Kategoria: Wiadomości

  • Fani Dragon Ball czekali na to latami. LEGO wreszcie spełnia ich marzenie

    Fani Dragon Ball czekali na to latami. LEGO wreszcie spełnia ich marzenie

    LEGO i Dragon Ball – Nowości, które zaskoczą fanów

    Mówiło się o tym od dawna, a teraz możemy to potwierdzić. LEGO wkrótce wprowadzi na rynek zestawy inspirowane legendarną serią anime. Fani powinni już zacierać ręce.

    Dragon Ball – Ikona anime

    Dragon Ball to marka, która nie potrzebuje wprowadzenia dla miłośników anime. Zarówno starsi, jak i młodsi fani doskonale znają postacie takie jak Goku, Szatan Serduszko i ich towarzysze. Chociaż niektóre imiona w polskiej wersji językowej mogą być zaskakujące, międzynarodowy sukces serii jest niezaprzeczalny. Zaskakuje, że LEGO zdecydowało się na współpracę z tą marką dopiero teraz, aby stworzyć zestawy dostosowane do różnych grup wiekowych. Jednakże, smocze kule wreszcie zostały odnalezione, a życzenia fanów spełnione. LEGO oficjalnie zapowiada rozpoczęcie pracy nad serią Dragon Ball, choć na razie brak szczegółowych informacji, a jedynie krótki zwiastun sugerujący, że prezentacja pierwszych produktów jest już blisko.

    https://www.instagram.com/p/DdkdluPDnB0/

    Przecieki i spekulacje

    Od kilku miesięcy w sieci krążą plotki oraz przecieki dotyczące nowych zestawów LEGO inspirowanych serią stworzoną przez Akirę Toriyamę. Dragon Ball to jeden z kluczowych przedstawicieli gatunku anime i mangi, który zdobył zachodnie rynki z ogromnym sukcesem (w tym w Polsce, gdzie seria cieszy się niesłabnącą popularnością). Pierwsze produkty z logo LEGO i Dragon Ball powinny zadebiutować na rynku jeszcze w tym roku – pojawiają się spekulacje o listopadzie, aczkolwiek pojawiają się również sygnały sugerujące terminy wiosenne w roku 2027. Jak będzie w rzeczywistości? Musimy uzbroić się w cierpliwość i czekać na dalsze informacje.

    Interesujące alternatywy dla fanów

    W oczekiwaniu na konkretne zapowiedzi zestawów, warto zajrzeć do Burger Kinga, gdzie dostępne są dania inspirowane serią Dragon Ball, a w szczególności serią Super. W menu znajdziemy szereg atrakcyjnych pozycji, w tym Super Saiyan Whopper, Super Saiyan Chicken, Super Fries Dragon Ball oraz Cheesy Bacon Dragon Balls. Dodatkowo, restauracja oferuje sześć kolekcjonerskich figurek przedstawiających głównych bohaterów i antagonistów Dragon Ball Super. Szczegóły oferty są dostępne w lokalu oraz na stronie internetowej urgerking.pl/pl/dragon-ball.

    Czytaj dalej poniżej


    Nowe LEGO Harry Potter. Prawie 3500 elementów i opad szczęk gwarantowane

  • Tej aktualizacji Samsunga nikt nie chciał. Pechowy update narobił sporo szkód

    Tej aktualizacji Samsunga nikt nie chciał. Pechowy update narobił sporo szkód

    Aktualizacje zazwyczaj zwiększają wydajność urządzeń i wprowadzają nowe funkcje. Jednak właściciele niektórych lodówek marki Samsung zauważyli, że nie zawsze tak się dzieje…

    Użytkownicy oczekują na aktualizację dla smartfonów Samsung Galaxy, która wprowadzi Androida 17 oraz nakładkę One UI 9, oferującą jeszcze więcej funkcji i możliwości personalizacji. Kilka dni temu aktualizację, choć nie do Androida, otrzymali także posiadacze lodówek. W Korei Południowej zgłoszono przypadki, w których lodówki Samsung przestały działać po zainstalowaniu najnowszej aktualizacji oprogramowania. Problem nie ograniczał się tylko do funkcji obsługi urządzenia przez aplikację, wbudowany ekran czy inteligentne opcje. W niektórych modelach całkowicie przestał działać system chłodzenia, co prowadziło do zepsucia przechowywanej żywności. Pojawiły się także skargi dotyczące problemów z oświetleniem wnętrza, panelem dotykowym oraz automatycznym otwieraniem drzwi.

    Aktualizacja, której zdecydowanie nie powinno być

    Samsung potwierdził, że źródłem tych problemów nie jest awaria sprzętowa ani usterka platformy SmartThings, która obsługuje inteligentne urządzenia AGD. Okazało się, że oprogramowanie, które znajdowało się na etapie wewnętrznych testów, zostało przypadkowo udostępnione użytkownikom. Po zauważeniu tego błędu producent natychmiast wstrzymał jego dystrybucję. Niestety, zaktualizowane lodówki przestały działać, co wiązało się z utratą przechowywanych produktów spożywczych. Firma obiecała wysłać techników do właścicieli uszkodzonych urządzeń. Samsung zadeklarował, że podejmie działania, aby możliwie szybko przeprowadzić naprawy, jednak w niektórych przypadkach cały proces może się wydłużyć. Pojawiają się również doniesienia o konieczności wymiany płyt głównych lodówek, ponieważ prosta aktualizacja może nie wystarczyć.

    Czy lodówki naprawdę potrzebują aktualizacji? Coraz częściej trafiam na inteligentne urządzenia AGD, które nieustannie proszą o aktualizacje. Połączenie sprzętów domowych z internetem miało zapewnić wygodę i nowoczesność. Rzeczywistość bywa jednak inna. Lodówka, która nie jest aktualizowana, może nie zyskać nowych funkcji, ale z pewnością ma większe szanse, aby nie ulec awarii z powodu błędów systemu…

    Czytaj dalej poniżej

    Masz Samsunga? Za kilka dni czeka Cię ogromna zmiana
  • Wiele osób boi się używanych aut elektrycznych. Okazuje się, że niesłusznie

    Wiele osób boi się używanych aut elektrycznych. Okazuje się, że niesłusznie

    Samochody elektryczne wciąż budzą kontrowersje wśród kierowców. Część z nich zachwala zalety aut elektrycznych, inni są zagorzałymi zwolennikami silników spalinowych, obawiając się, że zakup używanego elektryka to jedna z najgorszych decyzji. Rzeczywiście, przy zakupie zarówno elektryka, jak i spalinówki można napotkać liczne pułapki. Czy jednak powinno się bać samochodów elektrycznych? Dane sugerują, że… niekoniecznie.


    Analiza 47,4 mln brytyjskich przeglądów technicznych przynosi dobre wieści dla potencjalnych nabywców używanych elektryków: pojazdy elektryczne, mimo dużych przebiegów, rzadziej kończą przegląd negatywnym wynikiem w porównaniu do samochodów benzynowych. Istnieje jednak jedno istotne zastrzeżenie. Podczas tych testów nie mierzy się kondycji baterii, co stanowi jeden z najdroższych i najbardziej kłopotliwych elementów, gdy ulega uszkodzeniu lub jego degradacja zaczyna wpływać na funkcjonowanie samochodu.

    Raport New AutoMotive, zrealizowany na zlecenie BVRLA (organizacji reprezentującej brytyjskie firmy wynajmu i leasingu pojazdów), zbadał dane z obowiązkowych przeglądów MOT, odpowiednika polskich badań technicznych, które są bardziej rygorystyczne i odporne na różne nieprawidłowości. Uwzględniono zarówno wiek pojazdów, jak i ich przebieg.

    Przewaga elektryków rośnie wraz z przebiegiem

    W grupie samochodów w wieku od trzech do ośmiu lat, przebiegających od 145 do 193 tys. km, 16,5% elektryków oraz 22,1% aut benzynowych otrzymało negatywny wynik przeglądu. Różnica wynosi ponad 5%, co wskazuje na 25% niższy odsetek niezaliczonych badań w przypadku elektryków. Po przebiegu powyżej 193 tys. km, 16% elektryków oraz 23,5% spalinówek nie zaliczyło przeglądu, co jeszcze bardziej pogłębia tę różnicę. Przy niższych przebiegach różnice były mniejsze. Widać zatem wyraźną korelację: im wyższy przebieg auta, tym wyższy odsetek niezaliczonych przeglądów dla pojazdów z silnikiem spalinowym.

    Muszę jednak zwrócić uwagę na pewne zastrzeżenie. Samochody benzynowe w Wielkiej Brytanii są przeważnie starsze niż elektryki, co ma miejsce również w innych krajach. Dodatkowo, elektryki w analizie mogły pokonać większą liczbę kilometrów, co wpływa na ocenę poszczególnych egzemplarzy w danym wieku. Z czego zatem wynika różnica? Najpewniej z prostszej konstrukcji elektryków, co stanowi ich niewątpliwą zaletę. Podstawą do niezaliczenia przeglądu może być nawet niewielki wyciek spod maski, którego w elektrykach zazwyczaj nie ma, chyba że mówimy o płynie do spryskiwaczy lub elementach przeniesienia napędu. Ogólnie rzecz biorąc, w układzie elektrycznym jest mniej elementów, które mogą ulec uszkodzeniu. O emisjach spalin już nie wspominając, które również są badane podczas MOT.

    Czytaj dalej poniżej

    Autonomiczne ciężarówki przywiozą Twój sprzęt Parkside do Lidla


    Opony i hamulce ukazują jednak pewne słabości elektryków

    Posiadasz elektryka? Musisz liczyć się z tym, że Twoje hamulce i opony są poddawane większym obciążeniom. Usterki dotyczące ogumienia występują niemal dwa razy częściej w elektrykach niż w samochodach benzynowych. Kupując „elektryka”, warto dokładnie sprawdzić ich stan, ponieważ może to być wynikiem rekuperacji, która powoduje charakterystyczne „wyhamowywanie” pojazdu po zwolnieniu pedału gazu. Przeciążenia występujące w tym czasie wpływają na układ przeniesienia napędu, hamulce oraz opony. Podczas MOT oceniane są nawet rozmiar i typ zastosowanych opon. Niemniej jednak brakuje danych na temat tego, po jakim przebiegu opony i hamulce mogą wymagać wymiany, co dopełniłoby ten obraz.

    Jeśli chodzi o hamulce: w starszych elektrykach z niewielkim przebiegiem można spotkać tradycyjne hamulce cierne. To zjawisko związane jest z korozją elementów używanych rzadziej niż w samochodach spalinowych. Rekuperacja ogranicza wykorzystywanie klasycznych hamulców, ale ten element również wymaga serwisowania. Wydaje się, że niektórzy właściciele mogą zapominać o tej kwestii, co stanowi również istotną przyczynę problemów.

    Zabrakło rzeczy najważniejszej. Co z baterią?

    MOT nie ocenia stopnia degradacji pojemności akumulatora trakcyjnego ani sprawności układu ładowania. To jeden z największych zarzutów w odniesieniu do tych danych. Dlatego też nie można jednoznacznie implikować tych wyników jako ogólnej przewagi elektryków nad spalinówkami w kontekście zakupu używanego auta. Prawda jest taka, że w obu przypadkach można natrafić na problemy. Jednak stopień degradacji baterii można sprawdzić przed dokonaniem zakupu. To stały element ogłoszeń dotyczących używanych elektryków. Nie znamy jednak innych parametrów wpływających na kondycję układu ładowania, napędu, akumulatorów itd.

    Czytaj również: Auta elektryczne w 2026 roku. Czy jest lepiej?

    Informacje te są optymistyczne, zwłaszcza dla aut poleasingowych, gdyż wiele elektryków, które trafiają na rynek wtórny, ma za sobą intensywną eksploatację firmową. Wysokie przebiegi nie muszą zatem odstraszać osób, które planują nabycie elektrycznego auta. Niemniej jednak warto dokładnie zweryfikować każde ogłoszenie: przede wszystkim korzystając z baz sprawdzających historię pojazdu, a następnie poprzez weryfikację przeglądów w autoryzowanych punktach, serwisie, a na końcu skorzystanie z niezależnej diagnostyki wybranego pojazdu.

  • Pokémony odebrały mu rozum. 72-latek może trafić za kraty

    Pokémony odebrały mu rozum. 72-latek może trafić za kraty

    Karty Pokémon są obecnie tak bardzo pożądane, że niektórzy kolekcjonerzy przekraczają granice zdrowego rozsądku, prawa, a nawet podstawowej przyzwoitości.

    Fani Pokémonów tworzą jedną z najbardziej ekscentrycznych społeczności. W każdej grupie wiekowej można natknąć się na zapalonych kolekcjonerów, którzy mają niezdrową pasję do zbieractwa i gotowi są wydać ogromne sumy na specjalne karty kolekcjonerskie. Karty w tym uniwersum mają szczególne znaczenie, ponieważ towarzyszą Pokémonom od ich pierwszego pojawienia się w kulturze popularnej, w 1996 roku. Dla niektórych fanów stają się wręcz obsesją, skłaniającą do podejmowania skrajnie nierozsądnych i niezgodnych z prawem decyzji.

    Chciał wiedzieć, kiedy przyjadą karty – posunął się o krok za daleko

    Kto kolekcjonował w życiu karty, czasopisma czy modele do sklejania, wie, jak ekscytujący jest moment nowej dostawy do sklepu. 72-letni Kent Kubasta z Ohio musiał jednak być szczególnie zniecierpliwiony, gdyż postanowił podłożyć dostawcy nadajnik GPS, aby śledzić jego położenie.

    Choć brzmi to jak fabuła komedii, nie jest to żart. Ten miłośnik Pokémonów, mimo swojego wieku, wykazał się wystarczającą pomysłowością, aby przymocować nadajnik śledzący firmy SpyTech do samochodu dostawczego zaparkowanego przed sklepem Operation Fandom w Wooster. Dlaczego? Mężczyzna, przyznając się do winy, nie wniknął w szczegóły i po prostu powiedział, że chciał śledzić dostawę kart Pokémon do sklepu. Możemy jednak przypuszczać, że zależało mu na zdobyciu najnowszego zestawu Pokémon 30th Celebration, którego brakowało w wielu okolicznych sklepach.

    Karty Pokémon – szczególnie te rzadkie i limitowane – potrafią osiągać zawrotne kwoty. Przykładem jest Pikachu Illustrator z 1998 roku, która wcześniej należała do youtubera, celebryty i wrestlera, Logana Paula. W lutym tego roku została sprzedana na aukcji domu Goldin za kwotę 16,49 miliona dolarów, a jej nabywcą został AJ Scaramucci.

    Dało się to zrobić bez łamania prawa – teraz może spędzić pół roku w więzieniu

    Fox8 News przeprowadziło wywiad z właścicielem sklepu Operation Fandom, na parkingu którego zamontowano lokalizator. Jego wypowiedź czyni tę sytuację jeszcze bardziej absurdalną, ponieważ – jak przekonuje – informacje o dostawach nie są wcale trudno dostępne. Wystarczy śledzić Facebooka, Instagrama czy TikToka, gdzie kolekcjonerzy chętnie dzielą się szczegółowymi terminami dostaw.

    Kent Kubasta jednak postawił na niekonwencjonalne metody, za co teraz musi ponieść konsekwencje. Mężczyzna może zostać ukarany do 180 dni pozbawienia wolności oraz grzywną w wysokości 1000 dolarów.

    Jeśli jednak myślicie, że w tej całej sytuacji granice przyzwoitości zostały przestroczone, warto zwrócić uwagę na incydent, który miał miejsce w sklepie Target w Lisbon (Connecticut), gdzie doszło do rękoczynów pomiędzy dwójką skalperów, a parą zwyczajnych konsumentów poszukujących zestawów Pokémon 30th Celebration. Jeden ze skalperów miał uderzyć mężczyznę, który go nagrywał, przez co ów upadł na czteroletnią dziewczynkę.

    Jak widać, tytuł tego artykułu nie jest przesadzony. Czasami Pokémony mogą zabrać nam rozum; dotyczy to w zasadzie wszystkiego, co limitowane, pożądane i potencjalnie drogie. Szkoda, że ludzka chciwość potrafi zniszczyć nawet tak niegroźną zabawę, jak zbieranie kart z sympatycznymi stworkami.

    Źródło

  • Apple ułatwia sprawdzanie pogody. Zmiany w iOS

    Apple ułatwia sprawdzanie pogody. Zmiany w iOS

    Apple zmienia swoją aplikację Pogoda. Będzie lepsza i wygodniejsza.

    Jeżeli mieliście wrażenie, że aplikacja Pogoda w systemie iOS wymagała znaczących zmian, to wasze postulaty zostały w końcu wysłuchane. Apple wprowadziło wiele nowości z aktualizacją do iOS 27. Teraz sprawdzanie warunków atmosferycznych na iPhone’ach stanie się łatwiejsze i bardziej ergonomiczne.

    Pogoda w iOS 27 zyskuje nowe życie

    Aplikacja nie musi być idealna, aby zdobyć status kultowej – przynajmniej popularnej, co z pewnością można powiedzieć o Pogodzie w systemie iOS. Fakt, że jest to domyślny program do monitorowania warunków atmosferycznych, sprawia, że wielu użytkowników po prostu przyzwyczaiło się do korzystania z niej w codziennym życiu. Choć program od Apple nie był całkowicie nieużyteczny, wielu użytkowników zgłaszało liczne zastrzeżenia dotyczące kilku funkcji. Przykłady obejmują konieczność długiego przewijania listy kafelków w celu znalezienia interesujących informacji oraz inne problemy związane z ergonomią. Na szczęście Apple postanowiło wprowadzić zmiany w aplikacji Pogoda, które zadebiutują z iOS 27.

    Tym samym aplikacja zyska nowy, bardziej przejrzysty układ, podobny do rozwiązania stosowanego przez Google, co pozwoli na łatwe i szybkie uzyskiwanie informacji, bez zbędnego przewijania. W iOS 27 aplikacja Pogoda będzie nowoczesna, prezentując trzy główne ikony umożliwiające dostęp do najważniejszych informacji. Nowe skróty umieszczone po prawej stronie ekranu pozwolą nam sprawdzić:

    • Słońce za chmurą (Ogólne warunki) – szczegółowa prognoza pogody na dany dzień oraz na kolejne 9 dni, zawierająca zakres temperatur i ogólną aurę (np. słonecznie, wietrznie lub pochmurnie).
    • Kropla wody (Karta opadów) – parametry dotyczące opadów, takich jak deszcz czy śnieg. Oprócz procentowego prawdopodobieństwa ich wystąpienia, użytkownicy zobaczą przewidywania dotyczące sumy opadów oraz wykres godzinowy wskazujący, kiedy opady będą miały miejsce lub będą najsilniejsze.
    • Ikona wiatru – informacje dotyczące prognoz wiatru, jego siły oraz animowaną mapę wektorową obrazującą prędkość i kierunek podmuchów.

    Jeżeli pamiętacie aplikację Dark Sky sprzed lat, poczujecie się jak w domu. Nowy design i funkcjonalności aplikacji Pogoda w iOS 27 to zdecydowanie hołd dla niestety nieczynnej już aplikacji, która zakończyła swoją działalność pod koniec 2022 roku. Warto zauważyć, że dla wielu użytkowników iPhone’ów najwygodniejszym i najbardziej intuicyjnym sposobem korzystania z prognoz pogody pozostanie widżet na ekranie, jednak zyskiwana przez aplikację funkcjonalność i komfort użycia to znaczący krok naprzód. To doskonały przykład kierunku, w którym Apple zamierza podążać, tworząc swoje aplikacje i interfejsy. Nawet estetyczne pulpity nie zawsze muszą być tymi najlepszymi, a rozwiązania, które sprawiają radość użytkownikom, powinny być przede wszystkim wygodne i bezproblemowe w codziennym użytkowaniu.

    Czytaj dalej poniżej

    Tak ma wyglądać iPhone 20 Pro. Większy ekran to nie wszystko

    Nowa aplikacja Pogoda to kolejny powód, aby uznać iOS 27 za udaną aktualizację systemu Apple. Wśród wielu ciekawych funkcji (poza prognozą pogody) na uwagę zasługuje również korektor dźwięku, który po raz pierwszy pojawia się w tej formie w iOS. Posiadacze słuchawek AirPods z pewnością poczują różnicę, gdyż jakość dźwięku, którą można uzyskać, jest zdumiewająca. Zaskakujące, że na takie trójpasmowe EQ musieliśmy czekać tak długo, ale… cóż, w końcu to Apple. Wprowadzenie składanego telefonu też zajęło im sporo czasu, a gdy w końcu zadebiutował, wszyscy byli zachwyceni.

  • Płyty CD wracają do łask. Ten odtwarzacz podbija serca fanów

    Płyty CD wracają do łask. Ten odtwarzacz podbija serca fanów

    Jeśli jesteś zmęczony platformami streamingowymi, reklamami oraz subskrypcjami, warto rozważyć powrót do sprawdzonych rozwiązań. Płyty CD znowu zyskują na popularności.

    Jeszcze niedawno wydawało się, że płyty CD podzielą los kaset oraz winyli, stając się jedynie nostalgicznymi reliktami, po które sięgają tylko najwięksi kolekcjonerzy. Jednak dane wskazują na coś zupełnie innego. Z raportu Luminate wynika, że w pierwszej połowie 2026 roku sprzedaż płyt CD w Stanach Zjednoczonych wzrosła o 16% w porównaniu do roku poprzedniego, osiągając 16,3 miliona egzemplarzy. Co więcej, rośnie również liczba wyszukiwań odtwarzaczy CD. Młodsze pokolenie na nowo odkrywa przyjemność z fizycznej muzyki. Pozostaje jedynie pytanie: na czym te płyty odtwarzać?

    Odpowiedzią na tę potrzebę może być Syitren R400, przenośny odtwarzacz CD zaprojektowany przez ORGDOT.

    Odtwarzacze CD znowu w modzie?

    Intrygującym rozwiązaniem jest odłączana obudowa. Można oddzielić ochronną pokrywę od głównego odtwarzacza, zmieniając jego wygląd. Dostępna jest m.in. przezroczysta wersja, którą można ozdabiać naklejkami lub rysunkami. Odtwarzacz można umieścić na dołączonej podstawce, a przy użyciu uchwytu ściennego przekształcić go w element dekoracyjny w pokoju.

    Sercem urządzenia jest autorski „pure CD core”. Syitren chwali się współczynnikiem sygnału do szumu na poziomie 70 dB oraz technologią antywibracyjną, która minimalizuje przeskakiwanie dźwięku podczas przenoszenia urządzenia. Dzięki Bluetooth 5.3 możemy podłączyć bezprzewodowe słuchawki lub głośnik. Istnieje także możliwość skorzystania z połączenia przewodowego, a nawet podłączenia odtwarzacza do radia samochodowego. Bateria ma wytrzymywać ponad cztery godziny ciągłego odtwarzania.

    Czytaj dalej poniżej

    IKEA odpala petardę. To może być twój ulubiony głośnik Bluetooth

    Producent zadbał także o szczegóły. W korpusie znajduje się wbudowana komora ładowania z rowkiem na kabel, a dwumateriałowa konstrukcja sprawia, że urządzenie wydaje się solidniejsze niż typowe budżetowe odtwarzacze.

  • Ta odchudzona wersja Windows 11 działa lepiej niż oryginał. I to na starych niekompatybilnych PC

    Ta odchudzona wersja Windows 11 działa lepiej niż oryginał. I to na starych niekompatybilnych PC

    Rozważasz przesiadkę na Windows 11, ale Twój komputer nie spełnia wymagań? Nie musisz inwestować w nowy sprzęt. Ta wersja Windows 11 sprawdzi się nawet na starszych modelach.

    Microsoft postawił wielu użytkowników systemu Windows w trudnej sytuacji. Windows 10 stopniowo żegna się z użytkownikami. Od 14 października 2025 roku Microsoft zaprzestanie dostarczania do niego regularnych aktualizacji. Owszem, istnieje program ESU, który pod pewnymi warunkami przedłuża wsparcie o dodatkowy rok, ale jest to jedynie odroczenie nieuchronnego przejścia na Windows 11. Problem w tym, że dla wielu osób oznacza to konieczność zakupu nowego komputera.

    Windows 11? Tylko jeśli spełniasz wymagania

    Microsoft nie ma skrupułów, jeśli chodzi o wymagania systemowe. Windows 11 wymaga m.in. TPM 2.0, Secure Boot oraz odpowiednio nowego procesora. To sprawia, że tysiące laptopów i komputerów stacjonarnych, które wciąż radzą sobie z codziennymi zadaniami, zostały „skreślone” jako niekompatybilne. Dodatkowo Windows 11, od momentu swojej premiery w 2021 roku, zbierał krytykę za swoją ociężałość i błędy. Nic dziwnego, że wielu użytkowników odkłada aktualizację na później.

    Na szczęście istnieje alternatywa. I nie chodzi tu o kolejną łatkę ani skrypt, który „coś tam wyłączy”. Mowa o Tiny11, czyli odchudzonej, zoptymalizowanej wersji Windows 11, stworzonej przez niezależnego dewelopera posługującego się pseudonimem NTDEV.

    Tiny11 opiera się na oficjalnych plikach Windows 11 w wersji 25H2, ale został całkowicie przebudowany. Usunięto zbędne usługi, fabryczne aplikacje oraz narzędzia, które tylko zajmują miejsce i zasoby. System zajmuje mniej niż 17 GB na dysku, a wariant Tiny11 Core zaledwie 5 GB. Dla porównania, klasyczny Windows 11 potrzebuje ponad 24 GB. Mniejsze zużycie pamięci RAM oraz mniejsza liczba aktywnych usług przekładają się na znacznie lepszą wydajność.

    Czytaj dalej poniżej

    Microsoft naprawił właśnie jeden z najbardziej irytujących błędów Windowsa 11

    Co istotne, nie trzeba posiadać konta Microsoft. Wystarczy zwykłe konto lokalne. TPM ani Secure Boot nie są wymagane. Tiny11 działa więc na komputerach, które Microsoft oficjalnie uznał za niekompatybilne. Mimo odchudzenia najważniejsze elementy pozostały nienaruszone. Windows Defender funkcjonuje poprawnie, Windows Update potrafi pobierać aktualizacje, a zgodność z większością aplikacji dostępnych w Sklepie Microsoft została zachowana. Brakuje natomiast aplikacji takich jak Edge, Teams czy OneDrive.

    Grafika: depositphotos.com

  • Dostawca internetu z ogromną karą. Sprawdź, czy masz takie zapisy w umowie

    Dostawca internetu z ogromną karą. Sprawdź, czy masz takie zapisy w umowie

    Tysiące złotych za wcześniejsze zerwanie umowy i płatna usługa antywirusowa bez wyraźnej zgody – UOKiK uznał, że Inea posunęła się za daleko.

    Inea to operator telekomunikacyjny z Wielkopolski, który dostarcza internet światłowodowy, telewizję i telefonię – z usług firmy korzysta już ponad 300 tys. abonentów. Inea znalazła się pod lupą UOKiK z powodu niezgodnych z prawem zapisów w umowach, dotyczących pobierania opłat za wcześniejsze rozwiązanie umowy. Operator doliczał także płatną usługę antywirusową bez wiedzy klientów. Jeśli jesteś abonentem Inei, sprawdź swoją umowę – możesz mieć prawo do zwrotu pieniędzy.

    Warto czytać umowy – Inea zastawiała pułapki

    Dostawcy usług telekomunikacyjnych często zachęcają klientów atrakcyjnymi rabatami na start, co również miało miejsce w przypadku Inei. Polski operator kusił klientów zniżkami na abonamenty telewizyjne i internetowe, które obowiązywały przez określony czas. Na klientów czekała jednak pułapka, o której dowiadywali się na przykład podczas przeprowadzki. Gdy klient chciał rozwiązać umowę, Inea żądała uiszczenia opłat wyrównawczych, czyli – jak wskazuje UOKiK – „sumy rabatów”, która przekraczała wartość abonamentu pozostałego do zapłacenia do końca umowy.

    UOKiK określa to jako presję ekonomiczną, zmuszającą konsumentów do opłacania miesięcznego abonamentu za usługę, z której nie mogli korzystać – co było bardziej „opłacalne” niż uiszczenie opłaty wyrównawczej.

    „Po skontaktowaniu się telefonicznie z Inea otrzymałem szokującą informację, że kary za przedwczesne rozwiązanie umowy sięgną wartości 8006,95 zł! Wysokość opłat pozostałych przez cały okres trwania umowy to ok. 2340 zł (…)” – fragment skargi konsumenckiej, skierowanej do UOKiK

    Sprawa ta po raz kolejny przypomina, jak ważne jest dokładne czytanie umów zawieranych z operatorami telekomunikacyjnymi. Wiele osób nie zdawało sobie sprawy z obecności takich zapisów w dokumentach.

    Źródło: UOKiK

    Sytuację zmieniło dopiero prawo komunikacji elektronicznej, które weszło w życie w listopadzie 2024 roku – od tego momentu odszkodowanie dla operatora nie może przekraczać sumy abonamentów pozostałych do końca umowy. Wcześniejsze przepisy pozwalały bowiem żądać zwrotu całej przyznanej ulgi, pomniejszonej jedynie o część przypadającą na okres od zawarcia umowy do jej rozwiązania. W przypadku Inei rabaty były często wyższe niż sam abonament.

    Na karach problemy klientów się nie kończyły, ponieważ Inea bez wyraźnej zgody doliczała dodatkowe opłaty za usługę antywirusową – początkowo za jeden grosz.

    Niechciany antywirus i ogromna kara

    Dodatkowa sprzedaż usług przez konsultantów na podstawie półprawd i ukrytych informacji to klasyczne zagranie. W tym przypadku chodziło o usługę antywirusową Inea Safe, która początkowo kosztowała jeden grosz, ale później jej cena wzrosła do 9,90 zł miesięcznie. Klienci często dowiadywali się o tym dopiero po otrzymaniu faktury. Choć można by przenieść część odpowiedzialności na niewystarczająco doinformowanych konsumentów, z dochodzenia UOKiK wynika, że Inea doliczała tę usługę nawet mimo wyraźnego sprzeciwu klientów – konsultanci twierdzili, że działają „na próbę”, a możliwość rezygnacji pojawiała się dopiero siedem dni po rozpoczęciu umowy.

    Prezes UOKiK nałożył na Ineę karę w wysokości 1 882 000 zł i nakazał zwrot nienależnie pobranych opłat wyrównawczych. Spółka musi ponownie rozpatrzyć reklamacje dotyczące Inea Safe i zwrócić pobrane opłaty. Operator jest zobowiązany powiadomić uprawnionych klientów, a byli abonenci będą mogli zgłaszać się po pieniądze po publikacji komunikatów na inea.pl. Decyzja nie jest prawomocna – spółce przysługuje odwołanie do sądu.

  • AI nie wybiera pracy za kandydata. Ma pomóc mu podjąć lepszą decyzję

    AI nie wybiera pracy za kandydata. Ma pomóc mu podjąć lepszą decyzję

    W Pracuj.pl rozwój platformy skupia się właśnie na wzmocnieniu użytkownika. Jak podkreśla Paweł Moszyński, Chief Product Officer Grupy Pracuj, technologia i sztuczna inteligencja mają na celu ograniczenie niepewności, porządkowanie informacji oraz ułatwienie podejmowania decyzji przez użytkowników.

    Rynek pracy w czasie niepełnej rewolucji

    Debata na temat sztucznej inteligencji często przyjmuje skrajne formy. Z jednej strony obawy o masową utratę miejsc pracy, z drugiej – przekonanie, że AI rozwiąże niemal każdy problem. Rzeczywistość jest jednak mniej spektakularna. W badaniu przeprowadzonym przez Pracuj.pl w sierpniu 2026 roku na grupie 1506 pracujących Polaków respondenci oszacowali, że sztuczna inteligencja mogłaby zautomatyzować średnio 21% ich czasu pracy. Co ciekawe, aż 70% badanych nie korzysta z narzędzi AI w pracy, a 47% twierdzi, że w ich firmach nikt z nich nie korzysta.

    To nie oznacza, że technologia jest zbędna. Dane sugerują, że jej wpływ na rynek pracy nie jest jeszcze tak powszechny, jak może wynikać z doniesień medialnych. Wiele osób dopiero odkrywa, w jaki sposób AI może być użyteczne, a w jakich obszarach nie powinno się jej wdrażać. Dlatego w Pracuj.pl kluczowe jest utrzymanie człowieka w centrum całego procesu.

    Kandydat może otrzymać rekomendacje, zwięzłe podsumowania ofert czy zestaw pytań pomocnych w przygotowaniach do rozmowy. Jednak nie powinien tracić kontroli nad tym, gdzie i na jakie stanowisko aplikuje. Ten sam schemat można zaobserwować w testach funkcji automatycznego aplikowania; użytkownicy byli otwarci na rekomendacje, ale nie chcieli, by platforma wysyłała zgłoszenia w ich imieniu.

    Najpierw trzeba zrozumieć potrzebę

    Pracuj.pl rozwija swoje funkcje w oparciu o dane, obserwacje zachowań użytkowników oraz rozmowy z kandydatami i pracodawcami. Idee mogą pojawiać się wewnętrznie w zespole produktowym, jednak zanim zostaną wdrożone do serwisu, są konfrontowane z rzeczywistymi potrzebami.

    Przykładem jest Continuous Discovery, czyli cykliczne spotkania z użytkownikami, w trakcie których analizują oni konkretne scenariusze korzystania z platformy. Użytkownicy nie zawsze wskazują gotowe rozwiązania; częściej starają się opisać, jakie mają problemy, na przykład chcą lepiej zrozumieć ofertę, dowiedzieć się więcej o pracodawcy lub ocenić, czy ich doświadczenie jest zgodne z wymaganiami.

    Dopiero później zespół tłumaczy tę potrzebę na konkretne rozwiązania, tworząc makiety, prototypy i przeprowadzając testy. Efektywność nowej funkcji jest mierzona nie tylko opiniami, ale także rzeczywistym wpływem na zachowania kandydatów. Przykładem może być podsumowanie oferty. Początkowo wyświetlane na liście wyszukiwania, dostarczało zbyt mało kontekstu; po przeniesieniu na stronę konkretnego ogłoszenia, kandydaci częściej uznawali ofertę za dopasowaną i chętniej na nią aplikowali.

    To pokazuje, że samo użycie AI nie jest jeszcze wartością. Liczy się miejsce, forma i moment, w którym technologia pojawia się na ścieżce użytkownika.

    Od tysięcy ofert do kilku właściwych

    Pierwszym wyzwaniem jest poruszenie się wśród tysięcy ogłoszeń. Na platformie znajduje się ich dziesiątki tysięcy, a ta skala może być dla użytkownika przytłaczająca. Dlatego wyszukiwarka musi nie tylko reagować na wpisane słowa kluczowe, lecz także coraz lepiej rozumieć intencję osoby poszukującej pracy.

    Mechanizm rekomendacji działa podobnie jak w serwisach streamingowych. YouTube czy Spotify uczą się, jakie treści interesują konkretnego użytkownika, a następnie dostosowują dalsze propozycje. W przypadku Pracuj.pl oznacza to budowę bardziej personalizowanego katalogu ofert: innego dla księgowego, innego dla kierowcy, programisty czy pracownika gastronomii.

    Rekomendacje nie zastępują wyszukiwarki, ale pomagają skrócić drogę od ogólnego zamiaru do konkretnych ogłoszeń. Kolejnym krokiem jest ocena sensowności danej oferty z perspektywy kandydata. W tym celu wprowadzono FitScore, który pokazuje poziom dopasowania profilu kandydata do wybranego stanowiska. Nie jest to werdykt ani gwarancja zatrudnienia, lecz dodatkowa informacja, która ułatwia selekcję.

    Obok ofert dostępne są także podsumowania oraz sekcja AI Q&A. Pytania i odpowiedzi opierają się na treści ogłoszenia oraz informacjach o pracodawcy, co pozwala kandydatom szybciej zorientować się, czego dotyczy stanowisko i które kwestie wymagają dodatkowego wyjaśnienia, zamiast analizować całą ofertę tylko przez pryzmat pojedynczych słów kluczowych.

    Pomoc, a nie wyręczenie w pisaniu CV

    Kiedy użytkownik wybierze ofertę, pojawia się kolejny problem: jak przedstawić swoje doświadczenie. Kreator CV w Pracuj.pl wykorzystuje AI do proponowania opisów obowiązków i kompetencji. Użytkownik może wpisać nazwę stanowiska i poprosić o sugestię typowego zakresu zadań, a następnie dostosować treść do własnej historii zawodowej. Narzędzie potrafi również zaproponować poprawki w już przygotowanym dokumencie.

    Istotne jest jednak to, że użytkownik nie otrzymuje dokumentu, który powinien zaakceptować bezrefleksyjnie. To on decyduje, które informacje są prawdziwe, przydatne i zgodne z jego doświadczeniem. AI może pomóc uporządkować język lub zidentyfikować lepszy sposób opisania obowiązków, lecz nie powinna dopisywać kompetencji, których kandydat nie posiada.

    Taki model ogranicza także ryzyko powstania dokumentów pozbawionych autentyczności. W dyskusji na temat tzw. „Hiring Slop” pojawia się scenario, w którym kandydaci masowo generują CV, a rekruterzy używają botów do ich przesiewania. W efekcie proces rekrutacyjny może stać się pojedynkiem algorytmów, gdzie coraz trudniej dostrzec prawdziwe doświadczenie człowieka.

    Z danych przytoczonych w rozmowie wynika, że informacja o wykorzystywaniu AI do wstępnej selekcji CV może zniechęcić 36% kandydatów. Z kolei 60% osób zadeklarowało, że do aplikowania zachęcałaby ich wiadomość, że ostateczną decyzję podejmuje człowiek. Technologia jest akceptowana przede wszystkim wtedy, gdy wspiera kandydata.

    Mniej stresu przed rozmową

    Najbardziej praktycznym przykładem takiego podejścia jest funkcja generowania pytań do rozmowy kwalifikacyjnej. Po złożeniu aplikacji użytkownik może znaleźć na swoim koncie przykładowe pytania dopasowane do konkretnej oferty. System analizuje treść ogłoszenia i wykorzystuje zgromadzoną wiedzę, by podpowiedzieć, czego kandydat może się spodziewać na kolejnym etapie.

    Nie chodzi o przewidzenie dokładnego przebiegu spotkania. Funkcja ma na celu uporządkowanie przygotowań, wskazanie potencjalnych obszarów rozmowy oraz zmniejszenie napięcia związanego z nieznanym. Kandydat może przećwiczyć odpowiedzi, przypomnieć sobie konkretne projekty i zastanowić się, jak najlepiej opowiedzieć o swoich kompetencjach.

    To w tym obszarze akceptacja AI jest szczególnie wysoka. Aż 82% badanych wyraża otwartość na narzędzie generujące pytania rekrutacyjne dopasowane do oferty, podczas gdy tylko 13% respondentów dopuszcza rozmowę przeprowadzaną przez sztuczną inteligencję. Różnica jest wyraźna: kandydaci chcą, aby AI wspierała ich w lepszym przygotowaniu się do rozmowy, lecz nie chcą, aby sama prowadziła spotkanie i oceniała ich zamiast człowieka.

    Podobną rolę pełni geolokalizacja. Przed złożeniem aplikacji kandydat może sprawdzić szacowany czas dojazdu do miejsca pracy różnymi środkami transportu. Dla osób pracujących zdalnie może to być mniej istotny detal, lecz dla pracowników sklepów, magazynów czy zakładów produkcyjnych różnica między piętnastoma minutami a półtoragodzinną podróżą może przesądzać o sensowności całej oferty.

    Technologia rozwijana bez końca

    Za opisanymi funkcjami kryją się zarówno szybkie wdrożenia, jak i długotrwałe procesy wymagające współpracy wielu zespołów. Pracuj.pl monitoruje działanie platformy oraz analizuje dane, ale jednocześnie musi uwzględniać skalę całego systemu: około 5 milionów osób poszukujących pracy miesięcznie, blisko 100 000 ofert oraz ponad 60 000 pracodawców.

    Rozwój produktu przypomina zatem zarówno sprint, jak i maraton. Niektóre rozwiązania można uruchomić szybko, a następnie stopniowo doskonalić. Inne wymagają długich przygotowań, testów i udoskonalonej infrastruktury. W obu przypadkach kluczowym punktem odniesienia pozostaje użytkownik oraz pytanie, czy dana funkcja rzeczywiście pomaga mu przejść przez kolejny etap rekrutacji.

    Stosunek Polaków do sztucznej inteligencji jest przy tym zróżnicowany. 43% badanych ocenia AI pozytywnie, 39% ma do niej stosunek ambiwalentny, a 18% – negatywny. Często wskazywaną emocją jest ciekawość, odczuwana przez 42% osób. Towarzyszą jej inspiracja oraz nieufność, po 23%, a także fascynacja i niepokój.

    Nie ma więc jednej reakcji na tę technologię. Jest za to konkretne oczekiwanie: AI ma pomagać, o ile nie odbiera człowiekowi sprawczości. W procesie rekrutacyjnym oznacza to rekomendacje zamiast automatycznych decyzji, podpowiedzi przekładające się na gotowe życiorysy oraz wsparcie w przygotowaniach do rozmowy w miejsce wywiadu prowadzonego przez maszynę.

    W takim modelu sztuczna inteligencja nie jest ani zbawieniem dla rynku pracy, ani jego zagrożeniem. Staje się kolejnym narzędziem – przydatnym wtedy, gdy pozwala lepiej zrozumieć ofertę, sprawniej przygotować dokumenty i zapewnić pewność przed rozmową. Ostateczny wybór wciąż należy do osoby, która pragnie znaleźć pracę.

    Posłuchaj naszej rozmowy

    Całą rozmowę z Pawłem Moszyńskim, Chief Product Officer Grupy Pracuj, znajdziecie do odsłuchania poniżej:

    https://w.soundcloud.com/player/?url=https%3A//api.soundcloud.com/tracks/soundcloud%253Atracks%253A2405832345&color=%23ff5500&auto_play=false&hide_related=false&show_comments=true&show_user=true&show_reposts=false&show_teaser=true" width="100%" height="166" frameborder="no" scrolling="no
    https://open.spotify.com/embed/episode/651McdviQAN8JzdCzYcbuV?utm_source=generator&si=f1ff71054de043bb" width="100%" height="352" frameborder="0" allowfullscreen="allowfullscreen" data-testid="embed-iframe" style="border-radius: 12px;

    —

    Materiał powstał we współpracy z Pracuj.pl

  • Gigantyczny problem Windowsa 11. Najnowsza aktualizacja psuje gry

    Gigantyczny problem Windowsa 11. Najnowsza aktualizacja psuje gry

    Kolejna aktualizacja Windows 11 i nowa fala problemów. Tym razem kłopoty dotyczą graczy.

    Microsoft nie ma ostatnio dobrej passy, zwłaszcza w odniesieniu do aktualizacji Windows 11. 8 września, w ramach Patch Tuesday, firma wydała łatkę KB5124008, mającą na celu naprawę wielu błędów związanych z bezpieczeństwem systemu. Niestety, wprowadziła ona także szereg nowych usterek. Najbardziej dotkliwe problemy dotyczą dźwięku, gdzie urządzenia są podłączone, ale system ich nie wykrywa. Kłopoty dotyczą także procesu Explorer.exe, odpowiedzialnego za eksplorator plików, pulpit, pasek zadań i menu Start. To jednak nie koniec problemów – więcej szczegółów znajduje się w naszym poprzednim artykule.

    Windows 11 wprowadza nową aktualizację i ponownie napotyka na trudności

    Aktualnie Microsoft zmaga się z kolejnym problemem związanym z aktualizacją Windows 11. Mowa o wersji KB5124010, która została udostępniona najpierw uczestnikom programu Insider w kanale Release Preview, a następnie wszystkim użytkownikom jako opcjonalna aktualizacja podglądowa.

    Problemem jest to, że aktualizacja KB5124010 nie jest wolna od usterek. Microsoft prowadzi dochodzenie dotyczące m.in. błędów związanych z dźwiękiem USB oraz logowaniem do domen w środowiskach korporacyjnych. Coraz więcej zgłoszeń pochodzi od graczy.

    Jednym z najczęściej wymienianych tytułów jest Battlefield 6. Użytkownicy raportują, że gra uruchamia się poprawnie, jednak po kilkunastu lub kilkudziesięciu sekundach znika z ekranu. W wielu przypadkach nie pojawia się żaden komunikat o błędzie. Gra wydaje się działać bez zarzutu, po czym nagle powraca do pulpitu.

    Czytaj dalej poniżej


    Popularny błąd z Windowsem. Dlaczego restart pomaga?

    Co istotne, część użytkowników twierdzi, że odinstalowanie KB5124010 natychmiast rozwiązuje problem. Jednak to nie koniec listy gier, które mogą być potencjalnie dotknięte. Zgłoszenia dotyczą również innych produkcji korzystających z systemów antycheat, co dotyczy większości gier online.

    Grafika: depositphotos.com