Kategoria: Wiadomości

  • FiiO Snowsky Echo Nano – recenzja. Czy warto kupić odtwarzacz MP3 w 2026?

    FiiO Snowsky Echo Nano – recenzja. Czy warto kupić odtwarzacz MP3 w 2026?

    FiiO Snowsky Echo Nano to przykład urządzenia, które idzie pod prąd współczesnym trendom. Zamiast integrować streaming, aplikacje, powiadomienia i funkcje znane ze smartfonów, koncentruje się na jednej rzeczy: odtwarzaniu muzyki z karty microSD. W cenie oscylującej wokół 320 złotych otrzymujemy niewielki, metalowy odtwarzacz o charakterystycznym, retro wyglądzie, który obsługujemy za pośrednictwem fizycznych przycisków. Co więcej: oferuje on brzmienie znacznie lepsze, niż sugerowałaby jego cena.

    Retro konstrukcja w kieszonkowym wydaniu

    Echo Nano przyciąga uwagę przede wszystkim formą. Urządzenie ma postać niewielkiego sticka, który stylistycznie przypomina erę wczesnych empetrójek. Tym razem jednak zamiast plastikowej, otwieranej obudowy zakończonej USB-A, zastosowano metal, a aluminiowa konstrukcja jest sztywna, dobrze spasowana i odporna na zarysowania. Jakość wykonania stoi na naprawdę wysokim poziomie – i szczerze? Po otwarciu pudełka byłem niezwykle pozytywnie zaskoczony tym, co zaoferował producent. Produkt sprawia wrażenie urządzenia z segmentu premium.

    W przypadku takich urządzeń kluczową rolę odgrywa ergonomia. I tutaj również trudno się do czegokolwiek przyczepić: fizyczne przyciski oraz pokrętło regulacji głośności mają wyraźny klik, dzięki czemu podstawowe operacje można wykonywać bez wyjmowania urządzenia z kieszeni. Klawisze są odpowiednio duże jak na tak mały korpus. Ponadto zostały rozmieszczone w sposób, który po krótkim przyzwyczajeniu staje się intuicyjny. Niewielka masa i kompaktowe rozmiary pozwalają nosić Echo Nano praktycznie wszędzie – czy to w kieszeni, czy przypięte do smyczy lub innych akcesoriów.

    Audio bez zbędnych komplikacji

    Za przetwarzanie dźwięku odpowiada układ DAC Cirrus Logic CS43131. Echo Nano obsługuje pliki do 24 bit/192 kHz oraz DSD256, a lista kompatybilnych formatów obejmuje wszystkie najpopularniejsze z nich, takie jak FLAC, WAV, APE, MP3, OGG, M4A i WMA. Dla wszystkich mających lokalne biblioteki muzyczne oznacza to niemal natychmiastowe zanurzenie w świecie muzyki – bez dodatkowego konwertowania i kombinacji.

    Producent zdecydował się jednak na jedno wyjście słuchawkowe 3,5 mm. Nie znajdziemy tutaj popularnego w bardziej zaawansowanych DAP-ach złącza 4,4 mm. Dla wymagających użytkowników może być to istotne ograniczenie, ale w przypadku urządzenia projektowanego jako prosty, kieszonkowy odtwarzacz na co dzień trudno uznać ten brak za dyskwalifikujący. Echo Nano nie próbuje rywalizować z dużymi, audiofilskimi konstrukcjami – jego koncepcja jest znacznie prostsza.

    Czytaj dalej poniżej


    Huawei MatePad Air – ultrasmukły tablet z matowym ekranem i klawiaturą w zestawie

    Lokalna biblioteka, nie streaming

    Jedną z najważniejszych cech Echo Nano jest całkowity brak wsparcia dla usług streamingowych. Muzyka trafia na kartę microSD, a sam odtwarzacz pozostaje urządzeniem offline. W czasach, gdy smartfon potrafi zapewnić dostęp do niemal całej muzyki na świecie, takie rozwiązanie może wydawać się archaiczne. W praktyce jest jednak jednym z najbardziej interesujących elementów filozofii tego modelu.

    Przygotowanie karty, uporządkowanie albumów i świadome wybranie muzyki to rytuał, który zmienia nasze podejście do słuchania. Sam zacząłem budować swoją lokalną bibliotekę stosunkowo niedawno: od kilku tygodni korzystam z iPoda, regularnie ripując swoją kolekcję płyt. Dlatego też do takiego słuchania muzyki podchodzę podobnie jak do winyli: w pełni świadomie. Odsłuch przestaje być przypadkowym „plumkaniem w tle” do pracy czy przeglądania internetu i staje się pełnoprawną czynnością. Echo Nano nie ma konkurować ze smartfonem i tamtejszymi Spotify, Apple Music czy YouTube Music. Ma je uzupełniać i pozwalać na chwilę odciąć się od powiadomień, mediów społecznościowych oraz niekończącego się strumienia treści.

    Prosty interfejs zamiast efekciarskich dodatków

    Niewielki ekran nie próbuje imponować rozbudowaną grafiką. Interfejs wykorzystuje klasyczny, tekstowy sposób prezentowania folderów, albumów, ustawień odtwarzania i opcji systemowych. Taka konstrukcja może wyglądać skromnie, ale jej zaletą jest szybkość i przewidywalność. Już po krótkim czasie obsługa sprzętu staje się niezwykle naturalna. I bardzo to doceniam, chociaż nie ukrywam, że w sercu wciąż bliżej mi do iPoda – kocham tamtejsze okładki. Takowych naprawdę mi w FiiO Snowsky Echo Nano brakuje.

    Techniczna prostota ma również pozytywną stronę: przy uruchamianiu i wyłączaniu urządzenia nie pojawiają się trzaski ani niepożądane szumy, również w przypadku czułych słuchawek dokanałowych. Jest jednak jedna istotna wada: brak funkcji gapless playback. Przy albumach koncertowych oraz wydawnictwach koncepcyjnych przerwy pomiędzy utworami mogą być wyraźnie słyszalne.

    Brzmienie i możliwości wzmacniacza

    Echo Nano oferuje około 125 mW na kanał. Taka moc w zupełności wystarcza do większości nowoczesnych IEM-ów i lżejszych słuchawek nausznych. Przy bardzo wymagających słuchawkach planarnych niewielki odtwarzacz zacznie pewnie ujawniać swoje ograniczenia – ale znowu: to nie jest sprzęt dla najbardziej wymagających audiofilów.

    Charakter brzmienia oceniam jako… uniwersalny. Testowałem sprzęt z kilkoma słuchawkami przewodowymi, które wciąż mi się ostały – zarówno dousznymi, jak i nausznymi. Dźwięk zawsze był czysty i z dobrze kontrolowanym basem. Nie natknąłem się tam na wyraźne faworyzowanie jednego zakresu pasma. To sprzęt tworzony z myślą o mainstreamie, dlatego to nikogo specjalnie nie zaskoczy, że szczególnie dobrze odnajduje się w najpopularniejszych melodiach: popie, elektronice oraz muzyce filmowej.

    Coś więcej niż „tylko” odtwarzacz muzyki

    Echo Nano może pełnić również funkcję prostego DAC-a USB-C. Po podłączeniu do laptopa lub smartfona urządzenie obsługuje w tym trybie sygnał do 16 bit / 48 kHz. Nie jest to rozwiązanie mające zastąpić rozbudowany stacjonarny DAC, ale jako niewielkie, awaryjne urządzenie poprawiające jakość dźwięku z komputera może okazać się bardzo praktyczne.

    Taka uniwersalność szczególnie dobrze pasuje do osób pracujących w drodze. Ten sam niewielki sprzęt może służyć jako odtwarzacz lokalnych plików, a po podłączeniu przewodem USB-C przejąć rolę zewnętrznego przetwornika audio.

    Bateria to chyba największe rozczarowanie

    Największym „ale”, jakie mam do urządzenia, jest bez wątpienia czas pracy na jednym ładowaniu. Producent w oficjalnych materiałach deklaruje około siedmiu godzin, natomiast w praktyce… bywa różnie. Oczywiście wszystko zależy od głośności i rodzaju odtwarzanych plików. W przypadku plików FLAC zdarzyła mi się sytuacja, w której odtwarzacz padł już po około 5 godzinach. Trochę mało, chociaż nie wiem, czy powinniśmy być specjalnie zdziwieni: sprzęt oferuje baterię o pojemności około 360 mAh. Na szczęście ładowanie (za pośrednictwem wbudowanego portu USB-C) nie trwa bóg wie jak długo: trwa około 2 godzin.

    To sprzęt kierowany do bardzo określonego odbiorcy

    FiiO Snowsky Echo Nano nie jest urządzeniem dla każdego. Producent doskonale wiedział, do kogo chce trafić: jego głównym targetem są użytkownicy, którzy chcą świadomie ograniczyć rolę smartfona podczas słuchania muzyki i mają własną bibliotekę plików offline. To również interesująca propozycja dla osób pracujących przy komputerze, które potrzebują małego urządzenia, pozwalającego łatwo przełączyć się z trybu pracy na tryb słuchania.

    To urządzenie, które przypadnie do gustu nieco bardziej wymagającym użytkownikom, ale też bez przesady. Brak Bluetootha, dostępu do usług streamingowych, gapless playbacku, wyjścia 4,4 mm oraz zaawansowanych funkcji DSP może zniechęcić użytkowników oczekujących możliwości typowych dla większych DAP-ów. Tym bardziej, że bateria również nie jest zbyt imponująca.

    Ale tak ma być. FiiO Snowsky Echo Nano nie próbuje udawać pełnoprawnego centrum multimedialnego. I właśnie dlatego ma sens. Za około 320 złotych dostajemy solidną, metalową konstrukcję, bardzo kompaktowe rozmiary, szeroką obsługę formatów, przyjemne brzmienie i prosty sposób korzystania z lokalnej biblioteki. Najważniejszą zaletą może być jednak sama idea urządzenia: odłożenie smartfona i skupienie się wyłącznie na muzyce. Jeśli takie ograniczenia nie są dla Ciebie problemem, Echo Nano staje się wyjątkowo interesującą propozycją w swoim segmencie. Nie jest konkurentem dla drogich DAP-ów, jest czymś bardziej konkretnym: małym, dobrze wykonanym sprzętem do słuchania muzyki, które zamiast oferować wszystko, świadomie wybiera jedną funkcję i wykonuje ją zaskakująco dobrze.

    FiiO Snowsky Echo Nano



    plusy

    • Metalowa, kompaktowa obudowa;
    • Szeroka obsługa formatów;
    • Wygodna obsługa.


    minusy

    • Brak Bluetootha i 4,4 mm;
    • Niezbyt długi czas pracy na baterii;
    • Niewielka pamięć wewnętrzna.

  • Wymieniłem router od operatora, internet śmiga jak nowy

    Wymieniłem router od operatora, internet śmiga jak nowy

    Kupiłem nowy router, a router operatora został odłożony do szafy. Teraz mój internet działa szybciej niż kiedykolwiek wcześniej.

    Wyobraźcie sobie sytuację – macie internet światłowodowy z imponującą prędkością, na przykład 900 Mb/s. Brzmi dobrze? Jednak mimo wysokich parametrów, pobieranie gier wyglądają jak tortura, a Netflix w jakości Full HD w salonie zacina się, czasem gubiąc połączenie. Zanim zadzwonicie do operatora, warto najpierw sprawdzić coś innego. Okazuje się, że problem może tkwić w naszym sprzęcie.

    Router jaki jest, każdy widzi – często słabej jakości

    W czasach, gdy w moim rodzinnym domu zainstalowano internet bezprzewodowy, myślałem, że szybko zrozumiałem, jak to działa. Mamy router, który rozprowadza sieć po pomieszczeniach, a gdy nie chcemy łączyć się z internetem przez kabel, korzystamy z WiFi. Operator dostarcza zarówno podłączenie do sieci, jak i urządzenie – mamy zatem cały zestaw gotowy do użycia. Młody umysł nie mógł jednak pojąć, dlaczego w sklepach są dostępne routery innych producentów, które można kupić niezależnie od operatora. Skoro nasz usługodawca oferuje router, po co jeszcze jeden?

    Niedługo potem zrozumiałem, że choć urządzenie w ramach umowy faktycznie działa, jego możliwości są mocno ograniczone. Dziś, mając znacznie większą wiedzę oraz doświadczenie, mogę stwierdzić, że wymiana routera na lepszy model niż ten dostarczany przez dostawcę internetu to najlepsza decyzja, jaką możecie podjąć w kontekście domowej sieci WiFi.

    Często nie zdajemy sobie sprawy z jakości sprzętu, który otrzymujemy w ramach umowy z dostawcą internetu. Router za symboliczną złotówkę lub w ramach miesięcznego abonamentu pozwala na korzystanie z WiFi, ale zazwyczaj jest to sprzęt niskiej jakości. Podstawowe funkcje oraz niższy od rekomendowanego poziom zabezpieczeń to tylko niektóre z problemów charakteryzujących takie domyślne urządzenia. Wiele z nich nie ma nawet anten, a jedna lub dwie ściany w mieszkaniu mogą znacznie pogorszyć jakość sygnału. Nic dziwnego, że streaming nie działa tak, jakbyśmy sobie tego życzyli, a ostateczny komfort korzystania z internetu często odbiega od oczekiwań – nie mówiąc już o prędkości wskazanej w umowie.

    Czytaj dalej poniżej

    Wi-Fi nie sięga do drugiego pokoju? Spróbuj tego, zanim kupisz nowy router

    Dobry router zmienia zasady gry

    Po przeprowadzce do obecnego mieszkania również otrzymałem router WiFi od operatora po podpisaniu umowy. Z uwagi na mniejszy metraż niż w domu, uznałem, że domyślne urządzenie powinno poradzić sobie bez problemu. Wysoka prędkość (bo to przecież światłowód) i centralne umiejscowienie routera sugerowały mi, że siła WiFi będzie wystarczająca w każdym pomieszczeniu i nie ma potrzeby wymiany sprzętu. Rzeczywiście, przez dłuższy czas nie miałem powodów do narzekania. Usługi VOD działały doskonale, a sypialnia i gabinet również oferowały dobrą jakość połączenia.

    Problemy zaczęły się wraz z dodawaniem kolejnych urządzeń do sieci oraz wzrostem moich wymagań. Dodatkowy laptop, telewizor, a w końcu streaming gier przez chmurę uświadomiły mi, że gdzieś w łańcuchu mojego połączenia znajduje się wąskie gardło. Jak wytłumaczyć fakt, że internet obiecujący niemal 1 Gb/s potrafił się krztusić podczas oglądania serialu czy streamowania gier, co samo w sobie wymagało 8 gigabajtów na godzinę?

    No cóż, pomyślałem. Nawet jeśli mam nowoczesny sprzęt i najlepszy pakiet, to w środku tego równania znajduje się najprostszy router, jaki można sobie wyobrazić. Zielone lampki LED mrugały, informując mnie, że daje z siebie wszystko. To jednak niewiele, bo został stworzony do obsługi prostego środowiska pracy, z kilkoma telefonami i laptopem, które na co dzień wykorzystują internet do przeglądania maili, dokumentów Google i serwisów newsowych. Moje wymagania szybko zaczęły przekraczać jego możliwości.

    I nie zamierzam dzisiaj promować konkretnego urządzenia, bo nie o tym jest ten tekst. Chciałbym jedynie zwrócić uwagę na to, w jak prosty sposób możecie poprawić komfort korzystania z internetu, nie kontaktując się z operatorem, nie podpisując nowej umowy ani nie przemeblowując mieszkania w celu uzyskania lepszej jakości sygnału. Wymiana routera oczywiście wiąże się z kosztami, ale są to wydatki jak najbardziej uzasadnione.

    W moim przypadku jakość WiFi wzrosła momentami dwukrotnie w porównaniu do tego, co było wcześniej. Podczas grania w chmurze przestały mnie dręczyć jakiekolwiek spadki jakości czy utrata sygnału. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałem problemy z serwisem VOD, a pobieranie gier na Steam odbywało się z prędkością średnio niemal dwa razy wyższą. Nie mam odniesienia do poprawy jakości sieci w tym samym pomieszczeniu, ale najczęściej korzystam z internetu w pokoju oddalonym o jedną ścianę od routera. Sugerując się testami prędkości, uzyskałem wzrost na poziomie 150-200% po wymianie routera. W salonie, czyli najbardziej oddalonym miejscu od urządzenia, prędkość wzrosła wręcz trzykrotnie. Należy również zwrócić uwagę na stabilność połączenia.

    Domyślny router radził sobie zawsze gorzej, im dalej znajdowało się urządzenie podłączone do internetu – to logiczne. Po zakupie nowego urządzenia (wyposażonego w cztery antenki i standard WiFi 7) pokrycie mieszkania zwiększyło się do tego stopnia, że odległość od routera nie wpływa zauważalnie na prędkość internetu. Dodatkowo, ping nie przekracza kilkunastu punktów, co stanowi odpowiedź na pytanie, czy warto zainwestować w nowy router. Ja już wiem, że tak.

  • Lecisz samolotem z powerbankiem? Od 2026 roku obowiązują nowe zasady

    Lecisz samolotem z powerbankiem? Od 2026 roku obowiązują nowe zasady

    Powerbank zabierany na pokład samolotu podlega konkretne ograniczenia dotyczące pojemności, liczby urządzeń i sposobu przewożenia. W 2026 roku wprowadzono nowe regulacje w tej kwestii. Sprawdź, jaki powerbank pomyślnie przejdzie kontrolę lotniskową, jak go spakować oraz na jakie oznaczenia zwrócić uwagę przed wylotem.


    Wybór powerbanku do samolotu: Pojemność, oznaczenia i zasady

    Powerbank to pierwsza rzecz, o której myślę, planując pakowanie elektroniki na wyjazd. Jednak zabranie go na pokład samolotu wiąże się z pewnymi ograniczeniami. Z uwagi na ogniwa litowo-jonowe wewnątrz, powerbank traktowany jest jak zapasowa bateria, co oznacza konieczność przestrzegania szczególnych zasad bezpieczeństwa. Kluczowe są przede wszystkim pojemność, wyrażona w watogodzinach, sposób przewożenia oraz regulamin konkretnej linii lotniczej. Zobaczmy, jaki powerbank najlepiej wybrać do samolotu i na co zwrócić uwagę przed wylotem.

    Optymalny wybór: powerbank do 100 Wh

    Jeśli zamierzasz kupić powerbank specjalnie z myślą o podróżach samolotem, najlepiej zdecydować się na model o pojemności nieprzekraczającej 100 Wh. Nie daje to absolutnej pewności, że sprzęt zostanie zaakceptowany, ale w większości przypadków powinno być w porządku. Można również uwzględnić pewien margines. Osobiście najczęściej podróżuję z powerbankiem 74 Wh i nigdy nie miałem z nim problemów.

    Powerbanki powyżej 100 Wh w samolocie

    Polski Urząd Lotnictwa Cywilnego zezwala również na przewóz powerbanków o pojemności przekraczającej 100 Wh, ale nieprzekraczającej 160 Wh. Wymaga to jednak zgody linii lotniczej. Zgodnie z aktualnymi przepisami ICAO (Organizacja Międzynarodowego Lotnictwa Cywilnego) również od 2026 roku pojawiła się taka możliwość. Linie lotnicze mogą jednak stosować bardziej restrykcyjne zasady, dlatego przy większym powerbanku koniecznie sprawdź regulamin konkretnego przewoźnika.

    Obliczanie Wh: 10000 czy 20000 mAh?

    Na obudowach powerbanków często spotykamy wartości 10000, 20000 czy 25000 mAh. Przepisy lotnicze oparte są jednak przede wszystkim na watogodzinach (Wh). Do ich obliczenia potrzebne jest również napięcie znamionowe ogniw. Wzór przedstawia się następująco:

    Czytaj dalej poniżej

    Wakacyjna beztroska może zniszczyć Twój powerbank! Uważaj na to latem

    Wh = mAh x V / 1000.

    Dla przykładowego napięcia 3,7 V otrzymujemy:

    • 10000 mAh – 37 Wh,
    • 20000 mAh – 74 Wh,
    • 25000 mAh – 92,5 Wh,
    • 27000 mAh – 99,9 Wh,
    • 30000 mAh – 111 Wh.

    Są to jednak wartości orientacyjne. Nie zakładaj, że każdy powerbank działa według tych obliczeń z napięciem 3,7 V. Najlepiej kierować się wartością Wh podaną przez producenta konkretnego urządzenia lub upewnić się co do napięcia.

    Sprawdź oznaczenia na obudowie powerbanku

    Decydując się na powerbank do podróży lotniczych, warto wybrać model z czytelnie podaną pojemnością energetyczną w Wh. Umożliwia to szybkie sprawdzenie, do której kategorii należy urządzenie.

    Unikałbym zabierania powerbanku z nieczytelną lub zatartą etykietą, szczególnie jeśli oferuje dużą pojemność, mogącą budzić wątpliwości dotyczące limitów. Różni przewoźnicy mogą mieć własne wymagania co do oznaczeń, dlatego przed wylotem warto jeszcze raz sprawdzić regulamin konkretnej linii. Informacja na obudowie to gwarancja większego spokoju ducha w trakcie kontroli lotniskowej.

    Powerbank tylko do bagażu podręcznego

    To jedna z najważniejszych zasad: powerbank nie może być przewożony w bagażu rejestrowanym. Musi znajdować się w bagażu podręcznym, który jest transportowany w kabinie. ULC potwierdza tę zasadę zarówno dla powerbanków do 100 Wh, jak i tych od 100 do 160 Wh.

    Ma to również znaczenie, gdy przy bramce obsługa poprosi o oddanie walizki kabinowej do luku bagażowego. Przed przekazaniem należy wyjąć z niej powerbank.

    Ile powerbanków można zabrać do samolotu?

    Od 27 marca 2026 roku przepisy ICAO ograniczają liczbę powerbanków, które może przewozić jeden pasażer, do dwóch sztuk. Tę samą informację podaje także polski ULC.

    Nie oznacza to jednak, że każda linia lotnicza na świecie pozwoli na zabranie dwóch urządzeń. Przewoźnicy mogą stosować bardziej restrykcyjne zasady, dlatego warto sprawdzić regulamin przed wylotem.

    Zabezpiecz powerbank przed zwarciem

    Powerbank nie powinien leżeć luzem razem z kluczami, monetami czy innymi metalowymi przedmiotami. Przepisy wymagają, by był zabezpieczony przed przypadkowym zwarciem.

    Można to osiągnąć, umieszczając urządzenie w osobnym etui lub torbie, pozostawiając je w oryginalnym opakowaniu albo odpowiednio zabezpieczając odsłonięte porty. Przed podróżą warto również skontrolować stan powerbanku. Uszkodzone, zdeformowane lub spuchnięte urządzenie nie powinno być zabierane na pokład (ani w żadne inne miejsce).

    Czy można korzystać z powerbanku podczas lotu?

    W tej kwestii zaszła istotna zmiana w 2026 roku. Od 27 marca przepisy ICAO zabraniają pasażerom ładowania powerbanków z instalacji elektrycznej samolotu podczas lotu. Wprowadzono również zalecenie, aby podczas lotu nie używać powerbanków do ładowania innych urządzeń.

    Niektóre linie lotnicze mogą wprowadzać jeszcze bardziej restrykcyjne zasady, całkowicie zakazując użycia powerbanków na pokładzie. Wiem, że to powtarzane w kółko, ale przed podróżą najlepiej sprawdzić regulamin przewoźnika.

    Na przykład LOT i Wizz Air aktualnie zabraniają używania powerbanków do ładowania innych urządzeń, w tym smartfonów, podczas lotu. Ryanair nadal zezwala, z wyjątkiem kołowania, startu i lądowania oraz w sytuacjach, w których załoga wyda inne polecenie.

    Nie chowaj powerbanku głęboko w bagażu

    Podczas podróży samolotem, powerbank powinien być w łatwo dostępnym miejscu, a nie schowany w walizce w schowku nad głową. Jest to praktyczne uzasadnienie – w przypadku przegrzania lub uszkodzenia baterii, pasażer i załoga mogą szybciej zareagować. Najbezpieczniej trzymać powerbank w niewielkim bagażu podręcznym, umieszczonym pod fotelem.

    Jaki powerbank najlepiej kupić do samolotu?

    Podsumowując: najlepiej zainwestować w powerbank, który nie przekracza 100 Wh i posiada wyraźnie oznaczoną wartość Wh na obudowie. Populary modele 10000 i 20000 mAh zazwyczaj mieszczą się z dużym zapasem poniżej tego limitu, ale ostatecznie należy kierować się parametrami podanymi przez producenta konkretnego urządzenia.

    Pamiętaj również o prostych zasadach: powerbank przewozimy tylko w kabinie, zabezpieczamy go i nie ładujemy z instalacji elektrycznej samolotu podczas lotu. Przed wylotem zawsze warto sprawdzić wymagania konkretnej linii, ponieważ mogą być one bardziej restrykcyjne niż ogólne przepisy.

  • Zrzucili iPhone’a 17 Pro z 30 km. Przy okazji pobili rekord Guinnessa

    Zrzucili iPhone’a 17 Pro z 30 km. Przy okazji pobili rekord Guinnessa

    Producent akcesoriów dla smartfonów, firma RhinoShield, w ramach współpracy z Sent Into Space, postanowił w spektakularny sposób udowodnić wytrzymałość swojego najnowszego etui AirX.

    Pod koniec czerwca, iPhone 17 Pro został wysłany balonem na wysokość ponad 30 kilometrów nad szwedzką miejscowością Kiruna, a następnie zrzucony na Ziemię. To osiągnięcie zaowocowało przyznaniem firmie oficjalnego rekordu Guinnessa za najwyższy zrzut telefonu komórkowego w etui na ukształtowanie terenu. Choć na papierze brzmi to niezwykle, a założyciel firmy, Eric Wang, forsował ten ekstremalny pomysł, odrzucając mniej widowiskowe testy, warto jednak przyjrzeć się całej akcji krytycznym okiem.

    Fizyka czy marketing?

    W materiałach promocyjnych wyczyn robi ogromne wrażenie, ale z technicznego punktu widzenia, cały rekord wydaje się nieco naciągany. Przede wszystkim, w stronę Ziemi nie spadł wyłącznie sam smartfon w pokrowcu. Aby uwiecznić ten upadek na wideo, telefon był częścią bardziej skomplikowanej konstrukcji z kamerami, dodatkowo stabilizowanej spadochronem typu „drogue”. Jego zadaniem było utrzymanie odpowiedniego kierunku spadania i zapobieganie chaotycznemu koziołkowaniu. Z tego powodu proces powrotu na powierzchnię trwał aż 25 minut.

    Do rozważań wkraczają również nieuchronne prawa fizyki. Przedmioty spadające w atmosferze nie przyspieszają w nieskończoność. Opór powietrza wprowadza limit prędkości opadania, znany jako prędkość graniczna, która zazwyczaj osiągana jest na długo przed uderzeniem o ziemię. Biorąc pod uwagę gęstsze powietrze, prędkość telefonu raczej nie przekroczyła 160 km/h. Pod kątem siły uderzenia, upadek z 30 kilometrów nie różni się drastycznie od upadku z wysokości kilku kilometrów. Potwierdza to przypadek z 2024 roku, kiedy inny iPhone wypadł z samolotu linii Alaska Airlines z wysokości niemal 4900 metrów i również przetrwał bez szwanku.

    Kto jest prawdziwym bohaterem tego testu?

    Nie można jednak odmówić akcji, że była ona niezwykle rygorystycznym testem dla elektroniki. Przed lądowaniem, sprzęt musiał przetrwać skrajne wahania temperatur, od mrożących krew w żyłach -60 stopni Celsjusza w wyższych partiach atmosfery, do około 20 stopni na powierzchni Ziemi. Po uderzeniu i ponad pięciogodzinnym poszukiwaniu, przedstawiciele Księgi Rekordów Guinnessa potwierdzili, że ekran jest nienaruszony, a urządzenie działa, można z niego dzwonić i robić zdjęcia.

    Czytaj dalej poniżej


    Koniec taniego Apple TV. Drożeje abonament

    Wobec tego stajemy przed kluczowym pytaniem. Projektanci RhinoShield podkreślają, że to obudowa AirX, wykonana z materiału nadającego się do recyklingu i wyposażona w system komór powietrznych, który amortyzuje upadek, umożliwiła smartfonowi przetrwanie tej próby. Jednakże, zastanawiam się, czy to naprawdę zasługa innowacyjnego etui, czy może wytrzymałości iPhone’a 17 Pro? Odpowiedź prawdopodobnie leży gdzieś pośrodku. RhinoShield zyskało znakomity materiał promocyjny oraz certyfikat rekordu, ale krytyczne spojrzenie ujawnia, że prawa fizyki szybko obnażają magię spektakularnych liczb.

  • Nawigacja od Google z fajnymi nowościami. Oto co zmienia się dla kierowców

    Nawigacja od Google z fajnymi nowościami. Oto co zmienia się dla kierowców

    Waze przygotowuje zestaw interesujących nowości. Kierowcy mają na co czekać.

    Waze od wielu lat cieszy się ogromną popularnością, pozostając jedną z najczęściej używanych darmowych aplikacji nawigacyjnych dla kierowców. Cenią ją szczególnie ci, którzy pragną unikać korków i szybko reagować na utrudnienia na drodze. Mimo że Google nieustannie udoskonala swoje flagowe Mapy, firma także pamięta o Waze, wprowadzając szereg znaczących zmian, które mają na celu uproszczenie, zwiększenie intuicyjności oraz poprawę bezpieczeństwa korzystania z aplikacji.

    Waze mocniej wykorzysta sztuczną inteligencję

    Jedną z kluczowych nowości będzie szersze zastosowanie sztucznej inteligencji oraz uczenia maszynowego. Dzięki temu, Waze będzie mogło efektywniej analizować informacje przekazywane przez kierowców i szybciej reagować na zmiany w sytuacji na drogach. Jest to szczególnie ważne w przypadku korków, wypadków, zamkniętych ulic czy innych nieprzewidzianych zdarzeń. Zamiast polegać wyłącznie na pojedynczych zgłoszeniach użytkowników, system będzie mógł analizować większą ilość danych i dokładniej oceniać sytuację.

    Google zamierza również uprościć sposób raportowania zdarzeń na drodze. Kierowcy nie powinni być zmuszeni do przechodzenia przez wiele ekranów, aby poinformować innych użytkowników o korku, przeszkodzie czy wypadku. Waze rozwija więc rozwiązania zapewniające możliwość przekazywania informacji w sposób bardziej naturalny. W przyszłości prawdopodobnie wystarczy krótkie polecenie głosowe, aby aplikacja zrozumiała, co wydarzyło się na trasie. Ta zmiana z pewnością wpłynie na bezpieczeństwo, ponieważ mniej czasu spędzonego na obsłudze telefonu podczas prowadzenia samochodu jest korzystniejsze.

    Waze planuje również poprawić sposób informowania o potencjalnych utrudnieniach. Aplikacja będzie wzbogacona o funkcje umożliwiające wcześniejsze ostrzeganie kierowców o problemach, które mogą wynikać z nietypowego natężenia ruchu czy zmian organizacji ruchu. W praktyce oznacza to bardziej kontekstową nawigację, a nie tylko wyznaczanie najszybszej trasy pomiędzy punktami A i B. System ma lepiej rozumieć, co dzieje się wokół kierowcy i odpowiednio reagować.

    Czytaj dalej poniżej


    Brak miejsca w Zdjęciach Google? Te trzy ustawienia rozwiążą problem bez kasowania fotografii!

    Waze nie chce być „zwykłą” nawigacją

    Waze nieustannie się zmienia i ewoluuje, stając się platformą wymiany informacji pomiędzy kierowcami. To właśnie społeczność pozostaje największą przewagą Waze nad Mapami Google. Miliony użytkowników przekazują informacje o sytuacji na drogach w czasie rzeczywistym, co pozwala aplikacji na szybszą reakcję na zdarzenia niż tradycyjne systemy nawigacyjne. Gigant technologiczny zamierza jeszcze bardziej wykorzystać ten potencjał. Połączenie danych społecznościowych, sztucznej inteligencji oraz informacji o ruchu może sprawić, że Waze będzie w stanie podejmować trafniejsze decyzje dotyczące tras.

    Kierowcy mogą na tym dużo zyskać

    Jeżeli zapowiadane zmiany zostaną wdrożone zgodnie z planem, użytkownicy zyskają aplikację, która będzie szybciej reagować na sytuację na drodze i wymagać będzie mniej ręcznej obsługi. W przypadku nawigacji stosowanej podczas prowadzenia pojazdu, prostota i bezpieczeństwo mają kluczowe znaczenie. Wykorzystanie sztucznej inteligencji w sposób, który wspiera kierowcę, a jednocześnie nie skomplikuje elementów, które przez lata były największą zaletą aplikacji, będzie stanowić istotne wyzwanie dla programistów pracujących nad Waze. Mamy nadzieję, że wszystkie rozwiązania zostaną zaimplementowane w sposób, który nie wpłynie negatywnie na funkcje samej nawigacji…

  • Zmień to jedno ustawienie w telewizorze, a obraz będzie lepszy

    Zmień to jedno ustawienie w telewizorze, a obraz będzie lepszy

    Zmiana jednego ustawienia w telewizorze może znacząco poprawić jakość obrazu.


    Nie ma potrzeby inwestowania w nowy sprzęt, aby poprawić jakość wyświetlanego obrazu na telewizorze. Wystarczy dostosować jedno ustawienie, z którego wiele osób nie zdaje sobie sprawy. Różnica w jakości obrazu jest ogromna!

    Zmień to ustawienie w TV – obraz od razu się poprawi

    Telewizor to stosunkowo proste urządzenie. Wystarczy je kupić, podłączyć do prądu, uruchomić i zacząć korzystać. Zazwyczaj konfiguracja ogranicza się do zalogowania do sieci Wi-Fi i uruchomienia wybranego serwisu streamingowego lub kanału telewizyjnego. Choć jest to wygodne, takie pobieżne podejście sprawia, że nie wykorzystujemy pełni potencjału naszego ekranu. Okazuje się, że na domyślnych ustawieniach nawet najlepszy telewizor działa daleko od swoich możliwości.

    Producenci często sugerują różne tryby obrazu, które nie zawsze są dostosowane do codziennych potrzeb użytkowników. Przykładem może być tryb ECO, który obniża zużycie energii, ale jednocześnie mocno ogranicza jakość wyświetlanego obrazu. Z kolei ustawienia domyślne w sklepach mogą być przesadzone, z nienaturalnym nasyceniem kolorów i kontrastu, co ma na celu przyciągnięcie uwagi klientów. W obu przypadkach mamy do czynienia z nieoptymalnymi ustawieniami, które warto szybko zmienić, aby poprawić komfort oglądania i w pełni wykorzystać możliwości ekranu.

    W wielu przypadkach wystarczy włączyć tryb FILMMAKER MODE, zwany też trybem filmowca, aby znacząco poprawić jakość obrazu. Ten tryb wyłącza zbędne ulepszenia obrazu i dostosowuje temperaturę barwową do oglądania filmów. Warto jednak pamiętać, że obraz może początkowo wydawać się nieco dziwny, być może z żółtawym odcieniem. Nasze oczy przyzwyczają się do nowego ustawienia, a komfort oglądania poprawi się po kilku godzinach.

    Czytaj dalej poniżej

    Dwa najgorsze miejsca na telewizor w domu — technicy radzą ich unikać

    Podczas dostosowywania ustawień telewizora warto upewnić się, że tryb ECO (oszczędzania energii) jest wyłączony. Tryb ten sprawia, że obraz jest nieco ciemniejszy, co może być uciążliwe, szczególnie w jasne dni.

    Tych ustawień unikaj – psują obraz

    Warto wiedzieć, że telewizory oferują wiele trybów reklamowanych jako korzystne, które w rzeczywistości mogą pogarszać jakość obrazu. Należy unikać funkcji takich jak upiększanie ruchu i wygładzanie (Motion Smoothing i Interpolacja). Te opcje sztucznie generują dodatkowe klatki, co prowadzi do efektu „mydlanej opery,” przez co filmy i seriale tracą swój charakter. Dodatkowo, podczas szybkich scen mogą pojawiać się nieestetyczne smugi i flary.

    Również tryb wyostrzania może być problematyczny. Choć domyślnie sądzimy, że ostrzejszy obraz oznacza lepszą jakość, w rzeczywistości sztuczne wyostrzanie wprowadza fałszywe kontury, które w niczym nie poprawiają jakości. Ponadto powinno się unikać prób poprawy jakości obrazu poprzez sztuczne podkręcanie ustawień, co może skutkować zniekształceniami. Lepiej zrezygnować z tego trybu, ponieważ nie przyniesie on oczekiwanych efektów.

  • WhatsApp wprowadza opłaty za niektóre wiadomości. Kogo to dotyczy?

    WhatsApp wprowadza opłaty za niektóre wiadomości. Kogo to dotyczy?

    Za kilka tygodni korzystanie z WhatsAppa może stać się droższe… na szczęście dla większości użytkowników zmiany te pozostaną bez znaczenia.


    Od 1 października Meta wprowadza opłaty za część wiadomości wysyłanych przez firmy za pośrednictwem platformy WhatsApp Business. Dla przedsiębiorstw obsługujących tysiące klientów każdego dnia może to oznaczać istotny wzrost kosztów, jednak wielu z nich nie ma obecnie możliwości uniknięcia tych zmian.

    Koniec z darmowymi odpowiedziami dla firm

    Nowe zasady dotyczą głównie wiadomości usługowych, czyli odpowiedzi wysyłanych przez firmę w odpowiedzi na pierwszy kontakt ze strony klienta. Dotychczas takie komunikaty były bezpłatne w ramach 24-godzinnego okresu wsparcia klienta. Od października sytuacja ta ulegnie zmianie, a Meta wprowadzi opłaty za każdą dostarczoną wiadomość tego typu. Podobne zasady będą dotyczyć wiadomości narzędziowych, które są wysyłane w odpowiedzi na kontakt ze strony użytkowników. Przykłady to informacje dotyczące zamówień, płatności, kont czy dostaw. Choć 24-godzinny okres wsparcia pozostanie, nie będzie już oznaczać wyłącznie bezpłatnej komunikacji.

    Kogo obejmą nowe opłaty?

    „Zwykli” użytkownicy WhatsAppa mogą odetchnąć z ulgą. Zmiany te dotyczą wyłącznie firm, dlatego dla milionów użytkowników korzystających z aplikacji WhatsApp pozostanie ona bezpłatna. Meta nie wprowadza opłat za prywatne wiadomości wymieniane między użytkownikami. Nowe zasady odnoszą się do przedsiębiorstw korzystających z platformy WhatsApp Business, która jest przeznaczona głównie dla firm prowadzących komunikację na dużą skalę. Z narzędzia tego korzystają m.in. banki, sklepy internetowe, operatorzy telekomunikacyjni, firmy logistyczne oraz duże sieci handlowe. Ważne jest również to, że standardowa aplikacja WhatsApp Business, używana przez małe firmy do ręcznych odpowiedzi na zapytania klientów, również nie ulegnie zmianie. Przedsiębiorcy prowadzący niewielką działalność z poziomu telefonu nie powinni zatem obawiać się nagłych rachunków za każde wysłane wiadomości.

    Firmy będą musiały dokładniej liczyć wiadomości

    Nowy model może mieć szczególne znaczenie dla przedsiębiorstw korzystających z automatyzacji. Jeśli firma co miesiąc wysyła setki tysięcy wiadomości, nawet niewielka opłata za jeden komunikat może prowadzić do znacznego wzrostu kosztów. Meta konsekwentnie zmierza w kierunku rozliczania komunikacji biznesowej na podstawie poszczególnych wiadomości, zamiast stosowanego dotąd modelu opartego na całych rozmowach. Firmy będą więc musiały lepiej planować swoje działania komunikacyjne i ograniczać zbędne wiadomości.

    Czytaj dalej poniżej

    WhatsApp chce zachwycić użytkowników. Nowa funkcja to ogromna zmiana na plus!

    WhatsApp nadal pozostanie darmowy dla użytkowników

    Dla większości osób korzystających z WhatsAppa na co dzień, nowa zmiana będzie praktycznie niezauważalna. Nie wprowadza się abonamentu za wysyłanie wiadomości do rodziny czy przyjaciół, a korzystanie z podstawowej wersji komunikatora pozostaje bezpłatne. Obecny abonament oferuje jedynie kilka ulepszeń i kosmetycznych dodatków, które nie mają nic wspólnego z opłatami za same wiadomości. Nowe zasady są przede wszystkim kolejnym etapem monetyzacji WhatsAppa jako narzędzia komunikacji biznesowej. Meta dąży do uzyskania zysku od firm, które korzystają z platformy do obsługi klientów, jednocześnie pozostawiając zwykłym użytkownikom darmowy dostęp do komunikatora. Dla dużych przedsiębiorstw październik może oznaczać konieczność przeliczenia dotychczasowych kosztów. Od 1 października każda dodatkowo płatna wiadomość będzie miała znaczenie, zwłaszcza tam, gdzie WhatsApp stał się jednym z podstawowych kanałów kontaktu z klientami.

  • Prawo do naprawy w UE — które sprzęty naprawisz taniej i od kiedy

    Prawo do naprawy w UE — które sprzęty naprawisz taniej i od kiedy

    Unia Europejska dąży do tego, aby uszkodzone smartfony, pralki czy telewizory były częściej naprawiane niż trafiały na wysypiska elektrośmieci. W Polsce jednak na pełne wdrożenie nowych przepisów będziemy musieli jeszcze poczekać.

    Prawo do naprawy stanowi kluczowy element unijnej polityki mającej na celu wydłużenie żywotności elektroniki oraz sprzętu AGD. Bruksela podkreśla, że przedwczesne pozbywanie się elektroniki, która nadaje się do naprawy, generuje miliony ton odpadów, prowadzi do niepotrzebnego zużycia surowców oraz zwiększa emisje, co negatywnie wpływa na środowisko. Dyrektywa weszła w życie 30 lipca 2024 roku, jednak państwa członkowskie miały czas do 31 lipca tego roku na implementację przepisów w krajowym prawodawstwie. Z informacji wynika, że Polska do tego terminu nie zdążyła. Projekt nowelizacji ustawy o prawach konsumenta, przygotowany przez UOKiK, wciąż oczekuje na zatwierdzenie przez Radę Ministrów, które planowane jest dopiero na III kwartał 2026 roku. Dopiero po tym projektem będzie mógł przejść dalszą drogę legislacyjną.

    Naprawa musi być bardziej opłacalna

    źródło: Apple

    Nowe przepisy mają na celu wyeliminowanie jednej z głównych bolączek współczesnej elektroniki, czyli sytuacji, w której naprawa po okresie gwarancyjnym jest na tyle kosztowna lub skomplikowana, że bardziej opłaca się kupić nowe urządzenie, a stare wyrzucić. Z unijnej dyrektywy wynika, że producenci objęci regulacjami muszą umożliwiać naprawę w rozsądnym czasie i za rozsądne pieniądze oraz zapewniać dostęp do części zamiennych i informacji niezbędnych do serwisowania. Niektóre firmy, takie jak Apple, Samsung czy Google, już zaczęły udostępniać części zamienne w ramach „prawa do naprawy”.

    Co istotne, nowe przepisy zakładają, że wymogi te dotyczą nie tylko napraw w pierwszych latach od zakupu. Obowiązek naprawy dotyczy określonych urządzeń, które według unijnych norm technicznych nadają się do naprawy, również po zakończeniu okresu odpowiedzialności sprzedawcy. Jeśli konsument zdecyduje się na naprawę, okres odpowiedzialności sprzedawcy zostanie przedłużony co najmniej o 12 miesięcy od momentu naprawy.

    Prawo do naprawy już obowiązuje. Polska musi nadrobić zaległości

    Lista urządzeń objętych nowymi przepisami obejmuje m.in. smartfony, tablety, telewizory i monitory, pralki, pralko-suszarki, suszarki bębnowe, zmywarki, lodówki, zamrażarki oraz odkurzacze. Regulacje dotyczą także serwerów, zewnętrznych nośników danych oraz akumulatorów używanych w rowerach i hulajnogach elektrycznych. Przepisy mają także poprawić sytuację niezależnych serwisów. Ułatwienie dostępu do części, narzędzi i odpowiednich informacji ma zwiększyć konkurencję i dać klientom większy wybór, gdzie naprawić urządzenie – nie tylko w autoryzowanych punktach. W zależności od sprzętu części mają być dostępne przez wiele lat; dla niektórych pralek i lodówek nawet przez 10 lat, a dla smartfonów przez siedem lat po zakończeniu sprzedaży danej serii na rynku UE.

    Czytaj dalej poniżej

    Chcesz latać dronem? W 2026 roku musisz pamiętać o kilku zasadach

    Pomocna ma być także europejska platforma napraw, której uruchomienie jest planowane na 2027 rok. Wprowadzony zostanie również ujednolicony formularz informacji o naprawie, co ma ułatwić klientom porównanie cen, zakresu prac oraz przewidywanego czasu realizacji usługi. Niedotrzymanie terminu 31 lipca nie oznacza jednak automatycznego wprowadzenia nowych zasad w Polsce. Obecnie nie wiadomo, kiedy przepisy wejdą w życie. Wszystko zależy od tempa, w jakim rządzący przeprowadzą nowelizację przez wszystkie etapy legislacyjne.

    Stock image from Depositphotos

  • Wyciek danych prawie 19 mln Polaków. Sprawdź, czy twój PESEL jest na liście

    Wyciek danych prawie 19 mln Polaków. Sprawdź, czy twój PESEL jest na liście

    Już teraz na stronie bezpiecznedane.gov.pl można sprawdzić, czy nasze dane znalazły się w bazie danych firmy MyDr, które kilkanaście dni temu wyciekły do sieci.

    Od kilkunastu dni jednym z najgłośniejszych tematów związanych z cyberbezpieczeństwem w Polsce jest poważny wyciek danych z systemów firmy MyDr. Spółka potwierdziła, że doszło do nieuprawnionego dostępu do historycznych informacji pochodzących z gabinetów lekarskich oraz placówek korzystających z jej oprogramowania. Incydent obejmuje dane gromadzone w systemach do kwietnia 2024 roku, a jego potencjalna skala sprawia, że może to być jeden z największych przypadków tego typu w sektorze medycznym w Polsce.

    Źródło: Depositphotos

    Według oficjalnych informacji problem może dotyczyć nawet 18,8 miliona osób oraz ponad 12 tysięcy placówek medycznych. Tak duża liczba poszkodowanych sprawia, że sprawa szybko wykroczyła poza działania samej firmy i przykuła uwagę administracji państwowej, głównie ze względu na charakter przechowywanych informacji. Dane medyczne obejmują znacznie bardziej wrażliwe informacje niż te, które mogą trafić w ręce cyberprzestępców podczas typowych wycieków z serwisów internetowych czy sklepów.

    Kilka dni temu do sprawy odnieśli się także przedstawiciele rządu. Zapewniono, że incydent jest analizowany przez odpowiednie służby i instytucje, a działania prowadzone są równocześnie na wielu poziomach. W sprawę zaangażowane zostały między innymi: Ministerstwo Cyfryzacji, Ministerstwo Zdrowia, Urząd Ochrony Danych Osobowych, Prokuratura Krajowa oraz Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości. Zadaniem służb będzie teraz nie tylko ustalenie dokładnej skali wycieku, ale również określenie, jakie konkretne informacje zostały przejęte, kto odpowiada za włamanie oraz czy pozyskane dane trafiły już do dalszego obiegu.

    Dane z MyDr już w serwisie Bezpieczne dane. Sprawdź, czy jesteś w bazie

    Rządzący zapowiedzieli, że w momencie, gdy służby i eksperci ustalą dokładnie, jakie informacje zostały przejęte przez cyberprzestępców, dane o wycieku zostaną dodane do serwisu bezpiecznedane.gov.pl. I tak się właśnie stało. Logując się do serwisu, możemy sprawdzić, czy nasz PESEL znalazł się w bazie pochodzącej z MyDr. Odwiedzając stronę, szybko dowiadujemy się, że jest ona przeciążona z powodu ogromnego zainteresowania. Należy uzbroić się w cierpliwość i „odstać swoje w kolejce”, aby sprawdzić, co z naszymi danymi. Czas oczekiwania zazwyczaj trwa kilka minut. Po przeniesieniu do serwisu należy się do niego zalogować – na przykład za pomocą aplikacji mObywatel. Dopiero po weryfikacji tożsamości można sprawdzić, czy nasze dane wyciekły.

    W firmie MyDr doszło do nieuprawnionego dostępu do bazy danych systemu, z którego korzystają m.in. przychodnie i gabinety lekarskie. Fakt przełamania zabezpieczeń firmy MyDr jest potwierdzony, służby nie stwierdziły, jak dotąd, upublicznienia tych danych, z uwagi na dobro obywateli – prewencyjnie przekazujemy jednak informację, czyje numery PESEL znalazły się w wycieku.

    Co robić, jak żyć? Przede wszystkim nie panikować. Choć nie mamy żadnego wpływu na to, co potencjalnie może dziać się z naszymi danymi, które mogły trafić w niepowołane ręce, możemy utrudnić oszustom posługiwanie się nimi. Najważniejszym krokiem powinno być zastrzeżenie numeru PESEL. Najłatwiej zrobić to z poziomu aplikacji mObywatel – dostępnej na smartfony z systemem Android i iOS. Od zeszłego roku różne instytucje (w tym banki) mają obowiązek sprawdzania statusu zastrzeżenia PESEL np. przy próbach zaciągania pożyczek lub kredytów.

    Z podobnych procedur muszą korzystać operatorzy komórkowi, do których zgłaszają się osoby ubiegające się o wydanie duplikatu karty SIM. Zastrzeżenie PESEL można w każdej chwili cofnąć – na czas nieokreślony lub na określony czas (np. gdy załatwiamy konkretną sprawę wymagającą weryfikacji numeru). Co ważne, przy każdej próbie sprawdzenia PESEL przez zewnętrzne podmioty, aplikacja mObywatel wyświetli specjalny komunikat informujący o takiej procedurze.

  • Żegnajcie słuchawki Bluetooth: dlaczego wracamy do kabla

    Żegnajcie słuchawki Bluetooth: dlaczego wracamy do kabla

    Słuchawki przewodowe wracają do łask – ich popularność rośnie. Czy to tylko chwilowa moda?


    W ciągu ostatnich lat bezprzewodowe słuchawki Bluetooth zdominowały rynek. Ich brak kabli, niewielkie etui oraz wygoda użytkowania w połączeniu ze smartfonem sprawiły, że tradycyjne modele przewodowe zaczęły być postrzegane jako relikt przeszłości. Obecnie sytuacja powoli się zmienia. Słuchawki przewodowe znów pojawiają się na ulicach, a ich powrót nie jest tylko rezultatem retro trendów czy zainteresowania ze strony pokolenia Z. Posiadają one wiele praktycznych zalet.

    Brak potrzeby ładowania

    Jedną z najbardziej oczywistych zalet słuchawek przewodowych, a jednocześnie jednym z największych utrudnień modeli bezprzewodowych, jest ich niezależność od baterii. Wystarczy podłączyć je do urządzenia, aby cieszyć się muzyką. W przypadku słuchawek Bluetooth konieczne jest pamiętanie o ładowaniu zarówno samych słuchawek, jak i etui. Jeżeli bateria rozładuje się w najmniej odpowiednim momencie, nawet najdroższy model staje się bezużyteczny. Słuchawki przewodowe nie mają tego problemu, co przyczynia się do ich długowieczności – nie występują tu także problemy z degradacją (niewymiennych) akumulatorów.

    Kabel to mniej komplikacji

    Brak elektroniki odpowiedzialnej za bezprzewodową komunikację sprawia, że konstrukcja słuchawek przewodowych jest prostsza. Nie ma potrzeby ich parowania, wyszukiwania na liście urządzeń Bluetooth ani zastanawiania się, dlaczego połączenie nagle zostało przerwane. To szczególnie istotne w sytuacjach, w których nie możemy pozwolić sobie na problemy z łącznością. Wystarczy podłączyć słuchawki i od razu działają.

    Odpowiednia cena może być kluczowa

    Słuchawki przewodowe dysponują kolejnym atutem: korzystną ceną. Modele bezprzewodowe wymagają dodatkowych komponentów, takich jak akumulator, moduł Bluetooth, układy sterujące oraz systemy zarządzania energią. Wszystko to wpływa na ostateczny koszt produktu. W efekcie, za relatywnie niewielką kwotę, można nabyć słuchawki przewodowe oferujące przyzwoitą jakość dźwięku. Oczywiście nie oznacza to, że każdy tańszy model przerośnie swojego bezprzewodowego odpowiednika, lecz stosunek ceny do możliwości potrafi być bardzo korzystny.

    Czytaj dalej poniżej


    Masz w domu stary pilot? To prawdziwy skarb: zobacz, do czego się przyda!

    Jakość dźwięku: wisienka na torcie

    Połączenie przewodowe posiada również potencjalną przewagę techniczną. Sygnał audio nie musi być przesyłany bezprzewodowo ani kompresowany w ramach konkretnego kodeka Bluetooth. Odpowiedni zestaw słuchawek przewodowych może zapewniać bardziej bezpośrednią transmisję dźwięku. Należy jednak pamiętać, że nie każde słuchawki na kablu automatycznie oferują lepsze brzmienie. Na jakość dźwięku wpływa przede wszystkim zastosowanie przetworników, ich konstrukcja oraz źródło dźwięku.

    Powrót do korzeni z sensownym uzasadnieniem

    Powrót słuchawek przewodowych jest zatem prawdopodobnie czymś więcej niż chwilową modą. Dla niektórych użytkowników jest to świadomy wybór: brak potrzeby ładowania, prostota użytkowania, korzystna cena oraz brak komplikacji. Należy pamiętać, że współczesne smartfony w dużej mierze nie dysponują złączem mini-jack. Dlatego, oprócz kabla do słuchawek, często potrzebna jest odpowiednia przejściówka (najczęściej USB-C), która umożliwi ich podłączenie.