania niewiele mówi o rzeczywistej skuteczności. DJI zastosowało w ROMO P2 dodatkowo opuszczaną płytę dociskową. Na dywanie zmniejsza ona ilość powietrza uciekającego bokami kanału ssącego, co zwiększa efektywność zasysania zabrudzeń znajdujących się głębiej między włóknami.


    W praktyce robot radzi sobie bardzo dobrze zarówno na twardych podłogach, jak i dywanach. W tym pomagają również nowo wprowadzone w tej generacji szczotki, których zadaniem jest ograniczenie problemu plątania włosów i sierści. To ogromny atut dla wszystkich właścicieli zwierząt.

    ROMO P2 nie jest jednak magicznym zamiennikiem tradycyjnego odkurzacza. Chociaż naprawdę skutecznie poradzi sobie nawet z krawędziami, od czasu do czasu z pewnością będziemy musieli sięgnąć po klasyczny odkurzacz, aby poprawić efekty sprzątania i dotrzeć do miejsc, które robotowi się nie udało.


    Zaskoczyło mnie to, jak robot działa w praktyce. Przyzwyczajony do sprzętów konkurencji, spodziewałem się, że po powrocie do stacji natychmiast opróżni pojemnik na kurz, a gdy tak się nie stało, myślałem, że coś poszło nie tak. Okazuje się, że DJI podeszło do tematu nieco inaczej: po powrocie do stacji najpierw następuje proces suszenia. Opróżnianie ma miejsce przed rozpoczęciem kolejnego cyklu czyszczenia.

    Akumulator o pojemności 5000 mAh zapewnia około trzy godziny pracy w trybie cichym. Pełne ładowanie trwa około 2,5 godziny.

    Mopowanie ujawnia możliwości konstrukcji

    Bez wątpienia elementem, który zrobił największe wrażenie, jest wysuwane ramię mopujące. W ROMO P2 obraca się ono nawet o 123 stopnie i może zwiększyć zasięg czyszczenia o 7,8 cm w porównaniu do poprzednika. Co istotne, LIDAR pomaga mu oceniać odległość od ścian, mebli oraz nóg stołów.

    W tym momencie okrągła konstrukcja robota przestaje być ograniczeniem. Mop może dotrzeć bliżej listew, narożników, szafek czy nieregularnych nóg mebli. W praktyce oznacza to mniejszy pas nieumytych powierzchni pozostający zazwyczaj przy krawędziach.


    Dwa obrotowe pady radzą sobie dobrze z typowymi zabrudzeniami, takimi jak ślady butów, kawa czy rozlane napoje. W przypadku mocno zaschniętych plam nadal może być konieczne wykonanie kilku przejazdów.

    Jest jednak jeden istotny kompromis. Mopy nie mogą być automatycznie odkładane w stacji, jeśli zależy nam tylko na samym odkurzaniu. Robot potrafi unieść je podczas przejazdu po dywanie, ale w przypadku bardzo grubej i delikatnej powierzchni rozwiązanie stosowane przez konkurencję, polegające na fizycznym pozostawieniu mopów w bazie, może być bardziej sensowne.

    Stacja nie tylko efektownie wygląda, ale także działa jak należy!

    Stacja jest niemal równie ważna jak sam ROMO P2. Urządzenie automatycznie opróżnia zbiornik na kurz, pierze mopy, wykorzystuje gorącą wodę o temperaturze do 80 stopni Celsjusza i następnie je suszy. Mimo że nie wymaga zbyt wiele pracy, regularnie będziemy musieli uzupełniać wodę, opróżniać zbiorniki z brudną wodą, wymieniać worki, płyn do mycia i dezodoryzacji podłóg oraz kontrolować stan filtrów i szczotek. Klasyka typowych robotów sprzątających, które nie są podłączone do kanalizacji.


    Ta aplikacja… DJI pokazuje, jak to się robi!

    Aplikacja DJI Home umożliwia tworzenie map, ustalanie harmonogramów, definiowanie stref zakazanych oraz niezależne konfigurowanie poszczególnych pomieszczeń. Zdalny podgląd z kamery jest również dostępny – wszystko działa znakomicie. Regularnie chwalę producenta za prostotę i sensowność ich aplikacji, nie inaczej jest w tym przypadku.

    Czy warto kupić DJI ROMO P2?

    Nie ukrywam, że jest to jeden z najładniejszych gadżetów elektronicznych, które miałem okazję testować w ostatnim czasie. Działa także solidnie – trudno mi znaleźć coś, do czego mógłbym się przyczepić, poza ceną. Ta bowiem wynosi zawrotne 5699 zł. ROMO P2 broni swojej ceny przede wszystkim technologią, a nie samą specyfikacją. Największe wrażenie robi kombinacja precyzyjnego systemu rozpoznawania przeszkód z inteligentnym mopowaniem oraz nietypowym ramieniem z własnym LIDAR-em.


    DJI ROMO P2 nie jest konstrukcją pozbawioną kompromisów. Wysoka cena oraz brak możliwości automatycznego odkładania mopów sprawiają, że nie będzie idealnym wyborem dla każdego. Można jednak określić go jako bardzo dobry przykład kierunku, w którym rozwijają się współczesne roboty sprzątające. Najważniejszym parametrem przestaje być sama moc ssania. Coraz większe znaczenie ma to, jak dobrze robot rozumie swoje otoczenie oraz jak trafnie potrafi reagować na to, co napotyka na podłodze. I właśnie w tej dziedzinie ROMO P2 pozytywnie zaskakuje, a przy tym ma nietuzinkowy wygląd!

    DJI ROMO P2



    plusy

    • Świetna nawigacja i rozpoznawanie przeszkód
    • Bardzo skuteczne odkurzanie
    • Inteligentne wysuwane ramię mopujące
    • Pokonuje wysokie progi
    • Fantastyczna aplikacja
    • Niecodzienne wzornictwo


    minusy

    • Wysoka cena
    • Brak odkładania padów mopujących
    • Transparentna obudowa łatwo się brudzi

  • Mapy Google mają ukrytą opcję którą pokochasz. Warto ją znać

    Mapy Google mają ukrytą opcję którą pokochasz. Warto ją znać

    Mapy Google potrafią wyznaczać trasy piesze, jednak domyślna opcja nie zawsze jest optymalna dla każdego użytkownika. Często prowadzi przez schody, przejścia wymagające pokonywania różnic wysokości czy miejsca, które mogą okazać się niewygodne dla osób z wózkami bądź dużym bagażem. W ustawieniach Map znajduje się jednak funkcja, która umożliwia wyznaczanie tras bez schodów oraz z preferowaniem wind. System ten został stworzony z myślą o osobach poruszających się na wózkach inwalidzkich, ale sprawdzi się również dla szerokiego grona innych użytkowników.

    Mapy Google omijają schody przy wyznaczaniu trasy

    Funkcja ta nosi nazwę „Dostępne dla osób na wózkach” i działa także podczas planowania zwykłego spaceru. Po jej aktywacji, Mapy Google starają się wyznaczyć drogę, która nie wymaga korzystania ze schodów, a tam, gdzie to możliwe, preferują trasy z dostępem do windy. Google udostępnia tę opcję globalnie na systemach Android i iOS, wszędzie tam, gdzie dysponuje odpowiednimi danymi.

    To rozwiązanie jest szczególnie istotne dla osób korzystających z wózków inwalidzkich, ale Google wskazuje także inne zastosowania: z tej funkcji mogą skorzystać rodzice z wózkami dziecięcymi, osoby ciągnące walizki, podróżujący z ciężkim bagażem lub ktokolwiek, kto po prostu chciałby ograniczyć liczbę schodów podczas spaceru.

    Opcja ukryta w ustawieniach trasy

    Nie ma potrzeby zmieniać głównych ustawień całej aplikacji. Wystarczy wyznaczyć trasę pieszą, a następnie otworzyć opcje trasy, klikając ikonę trzech kropek. Wśród dostępnych ustawień znajdziemy sekcję „Dostępne dla osób na wózkach”. Po jej zaznaczeniu Mapy przeliczą trasę, uwzględniając preferencje dotyczące dostępności.

    Google opisuje tę funkcję także w swojej pomocy technicznej, jednak warto pamiętać, że dane te nie są pełne dla każdej lokalizacji, dlatego proponowana trasa nie powinna być traktowana jako absolutna gwarancja braku jakichkolwiek przeszkód.

    Czytaj dalej poniżej


    Google wyprzedza SpaceX. Wyśle serwer AI na orbitę już w październiku

    Nie chodzi tylko o samą trasę

    Mapy Google od lat rozwijają także informacje dotyczące dostępności konkretnych miejsc. Przy odpowiednio oznaczonych lokalizacjach można sprawdzić, czy wejście jest bez schodów, dostępna jest toaleta, miejsce parkingowe, winda bądź odpowiednie miejsca siedzące. Informacje te są częściowo dodawane przez właścicieli obiektów oraz społeczność platformy, co przydaje się zarówno na co dzień, jak i w trakcie podróży. Dzięki tym danym możemy znaleźć restaurację lub muzeum oraz zweryfikować, czy dotarcie do środka nie sprawi problemu.

    W przypadku podróży, szczególnie po dużych miastach, piesza trasa wyznaczona przez Mapy może prowadzić przez kładki, podziemne przejścia lub wielopoziomowe skrzyżowania. Rzeczywiście, winda zamiast schodów może oznaczać kilka dodatkowych minut, ale może też znacznie ograniczyć wysiłek. W związku z tym Google dostarcza dokładniejsze dane dotyczące infrastruktury pieszej. W wybranych miastach platforma przedstawia między innymi wysokości chodników, przejścia dla pieszych oraz rzeczywiste szerokości dróg, co ma na celu ułatwienie planowania poruszania się.

    Warto sprawdzić tę opcję przed kolejnym spacerem

    Funkcja ta nie jest najbardziej widoczna w Mapach Google, dlatego wiele osób może nigdy nie natknąć się na nią. Jedno proste ustawienie może jednak znacząco zmienić sposób, w jaki aplikacja wyznacza trasę pieszą oraz, ogólnie mówiąc, ułatwić poruszanie się na co dzień.

    Niezależnie od tego, czy poruszamy się na wózku, pchamy wózek dziecięcy, mamy ciężką walizkę, czy po prostu preferujemy unikać schodów – warto być świadomym tej funkcji!

  • Claude Opus 5.5 już jest. Anthropic wytacza ciężkie działa przeciwko ChatGPT

    Claude Opus 5.5 już jest. Anthropic wytacza ciężkie działa przeciwko ChatGPT

    W branży sztucznej inteligencji nastał prawdziwy tydzień premier. W dniu, w którym zadebiutowały modele GPT-6 Sol i Luna, zadebiutował również Claude Opus 5.5. Według informacji przekazanych przez Anthropica, nowy model dorównuje Fable 5.1 w większości zadań, a jego koszt jest niższy niż w przypadku Opusa 5. Użytkownicy mają odczuć praktyczne zmiany w codziennej pracy z tym modelem, który ma charakteryzować się bardziej konkretnymi odpowiedziami oraz płynniejszym i dokładniejszym wykonywaniem zadań programistycznych.

    Tak więc, Opus 5.5 otwiera nową rodzinę modeli 5.5. Firma Anthropic skierowała go przede wszystkim do realizacji dużych projektów programistycznych, gdzie zarówno czas, jak i efektywność finansowa mają kluczowe znaczenie. W przypadku typowych zadań, przy domyślnych ustawieniach, koszty mają być o 40% niższe niż w Opusie 5. Co ciekawe, Anthropic zapowiedział w najbliższej przyszłości wprowadzenie mniejszych i bardziej przystępnych cenowo modeli Sonnet 5.5 oraz Haiku 5.5, co może być odpowiedzią na zmiany w branży zainicjowane przez OpenAI.

    Migracja 680 tysięcy linii kodu

    Anthropic, aby podkreślić ogromny potencjał swojego modelu, przedstawił przykład migracji projektu liczącego 680 tysięcy linii kodu, co jeden z testerów zakończył w mniej niż 24 godziny przy użyciu ich oprogramowania. Jak podkreśla Anthropic, zespołowi inżynierów mogłoby to zająć kilka tygodni. Oczywiście, wiele zależy od specyfiki projektu: z jak logo na jakie warunki migrujemy, jakie są założenia i wymagania, a także co dodatkowo dodajemy lub odejmujemy oraz w jakim stopniu wymagana jest rekonstrukcja środowiska. Warto podkreślić, że fakt, iż jeden człowiek był w stanie przeszkolić tak obszerny projekt w mniej niż dobę, jest imponujący.

    W testach Terminal-Bench 4.0, Opus 5.5 uzyskał wynik 66,4%, podczas gdy GPT-6 Astra osiągnęła 57,9%. W badaniu FrontierCode v1.1 wyniki wyniosły odpowiednio 54,4% i 53,3%, a Fable 5.1 osiągnęło 50,3%. Można więc stwierdzić, że Opus 5.5 znacząco przewyższa Astrę, jednak te liczby nie mówią całej prawdy. Należy zaznaczyć, że wyniki Terminal-Bench pochodzą z różnych ustawień wydajności obliczeniowej modeli, a wynik Astry został uzyskany bezpośrednio od OpenAI.

    Cena tokenów spada, ale…

    Przyjrzyjmy się cenom API. Milion tokenów wejściowych kosztuje 4 dolary, a milion wyjściowych 20 dolarów. Obie stawki są o 20% niższe než w przypadku Opusa 5. Koszt odczytu miliona tokenów z pamięci podręcznej wynosi natomiast 0,20 dolara, co oznacza spadek o 60 procent.

    Czytaj dalej poniżej

    ChatGPT odpala petardę. Te nowe funkcje to prawdziwy hit

    Pamięć podręczna umożliwia ekonomiczne korzystanie z już istniejącego kontekstu, który można ponownie wykorzystać. W sytuacjach, gdy agent powraca do przetworzonych wcześniej materiałów, koszty będą mniejsze. Dodatkowo, Opus 5.5 zużywa mniej tokenów na realizację zadania, a koszty te mają być niższe nawet o 40% w porównaniu do poprzednich modeli.

    Sedno? Claude dotrze tam szybciej

    I tutaj zmiany mają być najbardziej odczuwalne. Na podstawie danych udostępnionych przez Anthropic, Opus 5.5 ma szybciej dochodzić do sedna sprawy oraz ograniczać charakterystyczne dla modeli językowych tendencje. Warto jednak zauważyć, że Claude wciąż watermarkuje wszystkie generowane teksty. Model ma wykazywać mniej żargonu i lepiej dopasowywać się do określonego stylu. Uczestnicy wczesnych testów ocenili jego wypowiedzi jako bardziej przejrzyste: tę cechę wielokrotnie krytykowali użytkownicy, a co ciekawe, najwięcej negatywnych opinii pojawiło się po wprowadzeniu watermarkingu, co wykazały również niezależne badania, dowodzące, że może on pogarszać jakość generowanych treści.

    Co z bezpieczeństwem?

    Temat bezpieczeństwa jest obecnie kluczowy. Po serii incydentów związanych z ucieczkami modeli z sandboxów oraz atakami na inne firmy (które, jak wskazują, miały charakter nieintencjonalny, w tym Google DeepMind, OpenAI oraz sam Anthropic), firmy zajmujące się sztuczną inteligencją stanęły przed dużym wyzwaniem, aby zapobiec obejściu dóbr publicznych i działań destrukcyjnych przez ich modele.

    W automatycznym audycie, który objął niemal 2000 scenariuszy, Opus 5.5 wypadł najlepiej spośród modeli Claude według większości badanych wskaźników. Jego odpowiedzi mają być bardziej uczciwe (zgodne z faktycznymi faktami, bez sugerowania zakończenia pracy mimo jej braku). Zarejestrowano również 85% mniej prób obejścia ograniczeń w odizolowanym środowisku pracy w porównaniu do Opusa 5 oraz Mythos 5.1. Niemniej jednak, Anthropic przyznaje, że model ma zdolność rozpoznawania faktu, iż jest testowany, co utrudnia prognozowanie jego zachowań po wdrożeniu.

    Podobnie, w testach Gray Swan, Opus 5.5 osiągnął wyniki na poziomie Fable 5.1, jeśli chodzi o najniższą skuteczność ataków prompt injection wśród ocenianych modeli. Oznacza to, że model jest stosunkowo odporny na tego rodzaju próby wykorzystania. Mimo wszystko, szczególnie w kontekście możliwości, koszty pozostają kluczowym czynnikiem. Trzeba też zauważyć, że OpenAI także zaprezentowało w tym dniu mocną premierę i ich sukces również sprowadzał się do kwestii kosztów.

  • Zestawy Parkside i Parkside Perfomance na mocnych obniżkach w Kauflandzie

    Zestawy Parkside i Parkside Perfomance na mocnych obniżkach w Kauflandzie

    Kaufland wprowadza nową falę promocji na narzędzia Parkside oraz Parkside Performance. To świetna okazja, aby nabyć wiele przydatnych elektronarzędzi w atrakcyjnych cenach.


    Jeśli jesteś pasjonatem samodzielnych remontów i prac w ogrodzie, Kaufland ma dla Ciebie atrakcyjną ofertę. Sklep prezentuje kolejną odsłonę zniżek na sprzęt Parkside oraz Parkside Performance. W nowej promocji znajdziesz zarówno elektronarzędzia, jak i większe zestawy warsztatowe, sprzęt ogrodowy oraz różnorodne akcesoria. Promocja trwa od czwartku, 24 września, do środy, 7 października.

    Kaufland obniża ceny zestawów Parkside i Parkside Performance

    Jednym z większych highlightów oferty jest zestaw ze stołem warsztatowym Parkside Performance, który można nabyć za jedyne 499 zł. W skład kompletu wchodzi 17 elementów. Stół warsztatowy ma maksymalną nośność 120 kg oraz powierzchnię roboczą o wymiarach 100 × 75 × 100 cm. Konstrukcja wykonana jest z aluminium, a blat z płyty MDF, dodatkowo stół wyposażono w praktyczny mechanizm składania. Kaufland obniżył również ceny kilku urządzeń akumulatorowych. Na przykład akumulatorowy klucz udarowy Parkside 20 V, w zestawie z akumulatorem i ładowarką, kosztuje 199 zł, a jego regularna cena bez karty XTRA wynosi 299 zł.

    Wśród narzędzi Parkside Performance wyróżniają się także modele zasilane akumulatorami 12 V. Wiertarko-wkrętarka Parkside Performance 12 V jest dostępna w cenie 149 zł, natomiast akumulatorowe narzędzie wielofunkcyjne 12 V kosztuje 129 zł. Akumulatorowy wkrętak udarowy Parkside Performance 12 V można kupić za kolejne 129 zł. Dodatkowo dostępny jest akumulator Parkside Performance 12 V o pojemności 2,5 Ah za 54,99 zł oraz akumulator 2,5 Ah z ładowarką 6 A za 79,99 zł.

    Na działkach i w ogrodach z pewnością przydadzą się także większe maszyny. Akumulatorowa piła łańcuchowa Parkside 20 V, wyposażona w mechanizm Anti-Kickback, kosztuje 199 zł i oferuje maksymalną długość cięcia 23 cm. Zaś do mniejszych prac polecamy akumulatorową piłę do gałęzi Parkside w cenie 99,99 zł.

    Czytaj dalej poniżej


    Biedronka rozpieszcza majsterkowiczów. Z tym sprzętem łatwiej zadbasz o ogród

    Do pielęgnacji roślin przyda się także akumulatorowy sekator Parkside w cenie 119 zł. Kaufland oferuje również klasyczne nożyce ogrodowe z kowadełkiem Parkside Performance za 29,99 zł.

    W bieżącej ofercie znalazła się także piła spalinowa Parkside w cenie 349 zł. Zgodnie z informacjami zawartymi w gazetce, posiada ona silnik benzynowy o mocy 2 kW oraz prowadnicę, która umożliwia pracę z łańcuchem o maksymalnej prędkości 22,1 m/s.

    Grafika: Depositphotos.com

  • Niedoceniany program dla Windows zyskuje potężną funkcję. Żal nie spróbować

    Niedoceniany program dla Windows zyskuje potężną funkcję. Żal nie spróbować

    Jeżeli posiadasz wiele starych klipów stworzonych na przykład za pomocą starego telefonu, Microsoft oferuje Ci nową, rewolucyjną funkcję w Clipchamp. Będziesz mógł podnieść ich rozdzielczość do 4K. Opcja ta jest dostępna zarówno na komputerach wyposażonych w jednostki NPU, jak i na innych zgodnych urządzeniach, chociaż zapis gotowego filmu w 4K wymaga odpowiedniego planu subskrypcyjnego.

    Funkcja Video Super Resolution została udostępniona w aplikacji Clipchamp na obsługiwanych komputerach z systemem Windows 11. Ze zmiany skorzystają zarówno konta osobiste, służbowe, jak i edukacyjne. Skalowanie nie działa jednak w przeglądarce, więc użytkownicy macOS nie mogą z tego skorzystać.

    Obliczenia na CPU lub NPU

    Obliczenia są przeprowadzane lokalnie: nie wysyłamy bowiem plików do chmury, choć sam edytor wymaga dostępu do Internetu w celu funkcjonowania i zapisywania postępów pracy. Na zgodnych komputerach zadania wykonuje CPU, podczas gdy na urządzeniach z funkcją Copilot+ odpowiedzialny za obliczenia AI układ NPU. System automatycznie dobiera odpowiednią jednostkę obliczeniową, co oznacza, że wykorzystanie NPU znacznie przyspieszy proces uzyskania gotowego pliku.



    Podnoszenie rozdzielczości filmu z pomocą AI możliwe jest do jakości: 480p, 720p, 1080p lub 4K. Po zakończeniu obróbki można porównać efekty z oryginałem i przywrócić pierwotną wersję, jeśli efekt końcowy okaże się niezadowalający. Należy pamiętać, że im mniej szczegółowe wideo przy wejściu, tym słabszy może być rezultat na wyjściu.



    Ważne uwagi podczas eksportu w 4K

    Model szacuje dodatkowe detale, więc nie można oczekiwać cudownego wydobycia szczegółów rodem z serialu CSI, ponieważ… jest to praktycznie niemożliwe. Mogą wystąpić zniekształcenia obrazu, zwłaszcza na twarzach, szyldach oraz dokumentach. Wiele zależy również od stopnia kompresji materiału źródłowego.

    Czytaj dalej poniżej


    Microsoft strzela sobie w stopę. Awaryjna aktualizacja nie naprawiła poważnego błędu

    Czytaj również: Dobre darmowe programy do montowania filmów: jest ich więcej, niż może się wydawać!

    Dla kont osobistych, darmowy plan kończy się na rozdzielczości 1080p: to najwyższa jakość, do której można skalować w Clipchamp. Według cennika Clipchampa, eksport w 4K UHD wymaga subskrypcji w ramach Microsoft 365 Personal i Family.

    Źródło: Microsoft / Clipchamp

  • Korzystasz z Map Google? Musisz wiedzieć o nowym problemie z aplikacją

    Korzystasz z Map Google? Musisz wiedzieć o nowym problemie z aplikacją

    Mapy Google na Android Auto zaczęły w końcu nadrabiać wieloletnie opóźnienia w stosunku do swojego alternatywnego rozwiązania, jakim jest Waze, jednak pojawił się nowy problem. Użytkownicy zauważyli, że prędkościomierz w aplikacji samoczynnie przełącza się pomiędzy jednostkami: zamienia kilometry na godzinę na mile na godzinę. Jak się można domyślić, zmiana ta zachodzi niezależnie od indywidualnych ustawień dokonanych przez użytkownika.

    Kilometry samodzielnie zamieniają się w mile – łatwo to przeoczyć

    Użytkownicy zgłaszają przypadki, w których Mapy Google uruchomione za pośrednictwem Android Auto wyświetlają prędkość w innej jednostce niż ta, która została ustawiona w telefonie. Może to wprowadzać w błąd, zwłaszcza w sytuacji, gdy kierowca przyzwyczajony do kilometrów na godzinę nagle widzi wartość w mph na ekranie swojego pojazdu. W międzyczasie pojawiają się także sporadyczne zgłoszenia dotyczące odwrotnego problemu, w którym Mapy pokazują kilometry zamiast mil. Interesujące jest to, że przynajmniej jeden użytkownik zauważył podobne zjawisko również bezpośrednio w aplikacji na smartfonie.

    Obecnie nie jest jasne, co dokładnie powoduje ten błąd ani jak szeroką grupę użytkowników on dotyczy. Ważne jest jednak, aby być świadomym tego problemu i zachować ostrożność. Jest to szczególnie frustrujące, ponieważ Mapy Google umożliwiają ręczne wybieranie jednostek odległości. Użytkownik może przejść do ustawień nawigacji i określić preferencje dotyczące automatycznego rozpoznawania jednostek, co powinno teoretycznie załatwić sprawę. Niemniej jednak, w przypadku opisanego błędu wygląda na to, że Android Auto chwilowo ignoruje te ustawienia.


    To nie pierwszy raz, kiedy aplikacja boryka się z problemami związanymi z jednostkami. W przeszłości pojawiały się zgłoszenia dotyczące sytuacji, w których prędkościomierz korzystał z kilometrów na godzinę, mimo że użytkownik ustawił mile.

    To nie jest jedyny błąd prędkościomierza

    W ostatnich tygodniach użytkownicy Android Auto zgłaszali również inny problem, czyli całkowite znikanie prędkościomierza oraz informacji o ograniczeniu prędkości. Google wyjaśniło później, że sama funkcjonalność jest wciąż wdrażana, a możliwość wyświetlania tych danych bez aktywnej nawigacji nie była dostępna dla wszystkich. W lipcu natomiast, internetowy gigant rozpoczął szersze udostępnianie prędkościomierza na Android Auto. Wskaźnik ten pokazuje aktualną prędkość obok obowiązującego limitu, a jego wygląd dostosowuje się po przekroczeniu dozwolonej wartości.

    Czytaj dalej poniżej


    Dlaczego Google celowo wysyła kierowców dłuższą drogą?

    Zły wynik może być bardziej mylący niż całkowity brak funkcji

    Błąd związany z jednostkami nie jest wyłącznie kwestią estetyczną. Kierowcy, przyzwyczajeni do używania km/h, mogą przez chwilę błędnie odczytać wskazanie, szczególnie gdy ekran samochodu znajduje się w dużej odległości, a sytuacja na drodze wymaga natychmiastowej reakcji. Dodatkowo, warto pamiętać, że Google sam podkreśla, iż prędkościomierz w Mapach ma charakter informacyjny i może różnić się od rzeczywistej prędkości pojazdu. Podstawowym źródłem informacji pozostanie więc licznik pojazdu, który zawsze powinien być traktowany jako wyznacznik.

    Sytuacja ta jest o tyle interesująca, że prędkościomierz w Android Auto miał być jednym z najbardziej oczekiwanych nowości w Mapach. Niecałe kilka miesięcy po jego zainstalowaniu użytkownicy napotykają jednak kolejne trudności. Jak na razie nie ma informacji na temat oficjalnego rozwiązania problemu. Najlepszym rozwiązaniem jest sprawdzenie ustawień aplikacji, ale równocześnie należy pamiętać, że obecne zachowanie może być wynikiem błędu po stronie oprogramowania lub Android Auto, a nie nieprawidłowej konfiguracji telefonu. Warto być czujnym.