Autor: admin

  • To miał być koniec. Netflix jednak zapowiada 2. sezon wielkiego hitu

    To miał być koniec. Netflix jednak zapowiada 2. sezon wielkiego hitu

    Fani hitu Netflixa mogą się cieszyć – „Bestia we mnie” wraca!

    Netflix zdecydował się na zmianę pierwotnych planów dotyczących jednego ze swoich czołowych seriali. „Bestia we mnie”, który miał pozostać zamkniętą, jednosezonową opowieścią, doczekał się oficjalnego zamówienia na kontynuację. W nowym sezonie ponownie zobaczymy Claire Danes („Homeland”), która powróci do roli pisarki Aggie Wiggs, a także pełni rolę producentki wykonawczej. Za dalszy rozwój historii będą odpowiedzialni Howard Gordon i Daniel Pearle, scenarzyści oraz producenci pierwszej odsłony.

    „Bestia we mnie” wraca na Netflix. 2. sezon oficjalnie potwierdzony

    Co wpłynęło na tę decyzję? Wszystko sprowadza się do świetnego przyjęcia serii przez widzów. Serial szybko zdobył pierwszą pozycję w globalnym zestawieniu Netflixa, zdobywając miejsce w TOP 10 w 88 krajach, a w ciągu zaledwie siedmiu tygodni od premiery osiągnął 43 miliony wyświetleń. Produkcja zdobyła też dziewięć nominacji do nagród Emmy, z czego Matthew Rhys otrzymał statuetkę za najlepszą rolę pierwszoplanową.

    Pierwszy sezon „Bestii we mnie” koncentrował się na relacji Aggie z Nile’em Sheldonem – pozornie czarującym sąsiadem, który był podejrzewany o zaginięcie swojej byłej żony. Ich relacja przekształciła się w niebezpieczną grę, prowadzącą do wielu dramatycznych wydarzeń. Finał zaskoczył widzów – Sheldon zginął w więzieniu, a Aggie przyjęła odpowiedzialność za swoje czyny, publikując książkę zatytułowaną „Bestia we mnie”.

    Drugi sezon nie będzie zatem prostym powrotem do wcześniej przedstawionej sprawy. Twórcy mają zamiar kontynuować historię pisarki, aczkolwiek szczegóły fabuły pozostają na razie nieujawnione. Możliwe, że nową inspiracją stanie się kolejna książka Aggie. Netflix nie ujawnił jeszcze daty premiery drugiego sezonu „Bestii we mnie”, ale wiadomo, że prace nad scenariuszem są w zaawansowanym etapie, a casting nowych głównych bohaterów już trwa. Claire Danes pozostanie centralną postacią, jednak wszystko wskazuje na to, że serial otworzy nowy rozdział, wprowadzając również nowe kluczowe postacie.

    Czytaj dalej poniżej


    Netflix ma dwie wiadomości. Będzie taniej, ale mniej przyjemnie

  • Koniec z infoliniami. Pixel 11 zadzwoni za Ciebie

    Koniec z infoliniami. Pixel 11 zadzwoni za Ciebie

    Pixel 11 sam zadzwoni do sklepu i umówi wizytę. Gemini przejmuje słuchawkę.

    Wygląda na to, że sztuczna inteligencja wreszcie będzie mogła nie tylko zająć nasze stanowiska pracy, ale przede wszystkim realnie ułatwić nam życie. Nowa funkcja smartfonów Pixel 11 pozwoli urządzeniu samodzielnie nawiązać połączenie telefoniczne oraz zrealizować nasze sprawy – czy to oznacza koniec frustracji związanej z infoliniami?

    Pixel 11 zyskuje niezwykłą funkcję – samodzielne dzwonienie

    Każdy z nas ma zapewne swoje ulubione, jak i „nielubiane” połączenia telefoniczne – czasami dzwonimy do sklepów, by dowiedzieć się, czy dany produkt jest dostępny, lub kontaktujemy się z mechanikiem samochodowym. To drugie bywa szczególnie stresujące, gdyż czujemy, jakbyśmy bezczelnie zabierali fachowcowi cenny czas, zadając mu proste pytania. Na szczęście, dzięki nowej funkcji od Google, te krępujące rozmowy mogą również stać się przeszłością. Pixele 11 mają wbudowaną funkcję, która umożliwia samodzielne dzwonienie pod wybrany numer i załatwienie spraw w naszym imieniu, zgodnie z przekazanymi instrukcjami.

    Jest to rzeczywiście praktyczne i użyteczne zastosowanie sztucznej inteligencji, na które wiele osób czekało. Funkcja ta, zintegrowana z Gemini, przekształca nasz smartfon w sprawnego asystenta do codziennych zadań. Nie musimy nawet samodzielnie wybierać numeru – wystarczy, że damy polecenie AI, na przykład „umów wizytę u fryzjera na godzinę 16 w środę”. Od tego momentu nasz asystent AI działa w naszym imieniu w pełni autonomicznie:

    • Wybiera numer do wybranego usługodawcy
    • Łączy się i informuje, że jest asystentem AI działającym w imieniu klienta
    • W razie potrzeby przechodzi przez proces rozwiązywania problemów telefonicznych na infolinii
    • Czeka na połączenie z konsultantem, jeśli występuje kolejka
    • Po połączeniu z konsultantem prowadzi rozmowę, rozwiązuje sprawy i finalizuje cel rozmowy, zgodnie z naszymi instrukcjami

    Jak to wygląda w kontekście bezpieczeństwa? Google zdaje sobie sprawę z potrzeby monitorowania tego, co nasz asystent AI mówi w naszym imieniu. Dlatego w trakcie połączenia na ekranie Pixela na bieżąco wyświetlana jest transkrypcja rozmowy, która informuje nas, co dzieje się między naszym asystentem a konsultantem. W każdym momencie możemy przejąć kontrolę nad rozmową, co stanowi swoisty wentyl bezpieczeństwa w przypadku napotkania jakichkolwiek problemów przez asystenta.

    Czytaj dalej poniżej


    Google wyprzedza SpaceX. Wyśle serwer AI na orbitę już w październiku

    Nowa funkcja budzi skojarzenia z projektem Google Duplex sprzed lat, jednak tym razem obiecuje znacznie więcej dzięki potędze sztucznej inteligencji Gemini. Nie wiadomo jednak, kiedy rozwiązanie to zostanie udostępnione szerszemu gronu użytkowników. Obecnie trwają jedynie zamknięte testy beta w Stanach Zjednoczonych, dostępne jedynie dla subskrybentów płatnego pakietu Gemini, którzy posiadają najnowszego Pixela 11 i uczestniczą w programie testowym aplikacji Telefon (Phone by Google Public Beta). Pozytywne rezultaty tych testów z pewnością przyspieszą wprowadzenie tej funkcji, choć osobiście nie spodziewałbym się szybkiej premiery.

    Ciekawe, co się stanie, gdy po drugiej stronie także odbierze asystent AI. Czy jesteśmy gotowi na świat, w którym nasze sprawy załatwiane będą dwustronnie przez AI? Gemini dzwoni, aby Gemini mógł odebrać i wspólnie ustalają szczegóły naszej wizyty u lekarza… To nieco niepokojąca wizja.

  • Niezwykłe odkrycie polskich naukowców. Myszy mają trik na drapieżników

    Niezwykłe odkrycie polskich naukowców. Myszy mają trik na drapieżników

    Nie potrzebują aplikacji, alertów RCB ani powiadomień push. Wystarczy im śpiew słowika, żeby wiedzieć, że mogą spokojnie wyjść na kolację. Polscy naukowcy właśnie pokazali, że gryzonie wsłuchują się w las, by wiedzieć, kiedy jest bezpiecznie.

    Bycie myszą leśną nie jest łatwe. W nocy wszystko jest ciemne, liście szeleszczą wokół, a w koronach drzew czai się wiele drapieżników, gotowych do ataku w każdej chwili, a ty masz tylko ograniczone możliwości obrony. Jednak posiadasz coś znacznie cenniejszego: zdolność słuchania innych mieszkańców lasu. I to nie tylko tych, którzy wyraźnie sygnalizują nadchodzące niebezpieczeństwo. Okazuje się, że równie ważne są milczenie, śpiew i zachowanie tych, którzy udają, że nic się nie dzieje.

    Badania przeprowadził zespół naukowców z Instytutu Biologii Ssaków PAN w Białowieży, Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego oraz Uniwersytetu Anglii Wschodniej. Ich celem było zbadanie, czy gryzonie potrafią rozpoznawać nie tylko „krajobraz strachu”, ale także „krajobraz bezpieczeństwa”. Wyniki tych badań zostały opublikowane w czasopiśmie Behavioral Ecology and Sociobiology.

    W lesie nie brakuje podpowiedzi. My nie potrafimy słuchać

    Od lat biolodzy poruszają temat „krajobrazu strachu”. To koncepcja, która sugeruje, że zwierzęta nieustannie oceniają ryzyko i unikają miejsc, gdzie czują się zagrożone, nawet jeśli tam znajduje się pożywienie. Prof. Andrzej Zalewski z IBS PAN w Białowieży zauważa, że ta teoria tłumaczyła wiele zachowań zwierząt, ale miała swoje słabości. W komentarzu dla PAP zaznaczył, że zwierzęta nie mogą nieustannie żyć z poczuciem zagrożenia, co oznacza, że muszą mieć jakieś wskazówki sygnalizujące, że w okolicy jest bezpiecznie.

    Naukowcy założyli, że jeśli dwa gatunki dzielą wspólnego wroga, spokojne zachowanie jednego z nich może być sygnałem dla drugiego. W przypadku gryzoni takim sygnałem może być śpiew słowika szarego. Ptaki te, wydając dźwięki, ujawniają swoją obecność. W sytuacji zagrożenia raczej by tego nie robiły.

    Czytaj dalej poniżej

    Naukowcy założyli GPS srokom. To, co zrobiły, zaskoczyło wszystkich

    Badanie w mazurskich lasach odkryło tajemnicę myszy

    Badania przeprowadzono w mazurskich lasach, w rejonie jeziora Łuknajno. Naukowcy zainstalowali 24 karmniki z pożywieniem dla gryzoni, a przy każdym z nich umieścili fotopułapkę. Przez 12 nocy stosowali trzy różne bodźce: głos puszczyka, śpiew słowika szarego oraz ciszę. Część karmników była również osłonięta z góry siatką maskującą i liśćmi, co miało na celu zmniejszenie ryzyka ataku sowy z powietrza.

    Łącznie fotopułapki zarejestrowały niemal 12,8 tys. filmów. Mysz leśna pojawiła się na blisko 9,8 tys. z nich, a nornica ruda na niemal 3 tys. Analiza wykazała, że zachowanie gryzoni było uzależnione zarówno od dźwięków, jak i obecności osłony. Myszy częściej podchodziły do karmników, gdy odtwarzano śpiew słowika, niż gdy słyszały głos puszczyka. Co ciekawe, pomiędzy śpiewem słowika a ciszą nie było dużej różnicy, co sugeruje, że nie jest to uniwersalny sygnał bezpieczeństwa, ale jedynie wskazówka. Szczególnie w przypadku, gdy mysz ma nad sobą osłonę – wtedy inne sygnały tracą na znaczeniu.

    Nornice zareagowały nieco inaczej. Chętniej odwiedzały karmniki, jeśli poprzedniej nocy odtwarzano tam śpiew słowika, a nie ciszę. W przypadku tych zwierząt obawa dotyczy nie tylko drapieżników, ale również konkurencji. Myszy leśne są bowiem silniejszymi konkurentami. Badacze zaobserwowali, że nornice rzadziej odwiedzały karmniki, gdy wcześniej pojawiało się tam wiele myszy.

    Prof. Zalewski podkreśla, że badanie nie daje jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, dlaczego gryzonie reagują na śpiew słowika. Istnieje prawdopodobieństwo, że ptak odciąga uwagę puszczyka lub swoją donośną melodią maskuje dźwięki myszy poruszających się w liściach.

  • Zapomnij o Blu-ray. Ten dysk zmieści 2 TB danych

    Zapomnij o Blu-ray. Ten dysk zmieści 2 TB danych

    Płyty CD i Blu-ray powracają? Nowy dysk mieści 2 TB i przetrwa pół wieku.


    Choć wielu uważa, że nośniki fizyczne znikną na zawsze, możemy być świadkami ich wielkiego powrotu – i to w imponującym stylu. Pewien startup planuje nie tylko ożywić ideę krążka optycznego, ale także wydatnie zwiększyć jego pojemność i trwałość. Jak wam się podoba płyta o pojemności 2 terabajtów?



    Płyta włożona do odtwarzacza DVD lub CD

    Zastąpi taśmy i twarde dyski. Nowy nośnik

    Producenci i wydawcy od lat namawiają nas do cyfrowej dystrybucji – nie zawsze w sposób, w jaki byśmy tego oczekiwali. Przykładem może być wycinanie cyfrowych wydań z ich planów (patrz GTA 6, to do Ciebie mówię). Osobiście od lat korzystam z komputera bez napędu, podobnie jak wiele osób korzystających z laptopów. Płyty wszelkiego rodzaju (z wyjątkiem winyli) szybko znikają z naszego życia. Jednak, jak się okazuje, ten trend może zostać odwrócony, a przynajmniej na to liczy amerykański startup Folio Photonics. Postanowił on „wskrzesić” ideę fizycznych nośników w postaci krążków optycznych. Udało im się to całkiem nieźle, ponieważ pojemność takiej płyty wynosi aż 2 terabajty, a jej trwałość to nawet 50 lat. To dłużej niż życie niejednego serwera z grą, za którą wydaliśmy dużą sumę pieniędzy…

    Dlaczego wcześniejsze nośniki, takie jak DVD czy Blu-ray, nie mogły osiągnąć takiej pojemności? Problemem była fizyka, ponieważ tradycyjne dyski osiągnęły już swoje maksimum pod względem pojemności. Próby zwiększenia jej poprzez dodawanie kolejnych warstw odbijających powodowały rozproszenie wiązki lasera w głębszych warstwach, co prowadziło do zbyt dużego zaszumienia sygnału. Maksymalna pojemność wynosiła 3, a może 4 warstwy. W przypadku dzieła Folio Photonics sytuacja jest inna – ich format DataFilm zamiast sztywnego poliwęglanu wykorzystuje elastyczną folię polimerową, która składa się z 16 niezależnych warstw, w których zamknięto specjalne barwniki fluorescencyjne. Jak łatwo się domyślić, otwiera to ogromne możliwości w zakresie zwiększania pojemności oraz ułatwia odczyt danych. Zresztą, sam odczyt działa na innej zasadzie niż w znanych nam nośnikach:

    • Błękitny laser o długości fali 405 nm (podobny do tego z napędów Blu-ray) koncentruje się na danej warstwie i trwale wygasza zdolność barwnika do świecenia w wybranych punktach.
    • Podczas odczytu warstwy nie odbijają światła zewnętrznego, lecz emitują fluorescencję, co eliminując zakłócenia pozwala na układanie warstw jedna na drugiej.
    • Konstrukcja daje możliwość rozszerzenia pojemności aż do 32 warstw na jednym dysku – chociaż to póki co muzyka przyszłości.

    Dyski działają w standardzie WORM (Write Once, Read Many), co oznacza, że raz nagranego materiału nie da się skasować ani nadpisać. Z kolei wielokrotny odczyt jest bezproblemowo dostępny.

    Czytaj dalej poniżej


    Filmy na płytach zamiast pięciu subskrypcji. Czy Blu-ray ma dziś jeszcze sens?


    W jakich dziedzinach zastosowanie znajdzie taki dysk? Startup planuje między innymi wprowadzenie rozwiązań dla centrów danych, z których wiele nadal używa bardzo energochłonnych dysków HDD. Folio Photonics może zaproponować na przykład specjalne kasetki składające się z 10 dysków (10-20 terabajtów) z szybkim odczytem, które początkowo miałyby oferować 1 terabajt za 3 dolary, a w przyszłości ich cena mogłaby spaść do zaledwie 1 dolara.

    Jednak startup, mimo zapewnionych 10 milionów dolarów finansowania od inwestorów, ma trudną drogę przed sobą na rynku ze swoim produktem. Debiut miał się odbyć już w 2024 roku, ale pojawiły się istotne opóźnienia. Aktualnie przewidywana data debiutu to 2027 rok. Główne wyzwanie w tej chwili to przekonanie dużych korporacji, że nowy format jest lepszy pod każdym względem od powszechnie stosowanych taśm magnetycznych. Czy to możliwe? Tak, ale i niezwykle trudne równocześnie.

  • 8BitDo Ultimate 3E – recenzja. Świetny gamepad z wymiennymi przyciskami i frustrującą aplikacją

    8BitDo Ultimate 3E – recenzja. Świetny gamepad z wymiennymi przyciskami i frustrującą aplikacją

    8BitDo Ultimate 3E to jeden z najbardziej wszechstronnych kontrolerów dostępnych na rynku. Zawiera nie tylko analogi i d-pad, ale również przyciski ABXY, a to wszystko dopełnia ergonomiczna konstrukcja z ciekawym podświetleniem.

    Marka 8BitDo do tej pory kojarzyła się głównie z kontrolerami inspirowanymi retro grami i kultowymi konsolami. Jednak nowa seria Ultimate, wprowadzona na rynek w tym roku, pokazuje, że producent odnajduje się także w nowoczesnych konstrukcjach. Teraz do rodziny dołącza model, który ma konkurować z bardziej rozbudowanymi gamepadami do Xboksa i PC.

    Ultimate 3E to licencjonowany gamepad do Xboksa, który wykorzystuje analogi TMR, oferuje wymienne elementy oraz ładowanie indukcyjne. Jego cena wynosi około 600 zł, co stawia go w innej kategorii niż tańsze modele marki. Parametrami urządzenie nie odbiega znacząco od konkurencji w tej samej klasie, jednak największą innowacją jest możliwość wymiany bloku głównych przycisków oraz efektowne podświetlenia analogów. Czy to wystarczy, aby przyciągnąć uwagę posiadaczy kontrolera Xboksa Elite?

    Konstrukcja i wymienne elementy

    W zestawie otrzymujemy gamepad, solidne etui, stację dokującą, odbiornik USB-C do łączności 2,4 GHz oraz przewód USB-C. Producent zadbał także o dodatkowy d-pad, alternatywny moduł przycisków ABXY oraz cztery dodatkowe gałki. Dwie z nich mają wyższe nóżki, jedna wypukłą główkę, a ostatnia grubsze szyjki. Już po rozpakowaniu użytkownik ma spore możliwości dostosowania kontrolera do swoich preferencji.

    Od zewnątrz Ultimate 3E przypomina klasyczny gamepad Xboksa, z lewym analogiem umieszczonym wyżej niż prawy. Obudowę wykonano z matowego materiału, a na uchwytach zastosowano teksturowany silikon. Całość waży 285 gramów i doskonale leży w dłoniach. Wygoda użytkowania to zdecydowany atut tej konstrukcji.

    Jednak nie do końca przekonuje mnie wykończenie, gdzie czerń i szarości zostały wzbogacone srebrnymi wstawkami, które imitują metal, ale są również plastikowe. Bez tych zdobień kontroler mógłby prezentować się równie dobrze. Ciekawym i efektownym akcentem są podświetlane pierścienie wokół analogów, które można ustawić na stały kolor, wirujące światło lub efekt podążający za ruchem gałki. Choć jest to jedynie wizualny dodatek, robi wrażenie.

    Przedni panel jest zamocowany na magnesach, co umożliwia łatwe jego zdjęcie bez użycia narzędzi. Po jego zdjęciu mamy możliwość wymiany gałek oraz d-pada, który dostępny jest w dwóch wersjach: okrągłej i klasycznej krzyżakowej. Wymienny jest także blok przycisków ABXY. Z fabrycznie zamontowanymi przyciskami membranowymi możemy je zastąpić dołączonym modułem z mikroprzełącznikami, co zmienia sposób ich reakcji na nacisk. Wiele kontrolerów wymaga zakupu nowego pada, aby zmienić ten aspekt; tutaj obie opcje są w zestawie, co pozwala „na własnych palcach” sprawdzić, która pasuje nam bardziej.

    Na froncie umieszczono trzy dodatkowe przyciski oznaczone kwadratem, gwiazdką i logo 8BitDo. Niestety dwa pierwsze są zbyt blisko przycisków systemowych, przez co podczas gry można je pomylić z Home i Menu, co bywa irytujące w dynamicznych grach.

    8BitDo Ultimate 3E został także wyposażony w cztery dodatkowe programowalne przyciski. Z tyłu znajdują się dwie łopatki, a na górnej krawędzi, obok bumperów, dwa małe guziki R4 i L4. Na spodzie umieszczono przełącznik między łącznością 2,4 GHz a Bluetooth, co pozwala korzystać z kontrolera na smartfonach, tabletach oraz urządzeniach Apple. Dodatkowo, przy dolnej krawędzi, znajduje się gniazdo słuchawkowe 3,5 mm.

    Stacja dokująca przypomina te, które dołączane są do topowych kontrolerów Gamesir, ale oferuje ładowanie indukcyjne, dzięki czemu nie zawiera żadnych pinów ani w docku, ani w kontrolerze. W podstawie przewidziano również gniazdo na odbiornik USB, dzięki czemu stacja może pełnić rolę przedłużacza dla połączenia bezprzewodowego, zajmując jednocześnie tylko jeden port USB w komputerze lub konsoli.

    Granie i możliwości konfiguracji

    Kontrolera używałem na PC i Xboksie Series X, głównie w dynamicznych zręcznościówkach, FPS-ach oraz hack’n’slashach. Moduł ABXY z mikroprzełącznikami sprawdził się bardzo dobrze. Przyciski mają krótki, wyraźnie wyczuwalny klik, co jest przyjemne, szczególnie gdy musimy je wciskać często i szybko. Oczywiście, nie każdemu taka charakterystyka odpowiada, dlatego możliwość pozostania przy membranach sprawia, że kontroler jest znacznie bardziej wszechstronny.

    Analogi są oparte na czujnikach TMR z 12-bitowym przetwornikiem, rozróżniającym 4096 poziomów wychylenia. Magnetyczny odczyt ruchu ma na celu ograniczenie podatności analogów na dryfowanie. W spustach zastosowano efekt Halla, a ich skok można regulować za pomocą dwustopniowej blokady. Posiadają one także osobne silniki wibracyjne. Warto wspomnieć, że pad wyposażony jest również w sześcioosiowy żyroskop, z którego korzystamy wyłącznie na PC.

    Ultimate 3E łączy się z PC z maksymalną częstotliwością odpytywania na poziomie 1000 Hz. W tym celu musimy aktywować w aplikacji tryb turniejowy, w którym dezaktywowane są wibracje spustów. Nie możemy więc jednocześnie korzystać z najwyższej częstotliwości próbkowania i wszystkich efektów wibracyjnych. Na Xboksie opcja 1000 Hz nie jest dostępna w ogóle.

    Gamepada konfigurujemy za pomocą aplikacji Ultimate Software X, dostępnej w Microsoft Store. Dzięki niej możemy przypisać funkcje przyciskom, ustawić martwe strefy oraz krzywe reakcji dla obu analogów. Umożliwia to również dostosowanie siły czterech silników wibracji, zmianę podświetlenia i przeprowadzenie kalibracji. Ustawienia można zapisać w jednym z trzech profili przechowywanych w pamięci urządzenia, między którymi przełączamy się guzikiem z logo 8BitDo na froncie. Niestety, aplikacja jest dość toporna i często działa niestabilnie. Producent oferuje wiele ustawień i możliwości personalizacji, jednak dostęp do nich powinien być bardziej intuicyjny.

    Akumulator o pojemności 1400 mAh odpowiada za zasilanie. Według producenta wystarcza on na maksymalnie 18 godzin zabawy, a pełne ładowanie zajmuje od czterech do pięciu godzin. Czas pracy wypada przeciętnie, jednak w połączeniu ze stacją dokującą nie powinien stanowić problemu – kontroler ładowany jest pomiędzy kolejnymi sesjami, więc nie musimy martwić się o podłączanie go do zasilania.

    Dla kogo jest Ultimate 3E?

    8BitDo Ultimate 3E ma wiele zalet. Jego konstrukcja jest bardzo ergonomiczna i wygodna, a możliwość wymiany wielu elementów (w tym głównych przycisków) czyni go bardzo wszechstronnym. Moduł z mikroprzełącznikami sprawdzi się doskonale w dynamicznych grach, a w zestawie otrzymujemy różnorodne gałki, d-pady, etui oraz indukcyjną stację dokującą. To wszystko pozwala na mocne dostosowanie kontrolera do własnych potrzeb i stylu grania.

    Jednakże, są też wady. Rozmieszczenie dodatkowych funkcji na froncie sprzyja pomyłkom, a aplikacja na Windows wymaga dalszego dopracowania. Wstawki imitujące metal to kwestia gustu – mnie osobiście ten efekt nie przekonuje. Ograniczenie do 1000 Hz w trybie turniejowym oraz brak możliwości wibracji spustów to również minusy – wolałbym elastyczność ręcznego regulowania częstotliwości, jak w konkurencyjnych padach Gamesir.

    Jeśli szukacie konfigurowalnego gamepada do PC i Xboksa, a dodatkowo cenicie sobie możliwość zmiany kształtu gałek czy sposobu działania przycisków, Ultimate 3E z pewnością zasługuje na uwagę.

    8BitDo Ultimate 3E



    plusy

    • Bogaty zestaw akcesoriów oraz ładowanie indukcyjne
    • Dwa wymienne moduły przycisków ABXY
    • Wygodna konstrukcja
    • Analogi TMR i spusty z efektem Halla
    • Efektowne podświetlenie wokół analogów


    minusy

    • Zbyt blisko rozmieszczone przyciski funkcyjne
    • Toporna, niedopracowana aplikacja na Windows
    • 1000 Hz bez wibracji spustów
    • Plastikowe wstawki imitujące metal

    Urządzenie na potrzeby recenzji udostępnił producent. Firma nie miała wglądu ani wpływu na treść artykułu przed publikacją.

  • Świetna promocja na internet. 300 GB za darmo

    Świetna promocja na internet. 300 GB za darmo

    Październik to czas powrotu na studia dla wielu, a dla operatorów sieci komórkowych to doskonała okazja do uruchomienia ciekawych promocji.

    Darmowe 300 GB internetu dla studentów – wystarczy jeden mail

    Na rynku telekomunikacyjnym, poza tradycyjnymi operatorami komórkowymi, istnieje również wiele wirtualnych sieci, które funkcjonują na podstawie infrastruktury innych providerów. Przykładem takiej sieci jest Fonia, która z okazji zbliżającego się października wprowadziła atrakcyjną promocję dedykowaną studentom. Jak sugerują stereotypy, studenci niechętnie wydają pieniądze, dlatego oferta darmowych danych jest dla nich wręcz idealna. W ramach tej promocji, możecie uzyskać do 300 gigabajtów darmowego internetu na swój telefon, wystarczy tylko zgłosić się za pomocą jednego maila.

    Nie ma potrzeby podpisywania umowy ani uiszczania jakiejkolwiek opłaty w pierwszym miesiącu – brzmi zachęcająco? Wystarczy odwiedzić stronę operatora Fonia, wybrać jeden z dostępnych planów komórkowych, zarejestrować numer, a następnie wysłać maila z załączonym skanem lub zdjęciem ważnej legitymacji studenckiej na adres hello@fonia.app. Po dokonaniu weryfikacji przesłanego dokumentu, darmowy pakiet 300 GB zostanie aktywowany na waszym koncie w ciągu maksymalnie 14 dni i będzie ważny przez cały kwartał. Warto dodać, że te dodatkowe gigabajty będą się sumować z naszym podstawowym limitem danych w ramach wykupionego pakietu.

    To jednak nie koniec atrakcji, ponieważ w ramach tej promocji możecie również skorzystać z tańszego abonamentu. Pierwszy miesiąc będzie kosztować tylko połowę ceny, co oznacza zaledwie 8,50 zł za podstawowy wariant:

    • Plan 31 GB: W pierwszym miesiącu zapłacicie jedynie 8,50 zł, a od drugiego okresu rachunek wyniesie 17 zł/miesiąc (w tym 5,81 GB w roamingu UE), co daje razem 331 GB danych na start.
    • Plan 50 GB: Rozpoczyna się od 12,50 zł, po czym cena wraca do regularnych 25 zł/miesiąc (w tym 10 GB do wykorzystania w Unii Europejskiej).
    • Plan 100 GB: Najwięcej gigabajtów – pierwszy miesiąc kosztuje tylko 16,50 zł, a kolejne 33 zł/miesiąc, z dużym pakietem 15,49 GB w roamingu UE.

    W każdym z pakietów macie nielimitowane połączenia głosowe, SMS-y oraz MMS-y do wszystkich sieci, dostęp do łączności 5G, a także dodatkowe usługi, takie jak Audioteka oraz telewizja od WP.

    Ciekawa promocja i dobry zasięg

    Oferta od sieci Fonia stanowi doskonały wybór dla studentów, ponieważ funkcjonuje na zasadzie subskrypcji – płacicie i korzystacie, a jeśli zrezygnujecie, nie musicie nic płacić. Otrzymujecie do dyspozycji znaczące pakiety danych oraz atrakcyjne multimedia. Co więcej, nie musicie się martwić o jakość zasięgu, ponieważ operator Fonia korzysta z stabilnej infrastruktury nadajników Orange oraz Plusa. Nie będziecie musieli się obawiać o dostępność sygnału czy prędkość transferu, co ma szczególne znaczenie podczas studiów, które zazwyczaj odbywają się w większych miastach. Dodatkowym atutem jest możliwość korzystania z eSIM w smartfonach obsługujących tę opcję, dzięki czemu nie musicie czekać na fizyczną kartę SIM. Można śmiało powiedzieć, że ten pakiet jest idealnie dopasowany do potrzeb studentów.

  • W takiej cenie wiele osób nie będzie się zastanawiać. Chery Tiggo 7 HEV

    W takiej cenie wiele osób nie będzie się zastanawiać. Chery Tiggo 7 HEV

    Taka cena za takie auto to dla wielu spora okazja. A jak wypada w praktyce Chery Tiggo 7 w wersji HEV?


    Otwórzmy materiał ceną, bo to ona jest kluczowa w kontekście tego, jak auto sprawuje się na drodze, jakie ma wyposażenie i jakie sprawia (pierwsze) wrażenie. Ten hybrydowy SUV segmentu C z mocą 224 KM i deklarowanym spalaniem poniżej sześciu litrów kosztuje 134 900 złotych w topowej wersji Premium. Na czym polega taki stosunek jakości do ceny i czy auto prezentuje się dobrze także wtedy, gdy na liczby w cenniku przestajemy patrzeć jako na jedyną miarę?

    Chery Tiggo 7 HEV – test auta

    Tiggo 7 HEV to nie doładowywana za pomocą wtyczki hybryda, lecz samoładujący się model określany przez producenta jako Chery Super Hybrid. Układ napędowy łączy silnik benzynowy 1.5 T-GDI o mocy 143 KM z jednostką elektryczną generującą 204 KM. Całość pracuje poprzez automatyczną przekładnię 1DHT, co daje 224 KM systemowej mocy i 295 Nm momentu obrotowego, przekładając się na przyspieszenie do setki w ciągu 8,7 sekundy. Akumulator trakcyjny ma pojemność zaledwie 1,83 kWh, ponieważ jego głównym zadaniem jest płynne przełączanie między napędem elektrycznym i różnymi trybami jazdy, tak aby kierowca nie musiał się tym martwić.

    Takie podejście przekłada się na korzystne wyniki spalania. To nie są tylko papierowe deklaracje WLTP, które mówią o 5,7 l/100 km. W testach na trasie udało się uzyskać średnią 5,6 l/100 km, co jest bardzo bliskie wartości homologacyjnej. W innym teście, przeprowadzonym głównie poza miastem, ale nie na drogach szybkiego ruchu, uzyskano wynik jeszcze lepszy – poniżej czterech litrów na sto kilometrów przy spokojnej jeździe. Natomiast na drodze ekspresowej, przy niesprzyjających warunkach wietrznych, zdarzało się przekroczyć sześć litrów. Różnice te pokazują coś typowego dla hybryd tego typu: styl jazdy i warunki atmosferyczne mają większe znaczenie niż w przypadku tradycyjnego auta spalinowego.

    Wyposażenie wersji Premium

    Oferta Tiggo 7 HEV w Polsce obejmuje dwa warianty – Select za 124 900 zł oraz Premium za 134 900 zł, co oznacza różnicę w cenie wynoszącą dziesięć tysięcy. Już podstawowa wersja wyposażona jest w liczne udogodnienia: 18-calowe felgi aluminiowe, reflektory LED, dwustrefową automatyczną klimatyzację, podgrzewane fotele przednie oraz kierownicę, dostęp bezkluczykowy, kamerę cofania, a także dwa 12,3-calowe ekrany z bezprzewodowym Apple CarPlay i Android Auto oraz polskojęzycznego asystenta głosowego Hello Chery.

    Czytaj dalej poniżej


    Ma ponad 5 metrów długości, a pali jak kompakt. Sprawdziłem nowego Lexusa ES

    Wersja Premium dokłada elementy, które w tym segmencie często są oferowane osobno i za dodatkową opłatą. Fotele przednie są tutaj nie tylko podgrzewane, ale również wentylowane, elektrycznie regulowane w sześciu kierunkach, a fotel kierowcy ma pamięć ustawień. Tapicerka wykonana jest z ekologicznej skóry, a dodatkowe atrakcje to system kamer 540 stopni, przednie czujniki parkowania, ośmiogłośnikowe nagłośnienie Sony, indukcyjna ładowarka do telefonu o mocy 50 W, ambientowe oświetlenie, elektrycznie składane lusterka, panoramiczny dach z roletą, przyciemniane elektrycznie tylne szyby oraz elektrycznie otwierana klapa bagażnika. To właśnie te detale – w szczególności przednie czujniki parkowania – sprawiają, że bogato wyposażony chiński SUV przestaje być sensowną opcją w porównaniu do wersji Select.

    Auto zostało również wyposażone w siedem poduszek powietrznych, w tym centralną między fotelami przednimi, oraz pełny pakiet 24 systemów ADAS dostępnych w standardzie obu wersji, obejmujący m.in. adaptacyjny tempomat, system utrzymania pasa ruchu oraz monitorowanie martwego pola. Nadwozie w sześćdziesięciu procentach zbudowane jest ze stali o wytrzymałości 1500 MPa.

    Wnętrze Tiggo 7 HEV robi wrażenie jakością materiałów wykończeniowych. Miękkie tworzywa oraz staranne spasowanie elementów rzadko budzą zastrzeżenia, a przestronność wnętrza jest na przyzwoitym poziomie w tym segmencie. Bagażnik ma pojemność 500 litrów, a po złożeniu tylnej kanapy rośnie do 1305 litrów. Obsługa jest tradycyjna jak na chiński samochód: silnik uruchamia się klasycznym przyciskiem Start i Stop, a bieg wybiera się selektorem w tunelu środkowym, co jest znacznie wygodniejsze niż rozwiązania montowane przy kierownicy w niektórych modelach.

    Jak się prowadzi, jak się obsługuje

    Pod ekranem centralnym umieszczono fizyczne przyciski klimatyzacji, co jest wygodniejsze niż w przypadku w pełni dotykowych paneli, choć dwustrefowość oraz wentylację foteli i tak trzeba obsługiwać z poziomu ekranu, co wymusza odrywanie wzroku od drogi. System multimedialny działa sprawnie i płynnie, a dezaktywowanie systemów ADAS wymaga kilku dotknięć ekranu za każdym razem.

    Zawieszenie i układ kierowniczy są miękkie i lekkie, kierownica praktycznie nie stawia oporu, a auto potrafi „zapiszczeć” oponami przy niektórych manewrach. Dla kierowcy przyzwyczajonego do bardziej precyzyjnego prowadzenia może to być zaskoczeniem. Jednak dla osób traktujących samochód czysto funkcjonalnie, ta lekkość może wydać się komfortowa. Uważam, że dla większości kierowców polegających na wygodnym użytkowaniu, układ kierowniczy Tiggo 7 HEV będzie odpowiedni – wygodny i bezproblemowy. Na trasach ekspresowych i autostradach auto zachowuje stabilność, jednak wymaga uwagi kierowcy, ponieważ miękkość zawieszenia jest odczuwalna przy nagłych zmianach pasów.

    Co jeszcze dostajemy w cenie

    Chery zapewnia Tiggo 7 HEV siedmioletnią gwarancję mechaniczną do 150 tysięcy kilometrów lub trzy lata bez limitu przebiegu, w zależności od tego, co nastąpi wcześniej. Kluczowe podzespoły układu hybrydowego, w tym akumulator, silnik elektryczny i elektronika, objęte są osmantomaósem latami gwarancji lub 160 tysięcy kilometrów. Dodatkowo obowiązuje trzyletnia gwarancja na lakier oraz dwunastoletnia ochrona przed perforacją nadwozia.

    W kontekście ceny oraz wyposażenia, Tiggo 7 HEV Premium jest trudny do porównania z innymi modelami w segmencie C, które oferują zbliżony pakiet technologii hybrydowej w podobnej cenie (dobrze wyposażone hybrydy japońskich, koreańskich czy europejskich marek kosztują w tym segmencie znacznie więcej). Chery poświęciło nieco na prowadzenie i stylistykę, co dla osób szukających auta czysto użytkowego może mieć drugorzędne znaczenie, ale dla entuzjastów jazdy będzie odczuwalne od pierwszych metrów.

    Chery Tiggo 7 HEV (2026)



    plusy

    • Atrakcyjna cena za bogato wyposażoną wersję Premium.
    • Niskie spalanie – średnio nawet około 5,6 l/100 km.
    • Mocny napęd hybrydowy o mocy 224 KM.
    • Bogate wyposażenie, m.in. wentylowane fotele, kamery 540° i panoramiczny dach.
    • Przestronne wnętrze, bagażnik o pojemności 500 litrów oraz długa gwarancja.


    minusy

    • Specyficzny układ kierowniczy i zbyt miękkie zawieszenie.
    • Obsługa części funkcji wymaga korzystania z ekranu.
    • Brak napędu na cztery koła (wersja spalinowa była dostępna w takiej wersji).

  • Nauka znalazła polskiego nastolatka z „pamięcią absolutną”. Przeszłość wraca do niego sama

    Nauka znalazła polskiego nastolatka z „pamięcią absolutną”. Przeszłość wraca do niego sama

    Wyobraźcie sobie, że pamiętacie absolutnie… wszystko. Szesnastolatek opisany w czasopiśmie Cortex opowie Wam o każdym aspekcie swojego życia z niezwykłą precyzją. Takie osobiste wspomnienia pojawiają się u niego bez jakiegokolwiek świadomego wysiłku.

    Co ciekawe, ów nastolatek skontaktował się samodzielnie w lutym 2025 roku z Krystianem Barzykowskim z Uniwersytetu Jagiellońskiego, psychologiem specjalizującym się w badaniu wspomnień autobiograficznych. Kiedy opowiedział mu o swoim niemal nieograniczonym dostępie do przeszłości oraz bardzo wczesnych wspomnieniach, które sięgają czasów niemowlęcych, naukowiec zainteresował się jego przypadkiem. Badania przeprowadzono zdalnie, z wykorzystaniem zestawu testów i kwestionariuszy. Tak rozpoczęła się historia, która dostarczyła nam pierwszego udokumentowanego w Polsce przypadku HSAM (Hyperthymesia).

    Pamiętasz wszystko, ze szczegółami. A wspomnienia pojawiają się bez Twojego świadomego wysiłku

    Chłopiec przeszedł testy dotyczące „wariantu” pamięci HSAM. W badaniu ów nastolatek występuje jako „KCL” i uzyskał wyniki, które według miar statystycznych przewyższają poziom 99,9 procent populacji, ale odnosi się to jedynie do kwestii pamięci. Pamięć autobiograficzna dotyczy doświadczeń z własnego życia, z bogatym kontekstem i umiejscowieniem w czasie. Funkcja „robocza” pamięci KCL znajduje się natomiast na względnie typowym poziomie. To samo tyczy się uwagi i funkcji wykonawczych, pomagających kontrolować zachowanie oraz realizować zadania. Nie jest to chłopiec o wybitnych zdolnościach kognitywnych. Co jest niezwykłe, to jego przeogromna świadomość tego, co działo się z nim danego dnia, jaką miał wtedy pogodę, w co był ubrany, z kim przebywał, jakie zapachy go otaczały itd. Te elementy kontekstu potrafią przywołać konkretną wspomnienia, na przykład zapach, który jest z nim związany.

    Chłopiec zadeklarował, że wyjątkowo szczegółowo pamięta wydarzenia, które miały miejsce od około połowy sierpnia 2022 roku, a poczucie ciągłości swoich wspomnień zaczyna datować na około trzeci rok życia. Wspominał również o zdarzeniach z kwietnia 2009 roku, gdy miał zaledwie trzy miesiące. Jego rodzice potwierdzili jego wspomnienia z lat 2010 i 2011. Wyniki testów potwierdzających HSAM same w sobie nie mogą być traktowane jako dowód na to, że rzeczywiście zachował poprawne (tak, poprawne: nasz mózg potrafi generować fałszywe wspomnienia) wspomnienia z okresu niemowlęctwa.

    Eksperyment ukazał „kierunek myśli”

    Pierwszy naukowy opis HSAM z 2006 roku mówił o mimowolnym „nachodzeniu” wspomnień bez świadomego przypominania. Pierwszym przypadkiem była kobieta, która doświadczała automatycznie powracających wspomnień, nad którymi nie miała kontroli. W późniejszych badaniach koncentrowano się głównie na celowym przypominaniu, w którym badacz prosił o odtworzenie konkretnego wydarzenia. Natomiast KCL opisuje wspomnienia wywoływane przez niewielkie bodźce: jak wcześniej wspomniano, mogą to być zapachy, piosenki lub nawet jedno wypowiedziane zdanie. Zespół postanowił sprawdzić, czy informacje współczesne z jego relacji pokrywają się z obserwacjami w warunkach laboratoryjnych.

    Czytaj dalej poniżej


    Podrabiają mObywatela. Policja bije na alarm

    Chłopiec obserwował zestaw wzorów na ekranie komputera, a w wybranych momentach pytano go, jakie myśli przychodzą mu do głowy. Odpowiedzi pozwalały uchwycić spontaniczne wspomnienia podczas wykonywania zadania. W porównaniu z danymi osób o typowej pamięci, KCL znacznie częściej zgłaszał mimowolne wspomnienia autobiograficzne. Ogólna częstotliwość myśli niezwiązanych z zadaniem pozostawała jednak na podobnym poziomie jak w grupie kontrolnej. Nie odnotowano również podwyższonej częstotliwości spontanicznych myśli dotyczących przyszłości.

    Przewaga tkwi w dostępności do wspomnień

    Autorzy wskazują, że HSAM może być związane z większą wrażliwością na bodźce przywołujące wspomnienia oraz niższym progiem ich dostępności w świadomości. W takich warunkach nawet słaba wskazówka wystarcza do uruchomienia wspomnienia, które u innej osoby nie pojawiłoby się spontanicznie. Jest to jednak tylko hipoteza dotycząca sposobu wydobywania informacji z pamięci.

    Czytaj również: W mózgu panuje chaos? Badacze odkryli zaskakujące zachowanie neuronów.

    Warto zaznaczyć, że „próbki myśli” zbierano podczas zadania, ale ich treść była nadal relacjonowana przez samego uczestnika. Eksperyment nie miał na celu oceny prawdziwości każdego przywołanego zdarzenia ani wszystkich szczegółów jego życiorysu. Dostępność wspomnień i ich bezbłędność to jednak dwie różne kwestie. Biorąc pod uwagę relacje rodziców oraz wyniki skupione na HSAM, można stwierdzić, że mamy do czynienia z niezwykle interesującym przypadkiem nastolatka: pierwszym udokumentowanym w Polsce. I można by powiedzieć, że taka cecha jest błogosławieństwem. Nie zawsze, ponieważ oprócz pozytywnych wspomnień, zachowujemy również te, które są szalenie bolesne: każdy ma pewien ładunek doświadczeń, o których lepiej byłoby zapomnieć.

  • Po pół roku z AirPods Max 2 wiem, na jakie słuchawki bym je zamienił. Wady stały się dosłownie nie do uniesienia.

    Po pół roku z AirPods Max 2 wiem, na jakie słuchawki bym je zamienił. Wady stały się dosłownie nie do uniesienia.

    Przez ostatnie sześć miesięcy próbowałem przekonać się do słuchawek AirPods Max 2, jednak nadszedł moment, w którym się poddałem. To niewątpliwie znakomite urządzenia, jednak ich najpoważniejsze wady stały się z czasem jeszcze bardziej irytujące.

    Prawie pół roku temu otrzymałem do testów słuchawki AirPods Max 2. Każdy entuzjasta technologii ma na swojej liście takie jedno nierozsądne finansowo urządzenie, które pragnie zdobyć mimo istnienia obiektywnie lepszych alternatyw dostępnych na rynku. W moim przypadku Maxy były taką właśnie zachcianką, jednak z perspektywy czasu mam wrażenie, że ich nie kupiłbym. Mimo wielu niesprzecznych zalet, ich wady stały się zbyt uciążliwe – zwłaszcza w porównaniu z najnowszym produktem od Apple, który właśnie zadebiutował.

    Z czasem ich największa wada stała się jeszcze cięższa do zniesienia. Dosłownie

    Nie jestem audiofilem – lubię dobrze brzmiące słuchawki, ale w codziennym użytkowaniu bardziej cenię wygodę i skuteczną redukcję hałasu (ANC) niż najwyższą jakość dźwięku. W tym kontekście AirPods Max 2 wydają się sprzeczne, oferując jedną funkcjonalność, ale zupełnie nie spełniając drugiej. Już w początkowej recenzji wskazywałem na przeciętny komfort i niską wygodę noszenia, a po prawie sześciu miesiącach te odczucia uległy znacznemu wzmocnieniu.

    AirPods Max 2 są ogromne, masywne i ciężkie – ważą niemal 400 gramów. To, co na początku wydawało mi się wadą, którą można zaakceptować, stało się z czasem poważnym problemem, zniechęcającym do dalszego użytkowania. Wiele razy podróżując z nimi napotykałem kłopoty ze zmieszczeniem ich do plecaka, a po kilku godzinach w samolocie odczuwałem dyskomfort w karku.

    Ostatnio częściej zaczynam nosić okulary – zarówno korekcyjne, jak i przeciwsłoneczne w sezonie letnim. Ich zestawienie z AirPods Max 2 kończy się uciążliwym uciskiem w okolicach skroni – to po prostu irytująco niewygodne.

    Czytaj dalej poniżej

    Pokémony odebrały mu rozum. 72-latek może trafić za kraty

    Kolejnym rozczarowaniem jest to, że słuchawki nie składają się. Po umieszczeniu ich w etui, stają się dużym, nieporęcznym pakunkiem. W ostatnich miesiącach częściej narzekałem na AirPods Max 2, niż je chwaliłem, choć nie można im odmówić jednego – to wciąż subiektywnie jedne z najlepszych słuchawek z ANC na rynku.

    Są rzeczy, za którymi będę tęsknić

    Moja para AirPods Max 2 to egzemplarz testowy, który będę musiał zwrócić. Z pewnością trudno będzie mi się rozstać z aktywną redukcją hałasu, która jest naprawdę fenomenalna. W międzyczasie miałem okazję przetestować inne, bardzo dobre słuchawki, w tym wyjątkowo drogie 1000X THE COLLEXION od Sony, ale żadne z nich nie mogą równać się z technologią Apple. Do samolotu, do pociągu, w zatłoczonym biurze, a nawet w domu, gdy w tle pracuje pralka czy zmywarka – po naciśnięciu przycisku na prawej muszli zachodzi prawdziwa magia, bez jakiegokolwiek marketingowego bełkotu.

    Będę także tęsknić za muzycznymi doznaniami. Dodany w iOS 27 korektor w końcu wydobywa z tych słuchawek pełen potencjał, pozwalając na dostosowanie brzmienia do indywidualnych preferencji – oczywiście w podstawowym zakresie.

    Na koniec – nie jestem pewien, czy można tęsknić za designem, ale czemu nie? AirPods Max 2 to kawałek wizualnie dopracowanego, estetycznego i minimalistycznego urządzenia, które cieszy oko. Obejmuje w sobie całą filozofię wzornictwa Apple, według zasady „może i niezbyt praktycznie, ale jak ładnie!”.

    W tym miejscu możemy płynnie przejść do alternatywy, która zdaje się poprawiać to, co w AirPods Max 2 kuleje, zachowując jednocześnie to, co w nich najlepsze. Mowa tutaj o Beats 360, które można już zamawiać w sklepie Apple. Jest jeszcze zbyt wcześnie, by mówić o bezpośrednich, długoterminowych porównaniach, jednak nowe Beatsy wykorzystują podobne materiały, ważąc przy tym niemal 100 gramów mniej. Są równie piękne i designerskie jak Maxy, a może nawet jeszcze bardziej, gdyż zostały zaprojektowane z myślą o wymiennych kolorowych elementach.

    Osoby, które miały okazję przetestować nowe modelu, wskazują, że jakość dźwięku i ANC są niewiele gorsze od najdroższych słuchawek Apple. A cena? O tysiąc złotych niższa, co sprawia, że dla osób, które rozczarowały się ciężkimi i niewygodnymi Maxami, może okazać się to idealne rozwiązanie.

  • Lidl kokietuje kierowców. Masa przydatnego sprzętu na promocji

    Lidl kokietuje kierowców. Masa przydatnego sprzętu na promocji

    Jesień zbliża się wielkimi krokami, co oznacza, że warunki na drogach będą coraz trudniejsze. Lidl przygotował szereg ofert, które pomogą Ci stawić czoła nawet największym wyzwaniom, w tym niskim temperaturom.


    Każdy kierowca wie, że niektóre awarie pojazdu mogą pojawić się w najmniej odpowiednim momencie. Rozładowany akumulator, niskie ciśnienie w oponach czy nagła potrzeba sprawdzenia instalacji elektrycznej potrafią skutecznie zepsuć dzień. Lidl.pl przygotował promocję na sprzęt ULTIMATE SPEED, który okaże się przydatny zarówno w garażu, jak i w trasie.

    Lidl wyprzedaje sprzęt dla kierowców

    Jednym z produktów, na który warto zwrócić uwagę, jest mobilny rozrusznik UMAP 12000 C4, który został przeceniony z 249 zł na 179 zł. To urządzenie 2 w 1, ponieważ obok funkcji awaryjnego uruchamiania samochodu, może być też używane jako powerbank. Producent deklaruje prąd impulsowy na poziomie około 500 A przy 12 V. W trybie USB dostępna pojemność wynosi 6650 mAh. Tańszą alternatywą jest prostownik ULGD 5.0 E4, którego cena spadła z 69,99 zł do 49,99 zł. Urządzenie obsługuje akumulatory 6- i 12-woltowe o pojemności od 1,2 do 120 Ah. Wyposażone jest w mikroprocesorowe sterowanie, cztery programy ładowania, tryb zimowy oraz funkcję ładowania impulsowego.

    Dla osób poszukujących bardziej rozbudowanego sprzętu, Lidl oferuje ULTIMATE SPEED ULG 17 B2 za 179 zł, zamiast 249 zł. To urządzenie nie tylko ładowarka – zawiera także tester akumulatora i alternatora oraz funkcję wspomagania rozruchu. Maksymalny prąd ładowania wynosi 6 A dla samochodów osobowych i 17 A dla dostawczych.

    W ofercie znalazła się również pompa oleju UOP 12 C1, przeceniona z 74,99 zł na 44,99 zł. Jest zasilana z instalacji 12 V samochodu i służy do wypompowywania oleju silnikowego, napędowego oraz opałowego. Producent podaje wydajność około 0,2 l/min dla oleju silnikowego oraz do 1,5 l/min w przypadku oleju napędowego.

    Czytaj dalej poniżej

    Lidl nadal świętuje. Sprzęt Parkside w obniżonych cenach

    Mini sprężarka UMK 10 E4 jest dostępna w cenie 49,99 zł zamiast 59,99 zł. Kompresor zasilany z gniazda 12 V osiąga maksymalne ciśnienie 10,3 bara i przepływ powietrza do 22 l/min. Najbardziej uniwersalnym produktem w tej ofercie jest powerbank z kompresorem UPK 10 H5, którego cena spadła z 299 zł do 249 zł. Urządzenie łączy kilka funkcji: może działać jako powerbank, kompresor, rozrusznik samochodowy oraz latarka. Wbudowany akumulator ma pojemność 44,8 Wh, a funkcja rozruchowa może dostarczyć chwilowy impuls o natężeniu do 200 A.