Kategoria: Wiadomości

  • Tę nowość w Claude docenicie. Anthropic zapowiada wielkie zmiany

    Tę nowość w Claude docenicie. Anthropic zapowiada wielkie zmiany

    Anthropic przenosi funkcjonalności Coworka do Claude’a, wzbogacając je o narzędzia do tworzenia dokumentów i prezentacji. Zmiany te z pewnością uproszczą korzystanie z rozwiązania, aczkolwiek mogą także wiązać się z pewnymi niedogodnościami.

    Claude Cowork łączy się teraz z tradycyjnym czatem. Cowork to narzędzie dedykowane zadaniom wymagającym wieloetapowego podejścia oraz zastosowania różnych narzędzi, podobne do trybu ChatGPT Work oferowanego przez głównego konkurenta Anthropica. Użytkownik ma teraz możliwość opisania oczekiwanego rezultatu, a Claude dostosuje odpowiednią metodę działania. Proces wdrażania zajmie kilka tygodni i obejmie aplikacje webowe, desktopowe oraz mobilne.

    Wielofunkcyjność w jednej rozmowie

    Najprostsze pytania, które wymagają krótkiej odpowiedzi, pozostaną bez zmian. W przypadku bardziej złożonych zadań, Claude będzie w stanie przeszukać internet, analizować przesłane pliki i dokumenty oraz uruchamiać kod do bieżącej analizy. Niezwykle istotne jest to, że użytkownik nie musi z góry decydować, czy jego prośba ma charakter prostego zapytania do chatbota, czy też stanowi bardziej skomplikowane zadanie.

    Dodatkowo, kilka zadań może być realizowanych równolegle, a ich postępy będą łatwe do monitorowania z poziomu telefonu. Oczywiście, gdy Claude korzysta z plików lub aplikacji na komputerze użytkownika, należy upewnić się, że urządzenie nie przełączy się w tryb uśpienia oraz że aplikacja Claude’a pozostaje aktywna. Mimo to, koordynowanie działań oraz kontrola nad ich postępem będą możliwe z telefonu.

    Claude Docs i Slides dołączają do rozmowy

    Integracja z debiutującymi narzędziami Claude Docs oraz Claude Slides zbiegła się z aktualizacją istniejącego narzędzia Claude Design, które zyska bezpośrednią integrację z czatem. Claude Docs, jak sama nazwa wskazuje, służy do wspólnej pracy nad dokumentami, a Slides jest dedykowane do tworzenia prezentacji. Narzędzie designowe, które ma już swoją reputację na rynku, jest przeznaczone do realizacji wszelkich zadań związanych z elementami wizualnymi, na przykład w zakresie identyfikacji marki. Użytkownicy będą mogli samodzielnie edytować później stworzony materiał lub przekazać asystentowi zlecenie wprowadzenia pożądanych zmian.

    Czytaj dalej poniżej

    Wkrótce drogie mogą okazać się nie tylko pamięci. Branża AI ostrzy sobie zęby również na inne rzeczy

    Wszystkie trzy narzędzia są obecnie w fazie beta i wymagają opłacenia subskrypcji. Otrzymano jednak informacje, że użytkownicy darmowego planu będą mogli (w przyszłości) skorzystać z tych narzędzi, najprawdopodobniej w bardzo ograniczonym zakresie.

    Czego zabraknie w „nowym” Coworku?

    Anthropic podkreśla, że oprócz nowych zadań i projektów, zintegrowany Claude Cowork będzie dostępny w standardowym widoku czatu, uwzględniającym również: integracje, umiejętności, artefakty oraz pliki. Niestety, może pojawić się problem z wyszukiwaniem, które nie obejmuje starszych zadań w Coworku. Te ostatnie można znaleźć jedynie po nazwie na liście ostatniej aktywności, a najlepiej zarządzać nimi poprzez przypinanie najistotniejszych zadań.

    Z przykrością informujemy, że obecnie brak będzie również opcji dodawania materiałów z GitHuba. Nie będzie możliwości „rozgałęziania” rozmowy z konkretnego miejsca, co mogłoby okazać się przydatne przy sprawdzaniu alternatywnych wariantów odpowiedzi. Zintegrowany Cowork oraz czat będą miały także kilka innych, mniejszych kompromisów, na przykład w odniesieniu do Dispatchem. Pragnę także zaznaczyć, że nie będzie możliwości powrotu do oddzielnych trybów Chat i Cowork po migracji, co może zniechęcić niektóre osoby.

    Czytaj również: Waszyngton nienawidzi twórcy Claude’a. Kolejny cios dla Anthropica

    Pro i Max na początek

    Anthropic planuje stopniowe wdrożenie zmiany, które może potrwać nawet kilka tygodni. Plany Pro i Max skorzystają z tej aktualizacji jako pierwsze, bez konieczności ręcznej aktywacji nowej funkcji. Wersje darmowe i dla zespołów mają również wkrótce zyskać dostęp do tych zmian, jednak nie podano jeszcze konkretnej daty. Organizacje korzystające z wersji Enterprise otrzymają powiadomienie z co najmniej 30-dniowym wyprzedzeniem o nadchodzącej migracji, aby mogły się odpowiednio przygotować.

  • Koniec ery pendrive’ów. Oto lepsze alternatywy

    Koniec ery pendrive’ów. Oto lepsze alternatywy

    Zepsuł Ci się pendrive i myślisz o zakupie nowego? Może warto się wstrzymać, ponieważ na rynku dostępnych jest kilka, być może bardziej wygodnych, alternatyw.

    Jeśli potrzebujesz przenieść pliki, pendrive od dekady jest podstawowym nośnikiem. Wystarczy podłączyć go do komputera, zgrać swoje dane, schować do kieszeni lub plecaka i mieć wszystkie niezbędne pliki przy sobie. Obecnie jednak pendrive coraz częściej leży zapomniany w szufladzie, a przyczyna niekoniecznie tkwi w jego uszkodzeniu. Użytkownicy komputerów osobistych mają dziś inne potrzeby. Oto alternatywy, z których można skorzystać zamiast pendrive’a.

    Pendrive odchodzi do lamusa? Oto alternatywy

    Istnieje kilka powodów, dla których pendrive zaczyna tracić sens. Pierwszym z nich jest pojemność. Większość modeli dostępnych w sklepach ma pojemność maksymalną na poziomie 256 lub 512 GB. Taka pojemność jest niewystarczająca przy archiwizowaniu zdjęć, filmów w jakości 4K, a tym bardziej 8K, czy pełnych kopiach zapasowych systemów. Chociaż dostępne są pendrive’y o pojemności do 2 TB, to w tej samej cenie użytkownicy często wybierają dyski SSD. I słusznie, ponieważ SSD oferują lepsze kości pamięci, wyższe prędkości transferu i dłuższą żywotność.

    Kolejnym powodem są złącza. Pendrive’y zazwyczaj korzystają z portu USB-A, który staje się coraz mniej kompatybilny z nowoczesnymi urządzeniami, ponieważ producenci przechodzą na USB-C. Dotyczy to nie tylko smartfonów, ale również laptopów.

    Dysk, karta pamięci lub chmura

    Najbardziej oczywistą alternatywą jest dysk zewnętrzny. Klasyczny dysk HDD może mieć pojemność nawet do 4 TB i więcej w stosunkowo niskiej cenie. Z kolei SSD oferuje przewagę w postaci szybkości transferu dzięki złączu USB-C lub Thunderbolt oraz większą odporność na wstrząsy, a przy większych pojemnościach może nie być droższy od porównywalnego pendrive’a. Minusem jest jednak rozmiar i waga – taki dysk nie zmieści się tak łatwo w kieszeni.

    Karty SD oraz microSD to kolejna opcja. Są kompaktowe, lekkie, a przy standardzie UHS-II osiągają prędkości odczytu do 300 MB/s. Wiele urządzeń, takich jak aparaty, drony czy laptopy z czytnikiem kart, działa z nimi od razu, bez konieczności korzystania z dodatkowych akcesoriów. Cena za gigabajt często jest niższa niż w przypadku pendrive’ów. Należy jednak pamiętać, że łatwo je zgubić lub uszkodzić, a do komputera zwykle potrzebny jest czytnik kart. Warto też zapoznać się z oznaczeniami, zanim podejmiemy decyzję o zakupie.

    Najnowocześniejszą alternatywą jest chmura. Usługi takie jak Google Drive, Dropbox, iCloud czy OneDrive pozwalają na dostęp do plików z każdego urządzenia, bez konieczności ręcznego kopiowania. Oferują również współpracę w czasie rzeczywistym, historię wersji oraz synchronizację. Pod względem bezpieczeństwa nowoczesne usługi również poszły naprzód: szyfrowanie, uwierzytelnianie dwuskładnikowe oraz kopie zapasowe w wielu centrach danych są standardem. Jednak korzystanie z chmury wiąże się z kosztami – większe pakiety wymagają subskrypcji, a bez stabilnego połączenia internetowego dostęp do danych może być ograniczony lub niemożliwy.

    Warto zaznaczyć, że pendrive wciąż nie znika z rynku, więc jeśli jest to preferowany przez Ciebie nośnik danych, nic nie stoi na przeszkodzie, by nadal z niego korzystać. Niemniej jednak, jako codzienne rozwiązanie, jego sens staje się coraz mniejszy. Ograniczona pojemność, malejąca kompatybilność oraz rosnące wymagania użytkowników przyczyniły się do jego spadku popularności.

    Grafika: depositphotos.com

  • Erste pozwoli sfinansować zakupy po fakcie. Rusza pilotaż ciekawej usługi

    Erste pozwoli sfinansować zakupy po fakcie. Rusza pilotaż ciekawej usługi

    Banki przyzwyczaiły nas do tego, że kredyt musimy zaciągnąć przed zakupem, natomiast Erste testuje innowacyjne rozwiązanie, które pozwala podjąć decyzję o finansowaniu już po dokonaniu transakcji.


    Czy kiedykolwiek zdarzyło się Wam zakupić produkt, a po fakcie zorientować się, że transakcja przekracza możliwości budżetowe? W przypadku możliwości zwrotu problem znika, ale co w sytuacji, gdy sklep odmawia przyjęcia zwrotu? Erste wprowadza nową usługę, która umożliwia klientom podjęcie decyzji o zaciągnięciu kredytu ratalnego aż do 30 dni po dokonaniu zakupu.

    Raty>Po, czyli kredyt z mocą wsteczną

    W odpowiedzi na rosnące potrzeby klientów, do tradycyjnych płatności ratalnych, odroczonych i kart kredytowych dołącza nowa forma finansowania. Usługa ta, określana jako Raty>Po, aktualnie dostępna jest jedynie dla wybranej grupy użytkowników w ramach programu pilotażowego. Proces odbywa się w aplikacji mobilnej, gdzie można wskazać transakcje dokonane kartą debetową lub BLIKIEM w ciągu ostatnich 30 dni i złożyć wniosek o sfinansowanie tych wydatków. W przypadku pozytywnej decyzji kredytowej, a po podpisaniu umowy, środki wracają na konto, a kwota kredytu może wynosić od 300 do 4000 zł.

    W pierwszym miesiącu możliwe jest zwrócenie całej kwoty bez naliczania odsetek ani dodatkowych opłat, co przypomina standardowe odroczenie. Po upływie tego okresu, dług jest spłacany w formie 6, 12 lub 24 rat z stałym oprocentowaniem. Rzeczywista Roczna Stopa Oprocentowania (RRSO) wynosi 12,95%, z oprocentowaniem na poziomie 14,49% w skali roku oraz prowizją wynoszącą 0 zł. W przypadku reprezentatywnym, kwota 500 zł rozłożona na rok to 533,70 zł do spłaty. Odsetki zaczynają być naliczane od 31. dnia po wypłacie.

    Warto jednak pamiętać, że nie wszystkie wnioski zostaną automatycznie zatwierdzone, gdyż każdy z nich przechodzi przez ocenę zdolności kredytowej. Erste planuje rozszerzyć dostępność usługi Raty>Po po zakończeniu fazy testowej, o ile wyniki będą pomyślne.

    Czytaj dalej poniżej

    PKO wprowadza ważną funkcję. Skorzystają z niej także osoby bez konta
  • Z takim kablem HDMI można robić prawdziwe cuda. Sprawdź, czy wykorzystasz jego możliwości

    Z takim kablem HDMI można robić prawdziwe cuda. Sprawdź, czy wykorzystasz jego możliwości

    Silkland rozpoczyna przyjmowanie zamówień na kable HDMI Ultra96, które podwajają maksymalną przepustowość w porównaniu do przewodów Ultra High Speed HDMI. Te innowacyjne kable są w stanie przesyłać obraz 4K przy 240 Hz bez jakiejkolwiek kompresji. Aby jednak w pełni wykorzystać te możliwości, każdy element w łańcuchu przesyłu obrazu musi być zgodny z tym standardem.


    H96 to pierwszy zersztyof certyfikowanych kabli Ultra96, dostępnych do zamówienia dla konsumentów. Silkland przygotował wersje o długości dwóch i trzech metrów, przystosowane do maksymalnej przepustowości w standardzie HDMI 2.2. Wprowadzenie tych przewodów przybliża wdrożenie nowego standardu w domach zarówno Smithów, Mullerów, jak i Kowalskich, o ile oczywiście posiadają odpowiednie karty graficzne oraz zgodne telewizory lub monitory.

    4K przy 240 Hz bez kompresji i redukcji koloru

    HDMI 2.2 podwaja maksymalną przepustowość z 48 do 96 Gb/s, znacząco zwiększając ilość danych, które można przesłać w ciągu sekundy. Dodatkowe pasmo umożliwia przesyłanie większej liczby pikseli w każdej klatce, zwiększenie częstotliwości odświeżania oraz wierniejsze odwzorowanie odcieni kolorów. Jak wskazuje dokumentacja standardu HDMI, obsługiwane są w nim nieskompresowane sygnały 4K przy 240 Hz oraz 8K przy 60 Hz z próbkowaniem 4:4:4 oraz 10- lub 12-bitową głębią koloru. Co oznacza oznaczenie „4:4:4”? Umożliwia to pełne zachowanie rozdzielczości przestrzennej informacji o kolorze, a większa głębia koloru przekłada się na większą liczbę dostępnych odcieni, co jest istotne zarówno dla grafików, jak i graczy przy wyświetlaniu płynnych przejść tonalnych.

    Należy jednak pamiętać, że pewne ograniczenia wynikają z kompatybilności dotychczasowych urządzeń: tryby takie jak 8K przy 240 Hz czy 16K przy 60 Hz korzystają z DSC, czyli kompresji strumienia obrazu. VESA definiuje to jako wizualnie bezstratną kompresję, zaprojektowaną w celu ograniczenia ilości przesyłanych danych bez dostrzegalnego pogorszenia jakości obrazu. Warto jednak zaznaczyć, że redukcja próbkowania chrominancji, która zmniejsza szczegółowość informacji o kolorze, może towarzyszyć kompresji, ale nie musi.

    Ultra96 na kablu i urządzeniu nie oznacza dokładnie tego samego

    Zgodnie z zasadami HDMI, oznaczenie Ultra96 na urządzeniu może dotyczyć maksymalnej przepustowości wynoszącej 64, 80 lub nawet 96 Gb/s. Certyfikowany kabel Ultra96 jest jednak przygotowany na pełne 96 Gb/s i wszystkie zastosowania przewidziane przez standard HDMI 2.2. Warto więc mieć na uwadze, że nawet dwa urządzenia reklamowane jako Ultra96 niekoniecznie będą komunikować się z maksymalną przepustowością.

    Czytaj dalej poniżej


    Dreame prezentuje zestaw wspaniałych nowości, które zadbają o to, by żyło nam się wygodniej!


    Punktem odniesienia dla poprawnej identyfikacji odpowiedniego przewodu jest oficjalna etykieta Ultra96 HDMI Cable. Certyfikacja zgodna ze standardem wymaga przeprowadzenia badań w autoryzowanym laboratorium, obejmujących także emisję zakłóceń elektromagnetycznych. W przypadku dwumetrowego przewodu Silklanda, baza HDMI potwierdza certyfikację modelu S2705, co dostarcza konkretnej informacji na temat typu kabla.

    Karta graficzna nie jest bez znaczenia

    Przy podłączeniu kabla takiego typu do starszych urządzeń, nie oznacza to, że nie będzie on działał: jest on kompatybilny wstecznie, jednak nie wykorzysta wszystkich swoich możliwości. Takie połączenie będzie funkcjonować w granicach obsługiwanych przez daną elektronikę. Dla zobrazowania postępu, nawet GeForce RTX 5090 oraz Radeon RX 9070 XT korzystają z HDMI 2.1b. Jeśli planujecie zainwestować w sprzęt zgodny z tym standardem, pamiętajcie, że również amplituner musi obsługiwać HDMI 2.2.

    Czytaj również: Zgrabny hub USB z HDMI 2.1 i szybkim złączem sieciowym! Recenzja LINQ ProStudio 8 in 1

    Czy warto kupić taki kabel już teraz? W zasadzie nie, ponieważ nikt na „chłopski rozum” nie będzie w stanie wykorzystać pełni jego możliwości: tym bardziej, że producent żąda 33 dolarów za wariant dwumetrowy. Na początku skorzystają na tym pasjonaci i profesjonaliści z odpowiednim sprzętem, a technologia wkrótce dotrze do szerszej publiczności. Wiele zmieni premiera nowych układów graficznych oraz wyświetlaczy, które będą już zgodne z tym standardem.

  • Recenzja Trails in the Sky 2nd Chapter. Must play dla fanów dobrych jRPG

    Recenzja Trails in the Sky 2nd Chapter. Must play dla fanów dobrych jRPG

    Phenomen serii The Legend of Heroes był dla mnie dotąd słabo znany i zrozumiały. Składa się ona z ponad 20 gier, które rozgrywają się w różnych zakątkach kontynentu Zemuria, a jednocześnie są mocno ze sobą połączone fabularnie, tworząc jedną rozbudowaną sagę. Dwie części Trails in the Sky można traktować jako swoisty prolog do tego monumentalnego dzieła.

    Remake pierwszej części opisywałem na Antyweb rok temu. Była to prawdziwa rewolucja, ponieważ twórcy przekształcili dwuwymiarowe makiety w zachwycającą oprawę 3D opartą na cel shadingu. W połączeniu z bogatym arsenałem elementów rozgrywki zaczerpniętych z najnowszych odsłon serii, otrzymaliśmy całkowicie nowe doświadczenie, które jednocześnie wiernie oddaje fabułę oryginału. Doskonałe oceny oraz dobra sprzedaż tylko utwierdziły twórców w przekonaniu, że warto kontynuować ten pomysł.

    Poniżej znajdują się pewne spoilery dla tych, którzy nie grali w pierwszą część.

    Powrót na znane ścieżki

    Nie sposób byłoby nie kontynuować tej historii, zwłaszcza że „1st chapter” kończy się mocnym cliffhangerem, który prowadzi nas do walki z głównym antagonistą – organizacją Ouroboros, działającą na własną rękę i destabilizującą królestwo Liberl oraz całą Zemurię.

    Gra zaczyna się bezpośrednio po zakończeniu pierwszej części. Estelle, porzucona przez Joshuę, nie mogąc się pogodzić z jego zniknięciem, postanawia wrócić do Rolent, z nadzieją, że tam znajdzie swojego przyszywanego brata, z którym nawiązała głębszą więź podczas wydarzeń z poprzedniej odsłony.

    Oczywiście, Joshua znika bez śladu, a jedyny trop prowadzi do Ouroborosa. Estelle, jako doświadczony bracer, postanawia ruszyć na poszukiwania i przywrócić Joshuę do domu.

    Cechą charakterystyczną serii jest wolne tempo, ogrom dialogów oraz stopniowe budowanie historii postaci pobocznych. I tym razem nie jest inaczej, choć w przeciwieństwie do pierwszej części, akcja przyspiesza znacznie szybciej. W pierwszej grze na ważne wydarzenia czekaliśmy aż do ostatniego rozdziału, podczas gdy tu podobne wydarzenia dzieją się o wiele wcześniej. Prolog oraz dwa pierwsze rozdziały bardziej służą prezentacji samego świata i postaci niż popychaniu fabuły naprzód.

    Takie podejście sprawia, że gra z pewnością nie jest dla każdego. Momentami przypomina bardziej powieść wizualną niż typowe jRPG, a sielankowe, relaksujące fragmenty mogą zostać odebrane jako nużące przez tych, którzy przywykli do bardziej dynamicznych scenariuszy, jakie oferują współczesne gry. Warto mieć to na uwadze.

    Po co zmieniać coś, co działa?

    Druga odsłona rozgrywa się głównie w tym samym miejscu, więc powracają dobrze znane lokacje oraz postacie. W pierwszym momencie można odnieść wrażenie, że wciąż gramy w tę samą grę, co wcześniej.

    W miarę postępu fabuły pojawia się więcej świeżości, a samo Liberl przechodzi znaczące zmiany w wyniku działań złowrogiej organizacji. Na ekranie pojawią się też wyraziste osobowości, którym przyjdzie nam stawić czoła.

    Walka odbywa się na dwa sposoby. W czasie rzeczywistym atakujemy przeciwników ciosami, ładujemy pasek umiejętności (stosując m.in. idealne uniki) i wykorzystujemy specjalne ataki, co jest wzorowane na mechanice jedynki. Naciskając jeden przycisk, możemy przełączyć się w tryb turowy (najlepiej po ogłuszeniu przeciwnika, co daje nam przewagę), gdzie bohaterowie mogą korzystać z potężnych technik i zaklęć opartych na orbmentach. Ataki mają różnorodne obszary rażenia, co sprawia, że odpowiednie rozmieszczenie naszych postaci na polu bitwy jest kluczowe, a my mamy swobodę w ich przemieszczeniu w każdej turze. Całość wzbogacają różne efekty statusowe oraz system żywiołów, który wpływa na podatności i odporności przeciwników.

    Podstawą rozwoju bohaterów są punkty doświadczenia oraz poziomy. Musimy także wyposażać ich w coraz silniejsze orbale oraz ulepszać amulety, w których je umieszczamy, co daje pasywne zdolności, bonusy do statystyk oraz dostęp do potężniejszych zaklęć. Orbale można zdobyć w świecie gry lub syntetyzować i ulepszać w miastach za pomocą kryształów zwanych Sepith. Nie zabrakło również prostego systemu ekwipunku z możliwością nasycania.

    Gra zachęca nas do grindowania oraz podejmowania licznych aktywności pobocznych. Tradycyjnie znajdziemy je na tablicy ogłoszeń w gildii Bracerów. Niektóre z nich są znacznie ciekawsze niż w jedynce i wymagają od nas więcej kombinowania, ale większość sprowadza się do prostego znalezienia, pokonania lub przyniesienia czegoś.

    Oferowane są również poboczne aktywności, takie jak łowienie ryb czy gotowanie. Na wyższych poziomach trudności mogą być one pomocne, ale na niższych pełnią jedynie funkcję dodatku.

    Druga część rozwija również system szybkiej podróży, co w połączeniu z wcześniej wprowadzonym trybem „speed mode” skutecznie niweluje dość częsty w tej grze problem z backtrackingiem. Osobiście korzystałem z opcji przyspieszenia, gdy gra zaczynała stawać się nieco zbyt wolna.

    Brak konsekwencji

    Trails in the Sky SC korzysta z tego samego stylu graficznego co poprzednia odsłona. Jak już wspomniałem, wiele assetów zostało powtórzonych. Z jednej strony, taki recykling trochę rozczarowuje, z drugiej jednak modele postaci prezentują się naprawdę dobrze.

    Niestety, nie można tego samego powiedzieć o lokacjach, gdzie brakuje detali oraz rozmachu. Twórcy nie skupiali się na widowiskowych filtrach czy efektach świetlnych, co sprawia, że gra działa na stosunkowo niskich wymaganiach sprzętowych i powinna działać na niemal każdej platformie (a w razie potrzeby obsługuje również upscalery).

    Najmocniejszym punktem gry jest natomiast udźwiękowienie. Angielski dubbing brzmi fenomenalnie – aktorzy kontynuują bardzo dobrą formę z jedynki. Niestety, rozczarowuje fakt, że nie wszystkie kwestie zostały udźwiękowione. Gra potrafi w ramach tej samej sceny przeplatać dialogi głosowe z tekstowymi, co zdecydowanie psuje odbiór. Szkoda, że zabrakło tutaj konsekwencji.

    Muzyka jest rzeczywiście dobra, a niektóre utwory mogą wywołać ciarki (szczególnie w połączeniu z tym, co dzieje się na ekranie). Niestety, wiele utworów zostało przeniesionych żywcem z pierwszej części – słuchanie niektórych po raz setny staje się nużące. Szkoda, że nie pokuszono się o jakieś odświeżenie lub wariacje na temat tych samych utworów, chociaż być może intencją było po prostu wierne trzymanie się oryginału.

    Jeśli zacząć, to teraz!

    Obie części Trails in The Sky tworzą zamkniętą historię, której niektóre wątki będą rozwijane w kolejnych częściach sagi. Mówi się również, że trzecią odsłonę tej trylogii poprowadzi już inny bohater – Kevin Graham.

    Jest to zatem idealna okazja, by po raz pierwszy sięgnąć po Trailsy i osobiście przekonać się o fenomenie tej serii. Obie gry to solidne jRPG z barwnymi postaciami, rozbudowanym światem oraz wciągającą fabułą, wywołującą szereg emocji.

    Oczywiście, nie wszystko jest idealne. Miejscami doskwiera nadmierny recykling assetów (w tym muzyki) oraz rozczarowuje brak pełnego udźwiękowienia dialogów. Niektórych może również zrazić bardzo powolne tempo, ale to jest element rozpoznawczy całej serii.

    Trails in the Sky Second Chapter to znakomite podsumowanie wątków z jedynki oraz silny kandydat na najlepsze jRPG tego roku. Osobiście nie mogę doczekać się kolejnych remake’ów i jestem przekonany, że z samą serią pozostanę na dłużej.

    Trails in the Sky 2nd Chapter (PC)


    plusy

    • Świetna historia, barwne postaci
    • Głęboka, taktyczna i rozbudowana walka z widowiskowymi animacjami
    • Ciekawy system rozwoju postaci oparty na orbmentach
    • Świetny angielski voice acting
    • Muzyka

    minusy

    • Recykling assetów
    • Niepełne udźwiękowienie dialogów
    • Powolne tempo (ale to akurat typowe dla tej serii)

    Grę na potrzeby recenzji udostępnił wydawca. Firma nie miała wglądu ani wpływu na treść artykułu przed publikacją.

  • Europa coraz bliżej fuzji jądrowej. Osiągnęliśmy istotny punkt w rozwoju projektu ITER

    Europa coraz bliżej fuzji jądrowej. Osiągnęliśmy istotny punkt w rozwoju projektu ITER

    Z włoskiej fabryki wyjechał ostatni z pięciu europejskich sektorów komory próżniowej dla ITER-a, największego budowanego tokamaka na świecie. Dostawa zakończy 15-letni projekt przemysłowy, którego efekty posłużą do badań nad kontrolowaniem fuzji jądrowej. Stawką jest pozyskanie nowego źródła energii: czystego, bezpiecznego i praktycznie nieograniczonego.

    Fusion for Energy przekazała od dawna wyczekiwaną informację. Sektor oznaczony numerem 2 z sukcesem zmontowano w zakładzie Westinghouse Electric Italy w Monfalcone, a stamtąd wyruszył do Francji. Organizacja współpracowała w tym zakresie z konsorcjum AMW, tworzonym przez Ansaldo Nucleare, Westinghouse i Walter Tosto.

    Jak stalowa komora pomieści plazmę o temperaturze 150 mln st. C?

    To dobre pytanie. Komora ze stali nierdzewnej uzyska ostatecznie kształt pierścienia, a każdy z jej dziewięciu sektorów przypomina w przekroju wielką literę D. Wewnątrz ma powstawać plazma: zjonizowany gaz, w którym elektrony są oddzielone od jąder atomowych. Przy temperaturze sięgającej 150 mln stopni Celsjusza, jądra deuteru i trytu, czyli dwóch izotopów wodoru, mają łączyć się, a proces ten wieńczy uwolnienie energii. Tokamak wykorzystuje gigantyczne pola magnetyczne do utrzymywania gorącej plazmy z daleka od ścianek komory: to właśnie owo rozdzielenie rozgrzanego paliwa od otaczającej je konstrukcji pozwala na realizację istotnych dla naszej przyszłości energetycznej eksperymentów.

    Szczelność całości to gwarancja utrzymania próżni, która ogranicza przedostawanie się zanieczyszczeń do wnętrza urządzenia, co jest tam wysoce niepożądane. To także bariera bezpieczeństwa: ma zatrzymywać substancje promieniotwórcze powstające lub wykorzystywane podczas eksperymentów (czystość procesu nie oznacza pełnej wolności od użycia materiałów radioaktywnych). Podwójne stalowe ściany będą chłodzone przepływającą między nimi wodą, która odprowadzi ciepło powstające podczas pracy. Konstrukcja będzie również utrzymywać elementy zamontowane wewnątrz komory, w tym osłony chroniące całość przed neutronami powstającymi w reakcjach syntezy. Wymagań do spełnienia jest zatem naprawdę sporo.

    Ponad 150 kilometrów ściegów spawalniczych

    No, tutaj spawacze mieli masę roboty. Tak duży zbiornik należy wykonać z ogromną precyzją. Produkcję rozpoczęto od stalowych odkuwek, które cięto, obrabiano i łączono zgodnie ze specyfiką geometrii całego projektu. Najpierw powstawały cztery duże segmenty, a po ich zestawieniu otrzymano pełen sektor gotowy do transportu.

    Czytaj dalej poniżej


    Poziom wody w jeziorze spadł. Wyłoniło się historyczne miejsce

    W jednym sektorze łączna długość ściegów spawalniczych przekracza 150 km; każde połączenie poddano hiperrygorystycznym kontrolom. W jednym z bardziej imponujących przedsięwzięć Europy uczestniczyło 15 firm tworzących pełnoprawny łańcuch dostaw, a w różnych zakładach pracowało co najmniej 150 specjalistów, w tym inżynierowie, spawacze oraz pracownicy kontroli jakości. Dzięki doświadczeniom zdobytym podczas produkcji czterech poprzednich sektorów, prace nad piątym sektorem były zdecydowanie łatwiejsze.

    Dostawa z szybkością kuriera

    Oczywiście, jak na warunki poważnego przedsięwzięcia naukowego. Ogromnym osiągnięciem jest to, że na kilka miesięcy przed ukończeniem sektora, termin jego dostawy został przyspieszony. Wszystko dzięki szybszym postępom montażu na placu budowy ITER na południu Francji. Skrócono zatem czas pozostałych prac, zachowując jednocześnie wymagania dotyczące gotowego elementu. Niemniej jednak, nie oznacza to (niestety) przyspieszenia terminu uruchomienia całego urządzenia.

    Czytaj również: Jesteśmy dwa kroki bliżej do stabilnej fuzji jądrowej. Naukowcy świętują.

    Pierwszy europejski sektor dostarczono do ITER-a dwa lata wcześniej, a wysyłka ostatniego pozwala zamknąć etap zaopatrywania budowy w komponenty. Dostęp do kompletnej komory, która musi współpracować z systemami ogrzewania, magnesami oraz aparaturą kontrolną, jest coraz bliższy. Celem jest badanie plazmy oraz technologii potrzebnych przyszłym elektrowniom termojądrowym, przy czym ITER nie będzie funkcjonować jako elektrownia oddająca prąd do sieci. Jednak będzie istotnym punktem naszych starań w kierunku fuzji jądrowej, która zrewolucjonizuje energetykę na całym świecie.

  • Kolejny argument za porzuceniem Spotify. Apple Music dostanie ciekawą funkcję

    Kolejny argument za porzuceniem Spotify. Apple Music dostanie ciekawą funkcję

    Czy chcesz być na bieżąco z nowościami od swoich ulubionych artystów? Apple Music jeszcze bardziej to ułatwi.

    Nie minęło jeszcze wiele czasu od premiery publicznej wersji iOS 27, a Apple już szykuje kolejne innowacje w wersji beta iOS 27.2. Niektórzy użytkownicy mają już możliwość korzystania z funkcji w Apple Music, która znacznie ułatwia śledzenie nowości wydanych przez ulubionych wykonawców.

    Apple Music zacznie odliczać czas do premier albumów

    Apple Music w iOS 27 zyskało na funkcjonalności dzięki usprawnionemu AutoMixowi, przeprojektowanym zakładkom artystów oraz playlistom dla znajomych, ale to nie koniec innowacji. Użytkownicy wersji beta iOS 27.2 odkryli nową funkcję, która odlicza czas do premiery nowego albumu artysty. Warto przypomnieć, że niedawno Apple wzbogaciło swoją usługę muzyczną o terminarze koncertowe, które również są dostępne na kartach poszczególnych artystów lub zespołów. Te dwa rozwiązania umożliwiają pozostanie na bieżąco z aktywnością artystyczną ulubionych muzyków.

    Źródło: X/pdfu

    Warto jednak podkreślić, że funkcja jest obecnie na etapie testów i nie jest dostępna dla wszystkich użytkowników. Trudno także przewidzieć, kiedy stanie się dostępna w wersji publicznej. Beta iOS 27.2 została udostępniona zaledwie wczoraj, a testerzy dopiero odkrywają różne nowości, których Apple nie zdążyło wprowadzić w iOS 27. Już teraz wiadomo, że na horyzoncie widać przeprojektowaną aplikację Zdrowie, która ma oferować znacznie lepsze podsumowania i wytyczne.

    Jeśli wciąż wahacie się przed aktualizacją do iOS 27, zachęcam do zapoznania się z naszym wpisem, w którym dowiecie się, kto może pobrać aktualizację i jak to zrobić. W tym artykule opisuję również moją ulubioną nowość, która całkowicie odmienia sposób użytkowania słuchawek AirPods.

    Czytaj dalej poniżej

    3 powody, dla których warto poczekać z zakupem nowego iPhone'a
  • Twórca Yellowstone wraca z nowym-starym serialem. Duża zmiana w obsadzie

    Twórca Yellowstone wraca z nowym-starym serialem. Duża zmiana w obsadzie

    Nadszedł czas na Samuela L. Jacksona! Nowy serial „Frisco King” jest spin-offem cenionego „Tulsa King” z Sylvestrem Stallone.

    Taylor Sheridan, twórca kultowego „Yellowstone”, nie zwalnia tempa. Tuż przed premierą czwartej odsłony „Tulsa King”, Paramount+ ujawnił pierwsze zdjęcia z długo oczekiwanego spin-offu. Serial, który początkowo miał nosić tytuł „NOLA King” i rozgrywać się w Nowym Orleanie, ostatecznie przenosi akcję do teksańskiego Frisco, gdzie Samuel L. Jackson buduje własne imperium przestępcze. To nie tylko kolejna produkcja w tym uniwersum, ale także znacząca zmiana w obsadzie – do gry wkracza nowa grupa, która ma stać się filarami nowej organizacji przestępczej.

    Frisco King – spin-off Tulsa King z Samuelem L. Jacksonem

    „Frisco King” to bezpośrednia kontynuacja wątków z trzeciego sezonu „Tulsa King”, gdzie po raz pierwszy poznaliśmy postać Russella Lee Washingtona Jr., granego przez Samuela L. Jacksona. Pierwotnie miał być on zabójcą wysłanym, by zlikwidować Dwighta Manfrediego w wykonaniu Sylvestra Stallone, ale ostatecznie ostrzegł go przed zagrożeniem. Teraz, w nowym serialu, Russell próbuje powtórzyć manewr swojego przyjaciela i zbudować własną ekipę w teksańskim mieście. Pierwsze ujawnione zdjęcia pokazują zarówno spotkanie Russella z Dwightem w barze Bred-2-Buck, jak i kolejne etapy jego podróży, podczas których nawiązuje kontakty z lokalnymi mieszkańcami.

    Największą zmianą w porównaniu do poprzednich produkcji Taylora Sheridana jest nowa obsada. Obok Jacksona, który bez wątpienia jest gwiazdą serii, zobaczymy zupełnie nowe twarze. Asa Germann, znany z serialu „Gen V”, wciela się w rolę Teddy’ego – bystrego studenta, który zrezygnował z nauki, by dołączyć do organizacji Russella. Kai Caster, który pojawił się już w „Yellowstone”, zagra Keitha, pracującego jako windziarz w hotelu. Do obsady dołączyły także Lilah Pate z „Outer Banks” oraz Savanna Gann z serialu „English Teacher”, które wcielą się odpowiednio w London i Avery – dwie cheerleaderki, które również staną się częścią rozwijającej się struktury przestępczej.

    Twórca Yellowstone osobiście nadzoruje ten serial

    Co istotne, Taylor Sheridan nie pozostawił tym razem pola do popisu nikomu innemu. Scenarzysta osobiście napisał każdy z ośmiu odcinków nowego serialu, co jednoznacznie wskazuje, jak poważnie on sam oraz platforma podchodzą do tego projektu. Za reżyserię kilku epizodów odpowiadają Christina Alexandra Voros, która poprowadzi również premierowy odcinek, oraz Michael Friedman. W gronie producentów wykonawczych znaleźli się nie tylko Sheridan i Jackson, ale także Sylvester Stallone, co dodatkowo potwierdza ścisłe powiązanie „Frisco King” z „Tulsa King”.

    Czytaj dalej poniżej


    Takiego powrotu w Yellowstone nikt się nie spodziewał. To byłby hit!

    Co ciekawe, aktorzy z „Tulsa King” nie kryją optymizmu dotyczącego przyszłych crossoverów. Frank Grillo i Garrett Hedlund, gwiazdy oryginalnego serialu, w wywiadach podkreślali, że połączenie obu produkcji byłoby naturalnym krokiem, zwłaszcza biorąc pod uwagę obecność dwóch ikon kina w obu światach. Hedlund zwrócił uwagę, że Samuel L. Jackson to artysta, który przez dekady udowadniał swoją niezwykłą konsekwencję i charyzmę, a jego obecność w uniwersum Sheridana wręcz domaga się dalszej współpracy między postaciami.

    Serialu spodziewamy się w Polsce na SkyShowtime.

  • Taki krater zdarza się „raz na 132 lata”. Znaleźliśmy perełkę na Księżycu

    Taki krater zdarza się „raz na 132 lata”. Znaleźliśmy perełkę na Księżycu

    Krater McGetchin jest stosunkowo nową formacją na Księżycu, powstałą w 2024 roku. Analizy wskazują, że takie uderzenia na Srebrnym Globie zdarzają się średnio co 132 lata. Obrazy oraz pomiary temperatury ukazują, w jaki sposób teren w najbliższym otoczeniu krateru uległ zmianom w wyniku tego wydarzenia.


    Krater powstał w okresie między 11 kwietnia a 22 maja 2024 roku, niedaleko wschodniego skraju tarczy Księżyca widocznej z Ziemi. Został nazwany na cześć Thomasa McGetchina, naukowca zajmującego się badaniami dotyczącymi powstawania kraterów oraz mechaniki tego procesu. Wyniki badań dotyczących formacji zostały opublikowane w czasopiśmie Science Advances, a NASA ogłosiła to odkrycie zaledwie wczoraj. Naukowcy na całym świecie mają teraz szansę na zbadanie, jaki wpływ ma duże uderzenie na grunt: zanim działania otwartego kosmosu zatrą księżycowe ślady, z pewnością przydadzą się one także w kontekście badań na Ziemi.

    Jasna plama ujawniła obecność krateru

    Robert Wagner, jeden z naukowców w zespole kamer LRO, to właśnie on odkrył podejrzany ślad podczas rutynowej analizy danych w 2025 roku. Należy pamiętać, że mimo iż Księżyc może wydawać się wielu osobom nudny, jest intensywnie obserwowany przez naukowców: zarówno podczas regularnych przeglądów, jak i analiz automatycznie pozyskanych obrazów. W czasie porównania mapy powierzchni, zauważono dużą jasną plamę otoczoną ciemną obwódką, co stanowiło mocny dowód na to, że na Księżyc spadł fragment kosmicznej skały. Dokładniejsze zdjęcia umożliwiły zbadanie zagłębienia oraz okalającego je terenu.

    LRO obserwuje Księżyc od 2009 roku i jest cennym źródłem zdjęć Srebrnego Globu. NASA wskazuje, że oprogramowanie używane w projekcie LRO identyfikuje różnice między obrazami, ale również wychwytuje zmiany w oświetleniu i cieniach, co może prowadzić do wielu fałszywych alarmów. Te z kolei wymagają manualnego sprawdzenia przez specjalistów, jednak zauważony ślad, obecnie znany jako McGetchin, wyraźnie wyróżniał się na tle typowych drobnych zmian. Po jego zidentyfikowaniu kamery o wąskim kącie podały zdjęcia o skali wynoszącej około metra na piksel. Następnie wykonano zdjęcia z różnych kierunków, aby szczegółowo zbadać topografię terenu.

    Raz na 132 lata

    Krater ma średnicę 222 metrów, jednak obiekt, który go wybił, był znacznie mniejszy. NASA porównuje jego przypuszczalne rozmiary do wielkości kilkukondygnacyjnego budynku, sugerując, iż mogła to być planetoida lub niewielki (~w skali kosmosu) fragment komety. To jedynie oszacowanie na podstawie skutków uderzenia, ale ważne jest, aby pamiętać, że Księżyc nie ma gęstej atmosfery, która mogłaby spowolnić nadlatujące ciała i sprawić, że uległyby one rozpadowi przed dotarciem do powierzchni, stąd tak poważne „zniszczenia”. Nowopowstały krater ma około trzykrotnie większą średnicę niż dotychczasowy rekordzista wśród nowych kraterów zidentyfikowanych podczas misji LRO.

    Czytaj dalej poniżej


    Hubble i Webb rozwiązują zagadkę transneptunowców. Badacze wciąż trafiają na nowe odkrycia


    A dlaczego mówi się, że takie zdarzenia występują raz na 132 lata? Ponieważ posiadamy przede wszystkim średnią częstość występowania tego typu zjawisk: kolejne podobne zderzenie może oczywiście wydarzyć się znacznie wcześniej lub później. Rekord rozmiaru obejmuje również kratery powstałe współcześnie, których pojawienie się udokumentowano poprzez porównanie zdjęć.

    Ślady uderzeń rozciągają się na ponad 100 kilometrów

    Zespół LROC zdołał zidentyfikować pobliskie zaburzenia powierzchni Księżyca na odległość ponad 100 kilometrów od krateru McGetchin. Analiza rozkładu materiału wyrzuconego sugeruje, że jedna z jego części opuszczała miejsce zderzenia pod większym kątem w stosunku do powierzchni niż wcześniej przewidywano. W pobliżu krawędzi badacze zidentyfikowali również ślady wskazujące na co najmniej dwa etapy osadzania wyrzuconych skał i pyłu.

    Czytaj również: Lądowanie na Księżycu nie powinno mieć miejsca? Może zniweczyć osiągnięcia z ostatnich dekad.

    Inny rodzaj zmiany wykrył Diviner, jeden z instrumentów LRO, mierzący temperaturę: otoczenie krateru w nocy było chłodniejsze od sąsiednich obszarów. Jest to związane z spulchnieniem regolitu, gdyż luźniejszy grunt inaczej przewodzi i magazynuje ciepło, przez co jego powierzchnia silniej się wychładza po zachodzie Słońca. Odkrycie krateru oraz analiza tego zjawiska mają wobec tego ogromne znaczenie dla nas w kontekście różnych kwestii: od tych związanych z naszą bytnością na Księżycu, po te występujące głównie na Ziemi.

  • Nowe PSP 3 zawstydzi PS5? Wyciekły informacje o szybkim dysku

    Nowe PSP 3 zawstydzi PS5? Wyciekły informacje o szybkim dysku

    Nowe PSP może zawstydzić duże konsole. Przeciek sugeruje dysk o niesamowitej szybkości.

    W sieci pojawiły się nowe informacje na temat jeszcze nieogłoszonej przenośnej konsoli od Sony. Urządzenie, roboczo nazywane PSP 3, może być wyposażone w tak szybki dysk SSD, że nawet obecna generacja konsol wydaje się przy nim wolna. Czyżby Japończycy planowali powrót do łask graczy?

    PSP 3 z rewolucyjną pamięcią. Szybsza od dużych konsol

    Nie przesadzam mówiąc o tym powrocie do łask graczy – Sony i marka PlayStation obecnie przeżywają trudny okres, w dużej mierze z powodu swoich decyzji. Rezygnacja z wydawania gier na fizycznych nośnikach to tylko jeden z przykładów działań, które nie przysporzyły im sympatii wśród konsumentów. Może nowa konsola, na którą czeka miliony, okaże się remedium? To mogłoby być bardzo rozsądne posunięcie, szczególnie w kontekście PSP. Legendarna konsola nie doczekała się następcy od ponad dekady, a tymczasem rynek oraz zachowania graczy znacznie się zmieniły. Handheldy zyskały na popularności (choćby dzięki Nintendo Switch czy Steam Deckowi), dlatego najwyższy czas, aby Sony wprowadziło coś nowego do swojego portfolio. Wiele wskazuje na to, że będzie to PSP – i to w mocniejszej formie, niż można by oczekiwać. Nadchodzące przecieki sugerują, że przenośna konsola ma być wyposażona w ultra-szybki dysk SSD.

    Domniemana prędkość odczytu w zakresie od 5,5 GB/s do nawet 7,5 GB/s robi ogromne wrażenie. Dla porównania, nawet podstawowe PS5 nie jest w stanie osiągnąć takich wyników. Przyjrzyjmy się, jak te prędkości prezentują się w innych urządzeniach, w tym również konkurencji:

    • PS5: surowy odczyt 5,5 GB/s
    • Xbox Series X: surowy odczyt 2,4 GB/s
    • Pecetowa konkurencja (Steam Deck, ROG Ally): zazwyczaj od 3,5 do 5,0 GB/s
    • PS6: szacuje się, że konsola osiągnie prędkość odczytu do 14,9 GB/s

    Takie parametry dysku w nadchodzącym handheldzie od Sony pozwolą na natywne uruchamianie gier z PS5, co w pewnym sensie przedłuży generację na nowym urządzeniu, umożliwiając zachowanie ogromnej biblioteki gier, a jednocześnie otworzy drogę dla całkowicie nowej konsoli. A jak wygląda kwestia pojemności? Plotki sugerują, że nowe PSP ma być wyposażone w dysk o pojemności 512 GB. Może to wydawać się niewiele, biorąc pod uwagę rozmiary gier z obecnej generacji. Na szczęście zastosowana będzie specjalna kompresja AI z wykorzystaniem Neural Texture Compression (NTC) od AMD. Na przykład, tekstury w wysokiej rozdzielczości będą kompresowane przez sieć neuronową, a następnie w trakcie gry będą dekompresowane przez dedykowany blok GPU. Szacuje się, że rozmiar tekstur dzięki temu może zmniejszyć się o aż 85%.

    Czytaj dalej poniżej

    Aplikacja Schrony PSP – Gdzie szukać schronienia w sytuacjach kryzysowych?


    Czekam na nowe PSP i ufam Sony

    Tak, ufam Japończykom, mimo że to już nie ta sama pro-konsumencka korporacja, co za czasów PS3 i PS4. Niemniej, cieszy mnie zapowiedź, że nowe PSP ma być „prawdziwą” konsolą, a nie tylko maszynką do streamowania gier z chmury czy stacjonarnej konsoli, jak PS Portal. To oczywiście również ciekawe rozwiązanie, które ma swoich zwolenników, ale ja po prostu czekam na rzeczywistego następcę oryginalnego PSP oraz niedocenianej PS Vity. Może tym razem Sony zaproponuje lepszą wizję całego cyklu życia urządzenia i nie porzuci go po kilku latach bezowocnych prób zjednania sobie graczy – tak, uważam, że PS Vita była genialnym sprzętem, który został niesłusznie potraktowany!