Kategoria: Wiadomości

  • Ta gra pokazuje wady i zalety całej branży. A to nieoczywisty przykład

    Ta gra pokazuje wady i zalety całej branży. A to nieoczywisty przykład

    Kolejny rok, ten sam lód

    Ta edycja miała być momentem, w którym seria w końcu nabierze tempa, oferując coś więcej niż kosmetyczne zmiany i aktualizację składów. Oczekiwania wobec EA były znaczne, zwłaszcza że takie podejście dotyczy także wielu innych gier. NHL 27 to produkcja, która z jednej strony dostarcza sporo frajdy, a z drugiej przypomina, że twórcy nie mają żadnej konkurencji i co roku prezentują niemal ten sam tytuł. Po wielu godzinach grania staje się jasne, że nie otrzymaliśmy żadnych przełomowych nowości, które pozostaną w naszej pamięci na długi czas. Mimo to, gra na lodzie jest całkiem przyjemna, więc jeśli po prostu lubisz hokej na konsoli, to tytuł ten spełni Twoje oczekiwania. Tylko tyle i aż tyle.

    Oprawa wizualna: piękne hale i twarze z edytora postaci?

    EA Vancouver skupiło się na detalach aren, odtwarzając z niezwykłą precyzją charakterystyczne elementy każdej z 32 hal NHL. Widok flag Toronto Maple Leafs (lub innej drużyny, ale tych zdecydowanie lubię najbardziej) powiewających wśród kibiców przed meczem czy specyficzne animacje w wybranych obiektach robią wrażenie. Twórcy zadbali o to, by każda arena miała swój unikalny klimat, co w połączeniu z nowym systemem oświetlenia sprawia, że mecze oglądane z daleka prezentują się naprawdę przyjemnie. Szczegóły, takie jak rysy na szybach po strzałach czy ślady łyżew na lodzie, który z czasem pokrywa się śniegiem, dodają realizmu.

    Jednak gdy kamera zbliża się do twarzy zawodników, czar pryska. Modele postaci, zwłaszcza tych starszych, wyglądają jak nieudane próby odtworzenia ich wyglądu w edytorze postaci. Publiczność na trybunach to kolejny element, który psuje całe wrażenie – sztywne, powtarzające się animacje kibiców sprawiają, że trudno uwierzyć, iż mamy do czynienia z grą nowej generacji. Szczególnie w zestawieniu z innymi tytułami sportowymi, gdzie tłumy zachowują się naturalnie, NHL 27 wypada co najmniej dziwnie.

    Źródło: Gino Hard.

    Czytaj dalej poniżej

    DLSS 5 w NBA 2K27. Kto klatki daje i zabiera...

    Kapitalny soundtrack i bezduszny komentarz

    Największym zaskoczeniem jest jednak warstwa dźwiękowa. Ścieżka dźwiękowa to zdecydowanie najlepszy element tej edycji. Klasyczne utwory doskonale wpasowują się w klimat gry. Co więcej, menu zawiera teraz informacje o historii poszczególnych utworów i ich związku z konkretnymi drużynami, co stanowi miły dodatek dla fanów. Niestety, to, co w muzyce jest plusem, w komentarzu staje się minusem. Nowy duet komentatorski, w składzie John Buccigross i Darren Pang, to krok wstecz. Ich wypowiedzi brzmią sztucznie, pozbawione emocji, a powtarzające się w kółko frazy szybko irytują. Paradoksalnie, gra domyślnie wyłącza komentarz.

    Rozgrywka na lodzie: playbooki, lepsza obrona i spokojniejsze tempo

    Serce każdej gry sportowej bije na lodzie i tutaj NHL 27 prezentuje się całkiem solidnie. Największą zmianą jest wprowadzenie systemów taktycznych, czyli playbooków dla każdej z 32 drużyn NHL. Teoretycznie ma to uczynić zespoły bardziej autentycznymi, stosując specyficzne dla siebie zagrania. W praktyce różnice są raczej subtelne, ale dostrzegalne dla większych entuzjastów. Toronto faktycznie częściej stara się rozgrywać krążek w strefie neutralnej, podczas gdy inne drużyny stawiają na bardziej bezpośrednie ataki.

    Mechanika rozgrywki uległa pewnym usprawnieniom. Uderzenia są bardziej zróżnicowane – nie każde zderzenie kończy się wysłaniem zawodnika w powietrze. Czasami gracze potykają się, tracą równowagę lub są jedynie odpychani od krążka, co wygląda bardziej naturalnie. Udoskonalono również elementy defensywne, takie jak odbieranie krążka kijem czy podnoszenie kija przeciwnika, co sprawia, że gra w obronie jest bardziej satysfakcjonująca. Bramkarze na wyższych poziomach trudności są trudniejsi do pokonania, co wymusza bardziej przemyślane ataki.

    Tempo meczów zostało nieco spowolnione, co sprzyja zarówno samej rozgrywce, jak i odbiorowi całości. Mimo kilku usprawnień, wciąż można dostrzec powtarzające się schematy w zachowaniu AI. Zawodnicy sterowani przez komputer czasami podejmują irracjonalne decyzje, a bramkarze mają swoje chwile, gdy wydają się niepokonani, by chwilę później puścić gola z niemożliwej pozycji. To nie jest gameplay, który zmienia zasady gry, ale na pewno jest wystarczająco dopracowany, aby dostarczyć sporo godzin dobrej zabawy.

    Tryby gry: zmarnowany potencjał Connected Franchise i stagnacja w Be a Pro

    Największym rozczarowaniem NHL 27 są tryby gry, które miały być wizytówką tej edycji. Powrót Connected Franchise, trybu dla wielu graczy, został przyjęty z entuzjazmem, ale szybko okazało się, że jest to produkt mocno okrojony. Tryb ten pozwala na stworzenie ligi od 3 do 32 graczy, jednak brakuje możliwości dodania drużyn sterowanych przez komputer. Jeśli chcesz mieć pełną, 32-zespołową ligę, musisz zgromadzić 32 prawdziwych graczy, co stanowi spore wyzwanie. Tryb Be a Pro, czyli kariera pojedynczego zawodnika, również nie zachwyca nowościami. Gracz prowadzi swojego hokeistę od debiutu w AHL, starając się przebić do NHL i zostać kapitanem drużyny. System konferencji prasowych, w którym odpowiadamy na pytania dziennikarzy, aby budować swoją markę, jest praktycznie identyczny jak w poprzedniej części. Nagłówki wiadomości między meczami powtarzają się w kółko, a reakcje świata gry na nasze osiągnięcia są często nieadekwatne. Przykładowo, nawet jeśli drużyna wygrywa wysoko, a nasz zawodnik nie zdobył punktu, może zostać przedstawiony jako ten, który miał „trudny wieczór”. Brak ścieżki rozwoju przez ligi juniorskie, znanej z NHL 11, sprawia, że tryb ten jest mniej angażujący, niż mógłby być.

    Monetyzacja ponad wszystko – HUT i World of Chel

    Hockey Ultimate Team (HUT) oraz World of Chel to tryby, które istnieją głównie po to, aby generować przychody z mikrotransakcji. W HUT nadal płacenie prawdziwymi pieniędzmi daje znaczną przewagę, a system przepustki sezonowej w World of Chel sprawia, że rozwój statystyk postaci jest uzależniony od wydawania pieniędzy lub spędzania setek godzin na grindzie. To model, który od lat budzi kontrowersje, a w NHL 27 nie uległ żadnej poprawie. Dla graczy, którzy nie chcą angażować się w ten system, pozostaje gra przeciwko CPU lub innym graczom na równych warunkach, ale tryby te są zaprojektowane tak, aby zachęcać do wydawania pieniędzy.

    Podsumowanie – czy warto?

    NHL 27 to gra, która nie jest ani zła, ani dobra – jest po prostu wystarczająca. Dla graczy, którzy przegapili NHL 26 lub nie mieli styczności z serią od kilku lat, będzie to tytuł oferujący solidną dawkę hokejowej rozgrywki. Poprawiona oprawa stadionów, świetna ścieżka dźwiękowa i dopracowany gameplay sprawiają, że mecze są przyjemne. Jednak dla weteranów serii, którzy oczekiwali prawdziwych zmian, NHL 27 będzie rozczarowaniem. Brak innowacji w trybach gry oraz ogólne wrażenie, że to tylko „aktualizacja składów” w cenie pełnoprawnej gry sprawiają, że trudno polecić tę edycję każdemu.

    NHL 27


    plusy

    • Bardzo dobrze odwzorowane hale i detale lodu
    • Świetna, klimatyczna ścieżka dźwiękowa
    • Poprawiona fizyka starć i gra w defensywie
    • Dodanie playbooków zróżnicowało taktykę drużyn

    minusy

    • Sztuczny, irytujący komentarz meczowy
    • Słabe modele twarzy i sztywne animacje trybun
    • Okrojone i powtarzalne tryby gry
    • Agresywne mikrotransakcje

    Grę na potrzeby recenzji udostępnił wydawca. Firma nie miała wglądu ani wpływu na treść artykułu przed publikacją.

  • Trolling roku? Prawdziwy Tim Cook reklamuje telefony Samsung

    Trolling roku? Prawdziwy Tim Cook reklamuje telefony Samsung

    Prawdziwy Tim Cook reklamuje Samsunga. To szczyt komedii i naprawdę udany pstryczek w nos Apple.

    Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, co Tim Cook ma w planach po zakończeniu swojej kadencji jako CEO Apple? Nikt z pewnością nie spodziewał się, że osoba o tym imieniu i nazwisku będzie promować produkty Samsunga. W rzeczywistości nie chodzi o byłego prezesa, choć zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa. Nowozelandzki oddział koreańskiej firmy zaskoczył wszystkich, prezentując trolling roku, a może i dekady.

    Tim Cook wybiera Samsunga – ale to nie ten Tim, lecz ten Samsung

    Niektóre rzeczy przeszłyby przez myśli nawet najbardziej kreatywnych umysłów. Jedną z takich wizji jest Tim Cook, były CEO Apple, reklamujący produkty konkurencji – szczególnie gdy tą konkurencją jest koreański Samsung. Z drugiej strony, z racji przejścia na emeryturę, być może to idealny moment na poszerzenie swoich horyzontów? Możemy być pewni, że ten amerykański Tim na razie nie zamierza zmieniać obozu technologicznego. Z kolei Tim Cook z Nowej Zelandii postanowił wyjść na przeciw innym wyzwaniom.

    Nowozelandzki oddział Samsunga wpadł na genialny pomysł, tworząc nową kampanię marketingową z prawdziwym Timem Cookiem jako twarzą promocji. Ten Nowozelandczyk jest agentem nieruchomości związanym z agencją Harcourts w Palmerston North i, co zabawne, nie tylko imię i nazwisko go łączy z byłym prezesem Apple, ale również zewnętrzny wygląd. Rzeczywiście, obaj panowie są do siebie bardzo podobni. Zobaczcie, jak Samsung skutecznie zareklamował swoje produkty w krótkim filmie, który zdobył popularność w internecie:

    Reklama została opublikowana krótko po prezentacji Apple, gdzie zaprezentowano iPhone’a Duo. Tim Cook z Nowej Zelandii trzyma w ręku Samsunga Galaxy Z Fold 8, który jest bezpośrednim konkurentem nowego urządzenia Apple. Podczas gdy amerykański Tim z konieczności wybrał model Duo, jego nowozelandzki odpowiednik zdecydował się na składany telefon od koreańskiego producenta.

    Tim Cook ma ogłoszenie. A tym razem dotyczy to Galaxy.

    Oprócz komediowych walorów, reklama Samsunga ma na celu zwrócenie uwagi na długą historię firmy w tworzeniu składanych telefonów, sięgającą już 7 lat. W ciągu tego czasu Samsung zdobył znaczne doświadczenie, którym Apple nie może się pochwalić. Ewidentnie firma chciała podkreślić, kto staje się liderem w innowacjach. Oczywiście nie możemy zignorować, że takie żarty i docinki w stronę konkurencji przywołują na myśl czasy, gdy nawet technolodzy giganci potrafili podchodzić z większym dystansem do siebie i swoich produktów. Przyznam, że dzisiaj brakuje mi takiego podejścia, a wiele spraw wydaje się nadmiernie wypucowane i dążące do perfekcji. W końcu smartfony to nie świętość – czy nie powinniśmy pozwolić sobie na odrobinę humoru?

    Czy Apple rzeczywiście jest spóźnione o kilka generacji? Niektórzy są przekonani, że tak. Inni, bardziej przychylni Apple, uważają, że firma w ten sposób doskonale przygotowała swój produkt na debiut, opierając się na doświadczeniach i problemach konkurencji. Czy iPhone Duo dostarczy bezproblemowe doświadczenia i unika problemów wieku dziecięcego? Odpowiedzi na te pytania przyniosą dopiero testy praktyczne – na rynkowy debiut składanego telefonu Apple w Polsce musimy poczekać do października, więc uzbrójmy się w cierpliwość.

  • Domowy monitoring bez ciągnięcia kabli. Te kamery zamontujesz w 15 minut

    Domowy monitoring bez ciągnięcia kabli. Te kamery zamontujesz w 15 minut

    Monitoring zewnętrzny domu przestał być odległym marzeniem, a stał się practicalnym i przystępnym rozwiązaniem dostępnym dla każdego. Dzisiaj można łatwo chronić swoją posesję oraz okolice, korzystając z nowoczesnych technologii.

    Za pomocą odpowiednio dobranych kamer, możemy dowiedzieć się, kto zakłóca spokój w naszym ogrodzie, czy to człowiek, czy zwierzę. Istotne jest, aby kamery były dobrze dopasowane do lokalizacji i specyficznych problemów, które mogą wystąpić.

    Coraz częściej dzikie zwierzęta, takie jak lisy, kuny, borsuki, a w niektórych rejonach nawet sarny, schodzą bliżej osiedli w poszukiwaniu pożywienia. Również koty i psy sąsiadów regularnie odwiedzają obce tereny. Bez nagrań trudno ustalić, kto jest źródłem zniszczeń na posesji, dlatego ważne jest, aby mieć na wyposażeniu kamerę z dobrą detekcją ruchu i wyraźnym obrazem nocnym. Pojawiające się na nagraniach detale mogą pomóc w podjęciu skutecznych działań zapobiegawczych, jak na przykład wzmocnienie ogrodzenia w miejscach, gdzie najczęściej dochodzi do podkopów.

    Duża rozdzielczość, kolorowy obraz w nocy i niezależne zasilanie

    Jednym z popularnych modeli jest Tapo C660 KIT, która nagrywa w rozdzielczości 4K (8 MP), co pozwala na precyzyjne odczytywanie szczegółów, takich jak numery rejestracyjne, gatunki zwierząt czy rysy twarzy osób stojących przy furtce. Dzięki technologii widzenia w kolorze nocą (Starlight Sensor + dodatkowe doświetlenie), obraz pozostaje wyraźny i kolorowy nawet po zmroku. Dodatkowo, kamera ma 18-krotny zoom cyfrowy, co zwiększa możliwości jej użycia.

    Najważniejszą funkcją tego modelu jest detekcja ruchu, która rozróżnia kategorie obiektów – osoby, zwierzęta i pojazdy. To znacząco redukuje liczbę fałszywych powiadomień, spowodowanych np. poruszającym się krzakiem czy przejeżdżającym samochodem. Dzięki szerokiemu kątowi widzenia oraz opcji obrotu o 360 stopni, można monitorować wiele newralgicznych punktów bez konieczności instalacji dodatkowych kamer. Tapo C660 KIT obsługuje nagrywanie na kartę microSD oraz przechowywanie w chmurze Tapo Care, a komunikacja prowadzi przez Wi-Fi 2,4 lub 5 GHz. Co więcej, dzięki zasilaniu z panelu słonecznego, montaż można przeprowadzić niemal w dowolnym miejscu bez potrzeby podciągania kabli zasilających.

    Dodatkowe oświetlenie, syrena i śledzenie obiektów

    Innym interesującym modelem jest Tapo C615F KIT, która operuje w rozdzielczości 2K (2304 na 1296 pikseli, 3 MP) oraz posiada mechaniczny obrót w zakresie 360 stopni w poziomie i 130 stopni w pionie. Umożliwia to szeroką kontrolę nad ogrodem oraz podjazdem. Kamera wyposażona jest w reflektor LED o mocy 800 lumenów, który pozwala na kolorowe widzenie nocą. Dodatkowo, dzięki technologii AI, wykrywa osoby, zwierzęta i pojazdy oraz automatycznie je śledzi, co zwiększa bezpieczeństwo. Wbudowany mikrofon, głośnik oraz syrena o głośności 97 dB to dodatkowe atuty tego modelu, równie zasilana za pomocą dołączonego panelu słonecznego.

    Brak Wi-Fi to nie problem – kamera z własnym zasilaniem i dostępem do internetu

    W wielu przypadkach, zasięg Wi-Fi może okazać się problematyczny przestrzenią na naszej posesji. Dla takich sytuacji sprawdzi się kamera Tapo C615G KIT, która łączy się z internetem przez gniazdo nanoSIM i działa w standardzie 4G LTE. Model ten zachowuje rozdzielczość 2K, podobnie do modelu C615F, ale jest całkowicie niezależny od Wi-Fi. To idealne rozwiązanie na większe posesje, altany, a także działki poza miastem. Przy zasilaniu z akumulatora o pojemności 6700 mAh oraz dołączonym panelu solarnego, E15m wystarcza na długi czas pracy – bez dostępu do światła nawet przez 120 dni.

    Którą kamerę wybrać?

    Wybór odpowiedniego modelu kamery zależy głównie od miejsca jej montażu oraz dostępności sieci. Tapo C660 KIT sprawdzi się w lokalizacjach, gdzie kluczowa jest jakość obrazu i pełny obrót o 360 stopni, idealna na przykład przy wjeździe na posesję. Tapo C615F KIT będzie najlepsza przy dostępności Wi-Fi, gdy istotne są funkcje oświetleniowe i rotacja kamery. Z kolei Tapo C615G KIT to doskonały wybór w miejscach bez sygnału Wi-Fi, gdzie monitoring jest wymagany. Warto dodać, że wszystkie elementy montażowe znajdują się w zestawie, co sprawia, że instalacja staje się prostsza i szybsza.

    —

    Materiał powstał we współpracy z marką TP-Link

  • Dom 120 m2 w 48 godzin. Nowa technologia budowy bez cegły

    Dom 120 m2 w 48 godzin. Nowa technologia budowy bez cegły

    Czas na nową jakość budowy

    Czekasz już pół roku, aż budowlańcy wykopią fundamenty i postawią pierwsze struktury? W Argentynie wprowadza się nowe metody budowy, które mają na celu przyspieszenie całego procesu.

    Nowoczesne metody budowlane

    W Argentynie domy będą teraz budowane w sposób znacznie bardziej efektywny. Wykorzystanie innowacyjnych technologii oraz materiałów budowlanych ma za zadanie zredukować czas potrzebny na wykonanie poszczególnych etapów budowy.

    Korzyści dla inwestorów

    Dzięki nowym metodom budowlanym inwestorzy mogą liczyć na szybsze wprowadzenie swoich projektów w życie. To oznacza nie tylko oszczędność czasu, ale także potencjalnie mniejsze koszty związane z długotrwałymi pracami budowlanymi.

    Przyszłość budownictwa w Argentynie

    Nowe podejście do budowy domów w Argentynie może wpłynąć na szersze zmiany w branży budowlanej. W dłuższym okresie czasu takie innowacje mogą przynieść pozytywne rezultaty zarówno dla deweloperów, jak i dla przyszłych właścicieli mieszkań.


    Zmiany te mogą zainspirować inne kraje do rozważenia podobnych rozwiązań, prowadząc do dalszego rozwoju branży budowlanej na całym świecie.

  • Leapmotor B03X zadziwia ceną. Jak spisuje się na drodze?

    Leapmotor B03X zadziwia ceną. Jak spisuje się na drodze?

    Bez agresywnej stylistyki, pragmatycznie i z dużą dozą spokoju – tak można krótko opisać Leapmotor B03X, nowego gracza na rynku miejskich samochodów elektrycznych. Producent sugeruje, że będzie to ciekawa alternatywa dla droższych crossoverów segmentu B, oferująca coś wyjątkowego. Jak sprawdza się w praktyce? Miałem okazję to sprawdzić podczas jazdy testowej.

    Przyjazny gadżet zamiast agresywnego SUV-a

    Leapmotor prezentuje nową propozycję dla kierowców, która stanowi samodzielną próbę zdefiniowania, czym powinno być miejskie auto segmentu B. Nie mamy tu do czynienia ani z agresywnym SUV-em, ani kolejnym crossoverem z kryzysem tożsamości – jedynym agresywnym aspektem jest tutaj cena. Nowy model Leapmotor B03X dostępny jest w przystępnej cenie poniżej 100 tysięcy złotych. Choć oferta dotyczy najtańszego wariantu, to nadal mamy do czynienia z ciekawym produktem, stworzonym z wysokiej jakości materiałów, z pomysłowym podejściem do swojej identyfikacji.

    Trudno klasyfikować model B03X jako typowe auto miejskie z określonego segmentu – zrobił na mnie wrażenie jako fajny gadżet, który chciałbym mieć w swojej kolekcji, podobnie jak nowoczesny składany telefon czy inteligentny zegarek. W tym przypadku jednak użyteczność auta można zdecydowanie łatwiej uzasadnić, ponieważ mamy do czynienia z naprawdę solidnym środkiem do przemieszczania się. Zanim opowiem więcej o wrażeniach z pierwszej jazdy (testy miały miejsce w Hiszpanii, w okolicach Malagi), przyjrzyjmy się kilku danym dotyczącym modelu.

    Rzut oka na dane i modele

    Leapmotor w modelu B03X oferuje kompaktową sylwetkę o długości 4,27 metra, szerokości 1,81 metra i wysokości 1,63 metra, a także całkiem niezły rozstaw osi wynoszący 2,605 metra. Mamy zatem do czynienia z autem, które nie jest zbyt duże, ale jednocześnie zapewnia komfort pasażerom w środku. Potwierdzam – przy wzroście 188 cm czułem się wygodnie zarówno jako pasażer, jak i kierowca, choć pozycja za kierownicą mogłaby oferować nieco więcej regulacji – było mi nieco za wysoko. Ale do sedna – sprawdźmy wersje auta oraz ich ceny:

    Life

    • EV PRO (39,8 kWh, 177 KM, zasięg 292 km)
    • Cena premierowa: 94 900 zł

    Life z większym zasięgiem

    • EV PROMAX (53,0 kWh, 197 KM, zasięg 382 km)
    • Cena premierowa: 104 400 zł

    Design

    • EV PROMAX (53,0 kWh, 197 KM, zasięg 382 km)
    • Cena premierowa: 112 900 zł

    Co dostajemy w bazowej cenie, bez dodatkowych opłat? Lista elementów jest imponująca:

    • Pompa ciepła oraz funkcja V2L (zasilanie urządzeń zewnętrznych do 3,3 kW)
    • Pełny pakiet 21 asystentów jazdy ADAS poziomu 2
    • 7 poduszek powietrznych (w tym centralna)
    • Multimedia: centralny ekran dotykowy 14,6″ HD (Leap OS 4.0 Plus) + cyfrowe zegary 8,8″, bezprzewodowy Apple CarPlay / Android Auto, ładowarka indukcyjna 15W, nawigacja online, łączność 4G z OTA
    • Reflektory i światła tylne LED, automatyczna klimatyzacja; kamera cofania oraz tylne czujniki parkowania
    • Kabel do ładowania Typu 2 Tryb 3 (do Wallboxa / słupków AC)
    • 18-calowe felgi stalowe (aluminiowe dostępne w wersji Life PROMAX oraz Design)

    Podczas jazdy testowej miałem do dyspozycji wersję Design z napędem EV PROMAX (53,0 kWh). Ta oferta zawierała m.in. kamery 360 stopni, 12 głośników z efektem dźwięku 7.1 (w wersji Life 6 głośników) oraz fotele pokryte tapicerką z ekoskóry.

    Plastik nie trzeszczy, wnętrze jest przyjemne

    Wnętrze, jak na elektryka przystało, nie ciska w nas morzem przycisków ani szczelin. Jest stonowane, choć nie brakuje mu nowoczesnych akcentów. Panel przedni, prowadzący od jednych drzwi do drugich, ozdobiony jest charakterystycznym wzorem marki, co stanowi jedyną „ekstrawagancję”, obok znanej maskotki Leapmotor. Pośrodku znajduje się duży, 14,6-calowy tablet, a za kierownicą widoczny jest 8,8-calowy cyfrowy wskaźnik dla kierowcy, na którym znajdziemy standardowe informacje, takie jak prędkość czy położenie pojazdu. Fizyczne przyciski są zredukowane do minimum, można je znaleźć jedynie na kierownicy, służą one do regulacji głośności czy ustawienia lusterek bocznych. Pozostałe funkcje obsługiwane są za pomocą ekranu dotykowego.

    Tablet nie zaskakuje oprogramowaniem, ale jego responsywność, czułość dotyku i szybkość działania są na wysokim poziomie. Na dotyk reaguje znakomicie, a jego faktura sprawia, że obsługa odbywa się komfortowo – chociaż osoba przyzwyczajona do tradycyjnych przycisków może mieć trudności z intuicyjną obsługą. To jednak nie jest krytyka wobec Leapmotor, a raczej cecha nowoczesnych samochodów elektrycznych. Pod środkowymi nawiewami znajdują się dwa uchwyty na kubki i ładowarka indukcyjna 15W, w której w moim przypadku wylądowała karta od pojazdu. Jeśli chodzi o łączność, mamy tu oczywiście bezprzewodowe Apple CarPlay i Android Auto.

    Dużym plusem jest jakość wykonania wnętrza. Pierwsze wrażenie z pojazdem sprawia wrażenie produktu premium, mimo że nie jest on szczególnie drogi. Materiały użyte do wykończenia kabiny są bardzo przyjemne w dotyku, a fotele są wygodne. Nic nie trzeszczy ani nie budzi wątpliwości co do jakości, co czasem ma miejsce nawet w droższych autach.

    Leapmotor B03X na zakręcie i nie tylko

    Już pierwsze metry za kółkiem Leapmotor B03X sprawiły, że w mojej głowie pojawił się tylko jeden komentarz – to auto prowadzi się dziwnie! Oferuje 3 tryby wspomagania kierownicy, a w najsilniejszym odczujemy dość dużą izolację od oporu drogi – nawet w najmocniejszym wspomaganiu trybu Sport, ta izolacja pozostaje odczuwalna. Można oczywiście przyzwyczaić się do tego sposobu prowadzenia, ale czułem pewne oddzielenie od drogi. Finalnie chciałbym lepiej czuć, co się dzieje pod kołami, a nie prowadzić auto jak w grze wideo. Nie zmienia to jednak faktu, że manewrowanie nowym Leapmotorem jest precyzyjne, co wspomaga średnica zawracania wynosząca 10 metrów. Producent może się tym pochwalić, ponieważ to rezultat zbliżony do znacznie mniejszych aut miejskich, podczas gdy B03X to 4,3-metrowy samochód, który świetnie skręca. Pomagają w tym również czujniki i kamery 360, zapewniające bardzo dobrą kontrolę nad położeniem auta, co ułatwia parkowanie w ciasnych miejscach.

    Mimo że czujniki są bardzo dokładne, niektóre bywają… zbyt natarczywe, jak np. ten kontrolujący pas ruchu. Mimo regularnego trzymania się właściwej pozycji na drodze, samochód regularnie sygnalizował mi zbytnie zbliżenie się do linii pasa. To oczywiście element bezpieczeństwa, ale czułość była nieco zbyt mocna – warto dostosować te ustawienia przed dłuższą podróżą.

    Jeśli chodzi o jazdę, możliwa jest obsługa „jednym pedałem”, co oznacza silne rekuperacje, którą możemy ustawić w 3 poziomach. Producent sugeruje również żeglowanie, czyli wolniejsze wytracanie prędkości po puszczeniu pedału gazu. A na pewno nie brakuje przyspieszenia – silnik o mocy 197 KM w wersji PROMAX generuje 200 Nm momentu obrotowego, co pozwala osiągnąć prędkość 100 km/h w 8,6 sekundy. To może nie jest wynik rajdowy, ale dla miejskiego auta jest to naprawdę imponujące osiągnięcie. Daje to również możliwość swobodnego wyprzedzania na trasie, do której warto pojechać z planem ładowania – szacowany zasięg w trybie mieszanym WLTP dla baterii 53,0 kWh (Life i Design) wynosi 382 km. Co ciekawe, średnie zużycie energii WLTP według producenta wynosi 15,7 kWh/100 km, podczas gdy na teście udało się zejść do mniej niż 13 kWh/100 km. Czyżby producent był wobec siebie zbyt surowy?

    Jak sytuacja wygląda przy pokonywaniu zakrętów? Tego się nieco obawiałem, jednak na szczęście niepotrzebnie. Bateria umieszczona w podłodze skutecznie obniża środek ciężkości, co wpływa na stabilność pojazdu. Nawet przy przejeżdżaniu przez łuki z większą prędkością nie czułem wątpliwości co do kontroli nad autem.

    Przestronność oraz inteligentne rozwiązania

    Auta dość sprawnie wykorzystują swoje gabaryty, oferując przestronną przestrzeń bagażową. Producent deklaruje łączną pojemność na poziomie 510 litrów, ale uwaga – ta liczba obejmuje również schowek pod podłogą bagażnika.

    Wspomniany schowek ma pojemność 105 litrów, jest wykonany z tworzywa sztucznego i wyposażony w zawór, dzięki któremu można go łatwo umyć – idealnie nadaje się do przewozu brudniejszych rzeczy, takich jak akcesoria dla zwierząt, sprzęt sportowy czy narzędzia. Rozwiązanie to jest naprawdę dobrze przemyślane.

    Co z większymi przedmiotami? Rower czy zestaw instrumentów mogą się nie zmieścić do głównego bagażnika, ale eksperci podpowiadają, że tylna kanapa jest niezwykle funkcjonalna. Znajdziemy tam rozwiązanie strefy transportowej – podnoszone siedzenia, które zwalniają przestrzeń między przednimi fotelami a oparciem tylnej kanapy, oferując płaskie miejsce do przewozu nawet telewizora czy roweru.

    Czy to się opłaca? Wrażenia po jeździe Leapmotor B03X

    Moje wrażenia po jeździe testowej Leapmotorem B03X są zdecydowanie pozytywne – ale czy to auto się opłaca? Zastanówmy się: za mniej niż 100 tysięcy złotych mamy wersję Life PRO z silnikiem o mocy 177 KM i bogatym wyposażeniem, w tym pompę ciepła, pełen pakiet 21 asystentów, ładowanie 30–80% w 16–17 minut (moc do 100 kW) oraz elegancki, design z nutą nowoczesności. Wystarczy spojrzeć na oferty konkurencji, aby dostrzec, że Leapmotor ma do zaoferowania naprawdę korzystną opcję.

    Nie jest to może samochód dla pasjonatów motoryzacji, który wywołuje dreszcz emocji, ale nie można zaprzeczyć, że może być ciekawym wyborem i dostarczyć radości z jazdy. Dla mnie to pojazd diametralnie różny od mojego „codziennego” auta – napęd na przód, silnik elektryczny, wolniejsze przyspieszenie oraz charakter nastawiony na bezproblemowe dotarcie z punktu A do B, w możliwie najbardziej komfortowy i praktyczny sposób. Zdecydowanie chciałbym mieć go u siebie, ponieważ w modelu B03X nic nie jest w stanie mnie zirytować.

  • Nowa Tesla stanowi zagrożenie? Strażacy mają sporo obaw

    Nowa Tesla stanowi zagrożenie? Strażacy mają sporo obaw

    Brak kierownicy w Cybercabie może być komfortowy dla pasażerów, lecz stanowi wyzwanie dla służb ratunkowych. Strażacy wyrażają swoje zaniepokojenie związane z awaryjnym systemem autonomicznej taksówki Tesli.

    Na początku bieżącego miesiąca pierwsze egzemplarze Tesli Cybercab trafiły do użytkowników. To długo oczekiwany projekt autonomicznych taksówek, który w końcu wkracza na rynek, zbierając mieszane opinie. Klienci doceniają wygodę, przestrzeń na nogi oraz ogólny poziom zaawansowania technologii, jednak wskazują na problemy z nerwowymi hamowaniami, niepewnymi zmianami pasów ruchu oraz czasem oczekiwania na przyjazd pojazdu. Do krytyki dołączają także strażacy, którzy podchodzą do Cybercab z większym dystansem. Ich obawy koncentrują się głównie na ukrytym na ekranie dotykowym joysticku, który w sytuacjach awaryjnych może utrudniać działania ratunkowe.

    Z myślą o autonomicznej jeździe, ale nie o wypadkach

    Cybercab, w przeciwieństwie do innych modeli Tesli, został zaprojektowany przede wszystkim z myślą o autonomicznej jeździe. W tym pojeździe nie znajdziemy tradycyjnej kierownicy, pedałów ani drążka zmiany biegów. Zamiast tego, Cybercab wyposażony jest w duży ekran i przestrzeń dla pasażerów. Zamówienie Cybercaba możliwe jest za pomocą aplikacji, podobnie jak w przypadku Ubera, dzięki czemu auto autonomicznie przyjeżdża na miejsce.

    Pojazd korzysta z zaawansowanych czujników Tesli, które przez lata były doskonalone, umożliwiających precyzyjne monitorowanie drogi, otoczenia oraz autonomiczne kierowanie. Pojawiają się jednak sygnały, że Cybercab porusza się nieco chaotycznie, przypominając niepewnego kierowcę. Jednak to nie ten element budzi największe obawy wśród służb. Strażacy w Austin z niepokojem zwracają uwagę na brak manualnych elementów sterujących oraz konieczność korzystania z awaryjnego joysticka wycofywanego z ekranu dotykowego, co w sytuacjach kryzysowych może okazać się problematyczne.

    Dotykowy joystick w awaryjnej sytuacji – strażacy nie są tym zachwyceni

    Nawet zakładając, że Tesla doskonale opanowała kwestie bezpieczeństwa na drodze, nie można wykluczyć, że w wyniku ludzkiego błędu dojdzie do wypadku. Dla służb ratunkowych, w tym strażaków, kluczowe jest, aby w obliczu zagrożenia zdrowia lub życia pasażera pojazd został jak najszybciej oddalony od niebezpieczeństwa oraz by ofiary wypadku mogły być uwolnione. Wyobraźmy sobie sytuację, w której uszkodzone auto stwarza zagrożenie dla innych uczestników ruchu. W przypadku tradycyjnego pojazdu, strażak w pierwszej kolejności próbowałby przestawić go manualnie, korzystając z kierownicy. Jednak w przypadku Cybercaba, gdzie kierownica nie istnieje, ratownicy muszą sięgać po awaryjny joystick dostępny na ekranie dotykowym. Co się stanie, kiedy strażak będzie miał na sobie grube rękawice, a jego dłonie będą spocone lub mokre, lub gdy ekran zostanie uszkodzony?

    Czytaj dalej poniżej


    Co tam się zadziało? Kuriozalny błąd Tesli i kilkanaście tysięcy samochodów do poprawy

    Dodatkowo, sterowanie pojazdem przy pomocy panelu dotykowego, który przypomina interfejs gry, może okazać się trudne w trakcie akcji ratunkowej – mimo że Tesla przeprowadza szkolenia dla strażaków dotyczące awaryjnych scenariuszy związanych z Cybercab. W związku z powyższymi obawami pojawia się pytanie o tym, kiedy można spodziewać się regulacji dotyczących autonomicznych taksówek. Choć jest ich jeszcze relatywnie niewiele, już teraz na amerykańskich ulicach można spotkać nie tylko pojazdy Tesli, ale i Waymo oraz Zoox.

    Obecnie każdy producent może wprowadzać własne rozwiązania, co zmusza służby ratunkowe do dostosowania się do tych innowacji. W przypadku tradycyjnych pojazdów podstawowe elementy obsługi są intuicyjne i uniwersalne dla całej branży. W przyszłości służby ratunkowe będą musiały wypracować pewien standard, który ułatwi przeprowadzenie akcji ratunkowych. Być może zmiany w tej sprawie nastąpią po zakończeniu dochodzenia prowadzonego przez National Highway Traffic Safety Administration. Regulujący sprawdzają, w jaki sposób pozbawione kierownicy, pedałów i lusterek Cybercaby Tesli spełniają federalne normy bezpieczeństwa.

  • Lidl sprzedaje tani lokalizator za grosze — alternatywa dla AirTaga

    Lidl sprzedaje tani lokalizator za grosze — alternatywa dla AirTaga

    W Lidlu w atrakcyjnej cenie można nabyć lokalizator, który może być alternatywą dla AirTagów od Apple. Warto rozważyć tę opcję.


    Kiedy Apple wprowadziło AirTaga, wielu krytyków argumentowało, że firma z Cupertino po raz kolejny przychodzi z propozycją bezużytecznego gadżetu w zbyt wysokiej cenie. Niewielki lokalizator miał jedno jasno określone zadanie: pomagać w odnajdywaniu kluczy, plecaków, walizek oraz innych łatwo gubionych przedmiotów. Już wkrótce okazało się jednak, że Apple trafiło w znacznie szerszą potrzebę rynku, a AirTagi szybko zyskały na popularności.

    AirTag zaczęto wykorzystywać nie tylko do lokalizacji przedmiotów zagubionych w domu, ale również w czasie podróży do śledzenia bagażu czy zabezpieczania cennych rzeczy. Kluczowe znaczenie miała tu rozwinięta sieć urządzeń Apple, która pozwalała lokalizatorowi na przekazywanie swojego położenia, nawet gdy znajdował się daleko od właściciela.

    Sukces AirTaga dostrzegła konkurencja, która zrozumiała rosnące zapotrzebowanie na niewielkie lokalizatory. W efekcie na rynku pojawiły się kolejne modele, często oferujące podobne funkcjonalności. Niestety, wiele z nich działało wyłącznie w ramach własnych aplikacji, co znacznie ograniczało ich efektywność poza zasięgiem urządzenia właściciela. Odpowiedź na ten problem nadeszła, gdy Apple udostępniło swoją sieć Find My (Znajdź) dla akcesoriów zewnętrznych. Dzięki temu konkurencyjne lokalizatory mogą korzystać z ogromnej bazy urządzeń Apple w pobliżu, oferując użytkownikom informacje o lokalizacji zgubionych przedmiotów w sposób zbliżony do oryginalnego AirTaga.

    AirTagi z silną konkurencją. Trzy lokalizatory za ułamek ich ceny

    Rynek akcesoriów tego typu rośnie, jednak AirTag nadal pozostaje kosztownym gadżetem, a wydatki mogą się znacznie zwiększyć w przypadku, gdy chcemy zabezpieczyć kilka przedmiotów jednocześnie. W oficjalnym sklepie Apple w Polsce pojedynczy lokalizator kosztuje 149 zł, co oznacza, że wyposażenie w nie kluczy, plecaka czy walizki może szybko stać się wydatkiem rzędu kilkuset złotych. Nic więc dziwnego, że tańsze odpowiedniki zgodne z siecią Find My cieszą się rosnącą popularnością. Oferują one zachowanie kluczowej zalety rozwiązania Apple, czyli dostęp do rozbudowanej sieci lokalizacyjnej, przy równoczesnym znacznym obniżeniu kosztów zakupu kilku lokalizatorów. Taką możliwość dają m.in. lokalizatory marki TRONIC, które można nabyć w wyjątkowo korzystnej cenie w stacjonarnych sklepach Lidla.

    Czytaj dalej poniżej


    6 terabajtów internetu za darmo. Orange rusza z promocją

    Lidl obniżył cenę zestawu trzech niewielkich lokalizatorów TRONIC, które mogą być niezastąpione w pilnowaniu kluczy, plecaka czy walizki. Obecnie za komplet trzeba zapłacić 39,99 zł zamiast 49,99 zł, co oznacza, że jeden lokalizator kosztuje nieco ponad 13 zł. Urządzenia te korzystają z technologii Bluetooth 5.4, a producent zapewnia o czasie czuwania sięgającym 8 miesięcy. W zestawie znajdują się także trzy baterie oraz trzy silikonowe paski ułatwiające przymocowanie lokalizatorów do wybranych przedmiotów. Można wybierać z dwóch wersji kolorystycznych. Należy jednak pamiętać, że lokalizator nie jest uniwersalny. W sprzedaży dostępne są dwa warianty: jeden przeznaczony dla systemu iOS (sieć Find My), a drugi dla Androida (sieć Centrum lokalizacji Google). Przed dokonaniem zakupu warto wybrać odpowiedni model.

  • Microsoft szykuje rewolucję. Aż 9 poprawek jednej funkcji

    Microsoft szykuje rewolucję. Aż 9 poprawek jednej funkcji

    Microsoft traktuje problem z Bluetooth w Windows 11 poważnie. Nowa aktualizacja testowa przynosi aż dziewięć poprawek, mających na celu poprawę funkcjonowania tej technologii. Użytkownicy mogą liczyć na stabilniejsze połączenia, lepszą obsługę słuchawek oraz dokładniejsze informacje o stanie urządzeń.

    Bluetooth w Windows 11 bywa jak gra na loterii. Czasem wszystko działa bez zarzutu, innym razem połączenie znika, a system twierdzi, że słuchawki są podłączone, mimo że leżą w etui. Microsoft postanawia wreszcie zająć się tą frustrującą sytuacją. Do testerów w kanale Release Preview trafiła aktualizacja 26200.9539, która oferuje dziewięć poprawek dotyczących technologii Bluetooth. W ciągu ostatnich pięciu lat firma raczej unikała tego tematu.

    Microsoft podejmuje działania w celu naprawy Bluetooth

    Microsoft wprowadza konkretne zmiany. Przede wszystkim, stan połączenia ma być wreszcie zgodny z rzeczywistością. Koniec z urządzeniami, które są widoczne jako aktywne długo po rozłączeniu. Firma poprawia także jakość rozmów przez platformy takie jak Teams, Google Meet, WhatsApp czy Telegram. Podczas wideorozmowy, regulując głośność zestawu słuchawkowego, użytkownicy zobaczą systemowy suwak, a nie tylko regulację w aplikacji.

    Zmiany obejmują również poprawę stabilności panelu Bluetooth oraz zarządzania urządzeniami w ustawieniach Windows 11, a także lepszą obsługę mikrofonów w akcesoriach wykorzystujących klasyczne Bluetooth Audio. Microsoft eliminuje także błąd, który powodował, że moduł Bluetooth mógł być faktycznie wyłączony, mimo że przełącznik w ustawieniach nadal wskazywał, że wszystko działa poprawnie.

    Microsoft zamierza działać dwutorowo. Po pierwsze, wprowadza poprawki, aby usunąć błędy i poprawić stabilność. Po drugie, zaczyna naciskać na producentów sprzętu audio, aby podnieśli jakość sterowników. Nowa inicjatywa o nazwie Driver Quality Initiative ma na celu ograniczenie liczby problematycznych i przestarzałych sterowników dostępnych w Windows Update. Firma zwraca uwagę, że chodzi nie tylko o minimalizację awarii, lecz także o poprawę ogólnej stabilności, wydajności i zmniejszenie zużycia energii.

    Czytaj dalej poniżej


    Microsoft pompuje zabezpieczenia w Windows 11. To największa zmiana od lat

    Grafika: depositphotos.com

  • Apple Watch Ultra 4 rzuca wyzwanie Garminowi

    Apple Watch Ultra 4 rzuca wyzwanie Garminowi

    Czy warto przesiadać się z Apple Watch Ultra 3 na 4? Przyjrzyjmy się różnicom między tymi dwoma modelami.

    Podczas ostatniej prezentacji Apple uwagę większości z nas przyciągnęły przede wszystkim nowe smartfony, ale także segment zegarków przyniósł interesujące nowości. Nowy Apple Watch Ultra 4 ma potencjał, aby stanowić konkurencję dla Garmina. Zastanówmy się jednak, czy zmiana z poprzedniego modelu, oznaczonego numerem 3, jest rzeczywiście uzasadniona. Przyjrzyjmy się bliżej.

    Apple Watch Ultra 4 vs. jego poprzednik – czy warto dokonać zmiany?

    Na pierwszy rzut oka Apple nie zdołało przekonać nas do zmiany. Posiadacze Apple Watch Ultra 3 mogą odczuwać, że na rynku debiutuje… praktycznie taki sam model, przypominający swojego poprzednika. Urządzenie oznaczone numerem 4 startuje w tej samej cenie co w ubiegłym roku, a wizualnie niemal w niczym się nie różni. Posiada kopertę 49 mm wykonaną z tytanu Grade 5, grubość 12 mm, ekran LTPO3 OLED (1–3000 nitów) oraz wodoszczelność do 100 m, a dostępne kolory pozostały bez zmian. Jedyna, chociaż niewielka różnica, to waga – wzrosła z 61,6 g do 63 g. Te zmiany zdają się być dość symboliczne, prawda?

    Na szczęście, po przyjrzeniu się specyfikacji, dostrzegamy znaczące zmiany. W nowym modelu zastosowano chip Apple S11 z dedykowanym procesorem Secure Enclave do niezależnego przetwarzania dźwięku. Zmodyfikowane zostały również funkcje zdrowotne – pomiar tętna będzie realizowany przez całą dobę co 5 sekund, a próbki zmienności rytmu zatokowego (HRV) będą pobierane 24 razy częściej. Co więcej, Apple Watch Ultra 4 wprowadza wskaźnik gotowości do treningu, oceniany w skali od 0 do 10. To nowa funkcja, która uwzględnia obciążenie treningowe, sen, parametry życiowe oraz regenerację, klasyfikując użytkowników według statusów: Recover, Pace Yourself, Ready, Go For It.

    Następną nowością jest wydłużenie czasu pracy na baterii do 50 godzin (z wcześniejszych 42). W trybie niskiego zużycia energii możemy korzystać ze smartwatcha przez 84 godziny (w porównaniu do 72 godzin w zeszłym roku), a czas pracy podczas treningu z pełnym GPS i HR wzrósł do 18 godzin, z 14 godzin. Jakie jeszcze nowe funkcje oferuje ten model?

    Czytaj dalej poniżej

    Apple ulepsza zegarki. Przełomowa zmiana w Apple Watch
    • Live Rewind: dwukrotne wciśnięcie cyfrowej koronki przywraca ostatnie 15 sekund rozmowy w formie tekstu;
    • Siri Recap: podsumowanie rozmów na żywo;
    • Nowy gest pojedynczego tapnięcia;

    Co istotne, nowa asystentka Siri AI w systemie watchOS 27 nie będzie dostępna wyłącznie na Ultra 4 – trafi także na modele Ultra 3 i Ultra 2 (przy użyciu smartfona wspierającego Apple Intelligence). Dla użytkowników w Polsce jest to raczej ciekawostka, niż funkcja o pełnym zastosowaniu.

    Co zaskakuje? Z pewnością wprowadzenie wskaźnika regeneracji i gotowości do wysiłku w Apple Watch Ultra 4 jest krokiem w stronę tego, co oferuje choćby Garmin. Brak funkcji podobnej do Body Battery z Garmina był powszechnie krytykowany przez użytkowników, a teraz Apple podjęło ten kluczowy krok. W połączeniu z dłuższym czasem działania z pełnym GPS, można zauważyć, że firma zdecydowanie dąży do przyciągnięcia najbardziej wymagających sportowców.

    Czy jednak te zmiany są wystarczające, by zrezygnować z modelu trzeciego na rzecz Apple Watch Ultra 4? Osobiście nie jestem przekonany. Zmiany są wciąż niewielkie, a niektóre nowości systemowe i tak trafią na starszy model. Inaczej sytuacja wygląda w przypadku posiadaczy pierwszego Ultra lub innych zegarków, którzy chcą wejść do tej zaawansowanej rodziny urządzeń od Apple – czwórka z pewnością będzie dobrym wyborem, bogatym w ciekawe funkcje i nowoczesne technologie. Jednak jeśli korzystasz z modelu trzeciego, to przesiadka nie wydaje się uzasadniona.

  • Sony grozi graczom sądem i odcięciem wsparcia. Burza wokół końca płyt trwa

    Sony grozi graczom sądem i odcięciem wsparcia. Burza wokół końca płyt trwa

    Decyzja Sony o stopniowym odejściu od fizycznych płyt z grami na PlayStation wzbudziła ogromne kontrowersje wśród graczy. Krytyka firmy nie ogranicza się już tylko do internetowych komentarzy. Sony wprowadziło w Japonii specjalną politykę, mającą na celu ochronę swoich pracowników przed agresywnymi klientami, i ostrzega, że w skrajnych przypadkach może ograniczyć obsługę, a nawet podjąć kroki prawne. Mimo to, firma nie planuje rezygnować z kontrowersyjnego planu.

    Sony mówi „dość” agresywnym klientom

    Nowe zasady Sony dotyczą zachowań, które firma uznaje za niedopuszczalne w kontakcie z obsługą klienta. Na liście tych zachowań znalazły się m.in. uporczywe żądania, groźby, znieważanie pracowników, próby zastraszania oraz nadmierne żądania przeprosin czy nieuprawnione wizyty na terenie firmy. Sony podkreśla, że w przypadku nękania pracowników, może ograniczyć lub całkowicie zawiesić obsługę danej osoby. W poważniejszych przypadkach firma deklaruje możliwość współpracy z policją i prawnikami oraz zastosowanie działań prawnych.

    Nie oznacza to jednak, że Sony ma zamiar karać każdego krytyka. Najważniejsze są sytuacje, w których niezadowolenie klienta przeradza się w groźby lub bezpośrednie ataki na pracowników.

    Wszystko zaczęło się od ogłoszenia końca wsparcia fizycznych nośników

    Źródłem obecnych emocji jest zapowiedź zakończenia produkcji i wsparcia fizycznych nośników z nowymi grami PlayStation. Sony planuje się ku cyfrowej dystrybucji, a produkcja nowych nośników ma zostać wygaszona do stycznia 2028 roku.

    Dla części graczy jest to znacznie więcej niż „zmiana w sposobie sprzedaży”. Fizyczne wydania umożliwiają kolekcjonowanie gier, ich odsprzedaż i przechowywanie, niezależnie od tego, czy dana produkcja nadal znajduje się w cyfrowym sklepie. Nic więc dziwnego, że decyzja wywołała protesty; petycja przeciwko planom Sony zebrała już setki tysięcy podpisów.

    Kolejny problem: co właściwie kupujemy?

    Kontrowersje dotyczą także charakteru cyfrowych zakupów. W jednym z pozwów w USA konsumenci zarzucają Sony, że przyciski „Kup” i „Potwierdź zakup” mogą sugerować, iż nabywa się produkt, podczas gdy użytkownik w rzeczywistości otrzymuje jedynie licencję na korzystanie z gry – i nigdy nie wiadomo, jak długo ta licencja będzie obowiązywać.

    Sony stara się skierować tę sprawę do indywidualnego arbitrażu, powołując się na warunki korzystania z PlayStation Network. Firma argumentuje również, że rozsądny konsument powinien zdawać sobie sprawę, iż cyfrowa gra jest licencjonowana, a nie sprzedawana w takim samym sensie, jak fizyczny przedmiot.

    Sony nie zamierza się wycofać ze swojej decyzji

    Mimo rosnącej krytyki oraz kilku postępowań prawnych, Sony deklaruje, że będzie ostrożnie realizować plan odejścia od fizycznych płyt. Firma znajduje się w wyjątkowo trudnej sytuacji: z jednej strony chce ograniczyć koszty i znaczenie tradycyjnej dystrybucji, z drugiej — musi zmierzyć się z graczami, którzy nie chcą całkowicie przechodzić na cyfrowe rozwiązania.

    Spór o płyty PlayStation staje się więc czymś większym niż tylko dyskusją o nośnikach. To konflikt o to, czym właściwie jest zakup gry w cyfrowym świecie oraz jakie prawa powinien mieć konsument. Niezależnie od naszych pragnień, rzeczywistość okazuje się często bardziej brutalna, niż wielu z nas to dostrzega na co dzień…

    Źródło