Kategoria: Wiadomości

  • Ten telefon zrobi to, czego Samsung i Apple nie potrafią

    Ten telefon zrobi to, czego Samsung i Apple nie potrafią

    Samsung, Apple i inni czołowi producenci już odczuwają presję. Chiński producent zapowiada prawdziwą rewolucję w dziedzinie mobilnej fotografii.

    Nadeszła pora na kolejną rewolucję w świecie mobilnej fotografii. Jeśli jeden aparat o rozdzielczości 200 megapikseli to dla was za mało, możecie zacierać ręce. Oppo planuje zrealizować coś, czego ani Samsung, ani Apple, ani jakikolwiek inny producent dotąd się nie podjął.

    200 megapikseli to za mało? Oppo tak uważa

    Nie od dziś wiadomo, że to właśnie z Chin napływają nam smartfony o najbardziej zaskakujących specyfikacjach – zwłaszcza w kwestii aparatów, bo 100 czy 200 megapikseli nie są już niczym nowym. Konfiguracja z flagowym, dwustumegapikselowym aparatem może jednak już wkrótce… odejść do lamusa. Tak przynajmniej sugerują najnowsze doniesienia z obozu Oppo. Firma ma bowiem w planach stworzenie zestawu aparatów, na który jeszcze nikt się nie zdecydował, łącznie z Samsungiem czy Apple.

    Nie mowa tu o jednym, ani o dwóch, lecz o trzech aparatach, każdy o rozdzielczości 200 megapikseli. Brzmi imponująco? Rzeczywiście, bowiem w jeszcze nieogłoszonym modelu Oppo Find X10 Pro możemy spodziewać się następującego zestawu do fotografii i nagrywania wideo:

    • Aparat główny – 200 megapikseli
    • Teleobiektyw – 200 megapikseli
    • Obiektyw ultraszerokokątny – 200 megapikseli

    Każdy obiektyw o innym zastosowaniu, a każdy z nich wypełniony pikselami. Zestaw trzech obiektywów wspiera nowa matryca o rozmiarze 1 i 1/3 cala z „rewolucyjną architekturą pikseli DeepPix”. Technologia ta zwiększy pojemność fotodiod o 60%, co z kolei zapobiegnie prześwietleniom i poprawi dynamikę tonalną zdjęć. Dodatkowo prawdopodobnie otrzymamy sprzętowy HDR dla bezstratnego zoomu (od 1x do 4x) oraz szybki zapis 7,5 klatki na sekundę w pełnej rozdzielczości. Robi wrażenie? Z pewnością, mimo że należy również krytycznie spojrzeć na ten pikselowy wyścig zbrojeń.

    Czytaj dalej poniżej

    OPPO rzuca petardę. Świeżutki flagowiec a już 500 zł rabatu

    Megapiksele są istotne, ale to nie wszystko

    Wyścig na większe liczby pikseli w aparacie smartfona robi wrażenie na konsumentach, jednak ostatecznie nie zawsze przekłada się na jakość zdjęć. Wystarczy spojrzeć na rankingi smartfonów wykorzystywanych do robienia zdjęć, aby zauważyć, że na czołowych miejscach często znajdują się urządzenia marki Apple – nawet najlepszy iPhone w swoim głównym aparacie ma „zaledwie” 48 megapikseli. Jak to możliwe, że zdjęcia wykonane tym telefonem są tak dobre? Oprócz wysokiej jakości oprogramowania, kluczowa pozostaje… fizyka. Istotniejsze od samej liczby megapikseli są bowiem parametry matrycy – im większa matryca, tym lepiej radzi sobie z rejestrowaniem szczegółów i zbieraniem światła.

    Można to zobaczyć na przykładzie – mając dwie identyczne matryce, na jednej umieszczamy 48 megapikseli, a na drugiej 200. W przypadku tej pierwszej, każdy piksel jest większy, co daje mu więcej miejsca na zebranie światła. 200 megapikseli ściśniętych na tej samej matrycy to mniej informacji przypadających na każdy piksel. Liczby same w sobie nie determinują, czy dany aparat jest lepszy – należy także brać pod uwagę, na przykład, jakość matrycy. Dla ciekawostki, warto zwrócić uwagę, ile megapikseli mają profesjonalne lustrzanki używane przez zawodowych fotografów. Oto kilka przykładów:

    • Nikon Z8 – 45,7 Mpix
    • Canon EOS R6 Mark III – 32,5 Mpix
    • Sony A1 II – 50 Mpix

    Widzicie sami, że do robienia wysokiej jakości zdjęć nie zawsze potrzeba 100 czy 200 megapikseli. Oczywiście, z odpowiednim osprzętem i oprogramowaniem można stworzyć coś wyjątkowego.

  • CD Projekt RED pomaga okradzionemu twórcy. Piękny gest

    CD Projekt RED pomaga okradzionemu twórcy. Piękny gest

    Rodzimy CD Projekt RED to klasa sama w sobie. Firma nie tylko tworzy świetne gry, ale i potrafi pomóc w potrzebie, czego dowiedziono na targach Gamescom.

    Nie sposób nie darzyć sympatią rodzimą firmę CD Projekt RED. Utalentowani twórcy mogą pochwalić się nie tylko znakomitymi tytułami takimi jak Wiedźmin i Cyberpunk, ale również okazali się ludźmi z wielkim sercem. Dowodem na to są wydarzenia z targów Gamescom, kiedy to jeden z niezależnych twórców znalazł się w trudnej sytuacji, a pomocną dłoń wyciągnęła polska firma. A dokładniej… Arasaka.

    Okradli go na targach, CD Projekt RED pomaga

    Targi Gamescom to znakomite wydarzenie i nikt nie zmieni mojego zdania – przynajmniej jedna duża impreza gamingowa pozostała w naszym kalendarzu po zrezygnowaniu z kultowego E3. Niestety, mimo że dla jednych jest to święto gier i radości, dla innych może to być okazja do nielegalnego wzbogacenia się. Przekonał się o tym jeden z niezależnych twórców, Ryan Laley (autor horroru Mimic), który padł ofiarą kradzieży. Jak poinformował za pośrednictwem portalu X, on i wielu innych niezależnych twórców zostali pozbawieni swojego sprzętu, w tym laptopów. Choć dokładna wartość skradzionych przedmiotów jest nieznana, dla niezależnych twórców to z pewnością był ogromny cios.

    Wyobrażacie sobie tę sytuację? Przyjeżdżacie na targi Gamescom z nadzieją na zaprezentowanie swojego projektu, na który poświęciliście mnóstwo czasu, wysiłku i pieniędzy, a kończycie zaledwie z pustymi rękami? Współczucie dla twórcy jest w pełni uzasadnione – co ciekawe, wsparcie przyszło nie tylko ze strony społeczności internetowej, ale także rodzimego studia CD Projekt RED.

    Pod postem dotyczących kradzieży, do Ryana skontaktował się profil gry Cyberpunk 2077, przedstawiony przez polskie studio. Wyrazili oni szczere współczucie oraz zapewnili, że być może w archiwach Arasaki znajdzie się sprzęt, który zostanie mu niebawem wysłany. Brawa, po prostu ogromne brawa.

    Bardzo nam przykro, że to cię spotkało. Mamy nadzieję, że wiesz, że nie jesteś z tym sam. Choć to nie pomoże w tej sekundzie, sprawdzimy archiwum sprzętowe Arasaki i zobaczymy, czy możemy podesłać ci parę rzeczy. Żaden deweloper nie powinien musieć zaczynać od zera.

    Cyberpunk 2077 / CD Projekt RED

    Co sądzicie o takiej postawie deweloperów? Trzeba przyznać, że pokazali oni ogromną klasę, a ukradziony twórca musiał poczuć się niezwykle usatysfakcjonowany. W obliczu tak smutnej sytuacji zyskał nie tylko wsparcie społeczności online, ale także konkretne wsparcie ze strony uznawanego studia. To, że owo studio powstało w Polsce, dodaje tylko dumy. W końcu tworzą nie tylko znakomite gry, ale również potrafią zachować się odpowiedzialnie w trudnych okolicznościach. Można czuć dumę!

    Kolejny pokaz z dobrej strony

    Trzeba przyznać, że podczas tegorocznych targów Gamescom studio CD Projekt RED osiągnęło poziom, na którym nie byli od lat. Mimo że w tym samym czasie na świecie zwracały się uwagę milionów na przecieki dotyczące GTA VI (a także na w końcu oficjalny teaser), prawdziwym hitem ostatnich dni okazał się… remaster ponad 10-letniej gry, czyli nowa wersja Wiedźmina 3, która zbliża się wielkimi krokami na nasze komputery i konsole. Premiera została zapowiedziana na koniec września, a wszyscy dotychczasowi posiadacze gry otrzymają remaster za darmo. Nie można też zapomnieć o nadchodzącym dodatku, który zapowiada się niezwykle interesująco i umili czas oczekiwania na czwartą część sagi. Z kolei ta ma zadebiutować w 2028 roku, co jest dodatnią informacją, ponieważ po raz pierwszy otrzymaliśmy konkretną datę w tej sprawie.

  • Microsoft obiecał usunąć go z Windows lata temu. A on dalej nie chce umrzeć

    Microsoft obiecał usunąć go z Windows lata temu. A on dalej nie chce umrzeć

    Microsoft dokonuje kolejnych zmian w systemie Windows 11, jednak jedna funkcja, która miała już dawno zniknąć, wciąż trwa przy życiu. Panel sterowania, pomimo tego, że traci kolejne swoje funkcje, nie odchodzi w zapomnienie. Kryje w sobie ogromną warstwę zgodności ze starszymi standardami, które nadal są powszechnie wykorzystywane w firmach. Microsoft nie chce zrywać tej więzi w jednorazowym ruchu.

    System Windows 11 można swobodnie obsługiwać bez korzystania z Panelu Sterowania, ale w praktyce nadal jest on niezbędny do wielu operacji. Aktualizacje, zarządzanie Bluetooth, kartami Wi-Fi oraz zaawansowane ustawienia myszy w znacznej mierze zostały przeniesione do nowego interfejsu Ustawień. Jednak wciąż wystarczy spróbować ręcznie dodać drukarkę lub przesłać plik przez Bluetooth, aby napotkać okno przypominające stare czasy. Jak informuje portal Windows Latest, Microsoft planuje zmiany także w tej dziedzinie, ale proces ten zajmie więcej czasu niż mogło się wydawać jeszcze rok lub dwa lata temu.

    Zgodność ważniejsza niż design

    Jeśli sądzicie, że to tylko niedopatrzenie ze strony Microsoftu, jesteście w błędzie: Panel sterowania pełni istotną, choć coraz mniej dostrzeganą rolę. Służą mu drukarki, sterowniki oraz narzędzia administracyjne, które są rozwijane od lat: często nie mają nowoczesnych alternatyw. Z perspektywy użytkownika domowego niewiele się w tym zakresie zmienia, ale w infrastrukturach korporacyjnych takie funkcje stanowią kluczowy element codziennych procedur, od których trudno się uwolnić. Nagłe wyłączenie starszych mechanizmów mogłoby doprowadzić do wielu problemów z funkcjonowaniem systemów, które wciąż działają dzięki temu niepraktycznemu Panelowi. Microsoft więc świadomie utrzymuje to starsze rozwiązanie, aby uniknąć lawiny awarii wynikających z braku zgodności.

    Microsoft jasno deklaruje, że planuje przenieść wszystkie dotychczasowe elementy kontroli do Ustawień. Jednak taka migracja musi uwzględniać mnogość urządzeń sieciowych, drukarek oraz sterowników. Wygląda to jak stopniowe przekładać elementów systemu bez zerwania ich łańcuchów zależności, które powstały przez dekady. Panel sterowania pozostanie dostępny tak długo, jak długo będzie potrzebny do obsługi funkcji, dla których nie ma bezpiecznych i działających alternatyw. Microsoft liczy również po cichu, że problem 'rozwiąże się sam’ – starsze urządzenia po prostu wymrą. Niestety, firmy często są bardzo oporne w porzucaniu, czasami zaskakująco przestarzałych technologii.

    WinUI wkracza tam, gdzie Windows 11 pamięta Windowsa… 95

    Przykładem z tego samego podwórka jest okno 'Uruchom’, zbudowane z wykorzystaniem WinUI. Średni czas jego uruchamiania wynosi około 94 ms, natomiast starsza wersja potrzebowała 103 ms. Różnica ta wynosi zaledwie 9 ms, ale obala plotki o tym, że nowoczesna warstwa graficzna będzie działać wolniej. Nowe okno wprowadza również jedną istotną funkcję – znak tyldy, który pozwala przejść bezpośrednio do katalogu użytkownika. Początkowo trzeba będzie przypisać to samodzielnie w ustawieniach zaawansowanych, a później stanie się to standardowym ustawieniem.

    Czytaj dalej poniżej

    Co stoi za sukcesem Windows 95? Microsoft tłumaczy

    Okno Właściwości w Eksploratorze plików również przechodzi rewizję; jego układ jest z czasów Windowsa 95. Nowsza wersja lepiej grupuje metadane i po prostu prezentuje się atrakcyjniej. Autoodtwarzanie zyskało interfejs WinUI, wsparcie dla motywu ciemnego oraz możliwość zapamiętania wybranej akcji po podłączeniu telefonu, aparatu lub urządzenia USB. Trwają prace nad nowym apletem zarządzania drukarkami. Nie wiadomo jeszcze, jakie starsze narzędzia drukowania zastąpi ani czy przejmie wszystkie ich funkcje.

    Modernizacja Windows 11 bez daty końcowej

    WinUI 3 będzie rozszerzane na kolejne części powłoki Windows 11, w tym okno Uruchamiania. Obecnie prowadzone są również eksperymentalne testy nowego Autoodtwarzania oraz kolejnych okien Właściwości plików i folderów. Charakterystyka, zakres oraz ostateczny kształt tych funkcji mogą ulec zmianie, mogą zostać opóźnione lub nie trafić do stabilnej wersji w zapowiadanym kształcie. Jednak wiadomo, że zarządzanie drukarkami już znajduje się w kanale Release Preview, co sugeruje bardziej zaawansowany etap prac.

    Czytaj również: Nowa wersja Windows 11 jest już dostępna. Oto jak ją zainstalować już teraz.

    Gigant technologiczny wygasza 'starocie’ poprzez eliminację powodów, dla których użytkownicy mogliby sięgać po nie. Każda funkcja przeniesiona do Ustawień lub osobnej aplikacji zmniejsza znaczenie Panelu kontrolnego, ale równocześnie nie psuje starych zależności. Powiedziałem kiedyś, że Windows 11 przypomina jeden wielki plac budowy – i tak naprawdę nim jest. I nadal będzie, ponieważ Microsoft nie ma innego planu na usprawnienie starszych elementów, ani nawet nie może go mieć. A wszystko to przez to, że przez lata nagromadziło się wiele rzeczy, z którymi rozstanie się jest szczególnie trudne: nie tylko dla samego giganta, ale przede wszystkim dla firm, które przez długi czas czekały na unowocześnienie swojej infrastruktury.

  • Koniec taniego Apple TV. Drożeje abonament

    Koniec taniego Apple TV. Drożeje abonament

    Ceny Apple TV rosną. Natychmiastowe podwyżki już wprowadzono.

    To już pewne – Apple TV podrożało. Właśnie ogłoszono nowe ceny abonamentu na platformie Apple. Na chwilę obecną zmiany te dotyczą Stanów Zjednoczonych, ale można się spodziewać, że wkrótce podwyżki dotkną również inne rynki, w tym Polskę.



    Nowa cena Apple TV – cennik wzrasta

    Żadne ceny nie są nam dane na zawsze, a szczególnie nie dotyczą to abonamentów i subskrypcji. Przyzwyczailiśmy się już do regularnych podwyżek na platformach VOD. Firmy często aktualizują swoje oferty cenowe. Tym razem przyszedł czas na kolejną podwyżkę ze strony giganta z Cupertino. Od dzisiaj, tj. od 28 sierpnia, nowe ceny subskrypacji Apple TV obowiązują w Stanach Zjednoczonych – miesięczny abonament wyniesie 14,99 dolarów (wzrost o 2 dolary z poprzednich 12,99). To jednak nie koniec zmian, ponieważ także roczna subskrypcja podrożała. Zamiast 99 dolarów, amerykańscy użytkownicy będą musieli zapłacić teraz 119 dolarów, co stanowi wzrost o 20 dolarów w skali roku.

    Nawet korzystając z pakietu Apple One, nie unikniemy podwyżek. Łączona subskrypcja, która obejmuje Apple TV, Apple Music, iCloud+, Arcade, News+ i Fitness+, również wzrosła z 19,95 USD na 21,95 USD miesięcznie. To już czwarta podwyżka VOD od Apple w ciągu ostatnich kilku lat. Finanse platformy wzrosły trzykrotnie od momentu jej debiutu na rynku. Firma nie jest również osamotniona w tym dążeniu do podwyżek; w tym roku wyższe ceny ogłosił także popularny Netflix, a niedawno o podwyżkach poinformował YouTube. Mamy więc do czynienia z rynkowym trendem, który wydaje się przybierać na sile, ale być może niedługo zacznie hamować.



    Źródło: Apple TV

    Dlaczego VOD stale drożeje?

    Istnieje przynajmniej kilka powodów podwyżek cen usług VOD, a Apple argumentuje, że nowe stawki są wynikiem znacznego rozwoju oferty, w tym oczekiwanych, wysokobudżetowych produkcji. Rzeczywiście portfolio Apple TV oferuje wiele wartościowych treści, a sama platforma może poszczycić się naprawdę wysoką średnią jakością dostępnych filmów i seriali.

    Czytaj dalej poniżej


    Spin-off Yellowstone powróci w październiku! Szykuje się kilka zmian

    Jednak to nie jedyny powód, gdyż rynek przeszedł widoczne zmiany. Kilka lat temu platformy VOD koncentrowały się głównie na pozyskiwaniu klientów i zdobywaniu rynku, co zaowocowało wprowadzeniem przystępnych cen subskrypcji, które z czasem zaczynały rosnąć. Po zdobyciu klienta, nastał czas, aby go monetyzować. Nie można również zignorować znaczącego wzrostu kosztów produkcji nowych filmów i seriali, które przyciągają zarówno nowych subskrybentów, jak i zachęcają dotychczasowych do odnawiania subskrypcji. Klienci oczekują interesujących treści, których produkcja musi być kontynuowana.

    Oprócz inflacji i rosnących kosztów infrastruktury, warto wskazać na wysokie koszty związane z wprowadzanymi nowymi treściami. W ostatnim czasie szczególnie popularne stały się transmisje sportowe, takie jak mecze NBA, MLS i inne wydarzenia. Kosztują one znacznie, ale mają swoich zwolenników i przyciągają klientów. Ostatecznie jednak rozbudowa oferty wpływa na końcową cenę subskrypcji, a obecni posiadacze Apple TV odczuwają ten wzrost. Pytanie, czy abonament wzrośnie również w Polsce? Na razie nic nie wskazuje na podwyżki nad Wisłą, jednak z pewnością są one tylko kwestią czasu.

  • Mocny thriller Netflixa już jest. Genialna obsada, zaplanujcie seans

    Mocny thriller Netflixa już jest. Genialna obsada, zaplanujcie seans

    Netflix wprowadził do swojej biblioteki „Szeptacza” – mroczny, proceduralny thriller z doskonałą obsadą.

    Fabuła osadzona jest w małym miasteczku w New Jersey, gdzie wdowiec i pisarz kryminałów, Tom Kennedy, przeprowadza się z synem Jake’em do starego, niepokojącego domu. Chłopiec, wciąż pogrążony w żalu po śmierci matki, zaczyna rozmawiać z niewidzialnym przyjacielem, a wkrótce znika bez śladu. Równocześnie lokalna policja, pod przewodnictwem detektyw Amanda Beck, odkrywa, że metoda działania sprawcy przypomina dawne zbrodnie sprzed 25 lat, kiedy to dzieci były wabione szeptem przez okno, stąd przydomek „Szeptacz”.

    Szeptacz już na Netflix. Scott, De Niro i Michael Keaton w obsadzie

    Sprawa nabiera osobistego wymiaru, gdy okazuje się, że emerytowany detektyw Pete Willis, który niegdyś schwytał oryginalnego mordercę, jest ojcem Toma. Ich relacja jest napięta, a teraz muszą współpracować, aby odnaleźć Jake’a. W tle pojawia się uwięziony sprawca przeszłych zbrodni, grany z zimną precyzją, który zgadza się rozmawiać tylko z Petem.

    Robert De Niro, wcielając się w rolę emerytowanego detektywa, nie próbuje odgrywać klasycznego bohatera – jego postać to zmęczony mężczyzna noszący ciężar przeszłych spraw. Adam Scott jako ojciec zaginionego dziecka prezentuje się naprawdę przekonująco, natomiast Michelle Monaghan kreuje typową, upartą i profesjonalną detektyw. W obsadzie znalazł się także Michael Keaton, ale na temat jego roli nie będę zdradzać szczegółów. Film prezentuje się jako solidne rzemiosło, z dobrą obsadą i dynamiczną narracją.

    „Szeptacz” to jeden z większych tytułów, które ostatnio zadebiutowały na Netfliksie, a przed nami jeszcze kilka interesujących premier. Niedawno światło dzienne ujrzał „Ostatni dom” – produkcja sci-fi z Gretą Lee i Wagnerem Mourą, a na jesień zaplanowano premierę „Below” z Joshem Hartnettem w roli głównej. Największą premierą może jednak okazać się „The Further Mis-Adventures of Cliff Booth”, czyli kontynuacja kultowego filmu „Pewnego razu… w Hollywood” w reżyserii Tarantino. Co ciekawe, film trafi najpierw do kin na dwa tygodnie, a dopiero potem będzie dostępny online.

    Czytaj dalej poniżej

    Końcówka roku należy do Netflixa. Ten film podbije nawet kina

    Nie zapominajcie również o filmach, które znikną z oferty na koniec sierpnia – jest ich całkiem sporo.

  • Zmień to jedno ustawienie. Twój telefon zrobi lepsze zdjęcia

    Zmień to jedno ustawienie. Twój telefon zrobi lepsze zdjęcia

    Twój telefon może robić jeszcze lepsze zdjęcia. Wystarczy zmienić to jedno ustawienie.


    Jak można poprawić jakość zdjęć wykonywanych telefonem? W teorii, aby pokonać ograniczenia sprzętowe, należy zainwestować w nowy smartfon. W praktyce jednak, wystarczy zabawa z ustawieniami, aby uzyskać znaczącą poprawę jakości zdjęć. Zmiana jednego ustawienia może sprawić, że nasz telefon będzie w stanie robić znacznie lepsze zdjęcia niż dotychczas.

    Jak poprawić jakość zdjęć w telefonie

    W ciągu ostatnich lat, fotografia mobilna poczyniła ogromne postępy. Na rynku dostępnych jest wiele modeli, które potrafią wykonywać zdjęcia o wysokiej jakości, często bez wsparcia sztucznej inteligencji czy innych ulepszaczy. Producenci stawiają na wysokiej jakości sprzęt, matryce o dużej pojemności oraz obiektywy, które pozwalają na większe przenikanie światła oraz oferują zoom optyczny. Mimo to, nasze zdjęcia z telefonu nie zawsze spełniają oczekiwania. Czy oznacza to, że czas na zakup nowego urządzenia? Niekoniecznie – najpierw warto sprawdzić, czy dostosowaliśmy telefon do mobilnej fotografii.

    Nie każdy zdaje sobie sprawę, że wcale nie trzeba inwestować w nowy aparat – czasami wystarczy zmienić jedną opcję w ustawieniach, by znacznie poprawić jakość zdjęć. O jakim ustawieniu mowa? To nie żaden filtr ani dodatek, lecz sposób, w jaki telefon zapisuje pliki (zdjęcia). Domyślnie, najczęściej stosowanym formatem jest JPEG lub HEIF – format skompresowany, który może wyglądać doskonale, ale z uwagi na kompresję (i mniejszy rozmiar) nie zachowuje wszystkich informacji, które aparat rejestruje podczas robienia zdjęcia. Zapisane w ten sposób zdjęcie traci przynajmniej część danych dotyczących światła i kolorów, co ogranicza możliwość edycji.

    Aby uniknąć tej sytuacji, warto włączyć tryb RAW (DNG). Umożliwia on zachowanie pełnych, surowych danych z matrycy, co daje nam ogromne możliwości podczas cyfrowej obróbki. Możemy poprawiać cienie, kolory, kontrast czy światło, pracując na plikach, które zawierają znacznie więcej cyfrowych informacji.

    Czytaj dalej poniżej


    Recenzja Google Pixel 11 Pro. Polubiłem ten smartfon za nieoczywiste rzeczy

    Czym jest format RAW i jak działa?

    Rozumiemy już, że RAW to surowy format zapisu zdjęć. Można go określić jako cyfrowy negatyw – surową wersję zdjęcia, która nie podlega cyfrowemu wyostrzaniu ani korektom wprowadzanym przez algorytmy telefonów. Oznacza to, że nie zachodzą w nim żadne nieodwracalne zmiany, a wszelkie decyzje dotyczące edycji podejmowane są przez nas dopiero w aplikacji do obróbki zdjęć. Aby aktywować tryb RAW, należy przejść do ustawień aparatu w telefonie. Niezależnie od modelu, powinniśmy znaleźć różne formaty zapisu, w tym RAW/DNG.

    Czy zapisywanie zdjęć w tym formacie ma wady? Oczywiście, ponieważ surowy zapis wiąże się z pewnymi konsekwencjami. Przede wszystkim nasze zdjęcia zajmują znacznie więcej miejsca w pamięci. O ile zdjęcie zapisane w formacie JPEG może ważyć maksymalnie kilka megabajtów, to plik RAW (jedno zdjęcie) może osiągnąć od 20 do nawet 70 megabajtów (lub więcej). Dodatkowo, zapisywanie zdjęcia w takim formacie trwa dłużej, co zniechęca do masowego fotografowania.

    Kiedy zatem warto korzystać z formatu RAW? Gdy mamy konkretne ujęcie, które chcemy sfotografować i później poddać obróbce. Interesujący kadr, piękny widok czy sesja zdjęciowa to sytuacje, w których warto poświęcić więcej czasu na edycję, czy to w aplikacji w telefonie, czy w komputerowym programie do cyfrowej obróbki. Jeśli jednak planujemy utrwalić 3000 zdjęć zabytków i ulic podczas wakacji, format JPEG w zupełności wystarczy. Nie są to wcale brzydkie zdjęcia, a jedynie mniej podatne na późniejsze przeróbki.

  • Google zmienia zasady. Koniec pazernych aplikacji

    Google zmienia zasady. Koniec pazernych aplikacji

    Google podejmuje kroki przeciwko aplikacjom, które obciążają pamięć. Powód? Niedobory pamięci RAM.


    Problemy z dostępnością pamięci stały się na tyle poważne, że Google zdecydowało się na wprowadzenie zmian w zasadach publikacji aplikacji na system Android. Twórcy oprogramowania będą musieli intensywniej optymalizować swoje aplikacje oraz lepiej korzystać z zasobów urządzeń, aby poprawić wydajność telefonów.

    Google zmaga się z niedoborami pamięci RAM

    Obecna sytuacja na rynku elektroniki użytkowej jest, delikatnie mówiąc, alarmująca. Wszyscy wiemy o poważnych niedoborach podzespołów, w tym pamięci RAM. Skutkiem tego są wyjątkowo wysokie ceny oraz skromniejsze wyposażenie urządzeń, co odzwierciedlają liczne premiery smartfonów w tym roku. Nawet Google z najnowszym modelem Pixela 11 spotkało się z problemami związanymi z pamięcią.

    Problemy te dotyczą nie tylko nowych urządzeń, ale także telefonów, które użytkownicy już posiadają, chcąc korzystać z systemu Android, instalować aplikacje i cieszyć się ich wydajnością. W odpowiedzi na to, Google postanowiło wprowadzić dość rygorystyczne, lecz konieczne zasady dla wydawców aplikacji na swoim systemie. Firma wskazała trzy kluczowe obszary, które twórcy będą musieli wziąć pod uwagę:

    • Pamięć dynamiczna: ograniczenie ilości danych przechowywanych przez aplikację w trakcie działania i działaniu w tle
    • Pamięć obrazów (Bitmap): zakaz przechowywania w pamięci grafik i zdjęć, gdy aplikacja nie jest widoczna na ekranie smartfona
    • Optymalizacja kodu (DEX): obowiązkowe zmniejszenie i zoptymalizowanie kodu źródłowego o co najmniej 25%, co przyczyni się do skrócenia czasu uruchamiania oraz zmniejszenia zużycia pamięci operacyjnej

    Co się stanie, jeśli dany twórca nie zdecyduje się na spełnienie tych wymogów lub je przekroczy? Google przekonuje, że dana aplikacja nie zostanie usunięta ze sklepu, jednak jej widoczność może zostać znacznie ograniczona. Oznacza to, że aby zarabiać na aplikacji i być promowanym w sklepie Androida, niezbędne będzie odpowiednie optymalizowanie oprogramowania.

    Czytaj dalej poniżej

    Właściciele popularnych modeli będą zachwyceni. Aktualizacja do Androida 17 na ich smartfonach zabłyśnie jak nigdy

    Trudno nie docenić inicjatywy, która ma na celu wymuszenie lepszej optymalizacji aplikacji. Odnoszę wrażenie, że sama sztuka optymalizacji powoli zanika, co widoczne jest szczególnie na rynku gier wideo, gdzie problemy z wydajnością stają się coraz powszechniejsze. Teraz dostrzegamy, że problem ten dotyka również platform mobilnych, co może być uciążliwe w obliczu dalszych trudności z dostępnością niezbędnych komponentów. To, co obecnie dzieje się na rynku pamięci RAM, raczej nie ulegnie szybko zmianie, dlatego pozostaje mieć nadzieję, że twórcy aplikacji ograniczą zapotrzebowanie na moc obliczeniową naszych urządzeń. Wiele wskazuje na to, że w nadchodzących latach nie wzrośnie ono znacząco.

    Zmiany w Androidzie, na które czekałem

    To nie koniec zmian, jakie Google planuje wprowadzić do swojego mobilnego systemu. Od kwietnia 2027 roku znacznie łatwiejsze ma być przenoszenie aplikacji na nowe telefony, a dokładniej – naszych danych logowania. Firma zapowiada, że podczas przenoszenia danych na nowy telefon, aplikacje będą zobowiązane do transferowania nie tylko plików, ale również zapisanych loginów i haseł. Dzięki temu unikniemy konieczności ponownego ich wpisywania oraz przechodzenia przez ewentualne weryfikacje. Początkowo z tego obowiązku zwolnione będą gry, lecz prawdopodobnie w przyszłości i one będą musiały przenieść nasze loginy. To z pewnością duże ułatwienie, zwłaszcza jeśli często zmieniamy urządzenia.

  • Nowa wersja Windows 11 jest już dostępna. Oto jak ją zainstalować już teraz

    Nowa wersja Windows 11 jest już dostępna. Oto jak ją zainstalować już teraz

    Microsoft umieścił Windows 11 26H2 w kanale Release Preview, zapoczątkowując etap prób bezpośrednio przed zbliżającą się premierą, która planowana jest jeszcze w tym roku. System zostanie udostępniony jako pakiet aktywacyjny, co sprawia, że jego instalacja będzie przypominać zwykłą aktualizację. Nie należy więc oczekiwać skomplikowanego, wieloetapowego procesu. Nie oznacza to jednak, że nie ma nowych funkcji – te z pewnością są obecne.


    Windows 11 26H2 w kompilacji 26300.9278 jest gotowy do testów w kanale Release Preview. To coroczna aktualizacja funkcji, dostępna na razie tylko dla uczestników programu Windows Insider, którzy testują wersje kandydujące do miana ostatecznej. Stabilny kanał będzie musiał jeszcze poczekać, a Microsoft informuje jedynie, że powszechna dostępność nastąpi przed końcem 2026 roku.

    KB5121794 jako klucz do nowych funkcji

    Główna innowacja to pakiet aktywacyjny, znany jako „eKB”. W przeciwieństwie do tradycyjnej aktualizacji, która wymaga pobrania kilku gigabajtów danych oraz migracji do nowej kompilacji, w przypadku 26H2 większość kodu była już dostarczona w ramach wcześniejszych aktualizacji. Niektóre funkcje jednak zostały celowo wyłączone. Pakiet KB5121794 włącza te przygotowane elementy, zmieniając oznaczenie wersji systemu. Dzięki temu proces instalacji jest krótszy, mniejsze obciążenie sieci i mniej czasu spędzonego na oczekiwaniu na ponowne uruchomienie systemu. To zdecydowany plus dla Microsoftu. Taki model powoduje, że niektórzy entuzjaści decydują się na ręczne włączenie nowości jeszcze przed zainstalowaniem pakietu aktywacyjnego, korzystając m.in. z narzędzia ViVeTool.

    Windows 11 24H2, 25H2 i 26H2 korzystają z tego samego kodu podstawowego, co umożliwia realizację aktualizacji w przedstawiony sposób. Zmiany obejmują wspólne poprawki oraz pewne nowe funkcje, mimo różnicy w oznaczeniach wersji. Jednocześnie Microsoft udostępnił opcjonalny pakiet KB5120998 dla 24H2 i 25H2, co oznacza, że wiele funkcji związanych z 26H2 mogą być już znane osobom regularnie aktualizującym wcześniejsze wersje systemu.

    Jakie zmiany wprowadza Windows 11 26H2

    Microsoft jest ostrożny w komunikacji dotyczącej zmian, które obejmują ogół konsumentów. Część z tych zmian została już wprowadzona do Windows 11 24H2 i 25H2, a dostępność funkcji może zależeć od specyficznych urządzeń oraz postępu procesu udostępniania, co czasami generuje zamieszanie. Bez wątpienia jednak nowe funkcje oraz ulepszenia dostarczane wcześniej przez aktualizacje miesięczne z pewnością się pojawią. 26H2 można uznać za większe uporządkowanie kolejnego etapu wsparcia dla systemu, a pewne zmiany odczują szczególnie klienci biznesowi.

    Czytaj dalej poniżej

    Aplikacje nas podglądają. Nowa funkcja Windowsa je zablokuje


    Windows 11 26H2 domyślnie aktywuje na urządzeniach wykorzystywanych w organizacjach niektóre rozwiązania dostępne w poprzednich wersjach, ale do tej pory standardowo nieaktywne w takich środowiskach. Microsoft wymienia tutaj m.in. możliwość tworzenia kopii zapasowych ustawień Windowsa, przypisanie akcji do konkretnych aplikacji na pasku zadań oraz wybrane ulepszenia w Eksploratorze plików. Administratorzy mają zatem czas na przetestowanie tych rozwiązań, zanim staną się one standardem w stabilnej gałęzi aktualizacji.

    Jak zainstalować Windows 11 26H2 już teraz?

    Dostęp do kompilacji 26300.9278 mają uczestnicy programu Windows Insider korzystający z kanału Release Preview na komputerach spełniających wymagania Windows 11. Instalację należy uruchomić ręcznie – należy przejść do sekcji Ustawienia, a następnie do Windows Update, gdzie można przeszukać serwery Microsoftu. Po zaakceptowaniu aktualizacji system pobierze Windows 11 26H2 i rozpocznie proces aktualizacji. Późniejsze poprawki będą dostarczane standardowym trybem poprzez Windows Update.

    Czytaj również: Microsoft ulepsza Windows 11. Tej funkcji mi brakowało!

    Pamiętajcie jednak, że jest to wersja przedpremierowa, która może być obarczona poważnymi błędami. Nie ma sensu instalować jej na głównym komputerze, chyba że macie ważny powód. Firmy uczestniczące w Windows Insider Program for Business mogą wdrażać tę wersję testowo, ustalając zbiorcze zasady dla Windows Update oraz Windows Server Update Services. Niedługo powinny pojawić się również wersje ISO, które mogą być użyte do tworzenia instalacyjnych pendrive’ów. Zwykłym użytkownikom sugeruję jednak poczekać na aktualizację w stabilnym kanale, aby uniknąć ewentualnych problemów, które mogą prowadzić do awarii systemu i/lub utraty danych. W takiej sytuacji można stracić znacznie więcej czasu, więc warto być ostrożnym.

  • Eksperyment się udał. Oto łącze na miarę naszej przyszłości

    Eksperyment się udał. Oto łącze na miarę naszej przyszłości

    Naukowcy z RPA i Francji skonstruowali system, który zapisuje informacje w topologii światła, a następnie przesyłają je za pośrednictwem 270-metrowego łącza laserowego na kampusie w Johannesburgu. Mimo że atmosfera w znaczący sposób deformowała wiązkę, dane udało się odzyskać z ponad 98-procentową dokładnością w większości warunków, bez stosowania optyki adaptacyjnej czy mechanizmu rozpoznawania odkształceń. To ważny krok w kierunku bezprzewodowych łącz optycznych!


    Tradycyjny światłowód działa w ten sposób, że światło poruszające się wewnątrz jest chronione przed większością wpływów środowiskowych. W przypadku rozwijanych technologii „bezprzewodowej” łączności optycznej, wiązka światła napotyka na różne warstwy powietrza o zmiennej temperaturze i ciśnieniu, które zakłócają jej amplitudę, fazę i polaryzację. Zwykle stosuje się do korekcji optykę adaptacyjną, pomiary kanału lub złożone obliczenia po stronie odbiorcy. Jednak zespół z Wits University i Uniwersytetu w Bordeaux znalazł skuteczne rozwiązanie tego problemu: zamiast chronić parametry światła, które mogłyby zostać zmienione, zapisali informacje w cechach odpornych na te odkształcenia.

    Jak ukryć informację w świetle, aby przetrwała „podróż”?

    Topologia, w skrócie, to własności obiektów, które nie ulegają zmianie podczas ich rozciągania, skręcania lub zgniatania. Na przykład: topologicznie kubek z jednym uchem i pierścionek można przypisać do tej samej klasy obiektów, ponieważ mają one jeden otwór w swojej strukturze. Dopóki materiał nie zostanie przerwany i otwór nie zniknie ani nie powstanie nowy, ta cecha pozostaje dla nich identyczna. Właśnie to podejście zostało przekształcone w przestrzenny rozkład polaryzacji wiązki światła.

    Nośnikiem informacji stały się skyrmiony: specjalnie uformowane wektorowe pola światła o cząstkopodobnej topologii. Nie należy ich postrzegać jako materialne cząsteczki poruszające się między budynkami; są to określone rozkłady polaryzacji w przekroju wiązki. Ich topologię opisuje całkowita liczba skyrmionowa N, która określa, ile razy rozkład stanów polaryzacji „owija” sferę Poincarégo, matematyczną reprezentację możliwych polaryzacji. Mimo że lokalny obraz światła może zostać całkowicie zniekształcony przez atmosferę, liczba N pozostaje możliwa do odczytania. Właśnie w tym miejscu można zapisać informacje, które dotrą do końca swojej podróży.

    270 metrów to niewiele, ale…

    W eksperymencie opisanym w „Science Advances” wykorzystano zielony laser o długości fali 532 nm. Modulator przestrzenny oraz zmodyfikowany interferometr Macha-Zehndera generowały skyrmiony o liczbach N równych 1, 2 i 3. Wiązka przebyła około 135 m do lustra na dachu drugiego budynku, a następnie wróciła do laboratorium, pokonując łącznie 270 m. Pomiary przeprowadzono rano, w południe i późnym popołudniem, co oznacza, że tor „lotu” obejmował różne warunki, od spokojnego powietrza po silne turbulencje wywołane jego nagrzewaniem. Układ nie był dostrajany do bieżących warunków atmosferycznych, a po transmisji nie stosowano żadnych korekcji.

    Czytaj dalej poniżej


    Sadzą je w miastach na potęgę. Okazuje się, że mogą być niebezpieczne

    Podczas odbioru, kamera polaryzacyjna rejestrowała sześć projekcji polaryzacji, które posłużyły do rekonstrukcji parametrów Stokesa oraz liczby skyrmionowej. W ramach testu naukowcy zakodowali trójkolorowy obraz mapy Republiki Południowej Afryki o rozdzielczości 512 na 560 pikseli, przypisując każdemu z kolorów inną wartość w postaci liczby N. Każdy piksel odpowiadał stanowi transmitowanemu i mierzono go przez 2 ms. Wierność odtworzenia „na wejściu” wyniosła 98,70% rano i 98,60% po południu, a podczas najsilniejszych turbulencji powietrza w południe spadła do 86,93%. Topologia pozostawała stabilna również wówczas, gdy stopień polaryzacji wiązki spadł z około 0,84 do 0,39 w wyniku uśrednienia zmiennego kanału.


    To jeszcze nie jest łącze zdolne do przesyłania Internetu. Ale jesteśmy już blisko łącz optycznych „bez kabla”

    Nikt tutaj nie koryguje wiązki ani nie stara się jej odzyskać: mimo to udało się nam rozpoznać dane, mimo że atmosfera je zdeformowała. Według naukowców, to osiągnięcie może pomóc w ograniczeniu zapotrzebowania na skomplikowaną optykę adaptacyjną i obliczenia niezbędne do kompensacji warunków środowiskowych.

    Naukowcy wskazują na różnorodne zastosowania tej technologii, w tym łącza satelitarne, komunikację z misjami kosmicznymi, naziemne połączenia w miejscach bez światłowodów, a także komunikację w sytuacjach kryzysowych. Obecnie posiadamy dowód na wysoką odporność w warunkach laboratoryjnych, ale to jeszcze nie moment, aby ogłosić gotowość koncepcji do wdrożenia. Topologia stanowi obiecujące rozwiązanie dla wyzwań, przed którymi stoją tradycyjne łącza optyczne, ale technologia ta wymaga dalszego ustandaryzowania i usystematyzowania, aby mogła skutecznie przesyłać duże zbiory danych.

    Wszystko przez inne ograniczenia, które występują w tej technologii. Odbiornik nadal wymaga kamery polaryzacyjnej, a obliczenie liczby N wymaga cyfrowego przetwarzania; brakuje również wyspecjalizowanego detektora topologicznego. Co więcej, wskaźnik wierności opisuje poprawność rekonstrukcji obrazu dla zaledwie trzech ustalonych symboli, co nie odnosi się do przepustowości łącza ani do odsetka błędów w ciągłym strumieniu danych, ponieważ takie testy jeszcze nie były przeprowadzone.

    Czytaj również: To może być układ na miarę świetlanej przyszłości. Nauka trzyma kciuki za jego sukces

    Nie można również porównywać odporności różnych liczb N, ponieważ odpowiadające im wiązki miały różne rozmiary i różne reakcje na zmiany środowiskowe. Kolejne testy muszą sprawdzić większe odległości, obejmować szybsze kodowanie i odbiór oraz integrować technologię z obecnie stosowanymi protokołami komunikacyjnymi. Dopiero wtedy będzie wiadomo, czy topologia takiego światła ma szansę na rozwój technologii komunikacyjnych, które zaspokoją nasze potrzeby w nadchodzących czasie. A chyba każdy z nas sobie tego życzy.

  • Najnowsze Gwiezdne Wojny wkrótce w Disney+. Wrzesień będzie gorący

    Najnowsze Gwiezdne Wojny wkrótce w Disney+. Wrzesień będzie gorący

    Końcówka sierpnia przyniosła nam rozpiskę filmów i seriali, które we wrześniu pojawią się w Disney+. Początek jesieni zapowiada się znakomicie!

    Wrzesień w Disney+ rozpocznie się jedną z najważniejszych premier na platformie. Po kilku miesiącach od premier kinowych, do katalogu w końcu dołączy Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu, najnowsza odsłona przygód łowcy nagród i jego małego towarzysza.

    Po upadku mrocznego Imperium, imperialni oficerowie zostają rozproszeni po całej galaktyce. Aby utrzymać zdobycze Rebelii, raczkująca Nowa Republika pozyskuje pomoc legendarnego mandaloriańskiego łowcy nagród, Dina Djarina (Pedro Pascal), i jego młodego ucznia, Grogu. W filmie „Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu” występuje również Sigourney Weaver, a głosy użyczają Martin Scorsese oraz Jeremy Allen White. Reżyserią zajmuje się Jon Favreau, a scenariusz napisali Jon Favreau, Dave Filoni i Noah Kloor. Zawarte efekty świetlne mogą mieć wpływ na widzów wrażliwych na światło.

    3 września na Disney+ zadebiutuje drugi sezon „Chad Powers” we wszelkich odcinkach. 16 września swoją premierę będzie miał serial „Krwawe miasto”. W świecie spustoszonym katastrofalnymi zmianami klimatycznymi, przestępczość i chaos stały się codziennością. Nieliczni uprzywilejowani żyją bezpiecznie pod Kopułą, gdzie warunki pogodowe są w pełni kontrolowane, podczas gdy pozostali mieszkańcy miasta muszą stawiać czoła wszechobecnej korupcji, przemocy i walce o przetrwanie.

    Tego samego dnia zadebiutuje również serial „Minimum bezpieczeństwa”. To opowieść o kierowniczce oddziału penitencjarnego Chénoise, która w każdej sytuacji wierzy, że każdy zasługuje na szansę na resocjalizację. Jej podejście zostaje jednak wystawione na próbę przez kolejne wyzwania: od krzaka marihuany w więziennym ogródku, przez popularnego TikTokera, którego próbuje sprowadzić na właściwą drogę, aż po impulsywną nową strażniczkę Stéphanie.

    Czytaj dalej poniżej


    Netflix z ciekawą listą nowości na wrzesień. Będzie co oglądać!

    A 23 września na Disney+ pojawią się najnowsze przygody bohaterów serii „Toy Story”. W „Toy Story 5” Chudy, Buzz Astral, Jessie oraz reszta zabawek będą musieli zmierzyć się z rosnącą rolą nowoczesnej technologii, gdy w życiu Bonnie pojawi się Lilypad – zaawansowany tablet mający własny pomysł na to, co jest dla dziewczynki najlepsze. Czy tradycyjne zabawki wciąż znajdą dla siebie miejsce w świecie ekranów i cyfrowej rozrywki, czy też sposób, w jaki dzieci się bawią, zmieni się już na zawsze?

    Disney+ we wrześniu. Będzie się działo

    Disney+ na wrzesień przygotował masę atrakcji. Czego jeszcze możemy spodziewać się w przyszłym miesiącu?

    2.09

    • LEGO Gwiezdne wojny: The Mandalorian

    9.09

    • The Girls: Projekt Khloe Kardashian
    • Made in Korea – Sezon 2
    • Obłęd

    10.09

    • Sekrety Mormońskich Żon – Sezon 5

    16.09

    • Amerykański Tata – Sezon 21

    25.09

    • Tajemnicze Słonie Angoli

    26.09

    • Górnicy Z Chile: Wyścig Z Czasem

    30.09

    • Jachty Marzeń: Monako
    • Rekrut – Sezon 7