Kategoria: Wiadomości

  • Zuckerberg pokazał przyszłość AI. Polska na liście

    Zuckerberg pokazał przyszłość AI. Polska na liście

    Na wydarzeniu Meta Connect 2026 zaprezentowano nowe modele okularów AI. Już w tym roku starsze urządzenia trafią do oficjalnej sprzedaży w Polsce.

    Zuckerberg nieodpowiednio ocenił rozwój Metaversum, podobnie jak Apple z goglami Vision Pro. Wydaje się, że wirtualna rzeczywistość wymaga cierpliwego podejścia i wprowadzania użytkowników krok po kroku. Zdecydowanie inaczej prezentują się okulary AI, które mają znacznie niższy próg wejścia, nie przypominają futurystycznych gadżetów i oferują wiele praktycznych funkcji na co dzień, co sprzyja ich wprowadzaniu na kolejnych rynkach. Meta właśnie ogłosiła nowe produkty, które poszerzą jej ofertę okularów AI. Firma potwierdziła również, że jeszcze w tym roku urządzenia z tej kategorii oficjalnie zadebiutują w Polsce.

    Meta podejmuje kolejny krok w stronę okularów przyszłości

    Nie jedna firma próbowała już wprowadzić czatbota poza ekrany smartfonów, jednak koncepcja ta nie zyskała powszechnego uznania. Meta dysponuje jednak ogromnym zapleczem technologicznym, dostępem do danych, potężną infrastrukturą oraz budżetem, który pozwala na rozwijanie AI na naprawdę dużą skalę. W portfolio firmy znajduje się już platforma sprzedażowa inteligentnych okularów, wprowadzanych na rynek we współpracy z takimi markami jak Oakley czy Ray-Ban.

    Źródło: Meta

    Podczas Meta Connect 2026 Mark Zuckerberg zapowiedział nowe produkty z rodziny okularów AI:

    • Ray-Ban Meta Audio
      Pierwsze okulary Meta, które nie mają aparatu, skupione na audio i AI. Ważą 43 g, działają do 12 godzin, a etui ładujące zapewnia dodatkowe 48 godzin pracy. Dostępne są w nowych stylach Clubmaster i Burbank. Przedsprzedaż ruszyła od razu, a wysyłka planowana jest na 13 października, z ceną początkową wynoszącą 349 dolarów.
    • Ray-Ban Meta (Gen 3)
      Nowa, trzecia generacja klasycznych okularów AI. Są smuklejsze, wygodniejsze, działają do 9 godzin, wyposażone w aparat 12 MP, nagrywanie w jakości 3K, sześć mikrofonów oraz nowe modele oprawek Aviator i Zena. W przeciwieństwie do innych nowości, ten model jest dostępny od razu, w cenie od 449 dolarów.
    • Meta VR Glasses
      Zupełnie nowa i interesująca kategoria – lekkie okulary VR z wyświetlaczem 5K, śledzeniem wzroku i sterowaniem gestami. Mają zadebiutować na rynku wiosną 2027 roku w cenie 1299 dolarów. Meta promuje je jako osobiste kino domowe, wirtualne biurko, a nawet jako konsolę do gier.

    Tworzymy okulary AI dla każdego. Do końca roku zaoferujemy ponad 100 wariantów okularów marek Ray-Ban, Oakley oraz Meta Glasses, w tym lżejsze oprawki zaprojektowane z myślą o całodziennym użytkowaniu, a także nowe modele o smuklejszej konstrukcji i dłuższym czasie pracy na baterii. – Meta

    Czytaj dalej poniżej

    Wielka aktualizacja Samsunga. Padły konkretne terminy
    Źródło: Meta

    Zapowiedziano także nowe warianty istniejących modeli okularów, w zaktualizowanych stylach i kolorach – m.in. specjalne wersje stworzone we współpracy z LISA oraz Kylie Jenner. Rozszerzono również dostępność Ray-Ban Meta Display, czyli zaawansowanej wersji okularów AI z wbudowanym wyświetlaczem – przedsprzedaż rozpoczęła się w Kanadzie i Wielkiej Brytanii. Oprócz okularów Meta zaprezentowano także Muse Charm, niewielki brelok z agentem Muse AI, który ma trafić do sprzedaży jeszcze tej jesieni.

    A skoro już mówimy o rozszerzaniu dostępności, przyjrzyjmy się, co Meta przygotowała dla Polski.

    Okulary Meta AI w Polsce – kiedy będą dostępne?

    Najważniejszą informacją dla polskich użytkowników jest to, że Meta wreszcie rozpocznie sprzedaż swoich okularów AI za pośrednictwem oficjalnych kanałów. Niestety, dotyczy to jedynie klasycznych modeli Ray-Ban Meta, Ray-Ban Meta Optics oraz sportowych Oakley Meta – najnowsze warianty póki co nas omijają.

    Nie oznacza to jednak, że w Polsce nie można było kupić tego sprzętu – wręcz przeciwnie, był on szeroko dostępny, często w atrakcyjnych cenach. Chodzi jednak o lokalną sprzedaż bezpośrednią prowadzoną przez Metę. Z informacji prasowych wynika, że ta ruszy jeszcze w tym roku.

  • Facebook chce wskrzesić legendarny trend. Tamagotchi może wrócić do łask

    Facebook chce wskrzesić legendarny trend. Tamagotchi może wrócić do łask

    Mark Zuckerberg ma nadzieję ożywić trend związany z Tamagotchi, jednak zamiast słodkiego zwierzątka, użytkownicy będą mieli do czynienia z asystentem AI w formie futrzaka.

    Dwie dekady temu, a może nieco więcej, w Polsce wybuchła ogromna moda na breloczki-zabawki. Idee Tamagotchi opierały się na potrzebie troski o cyfrowe zwierzątko, którego dobrostan zależał od właściciela. Dobry opiekun regularnie karmił, czyścił i zabawiał swojego podopiecznego. Jednak jak to bywa, moda przeminęła i Tamagotchi stało się jedynie ciekawostką dla hipsterów i kolekcjonerów.

    Obecnie jednak ta nostalgia może powrócić, dzięki firmie Meta, twórcy takich platform jak Facebook, Instagram i WhatsApp. Firma pracuje nad przenośnym urządzeniem o nazwie Muse Charm, które przypomina swoim wyglądem i rozmiarem legendarne Tamagotchi. Zamiast cyfrowego zwierzaka, użytkownicy będą mogli korzystać z osobistego agenta AI. Prototyp został zaprezentowany podczas dorocznej konferencji Meta Connect, a jego premiera planowana jest na grudzień, doskonale wpasowując się w świąteczny sezon.

    Muse Charm – Czy będzie sukcesem na miarę Tamagotchi?

    Muse Charm to niewielki, poręczny gadżet, przypominający jednocześnie stoper i jajko. Meta uruchomiła specjalną stronę internetową, gdzie zainteresowane osoby mogą zapisać się do newslettera. Jak na razie powstało jedynie kilka egzemplarzy, a firma wciąż finalizuje komponenty. Nie ujawniono jeszcze ceny, ale wiadomo, że urządzenie trafi do sprzedaży przed konkurencyjnymi rozwiązaniami OpenAI.

    W poście na blogu Meta podkreślono, że Charm ma na celu przetransportowanie „mocy Muse z zaawansowanym modelem głosowym w czasie rzeczywistym do urządzenia, które zmieści się w kieszeni”. Strategia ta ma na celu zacieśnienie więzi użytkowników z ich wirtualnym asystentem. Możliwe, że jest do czego się przywiązywać; Muse można nazwać, dostosować jego wygląd, a domyślnie przybiera formę przyjaznego, futrzanego stworzenia.

    Czytaj dalej poniżej


    Facebook rozmienia się na drobne. Promują nową aplikację

    Podczas Meta Connect zaprezentowano również inne nowości. Muse w najbliższych miesiącach trafi do smartokularów, zyska własny adres e-mail, a jedna z wersji będzie miała możliwość sterowania komputerem Mac.

    Grafika: Meta

  • Znakomita i szokująca. Ta aplikacja przesuwa granice edycji zdjęć i filmów

    Znakomita i szokująca. Ta aplikacja przesuwa granice edycji zdjęć i filmów

    Aplikacja do tej pory robiła niemałe wrażenie, ale teraz krok naprzód w edycji zdjęć (i filmów!) wydaje się ogromny.

    Evoto w wersji 8.0 nie próbuje wymyślać koła na nowo. Zamiast kolejnego „generatora zdjęć profilowych AI”, który spotkał się z falą krytyki, firma cofnęła się o krok, posłuchała fotografów i wróciła do tego, co robi najlepiej: przyspieszania żmudnej pracy w studiu i w terenie. Efekt? Coraz większa ochota do robienia zdjęć, aby później „bawić się” w Evoto, edytując je w sposób zupełnie różny od większości innych aplikacji do obróbki zdjęć. Ale zanim przejdziemy do zdjęć, zwróćmy uwagę na kilka istotnych nowości.

    Evoto 8.0 – co nowego?

    Największym zaskoczeniem jest Evoto Video – moduł, który przenosi typowy retusz portretowy z fotografii do materiału wideo. Program potrafi śledzić twarz przez setki klatek, wyrównując koloryt, rozjaśniając zęby czy dodając blasku włosom tak, aby efekt wyglądał naturalnie przy ruchu i zmianie światła. Co istotne, cały proces odbywa się bezpośrednio w DaVinci Resolve 19+, więc nie ma potrzeby eksportowania klipów do osobnej aplikacji.

    Evoto 8.0 wprowadza również nowy tryb Story-Based Culling, który organizuje tysiące ujęć w… rozdziały opowieści (jak sugeruje nazwa) – na przykład ceremonia, przyjęcie, sesja plenerowa. Algorytm wskazuje najlepsze kadry z każdej części wydarzenia, ale nie wymusza sztywnego przypisania. Użytkownicy mają możliwość zarządzania tym ręcznie, a zdjęcia, które nie pasują do żadnego rozdziału, pozostają poza zestawem. Evoto dodaje, że dla szkół, sesji produktowych czy eventów dostępny jest nadal tryb ogólny, który grupuje wizualnie podobne kadry niezależnie od czasu ich wykonania.

    Evoto jest oczywiście również dostępne na urządzenia mobilne i tam także wprowadzono nowości. Wersja mobilna zyskała funkcję tethering – możliwość podglądu i zapisu zdjęć bezpośrednio na telefonie lub tablecie podczas sesji, z opcją nakładania presetów w czasie rzeczywistym. Dodatkowo wprowadzono gorące presety, pełną kontrolę koloru, relight (modyfikacja oświetlenia) oraz rozmycie ruchu. Na desktopie poprawiono funkcje usuwania piegów, potu, mory na ubraniach oraz narzędzia do rozszerzania tła. Całość uzupełnia nowy ekran startowy oraz asystent Evobot, który odpowiada w sposób naturalny i kieruje użytkowników do konkretnych suwaków. Równolegle uruchamiany jest Asset Hub – wewnętrzny rynek z presetami, AI Looks i tełami, startujący z ponad 400 oficjalnymi zasobami. Twórcy mogą sprzedawać własne prace, zachowując 60% przychodu, bez opłat za wystawienie.

    Czytaj dalej poniżej


    Korzystasz z tej aplikacji? Jej właściciel ostrzega przed "podróbką"

    Evoto 8.0 jest darmowe do pobrania i nie wymaga subskrypcji – możecie sprawdzić program w akcji od razu, ale jego rozliczenie odbywa się w modelu kredytowym. Kredyty są zużywane podczas eksportu zdjęć.

  • Nikon zrezygnował z wizjera, żeby odchudzić aparat. Oto Z5IIC

    Nikon zrezygnował z wizjera, żeby odchudzić aparat. Oto Z5IIC

    Nikon Z5IIC – Nowość na rynku

    Nikon Z5IIC zadebiutuje 15 października w cenie 6599 zł za sam korpus. Zestaw z obiektywem Nikkor Z 24-50 mm f/4-6.3 będzie dostępny za 7899 zł. Jest to lżejsza wersja zeszłorocznego modelu Z5II, jednak pozbawiona elektronicznego wizjera.

    Zmiany w konstrukcji

    Rezygnacja z wizjera wpłynęła na zmiany w konstrukcji aparatu. Górna ścianka jest teraz całkowicie płaska, a całkowita waga wynosi 620 g (łącznie z baterią i kartą), co stanowi oszczędność 80 g w porównaniu do Z5II. Użytkownik ma teraz do dyspozycji 3,2-calowy ekran dotykowy, który można odchylić na bok. Jego rozdzielczość to około 1 mln punktów, co w porównaniu do Z5II (2,1 mln) jest niższą wartością. Nowy model został również wyposażony w jedno gniazdo na karty SD zamiast dwóch. Korpus aparatu wzmocniono stopem magnezu i uszczelniono, co zapewnia ochronę przed kurzem i wilgocią.

    Zachowane parametry foto

    Na szczęście, parametry fotograficzne pozostały na tym samym poziomie jak w Z5II. Aparat dysponuje pełnoklatkową matrycą BSI o rozdzielczości 24,5 Mpix, procesorem EXPEED 7 oraz systemem stabilizacji matrycy o skuteczności do 7,5 stopnia. Autofocus działa przy oświetleniu do -10 EV i potrafi rozpoznawać ludzi, zwierzęta, pojazdy oraz ptaki. Z5IIC jako pierwszy model serii Z jest także zdolny do wykrywania ryb. W trybie seryjnym można rejestrować zdjęcia z maksymalną prędkością 14 kl/s, a filmy w jakości 4K z płynnością do 60 kl/s (w tym w formacie N-RAW z zapisem na kartę SD).

    Ułatwienia dla początkujących

    Z myślą o początkujących użytkownikach, Nikon po raz pierwszy wprowadził do swojego pełnoklatkowego bezlusterkowca programy tematyczne. Jest ich aż 15, a ustawienia są dostosowane do portretów, zwierząt, jedzenia czy nocnych pejzaży. Dodatkowy przycisk umożliwia dostęp do kolorystycznych „przepisów na zdjęcia”, które można pobrać z usługi Nikon Imaging Cloud. Funkcja „Ziarno filmu” dodaje do zdjęć i nagrań efekt ziarna znanego z tradycyjnej kliszy.

    Strategia Nikona

    Nowy model jest częścią strategii Nikona, w której produkty oznaczone literą C adresowane są do amatorskich zastosowań i tzw. „casual”. Z5IIC konkurować będzie z kompaktowymi aparatami pełnoklatkowymi, takimi jak Sony A7C II czy Panasonic Lumix S9.

    Opcje kolorystyczne i ceny

    Aparat będzie dostępny w wersji czarnej i czarno-srebrnej, a także w zestawach z obiektywami 24-105 mm za 8099 zł, 24-70 mm za 9199 zł oraz 24-200 mm za 9999 zł. Warto zaznaczyć, że standardowy Z5II z wizjerem kosztuje obecnie niecałe 5800 zł, co czyni go tańszym od Z5IIC w dniu premiery.

  • Jak nie ogłupieć w czasach AI? Naukowcy wskazują obszar, którzy trzeba trenować

    Jak nie ogłupieć w czasach AI? Naukowcy wskazują obszar, którzy trzeba trenować

    Sztuczna inteligencja coraz częściej wspiera nas w różnorodnych zadaniach, jednak korzyści idące za jej użyciem mogą wiązać się z ryzykiem utraty zdolności krytycznego myślenia. Jak temu zapobiec?

    Pięć lat temu sztuczna inteligencja była ciekawostką ograniczoną do niszy, a dziś stala się elementem naszej codzienności, któremu zbytnio nie poświęcamy uwagi. AI zniwelowało różnice w możliwościach, ułatwiło dostęp do różnych dziedzin, a także obniżyło koszty. Niemniej jednak, przyspieszenie procesów w wielu obszarach zauważalnie skłania nas w stronę ilości, kosztem jakości. Zmniejsza się liczba weryfikacji, sprawdzania czy analizy informacji, co prowadzi do osłabienia krytycznego myślenia. Badania sugerują, że możemy tracić jedno z naszych największych osiągnięć ewolucyjnych, co niesie za sobą wiele negatywnych skutków, takich jak trudności w odróżnianiu faktów od nieprawdy, problemy z samodzielnym myśleniem, a nawet uzależnienie od gotowych odpowiedzi.

    Krytyczne myślenie – definicja i źródło pojęcia

    Krytyczne myślenie to termin często nadużywany w codziennej mowie. Analizując teksty publicystyczne czy rozmowy w mediach społecznościowych, można błędnie założyć, że jego istota polega na nieufności wobec mediów, rządu czy szeroko pojętej „oficjalnej narracji”. Tymczasem krytyczne myślenie to nie tylko sprzeciw wobec głównego nurtu, ale świadome i kontrolowane ocenianie przekonań oraz argumentów — sprawdzanie, na czym opierają się poszczególne twierdzenia i poszukiwanie alternatywnych rozwiązań.

    To dość szeroki termin, obecny w literaturze naukowej od ponad stu lat, a jego korzenie sięgają jeszcze starożytności. Nowoczesne rozumienie krytycznego myślenia zaczęło kształtować się w końcu XIX i na początku XX wieku. Wspomniałem na początku o osiągnięciu ewolucyjnym, ponieważ krytyczne myślenie jest wynikiem adaptacji naszych przodków. Funkcjonowali oni w rzeczywistości pełnej niewiadomych, zmuszeni do podejmowania decyzji na podstawie niepełnych informacji, oceniali zagrożenia, przewidywali konsekwencje swoich czynów oraz rozpoznawali intencje innych osób. W wyniku tego wykształcenie zdolności do rozumienia przyczynowo-skutkowego i uczenia się z doświadczenia stało się kluczowe.

    Przez wieki rosła zależność od wiedzy przekazywanej przez innych, a umiejętność wyboru, komu zaufać, a kogo kwestionować, stała się niezmiernie ważna. Dziś te same mechanizmy, które pomagały nam poradzić sobie ze światem pełnym niepewności, mogą działać na naszą niekorzyść, zwłaszcza w kontekście przekazania części odpowiedzialności sztucznej inteligencji.

    Czytaj dalej poniżej

    Ambitny projekt Apple w tarapatach? Nie dziwię się, sam zrezygnowałem

    Jak AI może zakłócać krytyczne myślenie?

    W 2025 roku American Association of Colleges and Universities przeprowadziła badanie wśród ponad 1000 wykładowców w USA. Aż 90% uczestników stwierdziło, że generatywna AI osłabi zdolności krytycznego myślenia studentów. Z globalnego badania przeprowadzonego w bieżącym roku wynika, że około 20% studentów aktywnie korzystających z AI, już teraz ma trudności z samodzielnym rozwiązywaniem problemów.

    Dlaczego tak się dzieje? Możemy to streścić w jednym zdaniu: proces uczenia się jest kluczowy dla rozwijania krytycznego myślenia. Uczenie się wymaga wyszukiwania, przetwarzania i utrwalania informacji; obecnie część tej pracy wykonuje już AI. Otrzymanie gotowej odpowiedzi – nawet jeśli jest całkowicie poprawna – nie sprzyja rozwojowi. Gubimy elementy edukacyjne takie jak popełnianie błędów, porównywanie źródeł, rozważanie różnych opcji czy po prostu zagubienie się i odkrywanie ścieżki od nowa, co również jest częścią procesu rozwojowego.

    Im doskonalsze modele AI, tym mniej powodów do wątpienia czy kwestionowania przekazanych informacji. Z biegiem czasu niepewność związana z odpowiedziami AI prawdopodobnie się zmniejszy, a wyniki będą poparte linkami do potwierdzonych publikacji naukowych, czy wygenerowane w sposób logiczny i przejrzysty, co zredukuje wątpliwości.

    Jak korzystać z AI, zachowując krytyczne myślenie?

    Choć sytuacja nie wygląda zbyt optymistycznie, naukowcy twierdzą, że krytyczne myślenie można harmonijnie łączyć z narzędziami sztucznej inteligencji – wszystko zależy od sposobu ich użycia. AI może przejąć część pracy poznawczej, ale również skłonić nas do myślenia, na przykład poprzez wskazywanie luk w argumentacji, przedstawianie kontrargumentów czy zadawanie pytań, które pomogą spojrzeć na problem z innej perspektywy.

    Jeśli korzystacie z ChatGPT, Gemini czy Claude do rozwiązywania codziennych oraz zawodowych zadań, spróbujcie poprosić o kilka opcji rozwiązań, identyfikację ich mocnych i słabych stron lub o sugestie pytań, które pomogą Wam samodzielnie dojść do wniosków. Warto również prosić AI o kontrargumenty oraz o podkreślenie ewentualnych błędnych założeń. Nie zapomnijcie weryfikować źródeł, porównywać informacji i zmuszać się do refleksji, czy przedstawione rozumowanie rzeczywiście jest logiczne, zwłaszcza gdy odpowiedzi brzmią bardzo przekonująco.

  • Samsung nie poszaleje z Galaxy S27. Na więcej nie ma co liczyć?

    Samsung nie poszaleje z Galaxy S27. Na więcej nie ma co liczyć?

    Najnowsze doniesienia oraz przecieki dotyczące smartfonów Galaxy S27 mogą być rozczarowujące dla tych, którzy spodziewali się większych innowacji. Samsung nie ma jednak zbyt dużego pola manewru z uwagi na rosnące ceny komponentów.

    W przypadku smartfonów 128 GB pamięci na dane jeszcze kilka lat temu uważano za obszerną ilość. Ostatnio to rozwiązanie traktowano jako rozsądny kompromis, pozwalający obniżyć koszty wejścia w świat flagowych modeli. Obecnie sytuacja uległa jednak zmianie. Aplikacje i gry zajmują już kilka, a nawet kilkanaście gigabajtów, a znakomite aparaty skłaniają użytkowników do robienia większej liczby zdjęć oraz nagrywania filmów w wysokiej rozdzielczości. Dodatkowo dochodzą pliki pobierane z serwisów streamingowych, komunikatorów czy platform społecznościowych. Wystarczy chwila nieuwagi, aby pamięć została zapełniona. W dzisiejszych czasach 256 GB pamięci wewnętrznej w podstawowej wersji flagowego telefonu to standard. Samsung postanowił zrezygnować z oferowania zaledwie 128 GB w swoich czołowych modelach, co uczynił również Apple, które w swoich iPhone’ach startuje od 256 GB.

    Jednak ci, którzy mieli nadzieję, że przy okazji Galaxy S27 Koreańczycy wprowadzą większe zmiany w zakresie pamięci RAM lub rozbudują liczbę dostępnych wariantów pamięci wewnętrznej, mogą czuć się rozczarowani. Najnowsze informacje sugerują, że strategia pozostanie niezmieniona, a 256 GB nadal będzie punktem wyjścia, a większe zmiany w zakresie RAM-u i pojemności pamięci masowej na razie nie są przewidywane.

    Galaxy S27 z 256 GB pamięci i bez większych zmian w RAM

    Modele Galaxy S27 oraz Galaxy S27+ mają być oferowane z 12 GB pamięci RAM oraz 256 lub 512 GB pamięci wewnętrznej. Oznaczać to może konfiguracje bardzo podobne do tych, które Samsung już wprowadził w swoich flagowych smartfonach oraz podobne do tych, jakie mieliśmy w modelach z serii S26. Nieco większy wybór ma zapewnić model Galaxy S27 Pro, który ma pełnić rolę pośrednią pomiędzy podstawowym a ultra wariantem.

    W przypadku S27 Pro mówi się o dostępnych wersjach z pamięcią 256 GB, 512 GB oraz 1 TB. Wciąż jednak każda z nich miałaby dysponować 12 GB RAM-u. Jeśli te informacje się potwierdzą, nawet najdroższy wariant nie zapewni większej ilości pamięci operacyjnej. Wyjątkiem będzie model Samsung Galaxy S27 Ultra, który w podstawowych wersjach z 256 i 512 GB pamięci zaoferuje 12 GB RAM, natomiast tylko najwyższa konfiguracja z 1 TB pamięci może otrzymać aż 16 GB RAM. Może to być rozczarowujące dla części użytkowników, zwłaszcza tych, którzy oczekiwali, że 16 GB stanie się standardem w nadchodzącej generacji urządzeń.

    Czytaj dalej poniżej


    Ten tani Samsung ma już Androida 17, a mój Galaxy S25 jeszcze nie

    Mimo że nie będzie zbytniego wyboru, pojawiają się sugestie dotyczące wprowadzenia nowych technologii. W doniesieniach mówi się o zastosowaniu pamięci LPDDR6 oraz UFS 5.1, które mogłyby trafić przynajmniej do modeli Galaxy S27 Pro i Galaxy S27 Ultra. Nawet bez zwiększenia samej liczby pamięci, może to prowadzić do wyższej przepustowości oraz szybszego dostępu do danych. Samsung stara się znaleźć sposoby na oszczędności związane z komponentami, w tym z pamięcią RAM. Ceny na rynkach wariują, podobnie jak ceny samych smartfonów. Ostateczne konfiguracje poznamy jednak dopiero podczas oficjalnej prezentacji nowej serii, jednak opierając się na dotychczasowych przeciekach dotyczących oferty Samsunga, można śmiało założyć, że specyfikacje (pod względem RAM i pamięci wewnętrznej) są już znane.

  • Najdziwniejszy film tego roku. Zwiastun potrafi oszukać

    Najdziwniejszy film tego roku. Zwiastun potrafi oszukać

    To może być najciekawszy film tego roku, a najnowszy zwiastun tylko to potwierdza.

    Mam wrażenie, że zwiastun „You Can See Everything” wprowadza widzów w błąd. Mroczne ujęcia, zbliżenia na twarze bohaterów oraz ich emocjonalne spojrzenia w połączeniu z oszczędną, niepokojącą muzyką sprawiają, że film przypomina klasyczny thriller lub psychologiczny horror. Dodatkowo, fragmenty przypominające oficjalny wywiad z znaną postacią łatwo mogą sugerować, że mamy do czynienia z fikcyjną opowieścią o dziennikarskim śledztwie, kłamstwach i dramatycznym upadku. Prawda jest jednak zupełnie inna: to w pełni autentyczny film dokumentalny i zapewne jeden z najbardziej interesujących tytułów, jakie powstały w tym roku.

    Zwiastun, który potrafi oszukać: You Can See Everything

    Nie dziwię się tym, którzy nie znając głównej bohaterki dokumentu oraz całej sprawy, dają się nabrać. Elizabeth Holmes mówi wprost do kamery, Nathan Fielder milczy i obserwuje, a atmosfera gęstnieje z każdą sekundą. W jednej z kluczowych scen Holmes zapewnia, że nie ma powodu, by kogokolwiek oszukiwać, co w kontekście jej historii brzmi jak prowokacja lub element większej gry. Zwiastun nie zdradza struktury filmu, ale znakomicie udaje, że ją znamy – stąd wrażenie, że oglądamy dramat, a nie dokument.

    You Can See Everything – o czym jest film?

    Produkcja Nathana Fieldera i Lance’a Oppenheima, trwająca blisko 3 godziny, została zrealizowana przez cenione studio A24. Film opowiada o 34 dniach wolności Elizabeth Holmes, założycielki Theranos, tuż przed jej pójściem do więzienia, a następnie prowadzi widza przez trzyletnią, coraz bardziej surrealistyczną podróż. Opis filmu mówiący o intymnym portrecie enigmatycznej przestępczyni zamienia się w „podróż w otchłań” – fabuła narasta w dziwaczność, a finałowa część ma pozostawić widzów w stanie oszołomienia. Osoby, które miały okazję zobaczyć film na festiwalu w Telluride, opisują go jako szaloną mieszankę telewizyjnego reality show, dramatu psychologicznego oraz czystego absurdu z cyrku, gdzie Fielder kieruje wszystkim z lodowatym spokojem.

    Czekamy na informacje na temat polskiej premiery. W USA film zadebiutuje 16 października.

    Czytaj dalej poniżej


    Prime Video szykuje mocną jesień. Tych premier nie można przegapić!
  • Nowy Xbox zmiażdży PS6? Wyciekła specyfikacja konsoli

    Nowy Xbox zmiażdży PS6? Wyciekła specyfikacja konsoli

    Wyciekły parametry PS6 i Xboksa. Obie konsole będzie dzielić przepaść.

    Do sieci wyciekły szczegółowe specyfikacje nowych konsol Sony i Microsoftu. Wskazuje się, że PS6 ustąpi pod względem mocy obliczeniowej urządzeniu Microsoftu, a nowy Xbox ma zapewnić znaczną przewagę w tym aspekcie.

    PS6 i nowy Xbox gotowe. Specyfikacja bez tajemnic?

    Choć obecna generacja konsol wciąż oferuje wiele atrakcji (jak choćby premierę GTA 6), prace nad kolejną generacją idą pełną parą. Najnowsze informacje sugerują, że zarówno Sony, jak i Microsoft przygotowali już architektury swoich nowych urządzeń, a ich układy krzemowe osiągnęły fazę tape-out, co oznacza zakończenie eksperymentów. Inżynierowie nie będą wprowadzać już żadnych zmian, a specyfikacja pozostaje zamrożona przed rozpoczęciem produkcji próbnej w fabrykach TSMC. Wiele doniesień wskazuje na konkretne specyfikacje obu konsol, które sugerują, że Microsoft zaplanował naprawdę potężne urządzenie, które w rawach mocy może zdecydowanie przewyższyć PS6.

    To z pewnością kolejny etap wyścigu na liczby, ale daje nam pewne spojrzenie na to, czego możemy się spodziewać w nowej generacji sprzętu do grania. Jak informuje KeplerL2, znany i wiarygodny źródło, obie konsole będą wyposażone w rdzenie procesora oparte na mikroarchitekturze Zen 6, grafikę RDNA 5, wykonaną w zaawansowanym procesie litograficznym 3 nm (oba komponenty stworzone we współpracy z AMD) oraz pamięć nowej generacji GDDR7. Co zatem będzie różnić oba urządzenia?

    • **PlayStation 6**: Sony postawiło na monolityczną konstrukcję krzemu o powierzchni 280 mm², z 52–54 jednostkami obliczeniowymi (CU), 160-bitową magistralą pamięci (prognozowane 30–40 GB) oraz szacowaną mocą graficzną na poziomie 40 TFLOPS.
    • **Xbox „Project Helix”**: Microsoft zdecydował się na bardziej agresywną, modułową budowę chipletową (SoC 144 mm² + potężny moduł GPU 264 mm²). Zestaw ten zaoferuje aż 68 jednostek CU, 192-bitową szynę (nawet do 48 GB GDDR7) oraz wydajność na poziomie 56 TFLOPS.

    Jak widać, pojedynek między PS6 a nowym Xboksem to starcie mocy rzędu 40 TFLOPS kontra 56 TFLOPS. Różnica jest znacząca, jednak nie ma co oczekiwać, że gry na urządzeniu Microsoftu będą o 20 lub 30 procent lepsze tylko z powodu wyższych cyfr. To wciąż ta sama generacja, zaprojektowana do obsługi podobnych tytułów.

    Czytaj dalej poniżej


    Wielki reset XBOX-a zbiera żniwo. Takich cięć nikt się nie spodziewał

    Przykład Xboksa Series X udowadnia, że sama liczba TFLOPS nie ma aż tak wielkiego znaczenia – konsola Microsoftu już teraz przewyższa bazowe PS5 (12 TFLOPS vs 10,2 TFLOPS). Czy mamy zatem do czynienia z przepaścią i znaczącą przewagą Xboksa w wyświetlaniu grafiki? Niekoniecznie, obie konsole oferują w grach podobne tryby wydajności i umożliwiają przy tym identyczne parametry wyświetlania. Różnice są raczej niewielkie i mało istotne.

    W kontekście rywalizacji na rynku konsol coraz większe znaczenie mają inne aspekty, jak na przykład wykorzystanie algorytmów rekonstrukcji obrazu (nowe iteracje AMD FSR czy techniki neuronowe Sony). Dzięki temu można osiągnąć lepszą jakość gry nawet na nieco słabszej konfiguracji. Kluczowe będą zatem przepustowość magistrali, wydajność ray tracingu oraz efektywność API, co wpłynie na łatwość optymalizacji. Choć zapowiedzi Xboksa sugerują, że będzie to potężniejszy sprzęt, oferta Sony może zaoferować podobną, a nawet lepszą jakość rozgrywki. Warto także podkreślić, że Japończycy zdobyli cenne doświadczenie dzięki premierze PS5 Pro.

    Chociaż kolejna generacja raczej nie będzie narzekać na moc, może napotkać problemy ze znalezieniem milionów chętnych do zakupu. Wszystko przez potencjalne ceny, które mogą być szokujące. Szacuje się, że sam koszt materiałów użytych do produkcji PS6 może wynieść aż 950 dolarów. Biorąc pod uwagę dodatkowe koszty, marżę oraz podatki, możemy się spodziewać ceny rzędu 5000–6000 zł. To z pewnością duża inwestycja.

  • Dlaczego klawisze F i J na klawiaturze mają wypustki? To nie przypadek

    Dlaczego klawisze F i J na klawiaturze mają wypustki? To nie przypadek

    Na większości komputerowych klawiatur znajdują się dwa małe oznaczenia, które łatwo przeoczyć. Na klawiszach F i J można wyczuć niewielkie wypustki, kreski lub charakterystyczne zagłębienia. Nie są one przypadkowym efektem produkcji ani ozdobą — pełnią konkretną funkcję, która ma ogromne znaczenie podczas pisania bez patrzenia na klawiaturę.

    Klawisze F i J jako punkty orientacyjne dla dłoni

    Wypustki na tych dwóch klawiszach pełnią rolę dotykowych znaczników pozycji dłoni. Na standardowej klawiaturze QWERTY lewy palec wskazujący powinien spoczywać na F, a prawy na J. Inne palce automatycznie ustawią się wówczas na środkowym rzędzie klawiszy: odpowiednio A, S, D, F oraz J, K, L i średniku.

    Dzięki tym oznaczeniom nie trzeba za każdym razem spoglądać w dół, aby upewnić się, że ręce są we właściwej pozycji. Wystarczy dotknąć klawisza, by wyczuć charakterystyczne oznaczenie.

    Podstawa pisania bez patrzenia na klawiaturę

    Cały mechanizm został zaprojektowany z myślą o pisaniu wszystkimi palcami bez ciągłego kontrolowania ich wzrokiem. Klawisze F i J stanowią punkt startowy dla obu dłoni. Gdy palce przesuną się w kierunku innych klawiszy, mogą wrócić do właściwego miejsca dzięki tym dwóm oznaczeniom.

    Ma to bezpośredni wpływ na szybkość i dokładność pisania. Zamiast odrywać wzrok od monitora, użytkownik może polegać wyłącznie na dotyku.

    Czytaj dalej poniżej

    Pięć powodów, by nie kupować słuchawek Bluetooth. I dwa, dla których warto

    Dlaczego wypustki są tylko na dwóch klawiszach?

    Decyzja o umieszczeniu wypustek na klawiszach F i J nie jest przypadkowa. Są one punktami odniesienia dla obu dłoni, dlatego ich oznaczenie ma największy sens. Gdyby podobne wypustki znajdowały się na wielu klawiszach, ich funkcja jednoznacznych punktów orientacyjnych by się zatarła. Co ważne, to rozwiązanie jest użyteczne nie tylko dla osób, które opanowały pisanie dziesięcioma palcami, ale również wspiera osoby niewidome i słabowidzące w odnajdywaniu właściwej pozycji dłoni.

    Możesz to wypróbować od razu

    Wystarczy prosty eksperyment. Połóż lewy palec wskazujący na F, a prawy na J bez patrzenia na klawiaturę. Pozostałe palce naturalnie ustawią się na środkowym rzędzie. Następnie spróbuj przez chwilę pisać, nie kontrolując dłoni wzrokiem. Jeśli ręce przesuną się podczas pisania, wystarczy ponownie odnaleźć dwie charakterystyczne wypustki. Właśnie dlatego znalazły się na klawiaturach laptopów, komputerów stacjonarnych i wielu innych urządzeń z fizycznymi klawiszami w układzie QWERTY.

    Samuel Angor; Unsplash

    Samuel Angor; Unsplash

    Mały detal, który robi ogromną różnicę

    W erze ekranów dotykowych, wirtualnych klawiatur i dyktowania głosowego łatwo zapomnieć, jak wiele prostych problemów rozwiązują fizyczne klawisze. Te dwie niewielkie wypustki są doskonałym przykładem przemyślanego elementu interfejsu oraz znakomitego projektu, którego większość użytkowników nawet nie dostrzega. Następnym razem, gdy położysz dłonie na klawiaturze, zwróć uwagę na klawisze F i J. Te dwa małe znaczniki istnieją po to, aby Twoje palce wiedziały, gdzie znajduje się ich miejsce.

  • Dlaczego nie wolno używać telefonu na stacji benzynowej?

    Dlaczego nie wolno używać telefonu na stacji benzynowej?

    Na wielu stacjach benzynowych można napotkać charakterystyczne znaki zakazujące używania telefonów komórkowych. Przez lata tłumaczono to głównie ryzykiem wywołania pożaru przez iskrę z telefonu. W przypadku współczesnych smartfonów, jednakże, kluczowym powodem istnienia tego zakazu jest… rozproszenie uwagi kierowcy podczas tankowania.

    Czy telefon naprawdę może zapalić benzynę?

    Teoretycznie, telefon jest urządzeniem elektrycznym, a na stacji benzynowej mamy do czynienia z łatwopalnymi oparami paliwa. W praktyce jednak nie zarejestrowano potwierdzonych przypadków pożaru wywołanego przez użycie telefonu komórkowego. Analiza materiałów dotyczących takich incydentów przeprowadzona przez NFPA (National Fire Protection Association) nie odnotowała żadnego przypadku zapłonu wywołanego przez telefon.

    Nie oznacza to jednak, że na stacji nie istnieje ryzyko zapłonu. Benzyna łatwo wytwarza palne opary, a źródłem pożaru może być na przykład iskra elektryczna. Dlatego zasady bezpieczeństwa wokół dystrybutorów są znacznie bardziej rygorystyczne niż w innych miejscach.

    Znacznie większym problemem jest rozproszenie uwagi

    Współczesny smartfon jest znacznie groźniejszy dla osoby tankującej z zupełnie innego powodu. Gdy ktoś zaczyna pisać wiadomość, przegląda Internet czy prowadzi rozmowę, przestaje w pełni koncentrować się na sytuacji przy dystrybutorze.

    To może prowadzić do rozlania paliwa, przepełnienia zbiornika lub przeoczenia innego zagrożenia. Jak podkreślają przedstawiciele operatorów stacji, utrata koncentracji jest jednym z głównych argumentów dla ograniczenia korzystania z telefonów podczas tankowania. Rozlane paliwo stanowi poważne zagrożenie pożarowe.

    Czytaj dalej poniżej


    Roboty rolnicze zamiast pomagać, stały się ciężarem

    Prawdziwym zagrożeniem może być elektryczność statyczna

    Co ciekawe, istnieje rzeczywiste ryzyko powstania iskry podczas tankowania, ale niekoniecznie ma ono związek z używaniem smartfonów. Dokumentacja NFPA wskazuje na przypadki, w których źródłem zapłonu była elektryczność statyczna zgromadzona na ciele człowieka. Ładunek może powstać na przykład podczas wsiadania do samochodu i wysiadania z niego, a następnie zostać rozładowany w pobliżu oparów paliwa.

    Właśnie dlatego tak ważne jest przestrzeganie zasad obowiązujących przy dystrybutorze, w tym unikanie palenia oraz innych potencjalnych źródeł zapłonu. Oficjalne wytyczne dotyczące bezpiecznego tankowania podkreślają, że benzyna oraz jej opary mogą bardzo łatwo się zapalić.

    Skąd wziął się zakaz korzystania z telefonu?

    Ograniczenia zaczęły pojawiać się na stacjach już kilka dziesięcioleci temu, kiedy telefony komórkowe były zupełnie innymi urządzeniami niż dzisiejsze smartfony. Z biegiem lat zakaz skonsolidował się jako prosty element procedur bezpieczeństwa. W wielu miejscach wciąż stosuje się go jako zasadę ostrożności, nawet gdy prawdopodobieństwo zapłonu od samego telefonu jest znikome. Co istotne, zakaz ten nie musi oznaczać całkowitego zakazu posiadania telefonu na terenie stacji. W niektórych sieciach można używać smartfona do płatności za paliwo, jednak tylko wtedy, gdy nie trzymamy już pistoletu i nie tankujemy.

    Telefon schowaj, dopóki tankujesz

    Najprostsza zasada jest wciąż aktualna: podczas tankowania nie korzystaj z telefonu. Nie dlatego, że współczesny iPhone czy smartfon z Androidem mogą wywołać eksplozję, lecz dlatego, że w pobliżu dystrybutora warto maksymalnie ograniczyć wszelkie rozpraszacze. Telefon spokojnie może zostać w kieszeni. Na kilka minut świat bez powiadomień naprawdę się nie zawali, a pełna koncentracja na tankowaniu zmniejsza ryzyko znacznie bardziej niż poszukiwanie potencjalnej iskrę z nowoczesnego smartfona.