Autor: admin

  • Dlaczego pierwsze kable sieciowe były żółte? Inżynier ujawnia 40-letnią tajemnicę

    Dlaczego pierwsze kable sieciowe były żółte? Inżynier ujawnia 40-letnią tajemnicę

    W dzisiejszych serwerowniach i biurach można zaobserwować szeroką paletę kolorów przewodów ethernetowych: od niebieskiego, przez zielony, aż po czerwony i czarny. Wybierając idealny kabel, kierujemy się często kolorem, który pasuje do przeznaczenia lub zwykłej estetyki. Jednak w latach siedemdziesiątych i na początku osiemdziesiątych XX wieku krajobraz wczesnych sieci komputerowych przedstawiał się zupełnie inaczej.

    Przemierzając podwieszane sufity i kanały kablowe ówczesnych biur, można było dostrzec niemal wyłącznie jeden, rzucający się w oczy odcień: intensywną żółć. Tajemnica unifikacji kolorystycznej ówczesnej infrastruktury sieciowej przez cztery dekady pozostawała jedną z najciekawszych zagadek w świecie nowych technologii. Nareszcie postanowił ją rozwikłać Rich Seifert, wybitny inżynier i jeden z głównych autorów oryginalnej specyfikacji standardu Ethernet. W wywiadzie opublikowanym przez serwis PC Gamer wyjaśnił, że wybór tej konkretnej barwy nie był przypadkowy, lecz wynikał z zaskakującego połączenia osobistych pasji oraz surowych wymogów bezpieczeństwa.

    Pierwszym powodem dla wyboru intensywnej żółci były osobiste preferencje samego twórcy. Seifert przyznał, że żółty od dawna był jego ulubionym kolorem. W owym czasie jeździł sportowym Chevroletem Corvette z 1968 roku, pokrytym kultowym wśród miłośników motoryzacji lakierem „Wildfire Yellow”. Elementy w tej barwie dominowały także w wystroju jego domu, więc podczas opracowywania specyfikacji nowo powstającej sieci komputerowej naturalnym krokiem stało się wprowadzenie tej osobistej preferencji do dokumentacji technicznej.



    Bezpieczeństwo na pierwszym miejscu

    Za decyzją architekta stał jednak powód znacznie ważniejszy niż osobisty gust. Było to bezpośrednie zagrożenie zdrowia i życia pracowników budowlanych oraz instalatorów. Wczesne sieci Ethernet różniły się zasadniczo od dzisiejszych elastycznych skrętek zakończonych przezroczystymi złączami RJ-45. W tamtych czasach wykorzystywano grube, ciężkie kable koncentryczne, a aby podłączyć nowe urządzenie do istniejącej magistrali, inżynierowie stosowali tak zwane wampirze odczepy (vampire taps). Były to fizyczne złącza z ostrymi metalowymi bolcami, które podczas dokręcania wbijały się w grubą izolację kabla niczym zęby wampira, docierając do wewnętrznego miedzianego przewodnika.

    Kable sieciowe układano najczęściej w ciasnych, ciemnych i chaotycznych przestrzeniach podłóg podniesionych lub nad podwieszanymi sufitami, gdzie obok nich biegły instalacje elektryczne wysokiego napięcia. Seifert zdawał sobie sprawę, że monter pracujący w słabym oświetleniu mógłby łatwo pomylić przewód danych z przewodem prądowym. Próba zamontowania odczepu wampirzego na linii wysokiego napięcia i przebicie jej izolacji metalowymi igłami mogła prowadzić do niebezpiecznego zwarcia, wywołując groźne porażenie prądem, co mogłoby okazać się śmiertelne dla instalatora.

    Czytaj dalej poniżej


    Sieć 10 Gb/s w domu to już nie egzotyka. Na co komu takie prędkości?

    Właśnie w trosce o zapobieganie ewentualnym tragediom, Seifert podjął decyzję o powleczeniu kabli Ethernet jaskrawożółtą warstwą. Barwa ta stanowiła wówczas niedościgniony wzór widoczności i jednoznacznie ostrzegała przed pomyłką. Dzięki niej monter pracujący w ciemnościach miał pewność, że wykonuje swoją pracę na bezpiecznym kablu danych, a nie na linii wysokiego napięcia. Dbałość o szczegóły techniczne oraz troska o ludzkie życie sprawiły, że żółty kabel stał się synonimem bezpiecznej sieci komputerowej. Chociaż gruby kabel koncentryczny oraz wampirze złącza już dawno ustąpiły miejsca nowoczesnym skrętkom i światłowodom, a kable w naszych domach mienią się wszystkimi kolorami tęczy, to żółty przewód pozostaje symbolicznym świadkiem narodzin nowoczesnej komunikacji.

  • Masz Androida? To może być najlepszy smartwatch dla Ciebie

    Masz Androida? To może być najlepszy smartwatch dla Ciebie

    Na pierwszy rzut oka niewiele się zmieniło. Zatem, czym właściwie jest Google Pixel Watch 5?

    Ogólne wrażenia i ewolucja zegarka

    Google Pixel Watch 5 to znakomity przykład urządzenia, w którym kluczowe zmiany zachodzą nie w jego wnętrzu, lecz w chmurze. Z zewnątrz zegarek pozostał niemal niezmieniony, a pod ekranem pracuje jedynie udoskonalona wersja platformy z poprzednika. Różnicę czuć jednak podczas użytkowania: Gemini działa szybciej, dane zdrowotne są lepiej analizowane, a zapis trasy GPS potrafi wyglądać bardzo dobrze w obszarze miejskim.

    Pixel Watch 5 kosztuje więcej niż jego poprzednik, z pewnymi funkcjami wciąż w fazie rozwoju, a użytkownicy Pixel Watch 4 mają dostęp do wielu nowych opcji dzięki aktualizacjom. Po przeprowadzeniu dłuższej serii testów uważam, że to obecnie jeden z najlepszych smartwatchy dla użytkowników Androida, ale niekoniecznie najlepszy wybór dla właścicieli zeszłorocznego modelu.

    Wygląd, wykonanie i jakość ekranu

    Pierwsze wrażenie podczas kontaktu z Pixel Watch 5 to uczucie déjà vu. Google zachowało okrągłą kopertę, wypukłe szkło oraz ekran lekko zakrzywiający się ku krawędziom. Dostępne są warianty 41 i 45 mm, a większy model waży 1,29 uncji bez paska i ma grubość 12,3 mm. Aluminiowa obudowa, odporność IP68 oraz 5 ATM umożliwiają bezpieczne użytkowanie zegarka podczas deszczu, kąpieli czy pływania. To w zasadzie powtórka z rozrywki.

    Konstrukcja wciąż wyróżnia się na tle bardziej kanciastych czy prostokątnych zegarków firm takich jak Samsung, Huawei czy Apple. Elegancja ma swoją cenę: zakrzywione szkło może optycznie zniekształcać część treści, co ogranicza powierzchnię użytkową. Choć wypukły ekran prezentuje się efektownie, może zwiększać ryzyko uszkodzeń podczas codziennego noszenia, gdy uderzamy o inne przedmioty. Nie zauważyłem jednak żadnych rys czy zniszczeń, ale sprzęt ten wymaga większej ostrożności niż modele o wyraźnie wzmocnionej konstrukcji.

    Czytaj dalej poniżej

    Huawei Watch 6 oficjalnie. Szach-mat dla konkurencji?

    Technicznie, wyświetlacz robi wrażenie. Actua 360 to panel AMOLED LTPO o jasności sięgającej 3000 nitów. W słoneczne dni pozostaje czytelny, a automatyczna regulacja działa sprawnie. Nowe tarcze wykorzystują zakrzywienie ekranu, natomiast generatywne tarcze są raczej ciekawym dodatkiem niż decydującym elementem zakupu. Możliwość stworzenia motywu inspirowanego jedzeniem, miejscem czy przedmiotem jest interesująca, ale efekty bywają różne i przypominają raczej automatyczne stylizowanie gotowej tarczy niż jej projektowanie od podstaw.

    Wydajność, podzespoły i obsługa gestami

    Pixel Watch 5 korzysta z procesora Snapdragon W5 Gen 2 Accelerated oraz koprocesora Cortex-M55. Google deklaruje 12-procentowy wzrost mocy CPU oraz do 20% wyższą wydajność ogólną. Pamięć RAM zwiększono z 2 do 3 GB, a przestrzeń na dane z 32 do 64 GB. Nie są to parametry, które zapierają dech w piersiach bez kontekstu, ale w praktyce przekładają się na płynne działanie zegarka. Aplikacje uruchamiają się szybko, przewijanie treści nie sprawia problemów, a animacje systemu Wear OS nie są obciążające. Największą różnicę widać podczas korzystania z Gemini. Zegarek potrafi w kilka sekund odnaleźć wydarzenie w kalendarzu, sprawdzić lokalizację w Mapach Google i podać, kiedy najlepiej wyjść z domu, uwzględniając wybrany środek transportu.

    Sterowanie gestami również zyskało na dojrzałości. Podwójne stuknięcie kciuka i palca wskazującego pozwala na wybieranie elementów, obrót nadgarstka działa jak przycisk powrotu, a uniesienie ręki do ust uruchamia Gemini. Po poprawnym ustawieniu orientacji zegarka gesty działają, jak powinny, pozwalając na obsługę powiadomień, muzyki czy tras bez dotykania ekranu. To nie zastępuje tapnięć, ale gdy mamy zajęte lub brudne ręce, lub nosimy rękawiczki, to rozwiązanie ma sens.

    Dokładność GPS i funkcje sportowe

    Najciekawsza poprawa nie wynika z nowego modułu GPS. Pixel Watch 5 korzysta z podobnego układu dwuczęstotliwościowego, jak poprzednik, lecz Google… zmieniło sposób przetwarzania danych, co nie powinno nikogo dziwić, ponieważ od lat urządzenia Pixel pokazują, jak oprogramowanie i nowoczesne rozwiązania mogą mieć kluczowe znaczenie. Po zakończeniu aktywności system wykorzystuje nawet trójwymiarowe modele budynków i terenu, informacje ze stacji referencyjnych oraz dane z czujników ruchu, aby ograniczyć błędy związane z odbiciami sygnału.

    W praktyce, szczególnie w obszarze wysokich budynków, różnice są widoczne. Nie oznacza to jednak, że każda trasa będzie idealna – w lesie i podczas jazdy po drogach pozamiejskich przewaga nie zawsze jest wyraźna, a korekta jest przeprowadzana po treningu. Pixel Watch 5 nie staje się dzięki temu pełnoprawnym zegarkiem sportowym dla wymagających kolarzy czy biegaczy. Nadal brakuje wsparcia dla zewnętrznych pasków tętna, mierników mocy, ręcznych okrążeń oraz zaawansowanej konfiguracji ekranów danych. Google poprawiło precyzję zapisu, ale na większy postęp musimy jeszcze poczekać.

    Czas pracy na baterii i ładowanie

    Oficjalne deklaracje pozostają podobne do tych z poprzedniej generacji: około 30 godzin dla wersji 41 mm i 40 godzin dla 45 mm. W moim teście większy model pracował ponad 50 godzin, ale wynik zależy od ustawień, monitorowania snu, intensywności korzystania z GPS oraz regularności aktywacji Gemini (tutaj istotne jest, czy mamy włączone nasłuchiwanie “Hej, Google” oraz wykrywanie podnoszenia zegarka do ust). Pixel Watch 5 może przetrwać cały dzień intensywnego użytkowania, dwa pełne dni normalnego użytkowania, lecz dla pewności zalecam codzienne ładowanie. W tym modelu zastosowano ten sam “dock” do ładowania, a ładowanie od 5% do 100% trwa około 40 minut, co jest relatywnie krótkim czasem.

    Pixel Watch 5 to bardzo dobry smartwatch, jednak jego ocena zależy od punktu wyjścia. Osoba przesiadająca się ze starszego zegarka Google zyska szybszy interfejs, znacznie bardziej użyteczne funkcje Gemini, znakomity zapis GPS w trudnych warunkach, dokładne pomiary i szybkie ładowanie. Dla użytkownika Androida, który przede wszystkim szuka wygodnego asystenta, powiadomień, płatności i monitorowania zdrowia, jest to jeden z najlepszych wyborów. Właściciele Pixel Watcha 4 raczej nie będą mieli tu czego szukać, natomiast użytkownicy starszych modeli mogą poczekać na promocje, jeśli ekosystem Pixel Watch im odpowiada i pragną szybszego oraz dokładniejszego modelu.

    Cena testowanego modelu 45 mm wynosi około 1950 zł. Mniejszy wariant 41 mm kosztuje około 1750 zł.

    Google Pixel Watch 5


    plusy

    • Jasny i czytelny wyświetlacz
    • Bardzo szybkie i sprawne działanie asystenta Gemini
    • Poprawiona precyzja zapisu trasy GPS w trudnych warunkach
    • Szybkie ładowanie baterii
    • Kompatybilność z paskami z poprzednich generacji

    minusy

    • Wysoka cena i niewiele zmian w porównaniu do poprzedniego modelu
    • Brak zaawansowanych funkcji dla bardziej wymagających sportowców
    • Czas pracy na baterii powinien być dłuższy
    • To kolejna iteracja tego samego designu

    Urządzenie do recenzji udostępnił producent. Firma nie miała wglądu ani wpływu na treść artykułu przed jego publikacją.

  • Oto „genetyczny ChatGPT”. Tak wygląda potężna broń naukowców

    Oto „genetyczny ChatGPT”. Tak wygląda potężna broń naukowców

    Czy genetycy posiadają swoje wersje „ChatGPT”? Tak, i to nie tylko jedną. Jednym z takich narzędzi jest GPN-Star, które pomaga w identyfikacji wariantów DNA mogących wpływać na cechy organizmu oraz ryzyko wystąpienia różnych chorób. Testy przeprowadzone przez Uniwersytet Kalifornijski w Berkeley wykazały, że GPN-Star znacząco przewyższa konkurencyjne metody, a trenowanie tego mechanizmu opartego na sztucznej inteligencji wymagało znacznie mniej zasobów niż uczenie największych, wiodących modeli genomowych.


    Badacze z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley opracowali niezwykle istotne narzędzie do oceny biologicznego znaczenia zmian w DNA. W jednym z artykułów opublikowanych w czasopiśmie Nature, GPN-Star zyskuje przewagę nad wcześniejszymi metodami w wielu zadaniach związanych z wariantami. Model ten obejmuje zarówno fragmenty kodujące białka, jak i inne obszary sekwencji. GPN-Star wskazuje konkretne zmiany, które zasługują na dokładniejszą analizę: DNA jest tak złożoną strukturą, że sprawdzenie wszystkich wariantów jest z ekonomicznego punktu widzenia praktycznie niemożliwe.

    Odczyt DNA to nie to samo, co czytanie książki

    Wyjaśnia to fakt, że jedynie około 1-2% ludzkiego DNA zawiera sekwencje kodujące białka. Pozostała część to między innymi elementy regulacyjne, które decydują o tym, kiedy, gdzie i z jaką intensywnością geny są aktywne – nie są one „śmieciami”, jak niektórzy sądzą. Manipulowanie takim elementem może zmieniać niektóre cechy organizmu, nie modyfikując jednak samej instrukcji budowy konkretnego białka. W związku z tym, poszukiwania wariantów związanych z chorobami muszą przebiegać w inny sposób. I przebiegają.

    Modele językowe dostosowane do DNA rozpoznają wzorce w sekwencjach czterech liter: A, C, G i T. Tak przedstawiana jest informacja genetyczna u ludzi, jak i innych organizmów, w tym naszego naczelnika Grzegorza. Każdy z nas ma swoją unikalną sekwencję, które są do siebie podobne, ale jednocześnie różnią się, co czyni je niepowtarzalnymi. GPN-Star odtwarza ukryte litery na podstawie otaczających je sekwencji oraz odpowiadających im fragmentów genomów innych gatunków. W ten sposób nauczył się rozpoznawać, jakie zmiany odpowiadają obserwowanym wzorom i które mogą naruszać delikatną równowagę biologiczną organizmu. A modele językowe, które działają jak „maszyny statystyczne”, są tutaj niezwykle skuteczne.

    Porównania z uwzględnieniem ewolucji

    Ogólnie rzecz biorąc, zbiór sekwencji nie mówi modelowi wprost, które fragmenty DNA różnych gatunków są sobie równoważne. Dlatego zastosowano dopasowania całych genomów. Algorytmy porównują w nich fragmenty, które są ze sobą powiązane, ujawniając miejsca, które przetrwały proces ewolucji oraz te, które uległy zmianom. GPN-Star potrafi także uwzględnić „drzewo genealogiczne” gatunków, co pozwala modelowi na analizę podobieństw w kontekście zapisanym w historii ewolucji.

    Czytaj dalej poniżej


    To przerażające, co potrafią te roboty. Uczą się prosto od ludzi

    To ogromna przewaga modelu: ponieważ dobór naturalny zwykle eliminuje zmiany, które są szkodliwe dla organizmu, co jest istotą tego procesu. Długotrwałe utrzymanie fragmentu DNA może wskazywać, że pełni on ważną funkcję. Jednak sama zgodność sekwencji nie mówi nam, czy konkretny wariant powoduje jakąś chorobę. Model wykorzystuje informacje na ten temat i zestawia je z kontekstem danego miejsca w genomie, aby dokładniej oszacować możliwe skutki takiej zmiany.

    Jak model został przetestowany w praktyce?

    Naukowcy opracowali trzy wersje modelu dla ludzkiego genomu, korzystając oddzielnie z porównań: kręgowców, ssaków i naczelnych. Każdy z zestawów uwzględniał inną „głębię” historii ewolucyjnej. Dane pochodzące z odleglejszych „gałęzi” ewolucyjnych skuteczniej pomagały w ocenie rzadkich wariantów zmieniających białka. Są to sekwencje, które często pozostają podobne nawet u gatunków, które w wyniku ewolucji mocno się od siebie oddaliły. W testach wariantów podejrzewanych o wywoływanie chorób spoza regionów kodujących, opisanych w bazach OMIM i HGMD, najlepiej wypadła wersja oparta na genomach ssaków.

    Z kolei w przypadku cech zależnych od dużej liczby wariantów genetycznych lepiej sprawdził się model oparty na genomach naczelnych. Similarne wyniki uzyskano w analizach związanych z ryzykiem schizofrenii. Różnice te związane są z różnym tempem ewolucji poszczególnych elementów genomu, w tym obszarów regulacyjnych.

    Krótkie szkolenie

    Najpotężniejsze modele GPN-Star miały po 200 mln parametrów i były szkolone przez kilka dni na ośmiu układach NVIDIA A100. Dla porównania, dotychczas wiodący model Evo 2 wymagał ponad 2000 układów H100 oraz kilku miesięcy treningu. Są to jednak modele przeznaczone do innych zastosowań, dlatego lepszym porównaniem byłoby zestawienie ich według zasady „jabłka do jabłek, gruszki do gruszek”. Potencjalnie niższe wymagania GPN-Star mogą ułatwić innym zespołom dostosowanie narzędzia do swoich specyficznych pytań badawczych.

    Czytaj także: Bakterie z… mamutów? Badacze przekraczają granice paleogenetyki.

    Istnieją już nawet wersje tego modelu dla myszy, kur, muszki owocowej, nicienia Caenorhabditis elegans oraz rzodkiewnika pospolitego. Zespół udostępnił także warianty przewidujące dotyczące genomu ludzkiego, które biologowie mogą używać podczas wyboru genów i elementów regulacyjnych w kontekście dalszych badań, np. nad chorobami. Czy naukowcy są w stanie „czytać i edytować” całą sekwencję DNA, tak jak robi to się z kodem w ChatGPT? Absolutnie nie. DNA pozostaje niezwykle złożonym i tajemniczym mechanizmem, a nie spodziewam się, że to się zmieni w najbliższej przyszłości. Mamy dostępne modele, które pomagają w badaniach, niemniej jednak nie są one w stanie „stworzyć” człowieka od zera, jak ma to miejsce w Xcode, Canvie, ChatGPT czy Claude. To jeszcze nie nadszedł ten czas, a takie porównania są zbyt trywialne w odniesieniu do skomplikowanej natury DNA.

  • Procesory Apple M5 Ultra i M6 biją nowe rekordy. Brak im konkurencji

    Procesory Apple M5 Ultra i M6 biją nowe rekordy. Brak im konkurencji

    Najświeższe dane z bazy Geekbench 7 jednoznacznie ukazują znaczący postęp, jaki Apple osiągnęło w ostatnich latach.


    Prezentują one możliwości dwóch najnowszych układów: flagowego procesora przeznaczonego dla stacji roboczych – Apple M5 Ultra oraz podstawowej jednostki nowej generacji – Apple M6. Wygląda na to, że inżynierowie z Cupertino nie tylko podnoszą standardy komputerów osobistych, ale także zaczynają stanowić poważne zagrożenie dla segmentu profesjonalnych serwerów i stacji roboczych, które do tej pory wymagały znacznej liczby rdzeni.

    Prawdziwym pokazem mocy okazuje się układ Apple M5 Ultra, przetestowany w nadchodzącym komputerze Mac Studio, działającym pod kontrolą systemu macOS 27.0 z 256 GB zintegrowanej pamięci RAM. Chip ten, dysponujący 36 rdzeniami CPU (w konfiguracji 12 rdzeni „super” oraz 24 rdzeni „performance”), pracujący z częstotliwością około 4,6 GHz, uzyskał w teście jednordzeniowym wynik 3 774 punktów, a w teście wielordzeniowym osiągnął imponujące 52 516 punktów. Oznacza to rezultat o niemal 30% wyższy w porównaniu do jednostki M3 Ultra, stawiając procesor Apple na równi z potężnymi, stacjonarnymi procesorami x86 od AMD.

    Wynik ten budzi szczególny podziw, gdy porównamy go z flagowymi układami AMD. Model Threadripper Pro 9985WX, wyposażony w 64 rdzenie, osiąga 56 118 punktów, co daje mu jedynie 6,4% przewagi nad M5 Ultra, który dysponuje niemal o połowę mniejszą liczbą rdzeni. Co więcej, 36-rdzeniowy układ z Cupertino zdołał pokonać 96-rdzeniowego potwora AMD Threadripper Pro 9995WX, którego wyniki w testach stacji roboczych oscylują wokół 50 911 punktów. Osiągnięcie wyższej wydajności w wielowątkowych zadaniach mimo znaczącej przewagi rdzeniowej konkurencyjnego układu świadczy o niesamowitej efektywności nowej architektury oraz przewadze ultraszybkiej zintegrowanej pamięci operacyjnej.

    Nowa architektura rdzeni i niezwykły wzrost wydajności Apple M6

    Równie dobrze prezentuje się nowy układ Apple M6, dostępny między innymi w najnowszym Macu Mini. Układ ten uzyskał 4 071 punktów w teście jednordzeniowym oraz 22 783 punkty w teście wielordzeniowym. Najbardziej zdumiewające jest to, że 12-rdzeniowy M6 (składający się z 2 rdzeni „super”, 4 rdzeni „performance” oraz 6 standardowych rdzeni) osiąga lepsze wyniki w zakresie wydajności wielordzeniowej niż flagowy procesor poprzedniej generacji – Apple M3 Max, który z 14 rdzeniami (10 „performance” i 4 standardowymi) w MacBooku Pro osiągnął 22 644 punkty.

    Czytaj dalej poniżej

    iPhone 18 Pro w Orange. Znamy ceny

    Fakt, że procesor o mniejszej łącznej liczbie rdzeni przewyższa układ wyższej klasy poprzedniej generacji, jest rezultatem wprowadzenia przez Apple całkowicie nowej jednostki, określanej jako rdzenie „super”. Pojedynczy rdzeń w M6 charakteryzuje się znacznym wzrostem mocy, co bezpośrednio wpływa na ogólną efektywność wielowątkową. Zapowiada to istotny postęp wydajnościowy dla użytkowników, zwłaszcza że pierwsze komputery Mac Mini z układem M6 będą dostępne w sprzedaży już 22 września. Jeden z takich komputerów testujemy już na Antyweb.pl i wkrótce podzielimy się naszymi wrażeniami.

  • Autonomiczne ciężarówki przywiozą Twój sprzęt Parkside do Lidla

    Autonomiczne ciężarówki przywiozą Twój sprzęt Parkside do Lidla

    Autonomiczna rewolucja w branży transportowej oficjalnie przestała być jedynie wizją zarezerwowaną dla zamkniętych torów testowych czy amerykańskich autostrad.

    Znana sieć handlowa Lidl, we współpracy ze szwedzką firmą Einride, rozpoczęła praktyczne testy w pełni autonomicznego (SAE Level 4) pojazdu dostawczego na niemieckich drogach publicznych. Projekt ten reprezentuje przełomowy moment dla łańcucha dostaw w handlu detalicznym. Pojazd pozbawiony tradycyjnej kabiny dla kierowcy realizuje codzienne operacje transportowe, dostarczając towary bezpośrednio z centrum dystrybucyjnego w Edermünde do lokalnego sklepu sieci Lidl. Całe przedsięwzięcie odbywa się na podstawie oficjalnego zezwolenia wydanego przez niemiecki Federalny Urząd Motorowy (KBA), co stanowi jedno z pierwszych tego typu zatwierdzeń w Europie i potwierdza najwyższy poziom bezpieczeństwa zastosowanej technologii.


    Zaawansowana technologia w służbie codziennej logistyki

    Sercem nowej bezzałogowej ciężarówki jest elektryczny układ napędowy wyposażony w pojemny akumulator o pojemności 320 kWh. Taki zapas energii pozwala na wydajną i bezemisyjną pracę w ruchu miejskim oraz podmiejskim. Pomimo braku miejsca dla ludzkiego operatora, pojazd oferuje znaczące możliwości przewozowe. Jest w stanie pomieścić do 15 europalet o łącznej masie kilku ton, co sprawia, że idealnie wpisuje się w zapotrzebowanie sklepów detalicznych na regularne uzupełnianie zapasów. Zastosowany system autonomii poziomu 4 (SAE Level 4) oznacza, że ciężarówka porusza się po wyznaczonej trasie całkowicie samodzielnie, podejmując decyzje drogowe w czasie rzeczywistym bez ingerencji kierowcy. Choć obecnie pojazd obsługuje krótki, precyzyjnie zdefiniowany odcinek, partnerzy projektu planują stopniowe rozbudowywanie trasy i przekształcenie jej w pełny system dostaw wielopunktowych.

    Wdrożenie technologii autonomicznych przez grupę Schwarz i Einride to nie tylko innowacja wizerunkowa, ale przede wszystkim strategiczne rozwiązanie problemu niedoboru zawodowych kierowców w Europie oraz krok w stronę stabilizacji łańcuchów dostaw. Sukces testów w Niemczech to jasny sygnał dla całego sektora logistycznego, że bezzałogowy transport miejski staje się komercyjną rzeczywistością. W przyszłości automatyzacja tego typu ma szansę przejąć znaczną część powtarzalnych i monotonnych obowiązków świadczonych obecnie przez ludzkich kierowców, pozwalając im na skupienie się na bardziej złożonych zadaniach transportowych. Połączenie napędu elektrycznego i autonomicznego sterowania wpisuje się również w cel ograniczenia emisji CO2 w logistyce handlowej.

    Czytaj dalej poniżej


    Lidl sprzedaje tani lokalizator za grosze — alternatywa dla AirTaga

  • Mars będzie dla nas nie lada wyzwaniem. I to jeszcze zanim postawimy na nim pierwsze kroki

    Mars będzie dla nas nie lada wyzwaniem. I to jeszcze zanim postawimy na nim pierwsze kroki

    U 13 astronautów przebywających przez pół roku w kosmosie zmiany w budowie i pracy serca okazały się łagodne i odwracalne. Regularny trening pomaga ochronić układ krążenia przed skutkami podróży, a próba symulująca marsjańską grawitację przyniosła dodatkowe powody do optymizmu.

    Wyprawa na Marsa to niezwykle skomplikowane przedsięwzięcie: ludzki organizm musi przystosować się najpierw do mikrograwitacji, a później do grawitacji Czerwonej Planety oraz… ostatecznie z powrotem do warunków na Ziemi. To prawdziwy emocjonujący rollercoaster. Kluczowe jest pytanie dotyczące kondycji serca po podróży oraz gotowości astronautów do pracy po lądowaniu. Zespół kierowany przez Benjamina Levine’a, kardiologa współpracującego z NASA, zajął się tym zagadnieniem. Publikacja oparta na tych badaniach ukazała się 15 września 2026 roku w czasopiśmie Circulation.

    Mikrograwitacja a obciążenie serca

    Na Ziemi grawitacja pełni wiele kluczowych funkcji w kontekście naszych organizmów: wpływa m.in. na rozkład krwi oraz różnice ciśnienia między górną a dolną częścią ciała. Przejście do mikrograwitacji diametralnie zmienia tę sytuację, co również wpływa na napełnianie serca oraz obciążenie jego ścian. Serce, będąc mięśniem, dostosowuje się strukturalnie do takich zmian, co może prowadzić do utraty masy i zmiany właściwości mechanicznych po dłuższym okresie redukcji obciążenia. Po powrocie do ziemskiego ciążenia układ krążenia musi ponownie radzić sobie z utrzymywaniem odpowiedniego przepływu krwi w pozycji stojącej.

    Levine badał podobne problemy również na Ziemi, wykorzystując długotrwałe leżenie jako model części skutków pobytu w kosmosie. Ograniczenie aktywności prowadziło do zmniejszenia masy serca oraz wzrostu jego sztywności, jednak ćwiczenia, nawet podczas długotrwałego leżenia, skutecznie przeciwdziałały tym zmianom. Stosowanie treningu wydolnościowego podczas misji uniwersalnie jest zatem kluczowe, mimo że nie uwzględniono w badaniach wszystkich warunków towarzyszących lotowi. Dzięki najnowszym wnioskom z badań jasno wiemy, jak serce zachowuje się u astronautów, którzy naprawdę spędzili miesiące w warunkach mikrograwitacji.

    Astronauci sami wykonywali USG

    Uczestnicy misji zostali przeszkoleni w zakresie wykonywania USG serca. Podczas lotu specjalista na Ziemi zdalnie prowadził ich, podpowiadając, gdzie umieścić głowicę, jak ją obrócić oraz kiedy zarejestrować obraz. Według Levine’a było to wystarczające do uzyskania materiału o odpowiedniej jakości do badań. Taka procedura umożliwiła śledzenie fizycznych zmian w sercu i uzupełniła informacje, których same pomiary tętna oraz ciśnienia nie były w stanie dostarczyć ze względu na ich ograniczenie w kontekście użytecznych danych.

    Czytaj dalej poniżej

    W Europie zaczyna brakować chmur? Naukowcy badają dziwny fenomen


    W ciągu sześciu miesięcy zmiany struktury oraz funkcji serca ustabilizowały się, a po powrocie astronautów na Ziemię parametry wróciły do normy. Jest to w dużej mierze zasługą ochronnego działania stosowanych programów treningowych. Należy jednak zauważyć, że obserwacja oparta była jedynie na 13 osobach. Wynik ten potwierdza skuteczność treningu w tych warunkach, ale nie pozwala na wnioskowanie, że zabezpieczy on każdego uczestnika misji o dowolnej długości. Musimy brać pod uwagę możliwość wystąpienia urazu czy choroby astronauty podczas misji, co mogłoby uniemożliwić regularne uczestniczenie w treningach.

    Próba „na Marsie”

    Po powrocie z ISS badacze sprawdzili również reakcję układu krążenia w próbie symulującej wpływ grawitacji marsjańskiej, wynoszący około 38% ziemskiej. U żadnego astronauty nie stwierdzono większego obciążenia układu sercowo-naczyniowego niż podczas stania na Ziemi tuż przed lotem. To pozytywna obserwacja dotycząca przystosowania do ciążenia po wielu miesiącach w przestrzeni kosmicznej. Trzeba jednak zauważyć, że po lądowaniu uczestnicy korzystali z rozbudowanej pomocy medycznej, a część z nich otrzymywała również płyny dożylnie, co może wpływać na uzyskane wyniki.

    Czytaj również: Skąd astronauci wezmą domy na Marsie? Z drukarki 3D

    W scenariuszu z dwiema półrocznymi podróżami oraz 18 miesiącami na Marsie, załoga spędziłaby poza Ziemią około dwóch i pół roku. To znaczny czas, przewyższający to, co udało się zarejestrować w jakimkolwiek pełnym badaniu. Na ISS astronauci mają do dyspozycji bieżnię, rower treningowy i sprzęt oporowy; takiego wyposażenia nie należy jednak oczekiwać w statku kosmicznym, który będzie musiał zmagać się z kompromisami w zakresie masy, przestrzeni i zasilania. Projektanci misji będą musieli zapewnić możliwość efektywnych ćwiczeń przez cały czas trwania podróży, uwzględniając jednocześnie przerwy spowodowane urazami czy chorobami, co zawsze może się zdarzyć.

    Mars, zanim w ogóle postawimy na nim stopę, będzie dla nas ogromnym wyzwaniem: nasze organizmy nie są przystosowane do podróży w kosmosie. Ratuje nas jedynie umiejętność adaptacji, która również ma swoje granice, o czym nasze organizmy przypominają nam w boleśnie przekonywujący sposób. Z pewnością jeszcze nie raz i nie dwa o tym przypomną.

  • REDMI Note 17 Pro Max 5G oficjalnie. Takiej baterii Xiaomi jeszcze nie miało

    REDMI Note 17 Pro Max 5G oficjalnie. Takiej baterii Xiaomi jeszcze nie miało

    Xiaomi oficjalnie wprowadza do Europy smartfony z serii REDMI Note 17. To cztery modele, które wyróżniają się pojemnymi bateriami, zwiększoną odpornością oraz wieloletnim wsparciem oprogramowania.

    Najważniejszą premierą dzisiejszego dnia jest model REDMI Note 17 Pro Max 5G, który jako pierwszy przedstawiciel linii Pro Max wnosi nowe możliwości. Smartfon został wyposażony w akumulator o pojemności 9210 mAh, co według Xiaomi pozwala na nawet trzy dni pracy na jednym ładowaniu. Ponadto, zastosowano technologię ładowania 100 W HyperCharge oraz ładowanie zwrotne o mocy 27 W. Producent zaznacza, że jest to największa bateria kiedykolwiek zastosowana w smartfonie przeznaczonym na rynek europejski.



    Model Pro Max wykorzystuje procesor Snapdragon 6 Gen 5, a dzięki funkcji rozszerzenia pamięci RAM, można zwiększyć jej pojemność z 8 GB do 16 GB. W urządzeniu znalazły się także innowacyjne rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji, takie jak Xiaomi HyperAI, Google Gemini oraz funkcja Circle to Search. REDMI Note 17 Pro Max 5G oraz REDMI Note 17 Pro 5G (który również będzie dostępny) dysponują 6,83-calowymi ekranami o rozdzielczości 2772 × 1280 pikseli, oferującymi jasność sięgającą 3500 nitów oraz odświeżanie do 120 Hz.

    Xiaomi REDMI na wciągu. Wybór dla każdego



    Mocnym atutem nowej generacji smartfonów REDMI ma być ich wytrzymałość. Xiaomi wprowadza standard REDMI Titan Quality, a oba modele Pro uzyskały certyfikat TÜV SÜD 5-Star Titan Quality. Konstrukcje te spełniają normy IP66 i IP68, a testy SGS potwierdzają ich odporność na upadki z wysokości do trzech metrów na granitową powierzchnię. Dodatkowo, firma obiecuje do sześciu lat aktualizacji zabezpieczeń dla wszystkich urządzeń z serii. Akumulatory mają zachowywać minimalnie 80 proc. swojej pierwotnej pojemności po 1000 pełnych cyklach ładowania, co przekłada się na około sześć lat standardowego użytkowania.

    Xiaomi REDMI Note 17 Pro 5G wyróżnia się baterią o pojemności 8340 mAh i ładowaniu 67 W, podczas gdy REDMI Note 17 5G oraz podstawowy REDMI Note 17 korzystają z akumulatorów o pojemności 7700 mAh i szybkości ładowania 45 W. Cała seria przeszła również istotne zmiany stylistyczne. Pojawiły się płaskie ekrany, delikatnie zaokrąglone narożniki oraz przeprojektowane moduły aparatów. Szczególnym akcentem jest unikalna kolorystyka wykończenia modelu Pro Max o nazwie Cloud Blush, której tylny panel zmienia kolor z białego na różowo-pomarańczowy pod wpływem promieniowania UV.

    Czytaj dalej poniżej


    Samsung Galaxy S27 Pro dostanie coś, o czym iPhone może tylko pomarzyć

    Xiaomi REDMI Note 17 w Polsce. Ceny i dostępność

    W Polsce, REDMI Note 17 Pro Max 5G zadebiutuje w cenie 2399 zł za wersję 8/256 GB oraz 2699 zł za variant 8/512 GB. REDMI Note 17 Pro 5G został wyceniony na 1799 zł za 6/256 GB i 2199 zł za 8/512 GB. Model REDMI Note 17 5G kosztuje 1399 zł w wersji 6/128 GB i 1499 zł w wersji 6/256 GB, natomiast podstawowy REDMI Note 17 w tych samych konfiguracjach został wyceniony na 1099 zł i 1299 zł odpowiednio.



    Od 17 września rozpoczną się również oferty premierowe. Przy zakupie REDMI Note 17 Pro Max 5G do 31 października będzie można nabyć odkurzacz Robot Vacuum S40C za symboliczną złotówkę. Klienci decydujący się na zakup REDMI Note 17 Pro 5G otrzymają w tym samym okresie AirFryer 10 L lub odkurzacz Stick Vacuum Cleaner 4 również za 1 zł. Do 11 października REDMI Note 17 5G będzie objęty rabatem w wysokości 250 zł, natomiast REDMI Note 17 zniżką w wysokości 200 zł. Dostępność promocji oraz poszczególnych wariantów może się różnić w zależności od oferty mi.com oraz partnerów handlowych.

  • iPhone nie dla każdego. 3 powody, dlaczego nie warto kupować

    iPhone nie dla każdego. 3 powody, dlaczego nie warto kupować

    Czy iPhone Duo jest dla każdego? Absolutnie nie – przygotowałem 3 powody, dlaczego warto się wstrzymać z zakupem.

    Najnowszy składany iPhone Duo budzi ogromne emocje, a wiele osób jest zachwyconych nowym rodzajem urządzenia w ofercie Apple. Czy jednak jest to telefon dla każdego? Absolutnie nie. Przygotowałem 3 powody, dlaczego warto wstrzymać się z zakupem tego urządzenia.

    Powód 1: Brak teleobiektywu i kompromisy

    Czy są tutaj miłośnicy mobilnej fotografii? Jeśli jesteś fanem sprzętu Apple, to z pewnością miałeś okazję przekonać się, jak doskonały software i hardware w dziedzinie fotografii oferuje ta firma. W szczególności jest to zauważalne w nowej generacji modeli Pro i Pro Max oznaczonych numerem 18, które zostały zaprezentowane na ostatnim wydarzeniu w Cupertino. Muszę przyznać, że byłem pod wrażeniem. Zarówno poprawiony software, jak i obsługa aparatu prezentują się znakomicie, a zmienna przysłona wprowadza zupełnie nowe możliwości w zakresie mobilnej fotografii.

    W porównaniu do tych modeli, iPhone Duo nie zapowiada się na fotograficznego giganta. Mimo bardzo wysokiej ceny, wynoszącej 9999 zł w wariancie podstawowym, urządzenie oferuje znacznie mniej możliwości w zakresie robienia zdjęć. Otrzymujemy jedynie dwa obiektywy (podstawowy i szerokokątny), a brakuje teleobiektywu. Jeśli optyczny zoom, na przykład z iPhone Pro, jest dla Ciebie kluczowy, to w przypadku składaka od Apple nie ma na to szans. Można to częściowo zrozumieć, ponieważ konstrukcja urządzenia (dość cienka po rozłożeniu) mogła uniemożliwić umieszczenie teleobiektywu. Choć możliwe, że w przyszłości zostanie to „naprawione”, tegoroczna seria debiutująca nie da nam takich możliwości – i to mimo wysokiej ceny.

    Powód 2: Duża masa ponad 250 g

    iPhone Duo nie jest telefonem dla osób, które preferują lekkie i smukłe urządzenia. Jeśli mieliście okazję korzystać z iPhone Air, wiecie, jak poręczny potrafi być nowoczesny smartfon. Niestety, składany iPhone Duo to jego całkowite przeciwieństwo, ważące 254 gramy. To znacząco więcej niż u konkurencji; na przykład, Samsung Galaxy Z Fold 8 waży nieco ponad 200 g, a mówimy o urządzeniach o porównywalnych rozmiarach i będących bezpośrednimi rywalami.

    Czytaj dalej poniżej

    Już wiem, co będzie lepsze od iPhone Duo. Ten składak też wchodzi do Polski

    Nie możemy zapominać, że nikt o zdrowych zmysłach nie korzysta z iPhone’a bez etui, a odpowiednie zabezpieczenie również swoje waży, co sprawia, że w naszej kieszeni lub torebce ląduje naprawdę ciężki zawodnik. Zdecydowanie nie dla każdego!

    Powód 3: Zabójcza cena i dopiero pierwsza generacja

    Już wspominałem o cenie w kontekście aparatu i muszę do niej wrócić w podsumowaniu. W Polsce za iPhone Duo trzeba zapłacić przynajmniej 9999 zł (wersja z pamięcią 256 GB). To z pewnością mniej niż sugerowały niektóre plotki, ale realnie to znaczna kwota. Praktycznie 10 tysięcy złotych za telefon w pierwszej generacji brzmi ryzykownie, ponieważ choć Apple na pewno wyciągnęło wiele wniosków z działań konkurencji, to nadal pozostaje debiutantem na rynku składanych smartfonów. Czy urządzenie obędzie się bez typowych problemów „wieku dziecięcego”? Śmiem wątpić i zakładam, że pewne, choćby drobne, trudności z pewnością się pojawią.

    W związku z tym, oferta ta nie jest optymalna dla osób, które oceniają opłacalność i sens swoich zakupów, nie będąc jednocześnie ufanownikami najnowszych gadżetów i technologii. Na horyzoncie pojawia się nowy MacBook z ulepszonym chipem i ekranem OLED, który zaoferuje potężną moc oraz gotowość do codziennej pracy – może to on powinien stać się Twoim celem zakupowym?

  • Zestawy Parkside i Parkside Performance na obniżce. Kaufland wie co robi

    Zestawy Parkside i Parkside Performance na obniżce. Kaufland wie co robi

    Nie tylko w Lidlu można znaleźć sprzęt Parkside. Tym razem promocyjne obniżki czekają na nas w Kauflandzie, gdzie ceny spadły zarówno w przypadku podstawowej zielonej linii, jak i mocniejszych wariantów Performance.

    Kaufland wprowadził nową gamę promocji skierowaną do majsterkowiczów. W gazetce znaleźć można szereg produktów z linii Parkside i Parkside Performance, w tym elektronarzędzia, odkurzacze warsztatowe, akcesoria oraz urządzenia do obróbki drewna. Część asortymentu dostępna jest obecnie w naprawdę atrakcyjnych cenach.

    Promocja trwa od czwartku 17 września do środy 30 września, co daje czas na zastanowienie się i dokładne przemyślenie decyzji.

    Kaufland obniża ceny sprzętu Parkside i Parkside Performance

    Na długiej liście promocji znajduje się akumulatorowa wiertarko-wkrętarka Parkside 20 V w cenie 149 zł. Urządzenie oferuje 17-stopniową regulację momentu obrotowego oraz dwa biegi, a w zestawie znajdują się akumulator 2 Ah oraz ładowarka. Piła tarczowa o mocy 1500 W kosztuje również 149 zł, natomiast wyrzynarka do drewna i metalu dostępna jest za 79,99 zł. Strug elektryczny 750 W można nabyć za 119 zł, a szlifierka taśmowa 850 W została wyceniona na 129 zł.

    Interesująco prezentuje się także oferta na sprzęt Parkside Performance. Akumulatorowy odkurzacz warsztatowy 20 V dostępny jest w cenie 799 zł, a większy odkurzacz warsztatowy o mocy 1300 W został przeceniony do 899 zł. Drugi model oferuje moc zasysania 260 AirWatt oraz filtr z systemem redukcji emisji pyłów.

    Czytaj dalej poniżej

    Biedronka zagrała z grubej rury. Konkurent Parkside na mocnej obniżce

    Dla miłośników pracy z drewnem Kaufland przygotował stół do piły tarczowej w cenie 499 zł. W gazetce dostępna jest także piła tarczowa Parkside za 149 zł, co sprawia, że skompletowanie pełnego zestawu jest łatwe. To jednak nie koniec promocji. Akumulatorowy odkurzacz Parkside Performance 20 V kosztuje 799 zł, a bezprzewodowy głośnik Bluetooth z tej samej serii wyceniono na 329 zł. Dodatkowo można nabyć lokalizator Parkside Performance za 129 zł, przydatny podczas poszukiwania przewodów czy rur.

    Grafika: depositphotos.com

  • Hubble i Webb rozwiązują zagadkę transneptunowców. Badacze wciąż trafiają na nowe odkrycia

    Hubble i Webb rozwiązują zagadkę transneptunowców. Badacze wciąż trafiają na nowe odkrycia

    Niewielkie obiekty, znajdujące się poza orbitą Neptuna, mają kolorystykę przypominającą ich większych krewniaków. Jednakże, przeszłe zderzenia mogły znacząco wpłynąć na ich powierzchnię. Obserwacje przeprowadzone przez teleskopy Hubble’a oraz Webba sugerują, że te obiekty zachowały ślady warunków, w jakich powstały. A jest ich zdecydowanie mniej, niż przewidują niektóre modele.


    Za orbitą Neptuna krążą pozostałości z czasów formowania planet, znane jako obiekty transneptunowe (TNO). Część z nich może stanowić swoiste „archiwum” etapu, w którym pył i drobne okruchy łączyły się, tworząc większe ciała, określane mianem planetozymali. Zespoły badawcze, oparte na skoordynowanych obserwacjach Hubble’a i Kosmicznego Teleskopu Jamesa Webba, sprawdziły, czy te najmniejsze obiekty badawcze nadal zachowują ślady tamtych wydarzeń. Wyniki tych badań zostały opublikowane w The Astronomical Journal, a temat ten został również poruszony przez NASA.

    Dwie grupy i dwie historie

    Badacze dokonują rozróżnienia na obiekty „zimne” i „gorące”, co odnosi się do charakterystyki ich orbit. Grupa „zimna” porusza się po orbitach zbliżonych do kołowych, o niewielkim nachyleniu względem głównej płaszczyzny naszego układu. Przyjmuje się, że powstały one mniej więcej w tych samych miejscach, w których obecnie się znajdują, w pasie Kuipera. Ze względu na stosunkowo „spokojną” historię orbitalną, mogą stanowić one cenne źródło informacji na temat materiałów, z których budowały się odległe rejonu dzisiejszego Układu Słonecznego.

    Natomiast w przypadku obiektów „gorących” ich historia jest zupełnie inna. Zgodnie z aktualnymi modelami, powstały one bliżej Słońca, m.in. pomiędzy orbitami Urana a Neptuna, a migracja dużych planet rozrzuciła je na zewnątrz. Obecnie wiele z tych obiektów krąży po mocno wydłużonych orbitach, wyraźnie przechylonych względem płaszczyzny planet. Porównanie obu grup pozwala zatem zweryfikować, czy różnice w ich miejscach narodzin oraz w późniejszej ewolucji wpływają również na najmniejsze obiekty.

    Różne rozmiary, ale podobna kolorystyka

    Burzliwe historie tych obiektów mogły spowodować znaczące zniekształcenia ich kształtów, usuwanie części ich powierzchni lub rozbicie większych ciał na mniejsze fragmenty. W takich scenariuszach, drobne TNO mogłyby odbijać światło w sposób odmienny niż ich więksi krewni. Astronomowie dokładnie analizują tego typu kwestie, m.in. oceniając jasność obiektów w różnych zakresach długości fal, co umożliwia określenie ich kolorów. Barwy te dostarczają wskazówek na temat składu powierzchni i jej przekształceń, chociaż do dokładnego opisu chemicznego może brakować szczegółów. Teleskop Hubble’a odpowiadał za część pomiarów w świetle widzialnym, a Webb uzupełnił je obserwacjami w bliskiej podczerwieni.

    Czytaj dalej poniżej

    Ta planeta w Układzie Słonecznym kurczy się. I to szybciej, niż zakładano


    Zespół z Northern Arizona University ocenił, że małe obiekty populacji zimnej prezentowały wąski zakres barw, zgodny z obserwacjami większych ciał. Populacja gorąca okazała się znacznie bardziej zróżnicowana, podobnie jak jej większe odpowiedniki. Nie zaobserwowano więc systematycznej zmiany kolorystyki w miarę zmniejszania się rozmiarów obiektów, co można by oczekiwać w scenariuszu dotyczących silnych zniekształceń spowodowanych zderzeniami. Możliwe, że takich „incydentów” było mniej, niż się spodziewano, bądź ich skutki nie zdołały wymazać różnic związanych z pierwotnym składem. Podobieństwo tego typu wspiera więc inną hipotezę: o zachowaniu dawnych cech, jednak nie dowodzi, że powierzchnie pozostały w zasadzie nietknięte od czasów narodzin Układu Słonecznego.

    Ile światła odbija powierzchnia? To dobre pytanie

    Warto zwrócić uwagę na analizę z University of Victoria, która dotyczyła liczebności obiektów o różnej jasności. Najsłabszy wykryty obiekt w bliskiej podczerwieni wykazał jasność równą 29,3 magnitudo, co oznacza bardzo niski poziom sygnału. Tego rodzaju obserwacje pozwalają oszacować średnice obiektów, ale wymagają uwzględnienia odległości oraz założeń dotyczących albedo – zdolności powierzchni do odbijania światła. Najsłabsze ujawnione detekcje przypisano średnicę około 10 km, przy założonym albedo 0,15.

    Czytaj również: Wyścig z 3I/ATLAS na granicy Układu Słonecznego. Co zobaczył teleskop Hubble’a?

    Rozkłady jasności populacji zimnej i gorącej okazały się podobne, co wskazuje na podobny kształt ich rozkładów rozmiarów. Należy jednak zauważyć, że najmniejszych ciał znaleziono mniej, niż wynikałoby z niektórych modeli powstawania planetozymali, co dotkliwie sprawdza hipotezę sformułowaną w poprzednich badaniach przeprowadzonych przez Northern Arizona University. W tej kwestii jednak problemem jest stosunkowo niewielka próba oraz niepewność dotycząca rzeczywistego albedo małych TNO. Dalsze obserwacje powinny dostarczyć odpowiedzi na pytania, czy zgodność ta będzie utrzymywać się dla większej liczby ciał oraz czy uda się oddzielić ślady ich narodzin od skutków późniejszych „bliskich spotkań”, mających miejsce przez miliony lat. Kosmiczna archeologia, jak można by rzec!