Kategoria: Wiadomości

  • Canal+ chciał się wytłumaczyć przed kibicami. Tylko ich rozjuszył

    Canal+ chciał się wytłumaczyć przed kibicami. Tylko ich rozjuszył

    Od sezonu 2026/2027 uległa zmianie struktura dostępu do praw transmisyjnych piłkarskiej ligi hiszpańskiej w Polsce. Całość praw przejął Canal+, który obecnie ma wyłączność na transmitowanie tych rozgrywek w naszym kraju. Dla kibiców oznacza to niewielką, aczkolwiek odczuwalną podwyżkę abonamentu. Poniżej przedstawiamy, w jaki sposób stacja próbowała to uzasadnić.

    Canal+: Płaciliście za La Ligę w Eleven? Teraz zapłaćcie więcej nam

    Na portalach społecznościowych Canal+ pojawił się oficjalny komunikat dotyczący transmisji rozgrywek LALIGA EA SPORTS w nadchodzących sezonach. Canal+ wyjaśnia, że połowa meczów będzie transmitowana na kanałach Canal+ Sport 1-4 (bez dodatkowej opłaty), natomiast druga część na specjalnych kanałach Canal+ Sport 6 i Canal+ Sport 7 (za dodatkową opłatą 10 zł). Problem w tym, że abonenci, którzy wcześniej korzystali z Eleven Sports, mieli dostęp do całej oferty tego nadawcy, a nie tylko ligi hiszpańskiej, co kibice od razu zauważyli.

    Oprócz tego pojawiły się informacje, że mecze będą starannie selekcjonowane. Te najbardziej atrakcyjne, w tym te z udziałem FC Barcelony, Realu Madryt czy Atletico Madryt, będą transmitowane na kanałach, za które należy uiścić wyższą opłatę. Abonenci, którzy zdecydują się na zakup dodatkowych kanałów, będą mogli śledzić te bardziej interesujące spotkania; natomiast pozostali będą mogli oglądać jedynie mniej fascynujące mecze. Niestety, jeśli ten komunikat miał uspokoić fanów, rezultat był odwrotny.

    Ile trzeba zapłacić za pełnię piłkarskich emocji w Canal+?

    Zastanawiając się nad pozostawieniem pakietu Eleven Sports, koszty przedstawiają się następująco. Aby w serwisie streamingowym Canal+ Online uzyskać dostęp do pełnej oferty piłkarskiej, należy zapłacić 79 zł za pakiet Ultra oraz dodatkowe 15 zł za dostęp do Eleven, co daje łączną kwotę 94 zł. To już znacząca suma, zwłaszcza dla osób, które pragną jedynie oglądać piłkę nożną. W przypadku telewizji satelitarnej istnieje nieco tańsza opcja; za pakiet Ultra w pierwszym roku zapłacimy 59,25 zł, jednak wiąże się to z koniecznością podpisania umowy na 23 miesiące.

    Czytaj dalej poniżej

    Vectra odpala „Królewską ofertę”: światłowód, TV i Netflix/Disney+/HBO Max lub CANAL+

    Alternatywne rozwiązania? W legalnym zakresie w naszym kraju brak. Szczególnie jeżeli chcemy oglądać mecze z polskim komentarzem. Znów trzeba płacić więcej…

  • Będą niszczyć i rabować. Amerykanie mają szalony plan na tegoroczne Halloween

    Będą niszczyć i rabować. Amerykanie mają szalony plan na tegoroczne Halloween

    „De-Flock America” zapowiada się na najdziwniejsze Halloween w historii USA – zamiast na cukierki Amerykanie zapolują na kamery Flock Safety.

    Już za nieco ponad miesiąc Halloween, święto kojarzące się głównie z celebrowaniem horroru, strasznymi przebraniami i zbieraniem cukierków. W tym roku jednak mieszkańcy wielu amerykańskich stanów zastąpią słodycze kamerami systemu Flock Safety. Społeczny bunt przeciwko monitorowaniu, które uznawane jest za narzędzie inwigilacji, narasta, a przez media społecznościowe przetacza się viralowa akcja „De-Flock America”. Wściekły tłum zapowiada atak na kamery 31 października, a kostiumy mają zapewnić uczestnikom anonimowość.

    „De-Flock America” – dlaczego Amerykanie chcą walczyć z kamerami?

    Konflikt z systemem kamer Flock Safety trwa od dłuższego czasu, a z miesiąca na miesiąc staje się coraz bardziej intensywny. W połowie sierpnia informowano o zniknięciu kamer w miasteczku Winona – od 29 lipca do 1 sierpnia nieznani sprawcy wycięli urządzenia wraz z ich słupami, a sprawców do tej pory nie udało się odnaleźć. To nie jest jednak odosobniony incydent; w ostatnim czasie kamery były zasłaniane workami czy oblewane farbą przy cichym przyzwoleniu społeczeństwa.

    Flock Safety służy między innymi do odczytywania tablic rejestracyjnych, marki i modelu pojazdu, a także typu i charakterystycznych elementów – takich jak przyczepy. System rejestruje obraz i zapisuje szczegóły w chmurze, do której dostęp mogą mieć służby, takie jak policja. Technologia ta uważana jest za przejaw inwigilacji, a wiele błędnych predykcji – według doniesień kamery Flock miały błędnie odczytać tablice w 71% z 1427 alertów dotyczących skradzionych pojazdów i przestępstw – nie ułatwia jej obrony.

    Władze są jednak głuche na głos tłumu, kontynuując zwiększanie liczby kamer na ulicach – według Business Insider, firma Flock zainstalowała około 120 tys. kamer w 49 stanach USA. Amerykanie chcą wziąć sprawy w swoje ręce, a tym razem nie w ramach lokalnych incydentów, lecz w skali ogólnokrajowej akcji zaplanowanej na najstraszniejszą noc w roku.

    Wandale w kostiumach – akcja generuje gigantyczne zasięgi

    Akcja „De-Flock America” rozwija się w tempie, które przypomina scenariusz filmu – jest na tyle gigantyczna, że trudno będzie powstrzymać wzburzonych Amerykanów. Halloweenowa inicjatywa generuje ogromne zasięgi na platformach takich jak Reddit, Instagram, X i TikTok, gdzie uczestnicy nawołują do zbiorowego niszczenia i rabowania kamer. Dlaczego akurat 31 października? Odpowiedź jest oczywista – Halloween w USA obchodzi się z dużo większym rozmachem niż w Europie, więc tłumy przebranych w wampiry, wilkołaki, zombie i inne monstra nie wzbudzają zdziwienia. Kostiumy mają pomóc uczestnikom zachować anonimowość oraz wtopić się w tłum, unikając odpowiedzialności.

    To dość ryzykowny akt wandalizmu, który nie ma jednego organizatora – wydaje się być akcją rozwijającą się w niebezpiecznym kierunku dzięki sile mediów społecznościowych. Trudno oszacować, ile osób tak naprawdę weźmie udział w De-Flock America, ale skala emocji związana z tym wydarzeniem sugeruje, że wiele kamer może zostać zniszczonych. Osobiste pobudki również mają znaczenie; wiele osób doświadczyło problemów ze strony systemu Flock, który wprowadzał błędne oskarżenia. Istnieją również przypadki nadużyć ze strony policji – na przykład jeden z funkcjonariuszy miał 717 razy przeszukiwać numer rejestracyjny swojej żony, z którą był w separacji.

  • IBM ma lodówki 200 razy zimniejsze od kosmosu. Oto do czego służą

    IBM ma lodówki 200 razy zimniejsze od kosmosu. Oto do czego służą

    IBM połączył w jedną całość dwa moduły kriogeniczne, schładzając je do temperatury poniżej 15 milikelwinów. To infrastruktura, na której firma chce oprzeć swój system Starling, planowany na 2029 rok.


    IBM ogłosił niedawno połączenie dwóch opracowanych przez siebie komór kriogenicznych w jedno środowisko oraz osiągnięcie przez nie ustalonej temperatury roboczej. Cały zestaw ma ponad 2,4 metra wysokości i szerokości, a jego konstrukcja jest modułowa, co pozwala na dodawanie kolejnych elementów w rzędzie.

    Próżniowa obudowa zapewnia nawet 12 razy więcej miejsca na okablowanie w porównaniu do najczęściej używanych obecnie systemów kwantowych. Na chwilę obecną wiadomo, że układ utrzymywania ekstremalnie niskiej temperatury działa, co jest kluczowe dla poprawnego funkcjonowania systemów kwantowych. IBM musi teraz udowodnić, że procesory w takich komorach potrafią wykonywać skomplikowane i, co najważniejsze, poprawne obliczenia.

    Komputer kwantowy: inne zasady, brutalna fizyka

    Nadprzewodnikowe kubity są niezwykle wrażliwe na ciepło, promieniowanie elektromagnetyczne i wszelkie zakłócenia, które mogą zniszczyć przechowywaną informację. Z tego powodu systemy IBM muszą działać w temperaturze poniżej 15 milikelwinów, co jest ledwie 0,015 stopnia powyżej zera absolutnego. Istnieje jednak problem: w pojedynczym układzie jesteśmy w stanie zmieścić ograniczoną liczbę kubitów oraz połączeń niezbędnych do przeprowadzania obliczeń kwantowych. Budowa jednego dużego modułu chłodniczego byłaby bezcelowa z punktu widzenia energetycznego i użytkowego. Komplikowałoby to również serwis, wymianę procesorów oraz rozwój i tuning systemu bez przerywania jego pracy, co jest zupełnie inne w porównaniu do komputerów klasycznych.

    A co, gdybyśmy podzielili jeden duży układ na mniejsze, autonomicznie rozwijane moduły? IBM postanowił podejść do tego właśnie w ten sposób, wykorzystując sprężarki z helem i systemy chłodzenia z rozcieńczalnikiem. W celu ochrony wnętrza przed ciepłem oraz zakłóceniami zastosowano próżnię, uszczelnienia elektromagnetyczne oraz wielowarstwowe osłony z Mylaru. Moduły schłodziły się do około 4 kelwinów powyżej zera absolutnego w mniej niż pięć dni, a następnie osiągnęły wartość poniżej 15 milikelwinów: to dwieście razy mniej niż w głębokim kosmosie. Utrzymano także użyteczność: wybrane elementy można serwisować, badać i wymieniać bez konieczności przerywania pracy całej instalacji, na co pozwala modułowość.

    Metr kabla i dwa oddzielne procesory kwantowe

    W tym układzie wykorzystano tzw. L-couplery, czyli nadprzewodzące przewody mikrofalowe o długości do około jednego metra. W obrębie pojedynczego systemu krótkie sprzęgacze łączą kubity, co pozwala im na splatanie i wykonywanie operacji dwukubitowych. IBM planuje przenieść podobny mechanizm poza wnętrza chipów oraz ostatecznie połączyć osobne moduły kriogeniczne. Te łącza mają być rozwiązaniem na potrzeby zwiększenia skali bez problemów wynikających z budowy większych komór kriogenicznych.

    Jak do tej pory IBM udowodnił, że chłodzenie w takim układzie działa i możliwe jest połączenie dwóch modułów. Na tę okazję przeprowadzono proste próby z procesorem Flamingo, lecz nie wykonano w takiej konfiguracji złożonych operacji involving two chambers. Kolejnym krokiem będzie instalacja procesorów Nighthawk i rozszerzenie testów na całą platformę. L-couplery mają połączyć kilka procesorów w 2027 roku w system liczący co najmniej 1000 programowalnych kubitów.

    Celem jest Starling. Tu powinny być zwrócone oczy całego świata

    Możliwość zwiększenia liczby kubitów nie stanowi dużego problemu, jednak największym wyzwaniem jest kontrola błędów przez wystarczająco długi czas. Korekcja błędów rozkłada informację jednego odporniejszego kubitu logicznego na grupę kubitów fizycznych, których stan jest nieustannie monitorowany i, w razie potrzeby, korygowany. IBM, zgodnie z dotychczasowym harmonogramem, ustalił, że Starling będzie działać na 200 kubitach logicznych i obsługiwać obwody obejmujące 100 milionów bramek kwantowych. Ta skala ma zapewnić znaczący wzrost dokładności i celności obliczeń w chemii, materiałoznawstwie oraz fizyce, ponieważ obecne maszyny nie są wystarczająco potężne i, co gorsza, są podatne na trudne do kontrolowania błędy.

    Czytaj również: To pierwszy raz, gdy komputer kwantowy osiągnął taki wynik. Czy znaleziono Święty Graal?

    Wszystko to ma się zrealizować w 2029 roku, jednak jest to jedynie roadmapa. Zanim Starling w ogóle powstanie, firma musi wykazać m.in. splątanie i przeprowadzanie obliczeń między modułami, korekcję błędów w czasie rzeczywistym oraz stabilność milionów kolejnych operacji. IBM może jednak nie być pierwszą firmą, która zrealizuje to zadanie, ponieważ inni producenci pracują nad komputerami odpornymi na błędy, wykorzystując zarówno kubity nadprzewodzące, jak i inne platformy sprzętowe. „Lodówki” od IBM stanowią świetny pomysł na ominięcie jednego z kluczowych problemów informatyki kwantowej w kontekście skali. Niemniej jednak, pozostałe wyzwania wciąż czekają na rozwiązanie, a czas pokaże, kiedy inne firmy przezwyciężą te istotne ograniczenia.

  • Huawei MatePad Air – ultrasmukły tablet z matowym ekranem i klawiaturą w zestawie

    Huawei MatePad Air – ultrasmukły tablet z matowym ekranem i klawiaturą w zestawie

    Przez ostatni miesiąc moim niezawodnym towarzyszem zarówno podczas pracy, jak i w rozrywce był Huawei MatePad Air – nowy, ultracienki tablet chińskiego producenta, który przyciąga uwagę dzięki dołączonej klawiaturze i doskonałemu ekranowi OLED z matową powłoką, ułatwiającą rysowanie. MatePad Air zadebiutował na rynku tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego, co skłoniło mnie do sprawdzenia, czy może być on wartościowym narzędziem do nauki oraz godnym zastępcą laptopa.

    Ekran 12 cali, OLED PaperMatte (matowy)
    Rozdzielczość 2800 × 1840, 275 PPI
    Jasność 1200 nitów
    System HarmonyOS 4.3
    Pamięć 12 GB RAM, 256 GB ROM
    Aparat tylny 50 MP (f/1.8, AF), lampa LED, wideo do 1080p
    Aparat przedni 12 MP (f/2.4, FF), wideo do 1080p
    Bateria 10 100 mAh
    Ładowanie do 66 W, ładowarka nie jest dołączona
    Łączność Wi-Fi 2,4/5 GHz, Bluetooth 6.0 (SBC, AAC, LDAC, L2HC), NearLink, OTG
    Port USB-C, USB 3.1 Gen 1
    Głośniki 6 głośników, HUAWEI SOUND
    Mikrofony 2
    Czujniki grawitacyjny, Halla, żyroskop, oświetlenia
    Wymiary 271,6 × 182,9 × 5,3 mm
    Waga ok. 509 g
    Kolory niebieski
    Cena 3299 zł (promocja premierowa)

    Design i wykonanie

    Huawei MatePad Air robi świetne wrażenie już przy pierwszym kontakcie. Tablet ma 12-calowy wyświetlacz, waży 500 gramów i jest niezwykle dobrze wyważony, co sprawia, że obsługuje się go komfortowo jedną ręką. Ma zaledwie 5,3 mm grubości, co czyni go cieńszym, ale i odrobinę cięższym od konkurencyjnych modeli Apple, które mają 6,1 mm grubości i wagę 460 g.
    Dzięki smukłości i cieńszym ramkom MatePad Air prezentuje się korzystniej aniżeli tablet Apple, zarówno od przodu, jak i z tyłu. Tył jest wykonany z tworzywa sztucznego z perłowym wykończeniem, które miło się dotyka, choć zbiera odciski palców.
    W tylnej części tabletu znajduje się miejsce na piny do łączenia z klawiaturą oraz pojedynczy aparat 50 MP. Prawa krawędź tablet skrywa slot do rysika M Pencil oraz przycisk regulacji głośności, zaś na dolnej krawędzi umieszczono maskownicę głośnika stereo oraz port USB-C do ładowania. Wszystko zostało bardzo dobrze spasowane – nie wydaje żadnych dźwięków i nie budzi wątpliwości w kwestii jakości wykonania.

    Ekran i praca z M Pencil

    Huawei zrezygnował z przestarzałego ekranu LCD, zamieniając go na OLED o rozdzielczości 2800 × 1840 pikseli, pokryty powłoką PaperMatte i oferujący odświeżanie na poziomie 144 Hz. Bez wątpienia stanowi to jedną z najmocniejszych stron nowego tabletu, ponieważ różnorodne treści prezentują się na nim znakomicie. Kolory są nasycone, czerń jest głęboka, a kąty widzenia doskonałe, choć warto zaznaczyć, że w ostrym kącie ekran może wyglądać nieco mlecznie z powodu matowej powłoki.
    Jasność sięgająca 1200 nitów umożliwia komfortową pracę nawet w pełnym słońcu. Odświeżanie ekran działa błyskawicznie, co sprawia, że przełączanie się między kartami oraz przewijanie treści jest płynne, a korzystanie z ekranu to czysta przyjemność.
    O ile obsługa ekranu PaperMatte palcem jest satysfakcjonująca, to podczas rysowania z użyciem M Pencila odczuwalne jest pewne dyskomfort. Rysik nie przyczepia się do powłoki w taki sposób, jak w przypadku folii zewnętrznych używanych na ekranach. Choć w codziennym użyciu nie jest to zbyt uciążliwe, podczas rysowania lub robienia notatek może pojawić się uczucie, jakby prowadziło się po szkle, czego brakuje w Apple Pencil Pro. Nie jest to jednak powód do dużych narzekań, ale warto mieć to na uwadze, jeśli tablet ma być głównie używany do rysowania.
    W odniesieniu do aplikacji, MatePad Air oferuje przyjemną aplikację GoPaint, a sam rysik ma funkcję dotykową, którą aktywuje się poprzez dotknięcie, co otwiera panel szybkich skrótów – np. do zrzutu ekranu czy notatek. Jest również przydatna aplikacja do robienia notatek, która sprawdza się w zapisywaniu ważnych treści podczas wykładów, choć warto zaznaczyć, że konwersja odręcznego pisma na tekst cyfrowy w języku polskim działa trochę niezdarnie.

    Czytaj dalej poniżej

    Ten czytnik e-booków kosztuje niewiele i jest prawdziwym hitem. Sprawdziłem go

    Klawiatura

    Moje odczucia na temat dołączonej klawiatury są mieszane. Z pewnością jest to miły dodatek, który konkurencja z Apple z pewnością by odrzuciła, jednak wykonanie jej pozostawia wiele do życzenia. Elementy obudowy akcesorium przypominają dotykiem papier z recyklingu. Magnesy utrzymujące konstrukcję zamkniętą są zbyt słabe, przez co etui rozjeżdża się w miejscu styku z ekranem, z drugiej strony magnesy w rynienkach na ekran są zbyt mocne. Podczas pracy z podłączoną klawiaturą odczuwałem, że całość jest z jednej strony zbyt sztywna, a z drugiej chwiejną.
    Trudno jednak narzekać na samą klawiaturę. Użytkowanie jej jest komfortowe, a pisanie nabiera płynności. Klawiatura oferuje dostęp do panelu numerycznego oraz większości ważnych skrótów, takich jak nagrywanie czy zrzut ekranu oraz regulacja dźwięku i jasności.
    Niestety, brakuje gładzika, co sprawia, że MatePad Air nie staje się pełnoprawną alternatywą dla laptopa – koniecznością jest posiadanie myszki.

    Wydajność i kultura pracy

    Sercem Huawei MatePad Air jest procesor Kirin T93C, średniopółkowy układ wykonany w 7 nm, którego cechą wyróżniającą jest energooszczędność. Choć nie jest to flagowy SoC i nie dorównuje topowym Snapdragonom, to w codziennym użytkowaniu sprawdza się bardzo dobrze. Aplikacje otwierają się błyskawicznie, a szybkie przełączanie między oknami nie stanowi problemu, co czyni go idealnym do zadań edukacyjno-biurowych. Podczas symulacji studenckiej, kiedy otwierałem kilka kart w Chrome, robiłem notatki, korzystałem z komunikatorów, wykorzystywałem narzędzia AI i w tle słuchałem muzyki, nie zauważyłem żadnych niepokojących spadków wydajności.
    Jedynie niektóre aplikacje uruchamiane przez GBox miały sporadyczne problemy z płynnością – na przykład Prime Video. Przypomnijmy, że Huawei wciąż nie ma dostępu do usług Google, a AppGallery charakteryzuje się stosunkowo ubogą biblioteką, przez co użytkownicy zmuszeni są korzystać z rozwiązań takich jak GBox, które stanowią wirtualne środowisko Androida w systemie Huawei. Dla osób niezaznajomionych z tematem może to brzmieć dość skomplikowanie, ale szybko można się przyzwyczaić. Brak oficjalnego dostępu do usług Google nie jest zatem tak dotkliwy jak kiedyś, ale użytkownik wciąż odczuwa, jakby jego sprzęt był ograniczony.

    W testach benchmarkowych Huawei MatePad Air uzyskał następujące wyniki:

    Nie jest to więc maszyna o najwyższej wydajności, ale nawet bardziej zaawansowane gry są w stanie uruchomić. Gra w PUBG czy World of Tanks Blitz przebiega płynnie, ale jedynie na niskich ustawieniach graficznych. Warto zauważyć, że tablet dobrze radzi sobie z odprowadzeniem ciepła, pozostając chłodnym podczas większości operacji, chociaż gry potrafią go jednak mocno nagrzać. Nie jest to jednak poziom, który powodowałby znaczący dyskomfort.

    Nie ma co oszukiwać – nowy tablet Huawei to urządzenie typowo biurowe, które sprawdza się w swoich zadaniach. Zaskakująco wygodnie można się nim posługiwać jedną ręką – czytanie wiadomości, PDF-ów czy typowe przeszukiwanie treści to na MatePad Air czysta przyjemność.

    Bateria i ładowanie

    MatePad Air jest wyposażony w baterię o pojemności 10100 mAh, co pozwala na około 10 godzin streamingu wideo online w jakości HDR oraz do 12 godzin pracy przy niewielkim obciążeniu, czyli przeglądaniu internetu czy pracy z dokumentami. Podczas użytkowania tabletu w roli przedłużenia komputera, tablet wytrzymywał niemal tydzień na jednym ładowaniu. Mowa tu o pisaniu, odtwarzaniu muzyki oraz sporadycznym oglądaniu filmów na YouTube. Wynik jest zatem zadowalający i mieści się w normie.
    Jeśli chodzi o ładowanie, tablet obsługuje moc 66 W, co pozwala na naładowanie baterii od 0 do 100% w około półtorej godziny. Po 30 minutach ładowania można uzyskać około 40% naładowania baterii.

    Aparat

    Osób, które zwracają uwagę na aparat w tabletach, można policzyć na palcach jednej ręki. W Huawei MatePad Air aparat jest bardziej formalnością i nie oczekujmy pięknych zdjęć.
    Tylny aparat o rozdzielczości 50 MP (przysłona f/1.8, AF) nadaje się co najwyżej do skanowania dokumentów, ponieważ zdjęcia są nieostre, blade, z niską szczegółowością oraz słabą rozpiętością tonalną, a wszelkie próby ratowania ich jakości przez AI prowadzą do nieestetycznego efektu na krawędziach obiektów.
    Również jakość zdjęć z przedniego aparatu 12 MP (przysłona f/2.4, FF) pozostawia wiele do życzenia – jego jedynym sensownym zastosowaniem są wideorozmowy w 1080p.

    Podsumowanie

    Jakie są wnioski po miesiącu z Huawei MatePad Air? Takie same, jak w przypadku poprzednich urządzeń od Huawei. To sprzęt dobrze wykonany, o estetycznym designie, wygodny w użytkowaniu i dobrze radzący sobie podczas pracy, ale niestety borykający się z problemami związanymi z oprogramowaniem. Minęło wiele lat od wykluczenia z usług Google, a chiński producent wciąż nie potrafi zagwarantować działających rozwiązań, które nie wyglądają jak prowizorka. To smutne, ponieważ sam tablet jest naprawdę przyjemnym urządzeniem – ma doskonały ekran, wygodną klawiaturę w komplecie oraz wystarczającą do codziennych zadań biurowych wydajność.
    A cena wynosząca 3299 zł w promocji premierowej jest atrakcyjna, ale nasuwa się pytanie – dla kogo jest to urządzenie? Dla studenta czy ucznia szukającego urządzenia do notatek wystarczy podstawowy iPad. Grafik czy osoba poszukująca narzędzia do rysowania raczej będzie narzekać na uczucie „ślizgania się po szkle” pomimo matowej powłoki, a gracz z pewnością nie będzie zadowolony z przeciętnych osiągów w grach. Być może doskonale sprawdzi się jako wszechstronny tablet dla całej rodziny, gdzie każdy będzie wykorzystywał go w inny sposób? A może dla przedsiębiorcy, który poszukuje mobilnego komputera i już funkcjonuje w ekosystemie Huawei? Ten ostatni wariant wydaje się być najtrafniejszy.

    Wysoka jasność 1200 nitów – działa nawet w słońcu

    • Świetny ekran OLED z powłoką PaperMatte
    • Jasność 1200 nitów – sprawdza się nawet w słońcu
    • Odświeżanie 144 Hz
    • Zaledwie 5,3 mm grubości i dobre wyważenie
    • Przyjemna w dotyku obudowa
    • Klawiatura w zestawie
    • Okazjonalne przycięcia aplikacji uruchamianych przez GBox
    • Lekki efekt ślizgania rysika po ekranie
    • Aparaty traktować należy jako formalność
    • Przeciętne wykonanie etui klawiatury i brak gładzika
  • Masz OLED? Lepiej go wyrzuć, nowa technologia pozamiata

    Masz OLED? Lepiej go wyrzuć, nowa technologia pozamiata

    Kochacie ekrany OLED? LG szykuje dla was coś jeszcze lepszego.

    Mam złe wieści dla wszystkich entuzjastów ekranów OLED – nadchodzi nowe, lepsze i bardziej efektywne rozwiązanie. Przygotujcie się na zmiany w telewizorach, ponieważ LG pracuje nad nową technologią, która ma pod wieloma względami przewyższyć dotychczasowe rozwiązania, uznawane za jedne z najlepszych.

    Źródło: LG

    LG zapowiada nową generację OLED

    Nie zrozumcie mnie źle, ekrany OLED są znakomite i to nie ulega wątpliwości. Pomimo pewnych ograniczeń, takich jak relatywnie niższa jasność czy podatność na wypalanie, oferują niesamowite pokrycie kolorów, genialne kontrasty i głęboką czerń. Po zakupie takiego ekranu może być trudno wrócić do innych technologii. Ale co się stanie, gdy na rynku pojawi się nowa, ulepszona wersja? LG pracuje nad rozwiązaniem, które nie tylko zachowa zalety dotychczasowych ekranów, ale również wprowadzi szereg udoskonaleń, eliminując kilka uciążliwych wad.

    LG zaprezentowało nową technologię produkcji ekranów OLED – znaną jako FLiPP (FMM-Less Innovative Pixel Patterning). Kluczową nowością jest poprawa kilku istotnych parametrów. Nowe ekrany mają zapewnić:

    • 2,4-krotnie dłuższą żywotność paneli,
    • 1,6-krotnie wyższą jasność,
    • mniejsze zużycie energii, sięgające nawet 13%.

    Skąd wynikają te różnice i dlaczego FLiPP ma być lepsze od tradycyjnych OLED-ów? W produkcji standardowego telewizora OLED stosuje się metalowe szablony do nakładania kolorów. Jednak, zdaniem LG, może to prowadzić do mieszania się kolorów i defektów, zwłaszcza w większych rozmiarach, gdy szablon zaczyna się wyginać, co powoduje nierównomierne rozłożenie barw. W nowym FLiPP ten problem nie występuje, ponieważ zrezygnowano z metalowej maski na rzecz sekwencyjnego nakładania barw RGB przy użyciu fotolitografii z zastosowaniem światła UV. Jak informuje portal DigitalTrends, dzięki temu LG uzyskało o 55% większą powierzchnię użyteczną pikseli, co przekłada się na wyższą jasność i dłuższą żywotność, bez równoczesnego wzrostu zużycia energii.

    Czytaj dalej poniżej


    Fatalne wieści. Na MacBooki Pro z OLED poczekamy dłużej: jak bardzo?
    Źródło: LG

    Czas na telewizory jeszcze nadejdzie

    OLED FLiPP od LG to nie jest tylko koncept – to rzeczywista technologia, która wkrótce trafi na rynek. Nie jest jednak jasne, kiedy to nastąpi, ponieważ LG jak na razie nie ujawnili konkretnej daty premiery pierwszych urządzeń ani przybliżonego terminu, w którym moglibyśmy się ich spodziewać. Jak ogłoszono, pierwszymi produktami wykorzystującymi technologię OLED FLiPP będą… tablety i monitory, a nie telewizory, jak wielu oczekiwało. Oczywiście na telewizory przyjdzie czas, ale producent z Korei chce najpierw sprawdzić, czy nowa technologia będzie możliwa do sensownego zastosowania w komercyjnych produktach. Ma to sens, biorąc pod uwagę, że tablety i monitory często przez dłuższy czas wyświetlają statyczny obraz, co pozwoli przetestować ich odporność na wypalanie.

    Zgodnie z zapowiedziami, technologia ma być łatwo skalowalna, umożliwiająca uzyskanie tych samych efektów zarówno w małych ekranach, jak i w znacznie większych formatach – od 1 do aż 100 cali. Niezwykle interesująca pozostaje kwestia ceny. Choć LG nie wspomniało o podwyżkach cen związanych z udoskonaleniami, możemy się spodziewać, że nowe modele nie będą należały do najtańszych. Bazowe modele OLED już teraz nie są budżetowym wyborem, a wprowadzenie jeszcze lepszej technologii na pewno podniesie ich koszt. Z drugiej strony, opisane zalety w porównaniu do tradycyjnych OLED-ów brzmią naprawdę zachęcająco.

  • Prosisz o to ChatGPT? Lepiej przestań. Zrobisz to znacznie lepiej

    Prosisz o to ChatGPT? Lepiej przestań. Zrobisz to znacznie lepiej

    GPT-4.1, zapytany o wybór liczby z zakresu od 0 do 100 tysięcy, aż w co trzecim przypadku wskazał cyfrę 7. W porównaniu z danymi 6981 ludzi, jego wyniki prezentowały się blado, ponieważ ludzie znacznie lepiej zbliżyli się do rozkładu równomiernego.

    Eksperyment opisany przez Nathana Beddome’a uwzględniał trzy zestawy danych: 10 tysięcy odpowiedzi GPT-4.1, odpowiedzi 6981 internautów oraz 10 tysięcy liczb wygenerowanych przez system z losowym generatorem liczb. Model otrzymywał zawsze tę samą instrukcję, by zwrócić jedną liczbę całkowitą w przedziale od 1 do 100, a każde zapytanie wysyłano oddzielnie. Choć teoretycznie każda liczba powinna mieć 1% prawdopodobieństwa wyboru, w praktycznych próbach istotna jest skala rozkładu, która w przypadku ograniczonej próby częstości, nie odzwierciedla idealnego rozkładu. Zakres był zbyt wąski, a próba, która mogłaby wykazać idealny rozkład równomierny, musiałaby być ogromna. GPT-4.1 okazał się jednak tak mocno „ukierunkowany” na wybór lub unikanie konkretnych liczb, że nie był w stanie dorównać losowości prezentowanej przez ochotników.

    GPT-4.1 unikał skrajności i niemal wszystkich pełnych dziesiątek

    Interesujące jest to, że model ani razu nie wybrał liczb 1, 5, 6, 20, 30, 40, 50, 60, 70, 80, 90 oraz 100. Tylko 0,01% odpowiedzi kończyło się zerem, a jedyną taką liczbą była liczba 10. Zaledwie 0,1% wskazań mieściło się w zakresie od 1 do 9, podczas gdy wyniki wyraźnie koncentrowały się bliżej środka rozkładu. Najczęściej wybieraną liczbą okazała się liczba 47, która była wybierana sześć razy częściej niż przewidywałaby to równomierna dystrybucja.

    Liczba 7 dominowała w całym rozkładzie, choć sama w sobie pojawiała się rzadko. Stanowiła 29% wszystkich wskazań, a wśród liczby najczęściej „losowo” wybieranych znalazły się 47, 57, 37, 67 i 87. Można dostrzec wyraźny wzorzec, który ujawnia się po zebraniu tysięcy niezależnych odpowiedzi. Test chi-kwadrat przeprowadzony przez autorów pierwotnych danych potwierdził silne rozbieżności między rozkładem GPT-4.1 a rozkładem równomiernym. Z mojego punktu widzenia, nie było potrzeby przeprowadzania testów chi-kwadrat (przypomniałem sobie zajęcia ze statystyki, które były dla mnie wyzwaniem), ale dla naukowej rzetelności, lepiej było to zrobić. Niezgodność ta jest widoczna gołym okiem, zarówno w odpowiedziach modelu, jak i na odpowiednich wykresach.

    Człowiek nie jest idealnym generatorem liczb losowych

    Ludzkie odpowiedzi pochodziły bezpośrednio z wątku na Reddicie, dlatego nie można ich uznać za reprezentatywne dla całej populacji. Preferencje uczestników były dość wyraźne: 69 (prawdopodobnie w formie internetowego żartu) wybierano 2,9 razy częściej niż przewidywałoby to losowanie, 77 – 2,4 razy częściej, a 7 – dwukrotnie częściej. Po drugiej stronie spektrum znalazła się liczba 85, która była znacznie niedoszacowana. Wyjątkowe preferencje występowały, ale… wszystkie części zakresu były reprezentowane znacznie równiej niż w wynikach modelu. GPT-4.1, będący już starszym modelem OpenAI, zatem nie sprawdzał się w generowaniu losowych liczb. Osobiście ciekaw jestem, jak poradziłby sobie model 5.6 Sol, i jeśli znajdę czas w weekend, mogę spróbować tego sprawdzić, choć pewnie uzyskanie prób o skali powyższego badania może okazać się „ciekawym” wyzwaniem.

    Czytaj dalej poniżej


    Technics świętuje 55 lat legendy. Powstał wyjątkowy gramofon

    W ramach porównania zastosowano miarę różnicy między dwoma rozkładami prawdopodobieństwa. Wartość 0 oznacza rozkłady identyczne, a 100% – całkowicie rozłączne. Autor analizy uzyskał 12% dla ludzi w odniesieniu do komputerowej próby kontrolnej oraz 48% dla GPT-4.1: na tej podstawie sformułowano wniosek, że ludzie byli „cztery razy bardziej losowi” w doborze liczb niż GPT-4.1. Bezpośrednia różnica między rozkładami odpowiedzi człowieka i modelu wyniosła 53%, jednak należy to traktować jako opis porównywanych zbiorów. Nie wyciągałbym dalekosiężnych wniosków, że jesteśmy w taki sposób „bardziej losowi” od dużych modeli językowych.

    Model językowy nie gra w kości

    Wszystko wynika z konstrukcji LLM-ów, co skłania mnie do sformułowania tytułowej sugestii. Naprawdę, nie powinno się prosić nawet świetnego GPT-5.6 Sol o wybór losowej liczby. To nie jest generator liczb losowych. Nie posiada mechanizmu, który z automatu gwarantuje równomierne losowanie liczb; on po prostu dobiera kolejne tokeny na podstawie wyuczonego rozkładu. Będzie faworyzował wartości związane z kulturą lub badaniami, które ludzie mogą postrzegać jako „losowe”: niemal wszystkie pełne dziesiątki mogą być ignorowane i teraz. Jednak sama obecność ludzkich uprzedzeń w danych treningowych nie wyjaśnia wszystkiego. Uprzedzenia te istnieją, a niektóre społeczeństwa azjatyckie wybierają liczbę 4 rzadziej od innych. Dlaczego? Na przykład w kulturze japońskiej (shi) liczba ta kojarzy się ze śmiercią ze względu na podobieństwo brzmieniowe do słowa oznaczającego koniec życia. W krajach, w których panuje takie podejście do liczby 4, opisuje się nawet zjawisko tzw. „tetrafobii”, czyli lęku przed tą liczbą.

    Możliwości ciekawej analizy otwiera także zastosowanie zaawansowanego watermarkingu w sztucznej inteligencji, ponieważ może to wpływać na to, co znajduje się w tokenach i ich geometrię (w ogromnym uproszczeniu). Załóżmy, że AI wdroży watermarking również do generowanych liczb losowych, które w jednym wygenerowanym zestawie będą musiały wynosić dokładnie 10 000. Wyniki mogłyby być interesujące nawet bez watermarkingu. Jednakże, jeśli watermarking ma wpływać na wybór słów, może to z kolei skłaniać model do inaczej dobierania liczb losowych. Może… nawet bardziej losowo? To pozostaje do zbadania – traktujcie to jako luźną myśl.

    Czytaj również: Próbował oszukać sąd sztuczną inteligencją. Sąd zaskoczył go i pokonał.

    Ciekawe informacje w tej kwestii prezentuje materiał ACL z tego roku: spośród 11 testowanych modeli na 15 rozkładach, aż 10 nie zdało żadnego testu równomierności przy serii niezależnych zapytań. Dlatego, gdy losowość ma kluczowe znaczenie dla twardych statystyk, bezpieczeństwa lub doboru próby, model powinien skorzystać z narzędzia zewnętrznego i dopiero później podać wynik, a nie generować go samodzielnie. Oczywiście, nie każdy ChatGPT i nie zawsze zachowa się w identyczny sposób, ale wiadomo, że takie zastosowania LLM-ów są średnio skuteczne. To było zresztą oczekiwane, w związku z ich konstrukcją. Traktowanie dzisiejszych mechanizmów AI jako „recepty na wszystko” to ślepa uliczka i warto o tym pamiętać.

  • Brzoska prezentuje bat na Facebooka i resztę. Tak zmieniłby reguły gry

    Brzoska prezentuje bat na Facebooka i resztę. Tak zmieniłby reguły gry

    Dziś Rafał Brzoska na platformie X przedstawił założenia swojej akcji „150% – Stop Scam”, prowadzonej przez Fundację Rafała Brzoski. Głównym postulatami kampanii jest nałożenie kary w wysokości 150% przychodu z każdej reklamy uznawanej za oszustwo. Środki te miałyby zasilać fundusz kompensacyjny dla poszkodowanych. Inicjatywa jest efektem reklamy zaprezentowanej przez Brzoskę 14 sierpnia, w której ukazano go w kajdankach. Jak na razie pozostaje w sferze petycji, a nie projektów ustawowych czy wyroków, choć w historii działań Brzoski oraz polskiego oddziału Meta z pewnością były takie przypadki.

    Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że to CEO InPostu ma aktualnie największe szanse na powodzenie swojej akcji. Wszystko dzięki szerokim zasięgom oraz znakomitym zasobom finansowym, które znacznie ułatwiają realizację tego typu inicjatyw. Osobiście uważam, że akcja jest jak najbardziej zasadna, a postawa operatorów mediów społecznościowych, zwłaszcza Mety w kontekście działań Brzoski, pozostawia wiele do życzenia i często przejawia intencjonalną indolencję, trudną do wytłumaczenia.

    Więcej informacji o akcji oraz link do petycji online można znaleźć na stronie internetowej 150proc.pl.

    Platforma społecznościowa zyskuje na oszukańczych reklamach, a Ty jesteś zdany sam na siebie

    Życie bywa niesprawiedliwe, ale czy słuszne jest, że na przykład Facebook na oszukańczych reklamach zawsze zarabia, podczas gdy Ty, jeśli dasz się nabrać, ponosisz straty? Pojawiają się opinie, że „chcącemu nie dzieje się krzywda”, ponieważ ktoś klika w scamowe reklamy, nie przestrzegając zasad cyfrowej higieny: „mógł być ostrożniejszy”. Należy jednak pamiętać, że oszustwa stają się coraz bardziej wyrafinowane. Ważne jest także, aby spojrzeć poza krąg osób odpornych i zaznajomionych z mechanizmami działania cyberprzestępców. Ofiarami mogą być Twoi rodzice, dziadkowie, rodzeństwo, a nawet dzieci. Brak reguły. Czy nie warto więc podjąć wszelkich działań, aby wymusić na operatorach zablokowanie kampanii prowadzonych przez przestępców już w ich zarodku?

    Czytaj dalej poniżej

    Furgonetka z problemami. Mogą posypać się kary

    Oszuści często wykorzystują platformy reklamowe mediów społecznościowych do rozszerzania zasięgu swoich kampanii: przestępcy płacą na przykład Facebookowi, a platforma kieruje reklamę do grup społecznych określonych w ustawieniach kampanii. Użytkownik, który otrzyma tę reklamę i w nią kliknie, wpada w pułapkę… i traci pieniądze. Sprawcy zazwyczaj działają z zagranicy, korzystając z tzw. „słupów”, wielu kont oraz rachunków bankowych. Reklamę można usunąć już po tym, jak zacznie działać, ale co do zasady, przychód z niej pozostaje u usługodawcy mediów społecznościowych. Pieniądze wpłacone raz… pozostają już na zawsze.

    Dlatego Rafał Brzoska zaproponował karę w wysokości 150%, a nie 100%. Odebranie pełnych przychodów uczyniłoby rachunek „zerowym”, co nie zmusiłoby usługodawców do niczego poza zwrotem pieniędzy. Dodatkowe 50% ma z kolei generować stratę dla platformy. Reuters informuje, że reklamowe oszustwa mogą generować nawet 15 miliardów wyświetleń dziennie, co przekłada się na około 7 miliardów dolarów rocznego przychodu Mety z tego segmentu. 16 miliardów dolarów to już nielegalny hazard oraz szeroka gama produktów zakazanych przez prawo (z różnych powodów): media społecznościowe zarabiają więc nie tylko na internetowych oszustwach. Meta, jak to Meta, określiła ten wynik jako „nieprecyzyjny”, ale nie pochwaliła się swoimi danymi.

    Anatomia deepfake’a. Jak ludzie tracą pieniądze?

    Posłużymy się przykładem scamu wykorzystującego wizerunek Rafała Brzoski lub jego bliskich: taka reklama wskazuje na pochodzenie z uznanego medium lub instytucji, prezentując na przykład zatrzymanie znanej osoby, jej śmierć, scenariusze skandalu bądź fałszywe promocje szybkiego zarobku. Całość bazuje na sensacji i silnych emocjach oraz wspiera się autorytetem pożyczonym z uznanej instytucji.

    Kliknięcie w reklamę prowadzi do spreparowanego medium, które wyglądają jak prawdziwe. Może to być znany w Polsce bank, sklep lub platforma inwestycyjna, gdzie użytkownik zostawia swój numer telefonu lub wykonuje inną czynność zgodnie z wezwaniami do działania zawartymi na stronie. Następnie możliwości przestępców się rozszerzają: od wyłudzania danych kart kredytowych, przez telefony z fałszywymi alertami o wzięciu kredytu lub nieautoryzowanym przelewie z konta, gdzie doradca może zalecać pobranie TeamViewera, aby następnie wskazać ofierze sposób na udostępnienie dostępu do swojego komputera lub telefonu, co prowadzi do kradzieży pieniędzy. To oczywiście skrót i nie wyczerpuje wszystkich możliwości działań przestępców.

    Co najgorsze, odkrycie takiej kampanii nie zawsze jest łatwe: deepfake’i różnią się jakością, a przestępcy skrupulatnie ukrywają swoje intencje. CERT opisał mechanizmy, dzięki którym kontrola ze strony operatora mediów społecznościowych oraz samego użytkownika może widzieć inne strony, w zależności od adresu IP, przeglądarki i źródła wejścia. Oszuści potrafią wykazać, że kierują do wiarygodnej domeny, ale i tak „docelowe” kliknięcie prowadzi do innego, złośliwego adresu. CERT ujawnił także patologię związana z reakcjami Mety na zgłoszenia: spośród 122 reklam zgłoszonych przez „zwykłe” konta, Facebook usunął tylko 10, a w 106 przypadkach… odmówił.

    Nie jest tajemnicą, że na ogromną liczbę zgłoszeń każdego dnia nie zajmują się skrupulatni konsultanci, lecz zazwyczaj automaty, które przeważnie są nieskuteczne w obliczu większości oszustw. Meta do tej pory nie miała, szczególnie w Polsce, silnego motywatora do zajęcia się tym problemem. Miejmy nadzieję, że akcja Brzoski przyniesie jakiś skutek, ponieważ rządzący i cała klasa polityczna nie wiedzą, jak się za to zabrać. Oni mają „inne problemy”: na przykład raporty o marce „Polska” wykonane przy pomocy sztucznej inteligencji, tak nieudolnie, że trudno uwierzyć, iż jest to możliwe w dzisiejszych czasach, mając na uwadze ogromne możliwości aktualnych modeli AI.

    Brzoska walczy z Metą od lat

    Pierwszy duży skandal z reklamami wykorzystującymi wizerunek Brzoski oraz jego żony Omeny Mensah ujawniony został latem 2024 roku. Mensah zidentyfikowała 263 reklamy, które rozpowszechniały informacje o jej rzekomej śmierci, pobiciu lub uwięzieniu. Po zgłoszeniu przez Brzoskę, prezes UODO wydał 9 sierpnia 2024 roku trzymiesięczny zakaz wyświetlania w Polsce reklam wykorzystujących jego dane. W listopadzie Sąd Okręgowy w Warszawie udzielił małżeństwu zabezpieczenia na czas procesu o ochronę dóbr osobistych.

    Marcowe orzeczenie Sądu Apelacyjnego z 2026 roku nie zakończyło jednak głównego wątku sprawy wyrokiem prawomocnym. Sąd stwierdził, że w przypadku reklam Meta nie zachowuje się jako bierny pośrednik: ponieważ otrzymuje wynagrodzenie za prowadzenie kampanii, weryfikuje przesyłane do niej materiały oraz pomaga w ich celowaniu i zwiększaniu zasięgu.

    Zabezpieczenie dotyczące zakazu utrzymano w odniesieniu do Mensah, natomiast część dotycząca Brzoski została uchylona jako sformułowana w sposób zbyt ogólny. To jedna z najbardziej zaawansowanych w skutkach walk z operatorami mediów społecznościowych, ale wynik tego procesu wciąż nie jest przesądzony. Wyobraźcie sobie walkę, którą prowadzi przeciętna osoba: to wymaga znacznych środków finansowych, doskonałych prawników oraz ogromnej determinacji, aby doprowadzić sprawę do szczęśliwego końca.

    W tym wpisie zawarte są m.in. personalia zarządu Mety w Polsce | oryg. wpis: https://x.com/RBrzoska/status/2088271677746737207

    Brzoska ma szansę zadziałać tam, gdzie politycy zawodzą

    Unijna regulacja DSA wymaga od największych platform ograniczenia ryzyka, tworzenia archiwów reklam i większej przejrzystości w kontekście podmiotów będących reklamodawcami. To zobowiązanie jest w mocy od 17 lutego 2024 roku, jednak nie przewiduje kar na poziomie 150% przychodu z reklamy. Meta przekonuje, że oszustwa niszczą zaufanie do jej biznesu, co wskazano w moim zdaniu skandalicznym oświadczeniu tuż po emocjonalnym, a zarazem trafnym wpisie CEO InPostu, w którym wymienił on zarząd Mety w Polsce.

    Czytaj również: Polacy nabijani w butelkę. W tle prezydent Nawrocki i Rafał Brzoska

    Po wybuchu skandalu w Polsce, kiedy wpis Brzoski wywołał falę reakcji użytkowników na platformie X, zaczęto wymieniać inne grzechy Mety: m.in. arbitralne blokady, utrudniony kontakt z obsługą klienta, brak wyjaśnienia powodów ograniczeń. Meta odpowiedziała na te zarzuty, wskazując, że ujawnienie danych zarządu polskiego oddziału nie rozwiąże problemu, a dodatkowo może wpłynąć na bezpieczeństwo wymienionych. To jednak bzdura: znalezienie danych osób z Mety w Polsce to kwestia 15 minut ręcznej pracy lub kilku minut dla przeciętnie rozgarniętej AI.

    Akcja jest słuszna. Petycja jest ważna i potrzebna. Mam jednak kilka pytań otwartych do CEO InPostu. Kto będzie decydować o tym, czy reklama jest oszustwem? Od jakiego momentu zaczyna się odpowiedzialność platformy?

    Istnieje także kwestia, którą warto doprecyzować w dalszych pracach nad akcją: kampania zakupiona np. w Mecie za 10 tys. złotych, może spowodować milionowe straty u ofiar, podczas gdy fundusz otrzyma tylko 15 tys. złotych. Mechanizm będzie działać jako straszak dla platform społecznościowych, ale sam w sobie nie zagwarantuje naprawienia szkód: poszkodowani (ci, których wizerunek został skradziony, czy ci, którzy kliknęli w reklamy) mogą nigdy nie doczekać się wyrównania ich krzywd. Nie przerzucałbym całej odpowiedzialności na platformy, jednak może później warto będzie doprecyzować bardziej skuteczne sankcje lub rozwiązania, które zabezpieczą także i poszkodowanych?

    Siła pomysłu CEO InPostu leży jednak w nieco innym miejscu: po raz pierwszy koszt dopuszczenia do oszustw na platformy reklamowe społecznościowych byłby przerzucony na firmy, które powinny stać na straży ich weryfikacji. To byłaby najpoważniejsza zmiana od lat i cywilizowanie działań gigantów społecznościowych w Polsce. Unia nie zdołała tego osiągnąć. Nie powiodło się to także politykom z naszego podwórka. Jeśli akcja Rafała Brzoski odniesie sukces, będzie to jego ogromny, quasi-polityczny sukces, ponieważ przecież miliarder nie działa jako polityk.

  • Biegnij szybko do Action. Hit internetu za pół ceny

    Biegnij szybko do Action. Hit internetu za pół ceny

    Tylko do soboty w sklepach Action można znaleźć wyjątkowy produkt w atrakcyjnej cenie. Warto się nim zainteresować!


    O popularności sklepów Action świadczą przede wszystkim promocje na produkty z kategorii „zrób to sam” i „multimedia”, które przyciągają klientów niskimi cenami, o jakich konkurencja może tylko pomarzyć. Kilka dni temu informowaliśmy o atrakcyjnych cenach baterii, powerbanków, głośników bezprzewodowych oraz narzędzi dla majsterkowiczów. Tym razem przygotowaliśmy coś specjalnego dla miłośników nastrojowego oświetlenia, którzy pragną przemienić swoje domy w przytulne przestrzenie do wypoczynku i relaksu.

    Lampa podłogowa Philips w super cenie – znajdziesz to tylko w Action

    W ramach trwającej do jutra (22.08) promocji Weekendowa okazja w Action, klienci mogą nabyć lampę podłogową Philips o wysokości 142 cm, która obecnie dostępna jest w obniżonej cenie 49,90 zł. Zastosowana w lampie technologia RGBIC umożliwia wyświetlanie wielu kolorów jednocześnie, co sprawia, że efekty świetlne są znacznie bardziej estetyczne niż w przypadku tradycyjnego oświetlenia RGB. Użytkownik ma do dyspozycji różne dynamiczne sceny oświetleniowe, które można dostosować do aktualnego nastroju, okazji czy wystroju pomieszczenia.



    Interesującym rozwiązaniem jest synchronizacja oświetlenia z muzyką. Lampa reaguje nie tylko na dźwięki z telewizora, ale także na odtwarzane utwory, tworząc wspaniałe tło podczas domowych imprez, spotkań z przyjaciółmi, czy grania na konsoli. Sprawdzi się również w trakcie seansów filmowych lub jako delikatne, kolorowe światło, które wprowadzi spokojną atmosferę. Obsługa lampy jest niezwykle prosta, ponieważ sprowadza się do sterowania za pomocą przycisków na dołączonym do zestawu pilocie, co pozwala na wygodne dostosowywanie najważniejszych ustawień bez potrzeby podchodzenia do lampy. Philips RGBIC Ambient pełni zatem zarówno funkcję dekoracyjną, jak i dodatkowego źródła nastrojowego światła w salonie, sypialni czy pokoju gracza. Warto jednak zaznaczyć, że lampa nie posiada funkcji „smart”. Nie można jej połączyć z istniejącym systemem inteligentnego oświetlenia, takim jak Philips Hue. Niemniej jednak, w tej cenie warto ją mieć, ponieważ oświetlenie kompatybilne z Philips Hue potrafi kosztować wielokrotnie więcej niż ta lampa w promocyjnej ofercie.

    Czytaj dalej poniżej


    Aldi przecenia elektronarzędzia Ferrex. Parkside ma problem

  • Nowy starter eSIM od Play. Aż 200 GB na start

    Nowy starter eSIM od Play. Aż 200 GB na start

    Play wprowadza nowy starter z eSIM. Jest świetny i chyba sam go kupię.


    Mam już swój abonament na telefon, ale najnowsza oferta od Play sprawiła, że poczułem się zazdrosny. Operator wypuścił na rynek nowy starter eSIM, w którym oferuje aż 200 gigabajtów transferu oraz inne atrakcje. Szkoda, że coś takiego nie jest dostępne za granicą, ponieważ to idealna pozycja dla turystów oraz osób przebywających w Polsce na krótko.

    Nowy starter eSIM od Play, fot. materiały prasowe

    Nowy starter od Play – wyjątkowa oferta

    Sieć Play wprowadza na rynek nowy starter, który ma być jeszcze bardziej komfortowy niż dotychczas. Pod hasłem reklamowym kryje się fakt, że zakupiony starter nie zawiera plastikowej karty SIM. Zamiast tego, w opakowaniu znajdziemy kod QR do zeskanowania, co umożliwia instalację eSIM na urządzeniu. To oferta przeznaczona wyłącznie dla urządzeń obsługujących wirtualne karty, idealna dla osób przebywających w Polsce na krótki czas (na przykład w odwiedziny) lub dla turystów, którzy nie chcą korzystać z innych dostępnych rozwiązań. Nowa propozycja od operatora Play jest niezwykle interesująca.

    Nowy starter eSIM od Play kosztuje 50 zł, a w tej cenie otrzymujemy:

    • 2 miesiące usługi
    • Nielimitowane SMS-y i rozmowy na terenie Polski oraz w roamingu w Unii Europejskiej
    • 200 GB internetu w Polsce miesięcznie oraz pakiet 17 GB danych do wykorzystania w Unii Europejskiej

    Jak informuje Play, celem wprowadzenia tego startera jest popularyzacja eSIM w Polsce jako standardu dostępnego na wyciągnięcie ręki, do zakupu w każdym punkcie sprzedaży (np. na lotnisku), z prostą aktywacją, zrozumiałymi zasadami i realnymi korzyściami. Zastosowanie tego startera może być naprawdę różnorodne, to doskonałe rozwiązanie nie tylko dla gości z zagranicy, ale również dla osób pragnących mieć drugi numer w telefonie. Duża ilość danych sprawia, że może być używany jako zapas dla głównego numeru. Osobiście uważam, że to idealne rozwiązanie podczas zagranicznych wyjazdów. Istnieją różne oferty eSIM od wielu dostawców, ale prosta karta dostępna w sklepie i z tak obszernym pakietem jest moim pierwszym wyborem na każdych wakacjach.

    Czytaj dalej poniżej

    Masz T-Mobile? Sieć ma dla ciebie super usługę na 6 miesięcy za darmo

    To powinien być nowy standard

    Trzymam kciuki za rozwój oferty eSIM w tak prostych pakietach, jak telefon na kartę. Jak dotąd większość osób kojarzy startery z zakupem plastikowej karty w opakowaniu, którą trzeba odpowiednio dopasować do swojego urządzenia, następnie aktywować, wpisując odpowiednie kody. Metoda wykorzystująca wirtualną kartę oraz aktywację przez kod QR jest niezwykle przystępnym rozwiązaniem, z którym poradzi sobie wiele osób – nie trzeba być technologicznie zaawansowanym, aby przejść przez cały proces. Tak naprawdę jedynym ograniczeniem jest sprzęt – nie każdy telefon obsługuje wirtualne karty SIM.

    Nie można zapominać, że ten standard kart jest również przyjazny dla środowiska. Plastikowe odpady w postaci zużytych kart to naprawdę poważny problem, zwłaszcza jeśli mowa o turystach. Po wakacjach starter z lokalną kartą nikomu się już nie przyda, dlatego sporo plastiku ląduje w śmieciach. Jeśli można to ograniczyć, nie utrudniając jednocześnie nikomu korzystania z usługi, to czemu nie z tego skorzystać? Tak czy inaczej, nowa oferta Play z pewnością ucieszy turystów – oby tylko zadbano o odpowiednie zaopatrzenie lotnisk, dworców oraz komunikację związana z tym pakietem.

  • Nie stój godzinami w kolejce w urzędzie. Zastrzeż PESEL bez wychodzenia z domu

    Nie stój godzinami w kolejce w urzędzie. Zastrzeż PESEL bez wychodzenia z domu

    Nie musisz odwiedzać urzędów, aby zastrzec swój numer PESEL. Wystarczy, że posiadasz smartfon oraz aplikację mObywatel.

    Polska od kilku dni żyje doniesieniami o dużym wycieku danych z systemów firmy MyDr. W zeszłym tygodniu przedsiębiorstwo to potwierdziło nieuprawniony dostęp do historycznych danych z gabinetów lekarskich, gromadzonych do kwietnia 2024 roku. Wydaje się, że skala incydentu jest znaczna, ponieważ może dotyczyć nawet 18,8 miliona osób oraz ponad 12 tysięcy placówek medycznych. W tej sprawie głos zabrali też przedstawiciele rządu, informując, że odpowiednie instytucje, w tym Ministerstwo Cyfryzacji, Ministerstwo Zdrowia, UODO, Prokuratura Krajowa oraz Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości, pracują nad rozwiązaniem problemu.

    Źródło: Depositphotos

    Po ustaleniu, które dokładnie dane zostały przejęte przez cyberprzestępców, informacje te będą systematycznie przekazywane na stronę bezpiecznedane.gov.pl, gdzie można sprawdzić, czy nasze dane znalazły się w wyciekach. Ministerstwo zaznacza jednak, że proces ten może potrwać kilka dni, a na chwilę obecną nie wiadomo, kiedy baza serwisu zostanie zaktualizowana. Resort podkreśla również, że incydent ogranicza się jedynie do danych przechowywanych w systemach MyDr i nie wpływa na działalność placówek ochrony zdrowia. Pacjenci mogą nadal korzystać z opieki medycznej oraz otrzymywać recepty.

    Wielki wyciek z MyDr. Sprawą zajmuje się Ministerstwo Cyfryzacji i inne instytucje

    Nowe informacje udostępniła także sama firma, która kilka dni temu zaktualizowała swoją stronę internetową o szczegóły dotyczące wycieku danych. MyDr informuje, że obecnie jest na ostatnim etapie ustalania zakresu incydentu, w tym określenia, jakie konkretne dane zostały naruszone oraz ilu klientów i pacjentów problem ten może dotyczyć. Po zakończeniu analizy firma ma bezpośrednio skontaktować się z poszkodowanymi klientami, aby przekazać im szczegółowe informacje na temat skutków incydentu oraz ewentualnych działań do podjęcia. MyDr zobowiązało się także do pełnego wsparcia placówek medycznych w realizacji obowiązków wynikających z naruszenia danych, przygotowując stosowną dokumentację, wzory komunikatów dla pacjentów oraz instrukcje dotyczące niezbędnych działań.

    Zastrzeż PESEL w domu. Nie musisz stać w kolejce

    Sytuacja ta stwarza dodatkowe zagrożenie związane z bezpieczeństwem, ponieważ wyciek obejmujący dane osobowe klientów i pacjentów sprzyja działalności oszustów. To rodzi poważne obawy o bezpieczeństwo. Co robić? Jak postępować? Przede wszystkim nie panikować i działać. Pierwszym krokiem powinno być zastrzeżenie numeru PESEL. Od kilku dni Polacy licznie odwiedzają urzędy, aby to zrobić. Kolejki, sięgające kilku godzin, zmusiły w niektórych miastach, jak chociażby w Warszawie, do wprowadzenia wydłużonych godzin pracy Biura Administracji i Spraw Publicznych oraz dzielnicowych delegatur. Jednak stanie w długich kolejkach nie jest konieczne, ponieważ PESEL można zastrzec bez wychodzenia z domu. Wystarczy smartfon oraz aplikacja mObywatel, która działa na nowoczesnych oraz starszych urządzeniach z systemem Android i iOS.

    Czytaj dalej poniżej


    Korzystasz z Wi-Fi w hotelu? O tym koniecznie musisz wiedzieć

    Zastrzeżenie PESEL w aplikacji mObywatel sprowadza się do zaledwie kilku kroków:

    1. Zaloguj się do aplikacji mObywatel
    2. Na dole ekranu naciśnij „Usługi”
    3. Z listy wybierz usługę Zastrzeż PESEL
    4. Naciśnij przycisk lub przełącznik i potwierdź, że chcesz zastrzec PESEL

    W każdej chwili możesz cofnąć zastrzeżenie, a także ustawić czas, po którym PESEL ponownie zostanie zastrzeżony – jest to przydatne w sytuacjach, gdzie weryfikacja tożsamości wymaga użycia numeru PESEL. Należy pamiętać, że samo zastrzeżenie PESEL nie gwarantuje 100% bezpieczeństwa przed działaniami oszustów. Właściwa świadomość i ostrożność są kluczowe. Nie klikaj w podejrzane linki, nie odpowiadaj na wiadomości oraz unikaj rozmów telefonicznych z osobami podającymi się za przedstawicieli banków, które nie są w stanie skutecznie potwierdzić swojej tożsamości.