Kategoria: Wiadomości

  • Revolut w opałach. Hakerzy grożą ujawnianiem danych

    Revolut w opałach. Hakerzy grożą ujawnianiem danych

    Hakerzy żądają pieniędzy od Revoluta. W przeciwnym razie będą udostępniać dane klientów.

    Revolut staje w obliczu poważnych problemów. Oszuści, którzy niedawno uzyskali dostęp do danych klientów tej firmy, teraz żądają okupu – w przeciwnym razie zamierzają ujawniać informacje, w tym numery paszportów i inne wrażliwe dane.

    Źródło: Unsplash @sonance

    Szantażują Revoluta. Żądają okupu za dane

    O wycieku danych z Revoluta wspominałem niedawno. Za kradzież odpowiada grupa hakerów określająca się mianem „Revolut Smilik”, która w zaskakujący sposób przechytrzyła brytyjski bank. Hakerzy wysłali szereg żądań dotyczących udostępnienia danych klientów, podszywając się pod instytucje rządowe. Maile z oficjalnymi pismami zostały nawet wysłane z użyciem rządowej domeny, co uśpiło czujność pracowników oraz systemów Revoluta. W efekcie nie przeprowadzono odpowiedniej weryfikacji, a wrażliwe dane klientów (głównie zamożniejszych) zostały ujawnione oszustom bez konieczności włamań do serwerów. Nie wiadomo, ilu klientów dotyczy wyciek ani z jakiego kraju pochodzą, wiadomo jednak, że hakerzy nie poprzestali na samej kradzieży i obecnie próbują zmonetyzować pozyskane informacje.

    Oświadczenie hakerów zostało przesłane do brytyjskiego dziennika biznesowego City AM. Hakerzy postawili przed Revolutem konkretne żądania – chcą otrzymać pieniądze w zamian za niepublikowanie danych najważniejszych klientów banku w sieci. W przypadku braku reakcji i niewypłacenia okupu, przestępcy zamierzają codziennie publikować coraz większe paczki danych dotyczących klientów VIP. Jakie konkretne dane zostały skradzione? Zgodnie z informacjami uchwyconymi przez jednego z analityków rynku kryptowalut, wśród wykradzionych informacji znajdują się:

    • Informacje o wykonywanym zawodzie;
    • Numery rachunków bankowych (IBAN);
    • Zapisy oraz historia wypłat;
    • Pełna historia transakcji, w tym także tych dotyczących kryptowalut;

    Żądania hakerów zostały opublikowane przez wspomniany dziennik, jednak sam bank nie wydał oficjalnego komentarza. Revolut nie potwierdza otrzymania jakichkolwiek wiadomości ani pism od grupy hakerskiej. Podkreśla jednak, że problem dotyczy niewielkiej liczby użytkowników. W sprawę zaangażował się brytyjski organ regulacyjny – Financial Conduct Authority (FCA), który potwierdził współpracę z Revolutem w celu zbadania skutków wycieku i minimalizacji ewentualnych szkód. Jest to odpowiednik polskiej Komisji Nadzoru Finansowego.

    Czytaj dalej poniżej


    Revolut poza aplikacją. Dosłownie do niego wejdziesz

    Taki atak to nie przypadek

    Na temat sytuacji pisał ZachXBT, ekspert zajmujący się kryptowalutami – w niektórych aspektach miał rację. Wskazał on, że atak na Revolut nie był jedynie przypadkowym phishingiem ani wyłudzeniem danych losowych klientów, lecz precyzyjnie zaplanowanym działaniem. Przestępcom zależało na uzyskaniu informacji dotyczących największych i najbogatszych klientów, którzy są mocno zaangażowani w rynek kryptowalut, przede wszystkim w popularnego Bitcoina.

    Niezależnie od tego, kogo i w jakim kraju dotyczy wyciek, Revolut czeka spora fala problemów – zwłaszcza ze strony organów regulacyjnych, które będą skrupulatnie kontrolować procedury bankowe oraz bezpieczeństwo danych użytkowników. Jeżeli okaże się, że wyciek był możliwy jedynie poprzez wykorzystanie maila na podstawie fałszywego zgłoszenia, bank może stanąć w obliczu dotkliwych kar i utraty zaufania ze strony inwestorów. A wszystko to w czasie, gdy potencjał wejścia na rynek amerykański był większy niż kiedykolwiek przedtem. Firmę czekają trudne tygodnie, więc pozostaje mieć nadzieję, że nie będzie więcej skandali, gdyż ten już jawi się jako wystarczająco poważny.

  • Microsoft stworzył następcę Painta. Teraz ubija projekt

    Microsoft stworzył następcę Painta. Teraz ubija projekt

    Microsoft ostatecznie zakończył projekt, który miał być przyszłością podstawowej edycji graficznej i tworzenia własnych obrazów, w tym tych trójwymiarowych.

    Niewiele jest wynalazków tak znanych, że zna je niemal każdy mieszkaniec świata. Jednym z nich jest Microsoft Paint, który towarzyszy nam niemal od początku istnienia systemu operacyjnego stworzonego przez Giganta z Redmond. W 2017 roku na horyzoncie pojawiło się widmo zakończenia działalności tej kultowej aplikacji. Microsoft ogłosił jej następcę, a klasyczny Paint miał odejść na zasłużoną emeryturę. Jednak po fali protestów firma szybko wycofała się z tej decyzji, co uratowało ukochaną aplikację. To nie był jednak koniec tej historii, ponieważ Paint 3D pozostawał z nami przez kilka lat. Microsoft miał nadzieję, że prędzej czy później użytkownicy się do niego przekonają.

    Paint 3D umarł. Niech żyje stary dobry Paint

    Dziś, w 2026 roku, Microsoft oficjalnie kończy projekt. Paint 3D został wygaszony w sierpniu 2024 r., a jego usunięcie ze Sklepu miało miejsce w listopadzie. W lipcu 2026 r. zniknął również 3D Viewer. To koniec marzeń o tym, że miliony użytkowników Painta staną się twórcami trójwymiarowych środowisk. Analizując sytuację, możemy dostrzec, że Paint 3D miał wszystko, co było potrzebne do odniesienia sukcesu.

    Aplikacja umożliwiała rysowanie kształtów oraz ich konwersję w obracające się obiekty. Pędzle działały w przestrzeni 3D, a nie na płaskim płótnie. Funkcja Magic Select potrafiła wycinać obiekty ze zdjęć i wstawiać je do stworzonych scen. Historia cofania zmian była niemal nieskończona, a Mixed Reality Viewer pozwalał umieszczać gotowe modele w rzeczywistym świecie przy użyciu kamery.

    Niestety, wielu użytkowników nie dostrzegało potrzeby korzystania z trójwymiarowych funkcji. Inni skarżyli się na niewygodny interfejs, brak podstawowych narzędzi tekstowych oraz problemy z precyzją. Paint 3D był zbyt odmienny od tradycyjnego Painta dla tych, którzy po prostu chcieli korzystać z podstawowych funkcji, a jednocześnie zbyt ograniczony dla tych, którzy naprawdę chcieli pracować w 3D. Znalazł się pomiędzy, w miejscu, którego nikt nie potrzebował.

    Czytaj dalej poniżej


    Microsoft strzela sobie w stopę. Ich wrześniowa aktualizacja Windowsa psuje masę funkcji

    Ekosystem wokół Paint 3D również uległ załamaniu. Remix 3D został zamknięty w 2020 roku, Windows Mixed Reality został wygaszony, a integrację z obiektami 3D usunięto z Eksploratora plików. Zanim Microsoft całkowicie odciął projekt, nie było już co ratować.

  • Warto pobrać iOS 27 tylko dla tej nowości. Dlaczego musieliśmy na to czekać tyle lat

    Warto pobrać iOS 27 tylko dla tej nowości. Dlaczego musieliśmy na to czekać tyle lat

    Słuchawki AirPods zyskały w końcu 3-pasmowy korektor EQ. W kontekście braków nowości w systemie iOS 27 na polskim rynku, ta funkcjonalność wydaje się jedną z najważniejszych.


    iOS 27 miał swoją oficjalną premierę, a choć wiele interesujących funkcji związanych z sztuczną inteligencją ponownie ominęło Polskę, w najnowszej wersji oprogramowania od Apple znalazło się kilka nowości, które mogą przykuć uwagę. Dla posiadaczy słuchawek AirPods najważniejszym elementem jest korektor, który pojawia się w systemie iOS – po raz pierwszy w takiej formie. Czekanie na tę funkcję było jednak warte zachodu, gdyż pozwala ona w pełni wykorzystać potencjał słuchawek Apple.

    Korektor w iOS 27 – jak włączyć

    AirPods nie otrzymują dedykowanej aplikacji, jak ma to miejsce w przypadku produktów innych producentów. Zamiast tego, użytkownicy znajdą odrębną sekcję w ustawieniach, która umożliwia kontrolę nad podstawowymi ustawieniami akcesorium. Jednak przed odkryciem sekcji z korektorem, należy zaktualizować słuchawki AirPods. Jak to zrobić? Wystarczy podłączyć je do ładowania i utrzymać w pobliżu swojego iPhone’a.

    W przypadku moich AirPods Max 2 wystarczyło umieścić je w „stojaku” i przez kilka minut trzymać pod ładowarką, aby zainstalować aktualizację. Dopiero wtedy w ustawieniach pojawił się wcześniej niedostępny korektor – rozwiązanie nieskomplikowane, umożliwiające regulację wysokich, niskich i średnich częstotliwości, jednak bardzo skuteczne. Moje AirPods nigdy nie brzmiały tak dobrze.

    AirPods od zawsze charakteryzowały się uniwersalnym brzmieniem, przy czym uniwersalne wcale nie musi oznaczać pożądanego. To sprzęt stworzony z myślą o typowym użytkowniku, zgodnie ze starą zasadą Apple, która zakłada, że konsument nie powinien mieć możliwości wprowadzania zbyt wielu zmian w urządzeniu, aby nie zniszczyć założonej wizji. Każdy, kto korzystał z osób wyższej półki wie jednak, że prawdziwa zabawa zaczyna się, gdy można samodzielnie zmieniać parametry odtwarzanego dźwięku, ponieważ każde ucho jest inne i nie ma jednej, złotej zasady, która zadowoli słuchacza.

    Czytaj dalej poniżej

    Koniec darmowego WhatsAppa? Sprawdzamy, ile w tym prawdy

    W AirPods takie innowacje jeszcze niedawno nie były możliwe, jednak w iOS 27 się to zmieniło. Nie spodziewajcie się skomplikowanych funkcji – nie ma przeznaczonych ustawień pod konkretne gatunki muzyczne, jak to ma miejsce w oprogramowaniu konkurencyjnych producentów słuchawek, ale 3-pasmowy korektor wystarcza, aby w końcu uwolnić słuchawki Apple od ich poprzednich ograniczeń. Szczególną uwagę należy zwrócić na ustawienia basów i sopranów, ponieważ ich regulacja potrafi znacznie wpłynąć na charakterystykę brzmienia. Trochę bardziej problematyczne mogą być modyfikacje w średnich tonach, ale ogólnie rzecz biorąc, jakość dźwięku jest naprawdę dobra.

    Warto również zaznaczyć, że różnice są najbardziej zauważalne w modelu nausznych słuchawek Apple. AirPods Pro, wzbogacone o korektor, nie robią aż takiego wrażenia. Ciekawostką jest to, że niektórzy użytkownicy donoszą, że po aktualizacji jakość dźwięku AirPods uległa pogorszeniu, niezależnie od tego, czy korzystali z korektora. Osobiście nie zauważyłem takich zmian, ale jeśli niedawno zaktualizowaliście swojego iPhone’a i dopiero zaczynacie przygodę z EQ, zwróćcie na to uwagę.

    Jedynym aspektem, którego mi brakowało, była możliwość szybkiego przejścia do korektora z poziomu centrum sterowania – konieczne jest przeszukiwanie ustawień, co przypomina czasy, gdy dane komórkowe w iOS również włączało/wyłączało się w ten sposób.

  • Mało kto tak robi, ale każdy powinien. Zachowasz dobrą pamięć na lata

    Mało kto tak robi, ale każdy powinien. Zachowasz dobrą pamięć na lata

    Coraz częściej podkreśla się znaczenie angażowania mózgu dla zachowania sprawności umysłowej. Najnowsze badania dostarczają kolejnych dowodów na to, że pobudzanie umysłu wiąże się z poprawą pamięci, uwagi oraz samopoczucia. U osób starszych może także spowalniać proces pogarszania się sprawności poznawczej związany z wiekiem.


    Nie jest to nowe badanie, ale naukowy komentarz do dotychczasowych badań opublikowany w „Psychological Medicine”, który przedstawia czytanie jako dostępny i stosunkowo tani sposób wspierania zdrowia mózgu. Opracowanie to powstało dzięki badaczkom z Uniwersytetu Cambridge oraz z organizacji The Queen’s Reading Room. Dokument ten zestawia wcześniejsze badania, od ankiet po długoterminowe obserwacje i badania obrazowe mózgu. W centrum zainteresowania znalazła się literatura wybierana dla przyjemności, a więc książki papierowe, e-booki, czasopisma, a nawet komiksy. Nawet jeśli sięgacie tylko po ostatnie z wymienionych, jesteście w dobrej sytuacji.

    Dłużej czytasz? Tym lepiej

    Najobszerniejszym badaniem przytoczonym w komentarzu jest analiza amerykańskiego projektu ABCD, dotycząca 10 243 dzieci w wieku 9-11 lat. Uwzględniono również dane z obserwacji przeprowadzonej dwa lata później. Dłuższy okres czytania dla przyjemności (co istotne, bo nie uwzględnia się czytania wymuszonego) wiązał się z lepszą pamięcią, uwagą oraz zdolnością do hamowania impulsów. Ponadto wykazano odpowiednio dłuższy sen oraz krótszy czas spędzony przed ekranem. Zależność ta utrzymywała się pomimo uwzględnienia takich zmiennych jak dochody rodziny czy wykształcenie rodziców.

    Badania obrazowe powiązały wczesne czytanie z większą powierzchnią oraz objętością wybranych obszarów kory mózgowej, przede wszystkim tych odpowiedzialnych za przetwarzanie języka, myślenie oraz regulację emocji. Nie wyjaśnia to jednak bezpośrednio, co jest przyczyną, a co skutkiem: mogło być także tak, że osoby o odpowiedniej budowie mózgu preferowały czytanie. Inne badanie przeprowadzone w grupie 11 dzieci z dysleksją dostarczyło dowodów na zmiany zachodzące już podczas nauki. Po ośmiu tygodniach treningu czytania poprawie umiejętności towarzyszył wzrost objętości istoty szarej w kilku regionach mózgu, co sugeruje, że mózg ma zdolność do adaptacji podczas nauki. Należy jednak zauważyć, że była to niewielka próba z wyspecjalizowanym treningiem, który mógł nieco wpłynąć na interpretację wyników.

    Czytanie a ryzyko demencji

    W badaniu 1962 osób w wieku powyżej 64 lat śledzono zdolności poznawcze uczestników przez następne 14 lat. Osoby, które czytały przynajmniej raz w tygodniu, miały mniejsze ryzyko pogorszenia swoich umiejętności poznawczych, a tę zależność obserwowano niezależnie od poziomu wykształcenia, także wśród osób z krótszym czasem edukacji. W grupie 469 uczestników w wieku co najmniej 75 lat, którzy na początku nie mieli diagnozy demencji, czytanie związane było z niższym ryzykiem rozwoju tej choroby w trakcie średnio 5,1-letniej obserwacji. W innych analizach uwzględniano czytanie jako część szerszego zestawu zajęć angażujących umysł, wśród których wymieniano także szachy.

    Czytaj dalej below


    System kaucyjny można pokonać nauką. Chcą wyprodukować wodór z plastikowych butelek


    Te obserwacje są związane z hipotezą rezerwy poznawczej, czyli zdolnością mózgu do utrzymania sprawności mimo zmian związanych z wiekiem lub chorobą. Regularne angażowanie pamięci, języka i uwagi mogłoby wspierać jej budowanie. Jednak te obserwacje mają wada: nie rozróżniają w sposób jasny, jaka część różnic wynika z samego czytania, a jaka z innych cech osób chętnych do lektury. Dlatego ryzyko i jego spadek w badanej grupie nie stanowią jeszcze dowodu na skuteczność czytania jako metody zapobiegania demencji. Planowane są jednak eksperymenty, które mają na celu wyjaśnienie, jakie zmiany w mózgu i samopoczuciu mogą osiągnąć osoby, które zaczynają regularnie czytać w dorosłości.

    Wspólna lektura jako sposób na ograniczenie poczucia samotności

    W niewielkim badaniu przeprowadzonym wśród 26 młodych dorosłych ustalono, że fragmenty literackie dotyczące emocji angażują sieci mózgowe odpowiedzialne za umiejętność wglądu w cudze perspektywy. Z kolei przegląd 11 badań nad wspólnym czytaniem wśród starszych dorosłych wskazał na możliwą poprawę dobrostanu oraz ograniczenie powszechnego zjawiska samotności. Wspólna lektura łączy się z rozmową i interakcją z innymi, co oznacza, że korzyści mogą mieć wielorakie źródła.

    Czytaj również: Ten czytnik e-booków kosztuje niewiele i jest prawdziwym hitem. Sprawdziłem go.

    Dobrze dobrana lektura, która odpowiada zainteresowaniom, ma również znaczenie. Badania z Wielkiej Brytanii w ramach National Literacy Trust z 2025 roku wykazały, że 37,1 proc. młodych respondentów przyciąga do lektury zgodność tekstu z ich zainteresowaniami lub hobby. Podkreśla to rolę szkół, bibliotek oraz klubów czytelniczych w ułatwieniu dostępu do atrakcyjnej literatury dla różnych grup wiekowych. Nie ma jednak jednej uniwersalnej dawki czytania, która gwarantowałaby korzyści dla zdrowia mózgu. Niemniej, trudno nie odnieść wrażenia, że warto sięgać po książki w każdej chwili, gdy mamy na to okazję.

  • Dlaczego pierwsze kable sieciowe były żółte? Inżynier ujawnia 40-letnią tajemnicę

    Dlaczego pierwsze kable sieciowe były żółte? Inżynier ujawnia 40-letnią tajemnicę

    W dzisiejszych serwerowniach i biurach można zaobserwować szeroką paletę kolorów przewodów ethernetowych: od niebieskiego, przez zielony, aż po czerwony i czarny. Wybierając idealny kabel, kierujemy się często kolorem, który pasuje do przeznaczenia lub zwykłej estetyki. Jednak w latach siedemdziesiątych i na początku osiemdziesiątych XX wieku krajobraz wczesnych sieci komputerowych przedstawiał się zupełnie inaczej.

    Przemierzając podwieszane sufity i kanały kablowe ówczesnych biur, można było dostrzec niemal wyłącznie jeden, rzucający się w oczy odcień: intensywną żółć. Tajemnica unifikacji kolorystycznej ówczesnej infrastruktury sieciowej przez cztery dekady pozostawała jedną z najciekawszych zagadek w świecie nowych technologii. Nareszcie postanowił ją rozwikłać Rich Seifert, wybitny inżynier i jeden z głównych autorów oryginalnej specyfikacji standardu Ethernet. W wywiadzie opublikowanym przez serwis PC Gamer wyjaśnił, że wybór tej konkretnej barwy nie był przypadkowy, lecz wynikał z zaskakującego połączenia osobistych pasji oraz surowych wymogów bezpieczeństwa.

    Pierwszym powodem dla wyboru intensywnej żółci były osobiste preferencje samego twórcy. Seifert przyznał, że żółty od dawna był jego ulubionym kolorem. W owym czasie jeździł sportowym Chevroletem Corvette z 1968 roku, pokrytym kultowym wśród miłośników motoryzacji lakierem „Wildfire Yellow”. Elementy w tej barwie dominowały także w wystroju jego domu, więc podczas opracowywania specyfikacji nowo powstającej sieci komputerowej naturalnym krokiem stało się wprowadzenie tej osobistej preferencji do dokumentacji technicznej.



    Bezpieczeństwo na pierwszym miejscu

    Za decyzją architekta stał jednak powód znacznie ważniejszy niż osobisty gust. Było to bezpośrednie zagrożenie zdrowia i życia pracowników budowlanych oraz instalatorów. Wczesne sieci Ethernet różniły się zasadniczo od dzisiejszych elastycznych skrętek zakończonych przezroczystymi złączami RJ-45. W tamtych czasach wykorzystywano grube, ciężkie kable koncentryczne, a aby podłączyć nowe urządzenie do istniejącej magistrali, inżynierowie stosowali tak zwane wampirze odczepy (vampire taps). Były to fizyczne złącza z ostrymi metalowymi bolcami, które podczas dokręcania wbijały się w grubą izolację kabla niczym zęby wampira, docierając do wewnętrznego miedzianego przewodnika.

    Kable sieciowe układano najczęściej w ciasnych, ciemnych i chaotycznych przestrzeniach podłóg podniesionych lub nad podwieszanymi sufitami, gdzie obok nich biegły instalacje elektryczne wysokiego napięcia. Seifert zdawał sobie sprawę, że monter pracujący w słabym oświetleniu mógłby łatwo pomylić przewód danych z przewodem prądowym. Próba zamontowania odczepu wampirzego na linii wysokiego napięcia i przebicie jej izolacji metalowymi igłami mogła prowadzić do niebezpiecznego zwarcia, wywołując groźne porażenie prądem, co mogłoby okazać się śmiertelne dla instalatora.

    Czytaj dalej poniżej


    Sieć 10 Gb/s w domu to już nie egzotyka. Na co komu takie prędkości?

    Właśnie w trosce o zapobieganie ewentualnym tragediom, Seifert podjął decyzję o powleczeniu kabli Ethernet jaskrawożółtą warstwą. Barwa ta stanowiła wówczas niedościgniony wzór widoczności i jednoznacznie ostrzegała przed pomyłką. Dzięki niej monter pracujący w ciemnościach miał pewność, że wykonuje swoją pracę na bezpiecznym kablu danych, a nie na linii wysokiego napięcia. Dbałość o szczegóły techniczne oraz troska o ludzkie życie sprawiły, że żółty kabel stał się synonimem bezpiecznej sieci komputerowej. Chociaż gruby kabel koncentryczny oraz wampirze złącza już dawno ustąpiły miejsca nowoczesnym skrętkom i światłowodom, a kable w naszych domach mienią się wszystkimi kolorami tęczy, to żółty przewód pozostaje symbolicznym świadkiem narodzin nowoczesnej komunikacji.

  • Masz Androida? To może być najlepszy smartwatch dla Ciebie

    Masz Androida? To może być najlepszy smartwatch dla Ciebie

    Na pierwszy rzut oka niewiele się zmieniło. Zatem, czym właściwie jest Google Pixel Watch 5?

    Ogólne wrażenia i ewolucja zegarka

    Google Pixel Watch 5 to znakomity przykład urządzenia, w którym kluczowe zmiany zachodzą nie w jego wnętrzu, lecz w chmurze. Z zewnątrz zegarek pozostał niemal niezmieniony, a pod ekranem pracuje jedynie udoskonalona wersja platformy z poprzednika. Różnicę czuć jednak podczas użytkowania: Gemini działa szybciej, dane zdrowotne są lepiej analizowane, a zapis trasy GPS potrafi wyglądać bardzo dobrze w obszarze miejskim.

    Pixel Watch 5 kosztuje więcej niż jego poprzednik, z pewnymi funkcjami wciąż w fazie rozwoju, a użytkownicy Pixel Watch 4 mają dostęp do wielu nowych opcji dzięki aktualizacjom. Po przeprowadzeniu dłuższej serii testów uważam, że to obecnie jeden z najlepszych smartwatchy dla użytkowników Androida, ale niekoniecznie najlepszy wybór dla właścicieli zeszłorocznego modelu.

    Wygląd, wykonanie i jakość ekranu

    Pierwsze wrażenie podczas kontaktu z Pixel Watch 5 to uczucie déjà vu. Google zachowało okrągłą kopertę, wypukłe szkło oraz ekran lekko zakrzywiający się ku krawędziom. Dostępne są warianty 41 i 45 mm, a większy model waży 1,29 uncji bez paska i ma grubość 12,3 mm. Aluminiowa obudowa, odporność IP68 oraz 5 ATM umożliwiają bezpieczne użytkowanie zegarka podczas deszczu, kąpieli czy pływania. To w zasadzie powtórka z rozrywki.

    Konstrukcja wciąż wyróżnia się na tle bardziej kanciastych czy prostokątnych zegarków firm takich jak Samsung, Huawei czy Apple. Elegancja ma swoją cenę: zakrzywione szkło może optycznie zniekształcać część treści, co ogranicza powierzchnię użytkową. Choć wypukły ekran prezentuje się efektownie, może zwiększać ryzyko uszkodzeń podczas codziennego noszenia, gdy uderzamy o inne przedmioty. Nie zauważyłem jednak żadnych rys czy zniszczeń, ale sprzęt ten wymaga większej ostrożności niż modele o wyraźnie wzmocnionej konstrukcji.

    Czytaj dalej poniżej

    Huawei Watch 6 oficjalnie. Szach-mat dla konkurencji?

    Technicznie, wyświetlacz robi wrażenie. Actua 360 to panel AMOLED LTPO o jasności sięgającej 3000 nitów. W słoneczne dni pozostaje czytelny, a automatyczna regulacja działa sprawnie. Nowe tarcze wykorzystują zakrzywienie ekranu, natomiast generatywne tarcze są raczej ciekawym dodatkiem niż decydującym elementem zakupu. Możliwość stworzenia motywu inspirowanego jedzeniem, miejscem czy przedmiotem jest interesująca, ale efekty bywają różne i przypominają raczej automatyczne stylizowanie gotowej tarczy niż jej projektowanie od podstaw.

    Wydajność, podzespoły i obsługa gestami

    Pixel Watch 5 korzysta z procesora Snapdragon W5 Gen 2 Accelerated oraz koprocesora Cortex-M55. Google deklaruje 12-procentowy wzrost mocy CPU oraz do 20% wyższą wydajność ogólną. Pamięć RAM zwiększono z 2 do 3 GB, a przestrzeń na dane z 32 do 64 GB. Nie są to parametry, które zapierają dech w piersiach bez kontekstu, ale w praktyce przekładają się na płynne działanie zegarka. Aplikacje uruchamiają się szybko, przewijanie treści nie sprawia problemów, a animacje systemu Wear OS nie są obciążające. Największą różnicę widać podczas korzystania z Gemini. Zegarek potrafi w kilka sekund odnaleźć wydarzenie w kalendarzu, sprawdzić lokalizację w Mapach Google i podać, kiedy najlepiej wyjść z domu, uwzględniając wybrany środek transportu.

    Sterowanie gestami również zyskało na dojrzałości. Podwójne stuknięcie kciuka i palca wskazującego pozwala na wybieranie elementów, obrót nadgarstka działa jak przycisk powrotu, a uniesienie ręki do ust uruchamia Gemini. Po poprawnym ustawieniu orientacji zegarka gesty działają, jak powinny, pozwalając na obsługę powiadomień, muzyki czy tras bez dotykania ekranu. To nie zastępuje tapnięć, ale gdy mamy zajęte lub brudne ręce, lub nosimy rękawiczki, to rozwiązanie ma sens.

    Dokładność GPS i funkcje sportowe

    Najciekawsza poprawa nie wynika z nowego modułu GPS. Pixel Watch 5 korzysta z podobnego układu dwuczęstotliwościowego, jak poprzednik, lecz Google… zmieniło sposób przetwarzania danych, co nie powinno nikogo dziwić, ponieważ od lat urządzenia Pixel pokazują, jak oprogramowanie i nowoczesne rozwiązania mogą mieć kluczowe znaczenie. Po zakończeniu aktywności system wykorzystuje nawet trójwymiarowe modele budynków i terenu, informacje ze stacji referencyjnych oraz dane z czujników ruchu, aby ograniczyć błędy związane z odbiciami sygnału.

    W praktyce, szczególnie w obszarze wysokich budynków, różnice są widoczne. Nie oznacza to jednak, że każda trasa będzie idealna – w lesie i podczas jazdy po drogach pozamiejskich przewaga nie zawsze jest wyraźna, a korekta jest przeprowadzana po treningu. Pixel Watch 5 nie staje się dzięki temu pełnoprawnym zegarkiem sportowym dla wymagających kolarzy czy biegaczy. Nadal brakuje wsparcia dla zewnętrznych pasków tętna, mierników mocy, ręcznych okrążeń oraz zaawansowanej konfiguracji ekranów danych. Google poprawiło precyzję zapisu, ale na większy postęp musimy jeszcze poczekać.

    Czas pracy na baterii i ładowanie

    Oficjalne deklaracje pozostają podobne do tych z poprzedniej generacji: około 30 godzin dla wersji 41 mm i 40 godzin dla 45 mm. W moim teście większy model pracował ponad 50 godzin, ale wynik zależy od ustawień, monitorowania snu, intensywności korzystania z GPS oraz regularności aktywacji Gemini (tutaj istotne jest, czy mamy włączone nasłuchiwanie “Hej, Google” oraz wykrywanie podnoszenia zegarka do ust). Pixel Watch 5 może przetrwać cały dzień intensywnego użytkowania, dwa pełne dni normalnego użytkowania, lecz dla pewności zalecam codzienne ładowanie. W tym modelu zastosowano ten sam “dock” do ładowania, a ładowanie od 5% do 100% trwa około 40 minut, co jest relatywnie krótkim czasem.

    Pixel Watch 5 to bardzo dobry smartwatch, jednak jego ocena zależy od punktu wyjścia. Osoba przesiadająca się ze starszego zegarka Google zyska szybszy interfejs, znacznie bardziej użyteczne funkcje Gemini, znakomity zapis GPS w trudnych warunkach, dokładne pomiary i szybkie ładowanie. Dla użytkownika Androida, który przede wszystkim szuka wygodnego asystenta, powiadomień, płatności i monitorowania zdrowia, jest to jeden z najlepszych wyborów. Właściciele Pixel Watcha 4 raczej nie będą mieli tu czego szukać, natomiast użytkownicy starszych modeli mogą poczekać na promocje, jeśli ekosystem Pixel Watch im odpowiada i pragną szybszego oraz dokładniejszego modelu.

    Cena testowanego modelu 45 mm wynosi około 1950 zł. Mniejszy wariant 41 mm kosztuje około 1750 zł.

    Google Pixel Watch 5


    plusy

    • Jasny i czytelny wyświetlacz
    • Bardzo szybkie i sprawne działanie asystenta Gemini
    • Poprawiona precyzja zapisu trasy GPS w trudnych warunkach
    • Szybkie ładowanie baterii
    • Kompatybilność z paskami z poprzednich generacji

    minusy

    • Wysoka cena i niewiele zmian w porównaniu do poprzedniego modelu
    • Brak zaawansowanych funkcji dla bardziej wymagających sportowców
    • Czas pracy na baterii powinien być dłuższy
    • To kolejna iteracja tego samego designu

    Urządzenie do recenzji udostępnił producent. Firma nie miała wglądu ani wpływu na treść artykułu przed jego publikacją.

  • Oto „genetyczny ChatGPT”. Tak wygląda potężna broń naukowców

    Oto „genetyczny ChatGPT”. Tak wygląda potężna broń naukowców

    Czy genetycy posiadają swoje wersje „ChatGPT”? Tak, i to nie tylko jedną. Jednym z takich narzędzi jest GPN-Star, które pomaga w identyfikacji wariantów DNA mogących wpływać na cechy organizmu oraz ryzyko wystąpienia różnych chorób. Testy przeprowadzone przez Uniwersytet Kalifornijski w Berkeley wykazały, że GPN-Star znacząco przewyższa konkurencyjne metody, a trenowanie tego mechanizmu opartego na sztucznej inteligencji wymagało znacznie mniej zasobów niż uczenie największych, wiodących modeli genomowych.


    Badacze z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley opracowali niezwykle istotne narzędzie do oceny biologicznego znaczenia zmian w DNA. W jednym z artykułów opublikowanych w czasopiśmie Nature, GPN-Star zyskuje przewagę nad wcześniejszymi metodami w wielu zadaniach związanych z wariantami. Model ten obejmuje zarówno fragmenty kodujące białka, jak i inne obszary sekwencji. GPN-Star wskazuje konkretne zmiany, które zasługują na dokładniejszą analizę: DNA jest tak złożoną strukturą, że sprawdzenie wszystkich wariantów jest z ekonomicznego punktu widzenia praktycznie niemożliwe.

    Odczyt DNA to nie to samo, co czytanie książki

    Wyjaśnia to fakt, że jedynie około 1-2% ludzkiego DNA zawiera sekwencje kodujące białka. Pozostała część to między innymi elementy regulacyjne, które decydują o tym, kiedy, gdzie i z jaką intensywnością geny są aktywne – nie są one „śmieciami”, jak niektórzy sądzą. Manipulowanie takim elementem może zmieniać niektóre cechy organizmu, nie modyfikując jednak samej instrukcji budowy konkretnego białka. W związku z tym, poszukiwania wariantów związanych z chorobami muszą przebiegać w inny sposób. I przebiegają.

    Modele językowe dostosowane do DNA rozpoznają wzorce w sekwencjach czterech liter: A, C, G i T. Tak przedstawiana jest informacja genetyczna u ludzi, jak i innych organizmów, w tym naszego naczelnika Grzegorza. Każdy z nas ma swoją unikalną sekwencję, które są do siebie podobne, ale jednocześnie różnią się, co czyni je niepowtarzalnymi. GPN-Star odtwarza ukryte litery na podstawie otaczających je sekwencji oraz odpowiadających im fragmentów genomów innych gatunków. W ten sposób nauczył się rozpoznawać, jakie zmiany odpowiadają obserwowanym wzorom i które mogą naruszać delikatną równowagę biologiczną organizmu. A modele językowe, które działają jak „maszyny statystyczne”, są tutaj niezwykle skuteczne.

    Porównania z uwzględnieniem ewolucji

    Ogólnie rzecz biorąc, zbiór sekwencji nie mówi modelowi wprost, które fragmenty DNA różnych gatunków są sobie równoważne. Dlatego zastosowano dopasowania całych genomów. Algorytmy porównują w nich fragmenty, które są ze sobą powiązane, ujawniając miejsca, które przetrwały proces ewolucji oraz te, które uległy zmianom. GPN-Star potrafi także uwzględnić „drzewo genealogiczne” gatunków, co pozwala modelowi na analizę podobieństw w kontekście zapisanym w historii ewolucji.

    Czytaj dalej poniżej


    To przerażające, co potrafią te roboty. Uczą się prosto od ludzi

    To ogromna przewaga modelu: ponieważ dobór naturalny zwykle eliminuje zmiany, które są szkodliwe dla organizmu, co jest istotą tego procesu. Długotrwałe utrzymanie fragmentu DNA może wskazywać, że pełni on ważną funkcję. Jednak sama zgodność sekwencji nie mówi nam, czy konkretny wariant powoduje jakąś chorobę. Model wykorzystuje informacje na ten temat i zestawia je z kontekstem danego miejsca w genomie, aby dokładniej oszacować możliwe skutki takiej zmiany.

    Jak model został przetestowany w praktyce?

    Naukowcy opracowali trzy wersje modelu dla ludzkiego genomu, korzystając oddzielnie z porównań: kręgowców, ssaków i naczelnych. Każdy z zestawów uwzględniał inną „głębię” historii ewolucyjnej. Dane pochodzące z odleglejszych „gałęzi” ewolucyjnych skuteczniej pomagały w ocenie rzadkich wariantów zmieniających białka. Są to sekwencje, które często pozostają podobne nawet u gatunków, które w wyniku ewolucji mocno się od siebie oddaliły. W testach wariantów podejrzewanych o wywoływanie chorób spoza regionów kodujących, opisanych w bazach OMIM i HGMD, najlepiej wypadła wersja oparta na genomach ssaków.

    Z kolei w przypadku cech zależnych od dużej liczby wariantów genetycznych lepiej sprawdził się model oparty na genomach naczelnych. Similarne wyniki uzyskano w analizach związanych z ryzykiem schizofrenii. Różnice te związane są z różnym tempem ewolucji poszczególnych elementów genomu, w tym obszarów regulacyjnych.

    Krótkie szkolenie

    Najpotężniejsze modele GPN-Star miały po 200 mln parametrów i były szkolone przez kilka dni na ośmiu układach NVIDIA A100. Dla porównania, dotychczas wiodący model Evo 2 wymagał ponad 2000 układów H100 oraz kilku miesięcy treningu. Są to jednak modele przeznaczone do innych zastosowań, dlatego lepszym porównaniem byłoby zestawienie ich według zasady „jabłka do jabłek, gruszki do gruszek”. Potencjalnie niższe wymagania GPN-Star mogą ułatwić innym zespołom dostosowanie narzędzia do swoich specyficznych pytań badawczych.

    Czytaj także: Bakterie z… mamutów? Badacze przekraczają granice paleogenetyki.

    Istnieją już nawet wersje tego modelu dla myszy, kur, muszki owocowej, nicienia Caenorhabditis elegans oraz rzodkiewnika pospolitego. Zespół udostępnił także warianty przewidujące dotyczące genomu ludzkiego, które biologowie mogą używać podczas wyboru genów i elementów regulacyjnych w kontekście dalszych badań, np. nad chorobami. Czy naukowcy są w stanie „czytać i edytować” całą sekwencję DNA, tak jak robi to się z kodem w ChatGPT? Absolutnie nie. DNA pozostaje niezwykle złożonym i tajemniczym mechanizmem, a nie spodziewam się, że to się zmieni w najbliższej przyszłości. Mamy dostępne modele, które pomagają w badaniach, niemniej jednak nie są one w stanie „stworzyć” człowieka od zera, jak ma to miejsce w Xcode, Canvie, ChatGPT czy Claude. To jeszcze nie nadszedł ten czas, a takie porównania są zbyt trywialne w odniesieniu do skomplikowanej natury DNA.

  • Procesory Apple M5 Ultra i M6 biją nowe rekordy. Brak im konkurencji

    Procesory Apple M5 Ultra i M6 biją nowe rekordy. Brak im konkurencji

    Najświeższe dane z bazy Geekbench 7 jednoznacznie ukazują znaczący postęp, jaki Apple osiągnęło w ostatnich latach.


    Prezentują one możliwości dwóch najnowszych układów: flagowego procesora przeznaczonego dla stacji roboczych – Apple M5 Ultra oraz podstawowej jednostki nowej generacji – Apple M6. Wygląda na to, że inżynierowie z Cupertino nie tylko podnoszą standardy komputerów osobistych, ale także zaczynają stanowić poważne zagrożenie dla segmentu profesjonalnych serwerów i stacji roboczych, które do tej pory wymagały znacznej liczby rdzeni.

    Prawdziwym pokazem mocy okazuje się układ Apple M5 Ultra, przetestowany w nadchodzącym komputerze Mac Studio, działającym pod kontrolą systemu macOS 27.0 z 256 GB zintegrowanej pamięci RAM. Chip ten, dysponujący 36 rdzeniami CPU (w konfiguracji 12 rdzeni „super” oraz 24 rdzeni „performance”), pracujący z częstotliwością około 4,6 GHz, uzyskał w teście jednordzeniowym wynik 3 774 punktów, a w teście wielordzeniowym osiągnął imponujące 52 516 punktów. Oznacza to rezultat o niemal 30% wyższy w porównaniu do jednostki M3 Ultra, stawiając procesor Apple na równi z potężnymi, stacjonarnymi procesorami x86 od AMD.

    Wynik ten budzi szczególny podziw, gdy porównamy go z flagowymi układami AMD. Model Threadripper Pro 9985WX, wyposażony w 64 rdzenie, osiąga 56 118 punktów, co daje mu jedynie 6,4% przewagi nad M5 Ultra, który dysponuje niemal o połowę mniejszą liczbą rdzeni. Co więcej, 36-rdzeniowy układ z Cupertino zdołał pokonać 96-rdzeniowego potwora AMD Threadripper Pro 9995WX, którego wyniki w testach stacji roboczych oscylują wokół 50 911 punktów. Osiągnięcie wyższej wydajności w wielowątkowych zadaniach mimo znaczącej przewagi rdzeniowej konkurencyjnego układu świadczy o niesamowitej efektywności nowej architektury oraz przewadze ultraszybkiej zintegrowanej pamięci operacyjnej.

    Nowa architektura rdzeni i niezwykły wzrost wydajności Apple M6

    Równie dobrze prezentuje się nowy układ Apple M6, dostępny między innymi w najnowszym Macu Mini. Układ ten uzyskał 4 071 punktów w teście jednordzeniowym oraz 22 783 punkty w teście wielordzeniowym. Najbardziej zdumiewające jest to, że 12-rdzeniowy M6 (składający się z 2 rdzeni „super”, 4 rdzeni „performance” oraz 6 standardowych rdzeni) osiąga lepsze wyniki w zakresie wydajności wielordzeniowej niż flagowy procesor poprzedniej generacji – Apple M3 Max, który z 14 rdzeniami (10 „performance” i 4 standardowymi) w MacBooku Pro osiągnął 22 644 punkty.

    Czytaj dalej poniżej

    iPhone 18 Pro w Orange. Znamy ceny

    Fakt, że procesor o mniejszej łącznej liczbie rdzeni przewyższa układ wyższej klasy poprzedniej generacji, jest rezultatem wprowadzenia przez Apple całkowicie nowej jednostki, określanej jako rdzenie „super”. Pojedynczy rdzeń w M6 charakteryzuje się znacznym wzrostem mocy, co bezpośrednio wpływa na ogólną efektywność wielowątkową. Zapowiada to istotny postęp wydajnościowy dla użytkowników, zwłaszcza że pierwsze komputery Mac Mini z układem M6 będą dostępne w sprzedaży już 22 września. Jeden z takich komputerów testujemy już na Antyweb.pl i wkrótce podzielimy się naszymi wrażeniami.

  • Autonomiczne ciężarówki przywiozą Twój sprzęt Parkside do Lidla

    Autonomiczne ciężarówki przywiozą Twój sprzęt Parkside do Lidla

    Autonomiczna rewolucja w branży transportowej oficjalnie przestała być jedynie wizją zarezerwowaną dla zamkniętych torów testowych czy amerykańskich autostrad.

    Znana sieć handlowa Lidl, we współpracy ze szwedzką firmą Einride, rozpoczęła praktyczne testy w pełni autonomicznego (SAE Level 4) pojazdu dostawczego na niemieckich drogach publicznych. Projekt ten reprezentuje przełomowy moment dla łańcucha dostaw w handlu detalicznym. Pojazd pozbawiony tradycyjnej kabiny dla kierowcy realizuje codzienne operacje transportowe, dostarczając towary bezpośrednio z centrum dystrybucyjnego w Edermünde do lokalnego sklepu sieci Lidl. Całe przedsięwzięcie odbywa się na podstawie oficjalnego zezwolenia wydanego przez niemiecki Federalny Urząd Motorowy (KBA), co stanowi jedno z pierwszych tego typu zatwierdzeń w Europie i potwierdza najwyższy poziom bezpieczeństwa zastosowanej technologii.


    Zaawansowana technologia w służbie codziennej logistyki

    Sercem nowej bezzałogowej ciężarówki jest elektryczny układ napędowy wyposażony w pojemny akumulator o pojemności 320 kWh. Taki zapas energii pozwala na wydajną i bezemisyjną pracę w ruchu miejskim oraz podmiejskim. Pomimo braku miejsca dla ludzkiego operatora, pojazd oferuje znaczące możliwości przewozowe. Jest w stanie pomieścić do 15 europalet o łącznej masie kilku ton, co sprawia, że idealnie wpisuje się w zapotrzebowanie sklepów detalicznych na regularne uzupełnianie zapasów. Zastosowany system autonomii poziomu 4 (SAE Level 4) oznacza, że ciężarówka porusza się po wyznaczonej trasie całkowicie samodzielnie, podejmując decyzje drogowe w czasie rzeczywistym bez ingerencji kierowcy. Choć obecnie pojazd obsługuje krótki, precyzyjnie zdefiniowany odcinek, partnerzy projektu planują stopniowe rozbudowywanie trasy i przekształcenie jej w pełny system dostaw wielopunktowych.

    Wdrożenie technologii autonomicznych przez grupę Schwarz i Einride to nie tylko innowacja wizerunkowa, ale przede wszystkim strategiczne rozwiązanie problemu niedoboru zawodowych kierowców w Europie oraz krok w stronę stabilizacji łańcuchów dostaw. Sukces testów w Niemczech to jasny sygnał dla całego sektora logistycznego, że bezzałogowy transport miejski staje się komercyjną rzeczywistością. W przyszłości automatyzacja tego typu ma szansę przejąć znaczną część powtarzalnych i monotonnych obowiązków świadczonych obecnie przez ludzkich kierowców, pozwalając im na skupienie się na bardziej złożonych zadaniach transportowych. Połączenie napędu elektrycznego i autonomicznego sterowania wpisuje się również w cel ograniczenia emisji CO2 w logistyce handlowej.

    Czytaj dalej poniżej


    Lidl sprzedaje tani lokalizator za grosze — alternatywa dla AirTaga

  • Mars będzie dla nas nie lada wyzwaniem. I to jeszcze zanim postawimy na nim pierwsze kroki

    Mars będzie dla nas nie lada wyzwaniem. I to jeszcze zanim postawimy na nim pierwsze kroki

    U 13 astronautów przebywających przez pół roku w kosmosie zmiany w budowie i pracy serca okazały się łagodne i odwracalne. Regularny trening pomaga ochronić układ krążenia przed skutkami podróży, a próba symulująca marsjańską grawitację przyniosła dodatkowe powody do optymizmu.

    Wyprawa na Marsa to niezwykle skomplikowane przedsięwzięcie: ludzki organizm musi przystosować się najpierw do mikrograwitacji, a później do grawitacji Czerwonej Planety oraz… ostatecznie z powrotem do warunków na Ziemi. To prawdziwy emocjonujący rollercoaster. Kluczowe jest pytanie dotyczące kondycji serca po podróży oraz gotowości astronautów do pracy po lądowaniu. Zespół kierowany przez Benjamina Levine’a, kardiologa współpracującego z NASA, zajął się tym zagadnieniem. Publikacja oparta na tych badaniach ukazała się 15 września 2026 roku w czasopiśmie Circulation.

    Mikrograwitacja a obciążenie serca

    Na Ziemi grawitacja pełni wiele kluczowych funkcji w kontekście naszych organizmów: wpływa m.in. na rozkład krwi oraz różnice ciśnienia między górną a dolną częścią ciała. Przejście do mikrograwitacji diametralnie zmienia tę sytuację, co również wpływa na napełnianie serca oraz obciążenie jego ścian. Serce, będąc mięśniem, dostosowuje się strukturalnie do takich zmian, co może prowadzić do utraty masy i zmiany właściwości mechanicznych po dłuższym okresie redukcji obciążenia. Po powrocie do ziemskiego ciążenia układ krążenia musi ponownie radzić sobie z utrzymywaniem odpowiedniego przepływu krwi w pozycji stojącej.

    Levine badał podobne problemy również na Ziemi, wykorzystując długotrwałe leżenie jako model części skutków pobytu w kosmosie. Ograniczenie aktywności prowadziło do zmniejszenia masy serca oraz wzrostu jego sztywności, jednak ćwiczenia, nawet podczas długotrwałego leżenia, skutecznie przeciwdziałały tym zmianom. Stosowanie treningu wydolnościowego podczas misji uniwersalnie jest zatem kluczowe, mimo że nie uwzględniono w badaniach wszystkich warunków towarzyszących lotowi. Dzięki najnowszym wnioskom z badań jasno wiemy, jak serce zachowuje się u astronautów, którzy naprawdę spędzili miesiące w warunkach mikrograwitacji.

    Astronauci sami wykonywali USG

    Uczestnicy misji zostali przeszkoleni w zakresie wykonywania USG serca. Podczas lotu specjalista na Ziemi zdalnie prowadził ich, podpowiadając, gdzie umieścić głowicę, jak ją obrócić oraz kiedy zarejestrować obraz. Według Levine’a było to wystarczające do uzyskania materiału o odpowiedniej jakości do badań. Taka procedura umożliwiła śledzenie fizycznych zmian w sercu i uzupełniła informacje, których same pomiary tętna oraz ciśnienia nie były w stanie dostarczyć ze względu na ich ograniczenie w kontekście użytecznych danych.

    Czytaj dalej poniżej

    W Europie zaczyna brakować chmur? Naukowcy badają dziwny fenomen


    W ciągu sześciu miesięcy zmiany struktury oraz funkcji serca ustabilizowały się, a po powrocie astronautów na Ziemię parametry wróciły do normy. Jest to w dużej mierze zasługą ochronnego działania stosowanych programów treningowych. Należy jednak zauważyć, że obserwacja oparta była jedynie na 13 osobach. Wynik ten potwierdza skuteczność treningu w tych warunkach, ale nie pozwala na wnioskowanie, że zabezpieczy on każdego uczestnika misji o dowolnej długości. Musimy brać pod uwagę możliwość wystąpienia urazu czy choroby astronauty podczas misji, co mogłoby uniemożliwić regularne uczestniczenie w treningach.

    Próba „na Marsie”

    Po powrocie z ISS badacze sprawdzili również reakcję układu krążenia w próbie symulującej wpływ grawitacji marsjańskiej, wynoszący około 38% ziemskiej. U żadnego astronauty nie stwierdzono większego obciążenia układu sercowo-naczyniowego niż podczas stania na Ziemi tuż przed lotem. To pozytywna obserwacja dotycząca przystosowania do ciążenia po wielu miesiącach w przestrzeni kosmicznej. Trzeba jednak zauważyć, że po lądowaniu uczestnicy korzystali z rozbudowanej pomocy medycznej, a część z nich otrzymywała również płyny dożylnie, co może wpływać na uzyskane wyniki.

    Czytaj również: Skąd astronauci wezmą domy na Marsie? Z drukarki 3D

    W scenariuszu z dwiema półrocznymi podróżami oraz 18 miesiącami na Marsie, załoga spędziłaby poza Ziemią około dwóch i pół roku. To znaczny czas, przewyższający to, co udało się zarejestrować w jakimkolwiek pełnym badaniu. Na ISS astronauci mają do dyspozycji bieżnię, rower treningowy i sprzęt oporowy; takiego wyposażenia nie należy jednak oczekiwać w statku kosmicznym, który będzie musiał zmagać się z kompromisami w zakresie masy, przestrzeni i zasilania. Projektanci misji będą musieli zapewnić możliwość efektywnych ćwiczeń przez cały czas trwania podróży, uwzględniając jednocześnie przerwy spowodowane urazami czy chorobami, co zawsze może się zdarzyć.

    Mars, zanim w ogóle postawimy na nim stopę, będzie dla nas ogromnym wyzwaniem: nasze organizmy nie są przystosowane do podróży w kosmosie. Ratuje nas jedynie umiejętność adaptacji, która również ma swoje granice, o czym nasze organizmy przypominają nam w boleśnie przekonywujący sposób. Z pewnością jeszcze nie raz i nie dwa o tym przypomną.