Kategoria: Wiadomości

  • Popularny błąd z Windowsem. Dlaczego restart pomaga?

    Popularny błąd z Windowsem. Dlaczego restart pomaga?

    Czy sądzisz, że opcja „Zamknij” wyłącza system Windows? Nie wierz temu!

    Czy także myśleliście, że kliknięcie przycisku Zamknij w systemie Windows załatwia wszystkie problemy i zapewnia „czysty start” systemu? W rzeczywistości to nieprawda, a rozwiązanie tego problemu leży w mechanizmie znanym jako szybkie uruchamianie. Dziś zajmiemy się kwestią, o której być może nie mieliście pojęcia.

    Klikasz „Zamknij”? Twój Windows wcale się nie wyłącza

    Jak poradzić sobie z problemami systemu Windows? Mam na myśli te nagłe, które mogą pojawić się podczas pracy lub gry i utrudniają korzystanie z systemu, zwłaszcza gdy zakup MacBooka nie wchodzi w grę. Wydawałoby się, że najlepszym rozwiązaniem jest wyłączenie systemu i ponowne uruchomienie go, prawda? Mamy nadzieję, że system Windows zacznie pracę od nowa, na świeżo — jednak rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. To, co postrzegamy jako „reset”, w rzeczywistości jest… jedynie częściowym wyłączeniem procesów. Kiedy klikamy opcję „Zamknij”, system Windows rzeczywiście zamyka nasze programy i kończy procesy, a następnie następuje wylogowanie z naszego profilu użytkownika. Niestety, to kończy się na tym „zamyku”, ponieważ nie dochodzi do prawdziwego resetu całego systemu. Zamiast tego Windows hibernuje sesję jądra oraz załadowane sterowniki, zapisując ich obraz w pliku hiberfil.sys na dysku.

    Włączenie systemu po takim „zamknięciu” nie oznacza, że system startuje od zera — Windows błyskawicznie wczytuje zachowany obraz jądra do pamięci RAM. Efektem tego jest szybkie uruchomienie systemu, które teoretycznie jest gotowe do działania. Jeśli jednak w poprzedniej sesji wystąpił problem, np. z zawieszonym sterownikiem, błędem peryferiów czy wyciekiem pamięci, to wszystkie te usterki zostaną przywrócone po ponownym uruchomieniu. To oznacza, że nasz Windows niejako „dziedziczy” błędy poprzedniej sesji, które najprawdopodobniej wystąpiły, dlatego zdecydowaliśmy się je wyłączyć, sądząc, że to umożliwi właściwe działanie systemu.

    Opisany powyżej scenariusz dotyczy sytuacji, w której klikamy „Zamknij”, a następnie ręcznie włączamy komputer ponownie. Co ciekawe, wynikiem użycia opcji „Uruchom ponownie”, która również pozwala na wyłączenie i automatyczne włączenie komputera, jest zupełnie inny efekt. W tym przypadku Windows z zasady ignoruje mechanizm hibernowania, co oznacza, że sesja jądra zostaje zakończona na stałe. Pamięć podręczna jest również czyszczona, a cały system przechodzi pełny tzw. zimny start — wszystkie sterowniki są ładowane od zera. Rezultat? Choć ponowne uruchomienie za pomocą tej domyślnej opcji może zajmować nieco więcej czasu, to skutecznie eliminuje problemy i błędy, które nękały nasz system w trakcie poprzedniej sesji. Może to pomóc w rozwiązaniu problemów z WiFi, kartą graficzną, sterownikami czy procesami systemu Windows.

    Czytaj dalej poniżej


    Microsoft stworzył następcę Painta. Teraz ubija projekt

    To nie tyle błąd, co relikt przeszłości

    Widząc różnice między tymi dwoma procesami można zadać sobie pytanie – skąd pomysł, aby taka funkcja znalazła się w systemie operacyjnym? Otóż to nic innego jak relikt przeszłości z czasów Windowsa 8. W obliczu powszechnego użycia dysków HDD pełny rozruch często zajmował zbyt wiele czasu, co skłoniło Microsoft do wprowadzenia opcji przyspieszającej ten proces. Dziś, gdy dominują dyski SSD, nie ma potrzeby stosowania takiego mechanizmu uruchamiania — szczególnie jeśli chcemy pozbyć się problemów wynikających z działania jakiegoś procesu czy sterownika. Teraz już wiadomo, że aby uzyskać pełen ponowny start, musimy skorzystać z dedykowanej opcji „Uruchom ponownie”.

    Co więcej, opcję szybkiego startu można również zablokować ręcznie — wystarczy skorzystać z wiersza poleceń lub okna Uruchom (Win + R) i wpisać „shutdown /s /t 0” bez cudzysłowu.

  • Ziemia zmienia swój kształt. I to w iście absurdalny sposób

    Ziemia zmienia swój kształt. I to w iście absurdalny sposób

    Pomiary z lat 1997-2015 wskazują na rosnące tempo unoszenia się biegunów Ziemi i osiadania obszarów równikowych. Mimo to… grawitacyjna figura naszej planety staje się coraz bardziej spłaszczona, co nie stanowi sprzeczności. Choć z „logicznego” punktu widzenia mogłoby się tak wydawać.

    Ziemia, wbrew powszechnym przekonaniom, nie ma kształtu idealnej kuli: jej obrót sprawia, że jest lekko spłaszczona w okolicach biegunów oraz rozszerzona w rejonie równika. Ten kształt nie jest jednak stabilny, ponieważ skorupa i płaszcz reagują na przemieszczenia ogromnych mas lodu oraz wody. Pomiary z systemu GNSS wskazują, że skalista powierzchnia od końca lat 90. coraz szybciej traci część swojego spłaszczenia. Natomiast geoida, czyli figura ilustrująca rozkład potencjału grawitacyjnego Ziemi, zmienia się w przeciwnym kierunku.

    Bieguny unoszą się dwa razy szybciej niż pod koniec lat 90. XX wieku

    Christopher Kotsakis z Uniwersytetu Arystotelesa w Salonikach przeprowadził analizy pionowych ruchów powierzchni zarejestrowanych przez sieć stacji GNSS. W badaniu opublikowanym w Journal of Geophysical Research: Solid Earth wykorzystał przede wszystkim ITRF2014, uzupełniając to danymi z wybranych stacji polarnych z ITRF2020. Odrzucił dane obciążone dużą niepewnością, takie jak: deformacje spowodowane trzęsieniami ziemi czy lokalne anomalie, co pozwoliło mu na zachowanie sieci 886 punktów pomiarowych. Następnie podzielił dane na okresy obejmujące lata 1997-2000, 2001-2005, 2006-2010 oraz 2011-2015.

    Wyniki pokazały, że na początku średnie tempo podnoszenia skalistej powierzchni w rejonach polarnych wynosiło około 0,5 mm rocznie. W latach 2011-2015 wzrosło do około 1 mm rocznie, co wyraźnie przekracza wartości przewidywane jedynie na podstawie polodowcowego odbicia skorupy. Natomiast w pobliżu równika znalazł dane wskazujące na narastające osiadanie, które nie przekracza jednak 1 mm rocznie. Na tej podstawie można oszacować, że różnica między promieniem równikowym a biegunowym skalistej Ziemi stopniowo maleje.

    Lód topnieje i zdejmuje ciężar z biegunów

    Wiele z tych obserwacji jest wynikiem glacjalnego dostosowania izostatycznego: to odpowiedź planety na zniknięcie lądolodów z ostatniej epoki lodowej. Podłoże, które wcześniej było lekko ugięte pod ich ciężarem, wciąż wraca ku górze, co obrazuje bardzo powolne tempo tych zmian, biorąc pod uwagę, że od końca zlodowacenia minęło około 11 tys. lat. Analizując dane, użyto kilku modeli GIA, aby odjąć ten sygnał. Niemniej jednak pozostała deformacja była nadal zbyt duża, by można ją było wyjaśnić jedynie odbiciem po lodowcach. Oznacza to, że obserwujemy wpływ współczesnych przemieszczeń mas, w szczególności utraty lodu Grenlandii i Antarktydy.

    Czytaj dalej poniżej

    Taki krater zdarza się "raz na 132 lata". Znaleźliśmy perełkę na Księżycu

    Wszystko to prezentuje się jak proces przeładowywania elastycznej powłoki planety. Gdy lądolód znika, skały pod nim unoszą się wskutek utraty naciskających na nie mas, a woda, która przepływa do oceanów, zwiększa nacisk na dno na niższych szerokościach geograficznych. Skalista część Ziemi traci swoją „płaskość”. Warto jednak dodać, że mają na to również wpływ zmiany zasobów wód na kontynentach, redystrybucja mas oceanicznych oraz dynamika płaszcza i procesy związane z obrotem planety.

    Geoid i skalista powierzchnia to dwie różne rzeczy

    Sprzeczność pojawia się dopiero w momencie zestawiania geometrii skał z pomiarami pola grawitacyjnego Ziemi. Współczynnik J2 opisuje główną część grawitacyjnego spłaszczenia Ziemi i reaguje przede wszystkim na położenie masy względem osi obrotu. Przenoszenie tych mas z regionów polarnych ku niższym szerokościom geograficznym zwiększa koncentrację masy dalej od osi, co prowadzi do dalszego spłaszczania geoida.

    Czytaj również: Ziemia jest jaśniejsza? Drastyczny skok od 2014 roku.

    Czy jednak badanie dostarcza konkretnych dowodów na zwiększanie się tempa zmian? Odpowiedź brzmi: tak i nie. Dane kończą się na 2015 roku, a sieć GNSS jest zbyt nierównomiernie rozmieszczona, co powoduje dodatkową niepewność przy interpolowaniu pomiarów nad oceanami i obszarami polarnymi. Odpowiedź ze strony grawitacji jest przy tym większa niż w wielu wcześniejszych pracach i może zależeć od istotnego założenia, że deformację po odjęciu GIA można przybliżyć modelem dla sprężystości Ziemi. Są to jednak bardzo interesujące dane, ponieważ wskazują na wpływ nie tylko naszych współczesnych działań, ale również na wydarzenia, które miały miejsce w odległej przeszłości naszej planety.

  • Działaj i odpoczywaj na maksa. Oto HUAWEI Watch GT 7 Pro

    Działaj i odpoczywaj na maksa. Oto HUAWEI Watch GT 7 Pro

    Balans w intensywnych dniach z HUAWEI Watch GT 7 Pro

    Intensywne dni wcale nie muszą oznaczać braku balansu. HUAWEI Watch GT 7 Pro pragnie nam w tym pomóc.

    Nowoczesny design i zaawansowane technologie

    Nowy HUAWEI Watch GT 7 Pro to zegarek o tytanowej kopercie, ceramicznej ramce oraz szafirowym szkle, który łączy wytrzymałość z eleganckim wyglądem. Wpasowuje się on zarówno w styl sportowy, jak i biznesowy. Zastosowany system pozycjonowania Huawei Sunflower, wspomagany algorytmem AI-XDR, odbiera sygnał z sześciu sieci satelitarnych jednocześnie, co zapewnia o 20% większą dokładność śladu GPS, nawet w wymagających warunkach, takich jak gęste lasy czy obszary miejskie z wysokimi budynkami.

    Wielofunkcyjność i wsparcie dla sportowców

    Zegarek oferuje ponad 100 trybów sportowych, w tym specjalistyczne funkcje Pro, takie jak biegi przełajowe, zaawansowany tryb golfowy czy narzędzia do nurkowania swobodnego do 40 metrów głębokości. Bateria o pojemności 867 mAh wystarcza na pracę do 21 dni przy lekkim użytkowaniu, lub do 12 dni w typowym scenariuszu, gdzie stale monitorowane jest tętno i sen. Urządzenie obsługuje również płatności zbliżeniowe przez Curve Pay, umożliwia odbieranie połączeń dzięki wbudowanemu głośnikowi i mikrofonowi oraz pozwala na monitorowanie regeneracji organizmu poprzez analizę HRV, poziomu stresu i gotowości fizycznej.

    Więcej informacji

    Po więcej informacji zapraszamy do obejrzenia wideo powyżej.

    —

    Czytaj dalej poniżej


    Klasyczna karta SIM czy eSIM: co tak naprawdę je różni?

    Materiał powstał we współpracy z marką HUAWEI.

  • Kontynuacja prawie idealna? Ja chcę kolejne gry i filmy. Control Resonant

    Kontynuacja prawie idealna? Ja chcę kolejne gry i filmy. Control Resonant

    Siedem lat po premierze oryginalnego Control, Remedy Entertainment powraca z tytułem, który wykroczył poza utarte schematy serii, proponując unikalne połączenie gry akcji z RPG w otwartym świecie. Zamiast głównej bohaterki Jesse Faden wkraczamy w buty jej brata, Dylana, a surrealistyczna wizja Manhattanu zastępuje biurowe labirynty Najstarszej Siedziby. To odważny krok, ale jak pokazuje reakcja graczy, zapewne najlepszy z możliwych.

    Control Resonant – recenzja gry

    Narracja w Control Resonant koncentruje się na Dylanie Fadenie – postaci zdecydowanie cichszej i bardziej introspektywnej niż jego siostra, Jesse. Jego celem nie jest heroizm, lecz pokuta. Dylan odczuwa odpowiedzialność za inwazję Syku na Najstarszą Siedzibę w pierwszej części, a teraz, po wielu latach uwięzienia przez Federalne Biuro Kontroli, pragnie odkupić swoje winy.

    Relacja Dylana z Jesse, która zniknęła krótko przed wydarzeniami z drugiej gry, stanowi kluczowy element fabuły, a fragmenty z jej udziałem rzucają nowe światło na to, co miało miejsce w pierwszej odsłonie. Regularne rozmowy radiowe z Zoe De Verą – agentką terenową FBK, pełniącą rolę opiekunki Dylana – dodają głębi interaktywności. Gracz ma możliwość wyboru tonu odpowiedzi (złość, rezerwa, poczucie winy), co wpływa na dynamikę ich relacji, choć nie zmienia głównego wątku. Zoe, w tej roli zagrana przez Frankie Kevich, stanowi doskonałe przeciwieństwo dla naiwności Dylana, a jej osobiste zmagania z moralnymi dylematami w biurokratycznej strukturze dodają głębi drugoplanowej postaci.

    Ten świat jest jeszcze bardziej pokręcony

    Świat przedstawiony w Control Resonant to zmieniony Manhattan, który został opanowany przez dziwne zjawiska. Budynki wyginają się, autobusy unoszą się w powietrzu pokryte pleśnią, a całe dzielnice przypominają surrealistyczne instalacje artystyczne. Remedy nie stworzyło jedynie kolejnego otwartego świata z prostą listą zadań, ale zaprojektowało labirynt, w którym grawitacja staje się opcjonalna, a perspektywa ciągle się zmienia. Jest to szalone, ale jednocześnie niezwykle wciągające.

    Czytaj dalej poniżej


    Nie masz Nintendo? To najlepsze "pokemony", w jakie możesz dziś zagrać

    System eksploracji opiera się na podzielonych strefach, z których każda działa jak odrębny rozdział z własną dynamiką. Dylan ma do dyspozycji jeden z najprzyjemniejszych systemów poruszania się – podwójny skok połączony z szybowaniem, wielokrotne „dashe” w powietrzu oraz umiejętność chodzenia po ścianach i sufitach czynią przemierzanie miasta prawdziwą przyjemnością, a nie obowiązkiem. Manipulacje grawitacyjne nie są jedynie ozdobnikami – są kluczowe dla projektowania poziomów, co sprawia, że walka na dachach drapaczy chmur z odwróconą perspektywą nabiera monumentalnego charakteru.

    Wygląda na otwarty świat, ale…

    Manhattan nie jest typowym otwartym światem, w którym już od pierwszych minut możemy swobodnie biegać z jednego końca mapy na drugi. Remedy zaprojektowało kilka dużych, otwartych przestrzeni, które są połączone różnymi szlakami. Dylan systematycznie zdobywa nowe zdolności, które pozwalają mu eksplorować wcześniej niedostępne miejsca, więc już podczas pierwszych godzin możemy dostrzegać przejścia, wysoko położone platformy czy fragmenty lokacji, do których obecnie nie mamy dostępu.

    Czym i jak się walczy?

    Największą zmianą w formule kontrolnej jest rezygnacja z dynamicznego shootera. Dylan posługuje się Aberratorem – bronią o zmiennym kształcie, która może przybierać formy od dualnych ostrzy, przez maczugę, aż po kosę. Każda forma ma swoją unikalną kombinację ciosów oraz specjalne zakończenie, a gracz może przełączać się między nimi w locie, dostosowując styl walki do sytuacji.

    Aberrator na samym początku oferuje trzy podstawowe formy, z których każda zapewnia zupełnie inny styl walki. Szerokie cięcia glefii sprawdzają się przeciwko grupom wrogów, błyskawiczne ciosy bliźniaczych ostrzy zwiększają szansę na trafienie krytyczne, natomiast ciężki topór najlepiej radzi sobie z pojedynczymi celami, zwłaszcza atakowanymi od tyłu. Każdą formę tej broni możemy rozwijać osobno, inwestując w walutę oraz surowce zdobywane podczas eksploracji i walki.

    Mechanika walki ewoluuje z prostego klikania w kierunku złożonego systemu budowania postaci. Drzewko umiejętności jest rozległe, a dodatkowe atuty możemy zdobywać za pomocą artefaktów oraz zdolności przypisanych do bossów zwanych Rezonantami. Kluczowe jest zrozumienie balansu między stanami potyczki, tymczasowymi bonusami do obrażeń po egzekucji oraz zarządzaniem paskiem mocy do aktywacji specjalnych zdolności. Po opanowaniu tych mechanizmów, pojedynki nabierają tempa – Dylan porusza się dynamicznie po arenie, realizuje egzekucje i wykorzystuje zdobyte dodatkowe korzyści.

    Jednakże system walki nie jest pozbawiony wad. Pierwsze godziny rozgrywki mogą być frustrująco trudne – gra słabo tłumaczy mechanikę, a ograniczona liczba dostępnych umiejętności na starcie sprawia, że walka wydaje się sztucznie ograniczona. Dopiero po odblokowaniu kolejnych opcji i eksperymentowaniu z różnymi kombinacjami broni, system zaczyna działać i ujawnia swój pełny potencjał. Bossowie mogą imponować wizualnie, chociaż niektórzy z nich zbytnio polegają na solidnych paskach zdrowia, zamiast na rozbudowanych schematach ataków. System progresji działa w ten sposób, że nie levelujemy postaci, lecz konkretne strefy. Każda aktywność w danej dzielnicy Manhattanu (zabijanie wrogów, odkrywanie skarbów, wykonywanie zadań) podnosi poziom tej strefy. Wraz z awansem strefy odblokowują się ulepszenia (lepszy handlarz, więcej zdrowia z dropów, oznaczenie skarbów), a my zdobywamy jeden punkt umiejętności dla Dylana.

    To gra Remedy. Widać i czuć

    Remedy nie zapomina o swoim charakterystycznym stylu narracyjnym – świat jest pełen notatek, nagrań i dokumentów, które odkrywają lore uniwersum. Pojawiają się wątki sugerujące istnienie organizacji konkurencyjnej względem FBK, co może zwiastować przyszłe rozwinięcie Remedy Connected Universe. Na konsoli PS5 Pro dostępne są trzy presety: tryb jakości z ray tracingiem przy 30 klatkach, tryb wydajnościowy zapewniający 60 fps w skalowanym 4K, oraz kompromisowy balans łączący 40 fps z pełnym śledzeniem promieni (wymagający ekranu 120 Hz z HDMI 2.1). Osobiście wybrałem opcję wydajnościową, ponieważ w tak szybkim tempie walki każda utrata płynności była odczuwalna.

    Aż ma się ochotę na więcej

    Control Resonant to gra, która nie boi się być dziwna i surrealistyczna. W czasach, gdy twórcy unikają ryzyka, Remedy zdecydowało się na radykalną zmianę formuły, tworząc tytuł, który jest zarówno RPG, jak i grą akcji, opowieścią o odkupieniu, jak i surrealistyczną podróżą przez zniekształcony Manhattan. Choć pierwsze godziny mogą być zniechęcające z powodu trudności oraz przytłaczających mechanik, wystarczy odrobina cierpliwości, aby przemienić je w jeden z najbardziej satysfakcjonujących systemów walki i eksploracji.

    Dla fanów „jedynki” jest to spore odstępstwo od dotychczasowych norm – wielu mogło spodziewać się czegoś innego, jednak satysfakcja oraz radość płynąca z pojedynków w pełni rekompensuje kredyt zaufania, który obdarzamy grą. W głębi duszy marzę jednak o dalszym zgłębianiu świata Control, w stylu „Alana Wake’a”, aby jeszcze bardziej poznać ten uniwersum. Może prequel? Możliwości są ogromne, a widać, że Remedy zamierza rozbudowywać tę franczyzę; w powietrzu unosi się także zapowiedź filmu lub serialu. To wszystko to pozytywne wieści dla fanów (w tym dla mnie), więc póki co „Control Resonant” spokojnie wystarczy.

    Control Resonant



    plusy

    • Przyjemna i zróżnicowana eksploracja
    • Głęboki, satysfakcjonujący system walki
    • Świetny design świata i klimat
    • Ciekawa narracja i bohaterowie
    • Bogaty lore i spójne uniwersum
    • Dobrze poprowadzony rozwój bohatera


    minusy

    • Frustrujący i słabo wytłumaczony początek
    • Niezbalansowane starcia z bossami
    • Iluzoryczność wyborów dialogowych

    Grę na potrzeby recenzji udostępnił wydawca. Firma nie miała wglądu ani wpływu na treść artykułu przed publikacją.

  • Ten zegarek dostosuje się do Ciebie i podpowie, co zmienić

    Ten zegarek dostosuje się do Ciebie i podpowie, co zmienić

    Życie rzadko jest spokojne, uporządkowane i w pełni kontrolowane. Częściej ma formę serii gwałtownych zdarzeń, sytuacji, zmian i intensywnego dostosowywania się do otaczającej rzeczywistości – poranne intensywne treningi, całodzienny maraton w pracy, a wieczorem, gdy usiadamy z książką lub oglądamy ulubiony serial, próbujemy złapać oddech przed kolejnym dniem.

    Gdy działamy na pełnych obrotach

    Huawei Watch GT 7 Pro, który właśnie zadebiutował na polskim rynku, został stworzony z myślą o takich właśnie skrajnych momentach. To zegarek, który z radością rejestruje interwały na bieżni, jak i delikatnie przypomina, że nadszedł czas na chwilę oddechu.

    Dokładny GPS na najwyższym poziomie

    Możemy być jeszcze nieco senni, ale zegarek już od samego początku działa na pełnych obrotach. Gdy dajemy z siebie wszystko na treningu lub próbujemy poprawić swoje wyniki, zegarek musi pracować solidnie i bezbłędnie, pokazując nasze położenie. Dlatego Huawei Watch GT 7 Pro wykorzystuje nowoczesny system pozycjonowania Huawei Sunflower oraz zaawansowany algorytm AI-XDR. Konstrukcja opiera się na jednoczesnym odbieraniu sygnału z sześciu sieci satelitarnych: dwuzakresowego GPS, GLONASS, BeiDou, Galileo, QZSS i NavIC. Dodatkowo, analizę ruchu wspomaga czujnik inercyjny IMU.

    Taki zestaw technologii przekłada się na znaczną korzyść – zegarek rejestruje trasę nawet o 20% dokładniej w miejscach, gdzie tradycyjne urządzenia mogą stracić zasięg. Przykładem mogą być dynamiczne zjazdy narciarskie po łukach, gdzie zbocza gór i drzewa często blokują sygnał – tak, na nartach również można z nim jeździć. Jeśli biegamy w gęstym lesie lub szkółce miejskiej wśród wysokich budynków, od razu zauważymy bardziej precyzyjny ślad naszej trasy przy pierwszym uruchomieniu ćwiczenia.

    Wybierz dyscyplinę, a zegarek zmierzy, co trzeba

    Wygląd zegarka, do którego za chwilę wrócimy, sugeruje, że jest on gotowy na wiele więcej, niż moglibyśmy podejrzewać. Huawei Watch GT 7 Pro oferuje ponad sto różnych trybów sportowych, a wersja Pro wprowadza dodatkowe funkcje, niedostępne w podstawowym modelu GT 7 – w tym biegi przełajowe, zaawansowany tryb golfowy z podglądem pola oraz pełen zestaw narzędzi do nurkowania swobodnego, z certyfikacją do 40 metrów głębokości i normą EN13319. Rowerzyści natomiast zyskali nowe funkcje związane z jazdą w terenie – zegarek ostrzega o zbliżających się podjazdach, jego nachyleń oraz długości, a także sygnalizuje ostre zakręty na trasie.

    Czytaj dalej poniżej

    Orange Market nabiera rozpędu. To nie jest kolejny sklep ze smartfonami

    Zapomnij o ładowaniu na wiele dni

    A co z energią? W ciągu dnia możemy odczuwać jej brak, więc będziemy chcieli zregenerować siły przy kawie, z książką, czy w rozmowach ze znajomymi, ale nowy zegarek Huawei działa na zupełnie innych zasadach. Ogniwo o pojemności 867 mAh, wykonane w technologii warstwowej z wysokim zagęszczeniem krzemu, pozwala na działanie do 21 dni przy lekko intensywnym użytkowaniu, do 12 dni w standardowym trybie z ciągłym pomiarem tętna, snu i powiadomieniach, a nawet do 51 godzin ciągłego pomiaru GNSS w trybie biegów przełajowych lub 44 godzin w trybie rowerowym.

    Tak, można płacić zegarkiem

    A skoro zawsze mamy go ze sobą, czyż nie byłoby wygodniej zapłacić za wodę w drodze do domu lub kawę w drodze do pracy, nie sięgając ani po portfel, ani nawet po telefon? Funkcja płatności zbliżeniowych działa z pomocą aplikacji Curve Pay, a możliwość odbierania połączeń bezpośrednio z nadgarstka dzięki wbudowanemu głośnikowi i mikrofonowi to niezwykle przydatna cecha, gdy telefon pozostaje w kieszeni kurtki czy spodni w trakcie biegu, albo gdy schowaliśmy go do plecaka czy torby.

    Co istotne, cały ten zbiór funkcji trafił na nasz rynek w cenie znacznie niższej niż w przypadku konkurencyjnych modeli o podobnym zestawie czujników i materiałów. Tytanowa koperta, szkło szafirowe i wielosystemowy GNSS w zegarkach rywalizujących na rynku często oznaczają cenę na poziomie dwóch, a nawet dwóch i pół tysiąca złotych – tutaj mówimy o znacznie bardziej przystępnej kwocie, wynoszącej 1699 zł (bez promocji na start, która do 18 października zapewnia dodatkowe 200 zł oszczędności). To czyni GT 7 Pro jedną z najbardziej opłacalnych opcji na rynku.

    Kiedy trzeba zwolnić

    Są chwile – te dłuższe lub krótsze – które wymagają zupełnie innych cech od noszonego na nadgarstku urządzenia. Tutaj liczy się to, aby zegarek nie był uciążliwy, nie wymagał znajomości skomplikowanych menu i nie generował dodatkowych bodźców w momencie, gdy człowiek stara się od nich odpocząć.

    Obudowa na każdą okazję

    Watch GT 7 Pro odpowiada na to przede wszystkim swoją spokojną estetyką. Koperta ze stopu tytanu klasy lotniczej, ceramiczna ramka wykonana z nanokrystalicznej ceramiki oraz ceramiczny tył koperty sprawiają, że zegarek prezentuje się elegancko niezależnie od sytuacji – doskonale pasuje zarówno do stroju sportowego, jak i do codziennej stylizacji czy na spotkanie biznesowe. Nowy pasek EasyCross z mechanicznym systemem chowanej końcówki dodatkowo eliminuje problem odstającego fragmentu paska, który zaczepia o inne rzeczy.

    Zegarek nie monitoruje tylko postępów sportowych. Odpoczynek jest równie ważny

    Za funkcje wspierające regenerację odpowiada zestaw czujników działających pod wspólną nazwą Huawei TruSense – optyczny pomiar tętna, pulsoksymetr mierzący poziom saturacji krwi tlenem, czujnik temperatury skóry oraz elektrokardiograf, który uruchamiamy, przyciskając palec do elektrody w dolnym przycisku. Zegarek całodobowo monitoruje zmienność rytmu serca (HRV), na podstawie której oblicza poziom stresu oraz wskaźnik samopoczucia emocjonalnego, a my możemy w dowolnej chwili skorzystać z ćwiczeń oddechowych przeprowadzanych na ekranie. To właśnie te dane, w połączeniu z analizą snu oraz liczbą spalonych kalorii, składają się na nową funkcję gotowości fizycznej, która ma sugerować, czy organizm jest gotowy na kolejny wysiłek, czy raczej potrzebuje jeszcze regeneracji.

    Mini-treningi – duża zmiana?

    Analiza snu uwzględnia również monitorowanie oddechu w nocy, a ekran AMOLED o przekątnej 1,47 cala z szczytową jasnością do 3000 nitów w trybie nocnym automatycznie wygasza się, nie zakłócając odpoczynku. Dodatkowo warto wspomnieć o małym, ale sympatycznym elemencie – minutowe mini-treningi prowadzone przez animowaną pandę, dostępne z poziomu specjalnej tarczy lub w kursach w zakładce „ćwiczenia”, które w kilka chwil rozciągają barki, szyję czy dłonie po długim siedzeniu przy komputerze. Może brzmieć to zabawnie, ale po kilku sesjach, gdy odczuwamy ulgę, szybko przekonamy się do takich „chwil dla siebie”.

    Zegarek dopasowuje się do nas

    Prawda jest taka, że rzadko kiedy udaje nam się żyć według idealnie równego, przewidywalnego planu. Zazwyczaj balansujemy pomiędzy godzinami lub całymi dniami pełnymi intensywnej pracy, a chwilami, w których pragniemy po prostu złapać oddech i nabrać sił. Huawei Watch GT 7 Pro nie próbuje na siłę zmieniać nikogo z naszych nawyków. Zamiast tego, dostosowuje się do naszego tempa: oferuje precyzyjne parametry treningowe w trakcie wysiłku, a gdy zwalniamy, dba o nasz wypoczynek i sen, by później podpowiedzieć, co możemy poprawić.

    —

    Materiał powstał we współpracy z marką Huawei.

  • Problemy twórców ChatGPT. Użyto Claude’a do zhakowania OpenAI

    Problemy twórców ChatGPT. Użyto Claude’a do zhakowania OpenAI

    Twórcy ChatGPT zorganizowali konkurs na wykrywanie luk. Hakerom wystarczyły 72 godziny, by uzyskać dostęp do kont i poufnych danych.

    Twórcy ChatGPT zostali zhakowani, a do ataku wykorzystano model konkurencji. Zespół białych hakerów z firmy Hackron AI powiadomił, że 25 lipca uzyskał dostęp do wewnętrznego repozytorium kodu OpenAI oraz kont ChatGPT i Codex niektórych pracowników. Zespół hakerski złożył pull request do prywatnego repozytorium OpenAI, co pokazuje, że nawet firmy zajmujące się sztuczną inteligencją nie są bezpieczne przed atakami wykorzystującymi AI.

    OpenAI samo prosiło o błędy. Hakerzy dostarczyli im listę luk

    Analitycy działali w ramach programu bug bounty OpenAI. Zidentyfikowali krytyczne luki, które umożliwiły im przejęcie wewnętrznych narzędzi pracowników oraz dostęp do prywatnych repozytoriów. Łańcuch ataku był skomplikowany: złośliwy obraz HEIF wgrany jako zdjęcie profilowe na forum OpenAI oparte na Discourse, a następnie przepełnienie bufora w przestarzałej bibliotece libheif, które umożliwiło zdalne wykonanie kodu (RCE). Potem nastąpił błąd w mechanizmie SSO OpenAI, co doprowadziło do przejęcia kont ChatGPT oraz Codex, a stąd już prosta droga do GitHuba i wewnętrznego pull requesta.

    W całej tej historii sztuczna inteligencja odegrała kluczową rolę, jednak była to technologia konkurencyjna. Hakerzy wykorzystali model Claude Opus 5 od Anthropic. Wcześniejsze próby z wersją Opus 4.8 zakończyły się niepowodzeniem. Po zidentyfikowaniu niezałatanej biblioteki libheif na forum OpenAI, przekazali modelowi surowe dane serwera i poprosili o napisanie exploita. Claude przeanalizował strukturę pamięci, obliczył, jak wywołać przepełnienie sterty, i wygenerował precyzyjny, uzbrojony kod do stworzenia złośliwego pliku HEIF. Następnie hakerzy tylko wgrali go na forum i dokończyli atak.

    Nie ma jednak ryzyka, że przypadkowy użytkownik z kilkoma tokenami do wykorzystania wejdzie na serwery największych firm. Hakerzy biorący udział w operacji uzyskali dostęp do specjalnej wersji Claude’a z poluzowanymi restrykcjami.

    Czytaj dalej poniżej


    ChatGPT idzie po finanse. Czy jest branża, której nie opanuje?

    Po uzyskaniu dostępu do systemu hakerzy natychmiast zakończyli testy i powiadomili OpenAI oraz Discourse o zidentyfikowanych lukach. Nie badali ani nie pobierali kodu źródłowego OpenAI. Od pierwszego odkrycia do pełnego rozwiązania sprawy minęło 72 godziny. OpenAI naprawiło problem w ciągu 14 godzin od zgłoszenia i wypłaciło 6 500 dolarów nagrody. Discourse również załatało swoją stronę.

  • Delfiny mogą zachowywać się jak szkolni prześladowcy. Odkryto zaskakujący sposób zdobywania pożywienia

    Delfiny mogą zachowywać się jak szkolni prześladowcy. Odkryto zaskakujący sposób zdobywania pożywienia

    Delfin urządza rybom prawdziwy bullying. Zmusza je, żeby same oddały mu obiad

    Delfiny są znane z licznych dziwacznych zachowań, które potrafią zamienić wizerunek słodkiego zwierzaka w obraz prawdziwego drania. Zabawiają się, podrzucając rybki, potrafią celowo irytować inne zwierzęta i czasami wręcz je nękać. Do tej listy niecnych wybryków należy dodać kradzież jedzenia, na wzór amerykańskich filmów o szkolnych łobuzach. Wyjątkowym specem od tego jest pewien delfin o imieniu Bubbles, który od 2017 roku dokucza rybom w południowej części Wielkiej Rafy Koralowej w Australii.

    Bubbles – prawdziwy łobuz, który zmusza ryby do oddania jedzenia

    Delfiny opracowały wiele różnych technik zdobywania pożywienia. Zwykle polują w grupach, otaczając ławice ryb i stopniowo je zagęszczając, aż w końcu chwytają kilka sztuk naraz. Niektóre gatunki nauczyły się formować pierścienie lub ściany z bąbelków, zmuszając ryby do tłoczenia się w jednym miejscu. A co robi Bubbles? Działa w pojedynkę, zmuszając ryby do oddawania mu pożywienia.

    Delfin najpierw skanuje otoczenie za pomocą echolokacji, wybiera konkretną rybę, a następnie rozpoczyna pościg. Nie zabija jednak ofiary – zamiast tego wywiera na niej tak dużą presję, że ryba, będąc w ekstremalnym stresie, zwraca swoją zdobycz. Bubbles połyka wypluty posiłek i ponownie powtarza tę samą czynność. Ta technika zafascynowała badaczy na tyle, że stała się podstawą do badania opublikowanego w czasopiśmie „Ecology and Evolution”.

    Kleptopasożytnictwo – przykład naturalnego bullyingu

    Autorzy badania określają działania Bubblesa jako kleptopasożytnictwo, które polega na odbieraniu pokarmu innym gatunkom, zazwyczaj w agresywny sposób i w wyniku konfrontacji. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że delfin doświadczają jakiś rodzaj niewłaściwej satysfakcji z tego procesu. W jego zachowaniu dostrzega się również element zdrowego nękania, które sięga poza samą chęć zdobycia pożywienia.

    Czytaj dalej poniżej

    Oto "genetyczny ChatGPT". Tak wygląda potężna broń naukowców

    Łatwo jest nam wyobrażać sobie podobne scenariusze i tworzyć analogie do ludzkiego zachowania, jednak badacze przestrzegają przed takimi interpretacjami. To bowiem może prowadzić do antropomorfizacji, czyli przypisywania zachowaniom zwierząt cech typowo ludzkich. Kleptopasożytnictwo występuje również u pszczół, os, niedźwiedzi czy wilków, polega on zwykle na dominacji. Zjawisko to jest jednak rzadko spotykane u zwierząt morskich. Chociaż zarejestrowano przypadki, w których delfiny Risso zmuszały kaszaloty do wymiotów, by spożywać ich resztki, zastosowanie tej techniki w przypadku pojedynczych ataków może być fenomenem.

    Bubbles potrafił powtórzyć ten proces nawet dziesięć razy w ciągu pół godziny, nie zadając rybom żadnych fizycznych obrażeń. Co ciekawe, delfin ten wybiera niemal wyłącznie ryby z gatunku trewal. Badacze zauważyli też, że w trakcie bliskiego podążania za ofiarą, Bubbles wydaje serię kliknięć i tonów o niskiej częstotliwości. Nie wiadomo jednak, czy są one wykorzystywane do lokalizacji odpowiednich ryb, czy mają na celu zwiększenie reakcji stresowej ofiary.

    Autorzy badania podkreślają, że ich obserwacje opierały się jedynie na przypadku Bubblesa, co sprawia, że próba badawcza jest zbyt mała, by wyciągać wnioski dotyczące całego gatunku delfina butlonosego. Niemniej jednak nie można wykluczyć, że podobna strategia występuje u innych osobników – problemem pozostaje trudność w uchwyceniu takich przypadków. W przyszłości pomocne mogą okazać się kamery wideo montowane bezpośrednio na zwierzętach oraz wykorzystanie dronów.

  • Orange dla studentów: szybki światłowód i terabajty danych w telefonie w świetnej cenie

    Orange dla studentów: szybki światłowód i terabajty danych w telefonie w świetnej cenie

    Nowy Rok Akademicki z Orange: Oszczędności dla Studentów

    Z początkiem roku akademickiego nadchodzi czas planowania wydatków w ograniczonym budżecie studenckim. W odpowiedzi na tę potrzebę, operator sieci Orange przygotował dwie oferty skierowane szczególnie do powracających na uczelnie studentów. Zgodnie z preferencjami użytkowników: wiele opcji, elastyczność oraz atrakcyjna cena.

    Choć od czasu moich studiów minęło już wiele lat, przełom września i października wciąż przywołuje wspomnienia z tamtych czasów. Jednym z wyzwań, z jakimi musiałem się wówczas zmierzyć, było zapewnienie sobie dostępu do internetu, zwłaszcza podczas przeprowadzki do nowego mieszkania. Podobnie wyglądała kwestia telefonu, za który co miesiąc trzeba było płacić, niezależnie od tego, czy korzystało się z oferty na kartę, czy abonamentowej.

    Od tego czasu wiele się zmieniło. Choć nadal ponosimy koszty za usługi telekomunikacyjne, są one znacznie niższe w porównaniu z czasami studenckimi. Przeliczając je na dzisiejsze zarobki, różnica jest jeszcze bardziej zauważalna. Dodatkowo, jakość oferowanych usług przez operatorów znacząco wzrosła. W erze moich studiów dostęp do internetu oferowanego przez dostawców telewizji kablowej był luksusem. Brak kabla w mieszkaniu oznaczał skorzystanie z mobilnego internetu o znacznie gorszych parametrach.

    Dziś jakość i dostępność usług telekomunikacyjnych jest znacznie lepsza,i studenci mają w czym wybierać. Operator sieci Orange dostrzegł tę potrzebę i przygotował dedykowane oferty dla społeczności akademickiej. Jedna z nich dotyczy światłowodu, co jest niezwykle istotne dla studenckiego życia, podczas gdy druga skupia się na popularnej ofercie Orange Flex, znanej z korzystnego stosunku jakości do ceny. Oferta ta, w wersji studenckiej, jest jeszcze bardziej atrakcyjna.

    Planujesz rozpoczęcie studiów lub powrót do akademickiej rzeczywistości? Sprawdź, co Orange przygotował dla Ciebie. Możliwe, że pozwoli Ci to zaoszczędzić kilkadziesiąt złotych miesięcznie.

    Czytaj dalej poniżej


    iPhone 18 Pro w Orange. Znamy ceny

    Światłowód od Orange specjalnie dla studentów: Atrakcyjna cena, różne prędkości, elastyczna umowa

    Oferta internetowa przygotowana przez Orange dla studentów nie zawiera żadnych istotnych wad. Na początek … nie ponosimy żadnych kosztów. Aktywacja oraz pierwszy miesiąc abonamentu są bezpłatne. To doskonała okazja, by sprawdzić działanie światłowodu i dostosować prędkość do własnych potrzeb — w każdej chwili możemy ją zmienić. Co zaproponowano dalej? Szybko i tanio! Za prędkość do 300 Mb/s zapłacimy jedynie 49,99 zł miesięcznie. Ta cena obowiązuje od 2. do 12. miesiąca, a umowa jest bezterminowa, co oznacza możliwość rezygnacji w dowolnym momencie bez żadnych kar. To istotne, zwłaszcza jeśli nie pobędziemy w danym mieszkaniu dłużej niż 10 miesięcy w trakcie roku akademickiego.

    Oczywiście 300 Mb/s to nie jedyna opcja dla studentów. W razie potrzeby można skorzystać z prędkości: 600 Mb/s, 1 Gb/s lub 2 Gb/s, wystarczy jedynie dopłacić 10, 20 lub 30 zł miesięcznie do ceny opcji do 300 Mb/s.

    Aby ułatwić wybór, prezentujemy szczegółową tabelę:

    Prędkość światłowodu do 300 Mb/s do 600 Mb/s do 1 Gb/s do 2 Gb/s
    Umowa bezterminowa, korzystaj jak długo chcesz
    Aktywacja 0 złotych
    Abonament w 1. miesiącu (z rabatami) 0 złotych
    Abonament od 2. do 12. miesiąca (z rabatami) 49,99 zł/mies. 59,99 zł/mies. 69,99 zł/mies. 79,99 zł/mies.

    Od 13. miesiąca obowiązują standardowe stawki, a od pierwszego miesiąca doliczana jest opłata za wynajem modemu.

    Dzięki ofercie Orange studenci mogą cieszyć się szybkim i stabilnym światłowodem w przystępnej cenie, co ma ogromne znaczenie. Ponadto istnieje możliwość rezygnacji w każdej chwili. Więcej informacji na temat dostępności oferty oraz szczegółów można znaleźć na stronie internetowej Orange.

    To jednak nie wszystko. Kolejna oferta dotyczy telefonu – Orange Flex z dodatkowymi gigabajtami. Oto, co warto wiedzieć.

    Orange Flex z turbodoładowaniem dla studentów

    Na łamach Antyweb regularnie opisujemy, jak atrakcyjna jest oferta subskrypcyjna Orange Flex. Dla tych, którzy jeszcze jej nie znają, szybkie wprowadzenie: Orange Flex jest subskrypcją, co oznacza brak konieczności podpisywania umowy na czas określony — można zrezygnować w każdej chwili. Do wyboru mamy trzy plany: 75 GB za 35 zł, 150 GB za 50 zł i nielimitowany internet za 80 zł. W zależności od wybranego planu można również bezpłatnie dodać jedną, dwie lub trzy dodatkowe karty SIM/eSIM, co pozwala na korzystanie z pakietu na różnych urządzeniach, takich jak smartwatch, tablet, laptop czy mobilny router. Dodatkowo, studenci mogą liczyć na wyjątkowe bonusy.

    Po weryfikacji statusu studenta na platformie Uniperks można otrzymać nawet 1 TB internetu miesięcznie przez pół roku, co daje łącznie 6 TB za darmo. Co więcej, nowi użytkownicy Orange Flex przez pierwsze 3 miesiące nie zapłacą ani złotówki za korzystanie z usługi. Wystarczy użyć kodu dostępnego na platformie Uniperks. Planujesz wyjazd za granicę? Do końca 2026 roku studenci mogą korzystać z pakietów internetu w roamingu UE w ramach Orange Flex Travel z rabatem sięgającym 25%.

    Oferta studencka Orange Flex jest dostępna zarówno dla osób, które przenoszą numer od innego operatora, jak i dla tych, którzy potrzebują nowego numeru.

    Więcej pieniędzy w kieszeni, szybki internet w mieszkaniu oraz duża liczba gigabajtów w smartfonie — tak można podsumować nowy rok akademicki z Orange. Warto skorzystać!

    Materiał opracowany we współpracy z operatorem sieci Orange

  • Lidl zaszalał. Mocne przeceny na uwielbiany sprzęt Parkside

    Lidl zaszalał. Mocne przeceny na uwielbiany sprzęt Parkside

    Lidl wprowadza kolejną serię promocji na elektronarzędzia marki Parkside. Tym razem zakupy można zrobić online, odwiedzając stronę lidl.pl.


    Lidl zauważył, że wrzesień to idealny czas na zakupy do warsztatu i ogrodu. Na stronie Lidl.pl pojawiła się szeroka oferta przecenionych narzędzi Parkside, zarówno elektronarzędzi zasilanych sieciowo, jak i akumulatorowych. W wielu przypadkach obniżki cen są naprawdę atrakcyjne.

    Promocje na sprzęt Parkside w sklepie internetowym Lidla

    Jednym z dobrze ocenianych produktów jest młotowiertarka udarowa o mocy 1550 W, której cena została obniżona o 100 zł do 219 zł. Urządzenie oferuje trzy tryby pracy: wiercenie bez udaru, wiercenie udarowe i dłutowanie. Maksymalna siła udaru wynosi 5 J, a uchwyt SDS-Plus ułatwia szybką wymianę osprzętu. Tańsze są również akumulatory Parkside. Model PAP 204 A1 o pojemności 4 Ah kosztuje teraz 99 zł, w porównaniu do wcześniejszej ceny 119 zł. Jeszcze bardziej atrakcyjne jest zestawienie akumulatora PAP 202 A1 z ładowarką PLG 20 C1, którego cena spadła z 99 zł do 79 zł.

    Lidl obniżył także cenę szlifierki kątowej PWS 230 F6. Zamiast 209 zł, teraz cena wynosi 167 zł. Szlifierka sprawdzi się doskonale w cięciu i szlifowaniu metalu oraz płytek. Urządzenie wyposażono w aluminiową obudowę przekładni, regulowaną osłonę 2 w 1 oraz blokadę wrzeciona, co ułatwia wymianę narzędzi.

    W ofercie znajdą się także propozycje dla miłośników prac ogrodowych. Akumulatorowe nożyce teleskopowe do żywopłotu PATHS 20 A1 są teraz dostępne za 179 zł zamiast 249 zł. Urządzenie pozwala na pracę na wysokości do około 4 m, a teleskopowa rura może być regulowana w zakresie 43 cm. Głowicę można ustawić w 11 pozycjach, od -60 do 90 stopni. Należy jednak pamiętać, że akumulator i ładowarka nie są częścią zestawu. Również akumulatorowa podkrzesywarka PAHE E6 została przeceniona na 179 zł zamiast 249 zł. Model ten umożliwia cięcie gałęzi na wysokości do 2,7 m i radzi sobie z konarami o grubości do 20 cm.

    Czytaj dalej poniżej


    Mocne promocje na sprzęt Parkside w Lidlu ale tylko dziś

    Dla bardziej wymagających prac przeznaczony jest młot wyburzeniowy PAH 1300 C3. Jego cena została obniżona z 249 zł do 219 zł. Sprzęt ten jest wyposażony w system SDS-Max, regulowany uchwyt dodatkowy oraz system tłumienia wibracji.

  • Tej alternatywy dla Microsoft Office pewnie nie znasz. A powinieneś poznać

    Tej alternatywy dla Microsoft Office pewnie nie znasz. A powinieneś poznać

    Euro-Office, dotychczas pakiet biurowy dostępny jedynie w przeglądarce, wkrótce zyska dedykowane aplikacje. Nextcloud zapowiedział osobny program dla komputerów, który umożliwi lokalną pracę z dokumentami oraz współpracę poprzez serwery Nextcloud. Zdecydowanie warto go poznać.

    Euro-Office to otwartoźródłowy pakiet biurowy przeznaczony do tworzenia i wspólnej edycji dokumentów. W jego portfolio znajdują się edytory tekstów, arkuszy kalkulacyjnych, prezentacji oraz plików PDF, rozwijany przez europejską koalicję firm i organizacji, w tym Nextcloud, IONOS, Open-Xchange oraz Office.eu. Projekt jest stosunkowo nowy, jego rozpoczęcie ogłoszono w I kwartale 2026 roku, a już w czerwcu stał się jedną z technologii dostępnych w Nextcloud Office obok Collabora Online. Do tej pory korzystanie z Euro-Office było głównie możliwe przez przeglądarkę, co ograniczało jego rolę jako zamiennika tradycyjnych pakietów biurowych, takich jak Microsoft Office czy LibreOffice.

    Euro-Office trafi na Windowsa, Linuxa i macOS

    Z dedykowanymi aplikacjami użytkownicy będą mogli edytować pliki bezpośrednio na komputerze, a następnie zapisywać je lokalnie lub na serwerach Nextcloud. Praca na plikach powinna przypominać to, co znamy z klasycznych pakietów biurowych. Aby umożliwić wspólną edycję jednego dokumentu, wystarczy otworzyć go w aplikacji i rozpocząć sesję z wykorzystaniem serwerów Nextclouda.

    W przygotowaniu są wersje dla systemów Windows x64 oraz Arm64, a także dla Linuksa na te same architektury. W przypadku macOS wybór jest ograniczony ze względu na brak wsparcia dla układów Intel w nowszych wersjach systemu; pozostają tylko komputery z układami Apple Silicon w architekturze Arm64. Premiera ma odbyć się w ciągu kilku najbliższych tygodni, ale konkretny termin nie jest jeszcze znany.

    Czytaj dalej poniżej


    Nowe przepisy o AI już działają w Unii Europejskiej. Sprawdź, co zmieni się dla Ciebie

    Wyjście poza przeglądarkę jako krok w dobrym kierunku

    Są ludzie, którzy z różnych względów nie chcą wykonywać pracy biurowej wyłącznie w przeglądarkach. Taka decyzja może znacząco poszerzyć potencjalną grupę odbiorców pakietu, zwłaszcza wśród osób mniej zaznajomionych z technologią, które są przyzwyczajone do klikania w ikony aplikacji. W kontekście prezentacji Euro-Office jako elementu europejskiej suwerenności cyfrowej, powstanie własnych aplikacji było nieuniknione.

    Co istotne, Euro-Office można również uruchomić na prywatnym serwerze lub w chmurze u wybranego dostawcy, co pozwala na pełną kontrolę nad danymi. Jednak aby wspólnie edytować pliki, program będzie musiał być połączony z instancją Nextclouda, nawet gdy plik jest zapisywany lokalnie. Cały projekt Euro-Office powstał w kontekście krytyki sytuacji Europy na rynku technologicznym, gdzie mamy stosunkowo niewiele własnych, czołowych rozwiązań. Większość narzędzi, z których korzystamy, to produkty amerykańskie, co budzi obawy twórców projektu.

    Dwa kontrowersje związane z europejskim projektem

    Euro-Office wywodzi się z kodu OnlyOffice. Niedługo po ogłoszeniu jego powstania pojawił się głośny konflikt dotyczący licencji w środowisku open-source. Twórcy OnlyOffice oskarżyli projekt o naruszenie warunków AGPLv3 w związku z usunięciem niektórych zapisów związanych z oryginalnym brandingiem. Druga strona uznała te wymagania za nieobowiązujące i kontynuowała rozwój swojego forka.

    Interesującym zwrotem akcji jest także fakt, że zastrzeżenia zgłosiła The Document Foundation, organizacja stojąca za popularnym LibreOffice. Krytyka ich dotyczy głównie domyślnego korzystania przez Euro-Office z formatów OOXML, znanych z Worda, Excela i PowerPointa, zamiast otwartego formatu ODF. Pełna zgodność z pakietem Microsoft Office to niewątpliwy atut, gdyż LibreOffice ma z tym często problemy, ale powoduje również, że Euro-Office staje się częściowo zależny od formatu wywodzącego się z ekosystemu Microsoftu.

    Czytaj również: Edytory tekstu na Linuksie: świat nie kończy się na LibreOffice

    Pojawia się więc paradox: Euro-Office ma być elementem europejskiej emancypacji technologicznej, ale jednocześnie jest zależny od największych graczy na rynku poprzez wykorzystanie najbardziej kompatybilnego z popularnym formatem zapisu. Czy jest to dobre czy złe? Dla użytkowników to pozytywna wiadomość, ponieważ nie będą musieli się martwić, że pliki zapisane w Office’ie nie będą działać w Euro-Office. Co do przyszłości projektu, wiele będzie zależało od postawy Microsoftu wobec konkurencji.