Kategoria: Wiadomości

  • Firefox odpala petardę. Takiej funkcji się nie spodziewałeś

    Firefox odpala petardę. Takiej funkcji się nie spodziewałeś

    Korzystanie z Firefoksa na iPhonie stało się wygodniejsze dzięki natywnemu wsparciu dla blokowania reklam!

    Mozilla wprowadziła nową wersję przeglądarki Firefox dla urządzeń mobilnych Apple, która zawiera jedną z najbardziej wyczekiwanych funkcji przez użytkowników. Mamy na myśli wbudowane blokowanie reklam. Teraz użytkownicy iPhone’ów i iPadów nie muszą już instalować dodatkowych rozszerzeń, gdyż odpowiednie narzędzie zagościło bezpośrednio w aplikacji przeglądarki z ognistym liskiem.

    Nowy system blokowania reklam korzysta z technologii WebKit Content Blocker dostarczanej przez Apple oraz popularnej listy filtrów EasyList. Dzięki temu Firefox jest w stanie zablokować wiele reklam i związanych z nimi elementów śledzących jeszcze przed ich załadowaniem. Jakie są tego konsekwencje? Przede wszystkim użytkownicy mogą cieszyć się mniejszą ilością rozpraszających elementów na stronach internetowych oraz potencjalnie niższym zużyciem danych.

    Firefox na iOS z wbudowanym adblockiem. Co można zablokować?


    Twórcy przeglądarki podkreślają, że funkcja blokowania reklam nie jest w stanie usunąć wszystkich reklam. Niektóre materiały reklamowe, dostarczane bezpośrednio przez odwiedzaną stronę, a także reklamy wyświetlane w wynikach wyszukiwania Google, Bing czy DuckDuckGo mogą być nadal widoczne. Dodatkowo blokowane nie będą sponsorowane skróty i inne promocyjne materiały wyświetlane na stronie nowej karty Firefoksa.

    Warto zauważyć, że blokada reklam w aplikacji Firefox jest domyślnie wyłączona. Aby ją włączyć, należy przejść do ustawień przeglądarki, a następnie do sekcji „Przeglądanie” i aktywować opcję blokowania reklam. Użytkownicy mogą również szybko dostosować tę funkcję podczas przeglądania konkretnej witryny, korzystając z ikony menu głównego ⋯, która otworzy menu witryny, umożliwiając łatwe przełączanie blokady reklam. Jeżeli nie widzicie tych opcji, warto uzbroić się w cierpliwość, ponieważ aktualizacja jest realizowana po stronie serwera, co oznacza, że funkcja będzie udostępniana stopniowo.

    Czytaj dalej poniżej


    Nadchodzi iOS 27 z potężną sztuczną inteligencją. Takich przecieków jeszcze nie było

    Firefox na komputerach oraz urządzeniach z systemem Android od dawna umożliwia korzystanie z rozbudowanych rozszerzeń do blokowania reklam. Na iOS ograniczenia dotyczące dodatków są większe, dlatego Mozilla postanowiła wprowadzić to rozwiązanie bezpośrednio do aplikacji. To znakomity wybór dla tych, którzy nie chcą korzystać z zewnętrznych aplikacji do blokowania reklam, które nie zawsze działają zgodnie z oczekiwaniami…

  • Masz Maca i iPhone’a? Skaner nie będzie Ci już potrzebny

    Masz Maca i iPhone’a? Skaner nie będzie Ci już potrzebny

    Twój komputer z nadgryzionym jabłkiem ma wszystko, czego potrzebujesz do skanowania dokumentów bez instalowania dodatkowych programów. Zobacz, jak w systemie macOS skanować dokumenty do PDF, tworzyć pliki wielostronicowe, korzystać z OCR oraz użyć iPhone’a zamiast tradycyjnego skanera.

    Jak skanować dokumenty w macOS?

    Do skanowania dokumentów na Macu nie musisz instalować dodatkowego oprogramowania. macOS posiada wbudowane narzędzia, które współpracują z różnymi skanerami i urządzeniami wielofunkcyjnymi. Umożliwiają one zapis dokumentów bezpośrednio w formacie PDF, tworzenie plików wielostronicowych, a nawet rozpoznawanie tekstu dzięki technologii OCR.

    Skanowanie dokumentów można uruchomić na kilka sposobów. Najprościej jest to zrobić z poziomu Ustawień systemowych lub aplikacji Podgląd.

    Jak dodać skaner na Macu?

    Jeśli skaner lub urządzenie wielofunkcyjne jest już skonfigurowane, przejdź do menu Apple > „Ustawienia systemowe” > „Drukarki i skanery”.

    Jeżeli skaner nie widnieje na liście, w sekcji „Drukarki i skanery” wybierz „Dodaj drukarkę, skaner lub faks”, wskaż urządzenie i kliknij „Dodaj”. W przypadku niektórych modeli, konieczne może być zainstalowanie dodatkowego oprogramowania lub sterownika udostępnionego przez producenta.

    Czytaj dalej poniżej


    Ta drukarka z Action działa bez tuszu i kosztuje grosze

    Jak skanować w aplikacji Podgląd?

    Aby zeskanować dokumenty, wystarczy skorzystać z systemowej aplikacji Podgląd. Pamiętaj, by skaner był już dodany w Ustawieniach. Po uruchomieniu Podglądu, wybierz „Plik” > „Importuj ze skanera” > [nazwa skanera].

    Aplikacja wygeneruje podgląd skanowanej strony, a następnie umożliwi dostosowanie parametrów skanowania. Możesz określić m.in. źródło obrazu, rodzaj skanowanego materiału, rozdzielczość oraz format pliku.

    Podgląd przydaje się także po zakończeniu skanowania. Aplikacja pozwala na wyświetlanie stron PDF w formie miniaturek, zmianę ich kolejności, usuwanie niepotrzebnych stron oraz łączenie kilku dokumentów w jeden.

    Możesz również dodać nowy skan bezpośrednio do otwartego dokumentu. W tym celu wybierz „Edycja” > „Wstaw” > „Strona ze skanera”, a następnie zeskanuj kartkę, która zostanie dołączona do PDF-u.

    Problem z urządzeniem 2 w 1

    W przypadku standardowych skanerów, opisana powyżej procedura powinna bez problemu działać. Ja sam posiadam jednak urządzenie 2 w 1 – drukarkę ze skanerem – i tu pojawiają się trudności. System macOS rozpoznaje sprzęt jedynie jako drukarkę, co uniemożliwia korzystanie z powyższych funkcji. Menu skanowania nie jest dostępne ani w Ustawieniach („Drukarki i skanery”), ani w aplikacji Podgląd. W takiej sytuacji mamy do wyboru dwa alternatywne rozwiązania – skorzystać z oprogramowania udostępnionego przez producenta skanera lub sięgnąć po iPhone’a.

    Jak zeskanować dokument iPhonem bezpośrednio na Maca?

    Jeżeli nie posiadasz skanera lub napotkałeś opisany wyżej problem, możesz wykorzystać aparat swojego iPhone’a lub iPada. Umożliwia to funkcja Kamera Continuity, wbudowana w ekosystem Apple.

    W obsługiwanej aplikacji na Macu, np. w Podglądzie, wybierz „Plik” > „Importuj z: iPhone” > „Skanuj dokumenty”. Aparat telefonu automatycznie rozpozna krawędzie kartki i odpowiednio dostosuje obraz. Możesz zeskanować kolejne strony, a po zakończeniu wybrać „Zachowaj”. Skan zostanie przesłany bezpośrednio na Maca.

    Funkcja działa także z poziomu Findera. Kliknij prawym przyciskiem myszy w wolnym miejscu na Biurku lub w folderze, wybierz „Importuj z iPhone’a”, a następnie „Skanuj dokumenty”. Gotowy skan pojawi się w wybranym miejscu jako plik.

    Kamera Continuity wymaga zgodnych urządzeń zalogowanych na to samo konto Apple oraz włączonych Wi-Fi i Bluetooth. Co ważne, skany wykonywane w ten sposób nie są zapisywane na iPhonie lub iPadzie.

    Jaką rozdzielczość wybrać podczas skanowania?

    Powróćmy jednak do kwestii skanowania za pomocą skanera. Do większości dokumentów tekstowych wystarcza rozdzielczość 300 dpi. To typowa wartość punktów na cal wykorzystywana przy skanowaniu obrazów, zapewniająca dobrą czytelność bez niepotrzebnego zwiększania rozmiaru pliku. W przypadku plików z tekstem, które nie będą drukowane, rozdzielczość 150 dpi również będzie wystarczająca, jeśli chodzi o czytanie dokumentów na ekranie komputera. Wyższa rozdzielczość ma znaczenie głównie przy bardzo drobnym druku, zdjęciach, ilustracjach lub materiałach, które mają być później powiększane.

    Warto również dostosować tryb skanowania do rodzaju dokumentu. Dla czarno-białych materiałów o wysokim kontraście, takich jak zwykłe dokumenty tekstowe, macOS oferuje tryb „Tekst”. W przypadku obrazów w skali szarości można wybrać „Czarno-białe”, a dla materiałów kolorowych – „Kolor”.

    Czy warto instalować dodatkowy program do skanowania?

    Dla okazjonalnego skanowania wbudowane narzędzia macOS są w zupełności wystarczające. Umożliwiają zapis dokumentów jako PDF, tworzenie plików wielostronicowych oraz korzystanie z technologii OCR, podajnika dokumentów i skanowania dwustronnego – o ile odpowiednie funkcje obsługuje skaner.

    Instalacja dodatkowego oprogramowania ma sens przede wszystkim w przypadku, gdy skanujesz dużą ilość dokumentów lub potrzebujesz bardziej zaawansowanych narzędzi. Jedną z ciekawszych, darmowych alternatyw jest NAPS2. Program działa również na macOS i oferuje m.in. profile skanowania, OCR oraz rozbudowane możliwości porządkowania zeskanowanych stron.

    W większości domowych zastosowań warto jednak najpierw sprawdzić możliwości narzędzi dostępnych w systemie.

  • PlayStation: gracze są „dostatecznie mądrzy”, by wiedzieć, że nie posiadają „kupionych” gier

    PlayStation: gracze są „dostatecznie mądrzy”, by wiedzieć, że nie posiadają „kupionych” gier

    W ostatnich tygodniach Sony przyjęło podejście, które wielu uznaje za mocno antykonsumenckie. Wydaje się, że firma nie zamierza na razie zmienić swojego stanowiska.

    Sony znalazło się ponownie pod ostrzałem krytyki. Tym razem kontrowersje dotyczą stanowiska firmy w sprawie pozwu dotyczącego sprzedaży cyfrowych gier na konsolach PlayStation. Przedstawiciele Sony twierdzą, że rozsądny konsument powinien być świadomy, że kupując grę w PlayStation Store, nie nabywa jej na własność, a jedynie licencję umożliwiającą korzystanie z oprogramowania.

    „Kup grę” – czy to naprawdę oznacza to, co sugeruje?

    Główna kwestia dotyczy sposobu prezentowania zakupów cyfrowych. W sklepie PlayStation Store użytkownik widzi przyciski i komunikaty, które sugerują tradycyjny zakup. Jednak z perspektywy prawnej sytuacja jest inna. Sony podkreśla, że warunki korzystania z usługi oraz licencja oprogramowania informują o ograniczonym prawie do korzystania z zakupionego produktu. Sprawa zyskała na znaczeniu po złożeniu pozwu grupowego w Kalifornii, gdzie osoby pozwalające Sony podnoszą, że firma powinna wyraźniej informować klientów, iż cyfrowa transakcja nie oznacza nabycia gry na własność. W odpowiedzi Sony odrzuca te zarzuty, wskazując, że konsumenci są świadomi charakteru cyfrowych zakupów.

    To nie jest wyłącznie problem PlayStation – konkurencja również nie wypada lepiej

    Koncepcja licencji na cyfrowe oprogramowanie nie jest nowa; podobne rozwiązania istnieją w wielu cyfrowych sklepach i usługach. Jednak różnica polega na tym, że użytkownik płaci pełną cenę produktu, co rodzi naturalne oczekiwanie takich samych praw, jakie ma w przypadku fizycznej kopii. Tymczasem cyfrową grę nie można przekazać innej osobie, sprzedać ani przechowywać w sposób niezależny od infrastruktury dostawcy. W ekstremalnych przypadkach dostęp do produktu może być również ograniczony, gdy nie działają niezbędne usługi sieciowe lub gdy sklep zostanie zamknięty.

    Sony ilustruje swoje stanowisko na przykładzie dużej premiery. Gdyby rzeczywiście istniała możliwość zakupu cyfrowej kopii gry na własność, trudno byłoby wyjaśnić, w jaki sposób inny użytkownik mógłby nabyć identyczny produkt od Sony. Firma traktuje ten argument jako dowód, że określenie „zakup” w świecie cyfrowym nie powinno być utożsamiane z fizycznym posiadaniem konkretnego egzemplarza. Dla graczy problem jest jednak znacznie szerszy. Sony ogłosiło, że od stycznia 2028 roku nowe gry na PlayStation nie będą produkowane na fizycznych nośnikach, co dodatkowo podkreśla znaczenie cyfrowych licencji, zwłaszcza w kontekście testowanych przez firmę dynamicznych cen.

    Czytaj dalej poniżej

    Awaria PlayStation Network. Na razie nie zagrasz online

    Cyfrowa przyszłość jest niepewna. Dobrze, że gracze mają wątpliwości

    Cała sytuacja podkreśla, jak bardzo zmienił się model zakupu gier (i mediów w ogóle) w ostatnich latach. Coraz częściej nie nabywamy produktu, który możemy przechowywać wiecznie, lecz dostęp do usługi kontrolowanej przez producenta.

    Dla konsumentów oznacza to konieczność dokładniejszego zapoznania się z regulaminem. Dla branży jest to sygnał, że w miarę odejścia od fizycznych nośników, kwestie własności cyfrowych gier, ich odsprzedaży oraz zachowania dostępu będą się stawały coraz ważniejszymi tematami. Problem ten dotyczy nie tylko gier, ale również filmów i muzyki – chociaż ze względu na ich specyfikę, w pewnym sensie łatwiej będzie je zachować w oryginalnej formie. W przypadku gier sytuacja jest znacznie bardziej skomplikowana…

  • hora Calendar. Kalendarz Google na Macu stworzony przez Polaka

    hora Calendar. Kalendarz Google na Macu stworzony przez Polaka

    Aplikacja hora Calendar jest dedykowana dla użytkowników Maca oraz Kalendarza Google, oferując wygodną alternatywę dla przeglądarki internetowej oraz standardowej aplikacji kalendarza w macOS.

    Kalendarz Google to jedna z tych usług, z której regularnie korzystam w pracy i życiu prywatnym. Mimo to na Macu wciąż zmagam się z tym samym problemem: Google nie stworzyło natywnej aplikacji na macOS. To zmusza mnie do otwierania kolejnej karty w przeglądarce, używania aplikacji Kalendarz w macOS lub poszukiwania alternatyw. Jedną z takich alternatyw jest hora Calendar, stworzona przez Polaka, Macieja Szamowskiego. Aplikacja ta nie ma na celu zastąpienia Kalendarza Google, lecz przeniesienie go do natywnego środowiska macOS.

    To podejście jest mi szczególnie bliskie, gdyż testując różne zewnętrzne aplikacje, musiałem uczyć się skomplikowanych interfejsów, komend i skrótów. Po zalogowaniu na konto Google w hora Calendar nie trzeba niczego migrować ani uczyć się na nowo. Wszystkie kalendarze, ich kolory, wydarzenia cykliczne i całodzienne oraz inne funkcje pozostają nietknięte. Aplikacja obsługuje wiele kont jednocześnie, co sprawia, że może stać się głównym kalendarzem zarówno do pracy, jak i spraw osobistych.

    Kalendarz Google, ale w końcu w formacie aplikacji na Maca

    Sama aplikacja prezentuje się bardzo dobrze i zdradza, że została stworzona z myślą o użytkownikach komputerów Mac. Interfejs jest przejrzysty i lekki, oferując jasny oraz ciemny motyw, kilka dodatkowych motywów kolorystycznych, natywne powiadomienia, widżety, skróty klawiaturowe oraz wygodne przeciąganie wydarzeń. Zyskałem również dostęp z paska menu, co umożliwia szybkie sprawdzenie nadchodzących wydarzeń bez otwierania głównego okna aplikacji. Dodatkowo, hora integruje się z Google Meet, Zoom i Microsoft Teams, co sprawia, że zarządzanie różnymi spotkaniami online staje się znacznie prostsze.

    Warto również zwrócić uwagę na funkcje takie jak tworzenie wydarzeń w naturalnym języku, planowanie w różnych strefach czasowych, tryb offline, czas skupienia czy wbudowany timer Pomodoro, popularna technika zarządzania czasem. Mimo że nie wprowadzają one rewolucji w użytkowaniu kalendarza, właśnie o to chodzi w przypadku hora. Aplikacja nie próbuje zdefiniować kalendarza na nowo i nie wprowadza zbędnego zamieszania. Zamiast tego, przenosi dobrze znany Kalendarz Google do Maca, sprawiając, że korzystanie z niego staje się przyjemniejsze.

    Czytaj dalej poniżej


    Aplikacje, które zbierałem latami. Bez nich praca na MacBooku to nie to samo!

    hora Calendar jest naprawdę wygodną aplikacją do zarządzania Kalendarzem Google na komputerach Mac, choć nie jest wolna od pewnych niedoskonałości. Główne wady dotyczą kosmetyki, a dokładniej braków w tłumaczeniach niektórych elementów interfejsu. Jest to zaskakujące, biorąc pod uwagę, że mamy do czynienia z aplikacją stworzoną przez Polaka. Wydaje mi się, że wynika to z faktu, iż aplikacja była początkowo tworzona w języku angielskim, a następnie tłumaczona, co mogło prowadzić do pewnych zawirowań w procesie lokalizacji. Jednak oczekuję, że wraz z nadchodzącymi aktualizacjami te braki zostaną usunięte.

    Bardzo dobrze, ale do ideału wciąż daleko

    Innym punktem, który może być problematyczny dla niektórych użytkowników, jest brak możliwości dodawania innych kalendarzy, w tym tych udostępnianych w ramach usługi Apple iCloud. Aplikacja została zaprojektowana wyłącznie do obsługi kalendarza Google. To szkoda, ponieważ, chociaż Kalendarz.app umożliwia dodawanie różnych zewnętrznych serwisów, wciąż nie jest narzędziem w pełni intuicyjnym i wygodnym. Co roku wprowadzane są poprawki i nowe rozwiązania do Kalendarza.app, ale do ideału wciąż daleko.

    Moje doświadczenia z hora pokazują, że istnieje możliwość stworzenia narzędzia, które jest jednocześnie wygodne, proste w obsłudze i regularnie aktualizowane, zarówno w kontekście eliminacji błędów, jak i wprowadzania nowych funkcji. Należy również pamiętać, że hora Calendar jest aplikacją przeznaczoną wyłącznie dla komputerów Mac. Nie będzie działać na iOS, iPadOS ani na urządzeniach z systemem Windows, gdzie z pewnością dostępnych jest wiele programów obsługujących Kalendarz Google bez potrzeby uruchamiania przeglądarki.

    hora Calendar można pobrać z App Store za darmo, ale nie jest to aplikacja całkowicie bezpłatna. Twórcy oferują możliwość przetestowania jej przez 7 dni. Po tym okresie można skorzystać z dwóch planów abonamentowych: miesięcznego lub rocznego. Koszt planu miesięcznego wynosi 14,99 zł, a rocznego 85,99 zł. Zanim zdecydujecie się na dalsze płacenie za dostęp do wygodnej aplikacji kalendarza Google, warto zapoznać się z jej funkcjami. Ja zamierzam kontynuować korzystanie z hora Calendar, ponieważ czuję, że na dłuższą metę nasza współpraca się sprawdzi.

  • Windows 11 muli? Wyłącz to jedno ustawienie

    Windows 11 muli? Wyłącz to jedno ustawienie

    Windows 11 może i prezentuje się atrakcyjnie, jednak wodotryski wpływają na jego wydajność. Oto sposób, aby twój system działał sprawniej.

    Windows 11 to system operacyjny, który cieszy się dużą popularnością, lecz nie jest wolny od wad. Na szczęście istnieje skuteczny sposób, aby znacznie poprawić jego wydajność. Jeśli zauważasz, że twój system działa wolno lub często się wiesza, wystarczy, że wyłączysz jedno z ustawień – dzięki temu komputer zyska na płynności działania.

    Wyłącz to w Windows 11. Komputer przyspieszy

    Co sprawia, że pomimo upływu czasu Windows 11 nadal wygląda atrakcyjnie? Odpowiedzialne są za to różnorodne efekty wizualne, które twórcy systemu wprowadzili, aby dostarczyć użytkownikom przyjemnych wrażeń estetycznych oraz wygodnego, nowoczesnego środowiska pracy. Oczywiście, współczesny Windows mógłby przyjąć formę kultowego Windows 95, zachowując jednak wszystkie niezbędne funkcje – jednak po co? Możemy sobie pozwolić na odrobinę więcej, szczególnie w kwestiach wizualnych. Przezroczyste okna i menu nadają Windows 11 nowoczesny charakter, który osobie piszącej te słowa przypadł do gustu, choć niesie on ze sobą pewne konsekwencje.

    Przezroczyste i półprzezroczyste elementy interfejsu mogą niestety wpływać na wydajność naszego komputera. To dodatkowe obciążenie dla procesora graficznego, którym musi zarządzać nasza maszyna. W przypadku sprzętu o dużej mocy nie będzie to stanowiło problemu, jednak starsze urządzenia, jak choćby laptop biurowy z systemem Windows 11, mogą mieć trudności z utrzymaniem płynności działania. Problemy te będą narastały wraz z kolejnymi aktualizacjami, a w dzisiejszych czasach nie zawsze łatwo zmodernizować podzespoły.

    W tym miejscu pojawia się cenny trik, jak przywrócić płynność działania Windows 11. Rozwiązaniem jest wyłączenie wszelkich wizualnych efektów oferowanych przez system. Proces ten jest prosty i intuicyjny:

    • Wchodzimy do menu i wybieramy opcję Ustawienia
    • Szukamy opcji Personalizacja
    • Wybieramy Kolory, a następnie odznaczamy Efekt przezroczystości

    Alternatywnie, możemy znaleźć te opcje poprzez ścieżkę Ustawienia -> Ułatwienia dostępu -> Efekty wizualne.

    Dlaczego efekt wizualny wpływa na wydajność podzespołów? Wszystko sprowadza się do metody generowania efektu przezroczystości w Windowsie 11. Język Fluent Design wykorzystuje głównie Mica, który dostosowuje kolor okna do tła pulpitu, oraz Acrylic, co tworzy wrażenie półprzezroczystego, matowego szkła. Aby efekt był przekonywujący i autentyczny, wiele warstw musi być renderowanych jednocześnie w czasie rzeczywistym. Microsoft przyznaje w swojej dokumentacji, że cały proces może obciążać układ graficzny. Dlatego też starsze maszyny (np. laptopy z zintegrowanymi układami graficznymi) znacznie zyskają na wyłączeniu tego efektu w ustawieniach systemu.

    Ciekawe jest to, że Microsoft zdaje sobie sprawę z problemu, jednocześnie skazując na niego nieco mniej wydajne maszyny. Niektórzy komentatorzy sugerują, że firma stara się upodobnić swój system do macOS od Apple, przy tym nie mając kontroli nad sprzętem. O ile Apple może implementować efekty wizualne bez ryzyka znacznej utraty wydajności (doskonale wiedzą, na jakich konfiguracjach ma działać ich system), to Windows musi dostosować się do różnorodnych urządzeń – zarówno gamingowych pecetów, stacji roboczych, jak i ultra-budżetowych laptopów wykorzystywanych w biurach oraz do nauki. W przypadku jednych efekt może być istotnym atutem wizualnym, a w przypadku innych prowadzić do frustracji u użytkowników z powodu spowolnienia systemu. Być może warto postawić na bardziej praktyczne rozwiązania, nawet kosztem estetyki. Trzeba znać swój target rynkowy, prawda?

  • Telefon bez umowy w T-Mobile. Co oferuje popularna sieć?

    Telefon bez umowy w T-Mobile. Co oferuje popularna sieć?

    Rozmowy, SMS-y i internet bez umowy – czy to możliwe? Przyjrzyjmy się ofercie T-Mobile.

    Nie każdy potrzebuje abonamentu telefonicznego, dlatego popularni operatorzy przygotowują ofertę dla tych, którzy nie chcą wiązać się umowami. Dziś sprawdzimy, co T-Mobile oferuje w ramach swojej propozycji bez umowy.

    Co oferuje T-Mobile bez umowy?

    Abonamenty i promocje są dla nas atrakcyjne, ale nie samymi umowami człowiek żyje. Niedawno przyjrzeliśmy się interesującym ofertom operatorów na 24 miesiące, teraz sprawdzimy, co poszczególne sieci przygotowały dla tych, którzy nie chcą się zobowiązywać na dwa lub trzy lata. Dziś skupimy się na T-Mobile. Czy sieć znana z magentowego koloru ma interesujące oferty bez podpisywania umowy? Czas to zweryfikować.

    T-Mobile oferuje obecnie cztery główne pakiety cykliczne, które odnawiają się co 30 dni:

    • GO! S (30 zł/mies.): To budżetowa taryfa z nielimitowanymi rozmowami, SMS-ami i MMS-ami, a także paczką 30 GB internetu (15 GB podstawy + 15 GB z promocji) oraz 10,31 GB w roamingu UE. Nie bierze udziału w promocji „9999 GB na rok”.
    • GO! M (35 zł/mies.): Bardzo optymalny pakiet z nielimitowanymi rozmowami, SMS, MMS, 50 GB internetu (30 GB + 20 GB bonusu), 12,03 GB w UE i pierwszy miesiąc za 0 zł przy doładowaniu za minimum 10 zł. Daje także dostęp do pakietu „9999 GB na rok”.
    • GO! L (45 zł/mies.): Oferuje 150 GB internetu (120 GB + 30 GB bonusu), 15,47 GB w UE oraz 2 miesiące YouTube Premium za darmo – atrakcyjny dodatek.
    • GO! XL (50 zł/mies.): Najwyższy pakiet, który zapewnia 300 GB danych (270 GB + 30 GB bonusu), 17,19 GB w UE oraz 3 miesiące YouTube Premium gratis. Nowi klienci, którzy kupują eSIM online, mogą nabyć ten pakiet za 20 zł przez pierwsze 30 dni.

    Warto dodać, że do taryf M, L i XL doliczane są dodatkowe gigabajty za rejestrację i zgody marketingowe (np. 200 GB za zgody marketingowe + 200 GB na start itp.).

    Czytaj dalej poniżej


    T-Mobile udostępnia darmową nawigację Polski na 2 miesiące

    To jednak nie wszystko, bowiem niektóre pakiety biorą udział w dodatkowych promocjach:

    • 9999 GB na rok: dla pakietów M, L i XL. Klienci otrzymują 12 paczek po 833,25 GB miesięcznie, przyznawanych automatycznie przy odnawianiu pakietu.
    • Dodatkowe gigabajty za doładowania: Niewykorzystane gigabajty pozostają na koncie, a dodatkowe przyznawane są za doładowania, np. paczka 30 GB na 30 dni za określoną kwotę.
    • Dostęp do Magenta Moments: To specjalna sekcja z ofertami i promocjami od T-Mobile, w tym z propozycjami od partnerów. Można zyskać np. tanie bilety do kina, promocje na jedzenie na wynos i inne atrakcje – niektóre oferty są wyjątkowo korzystne.


    Który pakiet opłaca się najbardziej? Decydując się na T-Mobile bez umowy, najkorzystniejszą ofertą wydaje się być pakiet GO! M – w cenie 35 zł, z pierwszym miesiącem bez opłat. Wystarczy doładować kartę za 10 zł – te pieniądze zostają na koncie i można je wykorzystać. Dodatkowo uczestniczymy w promocji rocznej, otrzymując 9999 GB. Warto również zwrócić uwagę na pakiet XL, w którym pierwszy miesiąc kosztuje jedynie 20 zł, a dodatkowo otrzymujemy 3 miesiące dostępu do YouTube Premium.

    Czego unikać? Lepiej zrezygnować z pakietu GO! S, który jest niewiele tańszy od M, a nie daje dostępu do promocji z comiesięcznymi paczkami gigabajtów ani nie pozwala skorzystać z darmowego miesiąca.

    Czy telefon bez umowy się opłaca?

    Wielu użytkowników wiąże się z danym operatorem na dłużej, korzystając z umowy na abonament lub innej formy MIX. W rzeczywistości nie musimy decydować się na długoterminową współpracę z jedną siecią, ponieważ rynek oferuje wiele elastycznych rozwiązań dla osób, które preferują pragmatyczne podejście. Różnice między ofertami operatorów zacierają się, a nawet bez umowy można znaleźć ciekawe pakiety – do czego zachęcają propozycje T-Mobile przedstawione powyżej.

    Elastyczność jest w obecnych czasach bardzo cenna, ponieważ umożliwia łatwą zmianę pakietu lub przejście do innego operatora, kiedy nasze potrzeby się zmienią lub pojawi się korzystniejsza oferta. W wielu sytuacjach brak abonamentu może być bardzo dogodny.

  • WhatsApp przestanie od wtorku działać na tych smartfonach. Nie ma odwrotu

    WhatsApp przestanie od wtorku działać na tych smartfonach. Nie ma odwrotu

    Nadchodzące tygodnie przyniosą istotne zmiany dla użytkowników starszych modeli smartfonów.

    Popularna aplikacja WhatsApp ponownie zwiększa swoje wymagania systemowe, co oznacza zakończenie wsparcia dla urządzeń z starszymi wersjami systemów Android oraz iOS. Pierwszy kluczowy termin przypada na wtorek, 8 września 2026 roku. Od tego dnia aplikacja przestanie działać na telefonach z systemem Android 5. Aby kontynuować korzystanie z możliwości wysyłania wiadomości i prowadzenia rozmów, niezbędne będzie posiadanie smartfona z Androidem 6 lub nowszym. Dla większości użytkowników nie powinno to stanowić problemu, ponieważ ten system zadebiutował na rynku ponad dekadę temu, w październiku 2015 roku.

    Kolejne kluczowe zmiany wprowadzono na jesieni. Od 30 listopada 2026 roku WhatsApp podniesie wymagania także dla użytkowników sprzętu marki Apple, wycofując wsparcie dla wersji systemu iOS starszych niż 15.5. Zmiana ta dotyczy głównie posiadaczy takich modeli jak iPhone 6s, iPhone 6s Plus, iPhone SE pierwszej generacji oraz iPhone 7 i iPhone 7 Plus, o ile nie posiadają najnowszej aktualizacji.

    Aktualizacja oprogramowania lub wymiana sprzętu

    Pomimo że data 30 listopada może wydawać się niepokojąca dla posiadaczy starszych telefonów Apple, ich sytuacja jest zupełnie inna niż w przypadku użytkowników Androida. W przypadku smartfonów z Androidem 5 brakuje oficjalnych opcji aktualizacji systemu, co oznacza, że jedynym rozwiązaniem, które pozwoli na dalsze korzystanie z komunikatora, jest nabycie nowego modelu.

    Właściciele wymienionych modeli iPhone’ów nie muszą jednak od razu udawać się do sklepów z elektroniką. Ostatnią aktualizację dla tych urządzeń Apple udostępniło w maju tego roku, a jej numer to 15.8.8. Osoby, które skorzystały z tej aktualizacji, zachowają dostęp do komunikatora. WhatsApp przestanie działać tylko u tych, którzy zignorowali powiadomienia i nie zainstalowali najnowszej wersji oprogramowania. Dlatego warto sprawdzić ustawienia systemowe i zaktualizować iOS do wersji 15.8.8, aby WhatsApp działał nieprzerwanie.

    Czytaj dalej poniżej


    WhatsApp wprowadza opłaty za niektóre wiadomości. Kogo to dotyczy?

    Przed nadchodzącymi zmianami warto upewnić się, jaką wersję systemu posiada nasz telefon, a jeśli konieczna jest zmiana urządzenia na nowoczesne, pamiętajmy o zrobieniu kopii zapasowej historii czatów i innych aplikacji.

  • Google rozdaje rabaty na Pixela 11. Sprawdź swoją skrzynkę Gmail

    Google rozdaje rabaty na Pixela 11. Sprawdź swoją skrzynkę Gmail

    Google przygotowało wyjątkową niespodziankę dla członków społeczności Lokalnych Przewodników.

    W najnowszym zestawieniu aktywności za sierpień, uczestnicy programu „Lokalny Przewodnik” mogą skorzystać z dedykowanego kodu promocyjnego, który zapewnia 15% zniżki na zakup premierowych smartfonów z serii Pixel 11. Biorąc pod uwagę ceny flagowych urządzeń, ta zniżka może przynieść oszczędności sięgające nawet tysiąca złotych, a prawdziwe okazje zaczyna się odkrywać w koszyku w oficjalnym sklepie Google Store.

    Standardowy rabat, dostępny w wiadomości e-mail, łączy się z aktualnymi promocjami na środki do wydania na akcesoria, takie jak zegarek Pixel Watch 5 czy nowe słuchawki. Na przykład, w przypadku podstawowego modelu Pixel 11 w wersji 256 GB, cena po zastosowaniu kuponu wynosi 3696,65 zł (oszczędność wynosi 652,35 zł), a na konto kupującego trafia dodatkowo 600 zł do wykorzystania w sklepie. Natomiast dla modelu Pixel 11 Pro 256 GB cena po rabacie wynosi 4419,15 zł (oszczędność rzędu 779,85 zł) oraz gwarantuje zwrot w wysokości 700 zł.

    Problematyczna promocja przy modelu Pro XL?

    Najbardziej interesująca sytuacja dotyczy zakupu największego flagowca, tj. Pixela 11 Pro XL. W trakcie finalizacji zamówienia występuje wyraźny błąd systemowy, który nalicza dwie niezależne pule cashbacku, odpowiednio 800 zł oraz 700 zł. W efekcie, zamawiając model Pro XL 256 GB w cenie 5226,65 zł (po rabacie wynoszącym 922,35 zł), kupujący zyskuje aż 1500 zł w formie środków do wydania na kolejne zakupy.

    Wszystkie zamówienia objęte są darmową dostawą, a przyznane środki promocyjne trafiają bezpośrednio na konto Google w ciągu 24 godzin od momentu wysłania sprzętu. Dla osób rozważających wymianę smartfona lub poszukujących kompletnego ekosystemu Google, jest to niewątpliwie jedna z najbardziej korzystnych okazji tego roku. Warto jednak pamiętać, że błędy cenowe w koszykach mogą być szybko poprawiane przez administratorów sklepu. Kod promocyjny jest ważny do 20 września 2026 roku, co daje nam niecałe dwa tygodnie na jego wykorzystanie.

    Czytaj dalej poniżej


    Pixel 11 Pro (XL) nie jest dla każdego. Ten aparat mnie zadziwia

    Źródło: Pepper

  • Mortal Shell 2 naprawił dwa kluczowe problemy gatunku soulslike

    Mortal Shell 2 naprawił dwa kluczowe problemy gatunku soulslike

    Mortal Shell 2 to jedna z najbardziej oczekiwanych premier tego roku. Nie zawiodłem się. Gra ta naprawiła wiele błędów, które od lat dręczą gatunek soulslike.

    Nie nazwałbym się entuzjastą soulslike’ów. Niemniej jednak mam na koncie wiele gier z tego gatunku, w tym Soulsy, Elden Ring, Wuchanga, Wukonga, Code Vein, Sekiro, Lords of the Fallen i prawdopodobnie jeszcze kilka innych, które wyleciały mi z pamięci. Niemal wszystkie z nich powtarzały kilka irytujących błędów i mechanik, jakoby zostały one wpisane w DNA soulslike’ów, a nie wszystkie z nich powinny.

    Mortal Shell 2 to znaczący krok naprzód w porównaniu do poprzednika

    Zanim zagrałem w dwójkę, postanowiłem przejrzeć oryginalnego Mortal Shella. Zrobiłem to, aby zobaczyć, jak wielki postęp poczynili twórcy przez te lata i muszę przyznać, że zmian jest niesamowicie dużo. Pierwszy Mortal Shell był zaledwie przeciętnym soulslikiem, a nawet jako gra nie spełniał oczekiwań. Trzeba jednak przyznać, że mechanika stwardnienia była pewnym powiewem świeżości. Szkoda, że w drugiej części została zepchnięta na margines. Poza tym, pod każdym względem kontynuacja jest lepsza od swojego poprzednika. Mamy więcej broni (choć wciąż trochę za mało), więcej skorup, więcej przeciwników (tutaj również zmieściłoby się ich więcej), większą mapę oraz więcej możliwości rozwoju postaci.

    Jednak to, co najbardziej przykuło moją uwagę, to praca kamery i sterowność postaci. W żadnym z soulslike’ów nie czułem takiej precyzyjnej kontroli nad moją postacią. Jest ona szybka, zwinna, wykonuje polecenia natychmiast, a hit-boxy są na wysokim poziomie. Nie ma tu ociężałości, która towarzyszy całemu gatunkowi. Zachwyciłem się tą grą już w momencie, gdy jeden z pierwszych przeciwników schował się pod moim mieczem i zadał mi cios z boku. Bossowie, nawet ci więksi, nie powodują, że kamera wariuje. Soulslike’i często uwielbiają gigantycznych przeciwników, których ekran nie jest w stanie objąć, co skutkuje niezgrabną perspektywą walki, zaburza autopodążanie lub po prostu frustruje, gdy nie możemy dokładnie zobaczyć, co boss aktualnie robi. W efekcie, kamera staje się czasami najbardziej wymagającym przeciwnikiem. W Mortal Shell 2 problem ten nie występuje. Nawet najwięksi bossowie mieszczą się w kadrze, a kamera działa harmonijnie z naszą postacią, zamiast przeciwko niej.

    Lore nie tylko w opisach przedmiotów

    Kolejnym problemem, który moim zdaniem gra skutecznie rozwiązuje, jest sposób opowiadania historii i odkrywania świata. W grach Miyazakiego, aby dowiedzieć się czegokolwiek o przedstawionym uniwersum, trzeba zagłębiać się w opisy przedmiotów, a większość wątków zostaje niedopowiedziana. Znana jest historia z dzieciństwa twórcy gry, który czytał książki po angielsku, ale nie znał go zbyt dobrze, więc sam wypełniał luki swoją wyobraźnią. Taką samą przygodę chciałby zafundować graczom, co rozumiem. Nie rozumiem jednak, dlaczego praktycznie każdy soulslike naśladuje ten sam system narracyjny, jakby wszyscy w tej branży przeżyli to samo, co Hidetaka Miyazaki. Niech twórcy wiedzą, że to nie system narracyjny czyni grę soulslike’iem, lecz mechanika rozgrywki. Śmiało możecie opowiedzieć historię w bardziej przystępny sposób.

    Czytaj dalej poniżej

    Masz telewizor od TCL? Szykuj się na fenomenalną nowość!

    Mortal Shell 2 podszedł do fabuły z niemal dziennikarską precyzją, stawiając na zasadę „show, don’t tell”. Mamy nie tylko postaci, z którymi możemy rozmawiać i które przybliżają nam kontekst świata gry. Już na początku zabawy witani jesteśmy przerywnikiem filmowym, który wprowadza nas w bieżące wydarzenia i nawiązuje do fabuły znajdującej się pomiędzy pierwszą a drugą częścią. Dodatkowo w grze zaimplementowano system wspomnień, który umożliwia nam przeżycie najważniejszych momentów z życia skorup, co pogłębia naszą więź z nimi i pozwala na odblokowanie dalszych gałęzi drzewa umiejętności. Fabuła nie tylko nie jest odseparowana od rdzenia rozgrywki, jak w większości soulslike’ów, lecz jest ściśle związana z rozwojem postaci. W odróżnieniu od innych gier z tego gatunku, gdzie historię trzeba wyciskać jak z pustej tubki, tutaj jesteśmy nią dogłębnie karmieni.

    Przyznaję, że popełniłem błąd

    Mimo że wcześniej wspominałem o dwóch problemach soulslike’ów, które Mortal Shell 2 naprawia, na początku myślałem, że jest ich trzy. Jednak postęp w grze uświadomił mi, że się myliłem. Chodzi o system staminy, który jest jedną z najbardziej znienawidzonych przeze mnie części tego gatunku. Zawsze powtarzałem sobie, że po co to w ogóle istnieje. Gdy zadam przeciwnikowi jeden dodatkowy cios, zanim zakończy się okienko, to przecież nic się nie stanie, prawda?

    Rzeczywistość pokazała mi, bym był ostrożny z tym, czego pragnę. Brak systemu staminy na początku może być przyjemny, szczególnie podczas eksploracji świata. Problem pojawia się jednak przy bossach. Okazuje się, że aby zrekompensować nasz brak staminy, bossowie muszą być ekstremalnie agresywni, co sprawia, że każdy jest prawie identyczny. Nie mam na myśli ich designu – tutaj różnorodność jest wręcz imponująca. Zwyczajnie, niezależnie od tego, czy boss ma macki, maczugę, miecz, czy jeździ walcem, walki z nimi są zbudowane na jedno kopyto. Atakują bez wytchnienia, szarżują i przypierają do muru. Muszą to robić, bo w przeciwnym razie zalałbym ich ciosami.

    Podsumowując, Mortal Shell 2 oceniam pozytywnie, chociaż jest wiele rzeczy do poprawy, część do przywrócenia, a inne do porzucenia. Niemniej jednak postęp, jaki studio poczyniło między pierwszą a drugą grą, jest godny uznania. Jeśli utrzymają taką dynamikę rozwoju, nie mam wątpliwości, że ich kolejny tytuł może zbliżyć się do miana arcydzieła.

  • Duża aktualizacja dla Samsungów: Android 17 już za kilka dni!

    Duża aktualizacja dla Samsungów: Android 17 już za kilka dni!

    Właściciele najnowszych smartfonów Samsunga mogą szykować się na wiele zmian w swoich urządzeniach.

    Samsung potwierdził, że wkrótce rozpocznie udostępnianie stabilnej wersji One UI 9, czyli najnowszej wersji ich autorskiej nakładki opartej na systemie Android 17. Pierwszymi urządzeniami, które otrzymają nowe oprogramowanie, będą modele z rodziny Galaxy S26. Producent od kilku miesięcy intensywnie testuje Androida 17 na swoich smartfonach. Program beta dla serii Galaxy S26 doczekał się już ósmej wersji, co sugeruje, że jesteśmy już na ostatniej prostej przed rozpoczęciem szerokiej dystrybucji. Firma poinformowała na swoim forum społecznościowym, że stabilna aktualizacja pojawi się niebawem. Jak na razie Samsung nie podał jeszcze konkretnej daty rozpoczęcia aktualizacji, jednak komunikat sugeruje, że użytkownicy nie będą musieli czekać długimi tygodniami. Jeśli Samsung utrzyma dotychczasowy rytm wdrażania dużych aktualizacji, pierwsze Galaxy S26 mogą otrzymać One UI 9 już na początku września.

    One UI 9 jest już prawie gotowe. Android 17 trafi najpierw na Galaxy S26

    Na pierwszy ogień pójdą modele Galaxy S26, Galaxy S26+ oraz Galaxy S26 Ultra. To właśnie na tej generacji Samsung prowadził dotychczas najbardziej zaawansowane testy nowego systemu. Nie oznacza to jednak, że pozostałe smartfony zostaną pominięte. One UI 9 powinno w kolejnych miesiącach trafić na szeroką gamę urządzeń Galaxy. Wśród kwalifikujących się modeli znajdują się między innymi serie Galaxy S23, S24 i S25, nowsze składane smartfony oraz wybrane urządzenia z rodziny Galaxy A.

    Co nowego przyniesie One UI 9?

    Android 17 stanowi podstawę aktualizacji, ale z perspektywy użytkownika znacznie ważniejsza będzie autorska nakładka Samsunga, czyli One UI 9. Koreańczycy przygotowali własne zmiany interfejsu oraz funkcje dostosowane do ekosystemu Galaxy. Warto pamiętać, że nie wszystkie możliwości Androida 17 muszą pojawić się jednocześnie na każdym modelu. Część funkcji zależy od konkretnego procesora, możliwości sprzętowych oraz dodatkowych rozwiązań rozwijanych przez Samsunga.

    Nowy system to także większe bezpieczeństwo oraz kilka nowych narzędzi dla kreatywnych użytkowników. Pojawią się także bardziej rozbudowane opcje personalizacji związane z ekranem głównym: moduł Home Up w wersji na Androida 17 pozwoli m.in. na zmianę tła docka, liczby ikon w dolnym pasku oraz przypisywanie gestów wieloma palcami do konkretnych akcji.

    Czytaj dalej poniżej

    Ważna aktualizacja Samsunga wylądowała. Co w niej?

    Warto także zauważyć, że Android 17, na którym opiera się One UI 9, wnosi duże zmiany w zarządzaniu oknami aplikacji i wielozadaniowości. Samsung wykorzystuje te nowości w trybie DeX, ułatwiając przenoszenie okien między pulpitami oraz dodając podgląd biurek na ekranie ostatnich aplikacji, co pozwala na szybkie przeskakiwanie między zestawami otwartych programów. Dzięki temu Galaxy z One UI 9 jeszcze bardziej zbliżą się doświadczeniem do klasycznego systemu komputerowego, co z pewnością docenią osoby pracujące na monitorze z podłączonym telefonem.

    Kiedy aktualizacja pojawi się w Polsce?

    W przypadku Polski kluczowe znaczenie będzie miał etap dystrybucji przypisany do konkretnego rynku. Samsung często rozpoczyna wdrażanie aktualizacji etapami, dlatego nawet posiadacze identycznego modelu mogą otrzymać powiadomienie o dostępności systemu w różnych terminach. Nie zmienia to jednak faktu, że Android 17 dla urządzeń Samsunga przestaje być odległą perspektywą. Stabilne One UI 9 jest już praktycznie gotowe, a pierwsze telefony Galaxy S26 powinny otrzymać aktualizację lada moment. Później rozpoczną się znacznie szersze aktualizacje obejmujące starsze generacje Galaxy, których pełną listę można znaleźć tutaj.