Kategoria: Wiadomości

  • Szokująca luka w Spotify. Oszuści zarabiają fortunę

    Szokująca luka w Spotify. Oszuści zarabiają fortunę

    Spotify jest zalewane muzyką generowaną przez sztuczną inteligencję, która trafia na profile prawdziwych artystów. Co gorsza, oszuści zyskują na tym finansowo.

    Wyobraźcie sobie, że sztuczna inteligencja tworzy produkt, który jest łudząco podobny do znanej marki, a następnie umieszczacie go na półkach autoryzowanego sklepu danego producenta i… oczekujecie zysków, ponieważ wasza fałszywka jest monetyzowana na równi z oryginałami. Brzmi absurdalnie? Taki proceder ma miejsce na Spotify…

    fath; unsplash

    Podmianka na Spotify. Fałszywe utwory przejmują profile

    Na pewno macie swoich ulubionych artystów, których śledzicie na platformach streamingowych, takich jak Spotify. Wyobraźcie sobie, że wchodząc do aplikacji, otrzymujecie informację o nowym singlu od waszego ulubionego artysty. Pełni ekscytacji klikacie w okładkę, uruchamiacie piosenkę, a waszym uszom ukazuje się… dziwny, sztuczny bełkot stworzony przez AI, który nijak ma się do znanej twórczości zespołu czy wokalistki. Sam artysta prawdopodobnie nie wiedziałby o istnieniu tej piosenki, ponieważ najpewniej nie ma z nią nic wspólnego – to nowy problem, który zalewa Spotify i jednocześnie krzywdzi prawdziwych artystów.

    Na czym to dokładnie polega? Okazuje się, że sprytni oszuści znaleźli nowy sposób na nieuczciwe zarabianie pieniędzy. Z pomocą przychodzi sztuczna inteligencja oraz mało skrupulatne mechanizmy platform streamingowych. Dziennikarskie śledztwo serwisu 404 Media ujawniło poważną, systemową lukę w cyfrowej dystrybucji muzyki, która umożliwia łatwy dostęp do katalogów znanych twórców na Spotify, Apple Music i innych platformach. Co istotne, nie są wymagane żadne umiejętności hakerskie – wystarczy wykorzystać tę lukę.

    Pierwszym krokiem jest skorzystanie z generatora muzyki AI, takiego jak popularne Suno. Przygotowujemy odpowiedni prompt, czekamy na wygenerowanie utworu i pobieramy go. Musimy również stworzyć okładkę, którą można równie dobrze wygenerować w narzędziu AI (np. od Google lub innej firmy). Następnym krokiem jest znalezienie dystrybutora. Aby opublikować swoją muzykę na Spotify i innych platformach, nie musimy podpisywać umowy z wytwórnią – rynek obfituje w dostawców, którzy już za kilka dolarów miesięcznie pomogą opublikować naszą muzykę na popularnych platformach. Wśród nich warto wymienić Distrokid, LANDR czy EmuBands – osobiście korzystam z tego ostatniego i wiem, jak prosty jest ten proces. W „śledztwie” użyto Distrokid, który za miesięczną subskrypcję pobrał mniej niż 4 dolary.

    Czytaj dalej poniżej


    Spotify z dobrą zmianą. Nie trzeba będzie Premium, by skorzystać

    Kradną profile na Spotify. Wystarczy 5 minut

    Po zarejestrowaniu się u cyfrowego dystrybutora tworzy się nowe wydawnictwo. Wgrywamy plik z muzyką, dodajemy okładkę i uzupełniamy resztę informacji, jak tytuł. Co istotne, oszuści jako wykonawcę podają… istniejącego już artystę, który oczywiście nie ma nic wspólnego z daną piosenką. Wówczas pojawi się komunikat „Znaleźliśmy profil XXX na Spotify i Apple Music. Czy to Ty?” – wystarczy potwierdzić, aby dokonać dystrybucji wygenerowanej muzyki w katalogu znanego artysty.

    Teraz najciekawszy fragment – wyobraźcie sobie, że wygenerowana przez was piosenka trafia na profil artysty, który ma kilkaset tysięcy słuchaczy miesięcznie. Wśród nich znajduje się wiele tysięcy osób, które regularnie śledzą jego twórczość, otrzymują powiadomienia o premierach i odwiedzają profil w poszukiwaniu nowych utworów. To daje nam ekspozycję na tysiące, jeśli nie miliony potencjalnych słuchaczy. Samo opublikowanie muzyki na anonimowym profilu nie przyniesie nam wielu odtworzeń, ale połączenie się z popularnym artystą może sprawić, że nasz utwór zyska niespotykaną popularność i trafi w ręce wielu ludzi. Cały proceder ma oczywiście charakter oszukańczy, ale to nie zmienia faktu, że strumień odtworzeń w takich okolicznościach może dosłownie przynosić zyski – a koszty całego przedsięwzięcia są znikome. Warto zauważyć, że tantiemy za tę piosenkę trafią nie do artysty, który posiada profil, lecz do osoby, która wrzuciła dany utwór – czyli do oszusta.

    Nie bez powodu wspomniałem o artystach z setkami tysięcy a nie milionami słuchaczy – największe gwiazdy posiadają armie prawników, którzy chronią ich przed podobnymi incydentami, w przeciwieństwie do artystów na niższych szczeblach, którzy mogą osiągnąć tylko dziesiątki lub setki tysięcy odtworzeń, pozostając w pewnym sensie w undergroundzie, bez akceptowalnej ochrony prawnej i wsparcia ze strony dużych wytwórni. Mają już kuszącą popularność, ale brakuje im skutecznych narzędzi do obrony przed AI. A takich wygenerowanych utworów na Spotify może się pojawić nawet 50 000 dziennie…

    To szokujące, że zaawansowane platformy pozwalają na tak dziurawą weryfikację zawartości, która może trafić na profile znanych artystów. To nie kwestia pojedynczych niedociągnięć – ta weryfikacja w praktyce nie istnieje. Nadszedł czas, aby zająć się dbałością o jakość w streamingu, gdyż w przeciwnym razie obudzimy się w rzeczywistości, w której prawdziwe profile będą zalewane nieprawdziwą muzyką, zyskującą na popularności kosztem tych, którzy powinni na niej zarabiać – a my nadal będziemy zmuszeni płacić za subskrypcję.

  • Te konsole z lat 2000 są dziś warte fortunę. Sprawdź, czy je masz

    Te konsole z lat 2000 są dziś warte fortunę. Sprawdź, czy je masz

    Stare konsole, które jeszcze niedawno kurzyły się na strychach i w piwnicach, obecnie stały się przedmiotami kolekcjonerskimi. Niektóre wersje i edycje osiągają dziś ceny wielokrotnie wyższe niż w dniu premiery.

    Pamiętacie jeszcze konsole PlayStation 2, pierwszego Xboksa czy GameCube’a od Nintendo? Lata 2000 to dla graczy jeden z najważniejszych okresów, przepełnionych fantastycznym sprzętem i premierami gier, które wciąż potrafią dawać radość – nawet po latach. Wiele serii, które na rynku pojawiły się w tamtym czasie, nadal jest rozwijanych. Choć graficznie te tytuły mogą dziś ustępować współczesnym grom, w niektórych przypadkach wciąż przewyższają je pod względem opowiadanej historii czy mechaniki.

    Kto miał w tamtych czasach swoją konsolę, powinien teraz zbadać nie tylko, czy urządzenie działa, ale przede wszystkim sprawdzić jego dokładną wersję, kolor obudowy oraz zawartość zestawu. Jeśli brak wam nostalgii i myślicie o pozbyciu się sprzętu zalegającego na strychu lub w piwnicy, można na tym sporo zarobić. W przypadku standardowych modeli może nie chodzić o fortunę, ale wciąż da się otrzymać przyzwoite pieniądze. Sprawny, standardowy Xbox z 2001 roku wyceniany jest na rynkach europejskich na około 70-150 euro, co przekłada się na około 300-650 zł. Podobnie sytuacja prezentuje się w przypadku konsoli Dreamcast od Segi. GameCube może osiągać nawet około 150 euro (czyli około 650 zł), a kompletny zestaw z pudełkiem i instrukcjami warty jest około 300 euro (około 1300 zł). Zaskakująco, PlayStation 2, które trafiło do sprzedaży w 2000 roku i do dziś pozostaje najlepiej sprzedającą się konsolą na świecie, jest obecnie warte mniej – można je sprzedać za około 80-100 euro, co nie przekracza 500 zł.

    Raj dla graczy. Te konsole wciąż cieszą się popularnością

    Zdecydowanie inaczej wygląda sytuacja z limitowanymi wersjami konsol. Dobrym przykładem jest PlayStation 2 European Automobile Color Collection. Sony stworzyło specjalną wersję urządzenia z okazji sprzedaży 20 milionów egzemplarzy. Kolekcja zawierała konsole w pięciu kolorach, z których każda powstała w zaledwie 2000 egzemplarzach. Według aktualnych danych PriceCharting biała wersja (Snow White) wyceniana jest na około 1700 dolarów bez pudełka (niecałe 6500 zł) oraz na ponad 3800 dolarów w komplecie (około 14 tys. zł). W przypadku nieużywanego egzemplarza wycena przekracza 9200 dolarów (około 35 tys. zł).

    Ciekawym przykładem jest także Panasonic Q, czyli nietypowa wersja GameCube’a przeznaczona na rynek japoński, połączona z odtwarzaczem DVD. W 2026 roku działające egzemplarze regularnie sprzedawały się za około 1000-2200 dolarów (około 3800-8300 zł). PriceCharting informuje, że za „nowy egzemplarz” trzeba zapłacić ponad 4500 dolarów (około 17 tys. zł).

    Sporo może być wart również pierwszy Xbox w specjalnych edycjach. Zielona edycja Mountain Dew z 2004 roku osiąga obecnie około 750 dolarów bez pudełka (około 2800 zł) oraz ponad 1200 dolarów za pełny komplet (około 4500 zł). Fabrycznie nowy egzemplarz jest wyceniany na jeszcze więcej, bo 2200 dolarów (około 8300 zł). Xbox Halo Special Edition w ostatnich miesiącach sprzedawał się zazwyczaj za 400-550 dolarów (około 1500-2000 zł), podczas gdy zaplombowane sztuki osiągały nawet kilka tysięcy dolarów.

    Dlatego przed wystawieniem starej konsoli na sprzedaż warto dokładnie sprawdzić konkretny model, region, kolor, a także to, czy posiadamy oryginalne pudełko, instrukcje oraz akcesoria. Im więcej zachowanych w dobrym stanie elementów, tym większa szansa na uzyskanie wyższej ceny sprzedaży.

  • Ten OLED zmiażdży konkurencję. Takiego ekranu nie było

    Ten OLED zmiażdży konkurencję. Takiego ekranu nie było

    Samsung stworzył ekran o jasności 10 000 nitów. Jednak kluczowa jest jego bateria.

    Rywalizacja w zakresie technologii ekranów i wyświetlaczy OLED weszła na nowy, niespotykany przedtem poziom. Samsung zaprezentował właśnie nowy ekran, który osiąga maksymalną jasność wynoszącą aż 10 000 nitów. Zapowiada się na produkt, który nie tylko zachwyca wzrok, ale również pobudza wyobraźnię.

    Samsung – zdjęcie poglądowe

    Ekran o jasności 10 000 nitów od Samsunga. Prawdziwa rewolucja?

    Samsung Display oficjalnie przedstawił nową generację paneli, oznaczoną jako M16 OLED. Najbardziej zaskakującą informacją jest to, że ekran może osiągać nawet 10 000 nitów jasności – wartość dotychczas niespotykana. Mimo że wzbudza to wielkie emocje, warto uspokoić entuzjasta, ponieważ taki poziom luminacji dotyczy krótkich impulsów i to jedynie w niewielkich fragmentach matrycy, stanowiących około 1% powierzchni obrazu HDR. W przypadku stale wyświetlanego obrazu, nowy panel Samsunga utrzymuje stabilne 2 800 nitów – co i tak jest znakomitym wynikiem, gwarantującym komfortowe oglądanie w pełnym słońcu. Ale skąd ta początkowa ekscytacja i po co nam te 10 000 nitów?

    Kluczowe są innowacje wewnętrzne, czyli technologia stojąca za M16 OLED od Samsunga. To rozwiązanie drugiej generacji, które nie korzysta z tradycyjnego polaryzatora (polarizer-free OLED). Zamiast grubej warstwy blokującej światło, filtry barwne zostały naniesione bezpośrednio na strukturę diod (tzw. On-Cell Film). Dzięki temu ekran może emitować światło znacznie efektywniej, co przekłada się na jasny i wyraźny obraz przy mniejszym zużyciu energii. W tym przypadku oszczędność energii wynosi aż 30% w porównaniu do wcześniejszej generacji oznaczonej jako M14.

    I to jest najlepsza wiadomość z tej nowinki, ponieważ nowe ekrany pojawią się nie tylko w telewizorach, ale także w urządzeniach mobilnych. W przypadku smartfonów, gdzie standardowa jasność wyniesie 800-1000 nitów, bateria będzie działać znacznie dłużej dzięki mniejszemu zużyciu energii, co jest związane z zastosowaniem nowego ekranu OLED. Należy jednak zauważyć, że nieprędko zobaczymy te panele w telefonach Samsunga. Pierwszym urządzeniem, które w pełni wykorzysta możliwości M16 (czyli rozdzielczość 2K, 165 Hz i oszczędność energii) będzie chiński Vivo iQOO 16. Technologia ta ma pojawić się w flagowych modelach Samsunga wraz z premierą serii Galaxy S27, a ponoć z materiałów luminescencyjnych rodziny M16 korzystać będą także tegoroczne modele iPhone’ów 18 Pro, Pro Max i Duo.

    Czytaj dalej poniżej


    Fantastyczna aktualizacja Samsungów. Smartfony z turbodoładowaniem

    OLED jeszcze nas wszystkich przeżyje

    Podejrzewam, że to by było na tyle, jeśli chodzi o „koniec” tradycyjnych ekranów OLED i przejście na przykład na microLED. Samsung udowodnił, że potrafi prawie podwoić maksymalną jasność, osiągając jednocześnie doskonałe parametry dla ekranów smartfonów, przy jednoczesnym zmniejszeniu zapotrzebowania na energię. Właśnie zużycie energii jest jedną z największych bolączek współczesnych telefonów, które wciąż czekają na rewolucję w obszarze akumulatorów. Skoro te nie potrafią zapewnić dwóch lub trzech dni komfortowego użytkowania w przypadku mocnych flagowców, może chociaż energooszczędny ekran pozwoli na dłuższe korzystanie z urządzeń bez potrzeby podłączania ładowarki. Oczywiście, to nie rewolucja, na którą wielu czekało, ale i tak jest to krok w dobrą stronę. Pozostaje mieć nadzieję, że zużycie energii w przyszłości będzie malało przy zachowaniu funkcjonalności urządzeń.

  • Jestem gotowy porzucić smartfon dla tego jednego sprzętu

    Jestem gotowy porzucić smartfon dla tego jednego sprzętu

    Są chwile, gdy standardowy smartfon przestaje spełniać nasze oczekiwania. Nie chodzi jedynie o jakość aparatu, cyfrowy zoom czy dodatkowe tryby fotograficzne. Tuż obok nich pojawia się potrzeba uchwycenia dalekich obiektów lub zwierząt na skraju polany. Oczywiście, istnieją modele smartfonów, które wspierają telekonwertery, a ja także zabrałem ze sobą jeden z takich modeli. Tym razem jednak chciałem skupić się na testowanym obiektywie Sony FE 100-400 mm f/5.6-8 OSS. To narzędzie, które pozwala odłożyć smartfon i sięgnąć po aparat, nieco łatwiejszy niż profesjonalne, ciężkie zestawy.

    Sony FE 100-400 mm f/5.6-8 OSS – test obiektywu

    To pełnoklatkowy telezoom z mocowaniem Sony E, którego cena wynosi 3999 zł. Nie udaje, że jest jasnym obiektywem sportowym ani nie stara się konkurować ze znacznie droższymi modelami z serii GM, co łatwo zauważyć po jego wyglądzie, rozmiarze i wadze. Jego zamysłem było zaoferowanie dużego zasięgu, dobrej jakości obrazu oraz niewielkiej masy w cenie, która nie wymaga… sprzedaży samochodu. Największe wrażenie robi właśnie waga. Sony FE 100-400 mm waży tylko 654 gramy, co jest zbliżone do wielu standardowych telezoomów o dużo mniejszym zasięgu. Przy ogniskowej 400 mm jest to wyjątkowo praktyczne. Można zabrać aparat na dłuższy spacer, wycieczkę czy wielogodzinne fotografowanie przyrody, nie mając poczucia, że plecak jest wypchany sprzętem wymagającym monopodu.

    Kompaktowość, ale nie małość

    Na pełnej klatce zakres 100–400 mm umożliwia uchwycenie większych fragmentów sceny, jak i szybką zmianę na ciasny kadr. W aparatach z matrycą APS-C zasięg odpowiada mniej więcej 150–600 mm. To bardzo praktyczne wartości, które pozwalają fotografować odległe ptaki, samoloty, zwierzęta czy wydarzenia sportowe z dużym komfortem, w porównaniu z typowym zoomem kitowym. Kompaktowość nie oznacza jednak, że mamy do czynienia z kieszonkową konstrukcją. Tubus obiektywu wysuwa się podczas zmiany ogniskowej, a cały zakres można pokonać jednym płynnym ruchem. To wygodne w terenie, ale wymaga przyzwyczajenia, szczególnie przy ustawieniu obiektywu na 400 mm, co wyraźnie zwiększa jego długość. Producent zastosował blokadę zooma, która zapobiega samoczynnemu wysuwaniu się tubusu podczas transportu.

    Obudowa wykonana jest z tworzywa sztucznego, które nie sprawia wrażenia przypadkowo odchudzonego. Konstrukcja została uszczelniona przed kurzem i zachlapaniami, co pozwala na pracę w warunkach, gdzie tańszy model mógłby się poddać. Do dyspozycji są również przełączniki: limiter ostrości, stabilizacja OSS, przycisk blokady ostrości i blokada ogniskowej. W przypadku tańszego teleobiektywu obawy koncentrują się na jakości obrazu. Duży zakres ogniskowych i niska masa często wiążą się z kompromisami widocznymi w centrum kadru. Tutaj jednak Sony pozytywnie zaskakuje. Ostrość w centrum pozostaje bardzo wysoka na całym zakresie, osiągając najlepsze wyniki przy 400 mm.

    Czytaj dalej poniżej

    Takich filmów i zdjęć nie zrobi żaden smartfon. Sony właśnie pokazało, dlaczego telefon nie wystarczy

    To kluczowe, ponieważ właśnie na długim końcu ten obiektyw będzie używany najczęściej. Gdy fotografujemy ptaka, samolot czy sportowca, zazwyczaj zależy nam na wyraźnym detalu, a nie na szerokim otoczeniu. Sony FE 100-400 mm doskonale utrzymuje detale, zbliżając się pod względem centralnej ostrości do znacznie droższych modeli z serii GM.

    Brzegi kadru również nie rozczarowują, chociaż wymagają bardziej precyzyjnego badania. Przy 100 mm spadek ostrości w narożnikach staje się zauważalny głównie przy fotografowaniu z bardzo małej odległości. W typowych ujęciach krajobrazowych, architektonicznych czy podróżniczych nie jest to problem, który mógłby skłonić do rezygnacji z zakupu. Przy 400 mm centrum pozostaje bardzo dobre, a jakiekolwiek osłabienie jakości w skrajnych narożnikach jest niewielkie i akceptowalne. Dystorsja, winietowanie i aberracja chromatyczna są dobrze kontrolowane, również dzięki profilom korekcyjnym, które są zapisane w aparacie i oprogramowaniu. To przykład sytuacji, w której współczesny obiektyw nie musi eliminować każdego problemu optycznego w sposób absolutny, jeśli jego cechy zostały w odpowiedni sposób wzięte pod uwagę przez korpus aparatu.

    Na co zwrócić uwagę? Nazwa podpowiada

    Największy kompromis został zawarty w nazwie obiektywu. Sony FE 100-400 mm zaczyna od f/5.6, ale szybko przechodzi do f/8. Już w okolicach 205 mm przysłona otwiera się do f/8, dlatego przez większość zakresu należy traktować go jako obiektyw o jasności f/8. W dobrym świetle nie stanowi to poważnej przeszkody. W słoneczny dzień można utrzymać rozsądne czasy migawki i fotografować bez drastycznego podnoszenia czułości. Problem pojawia się jednak po zmroku, w lesie lub podczas szybkich wydarzeń w gorszych warunkach atmosferycznych. W takich okolicznościach aparat może wymagać ISO 6400–12800, co oznacza więcej szumu w zdjęciach i mniejszy margines przy późniejszej obróbce.

    Dlatego ten obiektyw nie jest oczywistym wyborem dla kogoś, kto regularnie fotografuje wczesnym rankiem lub późnym wieczorem. Nie zastąpi jasnego 400 mm ani profesjonalnego zoomu o szerszej przysłonie. Jego zadaniem jest umożliwienie fotografowania przyrody, podróży i sportu, gdy warunki oświetleniowe są wystarczające, a mobilność jest ważniejsza od maksymalnej jasności. Stabilizacja optyczna OSS częściowo niweluje ten problem, ułatwiając utrzymanie stabilnego kadru przy 400 mm, a także współpracując z matrycą stabilizacyjną w aparatach Sony. Nie zatrzyma jednak ruchu zwierzęcia ani zawodnika. Aby to osiągnąć, wciąż potrzebne są odpowiednio krótkie czasy migawki, co wiąże się z wyższym ISO.

    Drugim dużym atutem są dwa silniki liniowe. Autofokus działa szybko, cicho i precyzyjnie, a w dynamicznych sytuacjach jego wydajność nie odbiega od tego, co można oczekiwać od droższych obiektywów Sony GM. Podczas fotografowania obiektów w ruchu, biegających zwierząt czy wydarzeń sportowych różnica pomiędzy klasą amatorską a profesjonalną nie jest tak oczywista, jak sugerowałaby cena. Oczywiście wiele zależy od aparatu, ustawień i kontrastów w scenie. W bardzo ciemnych warunkach ograniczeniem często staje się przysłona f/8, a nie sam mechanizm autofokusa. Gdy na matrycę dociera niewiele światła, każdy system AF ma trudniejsze zadanie. W normalnych warunkach obiektyw reaguje jednak szybko i nie wymaga ciągłego poprawiania ostrości. Ciekawym dodatkiem jest minimalna odległość ostrzenia wynosząca 86 cm przy 400 mm. Maksymalne powiększenie 0,41x nie czyni z tego obiektywu typowego makro, ale pozwala na fotografowanie kwiatów, owadów i szczegółów z dużej odległości. To praktyczne pseudo-makro, szczególnie gdy bliższe podejście mogłoby spłoszyć fotografowany obiekt.

    Rozmycie tła zależy od warunków. Z bliska obiektyw doskonale odseparowuje główny motyw, szczególnie przy 400 mm. Jednak gdy fotografowany obiekt znajduje się daleko, a tło zbliża się do niego, przy f/8 rozmycie może stać się mniej zauważalne i mniej atrakcyjne. Nie należy oczekiwać typowego bokeh znanego z jasnych teleobiektywów stałoogniskowych.

    Uniwersalny, wygodny, niedrogi, ale…?

    Patrzę na Sony FE 100-400 mm f/5.6-8 OSS jako na obiektyw przeznaczony dla osób, które chcą znacznie wyjść poza możliwości smartfona, ale nie mają zamiaru nosić ze sobą ciężkiego zestawu za dziesiątki tysięcy złotych. Cena 3999 zł stanowi jego największy atut. Profesjonalny Sony 100-400 mm f/4.5-5.6 GM kosztuje około 22 000 zł, co oznacza ponad pięciokrotną różnicę. Tańsze modele firm niezależnych często są droższe i cięższe, choć można znaleźć kilka wart uwagi alternatyw. Warto także docenić możliwość korzystania z telekonwerterów Sony. Model 1,4x wydłuża zasięg do 560 mm przy f/11, co może być użyteczne w słoneczny dzień. Telekonwerter 2x zapewnia 800 mm przy f/16, jednak tak duża utrata światła znacznie ogranicza stosowanie tego zestawu.

    Nie jest to obiektyw pozbawiony wad. Gorsze warunki oświetleniowe ograniczają jego działanie po zmroku, a tubus wysuwa się podczas zoomowania. Niemniej jednak Sony trafnie skonstruowało ten model, dostarczając lekki, ostry i szybki telezoom, który doskonale sprawdza się w dobrych warunkach oświetleniowych.

    Sony FE 100-400 mm f/5.6-8 OSS



    Plusy

    • Niska masa i wysoka mobilność
    • Szybki i cichy autofokus
    • Krótki dystans ostrzenia
    • Odporność na warunki


    Minusy

    • Słaba jasność (f/5.6–8)
    • Przeciętne rozmycie tła na większych odległościach

  • iPhone 18 Pro ma duży problem z FaceID. Staje się nieużywalne

    iPhone 18 Pro ma duży problem z FaceID. Staje się nieużywalne

    Duże zmiany w projektowaniu smartfonów często niosą ze sobą niespodziewane wyzwania i nie inaczej jest w przypadku najnowszych flagowców od Apple.

    W najnowszych modelach iPhone 18 Pro oraz iPhone 18 Pro Max producent postanowił zrealizować długo zapowiadany krok, umieszczając sensor Face ID pod powierzchnią wyświetlacza OLED. Dzięki temu rozwiązaniu miejsce dotychczasowego wcięcia ogranicza się jedynie do małego otworu na aparat przedni. W codziennym użytkowaniu oraz w normalnych warunkach nowa technologia mapowania twarzy działa bez zarzutu, wykorzystując obszar ekranu o zmniejszonej gęstości pikseli, aby propagować promienie podczerwone. Problemy pojawiają się jednak, gdy zdecydujemy się na zastosowanie popularnych akcesoriów ochronnych. O tym zwrócił uwagę znany YouTuber, Dave2D, który dokładnie opisał, na czym polega problem.

    Zdjęcie przedstawiające zbliżenie ekranu nowego iPhone 18 Pro Max wyraźnie pokazuje, że w miejscu, gdzie znajduje się czujnik Face ID, gęstość pikseli jest znacznie niższa (po prawej stronie obrazka). Dzięki temu rozwiązanie to funkcjonuje bez większego uszczerbku dla jakości wyświetlacza. Aby jednak zachować jednolitość ekranu, piksele o mniejszej gęstości muszą świecić intensywniej. Istnieje zatem obawa, że po kilku latach miejsce, w którym znajduje się Face ID, może być wyraźniej widoczne z powodu wypalenia, co może wpłynąć na estetykę ekranu iPhone’a 18 Pro/Pro Max. Również inny problem został zauważony.

    Szkła ochronne stwarzają problemy

    Jak pokazują pierwsze testy, Face ID umieszczone pod ekranem wykazuje wysoką wrażliwość na materiał, z jakiego wykonano ochronę wyświetlacza. Kiedy na ekran iPhone’a 18 Pro lub Pro Max nałożone jest tradycyjne, przezroczyste szkło ochronne, system rozpoznawania twarzy działa stabilnie i bez zakłóceń. Sytuacja staje się jednak drastycznie gorsza po zastosowaniu szkła o matowym wykończeniu lub modelu z powłoką zabezpieczającą prywatność. Zmatowiona, chropowata powierzchnia takiej osłony rozprasza wiązkę światła podczerwonego, co uniemożliwia prawidłowe zmapowanie twarzy oraz skutkuje powracającymi błędami autoryzacji.

    Dla wielu użytkowników jest to spore rozczarowanie, ponieważ w nowej generacji iPhone’a brakuje systemowej funkcji ochrony prywatności ekranu, która występuje w konkurencyjnych modelach, jak na przykład Samsung Galaxy S26 Ultra. Zastosowanie specjalistycznego szkła prywatnościowego miałoby zatem pełne uzasadnienie, choć obecnie wiąże się z istotnymi ograniczeniami użytkowymi. Sytuacja ta przypomina dobrze znane problemy z urządzeniami Android, gdzie matowe folie lub nawet przezroczyste szkła zakłócały działanie optycznych czytników linii papilarnych umieszczonych pod ekranem.

    Czytaj dalej poniżej


    iPhone 18 Pro z dodatkowym ekranem E-ink. Wystarczy nowa obudowa

    Można się spodziewać, że producenci akcesoriów szybko zareagują na tę sytuację. Pojawienie się na rynku dedykowanych szkieł matowych i prywatyzujących, które będą miały precyzyjnie wycięty, przezroczysty fragment w miejscu ukrycia sensora Face ID, to tylko kwestia czasu. Do tego momentu wszystkim posiadaczom iPhone’a 18 Pro i Pro Max zaleca się korzystanie jedynie ze standardowych, przezroczystych szkieł ochronnych, aby uniknąć problemów z codziennym odblokowywaniem urządzenia.

  • WhatsApp rozpieszcza użytkowników. Mała zmiana, duża wygoda

    WhatsApp rozpieszcza użytkowników. Mała zmiana, duża wygoda

    WhatsApp nieustannie zaskakuje. Kolejna mała, lecz znacząca zmiana trafia do użytkowników.


    WhatsApp wprowadza nową funkcjonalność, która może okazać się niezwykle użyteczna dla wielu aktywnych użytkowników tego komunikatora, szczególnie w długich rozmowach. Użytkownicy iPhone’ów zyskają skrót do wyszukiwania wiadomości bezpośrednio z poziomu czatu, eliminując potrzebę przechodzenia do informacji o rozmowie, aby aktywować wyszukiwarkę. Funkcja ta obejmuje zarówno rozmowy prywatne, jak i kanały WhatsApp.

    Wyszukiwanie wiadomości: teraz wystarczy jedno kliknięcie

    Dotychczas, aby znaleźć konkretną wiadomość w rozmowie na iPhonie, użytkownik musiał przejść przez kilka kroków. Wymagało to otwarcia informacji o kontakcie lub grupie, wybrania opcji wyszukiwania, a następnie powrotu do konwersacji z aktywnym polem wyszukiwania. Choć nie jest to szczególnie uciążliwe, dla osób korzystających z narzędzia regularnie, proces ten mógł się wydawać zbędnym utrudnieniem. Nowy przycisk umożliwia rozpoczęcie wyszukiwania bez opuszczania rozmowy. Po naciśnięciu przycisku wystarczy wpisać słowo lub frazę, a WhatsApp wyświetli odpowiednie wiadomości, tak jak dotychczas.

    Przycisk pojawia się tylko podczas przewijania

    WhatsApp zdecydował się na umieszczenie nowego skrótu w interfejsie tylko w określonych warunkach. Przycisk pojawia się u góry ekranu jedynie podczas przewijania rozmowy w górę, co oznacza przeglądanie starszych wiadomości. Po powrocie na sam dół konwersacji, skrót znika. Takie podejście ma sens także w kontekście estetyki aplikacji, ponieważ WhatsApp może zaoferować wyszukiwanie w momencie, gdy użytkownik tego potrzebuje, bez dodawania kolejnego stałego elementu do interfejsu.

    Nowa funkcja nie ogranicza się jedynie do rozmów indywidualnych i grupowych. Skrót ten zostanie również wprowadzony w kanale WhatsApp, co może być szczególnie przydatne w przypadku profili publikujących regularnie wiele aktualizacji. Zamiast przeglądać kolejne posty lub otwierać informacje o kanale, użytkownik może natychmiast przejść do wyszukiwania. W dużych kanałach zyska to szczególne znaczenie, ponieważ odnalezienie konkretnej informacji opublikowanej kilka tygodni wcześniej stanie się znacznie łatwiejsze.

    Czytaj dalej poniżej

    Ustawienia WhatsAppa, które warto zmienić od razu. 5 rzeczy których nie wiedziałeś

    Funkcja dostępna na iPhone’y, ale jak zwykle: wdrożenie falowe

    Nowy skrót został zauważony w WhatsAppie dla iOS w wersji 26.36.74, która jest już dostępna w App Store. Nie oznacza to jednak, że każdy użytkownik zobaczy go od razu. Meta, jak to ma w zwyczaju, wprowadza funkcje falowo – dlatego użytkownicy będą otrzymywać nowość stopniowo w ciągu najbliższych kilku tygodni. To jedna z tych aktualizacji, które nie zmieniają zasadniczo sposobu korzystania z WhatsAppa, ale niezaprzeczalnie poprawiają komfort korzystania z komunikatora. Im dłuższe nasze rozmowy, tym bardziej docenimy możliwość uruchomienia wyszukiwarki jednym stuknięciem w ekran, bez konieczności przeszukiwania dodatkowych menu. I to właśnie takie innowacje cieszą najbardziej!

  • Gemini z fantastyczną nowością. Tego platformie brakowało

    Gemini z fantastyczną nowością. Tego platformie brakowało

    Ślady w kodzie sugerują, że Google pracuje nad istotnym usprawnieniem, które dotychczas brakowało w ich Gemini.

    Google może szykować jedną z najbardziej interesujących zmian w Gemini Live. W kodzie aplikacji na Androida odnaleziono odniesienia do funkcji nazwanej „Ephemeral Video Mode”, która umożliwi korzystanie z obrazu z kamery podczas rozmowy z Gemini, nie zapisując materiału do późniejszego wykorzystania. Na chwilę obecną nie jest znana ani data wprowadzenia tej opcji, ani to, czy trafi ona do użytkowników, jednak sam pomysł może być istotny dla tych, dla których prywatność rozmów z AI ma znaczenie.

    Gemini Live może zyskać własny „tryb incognito”

    Informacje te pochodzą z analizy wersji aplikacji Google o numerze 17.59.17.sa.arm64. W jej kodzie znaleziono dwa nowe ciągi tekstowe odnoszące się bezpośrednio do „Ephemeral Video Mode in Live” oraz możliwości aktywacji tego trybu podczas korzystania z wideo w sesji na żywo. Nie oznacza to jeszcze, że funkcja jest gotowa do wdrożenia. Analiza plików APK pozwala na identyfikację rozwiązań, nad którymi Google pracuje, jednak niektóre z nich nigdy nie trafiają do stabilnej wersji aplikacji.

    Grafika: depositphotos.com

    Co mogłoby się zmienić?

    Gemini Live umożliwia już korzystanie z kamery telefonu i pokazywanie sztucznej inteligencji tego, co znajduje się przed obiektywem. Dzięki temu można poprosić Gemini o opis przedmiotów, odczytanie drobnego tekstu czy pomoc w odnalezieniu konkretnego obiektu.

    Problem pojawia się jednak, gdy użytkownik woli, aby tego typu interakcje nie pozostawiały śladów w historii. Jak informuje redakcja Android Authority, materiały udostępniane Gemini Live są obecnie powiązane z aktywnością aplikacji w Gemini. Nowy tryb mógłby działać analogicznie do rozmowy incognito: AI analizowałoby obraz w czasie rzeczywistym, a po zakończeniu sesji dane nie byłyby przechowywane w historii.

    Czytaj dalej poniżej


    Google TV przygotowuje petardę. Tego jeszcze nie było!

    To nie musi być w pełni prywatny Gemini

    Należy jednak zachować ostrożność. Google nie przedstawiło jeszcze oficjalnych zasad działania Ephemeral Video Mode. Nie jest jasne, czy tryb ten usunie wszystkie dane po zakończeniu rozmowy, czy tylko zablokuje ich zapisywanie w historii aktywności. Obecnie platforma oferuje tymczasowe czaty, lecz to rozwiązanie nie obsługuje sesji Live. Nowa funkcja mogłaby więc zająć się załatawaniem tych braków.

    Rozwój Gemini Live pokazuje kierunek, w którym zmierzają mobilni asystenci. Sztuczna inteligencja nie ogranicza się już tylko do odpowiadania na pytania tekstowe lub głosowe. Coraz częściej potrafi jednocześnie analizować obraz, dźwięk i zawartość ekranu, reagując na sytuacje wokół użytkownika. W takim modelu prywatność staje się jeszcze ważniejsza. Możliwość pokazania Gemini czegoś na chwilę, uzyskania odpowiedzi, a następnie automatycznego „zapomnienia” całej sesji byłoby zatem niezwykle przydatnym rozwiązaniem.

    Na tę chwilę jednak Ephemeral Video Mode pozostaje funkcją, której ślady znaleziono w kodzie, a nie oficjalnie ogłoszoną nowością. Jeśli Google zdecyduje się na jej wdrożenie, Gemini Live może zyskać naprawdę znaczące usprawnienie, które może okazać się niezwykle przydatne dla milionów użytkowników na całym świecie.

  • Marzyliście o pokoju jak z Pinteresta? Popularna aplikacja testuje intrygującą funkcję

    Marzyliście o pokoju jak z Pinteresta? Popularna aplikacja testuje intrygującą funkcję

    Pokój jak z Pinteresta przestaje być tylko powiedzeniem – nowa funkcja Restyle umożliwia przeniesienie znalezionych inspiracji bezpośrednio do wnętrza użytkownika.

    Nie można znaleźć lepszego źródła inspiracji niż Pinterest. Korzystają z niego zarówno twórcy i artyści, jak i zwykli ludzie poszukujący pomysłów na tatuaż, modowy look czy wystrój wnętrz. Kategoria dekoratorska cieszy się na Pintereście szczególną popularnością. Nic dziwnego, że powstało powiedzenie „pokój jak z Pinteresta”, odnoszące się do tysięcy estetycznych wizualizacji i zdjęć dostępnych na tej platformie. Już wkrótce będziemy mogli niemal dosłownie ożywić swój pokój w pinterestowy sposób, dzięki nowej funkcji, która trafi do aplikacji.

    Przeniesienie pinterestowych inspiracji do naszych domów – wszystko dzięki sztucznej inteligencji

    Pinterest zapowiedział nową funkcję o nazwie „Restyle”, która jest wirtualnym edytorem pomieszczeń napędzanym sztuczną inteligencją. Wyobraźcie sobie, że znalazłyście na Pintereście zdjęcie idealnej kanapy, ustawionej na tle ściany w kolorze, który doskonale pasowałby do Waszego salonu. Dzięki „Restyle” będzie możliwe „nałożenie” tych inspiracji na Wasze własne wnętrze przy użyciu AI.

    Źródło: TechCrunch

    Rozwiązanie wykorzystuje Pinterest Intelligence, technologię opartą na Nvidia Dynamo oraz układach GPU Nvidia Blackwell, w połączeniu z modelami open source. Jest to zatem nic nowego, ponieważ podobne efekty można osiągnąć przy pomocy ChatGPT czy Gemini. Jednak Pinterest posiada ogromną bazę danych, co sprawia, że wyniki generowane przez ich AI mogą być bardziej wciągające i immersyjne.

    Oprócz możliwości wymiany poszczególnych przedmiotów, użytkownicy będą mogli nałożyć na swoje pomieszczenia konkretne style, takie jak boho czy industrial. Osoby, które mają talent do dekoracji wnętrz, będą miały szerokie pole do popisu. Funkcja „Restyle” w wersji beta już teraz jest uruchomiona w USA i Kanadzie – obecnie brak jest szczegółowych informacji na temat daty premiery tej innowacji w innych krajach.

    Czytaj dalej poniżej

    Elektryka podładujesz u sąsiada. Plughome zmienia reguły gry
  • Orange Market nabiera rozpędu. To nie jest kolejny sklep ze smartfonami

    Orange Market nabiera rozpędu. To nie jest kolejny sklep ze smartfonami

    Orange Market: Nowa jakość w codziennych zakupach

    Marka Orange, znana przede wszystkim z usług telekomunikacyjnych oraz urządzeń mobilnych, wprowadza na rynek Orange Market – platformę, która dowodzi, że chce być obecna także w obszarze codziennych zakupów. Oferta obejmuje szeroki wachlarz produktów, od sprzętu domowego, przez akcesoria dla graczy, aż po rowery i zabawki oraz artykuły dla zwierząt.

    Marketplace – nowy wymiar zakupów

    Orange Market zadebiutował na początku lipca bieżącego roku, a pomysł na tę usługę z pewnością zaskoczył niejednego klienta. Platforma nie jest bowiem jedynie kolejną stroną operatora do sprzedaży telefonów czy tabletów z abonamentem. Jest to zupełnie oddzielny marketplace, który łączy oferty różnych sprzedawców w jednym miejscu.

    W ten sposób klienci zyskują znaczną wygodę, realizując zamówienia bez potrzeby przeszukiwania internetu. Zamiast odwiedzać wiele sklepów, mogą przeglądać produkty z różnych kategorii w jednym serwisie, porównywać oferty oraz dokonywać zakupów zawierających zarówno elektronikę, jak i wyposażenie domu czy sprzęt sportowy. Orange odpowiedzialne jest za działanie platformy oraz weryfikację sprzedawców, podczas gdy partnerzy handlowi zajmują się konkretnymi produktami, ofertą, realizacją zamówień, dostawą oraz obsługą klienta.

    Orange wchodzi w e-commerce. Wygoda na pierwszym planie

    Najciekawszym aspektem Orange Market jest to, jak oferta platformy wykracza poza obszar, z którym kojarzony był operator przez wiele lat. Choć smartfony wciąż pozostają istotnym elementem działalności, nowy marketplace został stworzony z zupełnie innym zamysłem. Klienci mogą tu znaleźć wszystko, czego potrzebują: pralki, telewizory, słuchawki, fotele do komputerów, klocki LEGO, sprzęt sportowy oraz akcesoria do ogrodu czy dla psów.

    Rozbudowana oferta w Orange Market

    Od uruchomienia platformy minęło zaledwie kilka miesięcy, a obecnie swoje produkty oferuje na niej dziewięciu sprzedających, w tym znaczący dystrybutorzy sprzętu elektronicznego i gamingowego w Polsce. Kluczowym elementem modelu, w jakim działa Orange Market, jest wybór zaufanych partnerów. W serwisie dostępnych jest już ponad 8000 produktów podzielonych na niemal 90 kategorii, obejmujących ponad 50 znanych marek.

    Tak bogaty katalog produktów świadczy o dynamicznym rozwoju Orange Market, który ukazuje ogromny potencjał tkwiący w tego typu rozwiązaniach. Oferta obejmuje zarówno komputery, akcesoria, sprzęt audio, jak i lodówki, pralki, drobne AGD, urządzenia typu smart home, rowery, sprzęt fitness, zabawki oraz artykuły dla zwierząt. Platforma stanowi stale rozwijające się centrum zakupowe, w którym klienci mogą znaleźć wiele różnych produktów pod jednym adresem.

    Dostępność dla wszystkich – bez względu na operatora

    Co równie istotne, z Orange Market może korzystać każdy, niezależnie od tego, czy jest klientem sieci Orange. Posiadanie abonamentu komórkowego, internetu czy innej usługi nie jest warunkiem, by móc dokonywać zakupów na platformie. Operator umożliwia także składanie zamówień bez rejestracji, choć posiadanie konta ułatwia późniejsze monitorowanie zamówień oraz zapewnia dostęp do historii zakupów.

    Zaufanie do marki jako przewaga konkurencyjna

    Platformy sprzedażowe typu marketplace nie są nowością, jednak w przypadku Orange Market kluczowe pytanie brzmi: co Orange może wnieść do takiego modelu? Okazuje się, że sporo, albowiem to przede wszystkim zaufanie do marki oraz staranny dobór partnerów, którzy oferują swoje produkty klientom.

    Cena to tylko jeden z wielu czynników wpływających na decyzje zakupowe. Równie istotne jest to, od kogo kupujemy towar, kto odpowiada za wysyłkę oraz gdzie zwrócimy się w przypadku problemów. Sprzedawcy na Orange Market są weryfikowani przez operatora, a informacje o odpowiedzialnym partnerze można znaleźć na karcie produktu, obok danych dotyczących ceny, dostępności, wariantu, najważniejszych parametrów oraz warunków dostawy i gwarancji.

    Rozległa oferta produktowa w Orange Market

    Możliwości, jakie oferuje Orange Market, można zobrazować na przykładach. Klienci urządzający swoje mieszkania mogą znaleźć tu zarówno duże AGD, jak lodówki, pralki i suszarki, jak i mniejsze urządzenia kuchenne oraz sprzęt do sprzątania. W sekcji dla biur można z kolei znaleźć komputery, monitory i różnorodne akcesoria do pracy zdalnej. Oferta obejmuje również telewizory, urządzenia audio, rozwiązania smart home oraz elektronikę mobilną.

    Warto zaznaczyć, że oferta gamingowa jest szczególnie rozbudowana. Gracze znajdą tu myszki, klawiatury mechaniczne, słuchawki, mikrofony, monitory, fotele oraz zestawy komputerowe, a także specjalistyczne akcesoria dla entuzjastów symulatorów wyścigowych. To doskonały przykład na to, że platforma stara się zaspokoić nawet najbardziej wyspecjalizowane potrzeby graczy.

    Jednak oferta Orange Market nie kończy się na elektronice. Znaleźć tu można również rowery (tradycyjne i elektryczne), hulajnogi, sprzęt fitness, artykuły ogrodowe, walizki, produkty dla dzieci oraz akcesoria dla zwierząt. Dzięki temu klienci mogą trafić tu zarówno podczas poszukiwań drogiego urządzenia do domu, jak i przy zakupach upominków dla najbliższych.

    Promocje i raty jako atrakcyjne opcje zakupowe

    Sam bogaty katalog nie wystarczy, jeżeli ceny nie będą konkurencyjne. Dlatego istotnym elementem Orange Market są promocje, z przecenami sięgającymi różnych półek cenowych. Aktualnie w ofertach promocyjnych można znaleźć między innymi fotele gamingowe, słuchawki, smartwatche, myszki dla graczy oraz roboty sprzątające, na których można oszczędzić kilkaset złotych. Tak duże różnice w cenie mają realne znaczenie, zwłaszcza w przypadku droższych urządzeń, co sprawia, że warto sprawdzać także ofertę pod kątem promocji.

    Kolejną istotną opcją są raty, które można zrealizować przy zakupach wynoszących przynajmniej 300 zł. To szczególnie przydatne rozwiązanie dla klientów decydujących się na zakup dużego AGD, komputerów czy droższej elektroniki. Progi rat są na tyle niskie, że obejmują również zestawy kilku tańszych produktów.

    Orange Market w fazie dynamicznego rozwoju

    Dynamiczny start Orange Market to dopiero początek. Obecnie na platformie znajduje się ponad 8000 ofert, dziewięciu sprzedających, niemal 90 kategorii oraz ponad 50 różnych marek. Tak szybkie rozszerzenie katalogu w niezwykle krótkim czasie świadczy o tym, że Orange Market nie jest jedynie eksperymentem, lecz projektem, który operator zamierza rozwijać i stale udoskonalać.

    Orange Market może stać się miejscem zakupu nowego wyposażenia kuchni, sprzętu do grania, słuchawek, zegarka, roweru czy prezentów dla najbliższych. Wszystko to bez konieczności bycia klientem Orange i bez ograniczeń do produktów telekomunikacyjnych. Operator skutecznie wykorzystuje rozpoznawalność swojej marki oraz dąży do poszerzenia oferty o różnorodne kategorie produktów. Jeśli platforma będzie nadal zwiększać liczbę sprzedawców, kategorii oraz atrakcyjnych promocji, z pewnością stanie się jednym z miejsc, które warto odwiedzać przed planowanymi zakupami online.

    Wpis powstał we współpracy z Orange

  • Nielimitowany internet w T-Mobile dla każdego. Jak włączyć?

    Nielimitowany internet w T-Mobile dla każdego. Jak włączyć?

    T-Mobile rozdaje darmowy internet dla wszystkich klientów.


    T-Mobile nie ustaje w celebracji swoich 30. urodzin. To właśnie użytkownicy sieci, a nie sama firma, otrzymują prawdziwe prezenty – tym razem wszyscy klienci mają szansę na zupełnie darmowy internet. Jak aktywować ten wyjątkowy pakiet i jakie inne darmowe dodatki można uzyskać? Oto pełny poradnik.

    Dusseldorf, Niemcy – 18 lutego 2020: Logo T-Mobile nad wejściem do jednego z ich sklepów w mieście Düsseldorf, Niemcy.

    Darmowy internet od T-Mobile z okazji urodzin

    Kto z Was pamięta początek sieci Era na polskim rynku? Operator rozpoczął działalność we wrześniu 1996 roku, a po latach został przemianowany na T-Mobile. Obecnie, sieć o magentowym kolorze postanowiła uczcić ten kawałek historii organizując huczne obchody swoich 30. urodzin. O licznych promocjach i prezentach informujemy już od dłuższego czasu, a teraz do tej oferty dołącza zupełnie darmowy internet dla wszystkich klientów – nielimitowany i dostępny niezależnie od posiadanego pakietu. Jak go aktywować? Wystarczy wejść do aplikacji Mój T-Mobile, w której znajdziemy informacje na temat możliwości aktywacji tego pakietu. Oferta będzie dostępna do 10 października, więc nie warto zwlekać, by nie zapomnieć.

    Dziś, nawet najnowszy smartfon nie pokaże pełni swoich możliwości bez szybkiego i niezawodnego dostępu do sieci. Dlatego wszyscy aktywni klienci mobilni T-Mobile otrzymają możliwość aktywacji 30 dni nielimitowanego internetu.

    Informacja prasowa T-Mobile

    Czytaj dalej poniżej


    Doładuj T-Mobile i zgarnij hot-doga za darmo

    To jednak nie wszystko, ponieważ inną, być może jeszcze ciekawszą ofertą jest… specjalna, urodzinowa maskotka o nazwie Fonuś. To wyjątkowy prezent dla członków programu Magenta Moments, który jest nawiązaniem do urodzinowej kampanii „Zadzwoń do mamy”. Jej celem jest zachęcanie do pielęgnowania relacji z najważniejszymi osobami w naszym życiu. Jak można otrzymać taki podarunek? Aby zdobyć maskotkę, należy zrealizować dowolną transakcję, udać się do stacjonarnego salonu T-Mobile i okazać swój kod z Magenta Moments – wówczas pluszak staje się nasz. To naprawdę uroczy pomysł, który stanowi ukłon w stronę „weteranów” sieci, pamiętających czasy Ery i jej niezwykłe kampanie.

    W ramach urodzinowych promocji, T-Mobile przygotowało również zniżki na smartfony – do końca września możemy zakupić Samsung Galaxy S25 z rabatem 700 zł oraz Samsung Galaxy A57 z rabatem 400 zł. Jeżeli natomiast posiadacie ofertę dla biznesu, przysługuje Wam pakiet 30 dni darmowego internetu bez limitu oraz zniżki na sprzęt i usługi ICT, sięgające nawet do 1000 zł dla stałych klientów biznesowych.

    T-Mobile i coś na ząb

    Warto przypomnieć, że w ramach urodzinowych prezentów od T-Mobile można wciąż odebrać hot-doga w Żabce. Choć pakiety internetu są świetne, czasami warto sięgnąć po coś do przegryzienia, a taka parówka w bułce sprawdzi się idealnie. Promocja ma proste zasady – należy udać się do sklepu tej popularnej sieci i zakupić doładowanie konta w T-Mobile lub Heyah za minimum 30 złotych. Na paragonie zostanie wydrukowany specjalny kod, który upoważni nas do odebrania hot-doga w jednym ze sklepów Żabka. Uwaga, liczba sztuk jest ograniczona – operator przewidział 100 tysięcy takich ciepłych upominków, więc pomimo dużej liczby, warto się pospieszyć. Promocja potrwa maksymalnie do 6 października 2026 roku.

    Czy udało Wam się już zdobyć jakieś fanty od T-Mobile, np. darmowy pakiet internetu lub inne dodatki? Należy przyznać, że operator bardzo rzetelnie podszedł do świętowania swoich 30. urodzin – jest sporo promocji, które trwają już od dłuższego czasu, więc klienci sieci na pewno nie mogą narzekać na nudę.